Krabat - Otfried Preussler - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Bona Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 280 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krabat - Otfried Preussler

Czternastoletni Krabat miewa dziwne sny: nieznany głos uporczywie namawia go do wizyty w młynie na Koźlim Brodzie. Miejsce to okazuje się niezwykłe: młynarz po zapadnięciu zmroku zamienia się w jednookiego czarnoksiężnika, który paktuje z ciemnymi mocami, a swych czeladników zaznajamia z tajnikami czarnej magii. Za opanowanie nadludzkich mocy płaci się jednak bardzo wysoką cenę...

Autor Krabata oparł fabułę na popularnej łużyckiej legendzie; mroczna atmosfera, niesamowite przygody i ciężar tajemnicy - to cechy, które swoimi korzeniami sięgają ludowych baśni z terenów polsko-niemieckiego pogranicza. Ta niesamowita historia trzyma czytelnika w napięciu aż do ostatniej strony. Warto dodać, iż jest to jedna z najczęściej nagradzanych pozycji w dorobku Otfrieda Preusslera, tym razem skierowana do nieco starszych czytelników niż Mały Duszek czy Malutka Czarownica. Potencjał książki wykorzystał Marco Kreuzpaintner, który zekranizował powieść Preusslera w 2008 roku, nadając filmowi tytuł Uczeń Czarnoksiężnika.

Opinie o ebooku Krabat - Otfried Preussler

Fragment ebooka Krabat - Otfried Preussler









Tytuł oryginału niemieckiego: Krabat

Tłumaczenie: Krzysztof Radziwiłł, Janina Zeltzer

Opieka redakcyjna: Małgorzata Pasicka

Redakcja: Anna Szczepańska-Krasoń

Adiustacja: Magdalena Kędzierska / d2d.pl

Korekta: Małgorzata Poździk / d2d.pl

Zestawienie przypisów: Anna Szczepańska-Krasoń Ilustracje i projekt okładki: Katarzyna Bajerowicz

Zdjęcie Autora na okładce: © by Francis Koenig

Montaż i przygotowanie okładki do druku: d2d.pl

Projekt typograficzny i skład: Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 1981 by Thienemann Verlag (Thienemann Verlag GmbH), Stuttgart / Wien Copyright © for the Polish translation by Jan Skórzyński Copyright © for the Polish translation by Janina Zeltzer Copyright © for the illustrations by Katarzyna Bajerowicz Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bona, Kraków 2011

Wydanie I w tej edycji

ISBN 978-83-62836-28-4

Wydawnictwo Bona sp. z o.o., ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków, tel. 12 430 22 90 biuro@wydawnictwobona.pl; www.wydawnictwobona.pl księgarnia internetowa: www.bonamedia.pl


Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu


Rok pierwszy


Młyn na Koźlim Brodzie

Działo się to pomiędzy Nowym Rokiem a świętem Trzech Króli. Krabat, wówczas dopiero czternastoletni chłopiec, zmówił się z dwoma innymi łużyckimi1 włóczykijami i chociaż panujący z łaski bożej najjaśniejszy pan elektor2 saski zakazał pod najsurowszymi karami żebraniny i włóczęgostwa w swoich włościach (ale sędziowie i wszelkie inne urzędowe persony na szczęście nie stosowały się do tego zbyt skrupulatnie), chłopcy przebrali się za trzech króli i wędrowali po okolicy Wojerecy od wsi do wsi. Wieńce ze słomy okalające ich czapki zastępowały im królewskie korony, a jeden z chłopców, wesoły mały Łobosz z Małkowa, odgrywał murzyńskiego króla, smarując się co rano sadzą. Z dumą szedł na przodzie, niosąc gwiazdę betlejemską, którą Krabat przymocował gwoździami do kija.

Kiedy zachodzili do jakiejś zagrody, brali Łobosza między siebie i śpiewali „Hosanna synowi Dawidowemu!” – to znaczy Krabat tylko poruszał wargami, ponieważ właśnie przechodził mutację. Za to pozostałe królewskie wysokości darły się wniebogłosy, aby to wyrównać.

W wielu gospodarstwach bito na Nowy Rok świnie i obdarowywano hojnie panów królów ze Wschodu kiełbasą i słoniną. Gdzie indziej znów częstowano ich jabłkami, orzechami i suszonymi śliwkami, a niekiedy nawet piernikami, ciastkami na smalcu, anyżowymi placuszkami i gwiazdkami z cynamonem.

– Ten rok zaczyna się dobrze! – mówił trzeciego dnia wieczorem Łobosz. – Oby był taki aż do samego sylwestra!

A obie pozostałe królewskie wysokości przytakiwały poważnie głowami, tęsknie wzdychając:

– Jeśli o nas chodzi, godzimy się na to chętnie!

Następną noc spędzili na sianie u kowala w Petrkowym Gaju; tam po raz pierwszy przyśnił się Krabatowi dziwny sen.

Jedenaście kruków siedziało na żerdzi i wpatrywało się w niego. Krabat zauważył przy tym, że na żerdzi było jeszcze jedno wolne miejsce, na samym końcu, po lewej stronie. Wówczas usłyszał głos, który brzmiał ochryple i wydawał się dochodzić skądś z dalekich przestworzy. Głos zawołał go po imieniu. Chłopiec nie miał odwagi odpowiedzieć. „Krabacie!” – rozległo się po raz drugi i trzeci: „Krabacie!”. Po czym głos rozkazał: „Idź do Czarnej Chełmży do młyna, nie będzie to z krzywdą dla ciebie”. Wówczas kruki poderwały się z żerdzi i zakrakały: „Usłuchaj głosu Mistrza, bądź mu posłuszny!”.

To Krabata zbudziło. „Co się też człowiekowi nie przyśni!” – pomyślał, obrócił się na drugi bok i znowu zasnął. Nazajutrz ruszył w dalszą drogę ze swymi towarzyszami, a kiedy przypomniały mu się kruki, śmiał się tylko.

Ale ten sam sen powtórzył się następnej nocy. Znów głos wołał go po imieniu, i po raz drugi krakały kruki: „Bądź mu posłuszny!”. To Krabata zastanowiło. Nazajutrz zapytał gospodarza, u którego nocowali, czy zna wieś, która nazywa się Czarna Chełmża czy jakoś podobnie.

Gospodarz przypomniał sobie, że już kiedyś taką nazwę słyszał.

– Czarna Chełmża… – zastanawiał się. – Ależ tak. W wojereckim lesie przy drodze prowadzącej do Lipki jest wieś, która tak się nazywa.

Następnym razem trzej królowie nocowali w Wielkich Martwicach. Również i tam śniły się Krabatowi kruki oraz ów głos, który wydawał się dochodzić z przestworzy; wszystko odbyło się zupełnie tak samo jak za pierwszym i drugim razem. Wtedy Krabat postanowił pójść za tym głosem. O szarym świcie, kiedy towarzysze jeszcze spali, wymknął się ukradkiem ze stodoły. Przy bramie obejścia spotkał służącą gospodarza, która właśnie szła do studni.

– Pozdrów ode mnie obu mych towarzyszy – polecił jej. – Niestety, muszę ich opuścić.

Od wsi do wsi Krabat pytał o drogę. Wiatr zacinał mu ziarnistym śniegiem prosto w twarz, tak że musiał co kilka kroków przystawać, aby przetrzeć sobie oczy. W wojereckim lesie zabłądził i stracił pełne dwie godziny, zanim odnalazł drogę do Lipki, osiągnął więc swój cel dopiero późnym wieczorem.

Czarna Chełmża była wsią taką samą jak inne puszczańskie wsie. Chałupy i stodoły stały długim rzędem po obu stronach drogi, zasypane głębokim śniegiem – smugi dymu nad dachami, parujące kupy gnoju, porykiwanie bydła. Na kaczym stawie dzieci jeździły na łyżwach, głośno pokrzykując. Ale Krabat daremnie szukał wzrokiem młyna. Jakiś starzec z wiązką chrustu na plecach szedł drogą pod górę. Krabat zapytał go o młyn.

– W naszej wsi nie mamy żadnego młyna – brzmiała odpowiedź.

– A w sąsiedztwie?

– Jeśli tamten młyn masz na myśli… – starzec wskazał kciukiem przez ramię. – Tam, na Koźlim Brodzie, z tyłu za nami, stoi młyn nad Czarną Wodą. Ale. – tu przerwał, jakby poczuł, że już za wiele powiedział.

Krabat podziękował za wyjaśnienie i ruszył we wskazanym kierunku. Lecz już po kilku krokach ktoś pociągnął go za rękaw. Kiedy się obejrzał, ujrzał znów starca z wiązką chrustu na plecach.

– O co chodzi? – zapytał Krabat.

Wówczas starzec podszedł bliżej i z wyraźnie malującym się na twarzy lękiem powiedział:

– Chciałbym cię przestrzec, chłopcze. Unikaj Koźlego Brodu oraz młyna nad Czarną Wodą. Dzieją się tam niesamowite rzeczy…

Krabat po krótkim wahaniu opuścił starca, ruszył dalej w drogę i wyszedł ze wsi. Ściemniało się szybko, więc musiał uważać, aby nie zboczyć ze ścieżki. Dygotał z zimna. Kiedy się obejrzał, zobaczył za sobą zapalające się tu i ówdzie światełka.

„Może byłoby mądrzej zawrócić?”.

– Ale, co tam! – mruknął do siebie i podniósł kołnierz. – Nie jestem przecież małym dzieckiem. A zresztą, przypatrzenie się nic nie kosztuje.

Pewien odcinek drogi Krabat przeszedł lasem po omacku, niczym ślepiec we mgle, aż trafił na polanę. Właśnie w chwili gdy miał już wyjść spod drzew, chmury się rozstąpiły i wychynął księżyc, zalewając nagle wszystko zimną poświatą.

Wówczas Krabat ujrzał młyn.

Oto stał przed nim, jakby przycupnięty w śniegu, mroczny i groźny niczym potężny drapieżny zwierz, który czyha na łup.

„Nikt nie zmusza mnie, abym wszedł do wnętrza młyna” – pomyślał Krabat. Natychmiast jednak naurągał sobie, że jest tchórzem, uzbroił się w odwagę i wyszedł z leśnego mroku na wolną przestrzeń. Śmiało skierował się do młyna, a ponieważ drzwi wejściowe były zamknięte, zapukał.

Pukał raz, pukał drugi, ale za drzwiami nic się nie poruszyło. Ani pies nie zaszczekał, ani nie skrzypnęły schody, ani nie rozległ się szczęk kluczy.

Krabat zapukał po raz trzeci tak mocno, że zabolały go kostki palców.

Znów odpowiedziała mu cisza. Wtedy spróbował nacisnąć klamkę i drzwi się otwarły, bo nie były zamknięte na zasuwę. Wszedł do sieni.

Powitały go grobowa cisza i głęboka ciemność. Tylko na samym końcu korytarza majaczyło jakieś słabe światełko, nikły odblask jasności.

– Gdzie jest światło, muszą być i ludzie – powiedział do siebie.

Z wyciągniętymi do przodu rękoma posuwał się po omacku dalej. Światło, jak się przekonał, podchodząc bliżej, sączyło się przez szczelinę w drzwiach zamykających korytarz w głębi. Gnany ciekawością podszedł, skradając się na palcach, do szczeliny i spojrzał przez nią.

Wzrok jego wniknął do ciemnej izby, oświetlonej blaskiem tylko jednej jedynej świecy. Świeca była czerwona, przylepiona do trupiej czaszki leżącej na stole, który zajmował środek izby. Za stołem siedział okazale wyglądający, ciemno ubrany mężczyzna o bardzo bladej twarzy, jakby pobielonej wapnem. Czarna przepaska przesłaniała mu lewe oko. Przed nim, na stole, leżała gruba, oprawna w skórę, zawieszona na żelaznym łańcuchu księga, którą czytał.

Nagle podniósł głowę i spojrzał ponad księgą, jak gdyby dopiero teraz odkrył obecność Krabata za szczeliną w drzwiach.

Jego wzrok przeniknął chłopca aż do szpiku kości. Oko, którym Krabat patrzył przez szparę, zaczęło swędzić i łzawić, widział teraz izbę jak przez mgłę. Krabat przetarł oko i wtedy poczuł, jak jakaś lodowata ręka kładzie mu się od tyłu na ramieniu, tak że nawet poprzez kurtkę i koszulę przejął go chłód. Równocześnie usłyszał, jak ktoś ochrypłym głosem powiedział w łużyckiej mowie:

– A więc jesteś!

Krabat wzdrygnął się, bo ten głos wydał mu się skądś znajomy. Kiedy się obrócił, stał naprzeciw mężczyzny z czarną przepaską na oku.

Skąd on się tu tak nagle wziął? Drzwiami w żadnym razie nie wszedł.

Mężczyzna trzymał w ręku świecę. Przyjrzał się Krabatowi w milczeniu, po czym wysunął podbródek do przodu i rzekł:

– Ja tu jestem Mistrzem. Możesz zostać u mnie uczniem, właśnie mi jednego brak. Chcesz?

– Chcę – usłyszał Krabat swoją odpowiedź. Ale głos jego brzmiał obco, jakby wcale nie do niego należał.

– A czego mam ciebie uczyć? Młynarstwa, czy też wszelkich innych rzeczy? – dopytywał się Mistrz.

– I tych innych rzeczy również – odparł Krabat.

Wtedy młynarz podał mu lewą rękę.

– Przybij na zgodę!

W momencie przybicia na zgodę w młynie rozległy się jakieś głuche, dochodzące jakby z głębi ziemi hałasy i stuki. Podłoga zakołysała się, ściany zadrżały, belki i węgary3 się zatrzęsły.

Krabat krzyknął i już chciał ratować się ucieczką – oby jak najdalej stąd! – ale Mistrz zastąpił mu drogę.

– To młyn! – zawołał, złożywszy ręce w trąbkę. – Teraz znowu miele!


Jedenastu i jeden

Mistrz skinął na Krabata, aby z nim poszedł. W zupełnym milczeniu oświetlał chłopcu drewniane schody wiodące na strych, gdzie czeladnicy mieli izbę do spania. W blasku świecy Krabat ujrzał dwanaście niskich prycz z siennikami, sześć po jednej stronie środkowego przejścia i sześć po drugiej; obok każdej pryczy stały szafka i stołek ze świerkowego drewna. Na siennikach leżały zmiętoszone koce, w przejściu kilka powywracanych zydli oraz porozrzucane w nieładzie koszule i onuce. Wyglądało na to, że młynarczyków wyciągnięto niespodziewanie z łóżek do roboty.

Tylko jedno posłanie było nietknięte. Mistrz wskazał tobołek z odzieżą leżący w nogach tej pryczy.

– Przyodziewek dla ciebie!

Rzekłszy to, odwrócił się plecami i oddalił ze świecą w ręku.

Krabat pozostał sam jeden i po ciemku powoli zaczął się rozbierać. Zdejmując czapkę z głowy, dotknął czubkami palców wieńca ze słomy. Ach prawda, jeszcze wczoraj był jednym z trzech króli, jakżeż teraz to wszystko wydawało mu się już dalekie.

Również strych rozbrzmiewał stukotem i łomotem młyna. Szczęściem było dla chłopca, że wprost padał z nóg ze zmęczenia. Zaledwie wyciągnął się na swym sienniku, natychmiast zapadł w sen. Spał jak zabity, spał i spał, aż obudził go promień światła.

Krabat usiadł na posłaniu i zdrętwiał z przerażenia.

Przy jego pryczy stało jedenaście białych postaci i przyglądało mu się w blasku stajennej latarni; jedenaście białych postaci z białymi twarzami i rękami.

– Coście za jedni? – zapytał przestraszony.

– Jesteśmy tym, czym wkrótce i ty będziesz – odpowiedziała jedna ze zjaw.

– Ale nic ci złego nie wyrządzimy – dodała druga. – Jesteśmy w tym młynie czeladnikami.

– Jest was jedenastu?

– Ty będziesz dwunasty. A jak się nazywasz?

– Krabat. A ty?

– Nazywam się Tonda i jestem starszym czeladnikiem. Ten ma na imię Michał, tamten Marcin, a tamten Jur… – wymienił po kolei imiona wszystkich, po czym zdecydował, że jak na dziś to wystarczy. – Śpij dalej, Krabacie, siły twoje będą ci jeszcze potrzebne w tym młynie.

Czeladnicy powłazili na swoje prycze, a ostatni z nich zdmuchnął latarnię.

– Dobranoc! – i już wszyscy chrapali.

Rankiem chłopcy zgromadzili się w czeladnej izbie. Cała dwunastka siedziała przy długim drewnianym stole. Na śniadanie była tłusta owsiana kasza; po czterech czeladników jadło z jednej miski. Krabat był głodny. Zabrał się więc do kaszy z żarłocznością wilka. Jeśli obiad i wieczerza będą takie, jak zapowiada śniadanie, to da się w tym młynie żyć.

Starszy czeladnik Tonda był chłopem na schwał, miał gęstą szpakowatą czuprynę, choć sądząc po twarzy, nie można mu było dać nawet trzydziestu lat. Jakaś wielka powaga promieniowała od niego, a właściwie z jego oczu. Krabat od pierwszego dnia czuł do niego zaufanie. Tonda ujął go spokojem i życzliwością, jaką mu okazywał.

– Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy zbytnio cię nie przestraszyliśmy! – zwrócił się Tonda do chłopca.

– Nie za bardzo – odparł Krabat.

Zjawy, oglądane przy świetle dziennym, okazały się chłopakami jak tysiące innych. Cała jedenastka mówiła po łużycku i była o kilka lat starsza od Krabata. W sposobie, w jaki mu się przyglądali, można było dostrzec pewne współczucie. Trochę go to dziwiło, ale nie przywiązywał do tego większej wagi.

Natomiast zastanowiło go to, że odzież, którą znalazł w nogach swojej pryczy, była wprawdzie znoszona, ale pasowała jakby na niego uszyta. Zapytał więc chłopców, skąd ją mają i do kogo przedtem należała; ale skoro tylko zadał to pytanie, czeladnicy przestali jeść i spojrzeli na niego ze smutkiem.

– Czy powiedziałem jakieś głupstwo? – zapytał Krabat.

– Ależ skąd – rzekł Tonda. – Ten przyodziewek został po twoim poprzedniku.

– No i…? – pytał dalej Krabat. – Dlaczego już go tu nie ma? Czyżby skończył naukę?

– Tak. Ten naukę skończył – powiedział Tonda.

W tym momencie nagle otwarły się drzwi. Wszedł Mistrz, był zagniewany, czeladnicy skulili się ze strachu.

– Nie paplać! – ofuknął chłopców. A zwracając swoje jedyne oko na Krabata, dodał szorstko: – Kto wiele pyta, ten wiele błądzi. Powtórz!

Krabat wyjąkał:

– Kto wiele pyta, ten wiele błądzi.

– Zapamiętaj to sobie raz na zawsze!

Mistrz wyszedł z izby czeladnej i drzwi zamknęły się z trzaskiem. Chłopcy zabrali się znów do kaszy, ale Krabatowi nagle odechciało się jeść. Wpatrywał się bezradnie w blat stołu, lecz nikt nie zwracał na niego uwagi.

A może jednak?

Kiedy podniósł oczy, Tonda spojrzał na niego przez stół i mrugnął porozumiewawczo; wprawdzie było to zaledwie dostrzegalne, ale Krabat był mu już i za to wdzięczny. Dobrze jest mieć przyjaciela w tym młynie, czuł to wyraźnie.

Po śniadaniu czeladnicy zabrali się zaraz do roboty i Krabat wraz z nimi opuścił izbę czeladną. W sieni stał Mistrz, skinął na niego i powiedział:

– Chodź ze mną!

Krabat wyszedł za młynarzem na dwór. Był słoneczny, bezwietrzny i zimny dzień. Na drzewach utrzymywał się szron.

Mistrz zaprowadził go na zaplecze młyna; w tylnej ścianie znajdowały się drzwi, które otworzył. Następnie weszli razem do komory z mąką, niskiego pomieszczenia z dwoma maleńkimi okienkami, zamglonymi od mącznego pyłu, który pokrywał również podłogę i ściany, a na dębowym wahaczu zawieszonym pod dachem tworzył powłokę o grubości palca.

– Wymieć do czysta! – padł rozkaz Mistrza, który wskazał mu miotłę obok drzwi i pozostawiwszy chłopca samego, wyszedł.

Krabat zabrał się ochoczo do roboty. Po kilku pociągnięciach miotłą otoczyła go jednak gęsta chmura kurzu – chmura mącznego pyłu.

„W ten sposób nic z tego nie będzie – zastanawiał się. – Kiedy z zamiataniem dojdę do końca komory, pył mączny osiądzie znów na początku. Otworzę okno.”

Ale okno było od zewnątrz zabite gwoździami, a drzwi zostały zaryglowane. Mógł nimi szarpać i bić w nie pięściami, ile tylko chciał. Nic nie pomagało – został uwięziony.

Cały się spocił. Mączny pył zlepił mu włosy i rzęsy, łechtał w nosie i drapał w gardle. Było to jak zły sen, który nie miał końca – dookoła nic tylko mączny pył, mączny pył w gęstych kłębach niczym mgła lub śnieżyca.

Krabat oddychał z trudem. Uderzył się czołem o wiszący wahacz, zakręciło mu się w głowie. Czy miał dać za wygraną?

Ale co powiedziałby Mistrz, gdyby po prostu odłożyć miotłę na bok? Krabat nie chciał z nim zadzierać, a przede wszystkim obawiał się utracić dobry wikt. Zmusił się więc znów do zamiatania, od początku do końca i od końca do początku, bez wytchnienia, godzina po godzinie.

Aż wreszcie, gdy wydawało mu się, że upłynęły już całe wieki, ktoś nadszedł i rozwarł gwałtownie drzwi. Był to Tonda.

– Wyłaź! – zawołał. – Obiad!

Krabat nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Zataczając się, wyszedł na świeże powietrze, ciężko dysząc ze zmęczenia. Starszy czeladnik obrzucił wzrokiem komorę, po czym, wzruszając ramionami, rzekł:

– Nie przejmuj się, Krabacie, dla każdego początki są zawsze trudne.

Wymamrotał parę niezrozumiałych słów i nakreślił ręką jakiś znak w powietrzu. Wówczas mączny pył w komorze uniósł się do góry, jak gdyby ze wszystkich szpar i szczelin wionął wiatr. Biała chmura wypadła przez drzwi i ponad głową Krabata pomknęła w kierunku lasu.

Komora została do czysta wymieciona, aż do ostatniego pyłku. Chłopcu ze zdumienia rozwarły się szeroko oczy:

– Jak to się robi? – zapytał.

Ale Tonda zamiast odpowiedzi rzekł:

– Wracajmy, Krabacie, zupa stygnie!


To nie kraina pieczonych gołąbków

Dla Krabata nastały ciężkie czasy. Mistrz zaganiał go niemiłosiernie do roboty, wciąż nawołując:

„Krabacie, gdzie się podziewasz? Jest tu jeszcze w spichrzu kilka worków do przeniesienia!” albo „Krabacie, chodź tu zaraz i przeszufluj zboże na strychu, ale porządnie, aż do samego spodu, aby nie zaczęło kiełkować!” albo „W mące, którą wczoraj przesiewałeś, jest pełno plew! Zaraz po kolacji zabierz się znów do przesiewania, a zanim mąka nie będzie całkiem czysta, nie wolno ci się położyć spać!”.

Młyn na Koźlim Brodzie mełł nieustannie, dzień po dniu, zarówno w dni powszednie, jak i w niedzielę, od wczesnego ranka aż do zmroku. Jedynie raz na tydzień, w piątki, czeladnicy mieli wcześniejszy fajerant, a w soboty zaczynali pracę o dwie godziny później.

Kiedy Krabat nie musiał taszczyć zboża lub przesiewać mąki, trzeba było rąbać drzewo, odgarniać śnieg, nosić wodę do kuchni, czyścić zgrzebłem konie lub wywozić z obory gnój – krótko mówiąc, zawsze miał ręce pełne roboty, a wieczorem, kiedy już leżał na swoim sienniku, czuł się jakby połamany. Bolał go krzyż, skórę na plecach miał poobcieraną, a ręce i nogi tak obolałe, że było to prawie nie do zniesienia.

Krabat podziwiał swych towarzyszy. Wydawało się, że ciężka codzienna harówka nic ich nie kosztuje. Nikt nie czuł się zmęczony, nikt nie narzekał, nikt ani nie pocił się przy pracy, ani nie tracił tchu.

Pewnego dnia Krabat odgarniał śnieg, aby był dostęp do studni. Poprzedniej nocy bowiem śnieg padał nieustannie i wicher zawiał wszystkie drogi i ścieżki. Krabat musiał zaciskać zęby, gdyż przy każdym podrzuceniu szufli odczuwał kłujący ból w krzyżu. Właśnie wtedy wyszedł do niego z młyna Tonda i po upewnieniu się, że są sami, położył mu rękę na ramieniu.

– Krabacie, nie poddawaj się.

W tym momencie chłopiec poczuł, że wstępuje w niego nowa siła. Bóle znikły, jakby zdmuchnięte. Chwycił więc mocniej szuflę i już chciał zabrać się z gorliwością do dalszej roboty, ale Tonda mu w tym przeszkodził.

– Mistrz nie powinien tego zauważyć – poprosił – ani też Liszko!

Ten Liszko, chude i długie jak tyka chłopaczysko ze spiczastym nosem i zawistnym spojrzeniem, od pierwszego dnia nie bardzo się Krabatowi podobał. Wyglądał na czającego się po kątach szpicla i donosiciela, przed którym ani chwili nie można się było czuć bezpiecznym.

– Dobra – rzekł Krabat i przy dalszym szuflowaniu udawał, że kosztuje go to wiele trudu i wysiłku. Wkrótce potem nadszedł niby to przypadkiem Liszko.

– No, Krabat, jak smakuje ci robota?

– Jak ma smakować – odburknął chłopak. – Skosztuj psiego łajna, Liszko, a będziesz wiedział.

Od tego czasu Tonda podchodził częściej do Krabata i potajemnie kładł mu rękę na ramieniu. Wtedy chłopiec czuł przypływ świeżej siły i praca, choćby najcięższa, szła mu przez jakiś czas jak z płatka.

Mistrz i Liszko nigdy się o tym wszystkim nie dowiedzieli, jak również i reszta młynarczyków: ani Michał i Marcin, cioteczni bracia, obaj obdarzeni niedźwiedzią siłą i wyjątkowo dobroduszni, ani dziobaty figlarz Jędruś, ani Hanzo, przezwany buhajem, o byczym karku i krótko przystrzyżonej czuprynie, ani Petrek, który po fajerancie zabijał czas struganiem łyżek, ani Staszko, cwaniak, chybki4 jak łasiczka i zręczny jak małpka, którą Krabat kiedyś, przed laty, podziwiał na jarmarku w Królewskiej Warcie, ani Kito, który latał z miną, jakby funt ćwieków miał w żołądku, ani Kuba, milczek, również nic nie zauważyli, ani tym bardziej, rozumie się samo przez się, głupi Jur.

Jur, krępy chłopak z krótkimi nogami i płaską, upstrzoną piegami twarzą przypominającą księżyc w pełni, był, z wyjątkiem Tondy, najdłużej w młynie. Na młynarza się jednak nie bardzo nadawał, ponieważ, jak Jędruś zwykł był z niego drwić: „Nie miał dość smykałki, aby móc odróżnić otręby od mąki”, a to, że z gapiostwa dotychczas nie potknął się w przemiałowni i nie dostał się między żarna, zawdzięczał tylko tej okoliczności, że głupota i szczęście chętnie chodzą w parze.

Do takich przytyków Jur był przyzwyczajony, cierpliwie pozwalał Jędrusiowi na drwiny, a kiedy Kito groził mu wygarbowaniem skóry z powodu jakiejś błahostki, bez sprzeciwu nadstawiał policzek. A gdy, co zdarzało się często, czeladnicy spłatali mu jakiegoś figla, godził się z tym, szczerząc zęby, jak gdyby chciał powiedzieć: „Co wam z tego przyjdzie, przecież i tak wiem, że jestem głupim Jurem”.

Jedynie do prac domowych nie był za głupi. A ponieważ ktoś musiał te sprawy załatwiać, wszyscy byli zadowoleni, że Jur ich w tym wyręczał: gotował i zmywał, piekł chleb i palił w piecach, szorował podłogi, zamiatał schody, wycierał kurze, prał i prasował bieliznę oraz robił wszystko, co było do zrobienia w kuchni i domu. Ponadto doglądał jeszcze kur, gęsi i świń.

W jaki sposób Jur wywiązywał się ze wszystkich tak licznych obowiązków, stanowiło nawet dla niego zagadkę. Kolegom natomiast wydawało się to samo przez się zrozumiałe, a zwłaszcza Mistrzowi, który traktował Jura, jakby chłopak był ostatnim śmieciem. Krabat uważał to za krzywdzące i pewnego razu, gdy przyniósł drzewo opałowe do kuchni, a Jur z wdzięczności za to, zresztą nie po raz pierwszy, wsunął mu skrawek kiełbasy do kieszeni kurtki, wygarnął to Jurowi bez ogródek.

– Nie mogę ciebie zrozumieć, że znosisz to wszystko cierpliwie – powiedział.

– Ja? – powiedział Jur ze zdziwieniem.

– Tak, ty! – odparł Krabat. – Mistrz tobą pomiata, że aż wstyd patrzeć, a koledzy wyśmiewają się z ciebie.

– Ale nie Tonda – zaoponował Jur – i nie ty.

– No i co z tego! – sprzeciwił się Krabat. – Będąc na twoim miejscu, wiedziałbym już, jak sobie z tym poradzić. Broniłbym się, rozumiesz? Nie pozwoliłbym na nic podobnego: ani Kicie, ani Jędrusiowi, ani nikomu z nich!

– Hm – mruknął Jur, drapiąc się po karku. – Może ty, Krabacie, byś to potrafił. Ale kiedy się jest głupcem.

– To uciekaj! – zawołał Krabat. – Ucieknij stąd i poszukaj sobie gdzieś innego miejsca, gdzie będziesz miał lepiej.

– Uciec? – Jur przez chwilę nie wyglądał wcale na głupca, ale na rozczarowanego i znużonego. – Spróbuj tylko, Krabacie, stąd uciec!

– Nie mam powodu.

– Ty nie masz – odburknął Jur – oczywiście, że nie, i miejmy nadzieję, że nigdy nie będziesz go miał.

Mówiąc to, wsunął chłopcu piętkę chleba do drugiej kieszeni, powstrzymał go ruchem ręki, gdy ten chciał mu dziękować, i wypchnął go za drzwi, głupawo szczerząc zęby we właściwy sobie sposób.

Krabat przechował chleb i kawałek kiełbasy aż do samego końca dnia. Wkrótce po kolacji, kiedy czeladnicy rozsiedli się wygodnie w izbie czeladnej, Petrek wyciągnął swoje przyrządy snycerskie, a inni zaczęli zabijać czas opowiadaniem dykteryjek, chłopiec wymknął się spośród siedzących kołem i poszedł na strych. Tam zwalił się, ziewając, na swój siennik i zabrał się do chleba i kiełbasy; a kiedy tak leżał na wznak i smacznie zajadał, mimo woli myśl jego zwróciła się do Jura i rozmowy, jaką odbyli w kuchni.

„Uciekać? – rozmyślał. – Ale przed czym? Robota, oczywiście, to nie pieczone gołąbki, które same wpadają do gąbki, choć gdyby nie pomoc Tondy, kiepsko by ze mną było. Ale mam tu wikt dobry i obfity oraz dach nad głową, a kiedy rano wstaję, wiem, że mam na wieczór miejsce do spania zapewnione: ciepłe, suche i dość miękkie, bez pluskiew i pcheł. Czy to nie więcej, niż może zamarzyć taki włóczęga jak ja?”.


Senne wędrówki

Krabat już raz uciekał: wkrótce po śmierci obojga rodziców, którzy rok wcześniej pomarli na ospę. Wziął go wtedy do siebie wielebny pastor, aby – jak mówił – „chłopiec się nie rozwłóczył”. Nic nie można zarzucić ani wielebnemu pastorowi, ani jego żonie, którzy już od dawna chcieli mieć w domu chłopca. Ale komuś, kto jak Krabat przez całe lata mieszkał w nędznej chałupie, czy też w pasterskiej kolibie – komuś takiemu niełatwo było się przyzwyczaić do trybu życia na plebanii. Od rana do wieczora trzeba było być grzecznym, nie kląć, nie brać się za łby z innymi chłopcami, paradować w białej koszuli, z czysto umytą szyją, nie biegać boso, mieć stale czyste ręce i porządnie wyszorowane paznokcie – a do tego jeszcze cały czas mówić po niemiecku, i to poprawną niemczyzną!

Z początku Krabat próbował przez tydzień i drugi w miarę swych sił przystosować się do tego, potem jednak uciekł z domu pastora i przystał do młodych włóczykijów.

Niewykluczone, że i tym razem w młynie na Koźlim Brodzie nie będzie chciał wiekować.

„Ale – powiedział sobie, oblizując wargi po ostatnim kęsku kiełbasy i na wpół już zasypiając – żeby stąd uciec, trzeba poczekać do lata. Zanim łąki nie zakwitną, zboże na polach się nie opyli i ryby w młyńskim stawie nie rozpoczną swych godów, nikt mnie stąd nie wygoni”.

Ale oto już jest lato, łąki kwitną, zboże pyli i ryby odprawiają swe gody w młyńskim stawie. Krabat miał właśnie przykry zatarg z Mistrzem: zamiast taszczyć ciężkie worki, wyciągnął się na trawie w cieniu młyna i usnął. Mistrz go na tym przydybał i zdzielił sękatą lagą.

– Już ja ci, chłopaczku, z głowy wybiję takie leniuchowanie w biały dzień!

Czy Krabat może to ścierpieć? Zimą, gdy lodowaty wicher szaleje po błoniach, być może położyłby uszy po sobie. Ale Mistrz widocznie zapomniał, że teraz jest lato!

Postanowienie Krabata jest nieodwołalne: ani jednego dnia dłużej nie pozostanie w tym młynie! Zakrada się do młyna na strych, zabiera swoją kurtkę i czapkę, a potem wymyka się chyłkiem. Nikt go nie widzi. Mistrz poszedł do swojej izby, okna są z powodu upału zasłonięte płachtami. Czeladnicy pracują w spichrzu i przy mlewnikach5nawet Liszko nie ma czasu zajmować się Krabatem. A jednak chłopiec czuje, że jest potajemnie śledzony.

Kiedy ogląda się za siebie, spostrzega, że na dachu drewutni6 ktoś siedzi i wpatruje się w niego: jakiś czarny, najeżony kot, nietutejszy i jednooki.

Krabat schyla się po kamień, ciska w kota i przepędza go precz. Potem pod osłoną nadbrzeżnej wikliny biegnie do młyńskiego stawu. Przypadkowo spostrzega, że przy samym brzegu tłusty karp wystawił z wody łeb i jednym okiem wpatruje się w niego.

Krabat czuje się jakoś nieswojo, podnosi kamień i ciska nim w rybę. Karp zanurza się w zieloną toń.

Teraz Krabat skrada się wzdłuż Czarnej Wody aż do miejsca w Koźlim Brodzie, które nazywają „Pustkowiem” Tam zatrzymuje się przez chwilę nad mogiłą Tondy. Przypomina sobie niejasno, że pewnego zimowego dnia tu musieli pogrzebać przyjaciela.

Kiedy rozmyśla o zmarłym, raptem przydarza mu się coś nieoczekiwanego, aż mu serce zamiera: słyszy ochrypłe krakanie.

Na karłowatej sośnie na skraju pustkowia siedzi nieruchomo tłusty kruk. Wzrok skierował na Krabata; również i krukowi – chłopiec dostrzega to z przerażeniem – brak lewego oka.

Krabat wie już teraz, co to znaczy. Nie zastanawia się dłużej i ucieka; pędzi co sił w nogach wzdłuż Czarnej Wody w górę strumienia.

Kiedy musi się po raz pierwszy zatrzymać, bo nie może złapać tchu, widzi, że przez wrzosy pełznie żmija, sycząc, staje dęba i wpatruje się w niego – ma jedno oko! Jednooki jest również lis, który skrada się przez gąszcz wprost na niego.

Krabat pędzi dalej i znów przystaje na chwilę, aby odsapnąć, potem znów pędzi i znów się zatrzymuje zziajany. Pod wieczór dobiega do górnego krańca Koźlego Brodu. Kiedy wychodzi na wolną przestrzeń, ma nadzieję, że udało mu się wymknąć z zasięgu władzy Mistrza. Zanurza prędko ręce w wodzie, zwilża sobie czoło i skronie. Potem wsuwa do portek koszulę, która mu się podczas biegu wysunęła, ściąga mocniej pasek, cofa się o kilka kroków i zamiera z przerażenia: zamiast, jak miał nadzieję, znaleźć się na otwartej przestrzeni, wychodzi na polanę – pośrodku polany stoi spokojnie w blasku wieczornej zorzy młyn. Mistrz czeka na niego przed drzwiami wejściowymi.

– No, Krabacie – wita go drwiąco – miałem już zarządzić poszukiwania.

Krabat jest wściekły, nie może w żaden sposób wytłumaczyć sobie przyczyny swego niepowodzenia. Nazajutrz znów ucieka, tym razem skoro świt, i to w przeciwnym kierunku, poza las przez pola i łąki, poprzez wsie i przysiółki. Przeskakuje przez potoki, brnie przez moczary, bez wytchnienia i przystawania. Nie zwraca uwagi na kruki, żmije i lisy. Nie rzuca okiem na żadną rybę, kota, kurę czy kaczora.

„Niech mają sobie jedno oko czy dwoje – a jeśli o mnie chodzi, niech będą całkiem ślepi – myśli. – Tym razem nie dam się już zwieść!”

Mimo to u schyłku dłużącego się dnia stoi znowu przed młynem na Koźlim Brodzie. Tym razem witają go czeladnicy: Liszko szyderczą przemową, a inni głuchym milczeniem i raczej ze współczuciem. Krabat jest bliski rozpaczy. Wie, że powinien dać za wygraną, ale nie chce sobie tego uświadomić, próbuje uciec po raz trzeci, jeszcze tej samej nocy.

Wymknięcie się z młyna nie sprawia mu trudności – a potem trzeba iść, ciągle kierując się Wielką Niedźwiedzicą. Nie zważać na potknięcia i nie bać się nabicia guza czy skaleczenia o gałąź w ciemności – najważniejsze, żeby go nikt nie widział, żeby nikt nie mógł rzucić na niego złego uroku…

Gdzieś niedaleko krzyczy puszczyk, obok przelatuje sowa. W chwilę potem chłopiec spostrzega w świetle gwiazd starego puchacza: siedzi na gałęzi w zasięgu ręki i obserwuje go prawym ślepiem, gdyż lewego mu brak.

Krabat biegnie dalej, potyka się o korzeń i stacza do rowu z wodą. I niemal już go nie dziwi, że o świcie po raz trzeci stoi znowu przed młynem.

O tej porze w młynie jest jeszcze cicho, tylko Jur hałasuje w kuchni i krząta się przy palenisku. Krabat słysząc to, wchodzi.

– Miałeś rację, Jurze: stąd nie da się uciec.

Jur daje mu coś do picia, po czym mówi:

– Krabacie, najpierw powinieneś się umyć! – Pomaga mu zdjąć przemoczoną, zbrukaną błotem i krwią koszulę, napełnia szaflik wodą, a potem zwraca się do niego z powagą i bez swojego charakterystycznego głupkowatego szczerzenia zębów:

– To, czego ci się nie udało samotnie dokonać, Krabacie, mogłoby się chyba udać, gdyby dwóch się do tego zabrało. Czy chcesz, abyśmy następnym razem spróbowali wspólnie?

Krabata obudziła wrzawa wchodzących po schodach młynarczyków, którzy przyszli położyć się spać. Czuł jeszcze wyraźnie smak kiełbasy na wargach; widocznie nie spał zbyt długo, choć we śnie przeżył całe dwa dni i dwie noce.

Na drugi dzień rano przytrafiło się, że był przez kilka chwil sam na sam z Jurem.

– Śniłeś mi się – powiedział do niego. – We śnie coś mi zaproponowałeś.

– Ja? – żachnął się Jur. – Na pewno musiała to być jakaś okropna bzdura, Krabacie. Najlepiej pluń na to!


Ten z kogucim piórkiem

Młyn na Koźlim Brodzie miał siedem mlewników. Sześciu używano stale, siódmego nigdy – dlatego nazywano go „martwym mlewnikiem”. Znajdował się on w tylnej części przemiałowni. Krabat z początku sądził, że musiał tam być złamany trzpień w zębatym kole, wał napędowy się zaklinował albo zepsuł się mechanizm. Ale pewnego ranka przy zamiataniu spostrzegł, że na deskach podłogi pod wylotem martwego mlewnika leży trochę mąki. Przy dokładniejszym przyjrzeniu się również w mącznicy znalazł ślady świeżej mąki, jak gdyby po zmieleniu nie dość dokładnie ją wytrząśnięto.

Czyżby zeszłej nocy mielono coś na martwym mlewniku? Musiało to chyba dziać się potajemnie, kiedy cały młyn spał. Czyżby nie wszyscy zapadli tamtej nocy w tak głęboki i mocny sen jak Krabat?

Zwrócił uwagę, że czeladnicy zjawili się dziś na śniadanie z szarymi od zmęczenia twarzami i podkrążonymi oczami, a poniektóry ziewnął nawet ukradkiem. Teraz dopiero wydało się to Krabatowi podejrzane.

Pełen ciekawości wszedł po drewnianych szczeblach na pomost, skąd przeznaczone do mielenia zboże wsypywano całymi workami w lejowate otwory, z których dostaje się potem przez wstrząsaną rynnę między żarna. Przy takim wsypywaniu nie da się uniknąć, aby trochę ziaren nie spadło obok. Ale pod otworem nie było rozsypanego zboża, jak Krabat się tego spodziewał. To, co leżało rozrzucone na pomoście i co na pierwszy rzut oka wyglądało jak żwir, przy bliższym przyjrzeniu okazało się zębami i okruchami kości.

Przerażenie ogarnęło chłopca, chciał krzyczeć, ale z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nagle ujrzał, że stoi za nim Tonda. Krabat widocznie nie usłyszał, jak przyjaciel do niego podszedł. Tonda chwycił chłopca za rękę.

– Krabacie, czego tu na górze szukasz? Zejdź na dół, nim Mistrz cię przyłapie, i zapomnij o tym, coś tu widział. Słyszysz mnie? Zapomnij o tym!

Następnie Tonda sprowadził chłopca po szczeblach w dół i zaledwie ten poczuł pod stopami podłogę przemiałowni, wszystko, co tego ranka przeżył, ulotniło się z jego pamięci.

W drugiej połowie lutego chwycił silny mróz. Trzeba było co rano odrąbywać ze śluzy lód. W ciągu nocy, kiedy koło młyńskie stało nieruchomo, woda zamarzała w wyżłobieniach czerpaków, tworząc tam grubą skorupę. Ją również trzeba było rozbijać przed uruchomieniem młyna.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com