Krajobrazy mojej duszy 2 - Jarosław Bzoma - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 441 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krajobrazy mojej duszy 2 - Jarosław Bzoma

„Krajobrazy” to cykl 6 tomów, w których autor zadaje pytania i stara się dać odpowiedź na fundamentalne psychologiczno-filozoficzne zagadnienia metafizyczne, epistemologiczne i ontologiczne dotyczące człowieka. To sokratejski przewodnik po tym, co ludziom znane i nieznane, czego chcieliby się dowiedzieć o sobie samych, a co często leży na pograniczach i peryferiach ludzkiej świadomości. Co leży w zakresie naszego poznania, a co być może na zawsze pozostanie tajemnicą.

 

Czym jest materia?

Czy istnieje UFO?

Czy próby zbudowania takich pojazdów w czasie II Wojny Światowej i po niej powiodły się?

Czy projekty pędnika grawitacyjnego J.Pająka są mrzonką, czy mają realne podstawy funkcjonowania?

Czy możliwe jest wyruszyć świadomością na Księżyc, Słońce i kolejne planety Układu Słonecznego?

Opinie o ebooku Krajobrazy mojej duszy 2 - Jarosław Bzoma

Fragment ebooka Krajobrazy mojej duszy 2 - Jarosław Bzoma






Strona redakcyjna


Część pierwsza

Skoro poprzednia książka została już zamknięta, potraktujmy ten wpis jako początek następnego tomu.

Szirin, czym będziemy się zajmowali w nowych snach?

Wracamy zza niewielkiej rzeczki. Przechodzimy przez nieduży mostek. Chodziłem na tamtą stronę po to, aby pokazać mojemu znajomemu, co tam można zobaczyć. Mostek i rzeczka znajdują się na tyłach mojego domu letniskowego (w rzeczywistości jest tam tylko spora łąka i drzewa).

Drzwi do sieni z jednej i drugiej strony domu były przez cały ten czas otwarte. Wyganiamy jakieś kurczaki, które spacerują po domu. Mamy już wracać do miasta, znajomy tymczasem gdzieś zniknął, chyba poszedł do samochodu. Zamykam drzwi wyjściowe kluczem. Naciskam na klamkę, ale nadal nie zostały zamknięte, mimo że przekręciłem klucz w zamku. Przyglądam się kluczowi. No jasne, to nie ten, którego potrzebuję. Wracam do środka poszukać właściwego klucza. Abym nie wyszedł przed znajomym na lebiegę, krzyczę do niego, że jeszcze coś biega po domu. Wracam do kuchni, skąd wybiegają dwa kurczaki – jeden większy, drugi mniejszy. Za nimi w pewnej odległości pędzi jeszcze jakiś dziwny ptak. To jakiś gatunek dekoracyjny, trochę podobny do perliczki, ale nieco większy.

Zapomniałem już, po co wróciłem. Idę za tymi ptakami do sieni. Tam widzę jakieś zamieszanie – ludzie wchodzą i wychodzą. Wraz z nimi opuszczam pomieszczenie. Z sienią domu coś się wydarzyło, bo drzwi wyjściowe są w innym miejscu, niż były dotychczas!!!

Stoję za drzwiami z tyłu budynku. Dochodzę do wniosku, że to chyba nie jest mój dom, bo ma ściany obłożone trochę odstającymi od siebie białymi płatami dykty. Zaraz za drzwiami znajduje się metrowej wysokości skarpa. Na niej płot. Skarpa jest porośnięta wyschniętą trawą. Nie rozumiem, co się stało, u mnie za domem znajduje się dwadzieścia arów łąki!!!

Próbuję zwrócić na siebie uwagę otaczających mnie ludzi, pytam, co oni wszyscy tu robią, ale nikt nie zwraca uwagi na moje słowa i gesty!!! Kłótnia pomiędzy nimi dotyczy wypasu muflonów, tyle zdołałem zrozumieć z tego, co do siebie mówili.

Nagle pojąłem wszystko!!! To sen, a ja jestem tutaj śniącym pomiędzy mieszkańcami jakiegoś realnego świata (realnego przynajmniej dla nich). Doskonałe dostrojenie, nie do odróżnienia od realności.

Kiedy tylko zdałem sobie sprawę, że to świadomy sen, zacząłem tracić dostrojenie. Nie próbowałem niczego zrobić, aby je podtrzymać, jako że sytuacja dokoła mnie nie była zbyt ciekawa.

Obudziłem się i znowu zasypiam.

Poziom Z.R.

Tarzam się po podwórku z wielką świnią. Udaje mi się w końcu wstać. Jestem w jakimś dziwnym ubraniu, które przypomina długą koszulę. Jestem bez spodni i boso. Świnia też się już podniosła na nogi, więc uciekam przed nią na prawo w stronę szopy. Szopa od strony podwórka nie ma ścian. Wbiegam pod dach, ale stoi tutaj mnóstwo różnych gratów. Wpadłem na skrzynkę z narzędziami. Niechcący włożyłem do niej stopę i o mało się przez to nie wywróciłem. Wybiegam z szopy i dużym łukiem omijając świnię, biegnę pod ścianami obejścia, odwrotnie do ruchu wskazówek zegara.

Teraz stoję na jakimś sześcianie podobnym do załadowanej palety, tyle że cztery razy większej. Na palecie są różne opakowania z jedzeniem w środku. Na wierzchu leżą otwarte pojemniki z kolacji, którą wieczorem zjadłem na Ziemi – puszka po sardynkach i folia z resztką „serka babuni”.

Przychodzi mi do głowy, że stoję na tym, co zjadłem przez całe życie!!!

Słyszę głos ze swojej lewej strony:

– Myślicie, że jesteście lepsi, bo macie to wszystko? Co noc oglądam te wasze filmy ze świata dobrobytu i mam już tego dosyć!!!

(Nas czy biedy? Trudno mi się w tym połapać!)

Stoję pod ogromnym plakatem. Plakat jest w stylu propagandowych plakatów kubańskich. Tak mi się skojarzył, bo robotnik na afiszu ma ciemną karnację, ale to nie jest Murzyn, właśnie raczej Kubańczyk.

Mężczyzna trzyma rękę zaciśniętą w pięść w geście protestu.

Magazyn z napojami. Pełno palet pod ścianami i jeszcze paletowa wyspa na środku hali.

Dwie kobiety schowane za tą wyspą opakowań z napojami przygotowują jakieś jedzenie. Muszą być tego większe ilości, bo kiedy zaglądam za skrzynki, widzę duże prostokątne gary. Nie wiem, czy kobiety mnie widzą, bo nic nie mówią i nie przerywają mieszania jedzenia.

Zagaduję coś do nich. Jedna z kobiet robi się większa, niż była dotychczas. Odpowiada na moje słowa zalotnie (?) (chyba nie dosłyszała) :

– Kebla toka?

W niewielkim pokoiku tuż nad ciemnowiśniowo-brązową kanapą wisi mapa w płaskiej brązowej ramie. Musi być bardzo stara, widać ślady wielokrotnego składania, i to dość przypadkowego. Teraz jest rozprostowana, pewnie przyklejona do podłoża. Mapa ma ciemnożółtą barwę. Całe pomieszczenie jest utrzymane w kolorach ciemnego brązu i żółci.

Kiedy uważniej próbuję przyjrzeć się mapie, wyłania się z niej wąska, żylasta twarz, szersza niż wyższa!

Teraz przyglądam się mężczyźnie napinającemu jakąś mleczną półprzezroczystą, jakby mokrą płachtę na jakieś upiornie wychudłe ręce i nogi, jak mi się zdaje na pierwszy rzut oka. Nawet trochę się przestraszyłem. Pomyślałem, pod wpływem poprzedniego widoku żylastej gęby, że to też jakiś szkielet. Dziwadło.

Na szczęście okazuje się, że to stelaż z patyków. To chyba rodzaj żagla, bo kiedy mężczyzna skończył napinać materiał na kije, wziął całą konstrukcję w dłonie i podniósłszy całość żagla nad głowę, wyszedł z chaty. Idzie nad ocean. Fale są średniej wielkości.

Po wodzie pływa mnóstwo łódeczek i stateczków o rozmiarach dziecięcych zabawek. Wyglądają na poniszczone i porzucone.

Kobieta stojąca za ladą objaśnia mi (lada jest z prawej strony):

– Trzeba robić masówkę!

Coś ta konstrukcja z patyków i pęcherza nie sprawdziła się w praktyce, bo smagły mężczyzna pochwycił ją w gniewie i cisnął o ziemię zaraz za pierwszą chatą, którą mijał, wracając znad brzegu oceanu. Rzucił tę konstrukcję do ogniska, które jeszcze się tliło na piasku. Mężczyźni, którzy siedzieli nieopodal na piasku, natychmiast podnieśli się i podbiegli do roznieconego niespodziewanie ogniska i przerażeni zaczęli zadeptywać ogień.

Mój rozmówca odzywa się z desperacją w głosie:

– Ale co ja mogę zrobić? Wywiesić flagę we Francji? To i tak nic nie da!

Ja na to:

– Dlaczego tak mówicie? Przecież to tylko diabeł!!!

Rozmówca:

– Zażąda trzech tysięcy trzystu! Matko Boska!!!

(To dla nich jakaś astronomiczna suma!)

Przechodzę na głębszy poziom snu. Poziom Szirin.

To ma być „wyścig” w drukowaniu bezdebitowym pieniędzy albo ulotek informacyjnych o podobnym formacie. Kiedy przychodzimy we dwóch do domu, okazuje się, że dopiero co był nalot. Dwóch smutnych panów wycisnęło informację z domowników, gdzie jest tajna drukarnia.

Biegniemy przez miasto. Znamy je lepiej niż „panowie” (czyżby nietutejsi?).

Wpadamy do drukarni, mówimy do drukarza, żeby kalibrował / programował sprzęt. Sprzęt to spora szafka stojąca na stole. Samą drukarkę, która jest niewielkich rozmiarów, schowa się na razie pod stołem, łączący je kabel nie będzie się rzucał w oczy. Zanim tutaj dotrą, zdążymy wydrukować sporo egzemplarzy. Nawet jak już wejdą, to zanim ogarną sytuację i dotrą do stołu, zdąży się wydrukować jeszcze sporo dodatkowych sztuk.

Kolega razem z drukarzem skupiają się nad programatorem drukarki, a ja póki co kładę drukarkę na stole i próbnie drukuję kilka recept i skierowań.

Budzę się. Nie, to nie może być prawda, mam brać udział w wyzwoleniu spod czyjegoś ucisku ciemnoskórych. Może czarnego / mieszanego proletariatu spod ucisku czarnej elity? Naoglądali się naszych seriali i im odbiło!!!

Pytam Szirin, gdzie to wszystko się dzieje i co to za ludzie.

Głos:

– Pytanie brzmi jak pytanie, gdzie widzimy statek Brytania [1] (niczego o nim nie wiem), kiedy go sobie przypominamy.

Czy jest w:

  • – nadprzestrzeni [2],

  • – podprzestrzeni [3],

  • – hiperprzestrzeni [4]?

Widzę komplet trzech płaskich kluczy. Na całej powierzchni mają wytłoczony wzór. Jest nim najzwyklejsza kratka, tyle że ukośna.

Każdy klucz jest kluczem do innej przestrzeni:

  • – Pierwszy: do nadprzestrzeni – widzę rozwarte pionowo dwa ramiona (jak w cyrklu), pomiędzy nimi rozpięta błona. Błona siłą sprężystości od swojej szerszej, wolnej strony jest wklęsła. To obraz leja w przekroju. Tych konstrukcji widać wiele. Wielkość ze względu na brak punktu odniesienia jest mi nieznana.

  • – Drugi: do podprzestrzeni – widzę postać ludzką opartą plecami o jedną z wielu wypukłych form. Wypukłe formy są ustawione w rzędzie po lewej stronie ekranu śnienia. Jest ich wiele, a człowiek jest jeden, zwrócony twarzą na prawo w moim ekranie śnienia.

  • – Trzeci: do hiperprzestrzeni- widzę przestrzenny lej położony poziomo, zwrócony szerokim wylotem w prawo.

Siedzę w samochodzie. Panuje w nim atmosfera, w której nie da się oddychać (dosłownie). Zostać w nim może tylko kierowca. Dwóch pasażerów, którzy siedzieli z nim w samochodzie, musi wysiąść. Ja, świadek, obserwuję jedynie tę sytuację.

Na drodze, którą mamy podróżować, powstał ogromny korek. Doniesiono nam o tym, zanim wyruszyliśmy w podróż. Korek posuwa się bardzo powoli. Nie ma sensu wyjeżdżać ani teraz, ani nawet za godzinę, bo chociaż koniec sznura aut znikł z naszego pola widzenia, to pewne jest, że znajduje się niedaleko stąd. Gdybyśmy teraz wyruszyli, i tak trafilibyśmy na niego i trzeba by wlec się w ogonie.

Obserwuję drzwi. Mają zawiasy po lewej stronie i otwierają się do środka (ja stoję w środku). Zawiasy są tuż przy ścianie prostopadłej do zamkniętych drzwi. Od środka pod samymi drzwiami stoi stołek. Nie porusza się przy otwieraniu drzwi po łuku, bo zablokowałby drzwi po kilkunastu centymetrach. Stołek przesuwa się w dwóch kierunkach jednocześnie, wykonuje ruch po łuku i jednocześnie wędruje w stronę zewnętrznej krawędzi drzwi, podobnie jak owoce (to chyba pomarańcze) rozrzucone na podłodze furgonetki na zakręcie siłą bezwładności turlają się kierunku w przeciwnym do ruchu pojazdu (siła bezwładności to siła urojona, w rzeczywistości przedmiot, który jej „podlega”, kontynuuje ruch w swoim kierunku, a to otoczenie zmienia kierunek). Czyli nie owoce, a furgon zmienia kierunek poruszania się.

Głos:

– To budzi mieszane uczucia, podobne do tych, jakie powstają wtedy, kiedy powiemy kobiecie, że wygląda jak bułka gotycka.

– Umieramy w tym samym dniu, w którym się urodziliśmy, reszta naszych odczuć to poślizg, jakiemu ulega nasza świadomość.

Obraz z komentarzem:

Takiemu samemu złudzeniu ulegamy, kiedy zakleimy folią okno wybite w samochodzie. Złudzenie trwa, dopóki nie ruszymy z miejsca.

Pracuję w jakiejś jednostce badawczej. Nastawiłem ogórki na małosolne (na jawie pewnie zaciekawiłoby mnie, czym ta jednostka tak naprawdę się zajmuje).

Przychodzę do pracy na drugi dzień. Kierowniczka przedstawia mi jakiegoś mężczyznę. Mówi, że gdyby tych ogórków, które wczoraj nastawiłem, było trochę więcej, niż nam potrzeba, to ten pan bardzo chętnie kilka weźmie. Szefowa pyta, ile ich mamy. Odpowiadam, że na początku miało być sześć, ale dałem więcej i teraz jest około dwunastu. Nadmieniam, że ogórki będą gotowe za jakieś trzy dni, bliżej niedzieli.

Tak naprawdę ogórków jest więcej, ale tego akurat nie miałem ochoty ujawnić.

Przyznaję, że treść moich własnych snów przerosła mnie. Przestrzeń, o którą pytam, jest pozbawiona powietrza, coś w niej jest nie tak z grawitacją oraz z czasem. Separacja od niej jest złudna, a na dodatek sam ukrywam jej elementy przed otoczeniem. Muszę w jakiś sposób podciągnąć „tyły”, czyli nieco się dokształcić. Państwu również przyda się kilka informacji na tematy, których dotyczyły opowiedziane przed chwilą sny.


Pytania o istotę świata

„Od czasów Newtona fizyka przebyła długą drogę i ciągle nie wiemy, jak daleko jeszcze do jej końca, do całkowitego zrozumienia istoty świata. W gruncie rzeczy nie wiemy nawet, czy taki koniec istnieje. Chociaż fizycy skłaniają się, przynajmniej w części, do poglądu, że kwarki i leptony to już cząstki podstawowe, ciągle nie ma pewności, czy nie są one zbudowane z czegoś jeszcze mniejszego. Jeśli cząstka nie jest punktem i posiada rozciągłość przestrzenną, to coś powinno zajmować tę przestrzeń. Czymkolwiek jest to »coś«, właśnie z tego musi być zbudowana cząstka. Przy tym rozumowaniu, stosując w mikroświecie wyobrażenia o materii zaczerpnięte z naszego makroświata, dojdziemy do przekonania, że najbardziej elementarnej »cegiełki« w ogóle nie ma, że materia jest »nieskończona w głąb« (przychodzi tu na myśl powiedzenie Lenina o »niewyczerpywalności elektronu«)” [5].

„Można by sobie wyobrazić, że cząstka elementarna to coś w rodzaju chmury szarańczy, składającej się z setek tysięcy owadów. Poszczególne osobniki giną, inne się rodzą, ale w przypadku cząstki tych zjawisk już nie zaobserwujemy, bo rozmiar jednego „owada” jest wielokrotnie mniejszy od już i tak małej całej cząstki, a czas życia wielokrotnie krótszy. Możemy tylko obserwować trajektorię całej chmury (po śladach na polach) i przewidywać (zasada nieoznaczoności) jej zachowanie. Przy tak dużej liczbie elementów „cząstka” będzie też przejawiała pewne własności falowe.

W świecie fizyki tak już jest, że wraz ze zmniejszaniem się obiektów gwałtownie wzrastają siły działające na te obiekty, od bardzo słabych sił grawitacyjnych oddziaływujących we wszechświecie do krańcowo potężnych sił wiążących ze sobą kwarki w nukleonach. Te ostatnie siły są tak wielkie, że dotychczas nie wykryto eksperymentalnie kwarków jako cząstek swobodnych. Gdyby te cząstki miałyby się składać z kolejnych mniejszych elementów, to, można przypuszczać, występowałby tam nowy rodzaj sił jeszcze potężniejszych.

Mechanika kwantowa z modelem standardowym, mimo niezaprzeczalnych osiągnięć także w życiu codziennym: jej efektem są m.in. diody i tranzystory), jak już powiedziano, nie jest ostateczną teorią materii. Nie obejmuje ona grawitacji, a jej zgodność z danymi doświadczalnymi okupiona została dopasowanymi (niewynikającymi z teorii) parametrami. Nie jest to absolutnie elegancka teoria, czego należałoby oczekiwać od Uniwersalnej Teorii” [6].

„Kontrowersyjna też jest jedna z podstawowych tez tej teorii: zasada nieoznaczoności. Osobiście nie podoba mi się świat, w którym, chociażby w najmniejszej skali, miałoby rządzić tylko prawdopodobieństwo. Myślę, że nie taka jest fizyka Natury. Bardziej byłbym skłonny już przypuszczać, że materia jest bardziej rozbudowana (jak w tej zoologicznej analogii powyżej) „w głąb” (może nawet nieskończenie) i dwa elektrony, będąc dla nas w tym samym stanie kwantowym, nie muszą się wcale jednakowo zachować (jakieś nieuchwytne dla nas, poniżej naszego progu obserwacji, różnice między nimi istnieją). Być może fakt, że nie można jednocześnie z dowolnie dużą dokładnością określić położenia i pędu cząstki, związany jest z tym, że te wielkości w ogóle nie istnieją, a istnieją tylko fale interpretowane przez nas jako cząstki. Ale i w takim wypadku pełna charakterystyka takiej „falo-cząstki”, a także jednocześnie innych (może nawet wszystkich we Wszechświecie, bo niektóre z oddziaływań mają przecież nieograniczony zasięg) powinna determinować zachowanie się tego, co interpretujemy np. jako pojedynczy elektron.

Generalnie, wydają się prawdopodobne dwa główne »scenariusze« podstawowej istoty materii:

  • Tak, jak wcześniej powiedziano, materia jest »niewyczerpywalna w głąb«. Byłby to obraz dosyć pesymistyczny, bo mógłby oznaczać, że nigdy nie dojdziemy do końca, chyba że istnieje możliwa do odkrycia prawidłowość rządząca tą »niekończącą się złożonością«.

  • Materia, w naszym potocznym rozumieniu, w ogóle nie istnieje, a istnieją tylko fale, drgania, zakrzywienia czasoprzestrzeni itp., odbierane przez nas jako cząstki materii.

Uznaję istnienie materii, lecz nie wiem, czy materia jest materialna – F. Dostojewski.


Perspektywy teorii strun

Być może kluczem do stworzenia ostatecznej teorii są wielowymiarowe przestrzenie i właśnie teoria superstrun? Może właśnie geometria miniaturowej, około stu miliardów miliardów razy mniejszej od protonu, struny odpowiedzialna jest zarówno za pochodzenie sił, jak i za strukturę materii? Jak widzieliśmy, w wyższych wymiarach zagadnienia się upraszczają, a teorie zyskują na elegancji, obejmując swym zasięgiem większy zakres zjawisk. Słabym punktem teorii superstrun jest to, że nie potrafimy jej w chwili obecnej w żaden sposób udowodnić (tak samo jak żadnej teorii zdefiniowanej przy energii Plancka wynoszącej 1019 miliardów elektronowoltów). Kontrowersje wzbudza zwłaszcza przestrzeń o dodatkowych, zwiniętych, wymiarach. Czy rzeczywiście świat posiada więcej niż trzy wymiary przestrzenne, a jeżeli tak, to dlaczego niektóre uległy zwinięciu?

Wydaje się oczywiste, że trzy wymiary to liczba minimalna, aby mogło istnieć bogactwo form, w szczególności tak skomplikowanych, jak materia ożywiona. Jako prosty przykład przedstawia się tutaj dwuwymiarowe zwierzę, które rozpadłoby się na dwie części rozdzielone przewodem pokarmowym. Równie trudno wyobrazić sobie na przykład obieg krwi w takim stworzeniu. Jeśli nasz obserwowalny Wszechświat jest »częścią« dziesięciowymiarowej czasoprzestrzeni, to można rozważać przynajmniej dwa wypadki:

  • 10-wymiarowy świat znajdujący się w stanie o maksymalnej symetrii był niestabilny (o nadmiarze »energii wewnętrznej«) i dążąc do stanu równowagi, załamał się: sześć »zbędnych« wymiarów uległo zwinięciu, a 4-wymiarowa czasoprzestrzeń uległa rozszerzeniu, wypełniając się materio-energią.

  • Z dziesięciowymiarowej czasoprzestrzeni mogło powstać wiele »równoległych« światów, także o innej liczbie wymiarów niż nasz świat, ale tylko w takiej czterowymiarowej czasoprzestrzeni mogły zaistnieć takie struktury materio-energii, z których powstałby nasz Kosmos i my sami.

Teoria superstrun to bardzo zaawansowany matematycznie model. Niektórzy z matematyków stwierdzili, że może należałoby ją traktować jako gałąź matematyki, bez względu na to, czy ma jakieś fizyczne znaczenie. Istotne przede wszystkim jest, aby opracowany model był doskonale zgodny z fizyczną rzeczywistością we wszystkich jej przejawach. Być może, że teoria superstrun będzie takim modelem. I być może, że wtedy na pytanie, z czego zbudowana jest ta mała struna, w czym rozchodzą się te drgania będące cząstkami elementarnymi, będziemy mogli tylko odpowiedzieć, że tym tworzywem jest eter...

Paradoksalne jest to, że im bardziej podstawowe i fundamentalne aspekty materii są badane, tym bardziej abstrakcyjne stają się rozważania nad nimi! Jeden z największych matematyków w XIX wieku, Alferd North Whitehead, powiedział, że matematyka na swoim najgłębszym poziomie jest nierozdzielna z fizyką na jej najgłębszym poziomie. Można jednak wierzyć, że u podstaw fizyki leży niewielki zbiór podstawowych zasad, mogących być wyrażonych prostym językiem, bez konieczności odwoływania się do matematyki. I że z tych zasad, wyrażonych już w formie eleganckiego równania matematycznego (ewentualnie zestawu równań), będzie można odtworzyć otaczający nas świat z całym bogactwem zjawisk fizycznych oraz jego przeszłością i przyszłością” [7].

List do T.K.

Sądzę, że sprawy dotyczą czegoś bardziej ogólnego niż sprawa kubańskich niepokojów wywołanych zmianą u sterów władzy.

Zaraz to Panu wykażę!

Pytam Szirin, w jakim celu pokazała mi ten świat na krawędzi wybuchu rewolucji. No i żeby nie tracić nocy, może jeszcze niech mi opowie, czy teoria Hsu i Zee [8] jest prawdziwa. Mam pewne wątpliwości, czy kompresja i czytelność danych w obydwu dziedzinach naraz będzie możliwa, na dodatek tak, abym był w stanie je od siebie oddzielić, w relacji z jednej nocnej podróży. No ale niech się „kobita” stara, pewnie potrafi nie takie rzeczy!

Jadę motocyklem (czyli jednośladem – to ważna uwaga, wynikająca z późniejszej analizy całego snu).

Za mną siedzi żona, której tak naprawdę nie oglądam przez cały sen, ale wiem, że siedzi za mną!

Skręcam z drogi, którą jechaliśmy na prawo w kierunku stacji benzynowej. Zanim jeszcze dojechaliśmy do dystrybutora, widzę, że na stacji jest jakieś zamieszanie. Zdaje się, że kilku facetów na motocyklach zatankowało paliwo i nie ma zamiaru za nie zapłacić. Jeden z nich, siedząc już na swojej maszynie, krzyczy do obsługi stacji (stacja jest po jego prawej stronie):

– Siedźcie w środku, bo jak tylko wyjdziecie, to was wszystkich rozpierdolę!!!

Zatrzymałem motocykl spory kawałek przed stacją. Czekam, aż ta banda odjedzie, nie chcę, aby pomyślano, że mamy z nią coś wspólnego. Dla osób postronnych każdy motocyklista wygląda tak samo (czarna skóra i kask na głowie!!!).

Odjeżdżają.

Zrezygnowałem z tankowania, ale stoję dalej przed stacją. Czekam, aż odjadą dalej. Po paru chwilach motocykliści zniknęli za zakrętem podjazdu. Pojechali w stronę, w którą i my jedziemy. Odczekałem jeszcze parę minut i ruszyłem w dalszą podróż. Jadę nieśpiesznie, nie chcąc ich dogonić.

Z podjazdu skręcam na prawo.

Któryś z kolei z moich zmysłów mówi mi, żeby jechać przepisowo, bo zaczyna robić się niebezpiecznie. Doganiam białą furgonetkę (dwuślad!!!). To biała, odrapana buda na kołach. Tknięty poprzednim przeczuciem, na wszelki wypadek nie wyprzedzam jej, mimo że się strasznie wlecze.

I dobrze zrobiłem!!! Furgonetka OGRANICZA ZNACZNIE MOJE POLE WIDZENIA (!) i nie widzę, co się dzieje na lewym, przeciwnym pasie ruchu.

Nagle z ogromną prędkością z naprzeciwka przemykają motocykle. Chyba dwa, ale szybkość jest tak wielka, że trudno rozpoznać, co to było, a nie ile ich przejechało. Moje zmysły zarejestrowały jedynie zmianę ciśnienia, niebieskie błyski policyjnej lampy i takie wwwWWWWRRRRrrrum...

Fantastyczny przykład efektu Dopplera [9]. Spoglądam w swoje lewe lusterko wsteczne. Rzeczywiście, to dwa motocykle, teraz, kiedy są daleko za mną, widzę, że ten z migającą niebieską lampą zablokował ściganego, spychając go na mój prawy pas (dla nich lewy).

Myślę sobie, że dobrze, że mnie coś „tknęło”. Gdybym zaczął wyprzedzać furgon, zostałaby z nas miazga!!!

Jadę dalej za furgonetką. Muszę ochłonąć z szoku, jakiego przed chwilą doznałem. Na dodatek zaczął się odcinek drogi w przebudowie. Na prawym poboczu widzę fragment nawierzchni wyłożony kostką brukową, to pewnie ma być jakiś przystanek. Trochę na tej kostce trzęsie i robi się spory hałas, więc zjeżdżam troszeczkę na lewo na stary asfalt, bliżej osi jezdni, ale ciągle poruszam się prawym pasem.

Skupiłem całą uwagę na bruku, a tymczasem kiedy podnoszę wzrok na furgonetkę, bardziej widzę, niż słyszę, bo motocykl zagłusza zewnętrzny dźwięk, że po prawej stronie, kilka metrów za rowem biegnącym wzdłuż drogi, stoją co kilkanaście metrów żołnierze w hełmach.

Coś się szykuje???

Kiedy zza furgonetki wyłania się czwarty czy piąty z kolei żołnierz (bardziej domyślam się przyczyny, niż ją widzę czy słyszę), ktoś siedzący w furgonetce jedną długą serią z karabinu maszynowego kładzie po kolei cały ten szereg ludzi.

Natychmiast się zatrzymałem, nie chcąc w tym uczestniczyć. Tymczasem furgonetka odsłoniła swoje wnętrze, obskurna obudowa zniknęła, a na drodze ukazało się kilku stojących w grupie mężczyzn. Pierwszym, który stał najbliżej nas, był mężczyzna grożący obsłudze na stacji benzynowej. Wyglądało to trochę tak, jakby jadąc wspólnie, grupą, mężczyźni przekształcali się w furgon. Kiedy jechali oddzielnie, mieli pod sobą motocykle, a kiedy się nie poruszali, byli jedynie mężczyznami stojącymi na własnych nogach!!!

Dzieli nas niewielka odległość, najwyżej kilkanaście metrów i... słupek znaku drogowego wbitego w środek mojego pasa ruchu. Staram się tak ustawić, aby nas trochę osłaniał, ale przecież to nie jest żadna ochrona przed ich bronią.

Facet, który krzyczał na stacji, że nas wszystkich rozpierdoli, stoi twarzą do nas, jest zupełnie obojętny i nie porusza się, natomiast ten, co stoi zaraz za nim, wyciąga granat i rzuca w kierunku leżących żołnierzy. Teraz widzę, że za żołnierzami jest ogrodzenie. Może to jego pilnowali?

Granat nie wybucha – albo to niewypał, albo ma duże opóźnienie, albo wszystko dzieje się tak szybko, że czas zwolnił!!!

Ten najbliżej nas nadal się nie porusza, nie jest wobec nas agresywny, patrzy nic niewidzącym wzrokiem. Kolejny mężczyzna, stojący za tymi dwoma najbliżej nas, rzuca granat do rowu po drugiej (mojej lewej) stronie szosy, na dodatek robi to na ukos – granat ląduje bliżej nas, niżbyśmy tego chcieli. Również nie wybucha. My nie ruszamy się z miejsca, jesteśmy całkiem odkryci, nasz ruch może spowodować reakcję ze strony mężczyzn. Szans na ucieczkę raczej nie mamy, tym bardziej że kiedy się zatrzymaliśmy, motocykl pod nami przestał istnieć!!!

Tymczasem nadeszła kolej na tego faceta od „rozpierdalania”. Wyciągnął skądś, nie mam pojęcia skąd, bo ładunek ma rozmiary grubej płyty chodnikowej, prostokątną minę jasnego koloru z krzyżującymi się na powierzchni wytłoczeniami.

Tej bomby nie trzeba nigdzie rzucać!!!!!!!!!!

W uszach jeszcze dźwięczą mi jego słowa: „Wszystkich was rozpierdolę!!!”.

Teraz już nie ma na co czekać. Rzucamy się do ucieczki. Żona jest cały czas za mną, chociaż jej nie widzę (trochę jak plecak). Biegniemy jak najdalej od nich, w stronę rowu po przeciwnej stronie drogi, niż stało wojsko, mam jednak w pamięci, że wrzucono tam granat. Chcemy uciec od tego miejsca i ukryć się w przepuście pod jezdnią.

Biegniemy tak szybko, że aż powietrze stawia opór. W moich uszach rozbrzmiewa dźwięk, jaki słyszy się po otwarciu okna w samochodzie, który jedzie z dużą szybkością (przerywane dudnienie sprężającego się powietrza – to również efekt Dopplera).

Za plecami słyszę eksplozję pierwszego granatu!

Budzę się. Jeżeli sen był odpowiedzią na zadane pytanie, to odpowiedź brzmiała: „Abyś zdołał się uratować!”.

Zaczynam się zastanawiać, kim jest moja żona ze snów. Może to Szirin, a może jakiś typ przewodnika współtowarzyszącego, bo co to za przewodnik, który właściwie jest tylko świadkiem? Chyba że taka żona chroni przed strzałem w plecy...

No, nieźle się zaczęło. Na razie nie analizuję snu, domagam się jedynie czegoś wyraźniejszego na temat teorii tych dwóch facetów, Hsu i... kogoś tam.

Zasypiam i na poziomie Z.R.:

– Widzę, jak z zastawionego samochodami parkingu po lewej stronie wyjeżdża tyłem osobowy samochód i miażdży przód innego, który zatrzymał się równolegle do jezdni, po jej prawej stronie, zgodnie z obowiązującym kierunkiem jazdy.

– Idę środkiem autobusu (w głąb ekranu śnienia) od tyłu ku środkowi. Chyba miałem ochotę dojść do samego przodu, ale część przejścia od środkowych drzwi do przodu jest zatarasowana metrowej wysokości sześcianem. Wysiadam, nie próbuję pokonywać niespodziewanej przeszkody. Jeszcze we śnie nachodzą mnie refleksje, że autobusy są pełne stłumionej agresji z powodu stłoczenia ludzi na małej powierzchni (dość dziwny wniosek, tym bardziej że w autobusie, zdaje się, byłem sam).

– Stoję zwrócony twarzą do okna mojego domu. Rośnie przed nim duże drzewo (w rzeczywistości znajduje się ono w tym samym miejscu). Po lewej stronie mam „słynny” z moich poprzednich snów garaż. Stoję więc plecami do drzewa i widzę rozwidlające się nad głową na dwie strony duże konary. Prawy konar jest oderwany od pnia, przerwa ma kilkanaście centymetrów, niemniej konar dalej jest na swoim miejscu, nie spadł na dół, chyba trzymają go jego gałęzie, o coś w górze zaczepione, może o gałęzie, które wyrastają z lewego konara (sytuacja trochę magiczna, a trochę prawdopodobna, jak podciśnienie). Szczelina złamania wygląda w ciekawy sposób. Konar jest odkruszony, jak gdyby był nie z drewna, lecz z czegoś o strukturze szkła.

– Stoję przed zamkniętymi drzwiami i czubkiem prawego buta testuję sprężystość trawy podszytej gęstym mchem. Sprawdzam, jak mocno mogę ją zgnieść.

Poziom Szirin

Trzymam w rękach nieduże urządzenie. To chyba...tak, wygląda podobnie jak mój opiekacz do tostów (ten prawdziwy nazywa się Sunrise). Trzymam go mocno lewą ręką za obudowę, a prawą próbuję wcisnąć ruchomą gałkę, ściskającą sprężynę wyrzutową. Żadnych tostów ani niczego podobnego nie widzę, ten „opiekacz” ze snu nie ma nawet otworów do ich wkładania!!!

Ściskam wewnętrzną sprężynę, ale odbija bez zahaczenia, próbuję drugi, trzeci raz. Kiedy za trzecim podejściem dogniatam mocniej, w „opiekaczu” następuje eksplozja, takie „pufff”. Widzę błysk, ale nie na zewnątrz – przeświecał przez nieprzezierną obudowę.

Budzę się.

Wstaję. Idę do kuchni. Wyjmuję z szafki toster i... wagę kuchenną.

Toster waży kilogram i dziesięć dekagramów!!!!!!!

Przypomnę to, co powiedział Hsu i Zee: „Przepis na stworzenie świata jest całkiem prosty. Trzeba jedynie wziąć niewielką ilość materii, wystarczy umieścić ją w warunkach, jakie niegdyś wywołały inflację... wymaga ściśnięcia tego kawałka materii do ogromnej gęstości”.

Albo mam już zdrowe omamy z pogranicza snu i jawy, albo to ja programuję przebieg własnych snów według mojego widzimisię, albo... to jest prawda!!!!!

Dlatego następnej nocy pytam Szirin, a właściwie już tylko proszę:

– Powiedz, czy to wszystko, o czym śnię, jest prawdą, bo mam wrażenie, że coraz bardziej oddalam się od „normy” i tego, co uważałem za prawdę.

Jestem „głową” ciągu identycznych prostokącików. Po mojej prawej stronie, równolegle do mojego ciągu, znajduje się drugi twór, identyczny. Identyczny co do wyglądu i liczby prostokątów, również jest zakończony „głową”, ale o innej świadomości.

Budzę się.

Odpowiedź godna filozofów wszystkich czasów. Każdy ma swoją prawdę. Bo czymże jest prawda? Czyż nie zbiorem paradygmatów [10], które pozwalają nam funkcjonować optymalnie w jakiejś „rzeczywistości”? No to się dowiedziałem tego, co i tak przecież wiedziałem. Jedyna korzyść jest taka, że teraz bardziej wiem, że nigdy niczego tak naprawdę, czyli obiektywnie, się nie dowiem. Po prostu nie ma niczego takiego, co można by uznać za obiektywne.

Ręce opadają!!!

Teraz rozumiem, co mieli na myśli masoni, nazywając Boga Wielkim Budowniczym. Ostatecznie metoda, którą się posługuję, jest dostępna od zawsze dla wszystkich. Wszystkich chcących się czegoś dowiedzieć u źródła, a nie przez system pośredników, zakazów, nakazów i tabu.

Pozostało mi już tylko zapytać się, co jest zakodowane w tej, pełnej zerojedynkowych dipoli, poświacie wielkiego wybuchu. Jak brzmi przekaz twórcy dla całego stworzenia. Oczywiście wszyscy spodziewają się przekazu w stylu: „Tu byłem, Johny”.

Chyba nawet już wiem, jaka będzie odpowiedź. Taka jak ze snu o kondensatorze świadomości. Przyczyną powstania „naszego” wszechświata jest powstanie różnicy potencjałów pomiędzy bierną namiętnością a namiętną biernością.

Ale zapytam jeszcze raz. Sądzę, że warto spróbować.

O, i proszę bardzo, nie trzeba było czekać do nocy. Wystarczyła flaszka porteru Grand Imperial i nadeszła taka oto refleksja.

Ten byt, który nas stworzył, to ten sam byt, jaki właśnie tworzymy swoim rozwojem reinkarnacyjnym, rozwijając świadomość istnienia. Nic nie poradzę na to, że czasu ani przestrzeni nie ma, w świecie świadomości tak naprawdę stworzenie i twórca są tym samym. Mrzonki o przekazie w formie zdania, które potrafimy odczytać po wielu wiekach rozwoju, pozostawmy pomiędzy bajkami. Przekaz jest ciągły – jak każda reakcja zwrotna. To sny i rzeczywistość są słowami Naszego Boga. To On sam we własnej osobie i percepcji własnej osoby.

In statu nescendi!!!

A każdy inny ogląd jest cząstkowy. Qod erat demonstrandum!

Niemniej zapytam o to Szirin przy najbliższej okazji.

– Proszę Cię, Szirin, o uchylenie rąbka odwiecznej tajemnicy i ukazanie, czy we wszechświecie jest zakodowany jakiś przekaz dla takich jak my ludzi.

Ktoś albo coś patrzy na mnie. Jesteśmy do siebie zwróceni twarzą w twarz. Oblicze, które widzę, jest skądś mi znajome. Znajduje się tak blisko mojej twarzy, jakbym przytknął nos do lustra. Nie pada pomiędzy nami żadne słowo, ale mimo to następuje przepływ informacji. Przekaz dotyczy wspólnego bytowania, ale nie potrafię go po obudzeniu zwerbalizować!!!!

Chyba źle sformułowałem pytanie. Zapytałem, czy jest jakiś przekaz, a nie: jaki jest.

Przed ponownym zaśnięciem pytam Szirin:

– Jaki przekaz został zakodowany w poświacie wielkiego wybuchu?

Moje pytanie zostało mi w jakimś sensie zwrócone i ocenione!!!

Jak oceniłbym taką oto sytuację:

Ktoś przywiózł na jarmark kobietę, która wczoraj urodziła dziecko. Postawił ją na skrzyni i rozebrał do naga przed oczami ciekawskiej gawiedzi. Kiedy wszyscy gapie przybliżyli się do nich, obwoźny pokazywacz rzeczywistości prezentuje publiczności, jak wygląda matka na drugi dzień po porodzie. Nie szczędzi szczegółów anatomicznych i fizjologicznych. Każe jej nawet stanąć w rozkroku!!!

Budzę się zażenowany. Jest mi po prostu wstyd. Czy naprawdę było to aż tak intymne pytanie?

Przepraszam.

A może właśnie dlatego wtajemniczeni są zobowiązani do milczenia?

Ale żeby aż tak dotykało to Twórcę Wszechświata?

Nie mogę tego zrozumieć!

Jestem tak wstrząśnięty, że potrzebuję nieco odetchnąć. Powrócę zatem do lektury.

Brnijmy dalej w najnowsze odkrycia światowej nauki.

Przetrwanie świadomości w formach białkowych jest na dłuższą metę niemożliwe. Jak postuluje Tipler, prędzej czy później, jeżeli oczywiście pokonamy granice technologiczne, zanim wielki ogień albo wielki mróz nas pochłonie, będziemy zmuszeni do załadowania swoich świadomości do komputerów i wysłania ich we wszechświat. Będą to najzwyklejsze samoreprodukujące się sądy von Neumanna, skrzyżowanie statku kosmicznego i fabryki robotów. Po przybyciu do dowolnego celu stworzą w odpowiednich warunkach takie życie biologiczne, jakie jest niezbędne do reprodukowania się świadomości w zadanych warunkach.

Skąd my to wszystko znamy?

A może von Neumann nie przewidział jednego. Mianowicie tego, że świadomość nie potrzebuje statków kosmicznych ani robotów w swojej peregrynacji. Może świadomość jest obecna we wszechświecie i stymuluje swoją wolą „krystalizowanie” biologicznych nośników, takich jak znani nam skądinąd ludzie albo pomniejsze, zalążkowe bądź wycinkowe świadomości, których nośnikami są towarzyszące ludziom zwierzęta? Prawdziwy robot von Neumanna też już jest znany i również pozostaje dla ludzkiego oka mało uchwytny, jak „statki kosmiczne” świadomości – to proces przez ludzi nazywany ewolucją!!!!!

Trafiłem na jeszcze jeden ciekawy pomysł, mianowicie Tipler twierdzi, że kiedy wszechświat będzie się zapadał (bo gdyby miał się nie zapadać, to wszystko zamarznie i będzie z tego mrożony klops), a zatem jeżeli tak się stanie, to wraz z rosnącą temperaturą czas będzie zwalniał, możliwe stanie się przetwarzanie danych niemal w nieograniczonym tempie. Ciekawe, skąd ten pan wie, że myślenie jest niezależne od szybkości upływu czasu. Przecież to nonsens. Czas jest odczuwany przez ludzi w wyniku przepływu procesów myślowych. Czytajmy dalej: będzie panowała wszechwiedza. Tu ciekawa zbieżność z moim wglądem po butelce porteru. Cytuję Tiplera: „Ludzie mówią o Bogu jako o stwórcy życia. Ale może celem życia jest stworzenie Boga?”.

No i mamy tu typowy przykład widzenia przekroju zamiast wielowymiarowości. Proszę przypomnieć sobie mój niedawny sen o tym, że hiperprzestrzeń to niby to samo, co nadprzestrzeń. Niestety nie, hiperprzestrzeń pochodzi ze świata nauki i jest przekrojem, a nadprzestrzeń pochodzi ze świata fantazji, dlatego jest bliższa rzeczywistości, tej ze świata snu oczywiście.

Ciekawe, skąd ten pan Tipler wie, czy my już nie jesteśmy w stanie zwalniającego czasu. A jak temperatura się podniesie do pięćdziesięciu stopni Celsjusza, to niby gdzie ta świadomość będzie świadoma, skoro jest połączona z układem białkowym, niby w tych niepalnych sondach von Neumanna? Jak ten pan może sprawdzić, czy początek materii z czasów wielkiego wybuchu już nie wraca? Światło najdalszych gwiazd, które dzisiaj widzimy, to cały horyzont zdarzeń, jaki jest nam dostępny do analizy, a nie wszystko, co w tym wszechświecie się wydarzyło od początku jego powstania. Krańce zobaczymy, w najlepszym razie, za kilka miliardów lat. Ale, u diaska, dlaczego w umysłach tych panów świadomość jest ciągle nierozerwalnie połączona z materią????? Czasem myślę, że współczesna nauka to prawdziwy CIEMNOGRÓD, ciemnogród materializmu.

Czytam dalej i widzę, że Tipler poszedł na kompromis, w tym punkcie, w którym staniemy się wszechwiedzący, będziemy już nie w białkowych giezełkach, o nie, nasze istnienie przeistoczy się w komputerową symulację. Na Boga, znów niepalny komputer, dlaczego nie powiedzieć tego wprost?

Będziemy, ponieważ i tak jesteśmy niematerialną świadomością!!!

Dzisiaj próbowałem znowu dostroić się do przekazu, który ma się znajdować w poświacie wielkiego wybuchu.

Niestety, embargo, jak w przypadku Atlantydy!

Dzisiaj zacznę z innej beczki.

Zapytam o ciemną materię i ciemną energię. Czym one tak naprawdę są?

Mój list do T.K.

Nigdy nie sądziłem, że podobnie jak Pan będę przywiązywał tak wielką wagę do duszy jako części Wszechświadomości. Dziś, kiedy myślę o mojej duszy, jestem szczerze wzruszony. Jeszcze półtora roku temu, zanim zacząłem podróżować we śnie, ta koncepcja była mi raczej obojętna. Dziś pozaczasowa i pozaprzestrzenna świadomość jest dla mnie taką oczywistością, że aż sam się dziwię, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Długi czas pozostawałem pod urokiem buddyzmu i jego koncepcji wyzwolenia. Ostatecznie można by znaleźć łącznik pomiędzy nirwaną a bezbrzeżną i bezczasową świadomością, podobnie jak połączenie pomiędzy naszą wizją duszy /świadomości a chrześcijańskim widzeniem spraw duchowych. Chrześcijaństwo ma jedną, tylną furtkę – czyściec. Nikt nie jest w stanie zaprzeczyć, że nie jest to wyjście do cyklu reinkarnacji. A sprawa Boga i jego troistości... Kogo to po tamtej stronie obchodzi? Niech kolejny duży Pawełek bawi się dwoma patyczkami, ale ich ze sobą na tamtą stronę nie zabierze i nikomu oka tam nimi nie wykole.

Dlatego jak się tak tym wszystkim duchowym koncepcjom bliżej przyjrzeć, to naprawdę nie ma o co kruszyć kopii. To znaczy jest o co – o władzę, prestiż i pieniądze, no i o to, co chyba tak naprawdę tutaj, na Ziemi, najważniejsze: o to, żeby moje było na wierzchu.

Pozdrawiam. Lecę dzisiaj w objęcia ciemnej energii i być może takiejże materii (zapytam o Leppera, ale to takie mało duchowe zagadnienie).

J.B.

Szirin, czy wiadomo ci coś bliższego na temat samobójstwa Leppera?

Głos:

– Układ optyczny tego teleskopu jest nastawiany automatycznie, ale na szczęście można go też regulować ręcznie.

Obraz:

Całe zawirowanie, chciałoby się powiedzieć, cały ten „taniec” dookoła góry, odbywa się w połowie zbocza, gdzieś pomiędzy ziemią a jej szczytem.

Budzę się. Przyznam się, że spodziewałem się zobaczyć, jak Lepper nakłada sobie pętlę na szyję albo jak ktoś mu ją nakłada na siłę, a tu znowu zagadka. Chyba że wzmianka o ręcznej regulacji właśnie dotyczy samodzielnego przerwania życia, które jest „nastawione automatycznie”.

A oto i informacja, jaką usłyszałem po dwunastu godzinach od momentu obudzenia się:

„Prokuratorzy znaleźli na biurku i w pokoju sporą liczbę wezwań do zapłaty, wystawionych na szefa Samoobrony. Były tam również dokumenty świadczące o olbrzymich długach Andrzeja Leppera.

Kolejną sprawą, do której dotarł reporter RMF FM, to obraz telewizora w gabinecie Leppera, który został zatrzymany stopklatką o godzinie 13:15:04. Był to program telewizji informacyjnej. Na ekranie widniał obraz z Donaldem Tuskiem, a w podpisie komentarz do kampanii wyborczej. Jak sprawdził reporter RMF FM, o tej porze prezentowano serwis informacyjny, w którym była mowa między innymi o wyborach, a także o likwidacji 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego”.

Wracam do naszych spraw.

Szirin, opowiedz mi o ciemnej materii [11]!

W gęstym, ciemnym lesie z drzew wystają u podnóża każdego z nich jak konary siedzenia. Na tych siedzeniach widzę siedzących ludzi. Ale wyglądają jakoś kukłowato, trochę jak napompowane manekiny.

Podróżuję po tym lesie z kawałkiem zielonego liścia oddartego z włoskiej kapusty.

Budzę się. Na razie nie będę tego analizował pytam teraz:

Szirin, a czym jest ciemna energia [12]?

Głos:

– Od wieków tak wciela się informacja!

Obraz:

Ojciec zabił matkę. Nie tak wprost, zrobił to przez jakieś pozornie niezwiązane bezpośrednio z jej śmiercią działanie!

Przyznał się do tego przede mną, sam już wcześniej czegoś się domyślałem. Nie mam zamiaru go wydać! Niech karą dla niego będzie to, co teraz mu powiem:

– Jesteś człowiekiem chorym na niedorozwój uczuć.

On odpowiada, że uczucia to bzdury, których nauczyłem się od żony.

Zaprzeczam i mówię mu twardo:

– Uczucia istnieją, istnieje również wyższa wrażliwość. Ty przez wychowanie zostałeś ich pozbawiony. Jesteś nieszczęśliwym człowiekiem, w którym nie nastąpił rozwój wyższych uczuć. Nie jesteś tego świadomy, bo uczucie miłości budzi w tobie lęk o to, że utracisz swoje ja i nie będziesz mógł sprawować kontroli nad innymi. Boisz się, że inni zaczną cię wykorzystywać. Tymczasem nauczono cię, że to ty możesz wykorzystywać innych.

Przez cały czas, kiedy mówię do ojca, idziemy obok siebie. Skręcamy w lewo.

Pewnie prawie każdy syn mógłby i chciałby coś takiego powiedzieć ojcu, ale sądzę, że ten ojcowski chłód emocjonalny to opis ciemnej energii!!!

Beznamiętna / pozbawiona empatii / bezwzględna!!!

To Świadomość dająca życie, ale pozbawiona miłości, czyli Obojętna Świadomość, stojąca u podstaw świata widzialnego.

Oczywiście „nasi” naukowcy uważają, że ciemna materia, jak i energia mają wyłącznie parametry fizyczne. Nie przychodzi im do głowy, że mają również Świadomość. Nie uwzględniają też w swoich równaniach, że materia „jasna” oprócz masy ma ją również (najśmieszniejsze, że współczesna nauka, mimo swego triumfalnego pochodu, do dziś nie ustaliła, czym jest masa):

– Ciemna materia wrasta do naszego jasnego wszechświata.

– Ciemna energia odpycha.

Ciemna materia jest pniem, z którego wyrasta nasz wszechświat widzialny.

Ciemna energia jest Obojętną Świadomością, którą my przerabiamy jak bakterie pasożytujące na „jasnej” materii na... miłość!!!!!! A może jedynie na świadomość bycia?

Wczoraj zrobiłem rzecz straszną, a na pewno lekkomyślną. Poszedłem do punktu ksero i odbiłem całą książkę w trzech egzemplarzach.

Przyniosłem ją do domu i wręczyłem do przeczytania mojej ziemskiej żonie. Początkowo nawet jakoś jej szło, ale na trzydziestej piątej stronie puściły jej nerwy i wpadła w jakiś rodzaj spazmatycznego przerażenia. Nasłuchałem się – nazwała mnie wariatem, ponurym opętańcem. Całe wczorajsze popołudnie i dzisiejszy ranek próbowałem ją uspokoić. Aby udowodnić jej, że po tamtej stronie nie jest tak strasznie, wytłumaczyłem, że to tylko moje krajobrazy. Taki mam nastrój wewnętrzny, jej mogą być inne, weselsze. Dla załagodzenia sytuacji opowiedziałem żonie o „diabłach” na Księżycu. Znowu się zaczęło wszystko od początku, aż skończyło się płaczem, ale chyba powoli żona zaczyna się przyzwyczajać do tego, że ma męża zdrowego wariata.

Tak mnie wczorajszy dzień wytrącił z równowagi, że w nocy zapytałem Szirin, co mam z tą książką dalej robić. Dać sobie spokój czy mimo wszystko brnąć naprzód.

Taką oto uzyskałem odpowiedź.

Widzę po lewej stronie, jak powinno przycinać się drzewa. Ogrodnicy tną je dość silnie, wtedy cały trawnik pod nimi jest oświetlony w pełni światłem słonecznym. Teraz kolej na moje poletko. Poletko jest na zboczu po prawej stronie ekranu snu.

Wygląda jak prostokąt węższym bokiem nachylony do dołu (po prostu wielka „ziemna” książka).

Cały prostokąt jest obsadzony brzózkami. Niektóre są większe, inne jeszcze całkiem małe. W środku za ogrodzeniem z brzózek jest pas zielonego trawnika, a w środku pole. Na polu jest już tylko ściernisko. Zboże, jak widać, dopiero co zżęto. Trochę mnie zdziwiło, czym je zbierano, bo w środku pola rośnie kilka młodych drzewek (uschniętych samosiejek). Polecono mi wyciąć te samosiejki.

Głos mówi mi, że po tym zabiegu, mimo że brzózki są nieco zbyt gęsto nasadzone na obrzeżu, poletko będzie się wszystkim podobać.

Opowiedziałem żonie, co Szirin odpowiedziała mi na to pytanie. Odpowiedź z tamtej strony chyba zrobiła na niej wrażenie, bo zaczęła myśleć nad okładką książki.

I tak Szirin zamieszkała w naszym domu już oficjalnie i chyba na stałe.

Wracając do ostatniego snu, domyślam się, że chodzi o moje pełne erudycji komentarze, bo przecież to, co oni sami mi przyśnili, jest przecież niepodważalnie żywe – tak jak te brzózki. Uschnięte mogą być tylko moje drętwe gadki. Jednak będę udawał, że nie wiem, o co chodzi. Ostatecznie to ma być również moja książka, a nie tylko ich!

Potraktuję na razie te suche badyle jak ozdobę w stylu bonsai.

Postanowiłem wykorzystać Szirin do recenzowania mojej pisaniny (jest najwidoczniej urządzeniem wielozadaniowym).

Pytam, co trzeba usunąć z tekstu i czy może mi podpowiedzieć, gdzie szukać oficyny, która najlepiej to wyda.

Siedzę na dachu kilkupiętrowego budynku. Towarzyszę grupie kilku osób. Widzimy i słyszymy, jak ktoś na dole wychodzi z budynku (z lewej na prawą). Idzie, śpiewając. Wszyscy się uśmiechamy na dźwięk tej piosenki. Ja uczenie dodaję, że to raczej dudnienie różnicowe, a nie śpiew. Uśmiechy powoli znikają z twarzy moich towarzyszy.

Stoimy teraz w śródmieściu przy ruchliwym skrzyżowaniu. Opowiadam, że poznałem teorię głoszącą, iż mieszkańcy śródmieścia i peryferii to dwie różne rasy!!! Mają zupełnie odmienny sposób życia. Nawet wstają o innej porze.

Któraś z towarzyszących mi osób przyznaje mi rację. Mówi, że to bardzo trafne spostrzeżenie!!!!

Stoimy na przystanku w stolicy. Po moich obydwu stronach stoją dwie kobiety. Są ze sobą spokrewnione w dziwny sposób – ta z prawej jest siostrą tej z lewej, ale ta z lewej chyba nie ma siostry!

Przez cały czas rozmawiam tylko z tą stojącą po mojej lewej stronie. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyliśmy, iż nadjechał nasz autobus, tymczasem kobieta / siostra wsiadła do niego i odjechała, zostawiając nas na przystanku. Mówię do kobiety, z którą cały czas rozmawiam, żeby się niczym nie przejmowała, pojedziemy następnym.

Zagadaliśmy się na temat mojego pomysłu, że można by się kiedyś przespacerować do Marek pod Warszawą (to akurat w odwrotnym kierunku, niż właśnie czekamy). Kobieta jest sceptyczna, chyba nawet zdziwiona moim pomysłem. Raczej nie będzie mi towarzyszyć.

Rozmawiamy również o tym, że doradziłem komuś z filmu, aby zatrudnił znanego aktora, hindusa z Bollywood, do reklamy. Pomysł bardzo się producentowi spodobał, a i artysta wyraził zainteresowanie.

Stoimy dalej na tym przystanku, widzę, że trochę bardziej z tyłu, ale po tej samej lewej stronie, po której stoi moja towarzyszka, zatrzymał się hinduski aktor ze swoim towarzyszem (ten stoi jeszcze głębiej na lewo, ale jest dla mnie niewyraźny). Całą uwagę skupiam na Hindusie. Ten podniósł rękę do twarzy i wymazał sobie cały nos jakimś białym proszkiem. Wygląda teraz strasznie głupio!!!

Usunąć trzeba te moje przemądrzałe komentarze i teorie, jakie przypisuję wszystkiemu, co widzę po tamtej stronie. Co do wydawnictwa, to chyba trzeba go szukać w przeciwnym kierunku, nie będą to Marki pod Warszawą. Moja ocena aktorów tego „filmu”, jak widać na przykładzie Hindusa kokainisty, jest mało trafiona.

Chyba zajmę się innymi tematami, związanymi bardziej z praktyką. Postaram się jak najmniej teoretyzować.

Pytam Szirin, czy nie moglibyśmy w bezpieczny sposób dostać się do jakiegoś statku UFO patrolującego okolice Ziemi. Może przy okazji dowiedziałbym się czegoś o systemie napędu albo o innych ciekawych aspektach tych urządzeń.

Pojawiają się trzy pasy, niestety dwóch górnych kolorów nie zapamiętałem. A może takich kolorów nie da się zapamiętać? Obrazowi towarzyszył komentarz, chyba Szirin:

– Ich flaga, pas na górze.

– Nasza flaga, pas poniżej.

– Biały pas, flaga Hiszpanii [13] (to trzeci pas, najniżej położony, niestety nie wiem, dlaczego Hiszpanię połączono we śnie z białym pasem).

Widzę lwa wyrzeźbionego w piaskowcu. Stoi po mojej lewej stronie. Jego prawy policzek wygląda, jakby coś od wewnątrz przestało podtrzymywać strukturę kamienia. Pysk rzeźby lwa ma chyba oddawać wizerunek kalekiego zwierzęcia z niedorozwojem czaszki. To nie jest uszkodzenie rzeźby, bo miejsce niedorozwinięte jest również trójwymiarowe.

Od strony lądu wzbijam się i lecę nad fiordem głęboko wciętym w ląd. Kieruję się w stronę morza.

Podchodzę do zagrody, w której po lewej stronie wybiegu leży coś fokopodobnego. Rozglądam się, czy zwierzę ma dostęp do zbiornika z wodą. Po mojej prawej stronie jest jakieś zgłębienie. Podchodzę bliżej, chcę zobaczyć, czy jest tam woda. Zaglądam do „sadzawki”, tymczasem to nie sadzawka, a bezdenny silos, podobny do silosów podziemnych wyrzutni rakietowych. Myślę sobie, że może gdzieś tam na dnie jest woda, ale próba skoczenia do niej byłaby ostatnią kąpielą tej foki. Pewnie dlatego trzyma się z dala od silosu, leży oparta o ogrodzenia po przeciwległej stronie wybiegu.

Głos:

– Proszę na rokowania z bandytami. Pojedźmy tam!

Obraz: kryształowa karafka / dzbanek wygląda jak oryginał, ale to jej brat (!). Oryginał, Viktor, wyjechał do Nowej Zelandii [14]!!!

Budzę się.

Ja znam już takie Z.R.-y. Szirin złapała haczyk, a to są jej dostrojenia do zadanej sytuacji. Ufonauci są jakąś zaburzoną rasą, na dodatek to jakieś projekcje, a nie oryginalne istoty? Wiele bym dał za to, aby rozszyfrować kod kolorystyczny flagi, jaką się posługują! Swoje statki ukrywają gdzieś na Ziemi, a właściwie w jakichś tunelach. Na Nowej Zelandii?

Mówię ponownie do Szirin:

– Chcę do UFO-kokpitu i jeszcze proszę, aby było trochę weselej, bo żona mówi, że straszny smutek wieje z moich podróży.

Najpierw na poziomie Z.R.-ów pojawia się sterta jasnych krążków, przypominających emaliowany komplet naczyń, ustawionych jedne na drugich. Rozbrzmiewa głos:

– Mieszkanie musi być pomalowane!

Zasypiam na dobre i...

Panują nieprzeniknione ciemności. Podjeżdżam jakimś pojazdem bez włączonych świateł. Wychodzę z niego wierzchem. Pojazd jest niewysoki, może nieco wyższy od kabrioletu, ale niższy od transportera. Towarzyszą mi co najmniej dwie osoby. Wyłażę na wierzch pojazdu i zeskakuję z niego na jakiś odgrodzony niewielkim płotkiem obszar (jakieś sześć na sześć metrów). Naprzeciw mnie na końcu ogrodzonego terenu połyskuje jakiś przedmiot wielkości sporego sarkofagu (!). Jest nieoświetlony, ale połyskuje odbitym światłem. Nie zwracam na niego uwagi, bo mój transporter odjechał już kilka metrów, więc mogę ruszać w kierunku, który mam zadany. W tym celu podchodzę do furtki, którą przeskoczyłem bez trudu, zeskakując z transportera, a teraz sięga mi do piersi. Chwytam za jej wierzch i sposobem, w jaki robią to na filmach komandosi, chcę ją pokonać jednym susem. Tymczasem pod moim ciężarem bramka się sama otworzyła, bo po prostu nie była zamknięta. Omal nie wywróciłem się na ziemię. Z transportera, który jeszcze nie odjechał zbyt daleko, słyszę stłumiony śmiech moich przewodników (widać Szirin przyjęła polecenie, aby było weselej).

Po przejściu bramki idę po ciemku na wprost.

Znam to otoczenie!!! To taki skrót, którym czasem za dnia chadzam od rozgłośni radiowej do przystanku na Lipowej, ścieżka pomiędzy grobami na cmentarzu przy Lipowej. A ja idę właśnie w kierunku głównej kaplicy i kostnicy. Nie boję się specjalnie, bo wiem, że to sen i w razie czego dam nogę na jawę.

Idę w całkowitej ciemności, ale po kilku krokach ocieram się o coś. To nie drzewo ani nie nagrobek. Jest mojego wzrostu, znajduje się z mojej lewej i prawej strony i jest... MIĘKKIE!!! Powiedziałbym nawet: ulotnie miękkie!

Myślę sobie, że przydałoby się troszeczkę światła. Od razu wszystko stałoby się jasne.

Na wysokości mojej twarzy pojawia się coś jak ekran, ale nie ma żadnych konturów. Ekran jest trójwymiarowy, wypełnia go słabe opalizujące światło. Wygląda trochę jak plama światła, kiedy po zamknięciu powiek koncentrujemy w ciemności wzrok na wysokości czoła. Ale ten jest bardziej wyraźny!!! Na tle poświaty przemieszczają się jakieś wzory o ostrych konturach. Widok przypomina wygaszacz ekranu.

Zaczynam śledzić wzrokiem jeden z takich wzorów. Kreska przemieniła się w wyraz. Nie znam tego języka, ale kiedy mu się dalej przyglądam, pomiędzy literami wyrazu pojawiają się inne, mniejsze i zapisane cieńszą linią.

Ktoś, tym razem bardziej konkretny, pojawia się po mojej prawej stronie, po tej samej, gdzie połyskiwał chłodnym światłem sarkofag, który wcześniej nie wzbudził mojego zainteresowania.

Wypowiadam w jego kierunku kilka zdań po francusku, ale postać nie reaguje. Mówię dalej (na jawie w ogóle nie znam tego języka).

Postać odpowiada po francusku:

– Powiedz więcej.

– Czyli co? Wcześniej nic nie potrafiłeś powiedzieć, a teraz już możesz?

– Nauczyłem się z tego, co do mnie powiedziałeś!

– Aha, rozumiem, chcesz, abym do ciebie mówił, najlepiej jak najwięcej o sobie samym, to nauczysz się „ludzkiego” języka (międzynarodowego) jeszcze lepiej. Ale cwaniak!!!!!

Wkładam czarny galowy mundur z błyszczącymi złotem pagonami. I... odsłaniam firankę zasłaniającą okno.

Budzę się.

Moja interpretacja

Pasy to poziomy, na których się „trzepoczemy”.

Moje wyobrażenie o „lwie” nie przystaje do rzeczywistości, w jakiej można napotkać UFO.

Możemy rozmawiać jedynie z kopią prawdziwych łobuzów. Oryginały są umieszczone w „sarkofagach” Zwycięzca, pewnie największy z nich, jest na antypodach. Baza na Ziemi może jest tam, gdzie zwykle mieszkają foki (czy mieszkają na Nowej Zelandii? Sprawdziłem po obudzeniu – mieszkają!!!! I UFO również często bywa tam widziane!!!).

Naczynia w stosie to być może napęd tych statków, a może informacja o tym, że potrafią się grupować w większe struktury.

Oczywiście nie chodzi tu o cmentarz, a o odludzie (fiord), strefę pozbawioną żywego człowieka. Kaplica to centralne miejsce, z którego statek jest sterowany. Załoga znajduje się po lewej niedaleko sterowni (kostnica), czyli jest mniej uchwytna niż „nasza” materia, ten sarkofag po prawej i jego twardsza niż załoga (bo z prawej) reprezentacja to pewnie dowódca, który pozwolił mi się pobawić mundurem dowódcy!!! A może to prezent??? Kaplica to kokpit statku, w którym obsługą (mentalną) monitorów zajmuje się świadomość istot fizycznie śpiących w sarkofagach zainstalowanych niekoniecznie na pokładzie statku.

A co, jeżeli Gurdżijew miał rację i te statki Czarnych przybywają na cmentarz po dusze im niezbędne do zasilania Księżyca???

A oto informacje, do których dotarłem w internecie następnego dnia. Przysięgam, że nie miałem wcześniej o tym najbledszego pojęcia!!!

„Tajemnice i ciekawostki Nowej Zelandii [15]

#D2. Fluktuacje czasu, które w Nowej Zelandii powodują zmiany konfiguracyjne odnotowywalne tylko dla przyjezdnych z dalekich stron:

W Nowej Zelandii na porządku dziennym są niezwykłe »fluktuacje czasu« opisywane dokładniej w punktach #C6 do #C6.1 strony internetowej timevehicle_pl.htm – o wehikułach czasu. Powodem owych częstych w Nowej Zelandii naturalnych fluktuacji czasu jest eksplozja wehikułu czasu koło miasteczka Tapanui, która miała tam miejsce w 1178 roku. Eksplozja ta opisana jest dokładniej w punkcie #H1 do #H4 tej strony, a także na odrębnej poświęconej jej stronie tapanui_pl.htm – o eksplozji wehikułu czasu koło Tapanui.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.