Krew, pot i łzy - Carla Mori - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krew, pot i łzy - Carla Mori

Czy Kościół katolicki uprawia czarną magię?

Czy papież jest na usługach Szatana? Czy kapłani manipulują słowami Pisma Świętego, oddalając swych wiernych od Boga? Jakie tajemnice skrywa klasztor jasnogórski i czy częstochowska prokuratura zdoła je odkryć, zanim będzie za późno?

Przed bohaterkami mrocznego horroru Carli Mori, dziennikarką Klarą Wasowską oraz prokurator Zuzanną Bachledą, stoi nie lada wyzwanie. To, że w czasie śledztwa mogą stracić życie, jest teraz ich najmniejszym problemem…

Carla Mori – namiętna wielbicielka horrorów klasy „D” i dobrego, klasycznego kina akcji. Na co dzień stateczna gospodyni domowa, żona i matka, szukająca idealnego przepisu na zupę pomidorową, wieczorami zachwyca się pracami najznakomitszych tatuatorów świata. Pasjonuje się również muzyką. „Krew, pot i łzy” to jej debiut literacki.

Opinie o ebooku Krew, pot i łzy - Carla Mori

Fragment ebooka Krew, pot i łzy - Carla Mori





Dla mojej córeczki


1

Było chłodne, późnojesienne popołudnie. Staromodny zegar z kukułką, ustawiony przez jej matkę w salonie, wskazywał pięć po szóstej. Pospiesznie naciągała na swoje długie, zgrabne nogi koronkowe pończochy – pre zent od niego. Była już spóźniona, ale wiedziała, że on się tego spodziewa. Zawsze musiał na nią czekać. Zawsze też miał świadomość, że cierpliwość mu się opłaci.

Spotykali się już od kilku miesięcy. Jego nudna żona każdej soboty jeździła do matki i zostawała u niej aż do niedzieli wieczorem. Teściowa nie przepadała za nim i nie nalegała na jego obecność, więc nie musiał specjalnie szukać wymówek. Zwykle udawało mu się wykpić jakimś meczem albo imieninami kolegi. Raz na jakiś czas odwoływał też swój udział w rodzinnym spotkaniu, dosłownie w ostatniej chwili oznajmiając, że musi koniecznie przynieść do domu tony niesprawdzonych wypracowań, które trzeba ocenić najpóźniej na poniedziałek. Na jego szczęście nigdy żadna z nich, ani żona, ani teściowa, nie zadawały zbyt wielu pytań.

Tak więc rozciągała się przed nim wizja kolejnego upojnego weekendu w towarzystwie boskiej Viki. W rzeczywistości dziewczyna nazywała się Weronika, jednak od dziecka to imię wydawało jej się banalne i już w podstawówce wymyśliła sobie ksywkę czy – jak to nazywała – pseudonim. Leszkowi niespecjalnie zależało na nazewnictwie. Tak naprawdę liczyły się tylko jej sięgające prawie do szyi nogi i krągłe pośladki, za którymi zaczynał tęsknić każdorazowo tuż po opuszczeniu hotelu. Dla tego tyłeczka mógł używać w stosunku do niej dowolnego idiotycznego przezwiska. Dodatkową zaletą Viki było to, że jej iloraz inteligencji nie przewyższał zanadto przeciętnie sprytnego szympansa, a więc nie było mu trudno zaimponować jej byle czym ani też, ilekroć miała chęć na amory w czasie zarezerwowanym dla domu i pracy, zbyć ją jakimkolwiek wykrętem.

Pracę cenił sobie szczególnie, mimo że nie była ona specjalnie satysfakcjonująca, a już na pewno nie dochodowa. O pieniądze jednak nie musiał się martwić. Firma jego żony przynosiła im rocznie okrągłą sumkę, a jej nie zależało na typowo patriarchalnym modelu rodziny. Wystarczało jej poczucie bezpieczeństwa u boku wspaniałego, inteligentnego i wrażliwego mężczyzny, za jakiego go uważała. W istocie był inteligentny, jednak jego wrażliwość ograniczała się do szczególnego wyczulenia na piękno corocznie napływających do jego klas, świeżych, jędrnych i rumianych uczennic. Z każdego rocznika niemal od razu potrafił wyłowić najlepsze kąski i w czasie nieprzekraczającym jednego semestru stawał się kochankiem kolejnej szesnastoletniej panienki, która potrzebowała akurat męskiego wsparcia w połączeniu z mocnymi czwórkami z polskiego.

W tym sezonie zainteresowała go Viki. Miała ciemne włosy i zielone oczy, które sprawiały, że wyglądała jak kotka. O nic nie pytała, nie planowała ślubu ani dzieci. Miała doskonałe ciało i szybko nauczyła się robić z nim niesamowite rzeczy. W zamian nie chciała właściwie niczego. Była idealna. Dlatego właśnie zdecydował się znosić jej drobne wady, jak naiwność, notoryczne roztrzepanie oraz przede wszystkim ustawiczne spóźnialstwo. Tym razem również siedział już ponad pół godziny w swoim mondeo, zaparkowanym niedaleko jej domu. Czekał i w myślach już szykował się na to, co go niewątpliwie spotka, kiedy tylko zamkną się za nimi drzwi pokoju w Mercure.

Z rozmyślań wyrwało go nagle niecierpliwe stukanie w boczną szybę. Pospiesznie odblokował zamek i do auta wsiadła Viki. Zbyt mocno pachniała swoimi ulubionymi perfumami, a na ustach miała zdecydowanie za dużo pomadki, jednak jej kształtny nosek i zalotne dołeczki w policzkach natychmiast go rozczuliły, przywodząc na myśl śpiące lalki, które uwielbiał w dzieciństwie.

- Jak się masz, dziecinko? Jesteś dziś prawie o czasie - przywitał się, całując ją w upudrowany policzek.

- Przepraszam, to przez ten zegar matki, ciągle się spóźnia - skłamała bez mrugnięcia okiem. - Postaram ci się to jakoś wynagrodzić.

Sposób, w jaki to powiedziała, zdradził mu natychmiast, że w tym tygodniu wyjątkowo za nim tęskniła, a co za tym idzie, że może bez przeszkód liczyć na „coś ekstra". Uśmiechnął się do tej myśli i uruchomił silnik.

- Dokąd panienka sobie życzy?

- Mercure, pokój 615. Najlepiej prosto do łóżka – zachichotała, kładąc mu dłoń na udzie. Zdecydowanie zbyt blisko krocza, jak na przyjacielskie klepnięcie.

Wiedział dokładnie, co ten gest oznacza, więc uśmiechnął się tylko lekko i mocniej przycisnął pedał gazu.

W hotelu powitał ich znajomy już portier. Miał stalowoszare włosy i jasnobłękitne oczy. Jego twarz nie wyrażała niczego szczególnego. Ilekroć się na niego spoglądało, miało się wrażenie, że nie jest prawdziwym człowiekiem, tylko woskową figurą, której odpowiednie oświetlenie nadaje wrażenie życia. Jednak w miarę jak przyzwyczajał się do stałych klientów, coraz częściej zdarzało mu się nikle uśmiechnąć lub nawet zagadnąć o samopoczucie. Poza tym nigdy o nic nie pytał, co stanowiło dla Leszka nieocenioną zaletę. Mimo że podejrzewał, iż obyłoby się i bez tego, zawsze biorąc klucz od numeru 615, wręczał portierowi banknot „ekstra". Traktował to jako inwestycję na przyszłość i skrycie liczył na to, że w razie jakichkolwiek kłopotów, pieniądze te pomogą mu zyskać przychylność personelu hotelowego.

- Witam ponownie szanownych państwa. Czym mogę służyć?

- Weźmiemy pokój sześćset piętnaście. Czy jest wolny?

- Naturalnie, już podaję klucz. W ubiegłym tygodniu przeprowadzono tam niewielki remont. Jestem przekonany, że będą państwo zachwyceni. – Położył klucz na blacie lady wypolerowanej na wysoki połysk. - Czy mogę w czymś jeszcze pomóc?

- Dziękuję, to wszystko. Życzę dobrej nocy. - Zanim Leszek wypowiedział te słowa, Viki już szarpnęła go za rękaw marynarki, kierując się w stronę windy. Poczuł się poirytowany, jednak tylko głębiej westchnął i bez słowa podążył za dziewczyną.

W obszernej, obitej drewnianą boazerią windzie Viki nacisnęła guzik z numerem sześć i niemal natychmiast dźwig ruszył, postukując miarowo.

- Złościsz się? - spytała z miną kopniętego szczenięcia. - Jesteś dzisiaj jakiś dziwny... Chodzi o to, że ciągle się spóźniam? Przepraszam, postaram się zmienić, tylko nie bądź zły na swoją laleczkę... – Zrobiła pauzę, żeby zajrzeć mu głęboko w oczy. - Jesteś?

- Nie, Viki, nie jestem na ciebie zły, po prostu mam dzisiaj gorszy dzień. Chyba potrzebuję odrobiny relaksu, miałem stresujący tydzień. To nie twoja wina.

- Potrzebujesz relaksu? – Ożywiła się i puściła mu perskie oko. - Chyba wiem, jak mogę ci pomóc, kochany… - zniżyła głos, nadając mu ciepłą, dźwięczącą barwę. - Daj mi tylko chwilę, a sprawię, że zapomnisz o wszystkich nieprzyjemnościach, jakie spotkały cię w tym tygodniu... a może nawet w tym roku...

Zatrzepotała wytuszowanymi rzęsami i zbliżyła się o pół kroku, tak aby poczuł ciepło jej ciała. Była niesamowicie pociągająca, gdyby tylko mógł, wziąłby ją tu, teraz, w windzie, ale wiedział, że musi się opanować jeszcze przez parę minut. Złapał ją w talii i przyciągnął do siebie. Z zadowoleniem wciągnął do nosa mdły zapach jej perfum.

- Zgoda, poddam się twojej terapii, jak tylko znajdziemy się w pokoju. Możesz mnie leczyć ze świata aż do jutrzejszego południa. Zgadzam się na wszystko - to mówiąc, pocałował ją prosto w usta. A kiedy winda się zatrzymała, wziął ją za rękę jak dziecko i zaprowadził przed jedne z szeregu drzwi. Te, na których widniał mosiężny numer sześćset piętnaście.

Pospiesznie umieścił klucz w zamku, przekręcił, po czym nacisnął klamkę. Zaskrzypiała charakterystycznie, zdradzając niesumienną pracę konserwatora, a ich oczom ukazało się wnętrze pokoju hotelowego. Nie zauważyli niczego nowego, a przecież portier uprzedził ich o niedawnym remoncie. Wszystko wyglądało jak zwykle. Pokój był prostokątny, z oknem na krótszej ścianie. Po lewej stronie znajdowały się drzwi do łazienki i niewielka szafa. Pod oknem ustawiono stylową komodę, a na niej kryształowy wazon pełen świeżych kwiatów. Po prawej stronie stało ogromnych rozmiarów łóżko zasłane kremową pościelą z bordowymi akcentami. W nogach łóżka rozłożono gładko bordową kapę wykończoną złotym, ręcznym haftem. Całość zestawiona ze złotawymi, winylowymi tapetami prezentowała się fantastycznie, jednak nadal żadne z nich nie widziało śladów remontu czy choćby przemeblowania. Skonsternowani wymienili spojrzenia.

- Dziadek musiał coś pokręcić. Ten remont to chyba nie tutaj, nie? - zauważyła Viki i nie czekając na odpowiedź, dodała: - To ja skoczę pod prysznic, a ty tu na mnie poczekaj, OK? - Klepnęła Leszka obiecująco w pośladek i truchtem pobiegła w stronę łazienki.

Lubiła te ich weekendowe wypady do hotelu. Przy nim czuła się jakaś lepsza. Spotykała się przedtem z kilkoma chłopakami, ale rówieśnicy jej nie pociągali. Wszyscy, z którymi miała do tej pory do czynienia, mieli pryszcze albo mutację, albo wyglądali jeszcze całkiem jak dzieci. A ona czuła, że potrzebuje prawdziwego, dojrzałego mężczyzny, który jej zaimponuje, który się nią zaopiekuje i potraktuje jak gwiazdę. Podobał jej się jego samochód i drobne prezenty bez okazji. Podobało jej się, że zabiera ją do porządnego hotelu, a nie do mieszkania starszego brata albo do akademika. Żałowała tylko, że nie może się z nim pokazywać w szkole, ale mimo jego wyraźnego zakazu i tak pochwaliła się kilku najbliższym koleżankom. Lubiła, kiedy jej zazdrościły. Często opowiadała im, jak spędzili kolejny weekend, co z nim robiła i na co nowego zdobyła się tym razem. A miała o czym opowiadać. Zaspokajała wszystkie jego fantazje i czasem radziła się przyjaciółek, w jaki sposób to ona może zaskoczyć jego. Miała ciągłą potrzebę wychodzenia mu naprzeciw, udowadniania, że nie jest nudna ani bierna. Seks nie był dla niej tylko przyjemnością. Był tym, w czym czuła się naprawdę dobra, w czym, odwrotnie niż w szkole, prześcigała wszystkich. Cieszyła się, że on to docenia, i miała nadzieję, że dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom zatrzyma go przy sobie na dłużej.

Kiedy kolejny raz tego wieczoru zmuszony był na nią czekać, poczuł się dziwnie znużony całą tą historią. Nigdy wcześniej nie wątpił w słuszność swoich hedonistycznych upodobań. Ostatecznie nie był przecież byle kim i na pewno bardziej niż inni zasługiwał na obcowanie z tymi wszystkimi, wspaniale młodymi ciałami. Nikomu nie wyrządzał krzywdy. Dbał o to, żeby jego żona o niczym się nie dowiedziała, a dziewczętom nigdy niczego nie obiecywał. To nie była jego wina, że czasem brały te spotkania za coś poważnego. Niektóre nawet sugerowały, że powinien poznać ich rodziców albo odejść dla nich od żony. W takich wypadkach najpierw cierpliwie tłumaczył im niedorzeczność takiego scenariusza, a następnie dawał do zrozumienia, że wszelkie próby szantażu są z góry skazane na porażkę, bo i tak niczego nie mogą mu udowodnić. W ten sposób zapewniał sobie ich milczenie, przyjmując za pewnik, że nie będą ryzykowały w obawie o własną reputację. Później zaś w krótkim czasie przygruchiwał sobie następną i jeszcze kolejną. Na myśl o tych tuzinach kociaków, które przewinęły się z nim przez to łóżko, uśmiechnął się i mruknął z zadowoleniem. Wszelkie złe myśli natychmiast go opuściły i pogrążył się w pełnym erotycznego napięcia oczekiwaniu na powrót Viki. Odwiesił marynarkę na stojak przy wejściu i wyciągnął koszulę ze spodni. Usiadł na brzegu łóżka, zdjął pantofle i skarpetki, po czym włożył je do środka i postawił buty koło komody. Rozłożył się wygodnie na bordowej kapie, dłonie splatając pod głową, przymknął oczy i czekał.

„Prysznic" był oczywiście stwierdzeniem umownym. W rzeczywistości nie miała ani powodu, ani ochoty na kąpiel. Gdyby naprawdę weszła pod wodę, oznaczałoby to ni mniej, ni więcej jak tylko zniszczenie misternie przygotowanej fryzury i makijażu. Dodatkowo zmyłaby z siebie perfumy i olejki, którymi dokładnie natarła całe ciało przed wyjściem, oraz naraziłaby lakier na paznokciach dłoni i stóp na odpryśnięcie. Nie, to nie miało sensu. Wyszła z domu niecałe pół godziny temu i na pewno nie ma na niej ani krzty brudu czy potu. Jednak zawsze mówiła: „Skoczę pod prysznic". Uważała tę kwestię za konieczną, ponieważ występowała ona w zdecydowanej większości filmów tuż przed rozbieraną sceną. Wątpiła, żeby jakaś prawdziwa kobieta, spoza filmu, faktycznie brała prysznic „przed". No, chyba że te, które wracały do pokoju w ręczniku i z mokrymi włosami, ale tu również coś jej nie grało. Na pewno wszystkie one miały po prostu cellulit i rozstępy i żaden makijaż ani perfumy nie mogły tego ukryć. Ale to były kobiety z rodzaju „nudne", jak żona Leszka. Miały obwisłe piersi, a seks uprawiały wyłącznie pod kołdrą i przy zgaszonym świetle. Ona nigdy taka nie będzie. W jej standardach nie mieściło się paradowanie przy jakimkolwiek mężczyźnie bez makijażu. Zwłaszcza „przed".

Pochłonięta tymi myślami zdjęła minispódniczkę i angorowy sweterek, przypudrowała nosek, wyjęła z koronkowych majtek mało erotyczną wkładkę higieniczną i spsikała dodatkową porcją perfum wewnętrzną część ud. Poprawiła swoje krągłe piersi, tak aby sprawiały wrażenie wylewających się z biustonosza, i chwilę pocierała kciukami sutki, aż stały się ciemne i sterczące. Jeszcze raz rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze i z zadowoleniem stwierdziła, że na jego miejscu sama by się zerżnęła. Teatralnym gestem odrzuciła na plecy długie, lśniące włosy, wypluła gumę do żucia i stanęła w drzwiach łazienki.

Przez chwilę obserwowała jego nieruchomą sylwetkę na jasnej pościeli. Leżał z zamkniętymi oczyma na łóżku w taki sposób, że stopami niemal dotykał podłogi. Był przystojny. Nie wiedziała dokładnie, ile ma lat, ale wyglądał na dobiegającego czterdziestki. Miał ciemne, gęste, lśniące włosy, gdzieniegdzie poprzecinane kilkoma zaledwie siwiejącymi pasmami. Była pewna, że golił się rano, jednak o tej porze jego twarz pokrywała już smuga odrastającego zarostu. Pociągał ją. Nie był może rewelacyjnie zbudowany, ale podobała jej się w nim ta nuta delikatności. Nie była w stanie dokładnie określić, czy chodzi jej bardziej o gładkie dłonie, czy może o zmysłowy szept, którym za każdym razem doprowadzał ją do szaleństwa. Ale nie to było teraz ważne.

Korzystając z tego, że jej nie zauważył, najciszej, jak potrafiła, zsunęła ze stóp modne szpilki i bezszelestnie opadła na podłogę. Na czworaka posuwała się w jego stronę, czując, że z każdym ruchem jej podniecenie się wzmaga. Zauważył ją dopiero, kiedy bez ostrzeżenia pojawiła się między jego udami. Niecierpliwie odpięła mu pasek i sięgnęła do rozporka jego grafitowych, eleganckich spodni. Podniósł się gwałtownie i złapał ją za nadgarstek. Jednak w chwili, gdy usiadł na łóżku, a obie stopy postawił na miękkiej wykładzinie, zupełnie stracił nastrój na czułą grę wstępną, na jaką zwykle sobie pozwalał. Chciał ją mieć natychmiast. Teraz. Na tej podłodze. Szybkim ruchem rozpiął rozporek, a spodnie i bokserki zsunął poniżej kolan. Był już w pełnej gotowości. Pchnął ją tak raptownie, że upadła na plecy i jęknęła, boleśnie wykrzywiając rękę. Nie zwrócił jednak na to najmniejszej uwagi. Szarpnął za jej śnieżnobiałe, koronkowe figi i niemal natychmiast opadł na nią całym ciałem. Zdezorientowana dziewczyna odsunęła się kawałek w tył, unikając w ten sposób gwałtownego zbliżenia. Nie była do końca pewna, co w niego wstąpiło, czy to jakaś nowa zachcianka, czy rodzaj gry. Próbowała się bronić, ale z każdą sekundą wyraźniej czuła, że ma ochotę na to samo co on. Jej unik tylko dodatkowo go rozsierdził. Zamachnął się i uderzył dziewczynę na odlew w twarz. Krzyknęła z bólu, a on poczuł, że nigdy wcześniej nie był tak bardzo podniecony. Powtórzył uderzenie. Tym razem z jej idealnie wykrojonych warg popłynęła strużka krwi. Obrócił oszołomioną dziewczynę na brzuch i popchnął w kierunku łóżka. Jedną ręką złapał ją za włosy, drugą boleśnie ściskał lewą pierś. Teraz już wszedł w nią bez problemu. Przestała się szarpać, a jęk bólu w jednej chwili zamienił się w pomruk zadowolenia.

- Uderz mnie! - zażądała tonem nieznoszącym sprzeciwu, a on bez wahania spełnił jej prośbę. - Mocniej! Mocniej! - domagała się, połykając własną krew i łzy. Otarcia na kolanach i po wewnętrznej stronie ud zaczynały ją piec, a wykręcony sutek bolał niemiłosiernie. Nie wiedziała, dlaczego czuje z tego powodu takie podniecenie. - Jeszcze! Tylko na tyle cię stać?!

Tymczasem Leszek dawał upust swoim zwierzęcym instynktom. Czuł się władcą Viki, jej panem. Mógł z nią zrobić wszystko, cokolwiek zechciał. Rżnął ją jak nigdy nikogo przedtem i w ogóle nie odczuwał zmęczenia. Przeciwnie, im więcej bólu jej sprawiał, im bardziej obcierał w niej członek, tym mocniej czuł, że to wszystko za mało. Tłukł ją rękoma po pośladkach, szarpał za włosy i przyduszał, a w odpowiedzi słyszał jedynie jęki uniesienia i błaganie o więcej. Mężczyzna złapał więc leżące obok spodnie i zdecydowanym ruchem wyjął z nich skórzany pasek. Owinął go wokół ręki, pozostawiając luźny koniec z metalową sprzączką. Tak przygotowany smagnął ją kilka razy po plecach i pośladkach. Z małej ranki na żebrach popłynęło kilka kropel krwi. Viki zawyła z bólu i szarpnęła się, odrzucając swojego oprawcę za siebie. Bez wahania wstała i podciągnęła go do pozycji siedzącej, opierając plecami o komodę. Żadne z nich nie zastanawiało się, skąd w tym pokaleczonym, kruchym ciałku siła, aby niemal podnieść dorosłego mężczyznę. Stojąc nad nim w rozkroku, napluła mu prosto w twarz i nie czekając na reakcję, dosiadła go z powrotem. Nie protestował, złapał tylko obiema rękami jej piersi i wbił w nie paznokcie. Zabolało ją, jednak uczucie bólu natychmiast przyćmiła nowa fala pożądania. Przytrzymała rękoma jego głowę na wysokości uszu i zaczęła rytmicznie uderzać nią o komodę. Oboje jęczeli w ekstazie, nie mogąc opanować żądzy. Kiedy wydawało się, że już dochodzą, Viki chwyciła wazon z kwiatami i uniosła go tuż nad głowę kochanka. Nie przestraszył się, ale przyciągnął ją do siebie i wbił zęby głęboko w jej odsłonięte ramię. Przez chwilę upajała się tym niepowtarzalnym uczuciem zjednoczenia, jakie wywołało w niej ugryzienie. Była niesamowicie napalona. Zamachnęła się i roztrzaskała wazon na głowie Leszka. Odłamki szkła rozprysły się na wszystkie strony, kalecząc przy tym jej piersi i brzuch. Krew płynęła szkarłatną strugą z jego poprzecinanych łuków brwiowych i policzków. Zbliżyła do niego twarz i zaczęli całować się namiętnie, zmierzając wielkimi krokami do ostatecznego spełnienia. W ustach oboje mieli ciepłą mieszankę własnej krwi i potu.

Kiedy skończyli, położyła się na jego pokaleczonej piersi, a spomiędzy jej ud bez końca wyciekał ciepły, piekący strumień spermy. Leżeli wprost na rubinowej, miękkiej wykładzinie i głaskali nawzajem swoje posiniaczone ciała. W chwili gdy odpływali w kojący sen, obojgu przyszło do głowy, co mogło być nowym elementem wystroju hotelowego pokoju numer 615.


2

Znużona Klara jechała swoim starym suzuki krajową „jedynką" z Piotrkowa do Częstochowy. Nie lubiła tej drogi. Planowo trasa miała być częścią autostrady A1, jednak odkąd wybudowano ten odcinek w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, nic się tu nie zmieniło. Z jej obserwacji wynikało, że dwupasmowa szosa była wiecznie zatłoczona, a na tym krótkim przecież odcinku wydarzały się bez przerwy całkowicie paraliżujące ruch stłuczki i kraksy. A może nie była to wina samej dziurawej nawierzchni? Może to ona tak bardzo obrzydzała sobie podróże w tym kierunku, że nieświadomie ściągała nieszczęście na innych kierowców? Nie była tego do końca pewna. Jedno nie ulegało jednak wątpliwości. Nienawidziła swojego rodzinnego miasta i wszystkiego, co się z nim łączy. Mdliło ją na samą myśl o tym, że za kilkadziesiąt minut wjedzie pomiędzy martwe zabudowania miasta, żeby oglądać szare i zmęczone twarze krajan. Nie chciała tu być i już od kilku miesięcy udawało jej się unikać tego miejsca. Jednak tym razem nie miała wyboru.

Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że Sikorski specjalnie przydzielił jej tę pracę, żeby przez przedłużające się śledztwo była zmuszona utknąć tu na dobre. Ona jednak zaplanowała to zupełnie inaczej. Miała zamiar opisać wszystko tak szybko, jak to możliwe, i uciec, gdzie pieprz rośnie. Wciąż nie była zdecydowana, czy pokazywać się rodzicom. Z jednej strony wiedziała, że nie będzie to miłe spotkanie. Z drugiej nawet nie chciała myśleć, co się stanie, gdy któraś ze znajomych matki przypadkiem spotka ją na ulicy. A w tej dziurze jest to tak pewne, jak nadejście jutrzejszego poranka. Niecałe dwieście czterdzieści tysięcy mieszkańców pielgrzymkowego miasta znało się nawzajem niemal tak dobrze, jak ludzie w którejś z okolicznych zapyziałych wiosek. Gdzie się nie obejrzeć: wspólna podstawówka, wspólna koleżanka albo wspólny mąż. Dlatego stąd uciekła. Dlatego nie chciała tu wracać. Od dziecka czuła się tu jak w getcie. Zamknięta i bez końca inwigilowana. A teraz ten koszmar miał wrócić.

Wjeżdżając do centrum, mimowolnie spojrzała w kie runku klasztoru. Wznosił się dumnie ponad miastem już od kilku stuleci. Jego nieoświetlona o tej porze sylwetka wyglądała raczej na warownię lub basztę więzienną, której ponury cień otulał mieszkańców Częstochowy płaszczem wiecznego nieszczę ścia. Dodatkowej upiorności dodawała klasztorowi jesienna pogoda. Stalowe, zasnute nieprzyjaznymi chmurami niebo i mgła działały przygnębiająco i wydobywały z budowli wyłącznie złowieszcze cechy. Mroczny moloch przywodził jej na myśl same złe skojarzenia. Wiedziała, że otoczka stworzona przez paulinów, wiernych i pielgrzymujących jest w isto cie tylko przykrywką dla siedliska wszelkiego zła i rozpusty. Jeszcze na studiach rozmawiała z dziesiątkami świadków, którzy potwierdzali prawdziwość różnych miejskich mitów na temat Jasnej Góry. Napisała nawet obszerny reportaż na ten temat, jednak w tym mieście ani w tym kraju nikt nie chciał tego wydać. A szkoda, wprawdzie z pewnością naraziłaby się na klątwę ekskomuniki, ale przynajmniej raz na zawsze zakończyłaby swój romans z Kościołem.

Nie mogła powiedzieć, że nie wierzy w Boga. Wręcz przeciwnie, była jedną z silniej wierzących osób, jakie znała. Inaczej niż jej nawiedzona rodzinka, wielokrotnie czytała Pismo Święte i starała się żyć w zgodzie z niepodważalnym kodeksem moralności, za jaki uważała Dekalog. Nie potrafiła tylko znieść obłudy wysokich dostojników kościelnych. Nie mogła zrozumieć, dlaczego tylko ona widzi, że ich nauki w rzeczywistości obliczone są wyłącznie na zysk. Nie mogła zrozumieć, co zdaniem światłych ludzi odróżnia to zbiorowe szaleństwo od ściganych z ramienia prawa sekt i zgromadzeń. Wreszcie nie mogła pojąć, w jaki sposób nieskończone rzesze ludzi nabierają się na ten teatr, który odgrywa się przed nimi już dwa tysiące lat.

Patrzyła na pyszny przybytek rozwiązłości i starała się opanować wzburzenie. Wiedziała, że oboje rodzice powołają się właśnie na Jasną Górę, kiedy będą rozpaczać z powodu jej nieślubnej ciąży. To właśnie żyjący TAM ludzie będą mieli prawo ocenić jej życie, przezornie przemilczając zastępy dziwek przewijających się codziennie przez klasztor. Ci sami ludzie będą mieli prawo do nakładania na nią kary i moc odpuszczenia jej grzechu cudzołóstwa. Oni też zdecydują, czy jej bękartowi należeć się będzie życie wieczne w niebie. Czy godne będzie ochrzcić dziecko z nieprawego łoża i dołączyć je do stada posłusznych owieczek. Oni w końcu będą chcieli zdominować życie kolejnych pokoleń, nieustannie upominając je średniowiecznym memento mori, tak aby nikt z wiernych nie odważył się uśmiechnąć czy choćby podnieść oczu ku Stwórcy. Oni będą strzec prawa i oni będą stanowić prawo, na wieki wieków, amen.

- Dość! Nie mogę się dłużej zadręczać. Przyjechałam tu wyłącznie służbowo i problemy tego miasta mnie nie dotyczą! – skarciła się półgłosem i skręciła na najbliższym skrzyżowaniu, pozostawiając klasztor za plecami. W jednej chwili zrezygnowała z wizyty u rodziców. Przynajmniej na dzisiaj. Zawróciła i skierowała się w kierunku hotelu Grand. Przynajmniej to jedno trzeba przyznać, że redakcja nigdy nie szczędziła grosza na kwaterunek. I dobrze. Należy jej się za te nerwy i upokorzenia. Podkręciła radio. Lokalna stacja z hitami lat minionych ogłosiła właśnie osiemnastą.

- Nic już dzisiaj nie zrobimy, kochanie - szepnęła w stronę swojego olbrzymiego brzucha. - Dzisiaj poleżysz z mamusią w hotelu na koszt wujka Sikorskiego. I nikt nam nie będzie przeszkadzał. Zaczniemy pracować od jutra. Komu, jak komu, ale nam na pewno należy się odpoczynek. - Uśmiechnęła się w myślach i wjechała na obszerny parking.

Idąc wolnym krokiem w stronę głównego, jasno oświe tlonego wejścia do budynku, rozmyślała nad artykułem. Miała na swoim koncie już dziesiątki podobnych reportaży. Sprawa była prosta i nic nie wskazywało na jakiekolwiek komplikacje. Jej zadaniem było przeprowadzić krótkie dochodzenie w sprawie nieprawidłowości w rozdysponowaniu budżetu miasta w poprzednim roku. Wiadomo było, że prezydent Kafka po uszy siedzi w układach i układzikach, a ostatnio pojawiły się głosy, że miejsce miały również jakieś przekręty i niedociągnięcia. Miała to sprawdzić. Wytropić, prześledzić, popytać, dowiedzieć się i opisać. Łatwizna, zwłaszcza że legitymacja dziennikarska znacznie ułatwiała jej wejścia w niektóre miejsca, a błogosławiony stan sprawiał, że ludzie darzyli ją większym niż zwykle zaufaniem. Zastanawiała się tylko, gdzie zacząć. Dokąd się udać? Czy powęszyć najpierw na ulicy i poszperać w starych gazetach? A może walić prosto do gabinetu prezydenta i poprosić, aby pochwalił się zeszłorocznymi inwestycjami? Istnieje spora szansa, że odpowiednio nakierowany, udostępni jej nawet jakąś dokumentację, świadczącą o jego niewątpliwym poświęceniu dla dobra miasta. Ostatecznie będzie teraz liczył na każdą reklamę, bo wkrótce kolejna kampania i wybory, a on na pewno chętnie popierdzi w swój stołek jeszcze jedną kadencję. Dobrze byłoby też uruchomić jakieś stare kontakty. Dzwoniła już do kilku osób. Jak dotąd nikt jej nie odmówił, więc mogła się spodziewać wielu owocnych rozmów, rzucających nowe światło na sprawę. Szczególnie liczyła na jedną panią prokurator. Zuzanna Bachleda była jej przyjaciółką jeszcze z czasów szkolnych i podobnie jak ona nie znosiła kłamstwa i obłudy. Być może dlatego obie panie pracowały w swoich zawodach. Każda na swój sposób codziennie walczyła o sprawiedliwość i zasady. Były z Zuzą w stałym kontakcie i często wymieniały się informacjami. Jednak podczas ostatniej rozmowy telefonicznej Zuza sprawiała wrażenie wyjątkowo zmęczonej i wspominała coś o jakiejś bardzo wyczerpującej sprawie. Klara miała nadzieję, że nie przeszkodzi im to w spotkaniu, i zamierzała umówić się z przyjaciółką na kolację tak szybko, jak to możliwe.

W hotelu panowała niemal absolutna cisza. Obcasy niskich czółenek Klary donośnie stukały o podłogę wykafelkowanego holu, a dźwięk ten odbijał się echem od wyłożonych lustrami ścian. Zza kontuaru w recepcji wychyliła się głowa przyjaźnie wygląda jącej, młodziutkiej dziewczyny z uroczo skaczącymi blond kucykami po obu stronach rumianej twarzy.

- Dobry wieczór, w czym mogę pani pomóc? – zaszczebiotała cienkim głosem.

- Nazywam się Klara Wasowska, mam u państwa rezerwację.

- Momencik, tylko sprawdzę. - Dziewczyna wstukała kilka pierwszych liter nazwiska Klary w klawiaturę komputera i po kilku sekundach z promiennym uśmiechem potwierdziła jej rezerwację. - Tak, mamy pokój na pani nazwisko. Jak długo zamierza się pani u nas zatrzymać?

- Na pewno przez kilka dni. Czy to będzie dla państwa problem, jeśli nie odpowiem dzisiaj? - spytała niepewnie.

- Oczywiście, że nie. Proszę nas tylko poinformować wieczorem przed planowanym dniem wymeldowania. Zresztą nie będę pani teraz zatrzymywała, z pewnością potrzebuje pani odpocząć po podróży. Tutaj są pani klucze. Pokój czternaście na pierwszym piętrze. Tam jest winda. W razie pytań proszę dzwonić do recepcji. Wewnętrzny: zero jeden. W pokoju ma pani telefon i barek do dyspozycji, chociaż pewnie niewiele z jego zawartości będzie dla pani odpowiednie. – Tu znacząco spojrzała na ogromnych rozmiarów brzuch rozmówczyni. – A, byłabym zapomniała! W nocnej szafce jest pilot do telewizora, gdyby miała pani ochotę zrelaksować się przed szklanym ekranem. W restauracji na dole mamy codziennie świeżą prasę do dyspozycji klientów. W razie gdyby miała pani jakieś specjalne życzenia, oczywiście służę pomocą. No, ale nie będę pani dłużej zawracać głowy, proszę się rozgościć i odpocząć.

Klarze zdawało się, że recepcjonistka powiedziała to wszystko na jednym wdechu, tak że nikt nie miałby szansy przerwać jej w pół słowa. Uśmiechnęła się tylko, podziękowała i skierowała w kierunku windy.

- Życzę miłego wieczoru! - krzyknęła za nią dziewczyna, jednak Klara już jej nie usłyszała. Była ogromnie zmęczona. Przestała odbierać bodźce ze świata zewnętrznego, kiedy tylko stało się to możliwe. Zależało jej tylko na jednym – jak najszybciej położyć głowę na poduszce i zasnąć.

Tej nocy śniła niesamowite rzeczy. Oglądała swoje dziecko, które nagie, w samej tylko czystej pieluszce, podążało środkiem wybrukowanego dziedzińca, ciągnąc za sobą tłum powykrzywianych z bólu ludzi. Nie mogła dojrzeć twarzy chłopca, ale była pewna, że to właśnie jej syn. Od tłumu bił odurzający odór stęchlizny i brudu, jak od bezdomnych lub starców. Raz po raz ktoś przystawał i patrzył prosto na nią, jakby chciał powiedzieć: „Nie zatrzymuj nas!". Widok był przerażający, jednak ona z jakiegoś powodu nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Z uporem wpatrywała się w twarze mijających ją ludzi, starając się dociec, dokąd idą i po co. Nie znajdowała jednak odpowiedzi na żadne z tych pytań, a od strony tłumu dobiegał ją tylko radosny śmiech jego przewodnika – jej własnego dziecka.

Zbudził ją telefon. Nie zdążyła się jeszcze otrząsnąć z okropnych obrazów, które ukazały jej się we śnie, i zaspana szukała dłonią telefonu leżącego na nocnej szafce.

- Klara, to ty? - niecierpliwił się głos w słuchawce. - Tu Zuza. Słuchaj, gdzie się zatrzymałaś? Może podjadę po ciebie po śniadaniu, co? Mam dzisiaj luźniejszy dzień, możemy skoczyć na kawę i ciastko albo na samo ciastko, albo na sałatkę, jak chcesz. Mogę po ciebie podjechać. To jak?

Zuzanna Bachleda, podobnie jak młoda recepcjonistka, cierpiała na niemożliwy do powstrzymania słowotok. Wynikało to głównie z jej nawyków służbowych, sama zresztą często żartowała, że jest to rodzaj choroby zawodowej. Tłumaczyła, że nie można nie uzależnić się od ciągłego wydawania skrupulatnych poleceń na przemian z wyczerpującymi monologami na temat aktualnie toczącej się sprawy. Po prostu po jakimś czasie człowiek zaczyna przekładać to na życie prywatne, a w wypadku Zuzy przede wszystkim na kontakty towarzyskie. Nie sposób przecież nazwać życiem prywatnym późnych powrotów do ciasnej kawalerki, gdzie czeka na człowieka tylko wierny, acz mocno znudzony życiem kot.

- Cześć, Zuza. Jestem w Grandzie. Jeśli chcesz, możemy się spotkać za godzinkę. Pozwalam się zabrać gdziekolwiek, naprawdę. - Klara wiedziała, że i tak nie uda jej się przeforsować żadnej ulubionej kawiarni. W dyskusji z panią prokurator nawet jej kot, zwierzę z natury stawiające na swoim, nie miał najmniejszych szans.

- Świetnie! To będę za godzinkę, całuję!

Podczas porannej toalety Klary nie opuszczało niemiłe wrażenie, że stanie się coś niedobrego. Nie była do końca przekonana, czy jej przeczucie ma związek ze snem, czy może z powrotem do rodzinnego miasta. Wiedziała, że ciężarne kobiety miewają dziwne sny, zwłaszcza gdy do rozwiązania pozostaje zaledwie kilka tygodni. Starała się otrząsnąć z niedobrego przeczucia i skierować swoje myśli w inną stronę, ale one nie chciały odejść. Takich „niedobrych przeczuć" miała na pęczki jej babcia. Nikt nigdy nie wiedział, skąd się biorą ani czy są prawdziwe. Jedno jest pewne – babcia nigdy się nie myliła i zawsze potrafiła przepowiedzieć dzień, w którym zdarzy się jakieś nieszczęście. Nie przewidziała tylko własnej śmierci, ale Klara od małego podejrzewała, że babcia znała jej dokładną datę i godzinę. Powiedziała jej kiedyś: „Mój dar jest wyjątkowy i zapewniam cię, że nie odejdzie wraz ze mną. Ludzie nie widzą, bo nie potrafią patrzeć. Wiem, że ty potrafisz. Pewnego dnia, kiedy mnie już nie będzie, zrozumiesz i zobaczysz". Słowa starowinki na długo zapadły jej w pamięć. Jako mała dziewczynka starała się odnaleźć swój dar. Godzinami wyczekiwała, wpatrując się w coś intensywnie i szepcząc pod nosem jak mantrę: „Pokaż się!". Z czasem zapomniała o tym, bo jej nastoletni instynkt samozachowawczy nie pozwalał na tak daleko posuniętą inność. Teraz jednak pomyślała o słowach babci, zamknęła oczy, żeby wyszeptać swoje zaklęcie... i usłyszała natarczywe pukanie do drzwi.

Otworzyła pospiesznie, szczelnie otulając się szlafrokiem. To recepcjonistka pytała, czy zamierza zejść na śniadanie, i przepraszała, że nie uprzedziła telefonicznie, ale zdaje się, że telefony nie działają. Wyrwana ze swoich rozmyślań Klara szybko dokończyła makijaż. Założyła ciążowe dżinsy i zieloną, bawełnianą tunikę. Na szyi zawiesiła sznur żółtych korali, żeby trochę rozweselić tę jesienną szarugę. Skropiła nadgarstki odrobiną perfum i stanęła przed lustrem. Efekt nie był może powalający, ale zadowalał ją w stopniu pozwalającym na spotkanie z wyższą, szczuplejszą i bardziej atrakcyjną przyjaciółką. Złapała torbę i w biegu wrzuciła do niej telefon, notes i chusteczki higieniczne. Teraz miała już wszystko. Zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w kierunku hotelowej restauracji.

Po śniadaniu wyszła na parking, gdzie czekało na nią złote mitsubishi Zuzy. Pani prokurator właśnie skrupulatnie poprawiała makijaż we wstecznym lusterku, więc nie od razu zauważyła stojącą przy samochodzie Klarę.

- Cześć, kochana, wsiadaj! - powitała ją, otwierając drzwi od strony pasażera. - Jaki grubas z ciebie, Klarka! Świetnie wyglądasz z tym brzuchem! Jak się czujesz? Opowiadaj, co tak nic nie mówisz?!

Klara powoli wsiadła do auta, moszcząc się wygodnie w skórzanym fotelu, i obrzuciła szybkim spojrzeniem jego właścicielkę. Zuza wyglądała jak zawsze świetnie. Miała na sobie dobrze skrojony żakiet i czarną stylową spódniczkę. Jedwabna, czerwona bluzka idealnie komponowała się z wysokimi, lakierowanymi szpilkami i krwistym lakierem do paznokci. Nienaganny makijaż wieńczyła połyskująca, droga szminka, a w uszach migotały topazy oprawione w białe złoto. Była piękna. Miała prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, długie, zgrabne nogi i szczupłą sylwetkę. Kilka piegów na kształtnym nosie tylko przydawało jej wdzięku, a długie blond włosy zawsze wyglądały jak prosto od fryzjera. Klara zazdrościła jej tego. W szkole to ona zawsze uchodziła za tę brzydszą, chociaż raz na jakiś czas zdarzał się koneser, który wolał umawiać się z nią. Dopiero na studiach zauważyła, że zainteresowanie, jakim mężczyźni darzą jej piękną przyjaciółkę, jest jedynie powierzchowne. Chętnie się z nią pokazywali, jednak rzadko zapraszali gdzieś więcej niż dwukrotnie. Obie z Zuzą podejrzewały, że faceci po prostu boją się pięknych, zadbanych i władczych kobiet. Lubią na nie patrzeć, lubią je zdobywać i kolekcjonować, jednak nie proponują im małżeństwa ani nawet trzeciej randki. Boją się zostać zdominowani i nic dziwnego - Zuza potrafiła wprawić w osłupienie każdego, kogo spotkała, a zaraz potem narzucić mu swoją wolę, poglądy i religię. Była niesamowita i dobrze było mieć ją po swojej stronie. Klara uśmiechnęła się do tej myśli i serdecznie uścisnęła przyjaciółkę.

- Jak się masz, Zuza? Rewelacyjne buty, o-sza-łamia-ją-ce! Skąd ty bierzesz te gadżety? – z zachwytem westchnęła Klara.

- A wiesz, tu przecena, tam wyprzedaż, znasz mnie. Mogę nie mieć czasu się przespać, ale wielkiej obniżki jeszcze nie przepuściłam. - Zuza roześmiała się dźwięcznie. - To dokąd jedziemy? Cafe Belg? Porządna herbata i szarlotka dobrze nam zrobią. To co, w drogę?

Klara wiedziała, że to wcale nie było pytanie, więc tylko skinęła głową. Zresztą pomysł z szarlotką wcale nie wydawał jej się zły. Lubiła Belga. Znajdował się w samym centrum, w jednym z podwórek rzędu starych kamienic. W spokojnej atmosferze, przy dźwiękach dobrej muzyki podawano tam kilkadziesiąt rodzajów kawy i herbaty. Wnętrze było bardzo przytulne, a latem wystawiano stoliki również na zewnątrz. Do tego ta szarlotka...

Po drodze wymieniły kilka niezobowiązujących uwag na temat dziur w nawierzchni, piosenki w radiu i stroju mijanej kobiety. W chwili gdy znalazły się w Alejach Najświętszej Marii Panny, w ścisłym centrum miasta, ich rozmowę przerwał dzwonek telefonu Zuzy.

- Przepraszam cię, muszę. To ktoś z policji - usprawiedliwiła się, zanim odebrała. Przez chwilę Klara mogła obserwować, jak na twarzy koleżanki pojawiają się wypieki. - Dobrze, zaraz będę. – Zuza odłożyła telefon i zwróciła się do ciężarnej przyjaciółki: - Klarka, zmiana planów. Przepraszam cię. Musimy jechać na miejsce przestępstwa. To znaczy tak sądzę, że to było przestępstwo. Przy dobrych wiatrach zrobisz sobie z tego niezły artykulik. Piszesz się?

Klara się pisała. Lubiła pieprzne kawałki, poza tym to były łatwe pieniądze. Napisać szybki artykuł o jakimś krwawym morderstwie, mając najświeższe doniesienia od samej pani prokurator, ubarwione zdjęciami z miejsca przestępstwa – to była bardzo smaczna bułka z masłem.

- Zatem jedźmy. Nie musisz się martwić, nie mam problemów z żołądkiem i nie zamierzam ci zapaskudzić pantofli. Najwyżej przedwcześnie urodzę, ale nie wydaje mi się, żeby junior odróżniał już film grozy od rzeczywistości, więc możemy być spokojne. - Uśmiechnęła się, chcąc sprawiać wrażenie pewnej siebie i zdecydowanej.

Zuza dodała gazu i po chwili obie znalazły się na parkingu hotelu Mercure. Idąc szybkim krokiem w stro nę głównego wejścia, Klara mimowolnie zerknęła na triumfujący po drugiej stronie ulicy klasztor. Budził w niej obrzydzenie i obawę. Odpędziła chmurne myśli i przyspieszyła, nie chcąc pozostawać za bardzo w tyle.

Na miejscu przywitał je komisarz Malinowski. Był to średniego wzrostu, niczym niewyróżniający się mężczyzna. Przy pani prokurator wyglądał jak brzydki karzeł, ale Zuza po prostu należała do kobiet, przy których trudno było wypaść korzystnie.

- Jak dobrze, że pani już jest. Czekaliśmy na panią. Nie wygląda to dobrze. Szczerze mówiąc, zupełnie nie mam pomysłu, co z tym fantem zrobić - nakreślał Zuzie sprawę, zbliżając się do windy.

- O co chodzi, panie komisarzu? Jest jakoś wyjątkowo drastycznie? Ile mamy trupów? Wie pan, nie chciałabym, żeby Klara... Właśnie, byłabym zapomniała. To jest Klara Wasowska, reprezentuje miesięcznik „Na Tropie", prywatnie– moja przyjaciółka.

Klara nieśmiało wyciągnęła rękę w kierunku policjanta, a ten obrzuciwszy ją podejrzliwym spojrzeniem, przywitał ją męskim uściskiem dłoni.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com