Kronika ptaka nakręcacza - Haruki Murakami - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1092 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 30 godz. 12 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kronika ptaka nakręcacza - Haruki Murakami

Akcja Kroniki ptaka nakręcacza, podobnie jak w większości książek Haruki Murakami jest bardzo skomplikowana, ale nie ona jest najważniejsza. Jeden z recenzentów streścił ją tak: Toru Okada traci najpierw pracę, potem kota, potem żonę a w końcu - rozum. O ile w pierwszych trzech punktach można recenzentowi przyznać rację, o tyle z tym rozumem sprawa jest nieco bardziej złożona.

Życie Toru Okady po stracie pracy jest monotonne i pozbawione ambicji. Żona zarabia wystarczająco dużo na utrzymanie ich obojga, a Toru prowadzi dom. Ten harmonijny układ zostaje jednak pewnego dnia zburzony, kiedy to znika im kot. Toru wyrusza na poszukiwanie zwierzątka i tak zaczyna się wielka historia jego spotkań z różnymi najdziwniejszymi osobami, prowadząca do całkowitej przemiany duchowej, nieomal buddyjskiej iluminacji. Gdy odejście żony pozbawia go środków do życia i nie może sobie pozwolić na bezczynność, jest już innym człowiekiem, gotowym zacząć nowe życie.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin; mso-fareast-language:EN-US;}

Opinie o ebooku Kronika ptaka nakręcacza - Haruki Murakami

Cytaty z ebooka Kronika ptaka nakręcacza - Haruki Murakami

przeżył z tym utraconym życiem ponad czterdzieści lat. I jako człowiek, który znalazł się w takim położeniu, myślę, że życie jest o wiele bardziej ograniczone, niż się wydaje ludziom będącym w jego wirze. Światło świeci w życiu jedynie przez bardzo krótki czas. Może tylko przez kilkanaście sekund. Jeżeli ten czas minie i jeżeli człowiek nie zdąży znaleźć danego mu objawienia, nie będzie już miał powtórnej okazji. I być może przyjdzie mu spędzić resztę życia w głębokiej samotności i żalu, od których nie ma ucieczki. Żyjąc w takim świecie mroku, człowiek nie może się już niczego spodziewać. W dłoniach trzyma się jedynie żałosne szczątki tego, co mogło być. W każdym razie bardzo cieszę się, że miałem okazję Pana poznać i opowiedzieć Panu o tym. Nie jestem pewien, czy ta historia do czegoś Panu się przyda, lecz mam wrażenie, że podzieliwszy się nią z Panem, zostałem w jakiś sposób uratowany. Jest to bardzo niewielki ratunek, ale dla mnie cenny jak skarb. I trudno wątpić, że był w tym palec losu, że ratunek ten przywiedziony został

Fragment ebooka Kronika ptaka nakręcacza - Haruki Murakami













HARUKI MURAKAMI

Kronika ptaka nakręcacza


Tytuł oryginału japońskiego:

Nejimakidori kuronikuru

Tytuł przekładu angielskiego: The Wind-Up Bird Chronicle

Projekt okładki i opracowanie graficzne:  Agnieszka Spyrka 

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Janina Zgrzembska

© 1994, 1995 by Haruki Murakami

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2004, 2013

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-7758-558-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


Księga pierwsza


Sroka złodziejka
czerwiec i lipiec 1984 roku


1. O wtorkowym ptaku nakręcaczu, sześciu palcach i czterech piersiach

Telefon zadzwonił, gdy gotowałem w kuchni makaron. Pogwizdywałem uwerturę do Sroki złodziejki Rossiniego, wtórując stacji radiowej FM. Była to idealna muzyka do gotowania makaronu.

Usłyszałem dzwonek telefonu i najpierw pomyślałem, że go zignoruję. Makaron dochodził, a Claudio Abbado właśnie w tej chwili doprowadzał Londyńską Orkiestrę Symfoniczną do muzycznej doskonałości. W końcu jednak zmniejszyłem płomień, poszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę. Może postanowiłem odebrać, myśląc, że któryś ze znajomych dzwoni w sprawie nowej pracy.

– Proszę o dziesięć minut – powiedział nieoczekiwanie kobiecy głos.

Mam dość dobrą pamięć do głosów, lecz tego głosu nie znałem.

– Przepraszam, pod jaki numer pani dzwoni? – zapytałem uprzejmie.

– Dzwonię do pana. Potrzebne mi tylko dziesięć minut. To wystarczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli – powiedziała kobieta. Jej głos był niski, miękki, mało charakterystyczny.

– Żebyśmy się zrozumieli?

– Tak. Zrozumieli, co czujemy.

Wychyliłem się w stronę drzwi i zajrzałem do kuchni. Nad garnkiem z makaronem unosiła się para, a Abbado dalej dyrygował Sroką złodziejką.

– Przepraszam panią, ale teraz gotuję makaron. Czy mogłaby pani zadzwonić później?

– Makaron? – zapytała zrezygnowana. – Gotuje pan makaron o pół do jedenastej rano?

– A co to panią obchodzi? Mogę sobie jeść, co chcę i kiedy chcę – powiedziałem trochę urażony.

– To prawda – odrzekła kobieta suchym, pozbawionym wyrazu tonem. Jej głos zupełnie się zmieniał pod wpływem najmniejszego wahania nastroju. – Wszystko jedno. Zadzwonię później.

– Chwileczkę – powiedziałem pospiesznie. – Jeśli próbuje pani coś sprzedać, nic z tego nie będzie, choćby nie wiem, ile razy pani dzwoniła. Jestem teraz bezrobotny i nie stać mnie na żadne zakupy.

– Wiem, niech się pan nie martwi.

– Co pani wie?

– Że jest pan bezrobotny. Wiem o tym. Więc niech pan lepiej szybko dogotuje ten swój drogocenny makaron.

– A pani właściwie… – zacząłem, ale kobieta się rozłączyła, nagle i bez uprzedzenia.

Stałem tak, patrząc na słuchawkę, pełen uczuć, którym nie mogłem dać upustu. Wkrótce jednak przypomniałem sobie o makaronie i poszedłem do kuchni. Wyłączyłem gaz i odlałem makaron na sitko. Z powodu telefonu zrobił się trochę za miękki jak na al dente, ale można go było jeszcze uratować.

Żebyśmy się zrozumieli?, myślałem, jedząc makaron. Abyśmy w dziesięć minut dobrze zrozumieli, co czujemy? Nie mogłem pojąć, co ta kobieta próbowała mi powiedzieć. Może to był po prostu żart. Albo jakaś nowa metoda sprzedaży? Nieważne. Nic mnie to nie obchodzi.

Usiadłem znów na kanapie i próbowałem zabrać się do czytania pożyczonej z biblioteki powieści, lecz spoglądałem co pewien czas na telefon. Męczyła mnie myśl o tym, o co mogło chodzić tej kobiecie, gdy mówiła o zrozumieniu się w dziesięć minut. Właściwie jak można się zrozumieć w dziesięć minut? Na samym początku wyraźnie powiedziała, że chodzi o dziesięć minut, i wydawała się dosyć pewna tego czasowego ograniczenia, które sama sobie wyznaczyła. Być może dziewięć minut to za mało, a jedenaście okazałoby się za wiele. Tak samo jak w przypadku gotowania makaronu al dente.

Gdy tak rozmyślałem, odechciało mi się czytania. Postanowiłem zabrać się do prasowania koszul. Od dawna, kiedy mam w głowie zamęt, zawsze prasuję koszule. Proces prasowania dzielę na dwanaście etapów. Zaczynam od wierzchu kołnierzyka (1), a kończę na mankiecie lewego rękawa (12). Prasuję po kolei, odliczając etapy jeden po drugim. Jeśli tak tego nie robię, nic z prasowania nie wychodzi.

Uprasowałem trzy koszule, upewniłem się, że na ostatniej nie ma zmarszczek, i powiesiłem je na wieszaku. Wyłączyłem żelazko, schowałem je razem z deską do szafy i wtedy uświadomiłem sobie, że nieco rozjaśniło mi się w głowie.

Miałem ochotę napić się wody i ruszyłem w stronę kuchni, gdy znów zadzwonił telefon. Trochę się zawahałem, ale w końcu postanowiłem odebrać. Jeśli to znów ta kobieta, powiem jej, że właśnie prasuję, i się rozłączę. Okazało się, że dzwoni Kumiko. Zegar wskazywał pół do dwunastej.

– Jak się masz? – zapytała.

– Dobrze – odpowiedziałem.

– Co robisz?

– Prasowałem.

– Coś się stało? – w jej głosie był leciutki ton napięcia. Dobrze wie, że kiedy jestem skołowany, prasuję.

– Nie, po prostu prasowałem. Nic szczególnego się nie stało. – Usiadłem na krześle i przełożyłem słuchawkę z lewej ręki do prawej. – A dlaczego dzwonisz?

– Umiesz pisać wiersze?

– Wiersze? – zapytałem zdziwiony. Wiersze? Co to właściwie są „wiersze”?

– Znajoma redakcja wydaje między innymi magazyn literacki dla dziewcząt i szukają kogoś, kto mógłby wybierać spośród nadesłanych przez czytelniczki wierszy te nadające się do druku i redagować je. Chcą też co miesiąc wiersz na okładkę. Jak na taką lekką pracę nieźle płacą. Oczywiście to tylko praca na zlecenie, ale jeżeli byliby zadowoleni, być może daliby ci też jakieś prace edytorskie i…

– Lekka praca? – powiedziałem. – Poczekaj chwileczkę. Ja szukam pracy związanej z prawem. Skąd ci się nagle wzięło redagowanie wierszy?

– Przecież mówiłeś, że coś pisałeś w liceum.

– W gazetce. W gazetce szkolnej. Która klasa wygrała turniej piłki nożnej albo że nauczyciel fizyki przewrócił się na schodach i poszedł do szpitala. Tylko takie głupawe artykuliki. Nie wiersze. Nie umiem pisać wierszy.

– Ale to mają być wiersze dla licealistek. Nie mówię ci wcale, żebyś pisał wspaniałe wiersze, które przejdą do historii literatury. Wystarczy, że coś tam byle jak napiszesz. Wiesz, o co mi chodzi, prawda?

– Wcale nie umiem pisać wierszy ani byle jakich, ani żadnych innych. Nigdy nie pisałem i nie mam zamiaru pisać – uciąłem. Przecież nie umiałbym takich rzeczy pisać.

– No tak – powiedziała z żalem moja żona. – Ale przecież trudno jest znaleźć pracę związaną z prawem, prawda?

– Rozmawiałem z wieloma ludźmi. Niedługo ktoś powinien się ze mną skontaktować, a jeśli nic z tego nie wyjdzie, wtedy dopiero się zastanowię.

– Tak? No dobrze, niech będzie. A właśnie, co dziś jest?

– Wtorek – powiedziałem, zastanowiwszy się przez chwilę.

– To czy mógłbyś iść do banku i zapłacić za gaz i telefon?

– Zaraz idę kupić coś na kolację, więc po drodze wstąpię do banku.

– A co będzie na kolację?

– Jeszcze się nie zdecydowałem. Pójdę po zakupy i pomyślę.

– Słuchaj – powiedziała żona, zmieniając ton – pomyślałam sobie, że nie musisz się chyba specjalnie spieszyć z szukaniem pracy.

– Dlaczego? – zapytałem, znowu zdziwiony. Zdawało się, że wszystkie kobiety na świecie postanowiły mnie dziś przez telefon zadziwić. – Niedługo kończy mi się zasiłek dla bezrobotnych i nie mogę przecież w nieskończoność tak nic nie robić.

– Ale ja więcej teraz zarabiam, ta dodatkowa praca też dobrze idzie, mamy oszczędności, jeżeli nie będziemy rozrzutni, na jedzenie nam wystarczy. Nie lubisz zajmować się domem, tak jak teraz? Znudziłoby cię takie życie?

– Nie wiem – odparłem szczerze. Nie wiedziałem.

– Zastanów się nad tym spokojnie – powiedziała żona. – A kot nie wrócił?

Gdy zapytała, zdałem sobie sprawę, że od rana ani razu nie pomyślałem o kocie. – Nie, jeszcze nie wrócił.

– Mógłbyś trochę poszukać w sąsiedztwie? Nie ma go już od tygodnia.

Mruknąłem coś w odpowiedzi i przełożyłem słuchawkę do lewej ręki.

– Myślę, że pewnie jest w ogrodzie tego pustego domu na końcu uliczki. W tym ogrodzie z kamienną rzeźbą ptaka. Wiele razy go tam przedtem widziałam.

– Na końcu uliczki? – powtórzyłem. – A po co ty tam chodziłaś? Do tej pory nigdy o tym nie wspominałaś…

– Słuchaj, przepraszam, ale muszę się rozłączyć. Muszę wracać do pracy. Proszę, poszukaj kota. – Rozłączyła się. Popatrzyłem przez chwilę na słuchawkę, a potem ją odłożyłem.

Zastanawiałem się, po co Kumiko chodziła po uliczce. Aby się tam dostać, trzeba przejść przez ogrodzenie z betonowych płyt stanowiące ścianę naszego ogrodu, a nie było tam przecież nic wartego takiego wysiłku.

Poszedłem do kuchni, napiłem się wody, wyszedłem na werandę i zajrzałem do kociej miski. Kupka suszonych sardynek, którą tam wczoraj wieczorem włożyłem, była nienaruszona. Więc kot jednak nie wrócił. Stałem na werandzie i patrzyłem na nasz mały ogródek oświetlany promieniami wczesnoletniego słońca. Patrzyłem, choć nie był to ogród, którego widok wypełniał serce radością. Słońce dochodzi tu jedynie przez krótki czas, więc ziemia jest zawsze czarna i wilgotna, w rogu rosną tylko dwa czy trzy nędzne krzaki hortensji, za którymi nie przepadam. Z pobliskiego zagajnika dobiegał głos ptaka, monotonny i przenikliwy, jak zgrzyt śruby służącej do nakręcania czegoś. Nazywaliśmy go ptakiem nakręcaczem. Kumiko tak go nazwała. Nie wiedzieliśmy, jak się naprawdę nazywał. Nie wiedzieliśmy też, jak wygląda, choć przylatywał co dzień do tego zagajnika i nakręcał sprężynę naszego spokojnego świata.

O rany, no to teraz na poszukiwanie kota, pomyślałem. Od dawna lubiłem koty i tego kota, choć mają swój własny tryb życia. Nie są wcale głupimi zwierzętami. Jeżeli kot zniknął, to znaczy, że zachciało mu się gdzieś pójść. Wróci, kiedy będzie głodny i zmęczony. Ale pójdę go poszukać, bo Kumiko mnie prosiła. I tak nie mam nic innego do roboty.

W kwietniu odszedłem z kancelarii adwokackiej, w której od dawna pracowałem. Nie było ku temu żadnej szczególnej przyczyny. Nie mogę powiedzieć, że praca mi nie odpowiadała, choć rzeczywiście nie była niezwykle interesująca. Pensję miałem niezłą i w biurze panowała przyjemna atmosfera.

Moja praca sprowadzała się do roli wyspecjalizowanego chłopca na posyłki. Jak na mnie spisywałem się całkiem nieźle. Może sam nie powinienem tak o sobie mówić, ale jestem bardzo efektywny w wykonywaniu konkretnych zadań. Szybko pojmuję, o co chodzi, jestem energiczny, nie narzekam i trzeźwo myślę. Dlatego kiedy powiedziałem, że chcę zrezygnować z pracy, starszy partner – to znaczy ojciec, gdyż firma składała się z dwóch prawników: ojca i syna – zaproponował mi nawet podwyżkę.

W końcu jednak i tak odszedłem. Nie miałem żadnych konkretnych nadziei ani perspektyw na przyszłość. Nie pociągała mnie też myśl o zamknięciu się w domu i przygotowaniach do egzaminu na aplikację adwokacką, a przede wszystkim nie miałem już ochoty być adwokatem. Nie chciałem dalej siedzieć w tej kancelarii i wykonywać tej samej pracy. Pomyślałem więc, że jeśli w ogóle mam kiedyś odejść, to najlepiej teraz. Gdybym został dłużej, pewnie spokojnie pracowałbym tam do końca życia. A mam już przecież trzydzieści lat.

Kiedy raz przy kolacji nagle rzuciłem: „Zastanawiam się nad odejściem z pracy”, Kumiko powiedziała tylko „uhm”. Nie wiedziałem, co to „uhm” miało znaczyć, ale przez dłuższą chwilę się nie odzywała, więc ja także siedziałem w milczeniu, a wtedy Kumiko stwierdziła: „Jeśli chcesz odejść, to chyba lepiej odejść. To przecież twoje życie, możesz robić, co chcesz”. Nie powiedziała nic więcej, skupiła się na wyjmowaniu pałeczkami ości z ryby i układaniu ich na brzegu talerza.

Kumiko zajmowała się głównie redagowaniem magazynu poświęconego zdrowemu odżywianiu i naturalnej żywności. Zarabiała nie najgorzej, a do tego zaprzyjaźnieni redaktorzy, pracujący w innych pismach, podrzucali jej zlecenia na prace ilustratorskie (na uniwersytecie studiowała projektowanie i chciała kiedyś zostać niezależnym ilustratorem). Dochody z tego też były nie do pogardzenia. Ja po odejściu z pracy miałbym przez pewien czas prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych, a poza tym będąc w domu, mógłbym zajmować się gospodarstwem i zostałoby nam jeszcze na dodatkowe wydatki, jak jedzenie w restauracjach czy oddawanie rzeczy do pralni. Nawet jeżeli się zwolnię, nasz poziom życia prawie się nie zmieni.

I dlatego zrezygnowałem z pracy.

Telefon zadzwonił, gdy po powrocie z zakupów wkładałem jedzenie do lodówki. Wydawało mi się, że w dzwonku brzmiała straszna irytacja. Położyłem na stole do połowy odpakowane z plastiku tofu, wszedłem do pokoju i podniosłem słuchawkę.

– Już pan skończył z makaronem? – usłyszałem tamtą kobietę.

– Skończyłem – odparłem. – Ale teraz muszę iść szukać kota.

– Szukanie kota może chyba poczekać dziesięć minut? To co innego niż gotowanie makaronu.

Jakoś nie potrafiłem się rozłączyć i nie wiedziałem dlaczego. Coś w głosie tej kobiety przyciągało moją uwagę.

– No tak. Jeśli to tylko dziesięć minut – powiedziałem.

– A więc się zrozumiemy? – zapytała cicho. Miałem wrażenie, że usiadła na krześle i skrzyżowała nogi.

– No nie wiem – odrzekłem. – To w końcu tylko dziesięć minut.

– Być może dziesięć minut to dłużej, niż pan sobie wyobraża.

– Czy pani naprawdę mnie zna? – zapytałem.

– Oczywiście. Spotkaliśmy się wiele razy.

– Kiedy? Gdzie?

– Kiedyś, gdzieś – odparła. – Jeśli zacznę panu po kolei takie rzeczy tłumaczyć, dziesięć minut nie wystarczy. Ważne jest teraz. Prawda?

– Ale czy nie mogłaby pani jakoś tego dowieść? Dowieść, że mnie pani zna.

– Na przykład jak?

– Ile mam lat?

– Trzydzieści – odpowiedziała natychmiast. – Trzydzieści lat i dwa miesiące. Czy to wystarczy?

Milczałem. Chyba naprawdę mnie zna, ale jej głos z nikim mi się nie kojarzył, choć próbowałem go sobie przypomnieć.

– To teraz proszę mnie sobie wyobrazić – zachęciła kobieta. – Proszę zacząć od głosu. Jaka jestem, ile mam lat, jak jestem ubrana, tego typu rzeczy.

– Nie wiem – powiedziałem.

– Proszę spróbować.

Spojrzałem na zegar. Minęła dopiero minuta i pięć sekund.

– Nie wiem – powtórzyłem.

– To ja panu powiem – rzekła. – Leżę teraz w łóżku. Wzięłam przed chwilą prysznic i nic na sobie nie mam.

O, rany!, pomyślałem. Zupełnie jak płatny seks przez telefon.

– Czy mam nałożyć bieliznę? A może lepiej pończochy? Tak będzie dla pana lepiej?

– Wszystko mi jedno. Niech pani nakłada, co pani chce. Jeśli pani chce coś nałożyć, niech pani nałoży. A jak woli pani być naga, to też dobrze. Ale przepraszam panią, mnie nie interesują tego typu rozmowy telefoniczne. Jestem zajęty…

– Tylko dziesięć minut. Chyba poświęcenie mi dziesięciu minut nie będzie niepowetowaną stratą w pańskim życiu, prawda? W każdym razie proszę mi odpowiedzieć. Czy woli pan, żebym była naga, czy mam coś nałożyć? Mam różne rzeczy. Na przykład czarną koronkową bieliznę.

– Może pani zostać tak, jak pani jest – powiedziałem.

– Czyli woli pan, żebym była naga, tak?

– Tak, wolę, żeby pani była naga – odparłem. Już cztery minuty.

– Włosy łonowe mam jeszcze mokre – powiedziała. – Niezbyt dokładnie wytarłam ręcznikiem. Dlatego są jeszcze mokre. Ciepłe i zupełnie mokre. Bardzo miękkie. Bardzo czarne i miękkie. Niech pan pogłaszcze.

– Przepraszam, ale…

– Pod nimi też jest ciepło. Jak ciepły budyń. Bardzo ciepło. Naprawdę. Jak pan myśli, co ja teraz robię? Zgięłam prawą nogę w kolanie, a lewą odgięłam. Jakby wskazówki zegara ustawione na pięć po dziesiątej.

Po tonie jej głosu poznałem, że nie kłamie. Naprawdę ustawiła nogi w pozycji pięć po dziesiątej, a jej włosy łonowe są ciepłe i wilgotne.

– Niech pan pogłaszcze wargi. Powoli. A teraz niech pan rozchyli. Też powoli. Niech pan głaszcze powoli opuszkiem palca. Tak, bardzo powoli. A drugą ręką niech pan ściśnie moją lewą pierś. Proszę głaskać delikatnie od dołu i lekko drażnić sutek. Niech pan to zrobi wiele razy, aż prawie doprowadzi mnie pan do orgazmu.

Odłożyłem słuchawkę, nic nie mówiąc. Potem położyłem się na kanapie i wpatrując się w zegar, głęboko westchnąłem. Rozmawiałem z tą kobietą przez pięć albo sześć minut.

Nie minęło nawet dziesięć minut, gdy telefon znowu zadzwonił, ale tym razem nie podniosłem słuchawki. Zadzwonił piętnaście razy i umilkł, a wtedy pokój wypełniła głęboka zimna cisza.

Trochę przed drugą pokonałem ogrodzenie z betonowych płyt i znalazłem się na uliczce. Nazywam tak to miejsce, ale to nie uliczka w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Sam nie wiem, jak je właściwie nazwać. Ściśle mówiąc, nie jest to nawet dróżka. Dróżka jest jakby korytarzem wiodącym w określone miejsce, ma wejście i wyjście, a ta uliczka nie ma wejścia ani wyjścia, jest zablokowana z obu stron, nie przypomina więc nawet ślepej uliczki, która ma przynajmniej wejście. Okoliczni mieszkańcy od dawna nazywają uliczką ten krótki odcinek, który jakby spina tylne ściany ogrodów za domami i ciągnie się około dwustu metrów. Ma trochę ponad metr szerokości, lecz wystające płoty i składowane gdzieniegdzie różne sprzęty sprawiają, że w kilku miejscach trzeba przeciskać się bokiem.

Podobno – słyszałem to od wuja, który wynajmuje nam bardzo tanio dom – dawniej uliczka miała i wejście, i wyjście. Pełniła funkcję skrótu łączącego dwie ulice. Jednak w okresie szybkiego rozwoju ekonomicznego na wszystkich dawniej wolnych przestrzeniach po obu stronach zaczęły stawać jeden przy drugim nowe domy, uliczka jakby przez nie ściskana bardzo się zwęziła, a ponieważ mieszkańcy nie lubili, gdy ktoś im ciągle przechodził obok domu albo wzdłuż ściany ogrodu, została dyskretnie zablokowana. Zasłonięto ją najpierw niewielkim płotkiem, potem ktoś powiększył sobie ogród i postawiwszy ogrodzenie z betonowych płyt, całkiem zablokował jeden wylot. Jakby w odpowiedzi na to drugi koniec zagrodzono mocną metalową siatką, tak by nawet psy nie mogły się przecisnąć. Mieszkańcy i przedtem rzadko tędy chodzili, więc nikt nie narzekał, gdy uliczka została z obu stron zablokowana, uważano nawet, że pomoże to zapobiec kradzieżom. W rezultacie porzucono ją jak jakiś nieużywany kanał, nikt z niej nie korzystał i pełniła jedynie funkcję strefy buforowej między dwoma rzędami domów. Porosła chwastami i wypełniły ją lepkie pajęczyny.

Nie mogłem zrozumieć, w jakim celu moja żona przychodziła wielokrotnie w takie miejsce. Ja sam byłem tu może ze dwa razy, a przecież Kumiko jeszcze do tego nie lubiła pająków. Wszystko jedno, pomyślałem. Skoro Kumiko mówi, że mam szukać kota w uliczce, będę szukał. Sto razy wolę sobie pospacerować, niż czekać w domu, aż zadzwoni telefon.

Ostre słońce wczesnego lata pokryło ziemię siateczką cieni rzucanych przez wystające gałęzie, unoszące się ponad moją głową. Cienie były nieruchome i pewnie dlatego, że nie wiało, wyglądały jak rozrzucone po ziemi nieusuwalne plamy. Nie dobiegał tu żaden dźwięk, zdawało się, że słychać oddech oświetlonych słońcem, pojedynczych ździebełek trawy. Na niebie unosiło się kilka chmurek. Były tak wyraźnie zarysowane, że przypominały kształtem chmury z tła średniowiecznych drzeworytów. Wszystko wokół miało ostre kontury, tak że własne ciało zdało mi się czymś nieograniczonym, pozbawionym kształtu. Było mi też strasznie gorąco. Miałem na sobie podkoszulek, cienkie bawełniane spodnie i tenisówki, ale idąc przez dłuższy czas w słońcu, spociłem się lekko pod pachami i na piersi. Dziś rano wyciągnąłem te spodnie i podkoszulek z pudła z letnimi rzeczami i nozdrza wypełniał mi teraz silny zapach naftaliny.

Domy w tej okolicy wyraźnie dzieliły się na stare i te nowo zbudowane. Nowe najczęściej były małe i miały niewielkie ogródki. Sznury do suszenia bielizny rozciągały się aż do uliczki i chwilami musiałem się przedzierać między rzędami ręczników, koszul i prześcieradeł. Z niektórych domów wyraźnie dobiegały odgłosy telewizorów i spuszczanej wody, czasami napływał zapach gotującego się sosu curry.

W odróżnieniu od nowych, ze starych domów nie dochodziły prawie żadne zapachy. Te stare były odgrodzone płotami ze starannie rozmieszczonymi krzewami chińskiego jałowca, spomiędzy których można było dostrzec zadbane ogrody. W rogu jednego stała samotna choinka, pożółkła i uschnięta. W innym leżały rzędami wszelkie możliwe rodzaje zabawek, jakby wystawione na pokaz pozostałości wielu dzieciństw. Dziecięce rowerki, kółka do rzucania, plastikowy miecz, gumowa piłka, zabawka w kształcie żółwia, mały kij baseballowy i wiele innych. Był ogród z koszem do koszykówki, inny z eleganckimi krzesłami ogrodowymi i stołem z ceramicznym blatem. Wyglądało na to, że białe krzesła nie były od wielu miesięcy – a może od wielu lat – używane, gdyż pokrywała je gruba warstwa kurzu. Do stołu przywarły zmoczone deszczem fioletowe płatki magnolii.

W jednym z domów przez szklane drzwi w aluminiowej ramie widać było fragment pokoju. Stał tam zestaw krytych skórą mebli wypoczynkowych, duży telewizor i dekoracyjna szafka z przeszklonymi drzwiczkami (na niej akwarium z tropikalnymi rybami i jakieś dwa puchary), była też ozdobna lampa stojąca. Wyglądało to jak dekoracje do filmu telewizyjnego. W ogrodzie stała ogromna buda-klatka dla dużego psa, którego zresztą w niej nie było, a jej drzwi stały otworem. Zrobiona z metalowej siatki, była tak powyginana, jakby ktoś się o nią przez wiele miesięcy opierał.

Pusty dom, o którym wspomniała Kumiko, znajdował się dalej, za domem z psią klatką. Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że jest pusty i to pusty od dawna, nie od dwóch czy trzech miesięcy. Był stosunkowo nowy, piętrowy i tylko zamknięte drewniane okiennice miał zniszczone, a metalowe balustrady przy oknach na piętrze pokrywała rdza. W małym, przytulnym ogródku rzeczywiście znajdował się kamienny posąg przedstawiający ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Posąg stał na cokole sięgającym mi mniej więcej do piersi, ale otaczały go chwasty, szczególnie nawłoć, której łodygi tak wyrosły, że aż dotykały nóg ptaka. Wydawało się, że ten ptak – nie wiedziałem, co to za gatunek – rozpostarł skrzydła, chcąc jak najszybciej odlecieć z tego nieprzyjemnego miejsca. Prócz tego posągu w ogrodzie nie było innych elementów dekoracyjnych. Pod wystającym okapem przy ścianie domu leżało jeden na drugim kilka starych plastikowych leżaków, a obok nich rosła obsypana kwiatami azalia. Były jasnoczerwone, ich kolor zdawał się dziwnie nierealny. Poza tym wszędzie pleniły się jedynie chwasty.

Oparłem się o sięgający mi do piersi parkan z metalowej siatki i przez chwilę wpatrywałem się w ogród, który mógł bardzo podobać się kotu, lecz nigdzie go nie dostrzegłem. Na sterczącej z dachu antenie telewizyjnej przycupnął gołąb i okolicę wypełniło jego monotonne gruchanie. Rozproszony na drobne fragmenty cień kamiennego ptaka padał na rosnące wszędzie chwasty.

Wyjąłem z kieszeni cytrynowego dropsa, odwinąłem z papierka i włożyłem do ust. Gdy rzuciłem pracę, rzuciłem też przy okazji palenie, ale za to teraz nie mogłem się obejść bez cytrynowych dropsów. „Jesteś uzależniony od cytrynowych dropsów – mówiła żona. – Niedługo będziesz miał w zębach pełno dziur”. Lecz ja i tak nie mogłem zrezygnować z cukierków. Gdy tak wpatrywałem się w ogród, gołąb tkwił na antenie telewizyjnej i jak urzędnik stemplujący numery na pliku rachunków gruchał dalej w tym samym nieomylnym rytmie. Sam nie wiem, jak długo stałem oparty o siatkę. Pamiętam, że drops zrobił się słodkawolepki i o połowę mniejszy, więc wyplułem go na ziemię. Potem znów skierowałem wzrok w stronę kamiennego ptaka, a wtedy wydało mi się, że ktoś mnie z tyłu zawołał.

Odwróciłem się i zobaczyłem dziewczynę stojącą w ogrodzie po drugiej stronie uliczki. Była drobna, włosy miała związane w koński ogon. Nosiła ciemnozielone okulary przeciwsłoneczne w oprawce bursztynowego koloru i jasnoniebieski podkoszulek bez rękawów. Wystające z niego szczupłe ramiona były równiutko i ładnie opalone, mimo że jeszcze nie skończyła się pora deszczowa. Jedną rękę wsadziła do kieszeni szortów, a drugą oparła o sięgającą jej do piersi bambusową furtkę, która nie stanowiła zbyt pewnego oparcia. Dzielił nas może metr.

– Gorąco, prawda? – rzekła dziewczyna.

– Tak, gorąco – odparłem.

Nic więcej nie powiedzieliśmy, lecz dziewczyna dalej stała i przyglądała mi się. Potem wyciągnęła z kieszeni szortów paczkę papierosów, wyjęła jednego i włożyła do ust. Usta miała małe z lekko wywiniętą górną wargą. Następnie wprawnym gestem zapaliła papierową zapałkę i przytknęła do papierosa. Gdy pochyliła głowę, wyraźnie zobaczyłem kształt jej ucha. Miała gładkie, ładne uszy, które zdawały się nowe, jakby przed chwilą wymodelowane. Delikatny kontur ucha pokrywał lśniący puszek.

Dziewczyna rzuciła zapałkę na ziemię, stuliwszy wargi, zaciągnęła się papierosem i podniosła głowę, jakby nagle sobie o mnie przypomniała. Szkła jej okularów były ciemne i do tego lustrzane, więc nie widziałem ukrytych za nimi oczu.

– Mieszka pan w sąsiedztwie? – zapytała.

– Tak – odparłem i wskazałem palcem w kierunku naszego domu, choć nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduje, ponieważ prowadząca tu uliczka kilkakrotnie po drodze zakręciła. Wskazałem więc jakiś przypadkowy kierunek. – Szukam kota – powiedziałem, jakby się tłumacząc, i wytarłem spoconą dłoń o spodnie. – Już od tygodnia nie wraca do domu, ale ktoś go widział w tej okolicy.

– Jaki to kot?

– Dość duży kocur. Pręgowany, brązowy, koniec ogona ma jakby wygięty.

– Jak ma na imię?

– Noboru – odpowiedziałem. – Noboru Wataya.

– Wspaniałe imię jak na kota.

– Tak się nazywa brat żony. Kot w czymś go przypomina, więc żartem tak go nazwaliśmy.

– W czym go przypomina?

– Jakoś tak ogólnie. Ma podobny chód i tępe spojrzenie.

Dziewczyna wreszcie się uśmiechnęła. Teraz wydała mi się o wiele młodsza niż przedtem. Miała pewnie piętnaście lub szesnaście lat. Górna warga wywijała się ku górze pod przedziwnym kątem. Zdawało mi się, że słyszę głos mówiący: „Niech pan pogłaszcze”, głos tamtej kobiety w słuchawce telefonu. Otarłem dłonią pot z czoła.

– Pręgowany, brązowy kot z lekko wygiętym końcem ogona – powtórzyła dziewczyna, jakby chciała się upewnić. – Ma obrożę albo coś takiego?

– Ma czarną obrożę przeciw pchłom – powiedziałem.

Dziewczyna oparła dłoń o drewnianą furtkę i zamyśliła się. Po kilkunastu sekundach rzuciła wypalonego papierosa na ziemię i przydeptała go sandałem. – Możliwe, że widziałam tego kota – powiedziała. – Nie przyglądałam się, czy ogon miał zagięty, ale widziałam brązowego, pręgowanego kota, dużego i zdaje się, że miał obrożę.

– A kiedy go widziałaś?

– Kiedy to mogło być? Chyba ze trzy czy cztery dni temu. Wszystkie okoliczne koty przechodzą przez nasz ogród, więc ciągle łażą w tę i z powrotem. Wszystkie przychodzą z domu państwa Takitanich i przez nasz ogród idą do ogrodu Miyawakich – mówiąc to, wskazała pusty dom naprzeciw. Kamienny ptak stał tam dalej z rozpostartymi skrzydłami, żółta nawłoć lśniła oświetlona słońcem wczesnego lata, a gołąb ciągle gruchał monotonnie na antenie telewizyjnej.

– A może poczeka pan w naszym ogrodzie? Wszystkie koty i tak prędzej czy później tędy przechodzą w drodze do domu naprzeciw, a jeśli będzie pan tam za długo chodził i szukał, to ktoś może pomyśleć, że jest pan złodziejem, i zawiadomi policję. Już wiele razy tak było.

Wahałem się.

– Naprawdę. W domu i tak nikogo prócz mnie nie ma. Możemy się razem poopalać, czekając na przechodzące koty. Mogę się panu przydać, bo mam dobry wzrok.

Spojrzałem na zegarek. Było pół do trzeciej. Dzisiaj musiałem już tylko zebrać przed zachodem słońca wysuszone pranie i przygotować kolację. Otworzyłem furtkę, wszedłem do ogrodu i ruszyłem po trawie za dziewczyną. Zauważyłem, że lekko powłóczy prawą nogą. Przeszła kilka kroków i odwróciła się.

– Siedziałam z tyłu na motocyklu i zrzuciło mnie – powiedziała, jakby ją to specjalnie nie obchodziło. – Dość niedawno.

Na skraju trawnika rósł duży dąb, a pod nim stały dwa płócienne leżaki. Na oparciu jednego z nich wisiał duży niebieski ręcznik, a na drugim leżały rozrzucone niedbale: nowe pudełko papierosów, popielniczka, zapalniczka, duże przenośne radio z magnetofonem i różne pisma. Z głośników radia dobiegały ciche tony hard rocka. Dziewczyna zrzuciła wszystko z leżaka na trawę, wskazała mi go zapraszająco i wyłączyła radio. Spomiędzy drzew widać było opuszczony dom po drugiej stronie uliczki. Widziałem też kamiennego ptaka, nawłoć i ogrodzenie z siatki. Dziewczyna musiała mnie stąd obserwować.

Ogród był przestronny; rozległy trawnik lekko nachylony, tu i tam rosły drzewa. Po lewej stronie leżaka znajdowało się spore oczko wodne z betonowym obrzeżem, ale wodę już dawno chyba z niego wypuszczono i pokryte ciemną zielenią dno jaśniało w słońcu. Z tyłu za drzewami widać było stary dom w stylu europejskim. Niezbyt duży i nie wyglądał na specjalnie kosztowny, jedynie ogród był przestronny i starannie utrzymany.

– Utrzymanie takiego dużego ogrodu wymaga chyba wiele pracy – powiedziałem, rozglądając się dokoła.

– Tak pan myśli?

– Dawniej pracowałem dorywczo w firmie, która kosiła trawniki – odparłem.

– Tak? – powiedziała dziewczyna głosem niewyrażającym wielkiego zainteresowania.

– Zawsze jesteś sama? – zapytałem.

– Koło południa tak. Jestem tu zawsze sama. Rano i późnym popołudniem przychodzi kobieta do pomocy, a poza tym jestem zawsze sama. Nie napiłby się pan czegoś zimnego? Mam piwo.

– Nie, dziękuję.

– Naprawdę. Proszę się nie krępować.

Potrząsnąłem głową. – Nie chodzisz do szkoły?

– A pan nie chodzi do pracy?

– Nie mam pracy, do której mógłbym pójść.

– Jest pan bezrobotny?

– W zasadzie tak. Niedawno rzuciłem pracę.

– A gdzie pan pracował?

– Byłem kimś w rodzaju chłopca na posyłki u adwokata – powiedziałem. – Chodziłem do różnych biur i urzędów, kompletowałem dokumenty, porządkowałem dane, sprawdzałem prawne precedensy, załatwiałem formalności sądowe, tego typu rzeczy.

– Ale rzucił pan pracę?

– Tak.

– A pana żona pracuje?

– Pracuje – odpowiedziałem.

Gołąb, który jeszcze przed chwilą gruchał na dachu domu naprzeciwko, teraz gdzieś znikł. Nagle zorientowałem się, że otacza mnie głęboka cisza.

– Koty zawsze przechodzą tamtędy – dziewczyna wskazała przeciwną stronę trawnika. – Widzi pan spalarkę do śmieci po drugiej stronie płotu Takitanich? Pojawiają się koło niej, przecinają trawnik, przełażą pod furtką i idą do ogrodu po drugiej stronie. Zawsze chodzą tą samą trasą. Wie pan, że pan Takitani jest słynnym ilustratorem. Tony Takitani. Słyszał pan o nim?

– Tony Takitani?

Dziewczyna opowiedziała mi o Tonym Takitanim. O tym, że Tony Takitani to jego prawdziwe imię i nazwisko. Że specjalizuje się w bardzo precyzyjnych ilustracjach mechanizmów, że niedawno stracił żonę w wypadku samochodowym i sam mieszka w tym dużym domu. Prawie nie wychodzi i nie zadaje się z nikim z sąsiedztwa.

– Nie jest złym człowiekiem – powiedziała dziewczyna. – Chociaż właściwie nigdy z nim nie rozmawiałam.

Dziewczyna zsunęła na czoło okulary przeciwsłoneczne, zmrużywszy oczy rozejrzała się dokoła, a potem znowu włożyła okulary i wypuściła ustami dym. Kiedy odsłoniła oczy, obok lewego ukazała się około dwucentymetrowa rana. Była tak głęboka, że pewnie zostanie jej blizna na całe życie. Na pewno nosiła ciemne okulary, aby ukryć tę ranę. Jej rysy nie odznaczały się szczególną pięknością, ale twarz zwracała uwagę. Być może przyciągały żywe oczy i nietypowy kształt warg.

– A słyszał pan o Miyawakich?

– Nie słyszałem – odparłem.

– Mieszkali w tym pustym domu. Byli tak zwanymi porządnymi ludźmi. Mieli dwie córki. Obie chodziły do znanych prywatnych liceów dla dziewcząt. Ojciec prowadził dwie czy trzy restauracje.

– I dlaczego już tu nie mieszkają?

Dziewczyna wydęła lekko wargi, jakby mówiąc „któż to może wiedzieć”?

– Może mieli długi. Pewnej nocy zniknęli w wielkim pośpiechu. To chyba było jakiś rok temu. Chwasty rosną jak szalone, koty się mnożą, nie jest tam bezpiecznie. Moja matka zawsze na to narzeka.

– Tak dużo tam kotów?

Dziewczyna spojrzała na niebo, nie wyjmując z ust papierosa. – Są różne koty. Jest jeden wyleniały, jeden jednooki… stracił oko i to miejsce wypełniło się jakby żywym mięsem. Niesamowite, prawda?

Przytaknąłem.

– W mojej rodzinie jest osoba, która ma sześć palców. To dziewczyna, trochę starsza ode mnie. Obok małego palca ma drugi malutki, jakby niemowlęcy, ale zawsze go zręcznie podgina i trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby zauważyć. Jest bardzo ładna.

– Coś podobnego.

– Myśli pan, że to może być dziedziczne? Jak to się mówi? Że to jest w genach?

Powiedziałem, że nie znam się na dziedziczności. Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Ja ssałem dropsa i wpatrywałem się w drogę, którą ponoć chodziły koty. Do tej pory żaden się nie pokazał.

– Naprawdę nie ma pan ochoty na nic do picia? Ja się napiję coli – oznajmiła.

Odpowiedziałem, że nic nie chcę. Dziewczyna wstała z leżaka i lekko powłócząc nogą, zniknęła wśród drzew, a ja podniosłem z ziemi czasopismo i przerzuciłem kilka stron. Ze zdziwieniem odkryłem, że jest to miesięcznik dla mężczyzn. Na rozkładówce było zdjęcie dziewczyny siedzącej na stołku w nienaturalnej pozie z szeroko rozchylonymi nogami. Przez cienką bieliznę widać było włosy łonowe i zarys warg sromowych. O, rany! – pomyślałem, odłożyłem pismo na miejsce, założyłem ręce na piersi i znów skierowałem wzrok na kocią drogę.

Dziewczyna wróciła po dość długim czasie ze szklanką coli w dłoni. Było gorące popołudnie. Kiedy tak siedziałem na leżaku wystawiony na słońce, głowę wypełniła mi pustka i myślenie stało się bardzo nużące.

– Co by pan zrobił, gdyby się pan dowiedział, że dziewczyna, którą pan pokochał, ma sześć palców? – kontynuowała poprzednią rozmowę.

– Sprzedałbym ją do cyrku – powiedziałem.

– Naprawdę?

– Nie. Żartowałem – odparłem ze śmiechem. – Chyba bym się tym nie przejmował.

– Nawet jeżeli pana dzieci mogłyby to odziedziczyć?

Zastanawiałem się przez chwilę. – Nie przejmowałbym się. Dodatkowy palec nie stanowi specjalnej przeszkody.

– A gdyby miała cztery piersi?

Nad tym też się przez chwilę zastanawiałem. – Nie wiem – powiedziałem. Cztery piersi? Wyglądało na to, że ta rozmowa może się ciągnąć bez końca, więc spróbowałem zmienić temat. – Ile masz lat?

– Szesnaście – odrzekła. – Niedawno skończyłam szesnaście. Jestem w pierwszej klasie liceum.

– I od dawna nie chodzisz do szkoły?

– Jeśli długo chodzę, zaczyna mnie boleć noga. Mam też, niestety, ranę koło oka. W szkole robią zawsze dużo szumu i gdyby się dowiedzieli, że spadłam z motocykla i się poharatałam, byłoby gadanie… no i dlatego nie uczęszczam na zajęcia z powodu choroby. Przerwanie na rok nauki to przecież nic wielkiego. Nie zależy mi specjalnie na tym, żeby się szybko znaleźć w drugiej klasie.

– Coś podobnego – zdziwiłem się.

– Ale wracając do poprzedniej rozmowy, powiedział pan, że ożeniłby się z dziewczyną o sześciu palcach, a nie chciałby pan dziewczyny z czterema piersiami.

– Nie powiedziałem, że nie chciałbym. Powiedziałem, że nie wiem.

– Dlaczego pan nie wie?

– Bo nie potrafię sobie tego wyobrazić.

– Ale potrafi pan sobie wyobrazić sześć palców?

– Jakoś potrafię.

– Ciekawe, w czym tkwi różnica między sześcioma palcami a czterema piersiami.

Zastanowiłem się nad tym, ale nie przyszło mi do głowy żadne dobre wyjaśnienie.

– Czy ja zadaję za dużo pytań?

– Ludzie ci to mówią?

– Czasami.

Skierowałem wzrok na kocią drogę. Co ja właściwie tutaj robię, pomyślałem. Przecież nie widziałem jeszcze ani jednego kota. Z rękami założonymi na piersiach przymknąłem oczy na dwadzieścia, a może trzydzieści sekund. Kiedy tak siedziałem bez ruchu, czułem, że pocą mi się różne części ciała. Oblewający mnie blask słońca zdawał się dziwnie ciężki. Dziewczyna potrząsnęła szklanką i lód zadźwięczał jak owczy dzwonek.

– Jeśli jest pan śpiący, proszę się przespać. Obudzę pana, jeżeli jakiś kot się pokaże – powiedziała cicho.

Skinąłem w milczeniu głową, nie otwierając oczu. Nie było wiatru i wokoło panowała zupełna cisza. Gołąb musiał odlecieć gdzieś daleko. Pomyślałem o kobiecie, która do mnie dzwoniła. Czyżbym ja ją naprawdę znał? Nie rozpoznałem ani jej głosu, ani sposobu mówienia. Jednak ona mnie zna. To jakby scena z obrazu De Chirico – cień kobiety ściele się na drodze i rozciąga aż ku mnie, lecz rzeczywista kobieta znajduje się daleko poza obszarem świadomości. Obok mego ucha dalej dzwonił dzwonek.

– Usnął pan? – spytała dziewczyna, tak cicho, że nie byłem pewien, czy naprawdę ją usłyszałem.

– Nie, nie śpię.

– Czy mogę się trochę przysunąć? Łatwiej mi mówić ciszej.

– Proszę bardzo – powiedziałem, nie otwierając oczu.

Dziewczyna przesunęła swój leżak do mojego. Rozległ się suchy dźwięk drewna uderzającego o drewno. To dziwne, pomyślałem. Głos dziewczyny słyszany z otwartymi oczami wydawał się zupełnie różny od tego słyszanego z zamkniętymi oczami.

– Czy mogę coś powiedzieć? – zapytała. – Będę mówiła bardzo cicho, nie musi pan odpowiadać i może się pan zdrzemnąć.

– Proszę bardzo.

– Śmierć jest wspaniała, prawda?

Mówiła tuż przy moim uchu i zdawało się, że słowa te przeniknęły mnie wraz z ciepłym, wilgotnym oddechem. – Dlaczego? – zapytałem.

Dziewczyna położyła palec na moich wargach, jakby nakazując im milczenie. – Proszę o nic nie pytać – powiedziała. – I proszę nie otwierać oczu. Zgoda?

Przytaknąłem tak lekko, jak lekki był jej szept. Palec przesunął się z moich warg na nadgarstek.

– Chciałabym przeciąć ją skalpelem i zajrzeć do środka. Nie chodzi mi o zwłoki, a o coś w rodzaju „grudki śmierci”. Wydaje mi się, że gdzieś musi być coś takiego. Coś okrągłego o znieczulonych nerwach, miękkiego jak piłka do softballu. Chciałabym to wyjąć z ciała zmarłego, rozciąć i zajrzeć do środka. Zawsze się zastanawiam, jak coś takiego może w środku wyglądać. Myślę, że musi tam być coś wyschniętego i stwardniałego, jak pasta do zębów zaschnięta w tubce. Nie sądzi pan? Nie, nie musi pan odpowiadać. Na zewnątrz jest miękkie i sflaczałe, a im bliżej środka, tym twardsze. Dlatego najpierw rozcinam górną warstwę, docieram do tej miękkiej części i oddzielam ją za pomocą czegoś w rodzaju skalpela i szpatułki. I gdy posuwam się dalej w głąb, ta miękkość staje się coraz twardsza, aż w końcu dochodzę do czegoś przypominającego małe jądro. Jest malutkie jak kuleczka w łożysku kulkowym i strasznie twarde. Nie sądzi pan? – Dziewczyna lekko zakaszlała. – Ostatnio ciągle o tym myślę. Na pewno dlatego, że mam tyle czasu. Kiedy nie ma się nic do roboty, myśli stopniowo płyną coraz dalej i dalej. A gdy pójdą za daleko, trudno za nimi nadążyć. – Zdjęła palec z mojego nadgarstka, wzięła do ręki szklankę i wypiła do końca coca-colę. Po dźwięku lodu poznałem, że szklanka jest pusta.

– Będę bardzo uważała na kota, proszę się nie martwić. Powiem panu, gdy tylko Noboru Wataya się pokaże. Więc niech pan zamknie oczy. Noboru Wataya na pewno jest teraz gdzieś w okolicy. Na pewno zaraz się pojawi. Noboru Wataya idzie wśród traw, przechodzi pod płotami, zatrzymuje się co pewien czas, by powąchać kwiaty, i powoli się tutaj zbliża. Niech go pan sobie wyobrazi.

Jednak mnie udało się wyobrazić sobie tylko coś, co było jedynie wizerunkiem kota. Strasznie niewyraźnym, jak prześwietlone zdjęcie. Promienie słońca przenikały przez moje powieki i burzyły wewnętrzną ciemność, a do tego, choć strasznie się starałem, nie potrafiłem sobie dokładnie przypomnieć, jak kot wyglądał. Kot, którego pamiętałem, był nienaturalny i przerysowany, jak nieudany portret. Zgadzają się jedynie cechy charakterystyczne, ale całość jest wybrakowana. Nie mogłem sobie nawet przypomnieć, jak chodził.

Dziewczyna znów przytknęła palec do mego nadgarstka i narysowała nim jakiś dziwny, nieokreślony kształt. Jakby w odpowiedzi na to moja świadomość pogrążyła się w innej, dotąd nieznanej ciemności. Pomyślałem, że prawdopodobnie zasypiam. Nie chciałem spać, lecz nie mogłem się powstrzymać. Moje siedzące na leżaku ciało zdawało się ogromnie ciężkie i martwe, cudze. W tej ciemności przypomniałem sobie cztery nogi Noboru Watai, cztery ciche, brązowe łapki z miękkimi, jakby gumowymi poduszeczkami. Bezszelestnie szły gdzieś po ziemi. Ale gdzie?

Wystarczy dziesięć minut, powiedziała ta kobieta przez telefon. Nie, odparłem ja, bywa, że dziesięć minut to nie dziesięć minut. Czasami się wydłuża, a czasami skraca. Wiem coś o tym.

Gdy się obudziłem, byłem sam. Leżak dziewczyny przysunięty bliziutko do mego stał pusty. Ręcznik, papierosy i czasopisma dalej tam leżały, lecz zniknęła szklanka i radio. Słońce lekko pochyliło się ku zachodowi, cienie gałęzi dębu sięgały moich kolan. Zegarek wskazywał piętnaście po czwartej. Uniosłem się na poręczach leżaka i rozejrzałem wokoło. Rozległy trawnik, wyschnięty stawik, żywopłot, kamienny posąg ptaka, nawłoć, antena telewizyjna. Ani śladu kota. Usiadłem znów na leżaku, spojrzałem na kocią drogę i czekałem na powrót dziewczyny. Po dziesięciu minutach ani kot, ani ona się nie pojawili. Wszystko wokół trwało w bezruchu. Zdawało mi się, że podczas snu strasznie się postarzałem.

Wstałem i spojrzałem na dom. Nie było żywego ducha. Tylko wykuszowe okno oświetlone zachodzącym słońcem lśniło oślepiającym blaskiem. Zrezygnowałem, przeszedłem przez trawnik, wyszedłem na uliczkę i wróciłem do domu. Nie znalazłem co prawda kota, ale przynajmniej go poszukałem.

Po powrocie do domu zebrałem pranie i przygotowałem skromną kolację. O pół do szóstej telefon zadzwonił dwanaście razy, lecz nie odebrałem. Choć dzwonek już zamilkł, ciemniejący pokój nadal wypełniony był jego echem jak kurzem. Zegar postukiwał twardym paznokciem o niewidzialną deskę zawieszoną w przestrzeni.

Nagle pomyślałem, że mógłbym napisać wiersz o ptaku nakręcaczu, jednak za nic nie mogłem wymyślić pierwszej linijki. Poza tym nie wydawało mi się, że taki wiersz spodobałby się licealistkom.

Kumiko wróciła o pół do ósmej. Od miesiąca wracała do domu coraz później – często po ósmej, a zdarzało się, że i po dziesiątej. Może było to spowodowane faktem, że ja byłem w domu, szykowałem kolację, więc nie musiała się spieszyć. Tłumaczyła, że mają za mało personelu, a do tego jeden z pracowników ostatnio często chorował i nie przychodził do pracy.

– Przepraszam. Myślałam, że zebranie nigdy się nie skończy – powiedziała. – Ta dziewczyna pracująca na godziny jest do niczego.

Stałem w kuchni i smażyłem na maśle rybę, zrobiłem też sałatkę i zupę sojową. W tym czasie Kumiko siedziała znużona przy kuchennym stole.

– Gdzie byłeś koło pół do piątej? – zapytała. – Dzwoniłam, żeby ci powiedzieć, że wrócę trochę później.

– Skończyło się masło, więc poszedłem kupić – skłamałem.

– Byłeś też w banku?

– Oczywiście – odpowiedziałem.

– A co z kotem?

– Nie znalazłem. Poszedłem do pustego domu w uliczce, tak jak mi kazałaś, ale nie było tam śladu kota. Może poszedł sobie gdzieś dalej.

Kumiko nic nie powiedziała.

Po kolacji wykąpałem się i kiedy wszedłem do pokoju, siedziała samotnie przy zgaszonym świetle. W szarej bluzce, skulona na podłodze wyglądała zupełnie jak jakiś zapomniany bagaż. Wycierając włosy ręcznikiem, usiadłem na kanapie naprzeciw Kumiko.

– Kot już na pewno nie żyje – powiedziała cicho.

– Niemożliwe – odparłem. – Gdzieś sobie przyjemnie spędza czas. Niedługo bardzo zgłodnieje i wróci. Przecież kiedyś już tak było. Kiedy mieszkaliśmy w Koenji, też…

– Tym razem to co innego. Nie tak jak przedtem. Wiem, że zdechł, leży gdzieś w zaroślach i gnije. Szukałeś w zaroślach przy pustym domu?

– Słuchaj, ten dom jest pusty, ale i tak do kogoś należy i nie mogę sobie tak po prostu tam wejść.

– To gdzie właściwie szukałeś? – zapytała żona. – Tobie wcale nie zależy na znalezieniu kota i dlatego się nie znajduje.

Westchnąłem i jeszcze raz wytarłem włosy ręcznikiem. Chciałem coś powiedzieć, ale zauważyłem, że Kumiko płacze, więc zrezygnowałem. Nie ma rady pomyślałem. Zaczęła hodować tego kota zaraz po ślubie i bardzo go lubiła. Wrzuciłem ręcznik do kosza na brudną bieliznę w łazience, poszedłem do lodówki, wyjąłem piwo i się napiłem. Co za bezsensowny dzień. Bezsensowny dzień bezsensownego miesiąca bezsensownego roku.

Gdzie jesteś, Noboru Wataya, pomyślałem. Czy ptak nakręcacz zapomniał cię nakręcić? Zupełnie jak wers jakiegoś wiersza.

Gdzież jesteś

Noboru Wataya?

Czyżby ptak nakręcacz

Zapomniał cię nakręcić?

Telefon zadzwonił, gdy została mi już tylko połowa piwa.

– Odbierz! – zawołałem w kierunku ciemnego pokoju.

– Nie chce mi się. Ty odbierz – powiedziała Kumiko.

Telefon dzwonił dalej i nikt go nie odbierał. Dzwonek rozpraszał kurz unoszący się w ciemności pokoju. Milczeliśmy oboje. Ja piłem piwo, a Kumiko bezgłośnie płakała. Doliczyłem do dwudziestego dzwonka i zrezygnowałem z liczenia. Przecież nie można liczyć w nieskończoność.


2. O pełni Księżyca i zaćmieniu Słońca oraz o koniach umierających w stajniach

Czy w ogóle możliwe, by jeden człowiek całkowicie zrozumiał drugiego?

Załóżmy, że poświęcamy dużo czasu na poznanie kogoś, bardzo się staramy, ale czy w rezultacie udaje nam się zbliżyć do prawdziwej istoty tej osoby? W jakim stopniu? Czy naprawdę wiemy coś ważnego o tych, których, jak nam się wydaje, dobrze znamy?

Zacząłem się poważnie zastanawiać nad takimi kwestiami mniej więcej w tydzień po odejściu z pracy w kancelarii adwokackiej. Dotychczas nigdy jeszcze nie zajmowały mnie tego typu problemy. Ciekawe dlaczego. Prawdopodobnie miałem pełne ręce roboty, próbując ułożyć sobie życie, i byłem zbyt zajęty, by nad sobą rozmyślać.

Tak jak to bywa z ważnymi problemami świata, które zaczynają się od drobnostek, ja także zacząłem mieć te wątpliwości z powodu zupełnej drobnostki. Kumiko w pośpiechu zjadła śniadanie i wyszła, a ja włożyłem pranie do pralki, posłałem łóżko, zmyłem naczynia, odkurzyłem podłogę. Potem usiadłem razem z kotem na werandzie i przejrzałem w gazecie ogłoszenia o pracy i reklamy wyprzedaży. W południe przygotowałem sobie coś prostego do jedzenia i poszedłem do sklepu. Zrobiłem zakupy na kolację, z półki z przecenionymi towarami wziąłem proszek do prania, a także chusteczki jednorazowe i papier toaletowy. Następnie wróciłem do domu, przygotowałem kolację, a potem położyłem się na kanapie i czytając książkę, czekałem na powrót żony.

Ponieważ dopiero niedawno rzuciłem pracę, taki tryb życia wydawał mi się dość przyjemny. Nie muszę już jeździć do firmy zatłoczonym pociągiem, nie muszę się spotykać z ludźmi, z którymi nie mam ochoty się widywać. Nikt mi nie wydaje rozkazów i ja nie muszę ich nikomu wydawać. Nie muszę jeść z kolegami z pracy zestawów obiadowych w pobliskiej zatłoczonej restauracji ani słuchać o meczu baseballowym z poprzedniego dnia. I nie wiem już, czy czwarty pałkarz z drużyny Yomiuri Giants wybił piłkę na home run, czy też były tylko trzy strikes. To wszystko sprawiało mi przyjemność, ale największą to, że mogłem czytać, co chciałem i kiedy chciałem. Nie wiedziałem, jak długo potrwa takie życie, lecz ten pierwszy tydzień wolności przynajmniej jak do tej pory bardzo mi się podobał i starałem się w miarę możliwości nie myśleć o tym, co będzie dalej. Miałem coś w rodzaju urlopu od życia. Kiedyś się skończy, ale póki trwa, trzeba się nim cieszyć. W każdym razie od bardzo dawna nie czytałem nic dla przyjemności, a szczególnie powieści. W ciągu ostatnich lat czytałem książki prawnicze albo byle jakie książczyny nadające się do tłocznych pociągów. Nikt nie ustanowił takiego prawa, lecz panuje opinia, że czytania wartościowych powieści przez osoby zatrudnione w firmach prawniczych nie uważa się, co prawda, za rzecz naganną, ale nie patrzy się też na nie łaskawym okiem. Jeżeli w mojej torbie lub w szufladzie biurka odkryto by taką książkę, ludzie pewnie zaczęliby na mnie spoglądać jak na parszywego psa. I powiedzieliby na przykład: „No, no, lubisz czytać powieści? Ja też lubię. W młodości dużo czytałem”. Uważają, że powieści czyta się tylko w młodości. Tak jakby mówili, że wiosną zbiera się truskawki, a jesienią winogrona.

Jednak tego popołudnia nie mogłem jak zwykle radośnie zatopić się w lekturze, a to dlatego, że Kumiko nie wracała. Zwykle przychodziła najpóźniej o pół do siódmej, a jeżeli miała się spóźnić choćby dziesięć minut, zawsze dzwoniła. Pod tym względem była wręcz przesadnie skrupulatna. Tego dnia nie wróciła jeszcze, choć minęła siódma, i w ogóle nie zadzwoniła. Przygotowałem wszystko tak, by podać kolację od razu po jej powrocie. Nie przyrządzałem niczego specjalnego. Miałem zamiar szybko usmażyć krojoną w paski wołowinę, cebulę, paprykę i kiełki fasoli, przyprawić solą, pieprzem, pokropić sosem sojowym, a na koniec dodać piwa. Często jadłem tę potrawę, gdy jeszcze sam mieszkałem. Ugotowałem ryż, podgrzałem zupę sojową, a pokrojone jarzyny leżały w kupkach na dużym talerzu i czekały tylko na usmażenie. Lecz Kumiko nie wracała. Byłem głodny, więc pomyślałem, że usmażę najpierw porcję dla siebie, ale jakoś nie miałem ochoty. Nie wiem dlaczego, zdawało mi się, że postąpiłbym niewłaściwie. Usiadłem przy kuchennym stole, napiłem się piwa i zjadłem kilka zwilgotniałych krakersów, które znalazłem w głębi szafki z naczyniami. Bezmyślnie wpatrywałem się, w małą wskazówkę zegara, która powoli dochodziła do punktu oznaczającego pół do ósmej, a potem go mijała.

Kumiko wreszcie wróciła po dziewiątej. Wyglądała na wykończoną. Miała zaczerwienione oczy. Był to zły znak. Zawsze, gdy miała takie oczy, zdarzało się coś złego. Powiedziałem sobie: „Tylko spokojnie. Nie mów nic niepotrzebnego. Spokojnie, naturalnie, nie atakuj”.

– Przepraszam. Za nic nie mogłam się wyrwać z pracy. Chciałam do ciebie zadzwonić, ale ciągle coś się działo i nie dałam ci znać.

– Nic nie szkodzi. Nie przejmuj się – powiedziałem jak gdyby nigdy nic. Poza tym naprawdę wcale nie byłem zły. Mnie samemu wiele razy się to zdarzyło. Chodzenie do pracy to rzecz niełatwa. Nie jest tak proste jak dzień spędzony dwie ulice dalej u przeziębionej babci, której zaniosło się zerwaną rano w ogrodzie najpiękniejszą różę. Zdarza się, że trzeba robić coś głupiego z jakimiś głupkami. Zdarza się też, że nie ma możliwości zadzwonienia do domu. Aby zadzwonić i powiedzieć „dziś wrócę późno”, wystarczy trzydzieści sekund. Telefony są wszędzie, ale zdarza się tak, że nie można zadzwonić.

Zabrałem się do gotowania. Włączyłem gaz, wlałem olej na patelnię. Kumiko wyjęła z lodówki piwo, a z szafki szklankę. Przeprowadziła wzrokową inspekcję składników potrawy, którą zamierzałem przyrządzić, a potem, nic nie mówiąc, siadła przy kuchennym stole i zaczęła pić piwo. Sądząc po wyrazie jej twarzy, nie było zbyt smaczne.

– Nie musiałeś na mnie czekać z jedzeniem – powiedziała.

– Nic nie szkodzi. Nie byłem bardzo głodny – odparłem.

Podczas gdy ja smażyłem mięso i jarzyny, Kumiko wstała i poszła do łazienki. Słyszałem, jak myje nad umywalką twarz i zęby. Po chwili wyszła z łazienki, niosąc coś w obu rękach. Były to kupione dziś przeze mnie chusteczki i papier toaletowy.

– Dlaczego to kupiłeś? – zapytała zmęczonym głosem.

Spojrzałem na nią, trzymając w ręce patelnię. Potem przesunąłem wzrok na chusteczki i papier, które miała w rękach. Nie miałem pojęcia, o co jej chodzi. – Nie rozumiem – powiedziałem. – To tylko chusteczki i papier toaletowy. Przecież jak zabraknie, to jest kłopot. Jeszcze trochę mamy, ale to się nie psuje.

– Nie mam nic przeciwko kupowaniu chusteczek i papieru toaletowego. To oczywiste. Ja cię pytam, dlaczego kupiłeś niebieskie chusteczki i papier toaletowy w kwiatki.

– Ciągle nie rozumiem – powiedziałem cierpliwie. – Rzeczywiście kupiłem niebieskie chusteczki i papier toaletowy w kwiatki. Jedno i drugie było przecenione. Przecież od wycierania niebieską chusteczką nos nie robi się niebieski. Nie ma w tym chyba nic złego?

– Owszem, jest w tym coś złego. Ja nie lubię niebieskich chusteczek i papieru we wzorki. Nie wiedziałeś?

– Nie wiedziałem – odparłem. – A z jakiego powodu nie lubisz?

– Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego nie lubię – powiedziała. – Ty też nie lubisz ozdobnych pokrowców na telefon, termosów w kwiatki i rozszerzanych dżinsów z nitami. Nie lubisz, jak sobie maluję paznokcie. Trudno wytłumaczyć powody tych wszystkich niechęci, prawda? Po prostu niektóre rzeczy się lubi, a innych nie.

Mogłem wytłumaczyć wszystkie te niechęci, ale oczywiście nie zrobiłem tego. – Rozumiem. Po prostu nie lubisz. Dobrze to rozumiem. Ale powiedz, czy ty przez sześć lat naszego małżeństwa ani razu nie kupiłaś niebieskich chusteczek i papieru w kwiatki?

– Nie, nie kupiłam – rzuciła Kumiko.

– Naprawdę?

– Naprawdę – odpowiedziała Kumiko. – Kupuję tylko białe, żółte albo różowe chusteczki. A papier zawsze kupuję gładki. Dziwię się, że mieszkając ze mną, tego nie zauważyłeś.

Ja też byłem zdziwiony. To znaczy, że przez tych sześć lat nigdy nie użyłem niebieskich chusteczek i papieru we wzorki.

– Przy okazji powiem ci jeszcze coś – odezwała się Kumiko. – Nie cierpię wołowiny smażonej z papryką. Wiedziałeś o tym?

Nie wiedziałem.

– Po prostu nie lubię. Nie pytaj o powód. Nie wiem dlaczego, ale nie znoszę zapachu mięsa smażonego z papryką.

– Przez tych sześć lat nigdy nie smażyłaś wołowiny z papryką?

Kumiko potrząsnęła głową. – Jem paprykę w sałatce. Smażę wołowinę z cebulą, ale nigdy nie smażyłam wołowiny z papryką.

– O rany – powiedziałem.

– Nigdy cię to nie zastanowiło?

– Nigdy nawet tego nie zauważyłem – odparłem. Zastanowiłem się, czy od czasu ślubu jadłem kiedyś wołowinę usmażoną z papryką. Nie mogłem sobie przypomnieć.

– Żyjesz ze mną, ale tak naprawdę nie zwracasz na mnie uwagi, prawda? Na pewno myślałeś dotąd tylko o sobie – powiedziała.

Wyłączyłem gaz i postawiłem patelnię na kuchence. – Poczekaj chwilę. Mieszasz różne sprawy. Być może nie zwróciłem uwagi na kwestię chusteczek, papieru i związku wołowiny z papryką. Przyznaję się do tego. Jednak uważam, że to nie znaczy, bym wcale nie zwracał na ciebie uwagi. Mnie naprawdę nie robi różnicy, jakiego koloru są chusteczki. Myślę, że gdybym znalazł na stole pudełko z czarnymi jak smoła, pewnie bym się zdziwił. Ale czy są białe, czy niebieskie, naprawdę mnie nie obchodzi. To samo dotyczy wołowiny z papryką. Wszystko mi jedno, czy są smażone razem, czy nie. Absolutnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nawet czynność smażenia wołowiny z papryką zniknęła nieomal na stałe z powierzchni ziemi. To praktycznie nie ma nic wspólnego z tobą jako osobą, prawda?

Kumiko nie odpowiedziała. Dopiła dwoma łykami resztę piwa ze szklanki i w milczeniu patrzyła na pustą butelkę na stole. Ja wyrzuciłem do kosza zawartość patelni. Wylądowały tam wołowina, papryka, cebula i kiełki. Przedziwne, pomyślałem. Jeszcze przed chwilą były to produkty, a teraz stały się tylko śmieciami. Zdjąłem kapsel i napiłem się piwa prosto z butelki.

– Dlaczego wyrzuciłeś? – zapytała.

– Bo ty tego nie lubisz.

– Przecież sam mogłeś zjeść.

– Nie miałem ochoty – powiedziałem. – Nie mam już ochoty jeść wołowiny smażonej z papryką.

Kumiko wzruszyła ramionami. – Rób, co chcesz. – Położyła ręce na stole i złożyła na nich głowę. Siedziała tak bez ruchu. Nie płakała ani nie spała.

Patrzyłem na pustą patelnię na kuchence, na żonę i wypiłem łyk piwa. Ojej, pomyślałem. Co się dzieje? Przecież to tylko chusteczki, papier i papryka. Podszedłem jednak do żony i położyłem jej rękę na ramieniu. – Słuchaj, już nigdy nie kupię niebieskich chusteczek i papieru we wzorki. Obiecuję. Te, które kupiłem, jutro wymienię w sklepie. Jak mi się nie uda, to spalę je w ogrodzie. A prochy rozrzucę nad morzem. Sprawa wołowiny i papryki też jest już załatwiona. Może jeszcze trochę pachnie, ale niedługo się wywietrzy. Więc zapomnijmy o tym.

Ona jednak się nie odzywała. Pomyślałem, jakby to było dobrze, gdybym mógł wyjść na godzinę na spacer, a po powrocie do domu znalazłbym ją w dobrym humorze. Wiedziałem, że to zupełnie niemożliwe, i musiałem sam jakoś tę sprawę rozwikłać.

– Jesteś zmęczona – powiedziałem. – Odpocznij trochę, a potem, tak jak dawniej, pójdziemy gdzieś blisko, na przykład na pizzę. Zamówimy cebulę na jednej połowie, a anchois na drugiej. Przecież nic się nie stanie, jak czasem zjemy w restauracji.

Kumiko milczała. Usiadłem naprzeciwko i patrzyłem na jej głowę. Między krótkimi czarnymi włosami widać było ucho. W uchu miała kolczyk, którego nigdy przedtem nie widziałem. Mały złoty kolczyk w kształcie ryby. Gdzie i kiedy mogła go kupić? Miałem ochotę zapalić. Rzuciłem palenie niewiele ponad miesiąc temu. Wyobraziłem sobie, jak wyjmuję z kieszeni pudełko papierosów i zapalniczkę, wkładam do ust papierosa z filtrem i zapalam. Nieświadomie nabrałem w płuca powietrza. Nozdrza wypełniło mi powietrze przesycone ciężkim zapachem smażonej wołowiny z papryką. Szczerze mówiąc, byłem straszliwie głodny. Potem nagle spojrzałem na wiszący na ścianie kalendarz. Zaznaczono na nim fazy Księżyca. Księżyc zbliżał się do pełni. To znaczy, że nadchodzi jej miesiączka, pomyślałem.

Szczerze mówiąc, po ślubie po raz pierwszy wyraźnie uświadomiłem sobie, że jestem przedstawicielem rodzaju ludzkiego żyjącego na Ziemi, będącej trzecią planetą Układu Słonecznego. Mieszkam na Ziemi, Ziemia krąży wokół Słońca, a Księżyc krąży wokół Ziemi. I to bez względu na to, czy mi się to podoba, czy nie. Tak będzie dalej przez całą wieczność (przypuszczam, że nie ma przeszkód, bym użył tu słowa wieczność, jeśli wziąć pod uwagę relatywną długość mojego życia). Zacząłem tak myśleć dlatego, że moja żona regularnie co 29 dni dostawała miesiączki. Odpowiadało to dokładnie fazom księżyca. Miała ciężkie miesiączki i już na kilka dni przed ich nadejściem stawała się strasznie nerwowa i często była w wyjątkowo złym humorze. Dlatego dla mnie też – choć tylko pośrednio – był to bardzo ważny cykl. Musiałem się na niego przygotować, by uniknąć niepotrzebnych problemów. Przed ślubem praktycznie nie obchodziły mnie takie rzeczy jak nów czy pełnia. Czasami zdarzało mi się spojrzeć na niebo, ale to, jaki kształt miał księżyc w danym momencie, nie miało ze mną nic wspólnego. Jednak od czasu ślubu byłem ciągle świadom jego faz.

Przedtem chodziłem z innymi dziewczynami i one też miały oczywiście miesiączki. Niektóre były ciężkie, inne lekkie. Jedne trwały tylko trzy dni, inne cały tydzień. Były takie, które przychodziły regularnie, i takie, które potrafiły się opóźnić nawet o dziesięć dni, wprawiając mnie w wielki niepokój. Niektóre dziewczyny wpadały w czasie miesiączki w zły humor, na inne nie miało to wpływu, ale aż do ślubu z Kumiko nigdy nie mieszkałem z żadną dziewczyną. Jedynym naturalnym cyklem był dla mnie cykl zmian pór roku. Gdy przychodziła zima, wyjmowałem płaszcz, a latem wyciągałem sandały. I to wszystko. Jednak wskutek małżeństwa zyskałem nie tylko drugą osobę, z którą zamieszkałem, lecz przyswoiłem sobie także pojęcie nowego cyklu. Raz tylko przez okres paru miesięcy cykl ten przestał się dla Kumiko liczyć. Była wtedy w ciąży.

– Przepraszam – powiedziała, podnosząc głowę. – Nie chciałam się ciebie czepiać. Jestem tylko trochę zmęczona i poirytowana.

– Nie szkodzi – odparłem. – Nie przejmuj się. Jak człowiek jest zmęczony, to lepiej się do kogoś przyczepić. Można się wtedy wyładować.

Kumiko powoli nabrała powietrza, przez chwilę zatrzymała je w płucach i znów powoli wypuściła. – A ty? – zapytała.

– Co ja?

– Ty, nawet kiedy jesteś zmęczony, nikogo się nie czepiasz. Mam wrażenie, że tylko ja się czepiam. Ciekawe dlaczego?

Potrząsnąłem głową. – Nie zauważyłem.

– Może masz w sobie jakby głęboką studnię. I kiedy przed nią stajesz i wołasz: „Król jest nagi!”, wszystko jakoś się samo rozwiązuje.

Zastanowiłem się nad tym. – Może masz rację – powiedziałem.

Kumiko znów spojrzała na pustą butelkę po piwie. Przyjrzała się etykiecie, potem otworowi, a następnie chwyciła butelkę za szyjkę i obróciła.

– Niedługo będę miała miesiączkę. Pewnie dlatego jestem poirytowana.

– Wiem – odrzekłem. – Ale nie musisz się przejmować. Takie rzeczy mają wpływ nie tylko na ciebie. Na przykład dużo koni zdycha podczas pełni księżyca.

Kumiko odstawiła butelkę i spojrzała na mnie z otwartymi ustami. – O co ci chodzi? Skąd ci się nagle wzięły konie?

– Ostatnio czytałem o tym w gazecie. Miałem zamiar ci o tym powiedzieć i zapomniałem. Był wywiad z jakimś weterynarzem. Podobno fazy księżyca wyjątkowo wpływają na konie, pod względem fizycznym i psychicznym. Gdy zbliża się pełnia, fale mózgowe koni wariują i zwierzęta zaczynają mieć różne kłopoty ze zdrowiem. W dzień pełni wiele z nich choruje, bardzo wzrasta też liczba koni, które zdychają. I choć nikt nie wie, jaka jest tego prawdziwa przyczyna, badania statystyczne wyraźnie wskazują, że tak jest. Podobno weterynarze specjalizujący się w koniach są tak zajęci w noc pełni księżyca, że praktycznie nie mają czasu spać.

– Coś podobnego – powiedziała żona.

– Ale zaćmienie Słońca jest jeszcze gorsze niż pełnia. To prawdziwa tragedia dla koni. Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, ile zdycha w czasie całkowitego zaćmienia. W każdym razie chciałem powiedzieć, że właśnie w tej chwili konie umierają gdzieś jeden po drugim. W porównaniu z tym twoje czepianie się to nic takiego, prawda? Nie musisz się specjalnie przejmować. Wyobraź sobie umierające konie. Jak leżą w noc pełni księżyca gdzieś w stajni na słomie, toczą z pysków pianę i ciężko dyszą w wielkim cierpieniu.

Zdawała się przez chwilę zastanawiać nad końmi umierającymi w stajni. – Masz naprawdę zadziwiający dar przekonywania – rzekła, jakby się poddając. – Muszę ci to przyznać.

– To przebierz się i chodźmy gdzieś na pizzę – powiedziałem.

Tej nocy leżąc obok Kumiko w ciemnej sypialni, patrzyłem w sufit i zadawałem sobie pytanie, co ja właściwie wiem o tej kobiecie. Zegar wskazywał drugą nad ranem. Kumiko spała głębokim snem. W ciemności myślałem o niebieskich chusteczkach, papierze toaletowym we wzorki i wołowinie smażonej z papryką. Do dziś nie wiedziałem, że nie znosiła tych rzeczy. Samo w sobie było to drobnostką bez znaczenia. Zwykle po prostu byśmy się z tego uśmiali. Nie był to problem, który powinien wywołać aż takie zamieszanie. Za kilka dni zapomnimy pewnie o tej głupiej kłótni.

Jednak wydarzenie to dziwnie nie dawało mi spokoju. Powodowało dyskomfort, jak ość, która utkwiła w przełyku. Myślałem, że może było to coś fatalnego. Że mogło mieć fatalne skutki. A może to tylko początek czegoś większego i fatalnego. Może był to dopiero pierwszy krok. A dalej rozciąga się jeszcze mi nieznany świat, świat samej Kumiko. Przywiodło mi to na myśl ogromny, pogrążony w zupełnej ciemności pokój. Stałem w tym pokoju z małą zapalniczką i w jej świetle mogłem dostrzec tylko niewielką jego część.

Czy kiedyś uda mi się zobaczyć całość? Czy też zestarzeję się i umrę, nigdy nie dowiedziawszy się o niej wszystkiego? Jeżeli ma tak być, to na czym właściwie polega życie małżeńskie? I na czym polega moje życie, życie człowieka, który żyje i śpi w tym samym łóżku z osobą, której nie zna?

Myślałem o tym tamtej nocy, a także potem od czasu do czasu. Dopiero później zrozumiałem, że wtedy naprawdę dotknąłem samego sedna problemu.


3. O kapeluszu Malty Kano, barwach sorbetów, Allenie Ginsbergu i wyprawach krzyżowych

Telefon zadzwonił, gdy szykowałem drugie śniadanie. Ukroiłem w kuchni dwie kromki chleba, posmarowałem je masłem i musztardą, położyłem na to plasterki pomidora i ser. Tak zrobioną kanapkę umieściłem na desce i właśnie miałem ją przekroić na pół, gdy zadzwonił telefon. Odczekałem trzy dzwonki i przekroiłem. Potem położyłem kanapkę na talerzu, wytarłem nóż i schowałem do szuflady. Następnie nalałem do filiżanki podgrzanej wcześniej kawy.

Telefon ciągle dzwonił. Musiał zadzwonić z piętnaście razy. Poddałem się i podniosłem słuchawkę. Nie chciałem odbierać, ale mogła przecież dzwonić Kumiko.

– Halo – powiedział kobiecy głos. Nie znałem tego głosu. Nie była to żona ani ta dziwna kobieta, która zadzwoniła niedawno, gdy gotowałem makaron. Był to inny, nieznany mi głos.

– Czy to mieszkanie pana Toru Okady? – zapytała. Mówiła, jakby czytała tekst z kartki.

– Tak.

– Czy jest pan mężem pani Kumiko Okady?

– Tak. Kumiko Okada to moja żona.

– A pan Noboru Wataya jest starszym bratem pana żony?

– Tak – odparłem cierpliwie. – Rzeczywiście Noboru Wataya jest bratem żony.

– Moje nazwisko Kano.

Nic nie mówiłem i czekałem na dalszy ciąg. To, że nieoczekiwanie padło nazwisko szwagra, wzbudziło moją czujność. Podrapałem się w szyję końcem ołówka, który znalazłem obok telefonu. Kobieta milczała przez kilka sekund. Ze słuchawki nie dobiegał nie tylko jej głos, ale także żaden inny dźwięk. Być może przykryła ją dłonią i rozmawia z kimś stojącym obok.

– Halo – powiedziałem zaniepokojony.

– Przepraszam bardzo. Pozwolę sobie znów zadzwonić – powiedziała nagle kobieta.

– Chwileczkę, proszę poczekać. To… – ale ona się rozłączyła. Przez chwilę stałem, wpatrując się w słuchawkę. Potem jeszcze raz przyłożyłem ją do ucha, lecz połączenie zostało definitywnie przerwane.

Pełen trudnego do określenia niezadowolenia usiadłem przy kuchennym stole i pijąc kawę, zjadłem kanapkę. Nie mogłem sobie przypomnieć, o czym myślałem, zanim zadzwonił telefon. Trzymałem nóż w prawej ręce, zabierałem się do przekrojenia kanapki i niewątpliwie o czymś myślałem. Było to coś ważnego. Coś, czego sobie długo nie mogłem przypomnieć i co mi nagle zaświtało w głowie, gdy miałem przekroić chleb, ale teraz już zupełnie nie pamiętałem, co to było. Jedząc kanapkę, łamałem sobie nad tym głowę. Nic z tego. To wspomnienie wróciło do ciemnych zakamarków mojej świadomości, w których przedtem mieszkało.

Skończyłem jeść i sprzątnąłem naczynia, gdy znów zadzwonił telefon. Tym razem natychmiast podniosłem słuchawkę.

– Halo – powiedział kobiecy głos. Głos mojej żony.

– Halo – odpowiedziałem.

– Jak się masz? Zjadłeś już coś? – zapytała.

– Zjadłem. A ty co jadłaś?

– Nic – odparła. – Od rana jestem zajęta i nie miałam czasu na jedzenie. Niedługo wyskoczę i kupię sobie jakąś kanapkę. Co zjadłeś?

Powiedziałem jej, co zjadłem.

– Aha – odparła. W jej głosie nie było wcale zazdrości. – Miałam ci rano powiedzieć, ale zapomniałam. Zadzwoni dziś do ciebie niejaka pani Kano – powiedziała.

– Już dzwoniła – odpowiedziałem. – Przed chwilą. Wymieniła moje nazwisko, twoje nazwisko, nazwisko twojego brata i rozłączyła się, nie mówiąc ani słowa, w jakiej sprawie dzwoni. O co właściwie chodzi?

– Rozłączyła się?

– Powiedziała, że znowu zadzwoni.

– To jak znowu zadzwoni, zrób to, co ci powie. To jest ważna sprawa. Myślę, że pewnie będziesz musiał się z nią spotkać.

– Spotkać? Dzisiaj?

– Masz jakieś plany albo jesteś z kimś umówiony?

– Nie – powiedziałem. Nie miałem planów i nie byłem umówiony ani wczoraj, ani dziś, ani jutro. – A czy nie możesz mi powiedzieć, kim jest ta pani Kano i jaką ma do mnie sprawę? Chciałbym mieć jakieś pojęcie, o co chodzi. Jeżeli to ma jakiś związek z moją pracą, nie chciałbym, żeby twój brat miał z tym coś wspólnego. Chyba już ci to mówiłem.

– Nie chodzi o twoją pracę – powiedziała zniecierpliwionym głosem. – Chodzi o kota.

– O kota?

– Słuchaj, ja teraz jestem strasznie zajęta, ktoś na mnie czeka. Wyrwałam się tylko, żeby do ciebie zadzwonić. Jak ci mówiłam, nawet nie miałam czasu nic zjeść. Rozłączę się teraz, dobrze? Jak się tu uspokoi, znowu zadzwonię.

– Wiem, że jesteś zajęta, ale nie możesz mnie tak zaskakiwać. Ja przecież nie wiem, o co chodzi. O co chodzi z kotem? Czy ta pani Kano…?

– Nieważne, zrób to, co ci każe. Dobrze? To ważne! Nie wychodź z domu, czekaj na jej telefon. No to ja lecę – powiedziała i odłożyła słuchawkę.

Telefon zadzwonił o pół do trzeciej, gdy drzemałem sobie na kanapie. Najpierw pomyślałem, że dzwoni budzik. Wyciągnąłem więc rękę, chcąc go wyłączyć, ale budzika nie było. Spałem nie w łóżku, a na kanapie. I było popołudnie, nie ranek. Wstałem i odebrałem.

– Halo – powiedziałem.

– Halo – odparła kobieta. Ten sam głos, co przed południem. – Czy pan Toru Okada?

– Tak. Mówi Toru Okada.

– Nazywam się Kano.

– Pani przedtem dzwoniła, prawda?

– Bardzo przepraszam za ten poprzedni telefon. Czy pan ma na dzisiaj jakieś plany?

– Nie, nie mam specjalnie żadnych planów – odparłem.

– W takim razie, czy mógłby się pan ze mną później spotkać? Przepraszam, że tak dzwonię bez uprzedzenia.

– Później dzisiaj?

– Tak.

Spojrzałem na zegarek. Patrzyłem też trzydzieści sekund temu, więc nie musiałem ponownie sprawdzać, która godzina, ale na wszelki wypadek jeszcze raz spojrzałem. Zgadzało się, było pół do trzeciej.

– Czy to długo potrwa? – spytałem.

– Myślę, że niezbyt długo, ale może też potrwać dłużej, niż pan przypuszcza. Nie jestem w stanie w tej chwili dokładnie odpowiedzieć. Bardzo mi przykro – odrzekła.

Bez względu na to, jak długo mogło to potrwać, raczej nie miałem wyboru. Przypomniałem sobie, co Kumiko mówiła przez telefon. Prosiła, bym zrobił, co mi każe ta kobieta. Mówiła, że to ważna sprawa, więc musiałem jej posłuchać. Jeśli ona mówi, że to ważna sprawa, to znaczy, że sprawa jest ważna.

– Dobrze. Gdzie mam się stawić? – zapytałem.

– Czy zna pan hotel Pacific naprzeciwko stacji Shinagawa?

– Znam.

– Na parterze jest kawiarnia. Będę tam czekała o czwartej. Dobrze?

– Dobrze.

– Mam trzydzieści jeden lat i będę miała na głowie czerwony plastikowy kapelusz – poinformowała.

O rany pomyślałem. Wydawało mi się, że w sposobie mówienia tej kobiety było coś dziwnego i przez chwilę miałem w głowie zamęt. Jednak nie umiałbym dokładnie wyjaśnić, co właściwie wydawało mi się dziwne. Przecież trzydziestojednoletnia kobieta miała prawo nosić czerwony plastikowy kapelusz.

– Dobrze – powiedziałem. – Przypuszczam, że panią poznam.

– A czy mógłby mi pan na wszelki wypadek powiedzieć, jakie są cechy charakterystyczne pańskiego wyglądu?

Zastanowiłem się na nowo nad charakterystycznymi cechami swego wyglądu. Jakie właściwie są cechy charakterystyczne mojego wyglądu?

– Mam trzydzieści lat, sto siedemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, ważę sześćdziesiąt trzy kilo, mam krótkie włosy i nie noszę okularów – powiedziałem, myśląc jednocześnie, że nie można tego nazwać cechami charakterystycznymi. W kawiarni hotelu Pacific może być pięćdziesiąt osób, których wygląd zgadza się z tym opisem. Byłem tam kiedyś. To bardzo duża kawiarnia. Potrzebuję jakiejś cechy, która zwróci uwagę, ale nic takiego nie przychodziło mi do głowy. Oczywiście nie znaczy to, że jestem pozbawiony cech charakterystycznych. Mam album Sketches of Spain z autografem Milesa Davisa, mam dość wolny puls, zwykle około 47, i nawet kiedy mam gorączkę 38,5°C mój puls nie przekracza 70. Jestem bezrobotny i pamiętam imiona wszystkich braci Karamazow, ale tego typu rzeczy oczywiście nie można poznać po wyglądzie zewnętrznym.

– A w co będzie pan ubrany? – zapytała kobieta.

– Hm… – odrzekłem, ale nic nie mogłem wymyślić. – Nie wiem. Jeszcze się nie zdecydowałem. To wszystko mnie trochę zaskoczyło.

– W takim razie proszę włożyć krawat w kropki – powiedziała kobieta zdecydowanie. – Czy ma pan krawat w kropki?

– Myślę, że mam – odparłem. Miałem granatowy krawat w małe kremowe kropki. Dostałem go na urodziny od żony dwa czy trzy lata temu.

– To proszę go założyć. W takim razie jeżeli pan pozwoli, zobaczymy się o czwartej – powiedziała i się rozłączyła.

Otworzyłem szafę i poszukałem krawatu w kropki, lecz nie było go na wieszaku. Zajrzałem do wszystkich szuflad, sprawdziłem też we wszystkich pudłach z ubraniami, ale krawat w kropki po prostu zniknął. Jeżeli znajdował się w domu, powinienem gdzieś na niego trafić. Kumiko była bardzo skrupulatna w porządkowaniu odzieży i było nie do pomyślenia, by jednego z moich krawatów brakowało na jego zwykłym miejscu. Wszystkie ubrania, i moje, i jej, wisiały jak zawsze uporządkowane. Pięknie poskładane koszule, gładkie i bez jednej zmarszczki, leżały w szufladzie, swetry w pudle, poprzekładane gęsto kulkami naftaliny. Otworzyłem pokrywę i aż mnie oczy rozbolały. W jednym z pudeł były ubrania Kumiko z okresu szkolnego. Minisukienka w kwiatki, granatowy mundurek licealny. Leżały tam jak stare albumy ze zdjęciami. Nie wiedziałem, dlaczego tak starannie przechowuje te rzeczy. Być może po prostu nie miała do tej pory okazji ich wyrzucić. A może zamierzała je kiedyś wysłać do Bangladeszu. Albo uczynić przedmiotem studiów kulturoznawczych. Tak czy inaczej mojego krawatu w kropki nigdzie nie było.

Z ręką na drzwiach szafy zastanowiłem się, kiedy ostatni raz miałem go na sobie, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć. Był to gustowny, elegancki krawat, trochę zbyt ekstrawagancki na to, żebym mógł go nosić w kancelarii adwokackiej. Jeżeli zjawiłbym się w nim w pracy, ktoś podszedłby do mnie na pewno w czasie przerwy obiadowej i przez dłuższy czas powtarzał rzeczy w rodzaju: „Świetny krawat. Ma ładny kolor i taki jest wesoły”, jednak stanowiłoby to coś w rodzaju ostrzeżenia. W naszym biurze taka pochwała absolutnie nie stanowiła powodu do dumy, toteż nigdy nie nosiłem tego krawatu do pracy. Wkładałem go jedynie, gdy szedłem na koncert albo elegancką kolację, czyli na stosunkowo oficjalne okazje w życiu prywatnym. Innymi słowy, w sytuacjach, gdy żona mówiła: „No, dziś musimy się porządnie ubrać”. Nie było ich tak wiele, ale zawsze wtedy zakładałem ten krawat w kropki. Pasował do granatowego garnituru i żonie się podobał. Teraz jednak zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miałem go na sobie.

Jeszcze raz zajrzałem do szafy i poddałem się. Z jakiejś przyczyny krawat w kropki zniknął. Nie ma rady. Włożyłem granatowy garnitur, niebieską koszulę i krawat w paski. Jakoś to będzie. Ona może mnie nie poznać, ale wystarczy, że ja znajdę trzydziestojednoletnią kobietę w czerwonym kapeluszu.

Ubrany w garnitur usiadłem na kanapie i przez chwilę wpatrywałem się w ścianę. Kiedy ostatni raz miałem na sobie garnitur? Ten granatowy był całoroczny i trochę za ciężki na tę porę roku, ale na szczęście tego dnia padał deszcz i było dość chłodno jak na czerwiec. Miałem go na sobie w ostatnim dniu pracy (w kwietniu). Nagle przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić kieszenie. W wewnętrznej na piersi znalazłem rachunek z datą z zeszłej jesieni. Był to rachunek za taksówkę. Powinienem był wystąpić do kancelarii o zwrot pieniędzy, ale teraz już za późno. Zmiąłem go i wrzuciłem do kosza.

Przez dwa miesiące od odejścia z pracy ani razu nie włożyłem tego garnituru. Od dawna nienoszony, ciasno opinał moje ciało, które wydawało mi się jakieś obce. Garnitur był ciężki i sztywny, zupełnie do niego nie pasował. Wstałem, przeszedłem się po pokoju, stanąłem przed lustrem i pociągając poły i rękawy, spróbowałem go dopasować. Wyciągnąłem ramiona, wziąłem głęboki oddech, zrobiłem skłon – sprawdzałem, czy przez te dwa miesiące zmienił się kształt mojej sylwetki. Potem znów usiadłem na kanapie, ale jednak nie mogłem spokojnie usiedzieć.

Do wiosny codziennie chodziłem do pracy w garniturze i nie widziałem w tym nic dziwnego. W mojej kancelarii adwokackiej przywiązywano wagę do ubioru i nawet tak nisko postawiony pracownik jak ja musiał nosić garnitur, dlatego też wkładałem go, idąc do pracy, i uważałem to za coś oczywistego.

Jednak teraz, siedząc tak w garniturze na kanapie, czułem, że robię coś niestosownego, wręcz nieprzyzwoitego. Miałem poczucie winy, jakbym podał komuś fałszywy życiorys w jakimś podejrzanym celu albo po cichu przebrał się za kobietę. Zrobiło mi się duszno. Poszedłem do przedpokoju, wyjąłem z szafki brązowe skórzane buty i włożyłem za pomocą łyżki do butów. Pokrywała je biała warstewka kurzu.

Nie musiałem szukać kobiety, ponieważ ona pierwsza mnie znalazła. Obszedłem kawiarnię dookoła, rozglądając się za czerwonym kapeluszem, lecz nikogo w takim nie zauważyłem. Spojrzałem na zegarek. Do czwartej brakowało jeszcze dziesięciu minut. Usiadłem przy stoliku, napiłem się wody, którą od razu przyniesiono, i zamówiłem u kelnerki kawę. Wtedy usłyszałem, że ktoś z tyłu wypowiada moje nazwisko. „Pan Toru Okada, prawda?”. Zaskoczony, odwróciłem się. Od czasu gdy obszedłem kawiarnię i usiadłem, nie minęły nawet trzy minuty.

Kobieta miała na sobie biały żakiet, żółtą jedwabną bluzkę i czerwony plastikowy kapelusz. Odruchowo wstałem i stanąłem naprzeciw niej. Można było ją nazwać piękną, a przynajmniej była o wiele ładniejsza od osoby, którą wyobraziłem sobie na podstawie słyszanego przez telefon głosu. Była szczupła, makijaż miała dyskretny. Trzymała się prosto. I bluzka, i żakiet były dobrze skrojone i w dobrym gatunku, w klapie żakietu błyszczała złota broszka w kształcie piórka. Kobieta wyglądała trochę jak wysoko kwalifikowana sekretarka dyrektora, tylko ten czerwony kapelusz wydawał się zupełnie nie na miejscu. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ktoś ubrany z taką starannością specjalnie włożył czerwony plastikowy kapelusz. Może zawsze gdy się z kimś umawia, używa tego kapelusza jako znaku rozpoznawczego. Prawdopodobnie to niezły pomysł. Jeżeli chodziło o to, żeby się rzucać w oczy, kapelusz dobrze spełniał swoją rolę.

Kobieta usiadła po drugiej stronie stolika, a ja wróciłem na swoje miejsce.

– Jak pani mnie rozpoznała? – zapytałem zdziwiony. – Nie mogłem znaleźć krawatu w kropki. Musi gdzieś być, ale za nic nie mogłem go znaleźć. Dlatego nie mając wyboru, włożyłem ten w paski i miałem zamiar sam pani poszukać. Skąd pani wiedziała, że to ja?

– Oczywiście, że wiedziałam – odparła. Potem postawiła na stoliku białą lakierowaną torebkę, zdjęła czerwony kapelusz i położyła na torebce, która zniknęła pod nim. Zdawało się, że kobieta za chwilę zacznie pokazywać sztuczki magiczne. Na przykład podniesie kapelusz i pod spodem nie będzie torebki.

– Ale mam inny krawat – powiedziałem.

– Krawat? – zapytała kobieta i skierowała zdziwiony wzrok na mój krawat, jakby mówiła „o co temu facetowi chodzi?”. – To mi wcale nie przeszkadza. Proszę się nie przejmować.

Ma przedziwne oczy, pomyślałem. Nie mają wcale głębi. Były ładne, ale zdawało się, że na nic nie patrzą. Wyglądały, jakby były zrobione ze szkła i nie miały nic w środku. Choć oczywiście nie były szklane. Poruszały się i mrugały.

Nie mogłem zrozumieć, jak mnie od razu znalazła w tej tłocznej kawiarni, choć nigdy przedtem mnie nie widziała. Duża kawiarnia była prawie pełna i wszędzie siedzieli faceci w moim wieku. Chciałem zapytać, jakim sposobem tak szybko wyłowiła mnie z tłumu, lecz zdawało mi się, że lepiej nie zadawać niepotrzebnych pytań. Kobieta przywołała uwijającego się jak pszczółka kelnera i zamówiła wodę mineralną Perrier. Kelner powiedział, że nie ma Perrier, ale mają tonik. Kobieta zastanowiła się przez chwilę i powiedziała, że może być tonik. Siedziała w milczeniu, czekając na powrót kelnera. Ja też milczałem.

Wkrótce podniosła czerwony kapelusz, otworzyła klamerkę torebki i wyjęła z niej etui z czarnej błyszczącej skóry, nieco mniejsze niż kaseta magnetofonowa. Był to wizytownik. Też miał klamerkę. Nigdy przedtem nie widziałem etui z klamerką. Ostrożnie wyjęła jedną wizytówkę i wręczyła mi. Ja też chciałem jej dać swoją, ale gdy włożyłem rękę do kieszeni marynarki, przypomniałem sobie, że już nie mam wizytówek.

Wizytówka była z cienkiego plastiku i zdawała się lekko pachnieć trociczką. Kiedy zbliżyłem ją do nosa, zapach stał się wyraźniejszy. Niewątpliwie trociczka. Na wizytówce była tylko jedna linijka tekstu – imię i nazwisko wydrukowane drobnymi czarnymi literami.

 Malta Kano 

Malta?, pomyślałem. Odwróciłem wizytówkę. Z tyłu była pusta. Podczas gdy studiowałem wizytówkę, przyszedł kelner, postawił przed kobietą szklankę z lodem i napełnił ją do połowy tonikiem. W szklance znajdowała się cząstka cytryny. Potem przyszła kelnerka, niosąc na tacy srebrny dzbanuszek do kawy. Postawiła przede mną filiżankę, nalała kawę wstydliwym ruchem, jak ktoś wciskający komuś innemu niefortunną przepowiednię, położyła na stoliku rachunek i zniknęła.

– Nic tam nie jest napisane – oznajmiła Malta Kano. Dalej patrzyłem nieobecnym wzrokiem na pustą stronę wizytówki. – Tylko imię i nazwisko. Nie potrzebuję numeru telefonu ani adresu, ponieważ nikt do mnie nie dzwoni. To ja dzwonię do ludzi.

– Aha – mruknąłem. To pozbawione znaczenia puste słówko zawisło na chwilę nad stolikiem jak latająca wyspa w Podróżach Guliwera.

Trzymając szklankę w obu rękach, kobieta wypiła przez słomkę niewielki łyk. Potem leciutko się skrzywiła i jakby straciwszy zainteresowanie napojem, odsunęła go na bok.

– Malta to nie jest moje prawdziwe imię – powiedziała. – Kano jest moim prawdziwym nazwiskiem, ale Malta to imię, którego używam w pracy. Pochodzi od wyspy Malty. Czy pan był kiedyś na Malcie?

Odpowiedziałem, że nie. Nie byłem na Malcie. Nie wybieram się też w najbliższej przyszłości. Nawet nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tam pojechać. Moja wiedza na temat Malty ogranicza się do piosenki Herba Alperta Maltańska melodia, która jest absolutnie beznadziejna.

– Ja byłam na Malcie przez trzy lata. Trzy lata tam mieszkałam. Na Malcie jest niesmaczna woda. Nie nadaje się do picia. Jakby się piło wodę morską rozcieńczoną zwykłą wodą. Chleb też jest słony, nie dlatego, że dodają do niego soli, a dlatego, że woda jest słona. Lecz chleb jest niezły. Lubię maltański chleb.

Przytaknąłem i napiłem się kawy.

– Więc na Malcie jest bardzo niesmaczna woda, ale woda ze źródła bijącego w pewnym miejscu wspaniale działa na elementy organizmu ludzkiego. Można powiedzieć, że to woda tak szczególna, że nieomal mistyczna. Źródło tej wody znajduje się tylko w tym jednym jedynym miejscu na Malcie. W górach. Z wioski u ich podnóża trzeba się wspinać przez wiele godzin – ciągnęła. – I nie można jej transportować. Gdy woda zostaje przeniesiona w inne miejsce, traci skuteczność i dlatego, aby się jej napić, trzeba się udać aż do źródła. Opisy tej wody znajdują się w oryginalnych tekstach z okresu wypraw krzyżowych. Nazywano ją wodą duszy. Allen Ginsberg pojechał się jej napić. Keith Richards też tam był. Ja tam mieszkałam trzy lata. W małej wiosce u podnóża gór. Hodowałam jarzyny i uczyłam się tkactwa. Codziennie chodziłam do źródła i piłam. Od 1976 roku do 1979. Raz przez tydzień nic nie jadłam i piłam tylko tę wodę. Przez tydzień nie wolno spożyć niczego innego. Uważa się, że taka wewnętrzna dyscyplina jest potrzebna. Chyba można to nazwać praktykowaniem ascezy. W ten sposób oczyszcza się własne ciało. Było to naprawdę wspaniałe doświadczenie. I właśnie dlatego po powrocie do Japonii postanowiłam w sprawach zawodowych używać imienia Malta.

– Czy wolno spytać, czym pani się zajmuje? – zapytałem.

Malta Kano potrząsnęła głową. – Nie jest to praca w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nie dostaję za nią wynagrodzenia. Moja rola polega na konsultowaniu, rozmowie o elementach organizmu. Zajmuję się też badaniem dobroczynnego wpływu wody na te elementy. Nie zależy mi na pieniądzach, ponieważ posiadam znaczny majątek. Ojciec prowadzi szpital. Podarował mnie i młodszej siostrze akcje oraz nieruchomości w formie funduszu powierniczego. Zarządza tym doradca podatkowy. Mam więc co roku zapewnione dochody. Napisałam wiele książek i z tego też mam dochód, choć niewielki. Za pracę związaną z funkcjonowaniem poszczególnych elementów organizmu nie pobieram żadnych opłat, dlatego też nie umieściłam na wizytówce ani adresu, ani numeru telefonu. To ja dzwonię do innych.

Przytaknąłem, lecz był to jedynie gest. Rozumiałem każde jej słowo z osobna, ale nie mogłem pojąć tej historii jako całości. Elementy organizmu? Allen Ginsberg? Byłem coraz bardziej zaniepokojony. Nie jestem bynajmniej obdarzony szczególną intuicją, jednak tutaj niewątpliwie wywęszyłem jakieś nowe kłopoty.

– Przepraszam bardzo, ale czy mogłaby pani mi wszystko wytłumaczyć po kolei? Dopiero co żona poprosiła mnie, bym się z panią spotkał i porozmawiał w sprawie kota. A kiedy tak teraz pani słucham, szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, jak ma się jedno do drugiego. Czy to wszystko ma jakiś związek z naszym kotem?

– Tak – powiedziała kobieta. – Jednak chciałabym przedtem coś panu powiedzieć. – Malta Kano otworzyła klamerkę torebki i wyjęła białą kopertę ze zdjęciem w środku. Podała mi je, mówiąc: – To moja młodsza siostra. – Na zdjęciu były dwie kobiety. Jedną z nich była Malta Kano, która i tu miała na głowie kapelusz. Żółty, szydełkowy kapelusz. Ten kapelusz też fatalnie gryzł się z resztą jej stroju. Siostra – zakładałem, że to musi być siostra, o której przedtem wspomniała – ubrana była w stylu modnym na początku lat sześćdziesiątych. Miała na sobie pastelowy kostium i pasujący do niego kolorem kapelusz. Zdawało mi się, że dawniej ludzie nazywali takie zestawienia kolorystyczne „barwami sorbetów”. Pomyślałem, że obie siostry muszą lubić kapelusze. Fryzura młodszej przypominała do złudzenia fryzury Jacqueline Kennedy z okresu prezydentury jej męża. Takie ułożenie włosów musiało wymagać dużej ilości lakieru. Makijaż był trochę za mocny, ale rysy twarzy miała tak regularne, że można je było nazwać pięknymi. Była w wieku między dwadzieścia dwa a dwadzieścia pięć lat. Przez chwilę przyglądałem się zdjęciu, a potem zwróciłem je Malcie Kano. Włożyła je z powrotem do koperty, a kopertę do torebki, którą zamknęła na klamerkę.

– Siostra jest ode mnie o pięć lat młodsza – powiedziała Malta Kano. – Została zbrukana przez pana Noboru Watayę. Brutalnie zgwałcona.

O rany, pomyślałem. Miałem ochotę bez słowa wstać i wyjść, lecz było to niemożliwe. Wyjąłem chusteczkę z kieszeni marynarki, otarłem usta i wsadziłem ją do tej samej kieszeni. Potem odchrząknąłem.

– Nie wiem, co się dokładnie stało, ale jest mi naprawdę bardzo przykro, jeżeli pani siostra z tego powodu ucierpiała – zacząłem. – Jednak chciałbym, żeby pani zrozumiała, że nie jestem w szczególnie bliskich stosunkach z bratem żony. Więc jeżeli w związku z tą sprawą coś…

– Ja pana w związku z tym o nic nie winię – powiedziała sucho Malta Kano. – Jeżeli ktoś tu zawinił, to raczej ja. Nie byłam wystarczająco ostrożna. Powinnam była chronić siostrę, jednak z powodu różnych okoliczności nie mogłam tego zrobić. Takie rzeczy się zdarzają. Jak pan sam dobrze wie, świat jest pełen przemocy i chaosu, w niektórych miejscach tej przemocy i chaosu jest jeszcze więcej niż gdzie indziej. Rozumie pan? Co się stało, już się nie odstanie. Siostra pewnie dojdzie do siebie po tym ciosie, po tym zbrukaniu. Na szczęście nie stało się najgorsze. Siostrze też powiedziałam, że przecież mogło być jeszcze gorzej. Najbardziej martwię się elementami jej organizmu.

– Elementami – powtórzyłem. Najwyraźniej wszystko, o czym mówiła, zawsze kończyło się na elementach organizmu.

– Nie mogę tu panu dokładnie wytłumaczyć wszystkich powiązanych z tym okoliczności. To długa i skomplikowana historia, a poza tym – choć może to niegrzecznie z mej strony tak mówić – sądzę, że na obecnym etapie trudno byłoby panu dokładnie zrozumieć jej prawdziwy charakter, dlatego że traktuje o świecie, którym zajmujemy się zawodowo. I nie poprosiłam pana tutaj, by zgłaszać pretensje w tamtej sprawie. Oczywiście pan jest całkowicie bez winy. Co do tego nie ma wątpliwości. Chciałam tylko, by pan się dowiedział, że elementy mojej siostry zostały – choć tylko na pewien czas – zbrukane. Przypuszczam, że w przyszłości zetknie się pan w taki czy inny sposób z moją siostrą, dlatego że – jak wcześnie wspomniałam – siostra pracuje dla mnie, jest kimś w rodzaju asystentki. Myślę więc, że w takim wypadku lepiej, by pan wiedział, co zaszło między moją siostrą a panem Watayą. Chciałam, by był pan świadom, że takie rzeczy mogą się zdarzyć.

Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Malta Kano siedziała bez słowa, a jej twarz zdawała się mówić „pomyśl o tym troszeczkę”. Więc trochę o tym pomyślałem. O tym, że Noboru Wataya zgwałcił siostrę Malty Kano i o związku między tym a elementami organizmu. A także o tym, jaki to ma związek z naszym zaginionym kotem.

– To znaczy – zacząłem niepewnie – że ani pani, ani siostra nie mają zamiaru mówić o tym publicznie ani zawiadamiać policji?

– Oczywiście, że nie – powiedziała Malta Kano obojętnie. – Ściślej mówiąc, nikogo nie oskarżamy. Raczej próbujemy się dokładnie dowiedzieć, co wywołało takie wydarzenie. Jeżeli się nie dowiemy i nie rozwikłamy tej sprawy, może się przecież zdarzyć coś jeszcze gorszego.

Trochę się uspokoiłem, gdy to usłyszałem. Specjalnie by mi to nie przeszkadzało, gdyby Noboru Wataya został aresztowany pod zarzutem gwałtu, uznany za winnego i wtrącony do więzienia. Wydawało mi się nawet, że na to zasłużył. Lecz brat żony był dość znanym człowiekiem, więc sprawa dostałaby się do mediów i na pewno byłby to szok dla Kumiko. A więc ze względu na mój własny komfort psychiczny nie chciałem, by do tego doszło.

– Dzisiaj spotkaliśmy się tylko w sprawie kota – powiedziała Malta Kano. – Pan Wataya poradził się mnie w sprawie kota. Pana małżonka, pani Kumiko Okada, poradziła się pana Watai w sprawie zaginionego kota, a on poradził się mnie.

Aha, w takim razie wszystko rozumiem. Ona jest jasnowidzem czy czymś w tym rodzaju i poproszono ją o pomoc w znalezieniu kota. Rodzina Wataya od dawna wierzyła w przepowiadanie przyszłości, żyły wodne pod domem itp. Oczywiście każdy ma do tego prawo. Może sobie wierzyć, w co chce. Ale po co zaraz gwałcić młodszą siostrę takiej osoby? Po co pakować się w kłopoty? Po co robić niepotrzebne zamieszanie?

– Pani zawodowo zajmuje się takimi poszukiwaniami? – zapytałem.

Malta Kano, nieporuszona moimi słowami, patrzyła na mnie tymi swoimi pozbawionymi głębi oczami, które wyglądały, jakby wpatrywały się przez okno we wnętrze pustego domu. Sądząc z wyrazu jej oczu, zupełnie nie rozumiała intencji mojego pytania.

– Mieszka pan w przedziwnym miejscu. – Zignorowała moje pytanie.

– Tak? – zapytałem. – W jakim sensie przedziwnym?

Malta Kano nie odpowiedziała i odsunęła jeszcze o dziesięć centymetrów szklankę z tonikiem, którego praktycznie nie tknęła. – A koty są bardzo wrażliwymi stworzeniami.

Przez chwilę panowało milczenie.

– Rozumiem, że mieszkam w przedziwnym miejscu i koty są wrażliwymi stworzeniami – powiedziałem. – Ale my tam mieszkamy od dość dawna. Razem z kotem. Dlaczego on nagle teraz sobie poszedł? Dlaczego nie odszedł wcześniej?

– Nie znam dokładnie przyczyny. Prawdopodobnie dlatego, że zmienił się nurt. Coś go zablokowało.

– Nurt – powtórzyłem.

– Nie wiem jeszcze, czy kot żyje, czy już nie, ale jedno jest pewne: nie ma go w pobliżu pana domu. Raczej go pan nie znajdzie, choćby nie wiem jak pan szukał.

Podniosłem do ust filiżankę i wypiłem łyk wystygłej kawy. Widać było, że za oknem pada drobny deszcz. Na niebie wisiały nisko czarne chmury. Ludzie pod parasolami melancholijnie wchodzili i schodzili po schodach kładki biegnącej nad ulicą.

– Proszę wyciągnąć rękę – powiedziała kobieta.

Położyłem na stoliku lewą rękę otwartą dłonią ku górze. Pomyślałem, że pewnie przepowie mi przyszłość, lecz zdawało mi się, że Malta Kano nie jest wcale zainteresowana wróżeniem z ręki. Wyciągnęła rękę i przykryła moją dłoń swoją. Potem zamknęła oczy i siedziała tak chwilę bez ruchu. Zupełnie jakby robiła ciche wyrzuty niewiernemu kochankowi. Przyszła kelnerka i udając, że nie widzi, jak siedzimy w milczeniu, trzymając się za ręce, dolała mi kawy. Ludzie dokoła popatrywali w naszą stronę. Modliłem się, by nie było tu nikogo z moich znajomych.

– Proszę pomyśleć o jednej rzeczy, którą pan widział przed przyjściem tutaj – powiedziała Malta Kano.

– Tylko jednej? – zapytałem.

– Tak, tylko jednej.

Pomyślałem o minisukience w kwiatki, którą widziałem w pudle z ubraniami żony. Nie wiem, dlaczego nagle właśnie ona przyszła mi do głowy. Siedzieliśmy tak jeszcze przez pięć minut, trzymając się za ręce. Wydawało mi się, że strasznie długo. Nie tylko dlatego, że denerwowały mnie spojrzenia siedzących dookoła ludzi. W dotyku ręki kobiety było coś niepokojącego. Miała małe dłonie, ani gorące, ani zimne. Dotyk jej ręki nie był intymny jak dotyk ręki kochanej osoby ani mechaniczny jak dotknięcie lekarza. Był bardzo podobny do jej oczu. Kiedy mnie dotykała, podobnie jak kiedy na mnie patrzyła, czułem się jak pusty dom. W środku nie było mebli, zasłon ani dywanów. Jak pusty pojemnik. Wkrótce Malta Kano cofnęła rękę i odetchnęła głęboko. Potem kilkakrotnie przytaknęła.

– Proszę pana – powiedziała. – Myślę, że niebawem w pana życiu zdarzą się różne rzeczy. Sprawa kota to prawdopodobnie tylko początek.

– Różne rzeczy? – zapytałem. – Będą to dobre rzeczy czy złe?

Malta Kano lekko pokręciła głową, jakby się zastanawiając. – Będą i dobre rzeczy, a pewnie także i złe. Mogą być złe rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydadzą się dobre, i dobre, które na pierwszy rzut oka wydadzą się złe.

– Dla mnie brzmi to raczej jak ogólna teoria – powiedziałem. – Nie ma pani trochę bardziej konkretnych informacji?

– Ma pan rację. To, co mówię, brzmi zapewne jak ogólna teoria – odparła Malta Kano. – Ale bardzo często się zdarza, że prawdziwe sedno jakiejś rzeczy można opisać jedynie za pomocą ogólników. Proszę to zrozumieć. Nie jesteśmy wróżbitami ani prorokami. Możemy mówić tylko w taki niejasny sposób. W wielu przypadkach są to rzeczy tak oczywiste, że nie ma sensu o nich wspominać, czasem po prostu trywialne. Jednak szczerze mówiąc, tylko w ten sposób można iść do przodu. Konkretne rzeczy niewątpliwie przyciągają uwagę, lecz większość z nich to tylko drobnostki, jakby niepotrzebne zbaczanie z drogi. Im dalej próbuje człowiek spojrzeć, tym bardziej się wszystko uogólnia.

Skinąłem głową w milczeniu, choć oczywiście nie zrozumiałem nic z tego, co mówiła.

– Czy mogę jeszcze do pana zadzwonić? – zapytała Malta Kano.

– Proszę – odparłem. Szczerze mówiąc chciałem, żeby już nikt nigdy do mnie nie dzwonił, ale co mogłem powiedzieć oprócz „proszę”.

Szybko podniosła ze stołu czerwony plastikowy kapelusz i ukrytą pod nim torebkę i wstała. Nie wiedząc, jak zareagować, siedziałem nieporuszony.

– Powiem panu tylko jedną drobnostkę – powiedziała Malta Kano, która, nałożywszy czerwony kapelusz, patrzyła na mnie z góry. – Pana krawat w kropki znajdzie się gdzie indziej, nie w domu.


4. O wysokiej wieży i głębokiej studni, czyli bardzo daleko od Nomonhan

Kumiko wróciła z pracy w dobrym humorze. W wyjątkowo dobrym humorze. Była już prawie szósta, gdy po spotkaniu z Maltą Kano dotarłem do domu, nie miałem więc czasu na przygotowanie porządnej kolacji przed powrotem Kumiko i przyrządziłem coś prostego z mrożonek. Zjedliśmy, popijając piwem. Jak zawsze, gdy była w dobrym humorze, Kumiko opowiadała o pracy, o tym, z kim się tego dnia w biurze widziała, co robiła, kto z jej kolegów ma talent, a kto nie.

Słuchałem i przytakiwałem. Docierała do mnie mniej więcej połowa, ale nie znaczy to, że słuchanie było nieprzyjemne. Nie miało nawet znaczenia, co mówiła, lubiłem na nią patrzeć, gdy siedząc przy kolacji, z entuzjazmem opowiadała o pracy. Rodzina, pomyślałem, a w niej każde z nas wykonuje przypadające nam obowiązki. Ona mówi o pracy, ja szykuję kolację i słucham. Znacznie różniło się to od niejasnego obrazu rodziny, który sobie stworzyłem przed ślubem, jednak jakkolwiek na to patrzeć, był to rezultat mojego wyboru. Oczywiście w dzieciństwie miałem własną rodzinę, lecz nie była ona wybrana przeze mnie, a jakby wrodzona, dana mi, czy mi się to podobało, czy nie. Teraz żyłem w świecie nabytym, który wybrałem z własnej woli. To moja rodzina. Oczywiście trudno ją nazwać idealną, jednak byłem zasadniczo gotów tę rodzinę przyjąć i żyć w niej bez względu na to, jakie trudności mogły się narodzić. Był to mój własny wybór i jeżeli istniały tu jakieś problemy, ich źródło musiało tkwić we mnie.

– No i co w końcu stało się z kotem? – zapytała.

Opowiedziałem jej pokrótce o spotkaniu z Maltą Kano w hotelu w Shinagawa. Powiedziałem o krawacie w kropki. O tym, że nie wiadomo dlaczego, nie mogłem go w szafie znaleźć. O tym, że mimo to Malta Kano od razu rozpoznała mnie w zatłoczonej kawiarni. O tym, jak była ubrana i jak się wyrażała. Opowiedziałem Kumiko o tym wszystkim i ubawiła ją historia o czerwonym, plastikowym kapeluszu Malty Kano, lecz zdawała się rozczarowana faktem, że nie otrzymaliśmy jasnej odpowiedzi na pytanie, co się stało z naszym zaginionym kotem.

– To znaczy, że ona też nie wie, co się stało z kotem? – zapytała Kumiko niezadowolona. – Wie tylko, że nie ma go już w tej okolicy?

– No tak – odparłem. Postanowiłem nie wspominać o sugestii Malty Kano, że mieszkamy w miejscu, w którym „nurt jest zablokowany”, co może mieć związek z zaginięciem kota, ponieważ wydawało mi się, że Kumiko może to sobie wziąć do serca. Nie chciałem dodatkowego zawracania głowy. Poza tym byłby kłopot, gdyby Kumiko powiedziała „skoro to miejsce jest złe, przeprowadźmy się szybko gdzieś indziej”. Nasza obecna sytuacja ekonomiczna wykluczała przeprowadzkę. – Kota nie ma już w tej okolicy. Tak powiedziała.

– To znaczy, że już nie wróci do domu?

– Tego nie wiem – odparłem. – Mówiła bardzo niejasno. Samymi aluzjami. Powiedziała, co prawda, że się skontaktuje, jeśli się dowie czegoś konkretnego.

– Myślisz, że można jej zaufać?

– Nie wiem. Zupełnie się nie znam na takich rzeczach.

Dolałem sobie piwa i przez chwilę przyglądałem się, jak piana opada w szklance. Kumiko podparła twarz dłońmi.

– Ta kobieta nie przyjmuje pieniędzy, nie bierze nic za fatygę.

– To dobrze – powiedziałem. – Czyli nie ma problemu. Nie bierze pieniędzy, nie chce nam odebrać dusz, nie próbuje uprowadzić królewny. Nie mamy nic do stracenia.

– Musisz zrozumieć, że ten kot jest dla mnie bardzo ważny – powiedziała żona. – Myślę, że może być bardzo ważny dla nas. Znaleźliśmy go razem tydzień po ślubie. Pamiętasz, jak to było, prawda?

– Oczywiście, że pamiętam – powiedziałem.

– Był tylko kociakiem, zupełnie przemokniętym na deszczu. Tego dnia lało i wyszłam po ciebie na stację. Z parasolem. I w drodze do domu znaleźliśmy go porzuconego w skrzynce na piwo, stojącej obok sklepu monopolowego. Był to mój pierwszy kot w życiu. Ma dla mnie symboliczne znaczenie i dlatego nie mogę go stracić.

– Dobrze to rozumiem – powiedziałem.

– A jednak nie znalazł się, choć tak go szukałam, choć ciebie poprosiłam, żebyś szukał. Nie było go już od dziesięciu dni i nie widząc innego sposobu, zadzwoniłam do brata. Zapytałam, czy nie zna jakiegoś wróżbity albo jasnowidza, który pomógłby nam znaleźć kota. Wiem, że nie lubisz go o nic prosić, ale on poszedł w ślady ojca i zna się na takich rzeczach.

– Tradycja rodzinna – powiedziałem głosem chłodnym jak powiew wiatru o zmierzchu na zatoczką. – Ale skąd Noboru Wataya zna tę kobietę?

Żona wzruszyła ramionami. – Pewnie gdzieś ją przypadkiem poznał. Ostatnio ma stosunki w różnych środowiskach.

– Pewnie tak.

– Podobno ta kobieta ma niezwykłe zdolności, ale jest dość ekscentryczna – powiedziała Kumiko, mechanicznie grzebiąc widelcem w zapiekance z makaronem. – Jak ona się nazywa?

– Malta Kano – odparłem. – Malta Kano, która odbywała praktyki ascetyczne na Malcie.

– Tak, tak, pani Malta Kano. Co o niej sądzisz?

– Hm… – powiedziałem. Potem spojrzałem na swoje dłonie leżące na stole. – Przynajmniej nie nudziłem się, rozmawiając z nią, a to już coś. Na świecie jest mnóstwo niezrozumiałych rzeczy i ktoś musi tę pustkę wypełnić. I jeśli tak ma być, lepiej, żeby to robili ludzie, którzy są interesujący, a nie nudziarze, prawda? Tacy jak pan Honda.

Usłyszawszy ostatnie zdanie, Kumiko wesoło się roześmiała. – Nie sądzisz, że był dobrym człowiekiem? Ja bardzo lubiłam pana Hondę.

– Ja też – powiedziałem.

Przez prawie rok po ślubie raz w miesiącu odwiedzaliśmy pewnego staruszka nazwiskiem Honda. Był medium, jednym z wysoko cenionych przez rodzinę Watayów, ale miał strasznie słaby słuch i nasze słowa prawie do niego nie docierały. Nosił aparat słuchowy, lecz mimo to był prawie głuchy. Mówiąc do niego, musieliśmy tak krzyczeć, że ściany drżały. Zastanawiałem się, jak ktoś taki może dosłyszeć, co mówią duchy. A może właśnie było na odwrót: łatwiej usłyszeć głosy duchów, jeżeli jest się głuchym. Stracił słuch wskutek rany odniesionej w czasie wojny. W 1939 roku służył jako podoficer w Armii Kwantuńskiej i w bitwie pod Nomonhan na pograniczu Mandżurii i Mongolii w czasie walki z połączonymi siłami radzieckimi i mongolskimi z powodu jakiejś kanonady czy wybuchu granatu pękły mu bębenki w uszach.

Nie chodziliśmy do pana Hondy z powodu wiary w jego zdolności spirytystyczne. Mnie takie rzeczy nie interesowały, a i Kumiko, w porównaniu z rodzicami czy bratem, o wiele mniej wierzyła w takie nadprzyrodzone zjawiska. Była w pewnym stopniu przesądna i bardzo brała sobie do serca niepomyślne przepowiednie, ale sama ich nie szukała.

Spotykaliśmy się z panem Hondą na polecenie ojca Kumiko. Prawdę mówiąc, był to warunek, pod jakim zgodził się na nasze małżeństwo. To dość dziwny warunek, ale postanowiliśmy unikać niepotrzebnych kłopotów. Szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się wcale, że rodzice Kumiko łatwo zgodzą się na nasz ślub. Jej ojciec był pracownikiem struktur rządowych. Młodszy syn chłopa z prefektury Niigata, z rodziny, którą trudno by nazwać zamożną, dostał stypendium i skończył ze znakomitymi wynikami Uniwersytet Tokijski. Potem stał się członkiem elity pracowników rządowych w Ministerstwie Transportu, co osobiście uważam za niemałe osiągnięcie. Lecz, jak to bywa z takimi ludźmi, przepełniła go duma i przekonanie o własnej słuszności. Przywykł do wydawania rozkazów i ani trochę nie wątpił w słuszność systemu wartości, który obowiązywał w jego świecie. Nie kwestionował autorytetu ludzi zajmujących wyższą pozycję w hierarchii, nie czuł też najmniejszego oporu przed deptaniem tych, którzy znaleźli się niżej niż on. Ani ja, ani Kumiko nie przypuszczaliśmy, że taki człowiek radośnie przyjmie na zięcia kogoś takiego jak ja – bez pozycji, bez układów rodzinnych, o niezbyt imponującym wykształceniu, a więc praktycznie niemającego perspektyw na przyszłość, dwudziestoczteroletniego chłopaka bez grosza przy duszy. Gdyby rodzice Kumiko zdecydowanie się sprzeciwili, mieliśmy zamiar wziąć po prostu ślub i żyć sobie z dala od nich. Bardzo się kochaliśmy i byliśmy młodzi. Wierzyliśmy, że nawet jeżeli odetniemy się od rodziców, nawet bez grosza, razem będziemy szczęśliwi.

Gdy poszedłem do rodziców Kumiko, by poprosić o jej rękę, potraktowali mnie strasznie chłodno, zupełnie jakby nagle otwarły się drzwi wszystkich lodówek na świecie. Potem dogłębnie zbadali moją sytuację rodzinną. Nie było w niej nic zasługującego na szczególną wzmiankę: nic dobrego ani nic złego, dlatego była to jedynie strata czasu i pieniędzy. Do tamtego czasu nie miałem pojęcia, co moi przodkowie robili w okresie Edo[1]. Z badań rodziny Kumiko wynikało, że mieli tendencję do zostawania mnichami lub uczonymi. Ogólnie byli też dość dobrze wykształceni, lecz niemający umiejętności praktycznego wykorzystania wiedzy (czyli talentu do robienia pieniędzy). Nie było wśród nich geniuszy, ale nie było też przestępców. Nikt nie dostał orderu zasługi, lecz nikt nie popełnił też samobójstwa z powodu aktorki. Był wśród nich jeden członek Shinsengumi[2], a także ktoś zupełnie nieznany, kto w czasie Restauracji Meiji popełnił harakiri w bramie świątynnej, bolejąc nad losem czekającym Japonię. Były to najbarwniejsze postaci wśród moich przodków, lecz wyglądało na to, że potomkowie nie poszli ich śladem.

Pracowałem wtedy w kancelarii adwokackiej. Rodzice Kumiko zapytali, czy zamierzam iść na aplikację adwokacką. Powiedziałem, że mam taki zamiar. I rzeczywiście, chociaż się wahałem, wtedy myślałem jeszcze, żeby nie marnować tej szansy, trochę się postarać i spróbować zdać egzamin. Gdy jednak sprawdzili moje oceny ze studiów, od razu stało się jasne, że nie mam szans na zdanie egzaminów. Właściwie więc byłem nieodpowiednim kandydatem na męża ich córki. Jednak w końcu, co prawda z oporami, zgodzili się na nasze małżeństwo. Zakrawało to na cud i zawdzięczaliśmy to panu Hondzie.

Po wysłuchaniu różnych informacji na mój temat pan Honda oświadczył: „Jeżeli chcą państwo wydać córkę za mąż, nie znajdziecie równie wspaniałego kandydata. Jeśli córka chce za niego wyjść, absolutnie nie mogą się państwo sprzeciwiać. Sprzeciw wywoła wyjątkowo złe skutki”. A ponieważ rodzice Kumiko wierzyli wtedy panu Hondzie bez zastrzeżeń, nie mogli się nie zgodzić z jego oceną i nie mając innego wyjścia, przyjęli mnie na zięcia.

Jednak i tak na zawsze pozostałem dla nich kimś z zewnątrz, nieproszonym gościem. Zaraz po ślubie mieliśmy obowiązek odwiedzać ich dwa razy w miesiącu i zjadać z nimi posiłek. Było to naprawdę nie do wytrzymania, stanowiło coś pomiędzy bezsensownym umartwianiem się a okrutną torturą. Podczas jedzenia miałem wrażenie, że stół jest rozmiarów dworca kolejowego. Na tamtym końcu oni coś jedzą i rozmawiają, a ja jestem zbyt daleko i widzą mnie tylko jako maleńki punkcik. W rok po ślubie straszliwie pokłóciłem się z ojcem Kumiko i od tego czasu przestaliśmy się widywać. Dopiero wtedy odetchnąłem z ulgą. Nic tak człowieka nie wyczerpuje jak niepotrzebny, bezsensowny wysiłek.

Tuż po ślubie starałem się jednak w miarę możliwości przez pewien czas utrzymywać poprawne stosunki z rodziną żony. Stosunkowo najmniej cierpienia wywoływały comiesięczne wizyty u pana Hondy.

Wynagrodzenie pana Hondy regulował ojciec Kumiko, my musieliśmy tylko raz w miesiącu pójść z dwulitrową butelką sake do jego domu w Meguro i wysłuchać, co miał nam do powiedzenia. Nic wielkiego.

Poza tym od razu polubiliśmy pana Hondę. Pominąwszy fakt, że był głuchy i zawsze miał bardzo głośno nastawiony telewizor – hałas panował naprawdę nie do zniesienia – okazał się bardzo miłym staruszkiem. Lubił sake i twarz mu się rozjaśniała, gdy przynosiliśmy dużą butelkę.

Zawsze chodziliśmy do niego przed południem. I zimą, i latem siedział w pokoju wyłożonym matami przy stole z podgrzewanym od dołu blatem. Zimą pod blatem znajdowała się kapa do okrycia nóg i włączano grzejnik, latem nie było kapy ani ogrzewania. Ten dość znany wróżbita żył wyjątkowo skromnie, można nawet powiedzieć: ascetycznie. Dom był mały, sień tak ciasna, że jedna osoba ledwo mogła tam zdjąć i włożyć buty. Maty były zniszczone, pęknięte szkło w oknie sklejono taśmą. Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się warsztat samochodowy i zawsze dobiegały stamtąd jakieś krzyki. Pan Honda nosił coś pośredniego między ubraniem roboczym a piżamą, strój nienoszący śladów niedawnego prania. Mieszkał sam, lecz codziennie przychodziła kobieta do pomocy, która sprzątała i przygotowywała posiłki. Jednak nie wiedzieć czemu, najwyraźniej stanowczo sprzeciwiał się praniu swoich ubrań. Jego zapadnięte policzki pokrywał rzadki siwy zarost.

Najświetniejszą rzeczą w całym domu był przygniatający swym rozmiarem olbrzymi telewizor kolorowy, zawsze nastawiony na kanał NHK. Nie wiedziałem, czy pan Honda szczególnie lubi programy NHK, czy też nie chciało mu się zmieniać kanałów, a może był to specjalny telewizor, na którym dało się odbierać tylko NHK.

Gdy przychodziliśmy, zawsze siedział zwrócony ku wnęce, w której stał telewizor, i bawił się leżącymi na stole różdżkami. Telewizor ryczał nieustannie, pokazując programy o gotowaniu, o hodowli drzewek bonsai, wiadomości, dyskusje polityczne. Nigdy nie lubiłem maniery, z jaką mówią spikerzy NHK, więc w domu pana Hondy zawsze wpadałem w lekkie zdenerwowanie. Słuchałem ich i miałem wrażenie, że grając na ludzkich uczuciach, próbują zlikwidować różne rodzaje problemów społeczeństwa, wywołanych jego niedoskonałością.

– Prawo może do ciebie nie pasować – powiedział pewnego dnia pan Honda. Mógł mówić do kogoś siedzącego dwadzieścia metrów za mną.

– Ach tak? – zapytałem.

– Krótko mówiąc, prawo rządzi sprawami tego świata. Świata, na którym cień to cień, a światło to światło, yin to yin, a yang to yang. Na którym ja to ja, a on to on. „Ja jestem mną, a on nim, jesienny zmierzch”. Ale ty do niego nie należysz. Należysz albo do tego nad nim, albo pod nim.

– Który jest lepszy? Ten nad czy ten pod? – zapytałem powodowany czystą ciekawością.

– Żaden nie jest lepszy – powiedział pan Honda. Potem rozkaszlał się i wypluł flegmę na ligninę. Przez chwilę jej się przyglądał, a potem zmiął i wyrzucił do kosza. – To nie jest coś, co można określać jako dobre lub złe. To, co ma iść w górę, idzie w górę, a to, co w dół, idzie w dół, nie opierając się nurtowi. Gdy trzeba iść w górę, należy znaleźć najwyższą wieżę i wspiąć się na sam szczyt. A gdy ktoś ma iść w dół, powinien znaleźć najgłębszą studnię i zejść na samo dno. Kiedy nie ma nurtu, należy spokojnie czekać. Jeżeli przeciwstawisz się nurtowi, wszystko wyschnie. A jeśli wszystko wyschnie, świat wypełni ciemność. „Ja jestem nim, a on mną, wiosenny wieczór”. Gdy odrzuci się siebie, ma się siebie.

– Czy teraz nie ma nurtu? – zapytała Kumiko.

– Co?

– CZY TERAZ NIE MA NURTU??!!

– Teraz nie ma – przytaknął pan Honda. – Dlatego musi spokojnie czekać. Nic nie trzeba robić. Tylko musi uważać na wodę. Być może będzie w przyszłości cierpiał w związku z wodą. Wodą, której nie ma w miejscu, gdzie powinna być. Wodą w miejscu, w którym nie powinna być. Tak czy inaczej trzeba bardzo uważać na wodę.

Siedząca obok Kumiko przytaknęła z wielką powagą, ale widziałem, że próbuje powstrzymać się od śmiechu.

– Na jaką wodę? – zapytałem.

– Nie wiem, ale wiem, że chodzi o wodę – powiedział pan Honda.

W telewizji profesor jakiegoś uniwersytetu mówił, że bałagan panujący w gramatyce japońskiej jest wiernym odzwierciedleniem bałaganu panującego w sposobie życia. „Ściśle mówiąc, nie można tego nazwać bałaganem. Gramatyka przypomina jakby powietrze. Nawet jeżeli ktoś na górze zdecyduje, że teraz tak zrobimy, wcale tak się nie stanie” – stwierdził. Temat wydawał się interesujący, ale pan Honda mówił dalej o wodzie.

– Szczerze mówiąc, naprawdę cierpiałem z powodu wody – powiedział. – W Nomonhan wcale jej nie było. Linia frontu się powykrzywiała, dostawy zostały przerwane. Nie było wody. Nie było pożywienia. Nie było bandaży. Nie było amunicji. To była straszna bitwa. Ważne figury na tyłach interesowały się tylko tym, które tereny zajmiemy i jak szybko. Nikt nie myślał o dostawach. Raz prawie nic nie piłem przez trzy dni. Rano wyjmowałem ręcznik, który stawał się nocą lekko wilgotny. Wyciskałem go i wypijałem tych kilka kropel wody, ale to tylko tyle. Poza tym nie było żadnej wody. Wtedy naprawdę myślałem, że lepiej umrzeć. Nie ma nic gorszego niż nieugaszone pragnienie. Chętnie dałbym się zastrzelić, byle tylko nie cierpieć tego pragnienia. Moi towarzysze postrzeleni w brzuch krzyczeli, błagając o wodę. Niektórzy nawet zwariowali. To było prawdziwe piekło na ziemi. Przed oczami mieliśmy wielką rzekę. Gdybyśmy do niej doszli, wody byłoby w bród, lecz nie mogliśmy tam iść. Między nami a rzeką stał cały czas rząd sowieckich czołgów z miotaczami ognia. Pozycje karabinów maszynowych wyglądały jak poduszeczki do szpilek. Na pagórkach stali wyborowi strzelcy. Wieczorami wystrzeliwali race. My mieliśmy tylko karabiny piechoty kaliber trzydzieści osiem i po dwadzieścia pięć naboi. Wielu z moich towarzyszy mimo to poszło do rzeki po wodę. Nie mogli znieść pragnienia. Ale ani jeden nie wrócił. Wszyscy zginęli. Kiedy trzeba spokojnie siedzieć, naprawdę trzeba spokojnie siedzieć – przerwał, głośno wytarł nos w ligninę, sprawdził, co wydmuchał, potem zwinął ligninę i wyrzucił. – Ciężko jest czekać, aż pojawi się nurt, ale kiedy trzeba czekać, to trzeba. W tym czasie należy się zachowywać, jakby człowiek nie żył.

– To znaczy, że powinienem przez pewien czas być jakby umarły?

– Co?

– TO ZNACZY, ŻE POWINIENEM PRZEZ PEWIEN CZAS BYĆ JAKBY UMARŁY??!!

– Właśnie tak – powiedział. – „Gdy umrzesz, pojawi się wir, Nomonhan”.

Potem przez około godzinę opowiadał o Nomonhan. My tylko słuchaliśmy. Chodziliśmy do pana Hondy przez rok raz w miesiącu, lecz prawie nigdy nie „otrzymywaliśmy wskazówek”. Prawie nie przepowiadał przyszłości. Mówił do nas nieomal wyłącznie o bitwie pod Nomonhan. O tym, jak kula armatnia oderwała połowę głowy znajdującemu się obok porucznikowi, jak przyskoczył do sowieckiego czołgu i rozwalił go za pomocą butelki z benzyną, o tym, jak dogonili i zastrzelili sowieckiego pilota, który musiał awaryjnie lądować na pustyni. Same takie historie. Każda z nich była ciekawa i sensacyjna, ale zazwyczaj jest tak, że każda opowieść po siedmiu czy ośmiu razach traci trochę pierwotnego blasku. Do tego nie było to po prostu słuchanie historii opowiadanych głosem o normalnym natężeniu. Zdawało się, że pan Honda stoi nad przepaścią w wietrzny dzień i wykrzykuje do nas, stojących po drugiej stronie, albo że oglądamy stary film Akiry Kurosawy, siedząc w pierwszym rzędzie podmiejskiego kina. Po wyjściu od pana Hondy przez pewien czas mieliśmy trudności ze słuchem.

Mimo to oboje, a przynajmniej ja, lubiliśmy słuchać jego opowieści. Wykraczały poza zakres naszej wyobraźni. Wiele z nich było krwawych, lecz ponieważ te pełne szczegółów opowiadania snuł starzec w brudnym ubraniu, który mógł w każdej chwili umrzeć, traciły nieco ze swojej realności i brzmiały jak baśnie. Odmalowywał przed nami zażartą walkę sprzed pół wieku o skrawek jałowej ziemi na pograniczu Mongolii i Mandżurii, którego nie porosła nawet trawa. Przed usłyszeniem opowieści pana Hondy prawie nic nie wiedziałem o bitwie pod Nomonhan. Była to niewyobrażalna, heroiczna walka. Żołnierze japońscy walczyli właściwie gołymi rękami przeciw przeważającym liczebnie zmechanizowanym wojskom Związku Radzieckiego i zostali zgnieceni. Wiele oddziałów zostało rozbitych, roztartych w pył. Dowódcy, którzy chcąc uniknąć masakry oddziałów, rozkazali odwrót, sami otrzymali potem od swoich dowódców rozkaz popełnienia samobójstwa i bezsensownie ponieśli śmierć. Wielu żołnierzy, którzy dostali się do rosyjskiej niewoli, bojąc się oskarżenia o dezercję w obliczu wroga, nie zgodziło się na udział w powojennej wymianie jeńców i ich kości spoczęły w mongolskiej ziemi. Pan Honda, utraciwszy słuch, został zwolniony z wojska i stał się wróżbitą.

– Ale może w końcu dobrze się stało – powiedział. – Gdybym nie został ranny w ucho, pewnie wysłaliby mnie na jakąś wyspę na południu i tam bym zginął. Wielu spośród żołnierzy, którzy przetrwali Nomonhan, zostało wysłanych na wyspy południowe i tam poginęli. Bitwa pod Nomonhan była dla armii cesarskiej powodem nieustającego wstydu i wszystkich żołnierzy, którzy przetrwali, skierowano na tereny najgwałtowniejszych walk. Zupełnie jakby dostali polecenie: jedźcie tam umrzeć. Oficerowie, którzy tak nieudolnie dowodzili pod Nomonhan, porobili potem kariery w kwaterze głównej. Niektórzy z tych drani zostali nawet politykami. A ci, którzy walczyli pod ich dowództwem na śmierć i życie, zostali prawie wszyscy wymordowani.

– Dlaczego bitwa o Nomonhan była aż takim powodem do wstydu w armii? – zapytałem. – Żołnierze walczyli przecież zażarcie i odważnie. Wielu z nich zginęło. Dlaczego ci, którzy przeżyli, musieli być tak chłodno potraktowani?

Zdawało się, że pan Honda nie dosłyszał mojego pytania. Znowu poruszył i postukał swoimi różdżkami.

– Niech pan lepiej uważa na wodę – powiedział. I na tym skończyła się tego dnia nasza rozmowa.

Po mojej kłótni z teściem przestaliśmy chodzić do pana Hondy. Nie mogliśmy kontynuować naszych wizyt, ponieważ teść za nie płacił, a nam brakowało nadwyżek finansowych pozwalających na uiszczanie honorarium, choć nie mieliśmy pojęcia, ile ono właściwie wynosiło. Kiedy wzięliśmy ślub, właśnie udało mi się pod względem finansowym stanąć niepewnie na nogi. Wkrótce zapomnieliśmy więc o panu Hondzie. Tak jak zwykle ludzie młodzi i zajęci zapominają nie wiadomo kiedy o starych.

Położyłem się do łóżka, lecz dalej myślałem o panu Hondzie. Porównałem jego stwierdzenia o wodzie do tego, co mówiła Malta Kano. Pan Honda kazał mi uważać na wodę. Malta Kano odbywała praktyki ascetyczne na Malcie, aby prowadzić studia nad wodą. Może to przypadkowa zbieżność, ale oboje bardzo brali sobie sprawę wody do serca. To mnie trochę niepokoiło. Potem spróbowałem sobie wyobrazić pole bitwy pod Nomonhan. Radzieckie czołgi i pozycje karabinów maszynowych, rzekę po drugiej stronie. Straszliwe pragnienie, którego nie można znieść. Mogłem w ciemności usłyszeć szum płynącej rzeki.

– Toru – powiedziała żono cichutko. – Śpisz?

– Nie śpię – odparłem.

– Ten krawat, wiesz? Teraz w końcu sobie przypomniałam. Przed końcem roku oddałam ten krawat w kropki do pralni. Był wygnieciony i pomyślałam, że trzeba go uprasować. A potem zapomniałam odebrać.

– Przed końcem roku? – zapytałem. – Minęło już sześć miesięcy!

– Uhm. Źle zrobiłam. Znasz mnie, prawda? Wiesz, że nigdy nie zapominam o takich rzeczach. Ze mną też już coraz gorzej. To był taki ładny krawat. – Wyciągnęła rękę i dotknęła mego ramienia. – Oddałam do tej pralni naprzeciwko dworca. Myślisz, że jeszcze tam jest?

– Jutro tam pójdę. Myślę, że pewnie jest.

– Dlaczego tak myślisz? Minęło już pół roku. Zwykle pralnie pozbywają się nieodebranych rzeczy po trzech miesiącach. Taka jest zasada. Dlaczego myślisz, że jeszcze go mają?

– Dlatego, że Malta Kano powiedziała, żeby się nie martwić – odpowiedziałem. – Że krawat znajdzie się pewnie gdzieś poza domem.

Zorientowałem się, że w ciemności zwróciła twarz w moją stronę. – Wierzysz jej?

– Jakoś nagle zaczęło mi się wydawać, że można jej wierzyć.

– Może niedługo zaczniesz się dogadywać z moim bratem – powiedziała wesoło.

– Może tak będzie – odparłem.

Kumiko usnęła, a ja dalej myślałem o polu bitwy pod Nomonhan. Wszyscy żołnierze śpią. Nad ich głowami niebo pełne gwiazd, cykają niezliczone świerszcze. Słychać nurt rzeki. Zasnąłem, wsłuchując się w jej szum.


5. O uzależnieniu od dropsów cytrynowych, nielatającym ptaku i wyschniętej studni

Sprzątnąłem po śniadaniu, wsiadłem na rower i pojechałem do pralni naprzeciwko dworca. Właściciel był szczupłym mężczyzną, dobiegającym pięćdziesiątki, z głębokimi zmarszczkami na czole. Ze stojącego na półce magnetofonu dobiegały dźwięki orkiestry Percy’ego Faitha. Był to duży radiomagnetofon JVC ze specjalnymi głośnikami do niskich tonów, obok leżała góra kaset. Orkiestra wykonywała Tara’s Theme, w pełni wykorzystując swą wspaniałą sekcję smyczkową. Właściciel stał w głębi pralni i pogwizdując melodię dobiegającą z magnetofonu, zręcznymi ruchami prasował parującym żelazkiem koszulę. Stanąłem przy ladzie i powiedziałem, że bardzo przepraszam, ale pod koniec roku oddaliśmy do pralni krawat i zapomnieliśmy go odebrać. Moje pojawienie się w jego małym spokojnym światku o pół do dziesiątej rano przypominało zapewne przybycie posłańca ze złymi wieściami w greckiej tragedii.

– Oczywiście nie ma pan kwitu do odbioru? – powiedział właściciel głosem udającym obojętność. Nie zwracał się do mnie, a do kalendarza wiszącego na ścianie obok lady. Czerwcowe zdjęcie przedstawiało pejzaż alpejski. Była na nim zielona dolina, a w niej stado owiec spokojnie skubiących trawę. Na tle znajdującego się w głębi Matterhornu czy Mont Blanc unosiła się wyraźnie zarysowana chmura. Potem właściciel spojrzał na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „skoro i tak pan zapomniał, to po co pan sobie musiał teraz przypomnieć?”. Było to bardzo bezpośrednie i wymowne spojrzenie.

– Koniec roku, trudna sprawa… minęło już pół roku. No nie wiem, ale na wszelki wypadek sprawdzę – wyłączył żelazko, postawił na podstawce i pogwizdując dobiegającą z magnetofonu melodię z filmu A Summer Place, poszedł na zaplecze i zaczął szukać, bardzo czymś szeleszcząc.

Byłem na tym filmie z dziewczyną jeszcze w szkole średniej. Grali w nim Troy Donahue i Sandra Dee. Odbywał się przegląd starych filmów i jednocześnie wyświetlano Follow the Boys z Connie Francis. O ile pamiętałem, nie był to zbyt dobry film, ale teraz, słuchając tej melodii trzynaście lat później w pralni chemicznej, przypominałem sobie tylko przyjemne wydarzenia z tamtych czasów. Po filmie poszliśmy do kawiarni w parku, napiliśmy się kawy i zjedliśmy po ciastku. Musiało to być w czasie letnich wakacji, ponieważ w kinie grali stare filmy, A Summer Place i Follow the Boys. W kawiarni latały osy. Dwie małe usiadły na jej ciastku. Pamiętałem szum ich skrzydełek.

– To był niebieski krawat w kropki? – zawołał właściciel. – Na nazwisko Okada?

– Tak – odrzekłem.

– Ma pan szczęście – powiedział.

Wróciłem do domu i od razu zadzwoniłem do pracy Kumiko. – Mieli jednak ten krawat – powiedziałem.

– Świetnie się spisałeś – odparła.

W jej głosie brzmiało coś sztucznego, jakby chwaliła dziecko za uzyskanie dobrego stopnia. Trochę zepsuło mi to humor. Pewnie powinienem był poczekać z dzwonieniem do przerwy obiadowej.

– Cieszę się, że się znalazł. Słuchaj, teraz jestem zajęta. Mam kogoś na drugiej linii. Mógłbyś później zadzwonić, na przykład w czasie przerwy obiadowej? Przepraszam cię.

– Zadzwonię w czasie przerwy – powiedziałem.

Odłożyłem słuchawkę, z gazetą w ręku poszedłem na taras i położywszy się na brzuchu – jak miałem w zwyczaju – otworzyłem stronę z ogłoszeniami o pracy. Powoli od deski do deski przeczytałem kolumny ogłoszeń pełne niezrozumiałych szyfrów i wskazówek. Świat był pełen przeróżnych profesji. Miały przypisane miejsca, jedna przy drugiej w równych rządkach, zupełnie jak na planie nowego cmentarza. Zdawało mi się jednak, że prawie niemożliwe będzie znalezienie wśród nich jakiegoś zajęcia, które by do mnie pasowało. Niewątpliwie w ramkach tych istniały jakieś fakty czy informacje, choćby fragmentaryczne, jednak choć się starałem, nie potrafiłem sobie ich uzmysłowić. Ustawione rządkami nazwy, symbole, liczby – być może dlatego, że były tak drobne i liczne – przypominały mi same kości, z których nie można już odtworzyć zwierzęcia.

Gdy długo czytam ogłoszenia o pracy, zawsze zaczynam się czuć jakby sparaliżowany. Czego ja właściwie szukam? W jakim kierunku chcę pójść? Albo raczej w jakim nie chcę pójść? Zaczynam być coraz bardziej zdezorientowany.

Jak zwykle o tej porze usłyszałem głos ptaka nakręcacza. Brzmiał jak „khrr”. Odłożyłem gazetę, podniosłem się, oparłem o słupek tarasu i rozejrzałem po ogrodzie. Po chwili ptak znów się odezwał. To „khrr” dobiegało z czubka sosny u sąsiadów. Wytężyłem wzrok, ale nie udało mi się dostrzec ptaka. Tylko głos. Jak zawsze. W każdym razie w ten sposób sprężyna świata została nakręcona na kolejny dzień.

Przed dziesiątą zaczął padać deszcz. Nieduży, drobny deszczyk, taki, że nie wiadomo, czy pada, czy nie, jednak gdy wytężyć wzrok, widać, że na pewno pada. Na świecie istnieją dwa stany: albo deszcz pada, albo nie pada, a pomiędzy nimi powinna się znajdować linia demarkacyjna. Przez pewien czas siedziałem bez ruchu na tarasie i wypatrywałem tej linii, która powinna gdzieś tam być. Potem zacząłem się zastanawiać, czy przed obiadem pójść popływać w dzielnicowym basenie, czy też iść szukać kota w uliczce. Myślałem o tym przez chwilę, siedząc na tarasie i wpatrując się w deszcz padający w ogrodzie.

Basen czy szukanie kota?

W końcu postanowiłem poszukać kota. Malta Kano powiedziała, że kota nie ma już w tej okolicy, lecz tego ranka jakoś miałem ochotę iść na poszukiwania. To zajęcie stało się częścią mego rozkładu zajęć, a poza tym być może Kumiko się ucieszy, gdy się dowie, że próbowałem go znaleźć. Włożyłem cienki płaszcz przeciwdeszczowy. Postanowiłem nie zabierać parasola. Na nogach miałem tenisówki, do kieszeni płaszcza wrzuciłem klucze i kilka dropsów cytrynowych i wyszedłem. Przeciąłem ogród i położyłem rękę na ogrodzeniu, chcąc przez nie przeleźć, gdy usłyszałem, że dzwoni telefon. Nie poruszając się, wytężyłem słuch, ale nie potrafiłem rozróżnić, czy dzwoni nasz telefon, czy też telefon jakichś sąsiadów. Gdy tylko wyjdzie się na krok z domu, wszystkie telefony zaczynają brzmieć tak samo. Zrezygnowałem, przesadziłem betonowe ogrodzenie i zszedłem na uliczkę.

Przez cienkie podeszwy tenisówek czułem miękką trawę. W uliczce było ciszej niż zwykle. Stałem przez chwilę, wstrzymując oddech i natężając słuch, ale nie dobiegł mnie żaden dźwięk. Telefon też przestał już dzwonić. Nie było słychać ptaków ani szumu miasta. Niebo równomiernie i całkowicie pokrywała szarość. Pomyślałem, że w takie dni chmury pewnie pochłaniają różne odgłosy z powierzchni ziemi. Albo może pochłaniają nie tylko odgłosy, lecz przy okazji także inne rzeczy, takie jak na przykład wrażenia.

Szedłem wąską uliczką z rękami w kieszeniach płaszcza. Czasami przeciskałem się bokiem wzdłuż płotu, by uniknąć wystających prętów do suszenia bielizny, przechodziłem pod okapami domów i cicho posuwałem się opuszczoną dróżką przypominającą porzucony kanał. Gumowe podeszwy tenisówek bezszelestnie stąpały po trawie. W jednym z mijanych domów grało radio. Był to jedyny prawdziwy dźwięk, jaki usłyszałem. Program, w którym udzielano porad życiowych. Głos mężczyzny w średnim wieku narzekającego na teściową. Słyszałem tylko fragment, że owa teściowa ma podobno sześćdziesiąt osiem lat i bzika na punkcie wyścigów konnych, lecz minąłem ten dom i dźwięk radia stawał się coraz cichszy, aż umilkł zupełnie. Jakby istniejący gdzieś na tym świecie mężczyzna w średnim wieku i jego teściowa szalona na punkcie wyścigów rozpłynęli się stopniowo we mgle.

Wkrótce dotarłem do opuszczonego domu. Stał cichy, tak jak przedtem. Z zabitymi gwoździami okiennicami na piętrze i na tle nisko wiszących szarych, deszczowych chmur, zdawał się bardzo melancholijny. Wyglądał jak opuszczony frachtowiec, dawno temu rzucony nocnym sztormem na skały w jakiejś zatoczce. Gdyby nie to, że od mojej ostatniej tu wizyty, chwasty w ogrodzie urosły, może byłbym skłonny uwierzyć, że czas się w tym miejscu zatrzymał. Po kilkudniowych opadach, właściwych dla pory deszczowej, liście i trawy lśniły świeżą zielenią i wypełniały powietrze zapachem dzikości, który powstaje jedynie dzięki zapuszczeniu korzeni w ziemię. Pośrodku tego morza traw znajdował się posąg ptaka, dokładnie tak samo jak przedtem rozkładającego skrzydła, by za chwilę zerwać się do lotu, choć oczywiście ten ptak nigdzie polecieć nie mógł. I ja to wiedziałem, i on. Zamarły w bezruchu czekał, aż ktoś go gdzieś przeniesie lub zniszczy. Nie miał innej możliwości wydostania się z tego ogrodu. Poruszał się tu tylko wędrujący po czubkach traw spóźniony bielinek kapustnik. Wyglądał jak ktoś, kto szukając czegoś, zapomniał, czego właściwie szuka. Po pięciu minutach bezcelowych poszukiwań gdzieś sobie odleciał.

Ssąc dropsa, oparłem się o siatkę i przez chwilę przyglądałem się ogrodowi. Nie było śladu kota. Nie było żadnego śladu. Ogród wyglądał na obszar stojącej wody, w którym za pomocą jakiejś ogromnej siły zatrzymano naturalny nurt.

Nagle poczułem za sobą czyjąś obecność i obejrzałem się, lecz nikogo nie dostrzegłem. Po drugiej stronie uliczki był płot, a w nim mała furtka. W tej furtce poprzednio stała dziewczyna, jednak teraz furtka była zamknięta i w ogrodzie nikogo nie było. Wszędzie panowała przesycona wilgocią cisza. Pachniało roślinami i deszczem. Pachniało moim płaszczem deszczowym. Pod językiem miałem do połowy rozpuszczonego dropsa. Wziąłem głęboki oddech i wszystkie zapachy zlały się w jeden. Jeszcze raz rozejrzałem się dokoła. Nigdzie nie było żywej duszy. Kiedy wytężyłem słuch, z oddali dobiegł stłumiony warkot helikoptera. Musiał lecieć nad chmurami. Jednak i ten dźwięk stopniowo się oddalił i okolica znowu pogrążyła się w ciszy.

W siatce otaczającej ogród opuszczonego domu znajdowała się furtka, także z siatki. Popchnąłem ją lekko, a ona otworzyła się aż nazbyt łatwo, jakby zapraszała mnie do środka. Mówiła: „to nic takiego, to bardzo proste, wejdź sobie do środka”. Nawet bez zgromadzonej przez prawie osiem lat wiedzy prawniczej wiedziałem, że wchodzenie bez pozwolenia na czyjąś posesję, nawet opuszczoną, jest niezgodne z prawem. Gdyby ktoś z sąsiadów, zobaczywszy mnie tu, zawiadomił policję, od razu by przyjechała i przesłuchała mnie. Powiedziałbym, że szukałem kota. Że kot zginął i szukam go w okolicy domu. Oni zapytaliby mnie o adres i miejsce pracy, ja musiałbym powiedzieć, że jestem bezrobotny, a to na pewno byłoby dla nich sygnałem ostrzegawczym. Policja ostatnio jest bardzo nerwowa z powodu terrorystów skrajnej lewicy i wyobraża sobie, że mają oni w całym Tokio kryjówki, a w nich ukrytą pod podłogą broń i domowej produkcji bomby. Możliwe było, że zadzwonią do pracy żony, aby potwierdzić moje zeznania, a to na pewno straszliwie ją zdenerwuje.

Mimo to wszedłem jednak do ogrodu i szybko zamknąłem za sobą furtkę. Wszystko mi jedno, pomyślałem. Niech się dzieje, co chce. Jeżeli coś chce się dziać, niech się dzieje. Mnie jest wszystko jedno.

Rozglądając się, powoli przeszedłem przez ogród. Moje tenisówki nadal nie wydawały żadnego dźwięku, ocierając się o trawę. Było tu kilka niskich drzewek owocowych, których gatunku nie rozpoznałem, i dość duży kwadrat gęstego trawnika, lecz teraz wszystko zarosło dzikimi trawami i nie można było już odróżnić poszczególnych roślin. Dwa drzewka obrosło gęsto brzydkie pnącze passiflory i wyglądały, jakby się udusiły i uschły. Rosnący przy siatce krzew wonnej oliwki był pokryty jajeczkami owadów i zrobił się brudnobiały. Koło ucha zabrzęczał mi jakiś owad.

Przeszedłem obok kamiennego posągu, dotarłem pod dach, gdzie stały jedno na drugim białe plastikowe krzesła ogrodowe i podniosłem jedno. Górne pokrywało błoto, ale to pod nim już nie było tak brudne. Starłem ręką kurz i usiadłem. Znajdowałem się w miejscu osłoniętym chwastami i nikt nie mógł mnie dostrzec z uliczki, a ponieważ siedziałem pod występem dachu, nie musiałem się już bać deszczu. Siedziałem tak i przyglądając się ogrodowi skrapianemu drobnym deszczykiem, pogwizdywałem cicho. Na początku nie zorientowałem się, co gwiżdżę, ale po chwili dotarło do mnie, że to uwertura do Sroki złodziejki Rossiniego. Gwizdałem to podczas gotowania makaronu, gdy zadzwoniła ta dziwna kobieta.

Gwizdałem fałszywie, siedząc w pustym ogrodzie, patrząc na chwasty i posąg kamiennego ptaka, i nagle zdało mi się, że wróciłem do okresu dzieciństwa. Jestem w tajemniczym miejscu, którego nikt nie zna. Nikt mnie nie widzi. Ta myśl bardzo mnie uspokoiła. Zachciało mi się rzucić kamieniem. Wziąć coś na cel i rzucić kamyk. Ten posąg ptaka byłby dobry. Rzuciłbym tak lekko, że nawet jeśli trafię, rozlegnie się tylko ciche stuknięcie. W dzieciństwie często się tak sam bawiłem. Stawiałem gdzieś daleko pustą puszkę i wrzucałem w nią kamyczki, aż się napełniła. Mogłem to robić przez wiele godzin i nigdy się nie nudziłem. Spojrzałem, lecz nigdzie na ziemi nie było kamyczka. Nie ma jednak idealnych miejsc.

Podciągnąłem nogi na krzesło, zgiąłem kolana i oparłem na nich łokcie. Przez chwilę siedziałem z zamkniętymi oczami. Nadal nic nie słychać. Ciemność, którą widziałem po zamknięciu oczu, przypominała niebo pokryte chmurami, ale szarość była trochę ciemniejsza. Poza tym co parę minut ktoś przychodził i przemalowywał ją na trochę inną szarość. Szarość z dodatkiem złota, do tego dodana zieleń, szarość z wyraźną czerwienią. Zachwyciło mnie, jak wiele istnieje odcieni szarości. Człowiek to przedziwna istota, pomyślałem. Siedząc z zamkniętymi oczami tylko przez dziesięć minut, może zobaczyć tyle rodzajów szarości.

Przez pewien czas tkwiłem tak, o niczym nie myśląc i pogwizdując, i oglądałem próbki szarości.

– Proszę pana – powiedział ktoś.

Pospiesznie otworzyłem oczy i wychylając się w bok, spojrzałem na furtkę ponad zaroślami. Była otwarta. Szeroko otwarta. Ktoś tu za mną wszedł. Czułem, jak wali mi serce.

– Proszę pana – powiedział ten ktoś jeszcze raz. Głos kobiety. Ukazała się zza kamiennego posągu i podeszła do mnie. Była to dziewczyna, która opalała się wtedy w ogrodzie naprzeciwko. Jak przedtem miała na sobie jasnoniebieski podkoszulek firmy Adidas i szorty, lekko powłóczyła nogą, lecz tym razem nie nosiła okularów przeciwsłonecznych.

– Co pan właściwie tu robi? – zapytała.

– Przyszedłem szukać kota – odparłem.

– Naprawdę? – spytała. – Wcale na to nie wygląda. I do tego nie znajdzie pan przecież kota, siedząc tu bez ruchu z zamkniętymi oczami i gwiżdżąc.

Poczerwieniałem lekko.

– Mnie to nie przeszkadza, ale jeśli ktoś obcy by to zobaczył, pomyślałby, że jest pan zboczony. Lepiej uważać – dodała. – Nie jest pan chyba zboczony, prawda?

– Myślę, że nie.

Podeszła do mnie, ze stosu leżących pod dachem krzeseł wybrała starannie jedno z mniej brudnych, obejrzała je jeszcze raz dokładnie, potem postawiła na ziemi i usiadła.

– Poza tym nie wiem, co pan gwizdał, ale nie brzmiało to jak żadna melodia. A czy przypadkiem nie jest pan gejem?

– Myślę, że nie – powiedziałem. – Dlaczego pytasz?

– Bo słyszałam, że geje nie umieją gwizdać. Czy to prawda?

– Nie wiem, chyba nie – powiedziałem.

– Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Może pan sobie być zboczeńcem, gejem albo kimś innym – stwierdziła. – Jak się pan nazywa? Pytam, bo nie wiem, jak się do pana zwracać.

– Toru Okada – odparłem.

Powtórzyła kilka razy cicho moje imię i nazwisko. – Brzmi dość zwyczajnie, prawda?

– Może i tak – powiedziałem. – Ale myślę, że mógłby się też tak nazywać jakiś przedwojenny minister spraw zagranicznych.

– Ja się na tym nie znam. Nie jestem dobra z historii. Ale niech będzie. A nie ma pan jakiegoś przezwiska, panie Toru Okada? Czegoś prostszego?

Zastanowiłem się nad tym, lecz żadne przezwisko nie przyszło mi do głowy. Nigdy w życiu nie miałem przezwiska. Ciekawe dlaczego. Powiedziałem, że nie mam.

– Na przykład Miś albo Żaba?

– Nie.

– O rany – powiedziała. – Niech pan jakieś wymyśli.

– Ptak Nakręcacz.

– Ptak Nakręcacz? – patrzyła na mnie z otwartymi ustami. – Co to?

– Ptak, który nakręca sprężynę – powiedziałem. – Codziennie rano nakręca na drzewie sprężynę świata. „Khrr”.

Dalej wpatrywała się we mnie. Westchnąłem. – Nagle mi to przyszło do głowy. Ten ptak co dzień pojawia się niedaleko naszego domu i na drzewie sąsiada śpiewa „khrr”. Ale nikt go jeszcze nie widział.

– Coś podobnego – rzekła. – Niech będzie. To też trudno powiedzieć, ale znacznie łatwiej niż Toru Okada. Pan Ptak Nakręcacz.

– Dziękuję – powiedziałem.

Wciągnęła nogi na krzesło i oparła podbródek na kolanach.

– A ty jak się nazywasz? – zapytałem.

– May Kasahara – odpowiedziała. – Jak miesiąc maj.

– Urodziłaś się w maju?

– To chyba oczywiste. Gdybym się urodziła w czerwcu i nazwaliby mnie May, byłoby to strasznie mylące, prawda?

– To prawda. I ciągle nie chodzisz do szkoły? – zapytałem.

– Obserwowałam pana od dłuższej chwili, panie Ptaku Nakręcaczu – powiedziała May Kasahara, nie odpowiadając na moje pytanie. – Widziałam przez lornetkę ze swojego pokoju, jak otworzył pan furtkę i wszedł do tego ogrodu. Zawsze mam pod ręką małą lornetkę i obserwuję uliczkę. Pan może nie wie, że tędy przechodzą różni ludzie. Nie tylko ludzie, zwierzęta też. A właściwie dlaczego pan tu tak długo sam siedział?

– Tak sobie po prostu siedziałem – odparłem. – Przypominałem sobie różne rzeczy, gwizdałem.

May Kasahara przygryzła paznokieć. – Czy jest pan dziwakiem?

– Nie jestem dziwakiem. Każdy robi takie rzeczy.

– Może i tak, ale nikt nie chodzi w tym celu specjalnie do opuszczonego domu w sąsiedztwie. Jeśli pan tylko sobie siedzi, przypomina sobie różne rzeczy i pogwizduje, to przecież może pan to robić w swoim własnym ogrodzie.

Niewątpliwie ma rację – pomyślałem.

– Ale tak czy inaczej, kot Noboru Wataya jeszcze nie wrócił, tak?

Potrząsnąłem głową. – Nie widziałaś mojego kota od tamtego czasu?

– Brązowego pręgowanego z lekko wygiętym końcem ogona, prawda? Nie, ani razu nie widziałam, choć ciągle go wypatrywałam.

May Kasahara wyjęła z kieszeni szortów pudełko papierosów i zapaliła jednego papierową zapałką. Przez chwilę paliła w milczeniu, wkrótce spojrzała na mnie. – Czy nie przerzedziły się panu włosy?

Odruchowo dotknąłem włosów.

– Nie tam – powiedziała. – Nie tam, a na czole, tam gdzie zaczynają rosnąć. Ma pan wyższe czoło niż potrzeba. Nie uważa pan?

– Nie zauważyłem.

– Na pewno będzie pan łysiał od czoła. Ja się na tym znam. W pana wypadku będzie się stopniowo tak posuwało. – Chwyciła własne włosy, pociągnęła ku tyłowi i zwróciła ku mnie odkryte białe czoło. – Niech pan uważa.

Dotknąłem nasady włosów na czole. Wydało mi się, że ich linia jest nieco dalej niż przedtem, ale może tylko dlatego, że to powiedziała. Trochę się zaniepokoiłem.

– Jak mianowicie mam uważać?

– Właściwie nie ma jak uważać – powiedziała. – Nie ma sposobu na zapobieganie łysieniu. Ci, co łysieją, i tak wyłysieją, kiedy przyjdzie ich pora. Nie da się tego powstrzymać. Często się słyszy, że aby nie wyłysieć, trzeba dbać o włosy. Ale to wszystko kłamstwa. Kłamstwa. Proszę pojechać na stację Shinjuku i popatrzeć na bezdomnych, którzy tam leżą. Nie ma ani jednego łysego. A przecież nie sądzi pan, że codziennie myją głowę szamponami Clinique albo Vidal Sasoon. Myśli pan, że codziennie kładą na włosy odżywkę? To tylko producenci kosmetyków mówią byle co i wyciągają pieniądze od ludzi z rzedniejącymi włosami.

– Aha – powiedziałem z zainteresowaniem. – A dlaczego ty się tak znasz na łysieniu?

– Ostatnio pracuję ciągle na zlecenia u wytwórcy peruk. I tak nie chodzę do szkoły, i mam czas. Przeprowadzałam ankiety, badania rynku, tego typu rzeczy. Dlatego dosyć dobrze się znam na łysych. Mam mnóstwo informacji.

– Coś podobnego.

– Ale mimo to – powiedziała, rzucając papierosa na ziemię i rozdeptując go podeszwą – w firmie, w której pracuję, absolutnie nie wolno używać słowa „łysy”. Musimy mówić „osoba o przerzedzonych włosach”, bo „łysy” to wyrażenie dyskryminujące. Raz żartem powiedziałam „osoba niepełnosprawna włosowo” i strasznie się na mnie zezłościli. Powiedzieli, że nie można sobie z takich rzeczy żartować. Wszyscy strasznie poważnie tam pracują. Wie pan co? Prawie wszyscy ludzie na świecie są strasznie poważni.

Wyjąłem z kieszeni dropsy cytrynowe, włożyłem jednego do ust i podsunąłem je May Kasaharze. Potrząsnęła odmownie głową i wyjęła kolejnego papierosa.

– Panie Ptaku Nakręcaczu – powiedziała. – Był pan bezrobotny, prawda? Dalej jest pan bezrobotny?

– Tak, dalej jestem bezrobotny.

– Ma pan zamiar znaleźć prawdziwą pracę?

– Tak – odparłem, ale coraz mniej wierzyłem w to, co mówię. – Nie wiem – poprawiłem się. – Jakby to powiedzieć? Mam wrażenie, że potrzebuję chyba czasu na zastanowienie. Sam tego dobrze nie rozumiem, więc nie mogę jasno wytłumaczyć.

May Kasahara przyglądała mi się przez chwilę, obgryzając paznokieć.

– Wie pan co, panie Ptaku Nakręcaczu? Nie miałby pan ochoty pójść ze mną popracować dla tej wytwórni peruk? Nie płacą za dobrze, ale praca jest lekka, a i czas jest nienormowany. Jeśli nie będzie pan tak głęboko rozmyślał, a weźmie pan pracę, która akurat wpada w ręce, być może różne rzeczy staną się jasne. Taka odmiana poprawi panu też nastrój.

Może to i niezły pomysł, pomyślałem. – Niezły pomysł – powiedziałem.

– Okay. W takim razie następnym razem zajdę po pana. Gdzie pan mieszka?

– Trochę trudno to wytłumaczyć. Trzeba iść tą uliczką, skręcać tak jak i ona skręca, po lewej będzie dom, przed którym stoi czerwona honda Civic. Na zderzaku ma nalepkę z napisem „Aby wszyscy ludzie na ziemi żyli w pokoju”. Następny jest nasz dom, ale ponieważ nie ma wejścia od strony uliczki, trzeba przejść przez ogrodzenie z betonowych płyt. Jest trochę niższe ode mnie.

– Nie ma sprawy. Łatwo przelezę przez takie ogrodzenie.

– Noga cię już nie boli?

Wydała odgłos przypominający westchnienie i wypuściła dym. – Noga jest w porządku. Powłóczę nią, bo nie chcę iść do szkoły. Udaję tylko przed rodzicami, ale zanim się zorientowałam, weszło mi to w nawyk. Nawet kiedy mnie nikt nie widzi, kiedy jestem zupełnie sama w pokoju, udaję, że mnie noga boli. Jestem perfekcjonistką. Mówi się, że aby oszukać innych, trzeba najpierw oszukać siebie samego. Panie Ptaku Nakręcaczu, czy pan należy do odważnych?

– Chyba nie bardzo – odparłem.

– Nigdy nie był pan odważny?

– Nigdy nie byłem i w przyszłości też pewnie się nie zmienię.

– Jest pan ciekawski?

– Trochę jestem.

– Czy odwaga i ciekawość nie są podobne? – zapytała. – Gdzie jest odwaga, tam znajdzie się i ciekawość, a gdzie jest ciekawość, znajdzie się i odwaga.

– Tak, rzeczywiście są między nimi podobieństwa – powiedziałem. – I być może w niektórych wypadkach, tak jak mówisz, ciekawość i odwaga idą w parze.

– W przypadku wchodzenia bez słowa na cudzą posesję.

– Właśnie tak. – Obracałem dropsa na języku. – Zdaje się, że w przypadku wejścia do cudzego ogrodu ciekawość i odwaga działają jednocześnie. Ciekawość wyciąga z ukrycia odwagę i budzi ją. Ale w większości przypadków ciekawość od razu znika i odwaga musi dalej iść sama. Ciekawość przypomina wesołego kolegę, któremu nie można zaufać. Podpuści cię, ile może, potem w odpowiednim momencie się zmyje. A człowiek sam musi dalej sobie radzić, próbując zebrać się na odwagę.

Zastanawiała się nad tym przez chwilę. – Tak – powiedziała. – Rzeczywiście można i tak na to patrzeć. – Wstała z krzesła i otrzepała kurz z szortów. Potem spojrzała na mnie. – Panie Ptaku Nakręcaczu, nie ma pan ochoty zobaczyć studni?

– Studni? – zapytałem. – Studni?

– Tu jest wyschnięta studnia – powiedziała. – Dosyć ją lubię. Nie chce pan zobaczyć?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.