Krok dalej - Edward Lubowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 638 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krok dalej - Edward Lubowski

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Edward Lubowski (1837–1923) był polskim pisarzem nurtu pozytywistycznego. Używał pseudonimu Krut-Bolej. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, brał udział w walkach powstania styczniowego. Należał do grona najwybitniejszych polskich komediopisarzy okresu pozytywizmu. Pisał komedie, sztuki z tezą, farsy. W jego dorobku komediowym znalazły się m.in. „Pewność siebie” (1858), „Żony uczonych” (1866), „Ubodzy w salonie” (1867), „Gonitwy” (1874), „Przesądy” (1876), „Pogodzeni z losem” (1876), „Żyd” (1868), „Nietoperze” (1874), „Sąd honorowy” (1876). Opublikował też liczne powieści, takie jak „Wierzące dusze” (1864), „Silni i słabi” (1865), „Aktorka” (1871), „Cichy Janek i głośny Franek” (1879). „Krok dalej” to powieść z 1885 roku.

Opinie o ebooku Krok dalej - Edward Lubowski

Fragment ebooka Krok dalej - Edward Lubowski








Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I Instalacja nowych dziedziców
  3. ROZDZIAŁ II W buduarze pięknej kobiety
  4. ROZDZIAŁ III Rozhukane rumaki w przymierzu z piękną kobietą
  5. ROZDZIAŁ IV Baron Farmer
  6. ROZDZIAŁ V Który powinien mieć ten sam nagłówek, co poprzedni
  7. ROZDZIAŁ VI Dwaj współplemiennicy
  8. ROZDZIAŁ VII Dom bankiera Polaka
  9. ROZDZIAŁ VIII Les petits cadeauks font les grandes amities
  10. ROZDZIAŁ IX Jak się dochodzi z niczego do czegoś. Konieczny zwrot w przeszłość pana Simunda
  11. ROZDZIAŁ X Na górze i na dole
  12. ROZDZIAŁ XI Szamotanie się niewolnika
  13. TOM II
  14. ROZDZIAŁ I Czy ucieka się przed samym sobą?
  15. ROZDZIAŁ II Postanowienie a wykonanie
  16. ROZDZIAŁ III Poglądy na świat panny Luli
  17. ROZDZIAŁ IV Stary portret w galerii obrazów
  18. ROZDZIAŁ V Często lekarstwem własne serce
  19. ROZDZIAŁ VI Interes zaostrza władze umysłowe
  20. ROZDZIAŁ VII List bez odpowiedzi
  21. ROZDZIAŁ VIII Na zwiadach
  22. ROZDZIAŁ IX Kruk krukowi oka nie wykole
  23. ROZDZIAŁ X Świadek mimo chęci
  24. ROZDZIAŁ XI Drugi sekundant znaleziony
  25. ROZDZIAŁ XII Panna Lula
  26. ROZDZIAŁ XIII Wola a czyn
  27. ROZDZIAŁ XIV Giełda i słynny krach
  28. ROZDZIAŁ XV Nieszczęście przybywa z orszakiem
  29. ROZDZIAŁ XVI Dwóch mężów jednej żony
  30. ROZDZIAŁ XVII Przerwane badanie
  31. ROZDZIAŁ XVIII Fortuna odwraca się
  32. TOM III
  33. ROZDZIAŁ I Bankier Polak
  34. ROZDZIAŁ II Rozbitek
  35. ROZDZIAŁ III Niemiodowe miesiące
  36. ROZDZIAŁ IV Poskromiona
  37. ROZDZIAŁ V Spokojne nurty jeziora
  38. ROZDZIAŁ VI Baron Farmer u siebie
  39. ROZDZIAŁ VII Góra z górą się nie zejdzie...
  40. ROZDZIAŁ VIII Role często się zmieniają
  41. ROZDZIAŁ IX Prawda wygląda czasem na bajkę
  42. ROZDZIAŁ X Tak być musiało
  43. ROZDZIAŁ XI Krok dalej
  44. Kolofon

TOM I


ROZDZIAŁ I

Instalacja nowych dziedziców

Urocza choć nie górzysta część Galicji odkrywa się oczom, wzdłuż najspokojniejszej ze wszystkich rzek polskich, wzdłuż Sanu. Urodzajne pola rozsiadły się gęsto nad jego brzegami. Zboża wychylającego się dumnie złocistymi kłosami, w bród, a tak szczelnie przy sobie, że ledwo miejsca na miedzę. Rzadkie zagony z jarzyną, znikają pokornie wśród obszarów ziarnistych, uprawnych starannie. Gdzieniegdzie tylko w odstępie pól, samotna grusza lub dzika płonka, widna z daleka bo samotna, bo jedyna – nęcąca ku sobie zbłąkanego przechodnia, gdy go już znużyły uparte słońca promienie.

A był to właśnie dzień słoneczny, gorący dzień, podczas którego ciszę w polu przerywa jedynie brzęczenie pszczół i owadów, lub radosny śpiew zrywającego się nagle z grządki skowronka.

Czysta sielanka polska, tak oryginalnie zawsze jeszcze, odróżniająca się od obcej. Słońce świeci tak samo i pola zielenieją wszędzie jednako, mimo to, ten skowronek zdaje się nucić pieśń tobie tylko znaną, i ten szum cichy, tajemniczy, w którym wyraźniejszą nutę szepcze lekki, jak arfa szemrzący powiew wiatru, tobie tylko, mieszkającemu w tej ziemi, wydaje się zrozumiałym, tobie błogim i miłym!

Na krajobrazy sławnej w świecie Szwajcarii, patrzymy okiem zdumionym, chciwie pragnącym zatrzymać w wyobraźni wszystkie te wspaniałe widoki, którym jednak tak hojnie dopomogła sztuka; ciekawość atoli i chęć wielbienia z urzędu, oto pierwsze wrażenia, zastępujące szczerą przyjemność, jaką wzbudza zwyczajna łąka, wesoły sad, do których się nawykło od lat dziecinnych. I dopiero na obcej ziemi i wśród ludzi obcych, gdy się już pożegnało strzechę swoich ojców, ból niewymowny chwyta za serce i wtedy najwspanialsze widoki z dominujących nad jeziorami błyszczących hotelów, elegancją i wrzawę zbiegłych z całego świata turystów, oddałby każdy za ów cichy powiew wietrzyka od starej gruszy, za ów radosny śpiew skowronka, za całą tę prostotę sielską, niegdyś obojętną może i wzgardzoną.

Niemiec kolonizator przejechawszy się po ziemiach słowiańskich, z pogardą wyraża się o nich, ale łakomy zysku, obmyśla miejsca na sterczące kominy przyszłych swych fabryk. Bezpłodną swą ziemię dawno już zapełnił warsztatem i kuźnią, a teraz porzuca ją bez żalu, bo wie, że z niej niczego więcej nie wyciśnie. Nie tak Słowianin. On przywiązany ślepo do każdej piędzi swej ziemi, bo go z nią wiąże wspomnienie przeszłości, a jeżeli się z nią rozstać musi, wszędzie i zawsze, na najodleglejszym krańcu świata i w najpóźniejszej starości, wśród lesistych gąszczów Ameryki i na pokładzie okrętu, szybującego po bezmiernym Oceanie, myśli o niej z wieczną tęsknotą i z wieczną nadzieją ujrzenia jej raz jeszcze przed śmiercią.

Poza szerokim pasem pól, schowane w cieniu drzew, mieściły się białe wielkie domy dziedziców i brudne, obszarpane chałupy włościan, niezmienione od wieków, niskie, ciasne, smrodliwe i duszne. Pradziad mieszkał w nich, podpierając belką walący się dach, darniną łatając pękającą ścianę; prawnuk dzisiaj ratuje się tak samo i nic go nie nauczyło, nic nie natchnęło chęcią dobrobytu, chociaż burza, co zahuczała tu w pamiętnym roku, pogruchotawszy pałace, jemu dala prawo i możność myślenia o sobie samodzielnie.

Nie pomyślał o poprawie domku swojego, bo i teraz nie wierzył, ażeby nagła darowizna i płynące w niej nowe prawa, lepszy byt wytworzyć mu zdołały... Z żywej przekazywanej tradycji, pozostawił nietkniętym to, co najgorsze, na lepsze, na postęp istotny, nie mając ochoty, zrozumienia, a jak wtedy: i zachęty.

W linii domów białych i pałaców, ciągnących się w jednym szeregu wsi, położonych tuż obok siebie, odznaczał się niewielki, ale gustowny i świeżo postawiony na gruzach, nielitościwie zburzonego dawnego domu mieszkalnego.

Jednopiętrowy, smukły, z wysokimi, ale wąskimi oknami, oprawionymi w kolorowe różnobarwne szyby, z lekką kolumnadą frontową, otwierającą wstęp do chłodnego marmurowego przedsionka, mógł być raczej nazwany willą, aniżeli pałacem... Budowany pospiesznie według najszczegółowiej podanego przez właścicieli planu, kosztownie, bo z użyciem najdroższego materiału, sprowadzonego umyślnie z daleka, przeznaczonym się zdawał oczywiście na rezydencją magnacką, chwilową, lub na odpoczynek dla pięknej, estetycznym smakiem obdarzonej kobiety.

Podczas budowy, ciekawi sąsiedzi pod różnymi pozorami przejeżdżali tamtędy, wdając się w rozmowę to z robotnikami, to z budowniczym, to z dozorującym a delegowanym w imieniu właścicieli, kamerdynerem Niemcem, ale jeżeli od kogo, to od tego ostatniego, najmniej szczegółów dowiedzieć się mogli. A o te właśnie szczegóły, chodziło niezmiernie panom sąsiadom.

Kamerdyner przystojny mężczyzna, średniego wieku, ubrany zawsze bardzo elegancko, jak gdyby w ciągłym oczekiwaniu dostojnych gości, uśmiechał się szyderczo, darząc ciekawych krótkim, ale wiele do myślenia dającym słowem. Raz na przykład rzekł pani baronowej Runickiej, przejeżdżającej tędy niby do parafii, (choć zbaczała umyślnie z drogi tęgą milę) ojczystym swym językiem:

– Die Hersohaft bleibt hier nur zwei Wochen, und dann fort nach Italien.

Na co pani baronowa westchnęła żałośnie, przez całą drogę pomrukując: Italien, a za powrotem do domu srodze prześladowała męża, że ani ona, ani dwie dorosłe córki, dotąd nie mogły sobie pozwolić na zwiedzenie Italii.

Panu Amilkarowi zaś, bogatemu właścicielowi kilku wsi, i kawalerowi szukającemu bonne fortune po świecie, na długie natarczywe zagabywania, odrzekł z lekka ojczystym swym językiem:

– Die gnädige Frau will ausruhen nach den wiener – Strapazen.

A kiedy pałacyk był już ukończony i kiedy go umeblowano nowiuteńkimi sprzętami, sprowadzonymi z Wiednia, ciekawość w okolicy wzmogła się do tego stopnia, że przypuszczano formalny szturm do pałacu, zaglądając przez okna i dziurki od kluczy. Ale pan kamerdyner nie wszystkich puszczał do środka, wybranych tylko z wielu, z bardzo wielu, wybór zaś zależał od jego osobistych sympatii, których, chcąc wyznać prawdę, nie miał wiele.

Fama o cudach wnętrza pałacyku urosła niezmiernie, i ci którzy nie mieli sposobności dotąd ich oglądać, zagadywali umyślnie, odwracając w salonie rozmowę na inny przedmiot, byle się tylko nie zdradzić ze swą nieświadomością.

Lecz wszystko kończy się na tym świecie, więc i pan kamerdyner opatrzywszy willę ze wszystkich stron, zatelegrafował do swoich państwa, iżby przyjeżdżali, bo pałac już w gotowości na ich przyjęcie.

Istotnie wkrótce potem zjechali państwo... Regensborgowie, prosto ze stolicy Austrii.

Tydzień już bawią w swoim pałacyku, a nikt ich jeszcze nie miał szczęścia oglądać.

Pan von Regensborg, nacieszywszy się ogrodem i niewielkim tuż do pałacyku przytykającym parkiem angielskim, zamknął się na dobre w swoim gabinecie, po całych dniach porządkując papiery, których spory kufer przywiózł ze sobą, i rozpisując listy na wszystkie strony świata. Pani zaś... zajętą była w pierwszym tym tygodniu, cały czas przystrajaniem swego buduaru, który też rzeczywiście przerodziła w cacko, w coś wielce niezwykłego w wiejskim domowym zaciszu. Przywiezione ogromne paki, dostarczyły kotar, draperii i tysiąca różnych toaletowych drobiazgów, bez których nie podobna sobie wyobrazić gniazdka pięknej kobiety. – Z tej przeto przyczyny lub innej, nikt jeszcze z sąsiadów, a nawet nikt z niższej dworskiej służby, nie oglądał z bliska oblicza Jasnej pani. Jasną panią nie mogła nie być posiadaczka pałacu, i pięknej, składającej się z trzech folwarków wsi.

Słudzy jednak byli jej niezmiernie ciekawi, a przy tym, bali jej się czegoś. Dlaczego? Sami nie wiedzieli, ale w tych stronach krążyły od dawna rozmaite legendy i baśnie o tej pani, jedna straszniejsza nad drugą. Jedna opiewała, że Jasną panią małym dzieckiem wyciągnięto ze stawu, i oddano na wychowanie biednej wdowie, lecz dziecko stawszy się dziewicą, wdowę zadusiło i rozpierzchło się we mgle; druga, że Jasna pani oczarowała nieboszczyka księcia Michała, najbogatszego pana w okolicy, który oddał jej cały swój majątek, a sam zaraz potem dostał pomieszania zmysłów; trzecia, że kto na Jasną panią spojrzał to i zwariował z miłości; czwarta nareszcie, że Jasna pani miała już jednego męża, którego jednak, gdy się jej sprzykrzył, wkrótce wyprawiła na tamten świat tajemniczą drogą.

Były to oczywiście baśnie i nic więcej. Ludzie prości coś słyszeli, coś sobie stworzyli sami, dużo dodali, ot i wytworzyli naprędce legendę miejscową.

Właściwie bowiem nikt dokładnie nie znał pani von Regensborg; sąsiedzi tylko najbliżsi, wiedząc, ze wieś ta należała niegdyś do obszernych dóbr księcia Michała nieboszczyka, podejrzliwie kiwali głowami, ale że to były już dawne czasy, że od lat dziesięciu czy więcej, majątek ten widocznie w trzecie już przeszedł ręce, gdyż od tego czasu dzierżawili lub administrowali tutaj tylko rządcy, że teraz pierwszy raz dopiero właścicielka osobiście się tu zjawiła, że wreszcie urok wielkiej fortuny dziwnie osłabia krzywdzące podejrzenia, przeto i z tej strony nic się jasnego o przeszłości pani von Regensborg, dowiedzieć nie było można.

W sąsiedztwach oczekiwano przybycia, przypuszczając, że pan Regensborg, który rozpoczął interesy w Galicji na ogromną skalę, i z dawna już miał między szlachtą stosunki, niezawodnie nie omieszka jak najprędzej wprowadzić żonę swą w grono obywatelskie i roztworzyć dom szeroko i gościnnie.

W oczekiwaniu tej chwili chcemy i my pozostać, zapoznając tymczasem czytelnika bliżej z właścicielami pałacyku.

Rzekliśmy, że był dzień piękny, skwarny – godzina południowa.

Z boku przed pałacykiem stał piękny kabriolet, świeżo przywieziony i po raz pierwszy wytoczony z wozowni. Dzielne meklemburgi przybrane w nowiuteńkie chomonta, oganiały się ogonami niecierpliwie od much i komarów, nie zważając na przekleństwa woźnicy, miejscowego Bartka, którego dusił opięty frak liberyjny i wysokie pudło na głowie, mające przedstawiać nieznany mu dotąd cylinder z kokardą.

Bartek czuł się zmęczony w tym stroju, wśród dwudziestu kilku stopni gorąca, i z tymi rumakami grubonogimi, których obyczaj wydawał mu się znacznie odmiennym od obyczaju koni krajowych. Meklemburgi były wprawdzie spokojnego usposobienia, miały nawet dużo powagi niezwykłej rasie koni krajowych, wierzgających często niesfornie i bez racjonalnej przyczyny, ale właśnie ta powaga, ta flegma, ten krok wymierzony, szeroki i potężny, zawsze jednostajny, niezmiernie korciły Bartka, przekładającego sangwiniczny temperament nad flegmatyczny. Bartek podejrzewający w meklemburgach, tajemnych swych wrogów, smagnął ich znienacka kilka razy biczem, czym tak obraził cudzoziemców, że nagle szarpnąwszy kabriolet, o mało go nie rozbiły na drobne kawałki. Przestraszony Bartek, zatknął bicz na koźle i udał, że go wybryk ten koński nic a nic nie obchodzi. Ale w duszy poprzysiągł zemstę, czekając tylko sposobnej okazji, teraz zaś starał się ulżyć sobie, odpinając frak i naginając brudnymi palcami sztywnego kołnierza. W trakcie tej operacji, krzyknął ktoś z okna łamaną polszczyzną:

– Kuczer gotów!

Bartek spojrzał w górę, ale się nie domyślił, że to jego wołają.

– Bartek gotów? – powtórzono z okna.

– Jestem proszę pana – odkrzyknął Bartek, zapinając się czym prędzej.

Bartka świeżo zrobiono woźnicą z polecenia dzierżawcy, u którego tenże służył lat kilka.

Równocześnie z odezwaniem się głosu w oknie, zaszczekał ogromny buldog, wygrzewający się na słońcu przed pałacykiem. Pies ten żółto wypalony z obciętymi uszami i ogonem, z ogromnymi sprytnymi ale złymi ślepiami, duży, silny, zajadły, gotowy się rzucić na każdego, stał się już w tych kilku dniach postrachem dla wszystkich kundysów wiejskich, omijających z daleka przybysza, rozłożonego groźnie i niegościnnie na progu. Szczeknięcie buldoga spowodowało nadejście mężczyzny odzianego w szarą czamarę, za którego nogą plątał się bojaźliwie duży pies wiejski, vulgo kundel. Pan nakazał mu groźnie iść za sobą, więc kundys wlókł się, spode łba patrząc na arystokratycznego buldoga.

Kiedy już mężczyzna w szarej czamarze był na jakie kilkanaście kroków przed pałacem, wyszedł naprzeciw niego stamtąd inny jakiś jegomość i podał mu rękę, mówiąc:

– Zawołali was?

– A tak, przed godziną.

– Cóż będzie?

– Albo ja wiem. – Nurek pójdź tu do nogi! Lecz Nurek stanowczo oparł się temu, cofając w tył na znaczny dystans, i nic dziwnego, bo herkulesowy buldog spiął się groźnie na przednie łapy i zawarczał ponuro.

– Patrzcie – jakie bestia ma kły! – rzekł szary jegomość.

– Zjadłby nas na śniadanie!

– A musi mieć dobry apetyt!

– Niemiecki – rzekł rubasznie, oglądając się ostrożnie w około – ale gdzież wy to waszego psa prowadzicie aż tutaj! Jeszcze się państwo obrażą.

– Ba! Kiedy kamerdyner strzela psów po wsi, a mojego mi żal.

– Tu go rozszarpie ta bestia!

Ledwie tych słów domówił, gdy buldog jednym lwim skokiem, przesadził mały kopczyk kwiatowy, zasadzony przed pałacykiem, i tuż, tuż, stanął przy kundysie.

– Nurek nie daj się!

Kundys i buldog stanęli naprzeciw siebie w nieprzyjacielskiej postawie. Prawie się sierścią dotykali, paląc gorącym oddechem. Nurek z widocznym przymusem gotował się do walki, choć już nie tchórzył, buldog z pogardą patrząc na jego sierść brudną, kosmatą i rozczochraną, zdawał się rozmyślać, czy warto wdać się w awanturę z tym ulicznikiem. A może też refleksja, że można guza oberwać, ostudziła jego animusz, bo pokiwawszy ogonem a ciągle warcząc, zaczął się cofać. Ale tym właśnie dodał ducha Nurkowi. Ten widząc cofającego się wroga, szczeknął i skoczywszy kilka kroków naprzód, szarpnął go zębami z boku. Rozwścieczony buldog odwrócił się pędem, i porwawszy kundla zębami za ucho, przygniótł go całym ciężarem swego ciała.

Rozpoczęła się zajadła walka.

Jegomość w szarej czamarze, poskoczył z kijem na pomoc swemu wiernemu, ale w tej chwili stanął na dole kamerdyner i zagrzmiał rozkazującym głosem:

– Weź pan tego psa zum Teufel, albo mu tu zaraz w łeb wypalę!

– To niech pan kamerdyner swojego zawoła...

– Jak pan śmiesz Donnerwetter, hałasy robić pod oknem państwa?!

W tej chwili zawył Nurek boleśnie. Pan jego poskoczył w pasji, i grzmotnął przez łeb buldoga, buldog puścił swoją ofiarę, a rzucił się na człowieka.

– Donnerwetter! – wrzasnął kamerdyner – fort z tym kijem!

– Fort z tym psem! – wrzasnął tak samo zajadły właściciel kundysa.

A tymczasem buldog uczepiwszy się zębami długiej poły czamary, szarpał ją niemiłosiernie.

– Cezar hier! – krzyknął kamerdyner i poskoczył bliżej.

– Co tam się stało? – zawołał głos kobiecy z okna – pani się bardzo gniewa.

Kamerdyner porwał za obrożę swego buldoga i odciągnął od Nurka, kopnąwszy go nogą na pożegnanie; Nurek skomląc żałośnie, przytulił się do nóg swego pana, który go począł głaskać i pieścić z czułością.

– Niech pan trzyma psa na łańcuchu – rzekł kamerdyner – oder ich schiess ihn nieder.

– I pan trzymaj swojego!

– To jest pies pański, jemu tu wolno...

Tamten chciał jeszcze coś odpowiedzieć, ale towarzysz, który się teraz przybliżył, mrugnął na niego, dając mu do zrozumienia żeby milczał.

Kamerdyner klnąc po niemiecku, poszedł na górę, a za nim buldog, odwracając się ciągle nieufnie.

– Licho was nadało z tym psem! – Niemiec was tam poskarży, i będzie bieda!

– To i cóż, chleba kawałek znajdę wszędzie, a wolę gdzie indziej, jak u Niemca, czy myślicie panie ekonomie, że tu długo wytrzymacie z nimi?

– Hm, może mówicie i prawdę, ale cóż robić, dzieci bez chleba nie zostawię, a przed św. Michałem trudno o miejsce.

– Szwargoczą językiem, którego ani w ząb, i chcecie żeby się człek porozumiał.

– Hm to i prawda, ale przecie pani polka.

– Diabli ją tam wiedzą – dodał rozsrożony ciągle pisarz prowentowy, oglądając poszarpaną kapotę – co ona za jedna...

– A przecież ona żona Mikołaja od księcia Michała... – szepnął po cichuteńku ekonom, schylając się pisarzowi prawie do ucha.

– Ejże! – rozdziawił gębę pan pisarz, zapominając o buldogu, Nurku i kapocie.

I poczęli ze sobą mówić żywo, po cichu. Nareszcie pan pisarz kiwnąwszy energicznie ręką – rzekł:

– Co z piekła, pójdzie do piekła, ale patrzajcie jeno kumie, jak to i pies bestia, że obcej krwi, to zaraz hardy, taki jak jego pany... biedne moje Nurczysko, jak mu się krew leje z boku! Ot widzisz biedaku, doświadcz i ty na początek łaski przybyszów. Wiecie kumie, uważam sobie to za zły prognostyk, i ja chyba tu pożegnam się choćby dzisiaj.

– A może i ja będę musiał – bo czegóż oni chcą od nas?

– W istocie muszą nas przepytać – służyliśmy u dzierżawcy, a teraz wejść mamy w nowy obowiązek.

– Podobno ordynarią mają zmniejszyć?

– I pensję pewno zmniejszą – co chcecie, oni mało jedzą, toby chcieli żebyśmy nic nie jedli.

– Ale przecie pan baron bogaty?

– Cóż z tego? Albo który z nich, co siedzi w naszym kraju, nie bogaty? Przywlecze się chudy, wyżółkły i zagłodzony, a niedługo przejeżdża się tłustym tułowiem w karecie, i nie może być inaczej, musi być tłusty, skoro kilku od razu połknął.

– Ha, ha, ha! – roześmiał się ekonom...

– Nie śmiejcie się kumie – odrzekł surowo pisarz – bo ja wam powiadam, że niedługo ten chudy kamerdyner będzie taki gruby, jak nasz dąb w Wiklówce, a nas zje z kośćmi.

– Jakimże sposobem? – pytał mimo woli przelękniony ekonom.

– O sposoby ich nie pytaj – mają ich tysiące.

My im zawsze wierzymy, a oni drą łyka... Ano przecie, daleko to szukać – mój szwagier wstawił się za Müllerem w Buszówce, żeby go zrobili karbowym, a teraz on jest ekonomem, a mojemu szwagrowi dali kwitek, albo u pani Runickiej, całym kluczem rządzi Niemiec, i ekonom Niemiec, i rachmistrz Niemiec i pisarz...

– No, a dlaczegóż tak?

– Ano... bo... – podrapał się w głowę – bo te bestie rachować umieją, a my nic a nic.

– Pan prosi! – zawołał w tej chwili kamerdyner na mówiących.

Odkaszlnąwszy, popatrzywszy z trwogą na siebie, poszli powoli na górę.


ROZDZIAŁ II

W buduarze pięknej kobiety

Cztery pokoje zajmowała wyłącznie dla siebie pani baronowa von Regensborg. Pan Regensborg był bowiem baronem, nie wiemy tylko jakiej próby, czy rzymsko-niemieckiej, czy austriackiej, czy tytuł kupił, czy go odziedziczył. Któż by wreszcie sprawdzał te bagatele!

Dwa wchody prowadziły do sypialnego buduaru pani baronowej, jeden przez dwa salony z apartamentu głównego, drugi przez maleńką garderóbkę, w której właśnie klęczy przed rozłożonym kufrem – garderobiana.

Garderobiana jest młodą, bardzo przystojną dziewczyną, Niemką. Przeglądając kufer pośpiesznie i gorączkowo, ociera łzy chusteczką, wzdychając ciągle głośno: „Mein Gott, mein Gott!”

Widocznie czegoś szukała skwapliwie, czego znaleźć nie mogła, bo po chwili powstała, załamała ręce, i stanęła nieruchoma, bezmyślnie, nie wiedząc, co począć ze sobą.

A wtem dał się słyszeć głos dzwonka.

Przelękła, pobiegła ku drzwiom, otworzyła z lekka dębowe podwoje i prześliznęła się przez bogatą, adamaszkową draperią, na środek niewielkiego saloniku, olśniewającego oko gustem i przepychem.

Salonik był rotundą z wysokimi różnokolorowymi oknami, przepuszczającymi skąpo promienie słońca, łamiące się jak kaskady brylantowe w jednaj ogromnej taili zwierciadlanej, pokrywającej przeciwległą ścianę. Tuż przy oknie, stała toaleta damska, wsparta na dwóch lwach brązowych, dźwigających w podniesionych łapach owalne zwierciadło, otoczone girlandą kwiatów pięknie rzeźbionych. Na stole toaletowym leżały symetrycznie poukładane flakoniki z perfumami i pachnącymi wodami, puder paryski, szczotki, grzebienie i wiele innych drobiazgów, dla mężczyzny niezrozumiałych. Kilka stoliczków maleńkich z majolikami, z wazonami kwiatowymi i z brązowymi kandelabrami na wierzchu, dwie szafeczki antique niezmiernej dziś już rzadkości, z przepysznymi figurkami porcelanowymi jeszcze rzadszymi, miękka kozeta z kilkoma napoleonkami, przystawione tak zgrabnie do ścian, że jeszcze dosyć miejsca zostawiały dla swobodnego poruszania się we środku. Z boku stało zaciśnięte sztucznie w zagłębioną framugę, wspaniałe łóżko francuskie, z adamaszkową kotarą, spiętą u góry w ostrokrąg, zakończony złotolitymi kwiatami, ocieniającymi ogromną na adamaszku wyhaftowaną koronę. Maleńki, ale prawdziwie perski dywanik, i stojący tuż obok łoża taburecik, oto mniej więcej wszystko, co uderzało na pierwszy rzut oka.

Nie było tu półcieni tajemniczych, ani pachnideł podniecających, wprawiających w omdlenie rozkoszy, ani żadnych sztucznie obmyślanych efektów, którymi się posiłkują wytrawne kokietki z naiwnymi wielbicielami; elegancja tylko kobieca pełna gustu, wykwint damy światowej, przyzwyczajonej do szczególnych wygód.

Lubimy sądzić z umeblowania i tysiąca gracików w buduarze pięknej kobiety, jeżeli nie o jej charakterze, to przynajmniej o jej upodobaniach i jej trybie życia. Zazwyczaj tytuł książki poucza nas najlepiej. Lecą tu nigdzie w około nie znaleźć ani jednej, dwa tylko rozwarte albumy na niskim taborecie. Jeden z nich zapełniony fotografiami, drugi widokami Włoch i Tyrolu, a jeszcze gotowi byliśmy przypuszczać, że zostały ofiarowane... i obojętnie przyjęte.

Więcej może da się nam wywróżyć z fizjonomii pani tego mieszkania, która w tej chwili będąc u siebie i najzupełniej swobodną, nie potrzebuje jej zapewne układać dla nikogo.

Twarz istotnie uderzająco piękna, oryginalna, zastanawiająca wszakże niezmiernie bystrego obserwatora kontrastem swego wyrazu. Z chłodem bowiem rozlanym pa całej twarzy, dziwnie się kłóci namiętność tryskająca z głębokich, wilgotnych szmaragdowych oczu i z maleńkich, lekko wywiniętych ust, lśniących czerwonością świeżo zerwanej maliny.

Ogromne czarne włosy, obwijają piękną owalną główkę niby diademem królowej – końcami swymi puszczonymi w tej chwili dowolnie, obrzucając jak siatką, ponętną, prześliczną białą pierś, schowaną od połowy w fałdach batystowej, koronkami obszytej koszuli.

Pani ta bowiem podnosi się właśnie z posłania.

Na jednej drobniutkiej nóżce, spuszczonej na dywanik, błyszczy amarantowy pantofelek haftowany złotem, drugą w półzgiętą przykryła szalem; jedną ręką odgarnia niecierpliwie rozpierzchłe swawolnie włosy, w drugiej trzyma dzwonek, którym dopiero co potrząsnęła niecierpliwie.

Czółko małe, greckiej czystości, nasunęło się fałdem rozdrażnienia nad wielkimi oczyma, roziskrzonymi bardziej, niż zwykle... gniewem.

Usta zacisnęły się ostro, wstydząc się może wybuchnąć słowem.

Biedna Niemka snadź znała już dobrze ten wyraz twarzy, bo stanęła skamieniała, nie śmiejąc odetchnąć, nie śmiejąc otrzeć łez, spadających jak groch po twarzy.

– Cóż to – płaczesz jeszcze? – zagadnęła ostro pani – więc nie znalazłaś?

– Nie, proszę pani – szepnęła cichuteńko.

– Koronka znaleźć się musi – rozumiesz: musi? Była w kufrze, być więc tam powinna!

– Szukałam...

– Znaleźć trzeba! – krzyknęła pani, stawiając dzwonek na nocnym stoliku. – Dzwoniłam dwa razy, gdzieżeś znowu biegała?

– Byłam w garderobie...

– Nie lubię beksów, proszę sobie łzy schować, a koronkę znaleźć – dodała, stając obiema nóżkami na dywanie.

Garderobiana zaczęła pomagać swej pani w ubieraniu.

– Mówiłaś, żeby konie były gotowe?

– Już od godziny stoją...

– Co to były za krzyki?

– Nie wiem dobrze...

– Ty nic nie wiesz. – Czy pan nie wyjechał nigdzie?

– Nie proszę pani – jest u siebie i rozmawia z oficjalistami.

– Za chwilkę poprosić pana do mnie.

W kwadrans potem, siedziała pani v. Regensborg przed toaletą. Garderobiana czesała jej włosy, co moment strofowana za niezgrabność.

Ponury wyraz nie schodził z twarzy pięknej kobiety.

Kiedy już podwójny zwój warkoczy, spiął sztylet szylkretowy, otworzyła małym kluczykiem szufladę toalety, wyjąwszy z niej grubą tekę oprawną w kość słoniową.

Odemknąwszy ją drugim kluczykiem, wydobyła spory plik papierów i poczęła je pilnie przeglądać. Garderobiana po cichutku na palcach, zwróciła się ku drzwiom, ale w tej chwili pani rzekła:

– Za kwadrans poprosić tu pana – rozumiesz, nie wcześniej i nie później!

– Rozumiem proszę pani – odrzekła garderobiana i znikła za draperią.

Piękna kobieta zaczęła liczyć papiery, sztuka po sztuce, a potom pilnie coś notować. W pięć minut uformowała się spora kolumna cyfr, napisanych bardzo wyraźnie, bardzo porządnie, i prawie kaligraficznie.

Znać było biegłość w piórze i wprawę w rachubie.

Przez chwilkę zachmurzyło się czółko bardziej jeszcze, ale nagle, jakby w poczuciu wielkiego zadowolenia, rozjaśniło pogodnie; uśmiech szczery i nadzwyczaj ponętny zaigrał koło ust, ukazując dwa rozkoszne dołeczki i nawet wyrwało się głośne słówko:

– Doskonale!

Po czym zamknąwszy starannie tekę, schowawszy ją do szuflady, od której kluczyk skryła w wiszącym na piersiach dużym, wypukłym medalionie, powstała z taboretu, wyprostowała się przed lustrem, zwróciła do tafli zwierciadlanej na ścianie, rozejrzała przed nią uważnie i z wolna, jak generał studiujący szyk swych żołnierzy, i drugi uśmiech szczerszy jeszcze i pełniejszy, zmienił tę twarz tak dziwnie, że wątpimy nawet, czy garderobiana wszedłszy w tej chwili, byłaby panią swą poznała.

Usiadłszy na nowo przed toaletą, rozpoczęła przegląd różowych swych paluszków, lecz myśl goniła za czymś ważniejszym lubo wesołym, bo ten sam uśmiech z twarzy jej nie schodził.

A wtem jakiś cień stanąwszy przy draperii u drzwi, posunął się z lekka, ostrożnie ku niej i tak cichuteńko, że go nawet nie spostrzegła, aż gdy złożył gorący i przeciągły pocałunek na jej odchylonej, śnieżnie białej, bujnej i lekko falującej piersi.

Zerwała się zagniewana, krzykną wszy:

– Niezgrabny!

– Przebacz najdroższa – odrzekł natręt, składając ręce pokornie – ale ośmieliłem się, widząc twój rozkoszny uśmiech...

– Uśmiech?

– Widziałem go z daleka w lustrze, i ucieszyłem się, że dziś będzie dzień dla mnie szczęśliwy!

– Nie wiem...

– Kazałaś mnie zawołać Mariechen – mówił mężczyzna – natychmiast więc przybiegłem, siądźmy tu razem na kozecie...

– Usiądź, ja tu pozostanę.

– Gniewasz się o co na mnie? – pytał błagalnym, czułym głosem.

– Ach proszę cię, nie zaczynaj nudzić!

– Zatem siadam... jak tu pięknie u ciebie, co za gust w urządzeniu! Dalibóg urodziłaś się na królową...

Pani westchnęła, mężczyzna podchwycił:

– Nie jesteś nią niestety, ale zaczekaj jeszcze trochę, będziesz miała miliony, a wtedy...

– Nie będę już miała młodości – odrzekła z goryczą.

– Alboż to tak długo? – alboż dziś już nie jesteś bardzo bogatą, a skoro tylko przyjdzie do skutku mój plan szeroko zakrojony...

– Boję się, czy nie za szeroko... zdaje mi się, że się trochę łudzisz, i zanadto marzysz... O ile znam twoje życie, zawsze marzyłeś za wiele... w młodości zamiast korzystać z fortuny i pomnażać ją, bawiłeś się w plany jakieś cywilizacyjne...

– I dziś jeszcze...

– Bawisz się? – rozśmiała się szyderczo – winszuję!

– Gdybyś tylko chciała mnie zrozumieć!

– Po co mi tego? – mnie nudzą twoje plany, których nawet nie rozumiem, a przynajmniej, które mi się wydają w najwyższym stopniu dziwaczne...

– Oh żono! – dla ciebie zrzekłem się ich już prawie; zwiększaniem majątku tylko dziś zajęty, zapominam o zadaniu całego swego życia, środki zasłoniły mi cel, cel wzniosły, cel, którym się szczyci moja rasa, rozsiana na najodleglejszych krańcach świata. Prawda Mariechen, tyś kobietą innej rasy, ale zaślubiając cię z najwyższej miłości, sądziłem, że znajdę w tobie powierniczkę swoich myśli i marzeń, że dla mnie, dla naszej przyszłości zapomnisz o...

Piękna pani ziewnęła głośno, mężczyzna powstrzymał zapał, pochyliwszy smutnie głowy.

– Czy wiesz, dlaczego cię zawołałam? – przerwała chwilową ciszę kobieta, bawiąc się maleńkimi szczypczykami...

– Słucham – rzekł zasępiony.

– Rozmyśliłam się i jakkolwiek nie jestem jeszcze pewną jak długo tu zostanę, jednak chciałabym sobie pobyt mój tu uprzyjemnić...

Pan Regensborg zaczął słuchać uważnie.

– Będzie to trudno, wiem o tym, ale przy twoich obfitych pomysłach – no i przy moich – coś się wynajdzie.

– Okolica dosyć piękna – rzekł małżonek.

– Okolica?

Zaczęła się śmiać serdecznie i przeciągle.

– Mój drogi – przyznasz, że zwiedzaliśmy dosyć długo Włochy i Tyrol, ażeby mieć pięknych widoków po uszy, a znowu przyjeżdżać tu, na wieś, dla pięknej okolicy... chyba żartujesz, lub, co mi się bardziej prawdopodobnym wydaje, rozumieć mnie nie chcesz.

Spojrzała mu bystro w oczy, małżonek spuścił je ku ziemi, widocznie zakłopotany.

– No, prócz okolicy nie wiem rzeczywiście, co by cię tu trzymać lub bawić mogło, mnie co innego, ja mam interesy ważne, bardzo ważne, w których mi nawet pomóc zechcesz...

– Nie wiesz? – rzekła kobieta, pudrując sobie delikatnym pędzelkiem czoło – nie wiesz, co by mnie tu zatrzymać mogło? – i nie domyślasz się?

– Nic a nic.

– A sąsiedztwa?

Małżonek zerwał się z miejsca i popatrzał na nią takimi zdziwionymi oczami, ze piękna pani parsknęła znów śmiechem, tym razem, szczerym i serdecznym.

– Chciałabyś? – zapytał szeptem prawie.

– Co takiego? – odwróciła się znowu do zwierciadła, przecierając policzki delikatnym pudrem.

– Chciałabyś bywać w sąsiedztwach? Ty Mariechen?

– Chciałabym bywać w sąsiedztwach, ja Mariechen – i cóż w tym nadzwyczajnego?

Małżonek zaczął chodzić po buduarze, i głęboko rozmyślać; panią zniecierpliwiło milczenie.

– I cóż masz przeciw temu? – spytała szorstko.

– Ależ ja nic a nic, tylko... zlitujże się moje dziecko...

I zbliżył się, schylając nad nią pieszczotliwie, lecz ona odtrąciła go chłodno ręką, mówiąc:

– Mów wyraźnie mój Wolfgangu? Wolfgangu – powtórzyła, i przechyliwszy się przez poręcz taboretu, śmiała się impertynencko z tego imienia, które jeszcze powtórzyła kilka razy, modulując na różne tony.

Mąż stanął oniemiały, z rumieńcem na twarzy, jakby walcząc z wewnętrznym gniewem, z którym bał się wybuchnąć. Nareszcie powściągnąwszy się z nie małym wysileniem, założył spokojnie ręce, i rzekł:

– Śmiej się ze mnie – zasłużyłem na to od dawna, od pierwszych dni... Nie umiałem wzbudzić w tobie poszanowania dla siebie...

– O! O!

– Nie umiałem wzbudzić miłości, namiętności, jakiego bądź uczucia... ciebie złączył ze mną interes...

– No i ciebie! – rzekła najspokojniej, odwracając się do zwierciadła.

– Mnie! – krzyknął gwałtownie – śmieszże mi to mówić w oczy? Byłem bogaty, poważany, miałem znaczenie u siebie w kraju, i tu nawet... wtedy, gdym poznawszy się z tobą, przysiągł ci wierne uczucie do śmierci i opiekę... A czyż jej nie potrzebowałaś? Majątek, jaki miałaś, spadł ci z łaski tego starego rozpustnika... twoi równi pogardzali tobą, byłaś sama, bez ukształcenia, bez możności poruszania się w świecie, mimo odziedziczonych kroci... Pod moim dozorem uczyłaś się, wyrobiłaś, zrównałaś z wielkimi paniami, w których towarzystwie tak lubisz przestawać, i jeszcze posądzasz mnie o interes... taka niewdzięczność...

– Tylko bez scen, proszę cię i bez deklamacji!

– Nie wywołuj ich – nie drażnij mnie, którego znasz z cierpliwości bez granic, z poddania się pod twoją tyranią, z uległości dla ciebie, równającej się podłości...

– Dlaczegóż popełniasz ją dobrowolnie? Wszak nie pierwszy raz radziłam ci rozłączenie.

– Rozłączenie?! – wściekły, zmieniony, nie ten sam, przyskoczył do niej, porwał jej rękę zgniótłszy ją prawie – chcesz powiedzieć ustąpienie miejsca drugiemu?

– A gdyby i tak? – rzekła zimno, powstając i otrzepując pyłki pudru z sukni.

Pobladł cały, wargi trząść mu się zaczęły, pięść zacisnął.

– Gdyby tak? – zabiłbym cię! – Nic a nic nie lękam się pogróżek.

– Lękaj się – krzyknął ochrypły, chwytając ją za obie ręce.

– Proszę mi rąk nie ściskać i nie awanturować się, bo przywołam świadków – rzekła stanowczym głosem, błysnąwszy ponuro iskrzącymi oczyma. – Nie zapominaj także, że jestem u siebie w swoim domu – dodała z przyciskiem.

Mąż puścił jej ręce, i upadł na kozetę zmęczony, na razie nie mogący przemówić słowa. Nareszcie po chwili przykrego milczenia, przemógłszy wzruszenie – rzekł z wolna, na pozór spokojnie:

– Uniosłem się, przepraszam.

– Słyszę zawsze te przeprosiny po niewczasie.

– Bóg mi świadkiem, żem nie był nigdy taki, że pókim ciebie nie poznał, nie wiedziałem co gniew, co krzywdzące słowo rzucone kobiecie... Tyś roznieciła we mnie wszystkie najgorsze namiętności, ty budzisz we mnie dzikiego zwierza, którego się sam lękam... mówmy spokojnie... Zatem chciałaś pani bywać w sąsiedztwach?

Kobieta nic nie odpowiedziała.

– Proszę rzeczy brać, jak prosty interes spółki między nami. Chcesz bywać w sąsiedztwach, wszak tak?

– Tak.

– Może podasz mi sposób, w jaki by się to wykonać dało?

– Bardzo prosty. Siądziemy do karety i pojedziemy. Nowo przybyli oddają zwykle pierwsi wizyty sąsiedztwu.

– Lecz jeżeli nas nie przyjmą?

– A, to już rzecz barona von Regensborg, do niego należą sprawy honoru.

– Czyli radzisz mi strzelać się znowu? Prawda, zapomniałem, że moje jedno łamię przestrzelone w podobnej sprawie, jeszcze ci nie wystarcza. Zgoda i na to – ale przypuśćmy, że zabiję jednego, dwóch, czterech, postrzelę pięciu lub dziesięciu, czy sądzisz, że dwudziesty otworzy wrota przed nami?

– Bierzesz całą tę rzecz zbyt melodramatycznie. Dziwna, że człowiek twojej rasy tak praktycznej ilekroć zetknąć się ma z ludźmi wyższego świata, zapatruje się najfałszywiej. Jakkolwiek obawiasz się – przepraszam – przewidujesz pojedynki, ja jednak pewną jestem, że do nich nie przyjdzie...

– Skądże ta pewność?

– Ze znajomości świata. Bo dlaczegóż by są siedzi nie mieli mnie przyjąć? Jesteśmy bogaci nikogo nie potrzebujemy, prędzej nas potrzebować mogą.

– Lecz ciebie tu znają?

– Mnie osobiście, wątpię – mogli coś słyszeć o mnie dawniej, przed laty, ale to dzieje stare, zapomniane, na czole nie mam napisanego kim byłam zresztą jak sam mówiłeś, zmieniłam się pod twoim nadzorem – a wszakże dziś jestem żoną barona von Regensborg – dokończyła z niewymowną ironią. – Baron mieszał się i niecierpliwił coraz bardziej, a unikając jej wzroku – rzekł niepewnym głosem:

– Dobrze więc, przypuśćmy, że wszystko pójdzie gładko – od kogóż tu zacząć?

– Myślałam już o tym.

– Już? – spytał mocno zdziwiony – lecz skądże znasz tak dobrze wszystkich?

– Trochę z dawnych czasów, a dużo z opowiadań hrabiego Telesfora, który jak wiesz, był moim nieodstępnym towarzyszem. Nudził mnie co prawda i wprowadzał cię w zazdrość, ale mnie, nie wiedząc o tym, służył za doskonałego przewodnika po tych tu okolicach. Szczególna rzecz, jak wy panowie umiecie śpiewać dla popisania się dowcipem przed kobietą, która się wam podoba.

– Zatem umiałaś spożytkować t tę miłą znajomość?

– Nie inaczej, i dlatego może cię zdołam wybawić z kłopotu.

– Proszę, proszę do rzeczy – przerwał baron, przycinając zęby. – Zaczniemy od kogo?

– Od księżnej Jerzowej – odrzekła baronowa, wkładając brylantowe pierścienie na palce.

Baron zerwał się z miejsca i stanął, patrząc na nią osłupiałym wzrokiem.

– Księżnej Jerzowej? Pierwszej magnatki w całym kraju, u której próg przestąpić, znaczy tyle, co być pasowanym na rycerza?

– Wszak pan nim jesteś podobno?

– Księżnej? Tego wzoru etykiety, tej matrony, tej wyroczni w rzeczach etykiety i konwenansu? Żono... wymagasz rzeczy niepodobnych.

– Dlaczego?

– Odpowiem krótko: księżna przyjmuje osób bardzo mało i tylko te, które zna doskonale z rodu, parenteli i nazwiska. Dlaczego? Zmuszasz mnie do przypominania ci rzeczy przykrych? Dlaczego, chcąc wreszcie spełnić swój kaprys, uniemożliwiasz go pierwszym zaraz warunkiem?

– Dlatego, że po pierwszej wizycie u księżnej, otworzą nam wszystkie drzwi na oścież.

– Ależ to niepodobna! Ja znam kraj ten dobrze, chociaż tu jestem cudzoziemcem... znam tych ludzi, znam księżnę. Powiem ci więcej, syn jej książę Adam...

– Podobno wcale przystojny młodzieniec?

– Jest mi bardzo potrzebny, bardzo, od lat dwóch tańczę koło niego, nacieram ze wszystkich stron, chcąc go skłonić do wejścia ze mną i bankierem Wileckim w spółkę i założenia „Forstbanku” nadaremnie! Książę, ślepo spełniający wolę matki, oświadczył mi wręcz, że w żadne spekulacje nie wdaje się nigdy, że ma dosyć pracy w rozległych swoich dobrach, ażeby chcieć konkurować z polującymi na miliony. I nie tylko, że się na to nie zgodził, ale mnie zawsze przyjmował z taką niewypowiedzianie chłodną grzecznością, żem się czuł najszczęśliwszy wtedy, gdy już byłem za progiem jego domu. Byłem u niego mało pięćdziesiąt razy, a raz tylko widziałem jego matkę, która mi zaraz na wstępie wyraziła dyplomatycznie ale stanowczo, wstręt do ludzi trudniących się spekulacjami, zwłaszcza takich, którzy mają w herbie koronę. I tobie zdaje się, że nas tam przyjmować będą jak mile widzianych gości, jak sąsiadów?

– Tak myślę.

– Żono, Mario, poradź się głosu rozsądku, którym się tak odznaczasz, wybierzmy raczej dom Modlickich...

– Szlachetków?

– Dom bardzo poważany, gdzie się zjeżdża kwiat obywatelstwa, a niech ci się nie zdaje, że łatwy do zabierania znajomości. Gdybyś mnie usłuchać chciała, zaczęlibyśmy wreszcie od baronowej Runickiej...

– Córki piwowara?

– U niej bywają wszyscy, albo, ot! Znalazłem doskonale, jedźmy do barona Farmera...

– Przechrzty? – przerwała znowu sucho małżonka, zaczynając się przechadzać po buduarze.

– Jesteś bardzo wybredną, moja żono. Przechrzta nie przechrzta, dość, że w domu jego i jego siostry, panny bardzo dystyngowanej, bywają wszyscy, zacząwszy od księcia Adama...

– Bywa książę Adam? Czy ta siostra ładna? Małżonek popatrzał na nią zniecierpliwiony.

– Dajże mi skończyć... Otóż w domu ich gościnnym, porobimy znajomości ze wszystkimi, jeżeli już tak chcesz koniecznie.

– Nie mój mężu zaczniemy od domu księstwa koniecznie, jest to myśl, od której nie odstąpię.

– Ależ kobieto, na Boga, jakimże chcesz cudem?

– Nie wiem jeszcze, ale tak chcę; a ty wiesz, że gdy czego chcę...

– Wiem, wiem niestety! Proszę cię jednak, ponieważ tworzymy spółkę, pilnującą wzajemnych interesów, nie skompromituj mnie jakimś krokiem ekscentrycznym, gdyż powaliłoby mnie to o ziemię w chwili, w której w tym kraju najbardziej mira potrzebuję.

Kobieta rozśmiała się pogardliwie i rzekła:

– Bądź spokojny, zdaje mi się nawet, że prędzej ci pomogę, aniżeli zaszkodzę.

– Ciekawym jak? – zawołał rozdrażniony.

– Czas to pokaże, a teraz jadę na spacer, przejechać się po mojej poczciwej wioszczynie. Podaj mi kapelusz.

– Mario, gniewasz się jeszcze na mnie? – spytał baron, całując jej rękę.

– Nie, ale wierz mi, pozbądź się tych manier uczuciowo-teatralnych, które mnie śmieszą więcej, niż ci wyrazić mogę.

Małżonek westchnął z głębi piersi, a żona biorąc z rąk jego kapelusik panama z ogromnym rondem, zaczęła nucić piosenkę z taką swobodą, jak gdyby ten, co stał przy niej i wzdychał, nie był dla niej niczym, nawet... mężem.


ROZDZIAŁ III

Rozhukane rumaki w przymierzu z piękną kobietą

Kiedy pani Regensborg zeszła ze schodów, ażeby wsiąść do kabrioletu, dwóch mężczyzn stojących przed domem, skłoniło się przed nią nisko, a jeden podnosząc głowę, spojrzał na towarzysza z ogromnym zdziwieniem, szepnąwszy:

– Coś mi się ochapia... to chyba ta Mikołaja...

– Śni się wam, czy co... ot coście sobie głowy nabili... lepiej ano myśleć, co dalej z nami będzie.

– Ha, cóż ma być? Pójdziemy do barona Farmera, jak ten nas nie przyjmie, to trzeba będzie iść za komorników do chłopa.

– Go? Ja szlachcic! Wolałbym tłuc kamienie.

– Mój bracie, szlachcic nie szlachcic, dziś tylko jest goły lub bogaty, a kto goły, ten idzie na dno.

I dwaj oficjaliści, z którymi poznaliśmy się na początku, odeszli smutni, bo przed chwilą nie mogąc się zgodzić na warunki, wymówili służbę, w której dotychczas mieli dostatni kawał chleba.

A tymczasem piękna pani podniesiona z lekka przez wyprostowanego kamerdynera, wskoczyła do powozu, i kazała stangretowi jechać przez pobliską aleję do sąsiedniej wsi należącej niegdyś, jako centrum dóbr do księcia Michała, a dziś będącej w posiadaniu spadkobiercy jego i synowca, księcia Adama.

Stangret, nasz Bartek, zaniepokojony i tak już liberią i upartymi końmi, usłyszawszy rozkaz wymówiony czystą polszczyzną, niezmiernie się zdumiał, nie mogąc w głowie swej wykombinować, jakim sposobem „pani zza morza”, żona Niemca, rozmawia „ludzkim” językiem.

Zdumienie jego nie miało granic, gdy ujechawszy kilka stajań, jęła się piękna pani rozpytywać o rozmaite szczegóły, o to np. kto rządzi w dobrach księcia Adama, czy książę sam często tu przyjeżdża, czy liczną trzyma służbę, czyim kosztem buduje się kościołek, którego ściany widne były z daleka.

Zrazu zapomniał języka w gębie i bełkotał trzy po trzy, ale piękna pani tak jakoś umiała przemawiać, że nie tylko się ośmielił i rozgadał, ale nawet kilka razy usiłował się obejrzeć i w twarz jej popatrzeć, lecz mu zawsze przeszkadzał sztywny kołnierz liberyjny i kapelusz wysoki, zlatujący mu raz na nos, drugi raz na tył głowy.

Nie upłynęło pół godziny, gdy dojechali do ogromnej topolowej alei, wiodącej niegdyś prosto, jak strzelił, przed pałac książęcy. Na samym końcu alei, dwie prowadziły drogi, jedna przez wieś, druga bokiem w pole.

Bartek zapytał się, w którą stronę ma jechać.

Piękna pani odrzuciwszy woalkę, tak że widzieć można było dokładnie twarz jej całą, kazała wolnym truchtem jechać przez wieś.

Zaledwie ujechali kilkadziesiąt kroków, gdy z chałup powychodziły wieśniaczki i dzieci, które zastępując drogę, przypatrywały się ciekawie i natrętnie rosłym rumakom, błyszczącemu kabrioletowi i strojnej a urodnej pani.

Bartek intuicją przeczuwszy nowe swoje powołanie, chciał kilku natrętniejszym dzieciakom batem napędzić respektu, pani jednak nie tylko go powstrzymała, ale nadto nie pozwoliła mu niecierpliwie rwących się koni, rozpuścić w kłusa. Sama zaś rozglądała się pilnie i bacznie po twarzach poczciwych bab, jak gdyby którą z nich pragnęła sobie przypomnieć.

Przed kuźnią stają liczna gromadka parobków, fornali, gospodarzy, a między nimi rej wodził kowal Grzegorz, starzec 70-letni, poważany w całej wsi, i słuchany w trudnych okolicznościach, jak wyrocznia. Właśnie kując kopyto wychudłej szkapie arendarza, mruczał niecierpliwie, litując się nad jej wiekiem i licznymi dolegliwościami, na co się zgadzali wszyscy otaczający, prócz arendarza, który dowodził że szkapa ma tylko „myszki”. ale zresztą silna i zdrowa, gdy nadjeżdżający kabriolet zwrócił ogólną uwagę.

Chłopi pozdejmowali czapki, arendarz uśmiechnięty przyskoczył żywo, chcąc udzielić różnych informacji, o które się go nie pytano, i nawet stary Grzegorz, nie przerywając sobie roboty, zerknął spode łba. Spodobała mu się piękna pani, uchylił zasmolonego kaszkietu, i popatrzał badawczo na podkucie nieklemburgów.

Piękna pani uśmiechnęła się do niego bardzo mile, i rzekła:

– Przyślemy tu niedługo do was!

– Proszę jasnej pani! Odrobię jak należy.

– W tym wieku moglibyście sobie już odpocząć.

– Ha, kiedy proszę jasnej pani – odrzekł, zbliżając się do kabrioletu – człowiek ma jeszcze zdrowie, a wnuków czworo na karku.

– A nie mogą to wam dopomóc?

– Drobizna to jeszcze, proszę jasnej pani, dziewucha najstarsza skończyła łońskiego roku czternaście zaledwie. Ot i nie wiem, co z nią robić, dworu teraz nie ma.

– A w sąsiedztwie?

– Hej, kiedy nie znam nikogo, sami ta nowi państwo, to się człek i boi.

– Przyślijcie ją do mnie, może ją zatrzymam.

– Tu, do Gniewkowic? Domyśliłem się zaraz.

– Tak jest, do mnie.

– Bóg zapłać jasnej pani! – zawołał z radością i schylił się, ażeby ucałować małą rączkę, podaną mu w rękawiczce.

– Jedź dalej! – rzekła pani i kabriolet ruszył ścigany długo jeszcze oczyma ciekawej gromadki.

– Nie poznał mnie! – szepnęła sama do siebie piękna pani, przechylając się wygodnie na poduszki.

– A teraz zawracaj przez pola do domu.

– Może jaśnie pani każe przed pałac?

– Nie trzeba – odparła ostro pani, roześmiawszy się dziwnie.

Bartek zawrócił w aleję, a wnet skręcił boczną drogą w pole.

Piękna pani spuściwszy woalkę i zasłoniwszy się starannie parasolką, którą teraz dopiero rozpięła, zdawała się tonąć w marzeniach.

Nagle ocknąwszy się, ujrzała przed sobą w odległości tysiąca kroków jakiś powóz, pędzący szybko tą samą drogą.

– Kto tam jedzie? – spytała niedbale Bartka, rozochoconego i ośmielonego niezwykle.

Bartek wzrok wytężył, pokiwał głową i rzekł:

– A to pewnie ten pan baron z Grzymałowa.

– Ale tam siedzi kilku panów?

– A juści, o rety! Adyć to sam książę pon!

Kobieta z lekka drgnęła.

– Jedź prędzej i miń ten powóz. Bartkowi w to graj.

Wstrzymywać musiał ciągle niecierpliwe, bo od much oganiające się rumaki, i nie mógł pofolgować swojej ku nim niechęci, zmuszony będąc bat, jako niepotrzebne narzędzie, zatknąć u kozła; teraz więc posłyszawszy rozkaz, smagnął raźno biczem po grzbietach meklemburgów i dawnym swym zwyczajem krzyknął: „Wio!”

Zniecierpliwione a nadzwyczaj silne meklemburgi, dostawszy napomnienie, do którego ich za młodu nie przyzwyczajono, zerwały się z miejsca z takim impetem, że w pierwszej chwili Bartek o mało nie zleciał z kozła.

Pędziły, nie czując prawie leciutkiego powozu; pędziły tym szalonym pędem ogromnych koni, które tym są niebezpieczniejsze, im rzadziej pozwalają sobie na taki wybryk.

Bartek przerażony, dobywając ostatka sił, ściągnął lejce ku sobie, znać było jednak, że niedługo w tej walce wytrzyma. Dopóki wreszcie droga była równa i wiodła wprost przed siebie, nie było obawy, chyba iżby który z lejców pękł lub koło się złamało, ale gdy teraz za kilka sekund trzeba będzie koniecznie w bok skręcić, ażeby nie wpaść w dół głęboki, niebezpieczeństwo stawało się coraz groźniejszym.

Powóz, pędzący przodem, skręcił właśnie na boczną drożynę.

Piękna pani stojąc w kabriolecie, mierzyła dosyć spokojnie przestrzeń oddzielającą ją od zakrętu, dopiero spostrzegłszy ów powóz, znikający w gęstym tumanie kurzu, krzyknęła przerażona. W samą porę, bo jeszcze kilkadziesiąt kroków, a kabriolet rozbić się musiał w kawałki; lecz już ów krzyk posłyszeli mężczyźni, jadący przodem.

Natychmiast wszyscy trzej wyskoczyli z powozu, i nie rozglądając się bliżej, biegli naprzeciw.

Pierwszy z nich, który uprzedził towarzyszy, jednym rzutem oka oceniwszy niebezpieczeństwo, uczepił się z boku uzdy naręcznego rumaka, i tak całym ciężarem swego ciała, choć go rozhukane konie kilka jeszcze kroków za sobą poniosły, kabriolet zatrzymał.

Kobieta w tej chwili wyskoczyła w same prawie objęcia dwóch drugich mężczyzn, którzy teraz właśnie nadbiegli.

Zarumieniona, wzruszona, nie witając się z nimi, zbliżyła się do swego wybawiciela, który stał zbladły ze zmęczenia, obwiązując sobie chusteczką skaleczoną rękę.

Wybawicielem był młody człowiek lat dwudziestu czterech, wysoki, smukły, ale mimo to silnie zbudowany, białego jak mleko lica, wielkich ciemnoniebieskich oczu, długich blond włosów. Rysy regularne i szlachetne tworzyłyby całość zniewieściałą, gdyby nie ściągnięcie ust wąsko skrojonych, nadające fizjonomii wyraz smutny i poważny. Gdy jednak uśmiech roztwierał te maleńkie, kobiece prawie usta, wtedy twarz cała jaśniała blaskiem niezwykłej urody, urokiem porywającej sympatii, której trudno się było oprzeć.

W tej chwili wzruszenie a może i ból, powlekły chmurą czoło młodzieńca, lecz gdy piękna kobieta stanęła przy nim, wyciągając doń obie swe raczki i mierząc go głębokim, na wskroś przenikającym spojrzeniem swych oczu koloru morza, mimo woli zadrżał, przeszyty dreszczem tajemniczej rozkoszy, i nagle cucąc się z pierwszego wrażenia, uścisnął podane sobie rączki, rzekłszy z ładnym swym uśmiechem:

– Zapewne się pani bardzo przelękła!

– Bardzo, zwłaszcza gdy widziałam, na co się pan naraża.

– Jestem gimnastykiem z amatorstwa, było to więc dla mnie bagatelką.

– A jednak ta skaleczona ręka? Proszę mi ją pokazać.

Młodzieniec się wzdragał.

– Rana z mojej przyczyny – nalegała – mam więc prawo, dać jej pierwsze opatrzenie.

Wzięła w swe delikatne, elektryczne paluszki, zgrabną, lubo muskularnie związaną rękę młodzieńca, i podniosła z lekka chusteczkę.

– Oh! Cała zakrwawiona! – zawołała miękkim głosem i lotem błyskawicy, wprzód nim młody człowiek mógł się obronić, obwinęła ranę własną koronkową chusteczką.

Młodzieniec, jakby pod wpływem marzenia, przymknął oczy, czekając spokojnie na obwiązanie, którego dopełniła ze zgrabnością nieporównaną i pieszczotliwą. Po czym odwracając się ku dwom drugim mężczyznom, którzy z nadzwyczajnym zajęciem przypatrywali się tej scenie, trwającej kilka zaledwie minut, rzekła, wdzięcznie pochylając główkę:

– I panom serdeczna moja należy się podzięka, ale przebaczcie, towarzyszowi winnam ją przede wszystkim. Spotkanie nasze bardzo dziwne, nie darowałabym sobie wszakże nigdy, gdyby mąż mój nie miał szczęścia podziękować panom osobiście...

– Do nas należało przede wszystkim – odezwał się jeden ze stojących tuż przy kabriolecie, wysoki, brunet z głową charakterystycznie wybitną wyrazem nadzwyczajnej męskiej energii – przedstawić się szanownej pani, lecz w tym popłochu nie pomyślał nikt z nas o tym... Zatem zacznę od naszego zranionego towarzysza... książę Adam...

– A ja – zawołał wesoło książę, przybiegając szybko – przedstawiam pani mego przyjaciela, który mnie właśnie na swym wózku wiezie, barona Farmera.

– W takim razie jesteśmy najbliższymi sąsiadami – zawołała z udanym zdziwieniem piękna pani.

– Czyżby pani mieszkała w Gniewkowicach?

– Nie inaczej, jestem żoną barona von Regensborg?

Na te słowa książę Adam zasępił się tak widocznie, że go aż najbliżej stojący towarzysz z lekka trącił ramieniem, odwracając zarazem uwagę w inną stronę tymi słowy:

– Skoro moi przyjaciele o mnie zapominają, mam honor sam zaprezentować się pani. Jestem Brodecki.

– Miałam przyjemność słyszeć już o panu i to nie raz.

– O mnie? – pytał zdziwiony.

– Od hrabiego Telesfora, mojego stałego domownika.

– A! Przypominam sobie również... jakże mi miło!

– Biorę więc śmiało inicjatywę i zapraszam panów do siebie w najbliższym czasie, skoro tylko wypoczniecie po dzisiejszym wypadku.

– Do nas samych należałby i tak ten przyjemny obowiązek – wtrącił baron Farmer.

– Czy książę zechcesz pamiętać? – spytała kobieta, nie odwracając oczu swych od młodzieńca, który nagle przycichnąwszy, stał niemy ze spuszczoną głową.

– Niezawodnie! – odrzekł machinalnie, i patrzał już obojętnie, jak dwaj jego towarzysze pomagali wsiąść pięknej pani do kabrioletu.

– Jedź! – zawołała pani von Regensborg, roztwierając na nowo parasolkę.

Bartek zdawał się nie słyszeć rozkazu, bo siedząc z gołą głową, ciągle się oglądał to po za siebie, to na spienione rumaki, którym już teraz nic a nic nie dowierzał.

– Potłukłeś się biedaku? – spytał go ze śmiechem hrabia Brodecki.

– Nic ta już o basarunek, ino mi się gdzieś kapelus zapodzioł!

Fizjonomią poturbowanego Bartka tak była pocieszną, że się wszyscy, nawet książę Adam jednym zaśmiali chórem.

– Ot masz go! – zawołał nagle baron Farmer i schyliwszy się ku ziemi, podniósł jakąś masę niekształtną.

Bartek rozdziawił gębę, nie mogąc się pogodzić z myślą, że to miał być jego nowiuteńki kapelusz, ale rozkaz pani powtórzony sucho, zmusił go do pociągnięcia za lejce już bez użycia bata i do ruszenia z miejsca.

– Oczekuję z pewnością! – zawołała raz jeszcze piękna pani, a wszyscy trzej skłonili się uśmiechnięci i potakujący.

– Rasowa kobieta! – odezwał się pierwszy hrabia Brodecki.

– Bardzo piękna! – rzekł baron Farmer – ale wolałbym się strzelać z Władkiem, co znaczy, że wolałbym się narazić na śmierć pewną, aniżeli się w niej zakochać.

– Dlaczego? – spytał go wprost książę Adam, patrząc nań badawczo.

– Bo ma oczy... zielone – odparł baron krótko i prawie gniewnie.

– Cóż kolor oczu znaczy?

– Co? Chcecie, to wam po obiedzie opowiem jeden epizod z mój pierwszej młodości.

– Zgoda, opowiesz go nam przy czarnej kawie, a ja wam opowiem, co mi o niej mówił Telesfor, który był w niej czas jakiś zakochany bez opamiętania.

– A był wzajem kochany? – pytał książę Adam z przymuszonym uśmiechem.

– Tego mi przecie nie mówił, mój Adasiu – odrzekł z domyślnym uśmiechem Brodecki.

I wszyscy trzej wsiadłszy do powozu, pojechali, głośno rozmawiając, do dworu Grzymałowskiego, w którym mieszkał baron Farmer ze swą rodzoną siostrą.

Tymczasem pani Regensborg przybywszy do domu, przebiegła szybko kilka salonów prowadzących do pokoju męża. Stanąwszy nad pochylonym przy pisaniu, uderzyła go z lekka po ramieniu parasolką, mówiąc:

– Postarajże się przyjąć, jak należy naszych sąsiadów: barona Farmera, księcia Adama i hrabiego Brodeckiego, którzy tu zapewne w tych dniach przyjadą.

Piszącemu pióro wypadło z ręki, z najwyższym osłupieniem popatrzył na żonę i szepnął raczej, niż wymówił:

– Żartujesz chyba?

– W rzeczach ważnych nigdy nie żartuję.

– A to jak?

Lecz już piękna pani, nie odpowiadając na zapytanie, uleciała lekka, jak motyl do głównego salonu, w którym krzyżujące się ogromne zwierciadła, odbiły uroczo smukłą jej postać.

W ważnych momentach swego życia, lubiła baronowa na wzór znakomitych aktorek, przeglądać się w zwierciadle. Przekonała się, że w ten tylko sposób nabiera się wprawy w mimice, tak nieraz do wyrażania rozmaitych uczuć i wrażeń niezbędnej.

Spojrzała więc badawczo i teraz.

Zraziła ją cokolwiek niedyskrecja zbyt wyraźnego uśmiechu tryumfu, ale byłaby niesprawiedliwą względem siebie, gdyby jej nie zadowoliły lica lekko zarumienione i blask szmaragdowych oczu.


ROZDZIAŁ IV

Baron Farmer

Trzej młodzi ludzie, pomiędzy którymi górował wiekiem i powagą baron Farmer, stanęli niedługo przed niewielkim pałacykiem, zbudowanym w stylu mieszanym. Renaissence i nowoczesnym, ale tak lekko i ponętnie, że oko z przyjemnością rozglądało się po pięknie rzeźbionym frontonie, bogactwie gzymsów, na których szczycie zawisła maleńka kopuła, stanowiąca obserwatorium miłującego się w astronomii barona. Fantazja, która podyktowała budowę, choć się opierała przeważnie na wzorach pięknych XV i XVI wieku, była jednak samodzielną, rządzącą się własnym smakiem.

Rzeczywiście baron, powróciwszy z długiej zagranicznej wędrówki, sam narysował plany, i według tychże budował pospołu z wybranym skrupulatnie architektem. Ze starego bowiem modrzewiowego domu, który przedtem stał na tym miejscu, i śladu nie zostało, lubo zrazu chciał go baron podtrzymać i na dom gościnny obrócić, ale ściany były już zbyt przegniłe, a o drzewo modrzewiowe nie było w okolicy łatwo.

Wysiadających przyjął kamerdyner siwy, czarno bez żadnych oznak liberyjnych ubrany i wprowadził do jadalni, która była salonem jasnym, szerokim, z ogromnym a l’antique urządzonym kominem, z takimże dębowym stołem na środku.

Z pomiędzy wszystkich mebli dębowych, odznaczał się przed innymi ogromny kredens, istne cacko starożytne, które się udało baronowi odkupić za grube pieniądze. Wierzch cały kredensu miał rzeźbę arcymisterną rozmaitych zwierząt czworonożnych i ptaków, okalających tłumnie Orfeusza grającego na lirze.

Znać było obok komfortu, gust prawdziwie estetyczny w urządzeniu pałacyku. Nigdzie przeładowania, owej ostentacji na pokaz, ani owych sprzętów rzadkich i kosztownych, które dorobkiewicze ustawiają w najwidoczniejszych miejscach. Baron skupował rzadkie przedmioty, ale tylko wtedy, gdy były istotnie piękne, i ustawiał je nie dla popisania się niemi, ale dla przyjemności swego oka.

Służby nie było wiele, każdy jednak miał ściśle oznaczony zakres, w którym pełnił cicho i skrupulatnie swój obowiązek. Łatwo się było domyśleć po sprawności i ubraniu lokajów, że panem ich człowiek rozumny i nic a nic nie podległy próżności. Usługiwali spokojnie, gładko i z formami takiego uszanowania, jak gdyby przebyli umyślną szkołę, uczącą obejścia się sług względem panów.

Hrabia Brodecki i książę Adam zdawali się być jakby u siebie; z wszelką swobodą usadowiwszy się w wygodnych fotelach, zabrali się żwawo do zastawionego już śniadania „a l’anglaise”. Baron przeglądając podaną sobie korespondencja, rzucał od czasu do czasu słówkiem jakiem charakterystycznym, które towarzyszy pobudzało do serdecznego śmiechu. Nareszcie odłożywszy papiery, rzekł z uśmiechem, ukazującym rząd białych i równych zębów, ocienionych bujnym czarnym, jak heban wąsem.

– Cóż powiecie moi drodzy, że ja niedługo wejdę w drogę Niemcom i moim eks-wyznawcom?

– Mikciu – zawołał Brodecki – odzwyczaj się od ciągłego przypominania swojej przeszłości, która by nigdy nikomu i na myśl nie przyszła.

– Władek ma rację – odezwał się książę Adam – mama nawet moja nieraz mówiąc o tobie, dodaje zawsze: brzydki ten baron popisuje się tym że z żydów pochodzi, co jest wierutną bajką.

– Cóż by mi pomogło – mówił baron, wyciągając się wygodnie w krześle – gdybym chciał zapomnieć o tym, alboż mi tego nie przypomną moi sąsiedzi i nie sąsiedzi? Wy tylko dlatego, żeście moi przyjaciele, i dlatego żeście wychowani inaczej, zapominacie czasem o tym kalectwie... ale ziomkowie moi nie zapominają o nim nigdy. Gdybym co złego popełnił, mówiliby o mnie: cóż dziwnego, czegóż się innego spodziewać można po tym... z żydów – gdyby mi się udało spełnić czyn wielki lub ważny, powiedzieliby: – No, kto by się tego był spodziewał po nim... co przecie z żydów! A że pozostaję w granicach neutralnych, że staram się nie czynić źle, i żyję ze wszystkimi w zgodzie, więc mówią: „Nie najgorszy to człowiek ten Farmer, tylko szkoda, że pochodzi z żydów”. Tak moi drodzy, ni wóz, ni przewóz.

– Przesadzasz Mikołaju – przerwał z żywym rumieńcem książę – dziś zacierają się u nas coraz bardziej przesądy, a wreszcie o tobie każdy wyraża się z szacunkiem.

– Nie mój Adamie, przesądy nie zatarły się u nas nic a nic, a i za granicą niewiele więcej, opowiem wam o tym trochę, wszak wam obiecałem epizod o zielonych oczach, a jedno wiąże się z drugim, ale wracając do tego, com mówił, powtarzam, że wchodzę w drogę żydom i Niemcom.

– A to jak?

– No, jak wam wiadomo, majątek Boguckich zagrabiony, czyli wzięty w dzierżawę przez Arona na lat 10, odkupiłem w ten sposób, że przejrzawszy ściśle rachunki, zagroziłem staremu lichwiarzowi procesem cywilnym i kryminalnym, jeżeli nie skróci terminu dzierżawy o lat 6. Majątek oczyszczę, zrobię na nim doskonały interes, bo co do tego, trzymam się tradycji mego ojca, że gdy można, zarabiać trzeba, a dopiero oczyszczoną fortunę, oddam tym biedakom.

– Musiałeś nam popsuć uznanie tego szlachetnego czynu wspomnieniem o interesie – zawołał książę Adam, całując go w czoło.

– Nie róbcież zemnie anioła, bo dalibóg mam namiętności tyle co dobrze wychowany diabeł. Ale wiecie, że Aron włóczył się u nóg moich, odwoływał się do znajomości z moim ojcem, nic nie pomogło, byłem nieubłagany!

Lecz cóż to pomoże, w naszej okolicy najpiękniejsze majątki oddaje szlachta Szmulom i Aronom, a potem na odręczne wekselki sprzedaje las po kawałku, a potem lichwa rośnie, dzierżawa się przedłuża, dziedzic z dworu usuwa się do oficyny, aż z oficyny wylatuje już prosto na bruk.

Gdyby choć ci moi eks-wyznawcy chcieli porządnie gospodarować, ale oni rolę uważają za kopalnię złota; póty kopią, póki złoto daje się wygrzebywać bez trudu i prędko, prędko przede wszystkim; cóż więc dziwnego, że gdy nawet wychodzą z dzierżawy, pozostawiają za sobą grunta opuszczone, budynki zrujnowane, i całe gospodarstwo w takim stanie, jak po najściu Tatarów.

Prawdziwa w tym ironia, że gdy nasze dzienniki piszą, iż żyd niezdatny do roli, szlachcic tymczasem sadza go na obszernych swych włościach, z prawem rządzenia się jak szarej gęsi...

– Ha cóż robić! – westchnął hrabia Brodecki – kiedy inaczej być nie może. Alboż się stało inaczej z moim majątkiem! Po śmierci ojca, matka nie mogąc sobie dać rady z długami i gospodarstwem, wypuściła wsie żydowi w administracją, z warunkiem spłacania długów. Żyd długów nie spłacił i z majątki; zrobił taką ruderę, że trzeba go było sprzedać za bezcen. A inaczej być nie może, skoro gdy u nas szlachcic bez gotówki, nie ma nigdzie instytucji, przychodzących na możliwych warunkach z pomocą, musi po staremu „iść do żyda, skoro bieda”.

– Otóż widzicie moi drodzy, w tym złe, że my nie mamy takiej instytucji, że się na nią my bogatsi zdobyć nie możemy, wtedy gdy nam nigdy nie brak gotówki na spekulacje giełdowe i chimeryczne przedsiębiorstwa kolejowe. Uwierzmy tylko w skuteczność takich instytucji, a żydzi przestaną korzystać z naszej lekkomyślności, a co lepsza, Niemcy przestaną wyzyskiwać naszą głupotę. Teraz właśnie na to najsposobniejsza pora, skoro nawet Niemcy powariowali z tą grą giełdową, i odstępują od pewnego żeby się ryzykować na niepewne. Ot, popatrzcie na list Steina proszący mnie, żebym przyjechał obejrzeć jego majątek, którego się pozbyć pragnie.

– Ten śliczny majątek po Lechickim? – spytał żywo książę – ja bym go kupił.

– Możesz, odstąpię. Chcesz, to jutro pojedziemy tam razem, obejrzeć.

– Jutro – zająknął się książę – trzeba być u Regensborgów.

– A! – popatrzył na niego bystro baron, i zachmurzył się przez chwilę, ale rozjaśniwszy lice rzekł: – No, zjemy niedługo obiad, przy czarnej kawie opowiem wam nauczającą przygodę, a po obiedzie przejedziemy się, jeśli pozwolicie, z siostrą do lasku, wszak Adasiu tyś wolny?

– Najzupełniej. Mówiłem matce, że wrócę dopiero późnym wieczorem, zresztą wszak spełniłem swój obowiązek, przejechałem wszystkie folwarki i przejrzałem rachunki.

– To nie dosyć, mój Adasiu – rzekł baron – powinieneś przede wszystkim poznać swych oficjalistów, czy się na nich spuścić można, bywać na sesjach, trutynować rachunki, sprawdzać na polu i w stodołach, w trudnych razach mnie się zaradzić, a dopiero wtedy możesz być pewny, że maszyna idzie regularnie. Przede wszystkim jednak oficjaliści muszą być przekonani, że się nie polenisz wejść do spichrza, stodoły, obory i stajni.

Ach gdybym ja miał moją wioszczynę nie nad Wisłą, ale tutaj – wykrzyknął, śmiejąc się Brodecki – jestem przekonany, żebym w niej urządził za radą Mikołaja, wzorowe gospodarstwo.

– A tam nie możesz? – odrzekł baron – nie chce ci się mój chłopcze, boś niezadowolony z małego, wierz mi.

– A któż zadowolony z małego?

– Z małego urosłoby większe, z większego wielkie. Nie dalej, jak Szeliga i pan Kwiryn, obaj z jednego folwarku dorobili się tylko na gospodarce, ogromnej fortuny. Ale żaden z nich nie wstydził się wozu naprawić własną ręką, w grubych butach chodzić po polu i pilnować, ziemię uprawiać racjonalnie a bez wielkiego od razu zamachu, i tak rok za rokiem zaokrąglali się przyzwoicie, aż wyszli na panów. Oh takich dorobkiewiczów, daj nam Boże najwięcej!

– Mikciu! Jak zaczniesz mówić, tak słowo daję – zawołał książę – że mnie wstyd za moje próżniactwo i niedołęstwo, i gotów bym się chwycić czego bądź, byle nie mieć tak niespracowanych i delikatnych rąk.

Byłem wprawdzie w akademii rolniczej, ale mimo – to na praktycznym wykonaniu znam się niewiele, a już co do pomysłowości agronomicznej, to stoję w tyle za wszystkimi.

– A to przecie rzecz tak łatwa, gdy się tylko ma do niej zamiłowanie i pewne przysposobienie – rzekł baron.

Ale w tej chwili kamerdyner stanął we drzwiach mówiąc:

– Pani prosi do salonu!

Z jadalni prowadzi! Mały pasażyk do dwóch salonów, oświetlonych od góry długimi wąskimi gotyckimi oknami, a przeznaczonych na galerią obrazów.

W galerii było ze sto obrazów oryginalnych, i kopii znakomitych lub arcyrzadkich malowideł. Kopie te wszakże były w swoim rodzaju arcydziełami, co zaś szczególniej uderzało, to porządek w ułożeniu obrazów. Obok szkoły florenckiej, neapolitańskiej i genueńskiej, weneckiej i bolońskiej, hiszpańska, niderlandzka i francuska – obok przepysznych kopij Tycjana, Corregia, Carlo-Dolce kilka oryginalnych, dla swej dawności nadzwyczaj rzadkich jak Baroccia, Fetie’go, Cittadiniego i innych; kilka tez obrazów nieznanych mistrzów, zastanawiały wspaniałością kompozycji, kolorytem i wykonaniem szczegółów jak: Wesele Bachusa i Ariadny. Bachus z tygrysem, Polifem, zabijający towarzysza Ulissesa. Dwa też autentyczne obrazy Rembrandta, jeden Rubensa, kilka Giordaniego, kilka rodzajowych obrazków Breugela ojca – i Teniersa, dopełniały umiejętnego wyboru, świadczącego o rzeczywistym znawstwie ich posiadacza.

W drugiej sali, tuż przy oknie, kilka niewielkich obrazków (krajobrazów i rodzajowych) polskich malarzy, których dzieła wtedy jeszcze nie mogły być zaliczone do „szkoły”, odbijały skromnie, ale wymownie od arcydzieł obcych, za które zwolennicy po tylu jeszcze wiekach, płacą sumy ogromne.

W tym wyszukiwaniu jednak utworów swojskich, na które inni bogacze patrzeli z pogardą, albo wcale nie patrzeli, ocenić można było troskliwość barona o wszystko, co powstało w kraju, którego był obywatelem. Ilekroć tez prowadził gości swoich przez galerią pozwalał im patrzeć milcząco na obce arcydzieła, ale dopiero przy tych kilku obrazkach ojczystego pędzla, zapalał się, podnosił zalety, ubolewał nad obojętnością ziomków w kwestiach najżywotniejszych bytu i w kwestiach niemniej choć pośrednio już żywotnych, jakimi są: sztuka i literatura.

Nieraz też mu się udało rozgrzać zamiłowanie u słuchających i wiarę, że i w kraju znalazłyby się talenty, gdyby się rozwijać mogły wśród zachęty ogólnej.

W tych jeszcze latach nie zasłynęli tak, jak dzisiaj Grotger, Matejko i inni, mający tak zwycięsko poprzeć słowa barona, które wówczas jeszcze jednym, wydawały się czczą deklamacją, drugim zaś przesadą, nie mającą żadnej rzeczywistej podstawy.

Nasi goście znali już nie od dzisiaj galerią, dlatego przeszli przez nią, nie zatrzymując się dłużej. Kiedy otworzyli drzwi salonu przytykającego tuż do galerii, salonu będącego właśnie gościnnym, przywitał ich z pod okna głos kobiecy donośny i czysty ale niezbyt sympatyczny, tymi słowy:

– Bardzo niegrzecznie pozwolić mi tak długo czekać na siebie.

Zaczęły się przywitania; ze strony księcia prawie chłodne, ze strony hrabiego Brodeckiego, dłuższe i zakrawające na serdeczny umizg.

Siostra barona, ona to bowiem była, panna Lola, ma lat dwadzieścia dwa, i jest bardzo przystojną szatynką, gdyby kto sądził z regularnych rysów twarzy, a nie z wyrazu, w tym bowiem wypadku dostrzec by musiał w jej bystrych i siwych oczach, blask piękny ale chłodny, a około jej ust nieznikający zimniejszy jeszcze i szyderczy uśmiech, który zdawał się z góry przestrzegać przed wszelkim wybuchem zapału lub cieplejszego słowa. Piękność jej lica i postaci, mogła zastanowić, zaimponować, ale nigdy pociągnąć do owego mimowolnego podziwu, jaki wznieca uroda prawdziwie szlachetna.

Była tak niepodobna do barona, że prawie trudno uwierzyć było, że to rodzony brat i siostra. Patrząc na męskie charakterystyczne rysy barona, na jego głębokie czarne oczy, na czoło szerokie i wypukłe, na uśmiech słodki i serdeczny, czułeś się doń pociągnięty ową dziwną, niewytłumaczoną fizjologicznie sympatią, którą bliższe z nim zapoznanie się, usprawiedliwiało najzupełniej; patrząc zaś na twarz panny Loli stygnąłeś, słowa zamierały ci na ustach, a rozsądek dyktował: ostrożnie! Obejście jej również, całkiem odmienne było od obejścia brata.

Baron zawsze swobodny, uprzejmy bez przesady, namiętny lecz porywający, szczery do tego stopnia, że każdy ruch jego odpowiadał myśli, wprzód nim ta wypowiedziała się słowem – budził zaufanie, prawie je wywołując. Baronówna przeciwnie, obejściem wyszukanie-salonowym, niezmiernie obmyślonym na efekt starała się złagodzić kostyczność wrodzoną, podsycaną jeszcze wykształceniem istotnie niepospolitym, oraz zapatrywaniem się na świat i społeczeństwo swego kraju.

Nie uprzedzając bowiem rozwoju wypadków, teraz już powiedzieć trzeba, że brat i siostra różnili się stanowczo nie tylko temperamentem i usposobieniem, ale i charakterem i pojmowaniem swoich obowiązków.

Bujna i wspaniała natura brata, drażniła siostrę i najmocniej gniewała; nie mogła znieść jego szczerości, otwarcie przypominającej obcoplemienne pochodzenie, nazywała ją „nietaktem i śmiesznością demagogii”, i czerwieniła się i bladła na przemian, ilekroć baron po swojemu, zaczynał rozpowiadać żywot swego ojca, zrazu liweranta zboża, a potem bankiera.

Wiedząc, że milionowy majątek zaciera przeszłość, chciała koniecznie wyswatać brata z zrujnowaną choćby hrabianką, a siebie samą wydać za ubogiego wreszcie hrabiego, ażeby tym sposobem, jak mówiła do brata: „wyjść raz z przeklętego koła wspomnień”.

Wychowana w jednym z najlepszych instytutów zagranicznych, zdobyła później własną pracą niepospolite ukształcenie, ale nabywała je z tą myślą, iżby ono posłużyć jej mogło, jako szczebel do tym rychlejszego zaaklimatyzowania się w wyższej sferze towarzyskiej. Obdarzona z natury niezwykłą przenikliwością i potężnym pesymizmem, patrzała na życie, jak na metę, do której dobiec trzeba jak najprędzej, prześcignąwszy innych siłą czy zręcznością, a na ludzi, jak na narzędzia, mniej lub więcej wygodne i o tyle warte uwagi o ile potrzebne.

Pogląd ten wyrażała nieraz bratu w sposób tak szyderczo-brutalny, jakiego by się nie powstydził wytrawny światowiec, a gdy ją brat usiłował opamiętać i nawrócić, odwołaniem się do uczuć pięknych, ożywiających wszystkich wyższych ludzi, którzy kiedykolwiek coś w świecie zdziałali, zwała go „dzikim romantykiem”, „słabą głową” lub „źle wychowanym marzycielem”.

Rozmowy takie, w których siostra obarczała najsroższymi wyrzutami brata za to, że nie chciał i nie umiał wniknąć w jej widoki światowe, że nie chciał zaprzeć się na śmierć swego pochodzenia, kończyły się bardzo często wybuchem prawdziwej złości z jej strony. Wtedy brat oddalał się milczący z westchnieniem, a usiadłszy przed swym biurkiem, nad którym wisiał portret ojca, wpatrywał się weń długo, jakby chcąc wyrzec: „Mamże się wyprzeć ciebie, żeś był moim ojcem, wyprzeć krwi twojej, i dlaczego? Dla ślepego przesądu, okładającego wstydem ludzi innego wyznania?”

Z tym wszystkim kochał siostrę i opiekował się nią czule.

Czynił nawet dla niej ustępstwo ze swych zasad, bo pomagał jej, ile mógł w zdobyciu odpowiedniego jej widokom konkurenta – ale dotąd sprawa szła leniwo; jeden tylko Brodecki gotów był nie robić skrupułów i ożenić się z baronówną, bez żadnej rachuby na jej majątek, po prostu tylko dla tego, że nigdy jeszcze żadna kobieta nie podobała mu się tak, jak ona.

Baronówna wahała się jeszcze, Brodecki miał wprawdzie koronę hrabiowską, ale przez swoje ubóstwo, nie miał tak wyrobionych stosunków w wielkim świecie, jakich właśnie ona pragnęła. Nie odpychała go więc, ani nie nęciła – trzymając tylko w odwodzie, co drażniło brata, który szczerze pokochawszy Brodeckiego, rad by sprawę rozstrzygnąć od razu i bez wszelkich komedii.

– Spóźniliśmy się Lolu – rzekł baron, całując ją w czoło – lecz ty po swojemu nigdy się nie nudzisz. Cóż czytasz?

Chciał wziąć książkę, którą właśnie położyła obok siebie, ale ona wstrzymując szybko jego rękę, rzekła:

– Jesteś niedyskretny, nie dosyć że pozostawiasz mnie samą, jeszcze chcesz krytykować moich towarzyszy – dodała, wskazując na książkę.

– Pewnie jakaś ciężka artyleria; powiadam wam moi kochani, że Lola gdyby tego potrzebowała, mogłaby zostać egzaminowanym bakałarzem.

– Wszak wiesz mój drogi, że ambition is my idol which was broken before the shrines of Sorrow...

– A poeta dodaje: – wtrącił szybko książę – and of Pleasure, co się do pani przecie stosować nie może.

Panna Lola zaczerwieniła się mocno, nie spodziewała się bowiem, że książę zna tak dobrze literaturę angielską, że więc pozna iż zacytowała Don Juana.

Na szczęście Brodecki, który nienawidził dysertacji uczonych, choć był dosyć ukształconym, dorzucił czym prędzej:

– A! Bo mieliśmy prawdziwą przygodę, rozbicie się powozu, cudowne uratowanie, poznanie i kto wie co będzie dalej.

– A tak moja Lolu, Adaś uratował prześliczną kobietę, za co otrzymał rajskie spojrzenie i zaprosiny, a że my byliśmy przy tym, więc i nam się coś dostało.

– Ze ślicznych spojrzeń? – rozśmiała się Lola.

– Nie, z zaproszenia – mówił Brodecki.

– Ale gdzież, gdzież na Boga są w naszej okolicy te prześliczne kobiety? Przecież nie pani Runicka, ani nie panny Jaroszewiczówny, chociaż wszystkim same zaręczają, że są boginiami piękności, spytała złośliwie Lola, i dodała poważnie: pojmujesz dobrze książę, że przy takiej okoliczności umyślnie nie wspominam prawdziwej urody księżniczki Anny.

Barona oblał ognisty rumieniec i spojrzał żywo ukradkiem na księcia, który niechętnie słuchał spowiedzi Brodeckiego.

– Pani się nie domyśla? – szastając się koło Loli, plótł Brodecki – a o czymże mówiono na 30 mil w około, przez kilka miesięcy?

– Nie jestem tak au conrant sąsiedzkich pogadanek, zatem któż to taki?

– Pani von Regensborg. Lola potarła czoło.

– Coś słyszałam o tej kobiecie... i o ile sobie przypominam, mówiono dziwnie o jej przeszłości. Est-ce une femme du monde?

– Maniery oryginalne – odpowiedział hrabia – ale bardzo dobre... no zresztą, sama przygoda dosyć oryginalna.

Opowiedział całe zdarzenie.

– I pojedziecie panowie? – pytała panna Lola, patrząc złośliwie na księcia, który przeglądał pilnie albumy.

– Dlaczegóż by nie, moja Lolu? Egzemplarz ciekawy.

– Fi donc! Egzemplarz! Z tym wszystkim i ja jej ciekawa.

– I chciałabyś ją poznać? – spytał baron zdziwiony.

– Tego nie mówię... nie wiem wreszcie... zdacie mi relacją, do której się zastosuję.

– Zgoda, a po obiedzie pojedziesz do lasku?

– Najchętniej, ale konno.

– Naturalnie, wszyscy pojedziemy konno, a tymczasem bawcież się państwo, ja zajrzę do kancelarii i zaraz powrócę.

Wyszedł.

Panna Lola badawczo zmierzywszy, ciągle zachmurzonego czy zamyślonego księcia, wskazała go milcząco Brodeckiemu, który się uśmiechnął wzruszywszy ramionami, po czym oboje zasiedli do fortepianu, zatopiwszy się w jednej z oper Verdiego.

Książę, jakby tylko na to czekał, bo wysunąwszy się cicho na palcach, przebiegł szybko kilka salonów, aż nieznacznie z jednego z bocznych pokojów dostał się do ogrodu.

Tam w najcienistszej części parku, rzucił się na ławkę, a zagłębiając machinalnie rękę w gęstych swych włosach, westchnął tak głośno, jak gdyby ciężki smutek, czy niepokój, opanował jego serce.

Lecz co to było właściwie, smutek czy tylko niepokój, nie wiemy... bo i wiedzieć trudno, wszak książę miał dopiero lat dwadzieścia cztery, i pierwszy raz w życiu ocalił prześliczną kobietę od niebezpieczeństwa!