Koza w kagańcu - Wiechecki, Stefan - ebook
Wydawca: vis­a­vis/Etiuda Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 323 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Koza w kagańcu - Wiechecki, Stefan

Wiech uznany za najbardziej warszawskiego z warszawskich pisarzy. Znawca, a może wręcz współtwórca warszawskiej gwary, choć on sam twierdził, że jedynie wiernie ją odtwarza, ograniczając się jedynie do oszlifowania jej, a czasami nadania jej formy nieco elegantszej, bo w jego ksiązkach nie znajdziemy żadnego grubiaństwa (z ulubionym warszawskim kurwa jego mać na czele), a mimo to oddaje w sposób niezwykły koloryt językowy warszawskiej ulicy. A przy tym te jego opowiadania mają przecież także niezwykle ostry, krytyczny pazur – wszak Wiech wytyka nam bezwzględnie nasze wady z pijaństwem i awanturnictwem na czele. O autorze niniejszego tomu pisał Michał Choromański: Uważam Wiecha za jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych, niewyczerpanego w pomysłach i zajmującego wyjątkową postawę moralną. O Wiechu można nawet powiedzieć, że jest wielkim filozofem. A Maria Pawlikowska-Jasnorzewska dodawała: Wiech to gentleman, szalenie dowcipny, nigdy jadowity, często wzruszający. Jego felietony są wynikiem obserwacji bardzo uważnej, pracy w swoim rodzaju całkiem twórczej i na wskroś oryginalnej. A Antoni Słonimski podsumowując twórczość Wiecha pisał: Wolę książkę, która ma niepoważne zamierzenia i poważne osiągnięcia, od dzieł, które mają poważne zamierzenia i niepoważne osiągnięcia. Obecny tom pt. „Koza w kagańcu” czyli piąty tom opowiadań powojennych Wiecha w naszej edycji jest zapożyczony od jednego z utworów, zawiera większość opowiadań opublikowanych przez autora w latach 1950-tych w tomach „Na perłowo” oraz „Spokojna głowa”.

Opinie o ebooku Koza w kagańcu - Wiechecki, Stefan

Fragment ebooka Koza w kagańcu - Wiechecki, Stefan













Strona redakcyjna


Koza w kagańcu

Nie rozumie poniekąd ludzi, którzy się cieszą, że w tak zwanej Warszawie przyszłości nie będzie tramwai, tylko metro, autobusy i trajlebusy.

Jak tam będzie z metrem, nie wiem, bo osobiście jeszcze nie znam. Ale niech kto spróbuje przewieźć autobusem albo trajlebusem trzydźwiowe bieliźniarkie z lustrem, podwójny spacerowy wózek dla bliźniaków albo mleczne koze?

A tramwajem się wozi. Sam raz pomagałem ładować. Przed Cedetem w Jerozolimskiej Alei najczęściej się to od­ bywa. Jak dają blaszane kubły, wszyscy pasażerowie na tem przystanku z kubłami wsiadają, jak balie, to z baliami.

Jednego dnia dziecinne wózki się w Cedecie pokazali. Patrze, jakaś mamusia podjeżdża pod tramwaj z lemuzynką, dwóch jednakowych chłopaczków, jak dwa jabłuszka, w niej siedzi, totyż przyglądałem jem się z przyjemnością. A ta mamusia jak nie krzyknie na mnie:

– Co pan oczy wytrzeszczasz, zaczem pomóc karmiącej matce? Trzymaj pan Olesia!

To ja łapie na rękie jednego chłopczyka, a drugą targam lemuzynkie do tramwaju. Ale podwójna, za szeroka, nie włazi mnie.

– Jak pan wkładasz? Kółeczkami na bok trzeba. Cały lakier obtarł, ślepa komenda.

To ja, ma się rozumieć, obróciłem kółeczkami na bok, ale przygniotłem troszkie bliźniaka, któren tak mnie zaprawił między oczy grzechotką w kształcie niedużego traktora, że wszystkie gwiazdy mnie się pokazali o dwunastej w południe.

Ale jakoś załadowało się lemuzynkie i bliźniaków i pojechaliśmy. Ponieważ że była już na placformie bieliźniarka i ma szyna do szycia, bo któś się tramwajem przeprowadzał, sto jałem troszkie na wylocie i na każdem zakręcie zmuszony byłem łapać się za olejander, którego trzymał ten ów facet, co się przeprowadzał. Cafnął kwiatek raz i drugi, a koniec końców zaznacza:

– Co pan chcesz, żebym szczawiowe zupe w miejsce pokojowej roślinności przywiózł na nowe mieszkanie?!

I odstawił olejander pod barierkie. Byłby go może dowiózł, żeby nie koza. Bo i koza jechała tem tramwajem. Wszyscy myśleli na razie, że to chart, bo w kagańcu była i za psiem biletem podróż odbywała. Właściciel olejandra tyż się nie połapał i tylko uważał, żeby się stworzenie tyłem do doniczki nie od wracało, bo w razie czego olejander by mu usechł.

Koza na to jak na lato, frontem do kwiatka się ustawiła i mimo kagańca zaczęła go wtrajać. Zaczem spostrzegł, poło­ we liści wsunęła.

No to ten ów facet skompinował nareszcie, co się święci, i zaczyna raban toczyć, jakiem prawem koza tramwajem jeździ i żeby ją wysadzić. Ale pasażerowie na dwie partie się podzielili, jedni krzyczą:

– Niech koza wysiada!

A insi:

– Niech jedzie dalej, raz bilet posiada, ma takie same prawo jak i pies!

– W ogólności czem koza gorsza od psa?

– Gorsza? Lepsza! Pies bumelant, a koza zwierzyna produkcyjna, z mleczarskiej branży. Niech jedzie!

I pojechała. Tylko ten, co miał olejander, zastawił go swoją osobą. Koza się zdenerwowała i – jak mu nie odpuści „byka” w pierwsze krzyżowe – z olejandra szpinak się został.

Byłoby się może większe nieporozumienie towarzyskie z tego wywiązało, żeby nie to, że dojechaliśmy do Ząbkowskiej i wszyscy zaczęli żywo wysiadać. Kwiatek faktycznie wsiąkł, ale wszystko inne dojechało zdrowo i w całości.

Czy w autobusie albo trajlebusie byłoby to możliwe? – Nigdy w świecie.

Co nam metro pokaże, dopiero zobaczem.


Hotello

Pan Piecyk jest zapalonym teatromanem. Wiedziałem o tym od dawna, toteż spotkawszy go w bufecie na „Ladacznicy z zasadami”, przywitałem bez zdziwienia szablonowym pytaniem:

– Jak się panu podoba ta sztuka?

– Murzyni modne! – odrzekł pan Teoś, zaciągając się papierosem.

– Co?

– Nic, mówie, że Murzyni w obecnem czasie w modzie. Do jakiego teatru się pan nie wybierzesz, dwóch, trzech ich przedstawia, a już najmarniej jeden.

Podobnież artyści, co ich podgrywają, nie myją się z czarnej farby już po pare miesięcy – nie opłaci się jem, bo wiedzą, że w następnej sztuce znowuż za Murzynów będą.

Żony jem w domu raban podnoszą, do pościeli nie chcą puszczać, ale żaden się nie myje. Bo faktycznie, za dużo by mieli roboty szorować się i znowuż mazać. A tak wsadzi je­ den, drugi łeb w piec, sadzami się przypudruje i gotów na scene.

I to nie tylko w Warszawie, na prowincji masz pan to samo. Pare dni temu nazad byłem interesownie w mieście Łodzi. Koleżka wyciągnął mnie do teatru, troszkieśmy się spóźnili i weszliśmy na sale po ciemku. Blandeka już była podniesiona, rozglądam się po scenie, patrzyć – jest Murzyn! Jeden, ale za to grubszy, w starszem wieku i jak się pokazało później – gienierał.

Stał na środku i mowe zawalał, insze artyści za księży byli poprzebierane, a jeden na biało za ojca świętego.

Rozchodziło się o to, że Turki wojne jemu wypowiedzieli, a że duchowieństwu nie wypada się naparzać, wynajęli księża tego Murzyna, żeby się za nich z Turkamy obleciał. A nazywał się on, uważasz pan, Hotello.

– Ależ panie Teosiu, nie Hotello, tylko Otello nazywał się Szekspirowski bohater, którego pan widział, i nie żadne duchowieństwo to było, tylko wenecki senat, z ubranym na biało dożą.

– Możliwe, ale tu nie o to się rozchodzi, tylko o to, że cham.

– Kto?

– No ten Murzyn. Tak nasz z koleżką zgniewał, żeśmy chcieli się do niego podnieść i na scene wejść, towarzyskiego alibi go nauczyć. Jego szczęście, że na galerii siedzieliśmy, bo przypuszczam, że derekcja musiałaby publice pieniądze za bileta zwrócić, jakby główny artysta w szpitalu się znajdował, ale o tem potem.

Dosyć na tem, że ten ów Murzyn mówi: „Owszem, pro­ sze duchownych osób, mogię knoty Turkom spuścić, ale pod waronkiem, że katolickie kobiete pod tytułem Desdymona za małżonkie mnie dacie”.

„Owszem, prosze bardzo – mówią księża – załatwione” – i dali jem ślub. Ale nadleciał ojciec tej kobiety i mówi, że mowy o tem być nie może, bo by się nie mógł z czarnem zięciem w towarzystwie pokazać. Ale ponieważ że ona się zgadzała, Murzyn zaczął się do teścia stawiać: „Odskocz, tatuś, od nowożeńców, bo będzie niedobrze. Widziałem men­ trykie, Desdymona jest pełnoletnia i pozwoleństwa rodziców nie potrzebuje. – Chodź, Mondzia, do domu noc poślubne uskuteczniać!”.

I poszli, pokazało się potem, że stary Desdymony miał racje. Murzyn okazał się skończonem żłobem i niemożebny w pożyciu.

Tak się złożyło, że sąsiadka, cholera, ukradła murzynowej chustkie od nosa, którą on jej dał w prezencie… Co ten lebiega o te chustkie za grandy toczył, to pan pojęcia nie masz. Trzy godziny nas wszystkich męczył, a najwięcej żone.

Na wojne nie chciał jechać – tylko tam i nazad ganiał i gdzie chustka, się ciągle pytał. Żona szuka wszędzie, nie może znaleźć, to koniec końców dla świętego spokoju mówi na jury, że w praniu.

Jak oparzony wyleciał, za chwile jest nazad, widocznie na górze był, przejrzał na sznurach całe pranie i wiesz pan, co zrobił… w morde jej dał przy ludziach.

Wtenczas to właśnie chcieliśmy z koleżką iść do niego na te scene. Kobiete, łobuzie, bijesz o głupie chustkie zadziesięć złotych.

Ale na tem nie koniec. Jeden oficer, któren na posade gienierała lefrektował i chciał Hotella z niej wyślizgać, do pucu mu natrajlował, że jeden podporucznik do Desdymony uderza. Myślał, że Murzyn podporucznika zimnym trupem położy i do mamra go za to zamkną.

Detalicznie wszystko mu streszczał, jak podporucznik się z jego żoną podbawiał. Ten niby tyż to słucha, ale durch powtarza: „Gdzie chustka i gdzie chustka?”.

I wiesz pan, jak się skończyło: przeliczył jeszcze raz bielizne z magla i udusił żone – ponieważ że chustki nie było.

W tym miejscu przerwał nam rozmowę dzwonek na zaczęcie ostatniego aktu „Ladacznicy”.


Firma „Lalka”

Na Krakowskim zatrzymała się grupa turystów. Poustawiali na chodniku walizeczki i otoczyli zwartym kołem prze wodnika, który donośnym głosem udzielał im objaśnień.

Przystanąłem, nie dlatego, by było w tym coś niezwykłe­ go. Warszawa jest teraz miastem „turystycznym”, nie gorszym od Rzymu, Aten, Łowicza czy Krakowa…

Zafrapowały mnie atoli objaśnienia.

– Jeżeli o wiele rzuciem teraz okiem ciutciut na prawo, to cóż my ujrzem? – mówił przewodnik. – Ujrzem na słupie osobe płci żeńskiej w siedzącej pozycji, z arbuzem czyli tyż inszą dynią w ręku. Kto to być może ta kobieta? – zapytamy się sami siebie. Ale wzruszem tylko ramionamy, bo w żaden żywy sposób nie będziem się mogli domyślić, że to nie jest żadna kobieta z arbuzem, tylko niejaki Mikołaj Kopernik osobiście i własnoręcznie. A arbuz nie jest arbuz, tylko globus, któren jest odrobiony z żelaznych giętych flachajz, bo naturalny, czyli dechturowy, długo na deszczu by nie wytrzymał, pomarszczyłby się i wyglądałby jak torba jabłek czy inszych pomidorów. Kto był Mikołaj Kopernik, tego już nie potrzebu jem objaśniać, bo każden pętak w szkolnem wieku nam powie, że w charakterze derektora PIMu się zatrudniał, czyli żył z przepowiadania niepogody.

Dlaczego w damskiej konfekcji jest tu odrobiony, detalicznie nie wiadomo i stanowi to tak zwaną tajemnice historyczną.

Teraz, o wiele spojrzem ciutciut na lewo, widziem kamienice dwupiętrowe, osiem okien frontu i zapytanie sobie zrobiem, dlaczego żeśmy się faktycznie na nią spojrzeli.

Bo kamienica jak kamienica i niczem się na oko nie odznacza. A mimo tego stanowi tak zwany zabytek, chociaż jest świeżo od samych fondamentów przez przodowników pracy systemem szybkościowem wybudowana.

Otóż w tem świeżo wybudowanem zabytku niejaki Bolesław Prus kilkadziesiąt lat temu nazad prowadził skład zabawek pod firmą „Lalka”.

Otóż ten Prus Bolesław zaczął uderzać do jednej hrabini. Ta owa hrabinia, chociaż była mocno mortusowa, a Prusosz­ czak miał forsy jak lodu, z miejsca go obcieła. „Skarz mnie Bóg, fi donc, nie wyjde za prywatne inicjatywe!”.

Bolka nagła krew zalewała, celinder sobie kupił, derożkie na godziny wynajął, stale i wciąż po cukierniach i interesach gastronomicznych przesiadywał, hrabiom kolacje stawiał, z księciamy na per ty był, ale to nic nie pomogło.

Hrabinia owa, choć sama marnego charakteru była, jednak stale i wciąż swoje: „Niech ja skonam, fi donc – nie wyjde za prywatne inicjatywe!”.

I dawaj z hrabiamy do Saskiego Ogrodu na ksiuty uczęszczać.

Bolek za fontanne się chował, widział to i cierpiał na serce.

Rzecz jasna, że w tych waronkach interesu nie mógł jak się należy dopilnować i firma „Lalka” zaczęła podupadać. Subiekci towar pod jesionkamy wynosili i na Kiercelaku opy lali. Gumowe piszczące lalki, czyli naguski, szmaciaki w krakowskich strojach, wszystko to za pół darmo na lewo można było nabyć.

A tu podatek za podatkiem leci, licytacja licytacje goni. Trzy razy sztuczne plajty urządzał, ale to nic nie pomagało. Gryzł się, zmizerniał w oczach i krugom się hrabini oświadczał. A ona na to tylko wciąż, że nie i nie!

Coraz niżej ten Prusoszczak upadał – ryze papieru kupił i powieść zaczął pisać w czterech tomach. Pod tem tytułem: Lalka. Tam te hrabinie na perłowo zrobił bez sercowe zemste. Sam pod Częstochowe na letniaki wyjechał, ale przedtem u Spiessa kilo kaliflorku kupił i siarki kilo. Do walizki wsadził i na letniakach kamień wyszukał, dziure w niem kazał wybić. Pigułe z kaliflorku i siarki uskutecznił, list skopiował do Urzędu Skarbowego, że życie sobie zmuszony jest odebrać, i razem z tem kamieniem w powietrze się wysadził.

Rzecz jasna, że do pucu – wybuch faktycznie był, kamień w kawałki się rozleciał, ale on w ostatniej chwili odskoczył i zza węgła na całą eksplozje kapował.

Potem, już jako nieboszczyk, do Radomia się przeniósł i tam fabrykie cukierków założył pod firmą „B. Pruszkowski i S­ka”. Książka była do płaczu i pouczająca, totyż na te pamiąt­ kie w tem danem domu, który tu widziem, tablica się została wmurowana ze streszczeniem całego wypadku.

No ale dosyć o tem Prusie – przerwał przewodnik, spojrzawszy triumfalnie po słuchaczach – teraz pójdziem troszkie dalej i pokażem państwu szanownemu, co się robi z uli cą Świętokrzyską. Nowa trasa tamtędy poleci, na tle zazdrości.

– Dlaczego na tle zazdrości? – zapytał jeden z wycieczkowiczów.

– Dlatego na tle zazdrości, że inszych inżynierów zazdrość wzięła na tych, co Trase Wuzet wybudowali, i mówią: „My wam pokażem sztukie, ulice Świętokrzyską, gdzie dawniej starzyzne się tylko sprzedawało, w taką trase zamieniem, że wam oko zbieleje”. Tak jem powiedzieli i już machają.

Ruszyłem z wycieczką w stronę Świętokrzyskiej. Po drodze zagadnąłem przewodnika:

– Bardzo pana przepraszam, pan jest tu z czyjego ramienia?

– Z żadnego ramienia, tylko z Powązek jestem. Warszaw­ ski rodak z dziada pradziada samodzielnie Warszawe ludziom pokazuje, bo się kręcą jak w przeręblu i sami nie wiedzą, gdzie się obrócić. Ja jeden wiem, co warto zobaczyć, a teraz tak się buduje, że naprawde jest co oglądać!


„Letkomyślna siostra”

– Teatr Rozmaitości! Tylko szybko, bo późno – zawołałem do szofera lekko rozklekotanej taksówki warszawskiej.

Mechanik, poważny tęgi pan, nie śpiesząc się, nacisnął starter, obejrzał się na mnie i rzekł:

– Zdążemy, kupa czasu. A pozwoli pan szanowny, że koleżkie po drodze na plac Zbawiciela podrzuce?

– Proszę bardzo!

Kierowca skinął na stojącego nie opodal szczupłego skrom­ nie ubranego blondyna.

– Panie Kwiatek, walcuj się pan.

Pan Kwiatek wsiadł i ruszyliśmy. Po drodze między znajomymi zawiązała się dyskusja. Okazało się, że mechanik, oczekując na jakiegoś pasażera, był przed kilku dniami na Lekkomyślnej siostrze, w teatrze, do którego właśnie śpieszyłem. Dzielił się teraz z kolegą wyniesionymi ze sztuki wrażeniami.

– Jeden facet z prywatnej inicjatywy miał siostre Manie. Ciężka w pożyciu była to osobistość, a już jak wiersze zaczęła pisać, było widoczne, że źle skończy. I faktycznie, męża z dzieckiem przy piersi rzuciła, do miasta Wiednia pojechała i tam za tak zwane nocne życie się zatrudniała.

– To znaczy się, że za kogo? – zapytał pan Kwiatek.

– Znaczy się, że na letkomyślny chleb poszła.

– Jaki to jest letkomyślny chleb?

– To z pana chomąt, jak pragne zdrowia… No nie wisz pan? Kontrolną się została.

– Teraz rozumie.

– No i uważasz mnie pan, dokąd siedziała w tem Wiedniu, rodzina nic nie mówiła. Ale ona od razu, ni z tego, ni z owego, buch w pociąg i do Warszawy jedzie. Wtenczas, ma się rozumieć, w rodzime się zakotłowało. Mojra niemożebnego do stali, co to będzie.

– Czego się zlękli?

– Jak to czego? Nieprzyjemności i kompromitacji.

– Z jakiego powodu?

– Z powodu podchodu. Wyobraź pan sobie, że ta Mania zrobi kogoś na podchód, że rąbnie zegarek czyli tyż pekiel z forsą, bo taka się z niczem nie liczy. To do kogo Urząd Śledczy przyjdzie? Do rodziny! U nas na Marymoncie jeden krawiec miał taką letkomyślną siostre, co lubiała „siódme” zrobić, to jak jednemu kolejarzowi kazionny zegarek z portretem paro wozu wyrzeźbionem na kopercie podwadziła, to zaraz przyszli do rodziny z rewizją. Zegarek co prawda śledzia zjadł, kamień woda, ale szwagier tej letkomyślnej i tak sześć miesięcy zarobił, bo bimbrownie nowocześnie urządzoną mimowolnie u niego znaleźli – aparat na chodzie i dwie beczki zacieru.

To się pytam pana szanownego, może taka rodzine skompromitować czy nie może? Miała się rodzina tej owej klawiut kiej Mani czego obawiać czy nie miała?

– No faktycznie, że miała.

– Totyż, uważasz mnie pan, jak w drugim akcie drzwi się roztwierają i wchodzi ta kontrolna, w bratowe jej jakby pieron trzasł. Sczerwieniała się, a potem zrobiła się blada jak prześcieradło i krzyczy:

„Prosze wont stąd! Niech kontrolna wyjdzie! Mój mąż poważne interesa prowadzi i komisje specjalne może nam kontrolna na łeb ściągnąć!”.

– No a te nocne życie co na to?

– Usiadło i siedzi, mówi, że nie tylko nie wyjdzie, ale na stałe swoje firme do Warszawy przeniesie.

Bratowa o mały figiel nie zakitowała na serce, ale nadleciała cała rodzina oraz jakiś szpicbródka, podobnież bywszy mąż tej Mani, i taki jej dali popęd, że koniec końców pojechała nazad do tego Wiednia.

– No i na tem koniec?

– Ale gdzie! Uważasz pan, potem w kurierze przeczytali, że jakiś austryjacki gienierał w starszem wieku zakochał się w tej Maniusi i w krótkich abcugach kojfnął. Ale przedtem destament skopiować kazał, że pół miliona tej swojej miłości zapisuje.

– To niemożliwe.

– Co niemożliwe, żeby kojfnął?

– Nie, żeby zapisał forse takiej lepszej facetce.

– Niemożliwe? Życia pan nie znasz, na Bródnie przed wojną starszy przodownik tak się w jednej takiej „Feli” zamazał, że budkie z wieńcami pod smentarzem przy samej bramie jej założył. Miłość nie dostrzega czarnej książki.

– No i co było później, rodzina jej, ma się rozumieć, przebaczyła?!

– Jak byś pan zgadł, telegrame pchli do niej, żeby do Warszawy żywo przyjeżdżała. Kolacje i kwiaty naszykowali. Rzecz jasna forse chcieli od niej nażyć. Weksle już byli przy­ gotowane, już sobie kieszenie na te kafle i górale szykowali, ale ona była cwańsza, niż jem się zdawało.

Przyjechać przyjechała, kolacje wrąbała, kwiaty wzięła, ale grosza jem nie dała. „Nie przyjęłam tego spadku – mówi – nie chce takiej forsy”.

Nie masz pan pojęcia, co się wtenczas działo. Rodzina o mały figiel oknami nie powyskakiwała. A ona, ma się rozu­ mieć, chodu.

– Rzecz jasna, że z tem nieprzyjęciem spadku to puc?

– Wiadomo – bajer! Forse wzięła i rodzine do wiatru wystawiła. Szemrana! – skończył szofer z uznaniem.

Jakoś niechcący wciągnąłem się do tej ciekawej rozmowy.

– A jak się panu podobała wykonawczyni głównej roli, nasza znakomita Eichlerówna?

– Owszem, nie można powiedzieć, bardzo doskonale odgrywa. Tylko taka jakaś troszkie jakby była śpiąca.

– Co pan chcesz! – wtrącił się znajomy kierowcy. – To z tego trybu życia: w nocy nieczasowa, a w dzień co to za spanie… Sam wiem, bo piekarz jestem!

W teatrze potem stwierdziłem, iż to, co szofer i pan Kwiatek brali za senność Mani – było mistrzowsko oddanym przez Eichlerównę przemęczeniem życiowym bohaterki sztuki.


Nieżyciowy zakaz

– Widziałeś pan, panie Krówka, ten tramwaj z wieczną ondulacją?

– Nie rozumiem pana szanownego. O czem pan mówisz?

– Jak to o czem mówie! O tem tramwaju z damską ob­ sługą na sto procent. Wszystko, uważasz pan, w żeńskiem rodzaju: motorniczy, dwóch konduktorów i kontroler także samo w kolczykach.

– Wiesz pan, że nie zauważyłem.

– To żałuj pan, jest na co popatrzyć. Ja, uważasz pan, w pierwszej chwili nie wiedziałem, o co się rozchodzi. Wsiadam sobie do motorowego wozu, patrze, konduktorka się znajduje, no to swoja rzecz w Warszawie, kupiłem bilet i prze chodze na pierwszą platforme. Patrze i oczom nie wierze. Przy korbie stoi motorniczy nie motorniczy. Od góry wszystko w porządku: czapka, mondur, a u dołu coś mnie się nie zgadza, spodni nie ma, tylko nylony. Przyglądam się bliżej, patrze, kobieta za tramwajarza przebrana.

Kręci korbą, na dziewiątkie przestawia, na zero przerzuca, dzwoni nogą i w ogóle, uważasz pan, prowadzi. A tu jak raz taksówka nam przelata przed samem nosem, jużem chciał wyskakiwać, a ona, panie szanowny, ciutciut przyhamowała, przepuściła taksówkie i jeszcze obsztorcowała szofera na perłowo ze szlaczkiem, zupełnie jak naturalny, ma się rozumieć, motorniczy.

Ja, uważasz pan, jeszcze nie bardzo miarkowałem, o co się rozchodzi, a że chciałem detalicznie wiedzieć, jak to jest, kłaniam się jej i zapytanie robie:

„Dlaczego pani szanowna osobiście w charakterze motorniczego się fatyguje, czy to w zastępstwie męża? Szanowny małżonek broń Boże chory czy tyż tylko ma wychodne?”. Spojrzała się na mnie tak, że z miejsca wysiadłem.

– A po mojemu to się nie utrzyma.

– Dlaczego?

– Dlatego, panie szanowny, że trzy kobiety nie dadzą rady paru setkom pasażerów, a niech się tak jeszcze dwóch, trzech pijanych trafi…

– To pan życia nie znasz. Na kobiete nie ma cwaniaka. Już historia starożytna nasz o tem poucza. Historyczne faceci, co na polu bitwy ważniaków niemożebnych odstawiali, w domu, przy żonie, dudy w miech. Weź pan takiego króla Sobieskiego, co Turka pod Wiedniem wykołował – w Wilanowie w skarpetkach koło Marysieńki chodził. Albo taki gienierał a la Nelson, co zrazy z grzybkami wynalazł. Na wojnie lał, kogo chciał, a jak przyjechał na urlop, żona go do kuchni zaganiała i musiał obiad z trzech dań z kompotem dzień w dzień gotować. Jeszcze na głowie stawał, żeby tej cholerze smakowało – w ten sposób do tych zrazów swojego imienia doszedł. Nie bój się pan, da sobie rade kobieca brygada tramwajowa z pełnym kompletem pasażerów – szkoda mrugać. Zresztą warszawiacy, jako faceci z wyższem salonowem wy kształceniem, same nie będą kobietom pracy utrudniać.

– No, tak jest, tylko uważasz pan, jak tu mówić do takiej prowadzącej tramwaj fonkcjonariuszki? „Motorowa” – nie, bo chociaż musi być kobietą z dużem gazem, motoru nie posiada. „Motorówka” – także samo nie, bo po Wiśle nie za­ suwa, tylko po szynach. Będą z tem duże trudności.

– To jeszcze frajer. Gorsza rzecz, że po mojemu kazać kobiecie w charakterze motorniczego pracować to jest w ogólności znęcanie się.

– Dlaczego?

– Katusze będą czasem znosić.

– Jakie katusze, o czem pan mówi, przecież to nie jest taka ciężka praca!

– Jakie katusze? A widziałeś pan napis w tramwaju?

– Jaki napis? „Palenie wzbronione”?

– Jakie tam palenie! Palenie mięta. O innem napisie mówie.

– A detalicznie o jakiem?

– Nie wisz pan? „Motorniczemu zabrania się rozmawiać z pasażerami”.

– To rzeczywiście może być uciążliwe.

– Ale tylko chwilowo, jak będzie więcej kobiet w moto­ rowem fachu, ten przepis musi być zniesiony.

– Jako nieżyciowy.


Kita, czyli byłem murarzem

Na kolejnym zebraniu roboczym sekcji satyry Związku Literatów Jan Szeląg powiedział:

– Literat, a satyryk w szczególności, chcąc opisywać środowisko robotnicze czy chłopskie i życie robotnika czy chłopa, nie może tego robić zza biurka. Trzeba iść do fabryki, na budowę, na wieś, do PGR czy spółdzielni produkcyjnej i tam na gorąco to życie podpatrywać.

Postanowiłem pójść za jego wskazówkami i udać się do jednego z wyżej wymienionych środowisk. A że nie wyjeżdżając z Warszawy, najłatwiej zetknąć się z robotnikiem budowlanym, przyszło mi na myśl zostać murarzem, oczy wiście na czas potrzebny na poczynienie odnośnych obserwacji.

Żeby zaś nie wpaść w środowisko jak intruz, budzący swą obcością zrozumiałą nieufność, dla uzyskania choćby z grubsza murarskiego szlifu udałem się do mistrza Muchy. Mistrza Muchę znam od niepamiętnych czasów. Latem pracował zwykle na budowie, na jesieni wynajmował się z własną gilotyną do szatkowania kapusty, przed Bożym Narodzeniem sprzedawał choinki na placu Żelaznej Bramy. Dziś, jako emeryt, mieszka u dzieci na Kamionku.

Pan Konstanty przyjął mnie życzliwie i gościnnie, a po zapoznaniu się z treścią mej prośby, którą wyłuszczyłem z całkowitą szczerością, po krótkim namyśle odrzekł:

– Żeby się taki szemrany kant z warszawskiemi mularza­ mi mógł szanownemu panu udać – to przypuszczam, że wąt­ pie. Taki bajer to na Grójec – warszawski remiecha z miejsca ciapciaka od fachowca odróżni i po szyi za taki kącik humoru można otrzymać, jak się na kogoś honorowego trafi. Ale chcesz pan spróbować, prosze bardzo.

Mularze bywają: winklowcy, czyli klasa pierwsza, które tylko winkle odsadzają. Druga znowuż klasa wali do liny, czyli że dolne mury pod fundamenta; tu już można więcej knocić, bo to i tak pod ziemie idzie. Ale odsadz karz musi być fachowiec w deche. Na winklu tylko stoi, kielnią cegły podchlapuje i krzyczy: „Dawaj cegłe, dawaj błoto!”.

– Jak to błoto? – zapytałem zdziwiony.

– Błoto, czyli wapno – fachowa nazwa.

Niezwłocznie zapisałem to charakterystyczne określenie w notesie.

– A koźlarze jak mrówki po sztagach z cegłami i kastrami z zaprawą zapychają. A ja nic, tylko na winklu stoje i mur do glajchy odstawiam, i sztorcuje boruchów na czem świat stoi.

– Kogo?

– Co kogo? Boruchów z prowincji, co morgi na wsi zostawiają i na budowe przyjeżdżają tyrać. Jak się źle uwijają, od razu jem krzycze: „Boruch, kto ci będzie morgi kosił, jak ty będziesz wapno nosił”.

Zapisałem natychmiast ten dwuwiersz.

– Koźlarzom pomagają czarnoszyjki, czyli że dziewczyny z Podlasia, co w Warszawie roboty przy mularzach szuka ją. Można czasem przez grzeczność poklepać taką po łopatce albo uszczypnąć w pierwszą krzyżową.

Zanotowałem szybko.

– Roboty pilnuje stojak, czyli „karbowy”; jak on widzi, że wieczór się robi i norme trzeba poprawić, posyła po flache i zaznacza: „Stawiam litra na winklu – glajcha i fajrant”. Wtenczas robota żywo rusza i glajcha jest w try miga gotowa.

Umieściłem ten ciekawy pomysł racjonalizatorski wśród notatek.

– Po robocie każden jeden mularz kite sobie szykuje…

– Jak to kitę?

– Zwyczajnie, bez kity, czyli że wiązki drzewa na opał, jak starożytne prawo mularskie wymaga, żaden leguralny fachowiec do domu się nie udaje.

Uzupełniwszy jeszcze i tym terminem swój murarski słownik, wypożyczyłem od pana Muchy solidnie pochlapane wapnem jego robocze pamiątkowe ubranie, po czym – przy­ sypany przez uczynnego gospodarza przyzwoicie gipsem – wy­ ruszyłem na MDM.

Z przyjęciem poszło nadspodziewanie łatwo – ludzi ciągle mało.

Na razie obsługiwałem elektryczną windę, dowożącą na piętra cegłę i wapno. Byłem troszkę zdziwiony, że nie widać koźlarzy wspinających się z „kozami” cegieł po drewnianych sztagach. W ogóle mnóstwo rzeczy było zupełnie inaczej, niż powinno być według moich notatek. Ale nie miałem czasu nad tym rozmyślać, bo tempo MDM­u porwało mnie. Po trzech dniach zaawansowałem na pomocnika w trójce murarskiej. A czwartego, kiedy dumny z siebie sporządzałem pod parka­ nem wielką „kitę” opałową do domu, wydało mi się, że to chyba o mnie mówią za stertą cegieł dwaj młodzi robotnicy.

– Ten nowy to jakiś podejrzany facet: gada, jakby z Wie­ cha czytał, pluje na podłogę.

– Alkoholizm szerzy, o jakiegoś litra na winkiel się upomina?!

– Kolegów z prowincji do wiersza obraża…

– Koleżanki z brygady kobiecej jakimiś czarnoszyjkami nazywa i poklepuje, o mało go jedna łopatą nie zamalowała.

– W ogóle wszyscy mają go dosyć. Życie utrudnia.

– No i drzewo kradnie, ale na tym się wykończy.

Odskoczyłem od „kity” jak oparzony, a oni mówili dalej.

– To chyba jakiś sabotażysta.

– A ja myślę, że on jest po prostu kopnięty. Trzeba by z nim uczciwie pogadać, co i jak. Szkoda by go było z roboty zdejmować, bo może jeszcze wyjść na ludzi. Talent ma w ręku. Wapno pandlą od razu pod dziesięć cegieł podrzuca na medal…

Uciekłem chyłkiem z roboty do domu. Teraz siedzę i rozmyślam, czy iść jutro na budowę. Ale chyba pójdę, bo tam się naprawdę życie chwyta na gorącym uczynku, chociaż wygląda ono zupełnie inaczej, niż mówił mistrz Mucha.


Opera w sklepie komisowym

– Jak się panu podobała nasza opera, panie Teosiu? – zagadnąłem pana Piecyka przy wyjściu z warszawskiej „Romy” po przedstawieniu Strasznego dworu.

– No taka znowuż opera to nie jest.

– Jak to nie jest?

– A tak, że nie jest. No bo co pan tam masz do śmiechu? Worek faktycznie jednemu na głowe zarzucają. Z ciotki balona niedużego tych dwóch wojskowych młodziaków – odstawiać, odstawia, draka z zepsutem zegarem także samo dosyć operna, ale w ogólności to takie więcej żywe obrazy o trudnościach mieszkaniowych w dawniejszem czasie, czyli że nie każdego może do łez rozśmieszyć, zwłaszcza poniekąd warszawiaka.

– Nie rozumiem pana, gdzież tam mowa o trudnościach mieszkaniowych?

– O czem jest mowa, wiedzieć nie możem, bo słowa ani jednego z tego wszystkiego nie da się zrozumieć, ale jak się ma troszkie smykałki, z grubsza można się połapać. Otóż więc w pierwszem akcie mamy większy ochlaj przed pałatką, na świeżem powietrzu, z powodu, zdaje się, zawieszenia broni i demobilizacji. Niewąsko w gazik się tam uderza i faktycznie jest usprawiedliwione, że wszyscy razem, na olaboga, każden na inną, samodzielnie wybraną melodie śpiewają – zwyczajnie, jak to pod muchą. Najlepiej trzymają się dwa równe chłopaki: jeden blondynek, nieduży, ale podstawny, i drugi, troszkie przychudy, ale widać, że wypić może. Te faceci, podobnież bracia, do cywila odjeżdżają i martwią się, co będzie z mieszkaniem. I pokazuje się, że mają racje. Przyjechali do domu, a tam świetlica urządzona i jak raz przedstawienie się odbywa, czyli pieśń masowa i tak zwane tańce ludowe. Bardzo są chłopaki tem zmartwione, ale ciotka ich napuszcza, żeby się postarali o nakaz na pokój w lokalu niejakiego Słonecznika czy Miodownika.

– Ależ panie Teosiu, co pan opowiada, tam nie ma wcale takiej postaci, może pan mówi o Mieczniku?

– Zaraz, chwileczkie, jak się zwał, tak się zwał, dosyć na tem, że jest to starszy wdowiec z dwoma córkamy. Ale tam tyż pokoju nie da się zająć, bo wdowiec do jednego wpuścił spółdzielnie pracy krawiecko­hafciarską „Igła” i dwadzieścia pare kobiet zasuwa tam ręczne wyroby dziane, aż się dymi, a w drugiem właściciel lokalu prowadzi sklep komisowy.

– Jaki znowu sklep komisowy?

– Ze starzyzną. Zepsute zegary, lanszafta i portreta różne, starożytne ubrania wojskowe z żelaznej blachy i temuż podobnież. Widzą chłopaki, że spółdzielni nic nie zrobią, to zamieszkali na siłe w komisowem sklepie. I faktycznie, zaczyna się opera. Pokój jest duży, przynajmniej dziesięć na dziesięć metry, no to kwaterunek dorzucił jem jeszcze jakiegoś starszego faceta na trzeciego. Wszystka trzech mają tu mieszkać. Ale Słonecznik tyż nie śpi. Córkom swojem kazał się schować na antresoli pod sufitem, w największy zegar szafkowy jakiegoś dawno niestrzyżonego flimona wsadził i mówi: „Straszcie ich dotąd, aż się wyprowadzą!”.

I faktycznie, miedziaki poszli do kuchni się myć, starszy suplikator sam się w sklepie komisowem został. A tu zbankre towany zegar bez werku zaczyna chodzić i bić godziny. Cór ki worek na łeb z antresoli temu danemu trzeciemu suplika torowi zdrucili i jeszcze piosenkamy go straszą. No to on, ma się rozumieć, chodu do kuchni, spólników sprowadza i mówi jem, co i jak. Bracia mokre, ale jako bywsze wojskowe i znakiem tego faceci otczajne, nie zdrefili, nakryli na antresoli te dwie facetki, wyciągli z zegara niestrzyżonego flimona, dali mu po szyi, a z facetkamy dawaj się żenić. Postanowili na swojem, mają mieszkanie, chociaż dużem kosztem osobi stem. Mazur na zaręczynach i koniec. Czyż nie tak było?

– No niezupełnie tak. Muszę przyznać, że nieco dowolnie zmienił pan treść Strasznego dworu.

– To mówie, co widziałem, bo faktycznie, o czem śpiewają artyści, to sprawa zagadkowa. A wszystko przez przodownictwo pracy. Każden jeden przed końcem miesiąca norme chce poprawić i wszyscy razem, na siłe, jeden od drugiego głośniej śpiewają. Widziałeś pan, w trzeciem akcie już jest ich cała scena, że się przelewa, to jeszcze wpada z dziesięciu i tyż chcą śpiewać. Te, co już są, kłócą się z niemy, nie dadzą jem dojść do głosu, ale nic nie pomaga, nowe tyż chcą premie wyrobić i nie dadzą się przytłumić. Jeden to nawet z dubeltówką wlata i krzyczy: „Kto mnie nie da śpiewać, za strzele jak zająca”. „No to już śpiewaj, pies z tobą tańcował!” – mówią. I ten dopieru zasuwa.

– Ale przyzna pan, że opera warszawska mimo ciężkich warunków, w jakich pracuje, cieszy się olbrzymim powodzeniem i zyskała już sobie ogólne uznanie i sympatię. Najlepszym tego dowodem gorąca atmosfera na sali.

– Na sali, owszem, nie powiem, faktycznie, ale korytarze i szatnia – lodownia. Na papierosa pan wychodzisz, a z grypą pan wracasz. Trzeba by to jakoś wyrówniać.


Muszla

Z opakowaniem jest na ogół lepiej. Cóż, kiedy są artykuły, których mimo najlepszych chęci sprzedawców nie da się opakować. Na przykład taka muszla. Oczywiście nie mam tu na myśli muszli morskiej, służącej do ozdoby mieszkania, ale zwykłą muszlę, tak zwaną toaletową. Niby nic takiego – piękny, biały, fajansowy przedmiot o aerodynamicznych, można powiedzieć, kształtach, u dołu zwężony, zakończony z jednej strony kolankiem, a z drugiej pięknie politurowaną deseczką – a razem sprawuneczek dość krępujący. I opakować się nie da. Oczywiście nie kupuje się go co dzień, ale czasem trzeba. Właśnie niedawno znalazłem się w takiej sytuacji. Starą naszą muszlę rozsadziła nam jeszcze podczas powstania hitlerowska „krowa”. Muszla służyła dalej wiernie mimo poważnych pęknięć i nagle rozpadła się w drobny mak. Trzeba było kupić nową. Sporo było z tym bieganiny, ale wreszcie znalazłem muszlę – marzenie. Szybko dokonałem transakcji, ekspedient wręczył mi ją z czarującym uśmiechem – i tu się zaczęła tak zwana gehenna.

Wyszedłem z muszlą na ulicę i wszcząłem poszukiwania taksówki. Ale zatrzymani kierowcy odwracali się ode mnie z niesmakiem i pogardą. Wreszcie wybawił mnie z kłopotu jakiś życzliwy obywatel, który za skromnym honorarium zaofiarował się odnieść mi muszlę do domu. Muszla taka oprócz budzącego zainteresowanie przechodniów kształtu ma to do siebie, że właściwie nie bardzo wiadomo, jak ją nieść. Mój wybawca umieścił ją sobie najpierw na prawym ramieniu, potem na lewym, ale widocznie było mu bardzo niewygodnie – w końcu ulokował ją sobie na głowie w kształcie jak gdyby ogromnego starorzymskiego hełmu. Ruszyliśmy w drogę; ja szedłem pierwszy, obywatel w hełmie podążał mym śladem. Weszliśmy w Aleje Jerozolimskie i nagle przed „Kopciuszkiem” zaczepił mnie przyjaciel, straszny gaduła. Chwycił mnie za guzik jesionki i począł opowiadać jakąś zawiłą historię. Człowiek w muszli stanął wiernie za mną. Nie było przechodnia, który nie interesowałby się moim sprawunkiem. Niektórzy podchodzili nawet, pukali fachowo w nabytek zgiętym palcem i pytali mego adiutanta:

– Gdzie pan dostał muszlę, ile pan dał?

– To nie moja muszla, tylko tego pana – odpowiadał z głębi muszli, jak z jaskini, ustokrotniony echem, lekko prze­ pity bas. Jednocześnie wyciągnięta ręka wskazywała moją osobę.

Kiedy zebrał się spory tłum, wyrwałem się wreszcie znajomemu, zostawiając w jego ręku guzik. Ścigani pełnymi zazdrości spojrzeniami dotarliśmy wreszcie do przystanku i wsiedliśmy w tramwaj. Tu muszla budziła nie mniejszą sensację, a nawet szczerą wesołość. Ponieważ kolanko zahaczało ustawicznie o rzemień od dzwonka i zatrzymywało bądź też uruchamiało tramwaj w nieodpowiednich momentach, mój pomocnik zmuszony był zdjąć sobie muszlę z głowy i trzymać ją przed sobą. Jechaliśmy czas jakiś w milczeniu, kiedy nagle mój towarzysz poczerwieniał, a następnie przybladł i szepnął mi nerwowo:

– Trzymaj pan towar!

– Dlaczego?

– Bo spodnie mnie lecą, sprzączka mnie pękła od tej cholernej muszli. – I mimo mego oporu wręczył mi fajansowy ciężar.

Ugiąłem się lekko, a on tymczasem nerwowo chwytał pod paltem uciekające części garderoby. Kiedy uporządkował jako tako swe sprawy, rzekł krótko:

– Dalej nie jede, wysiadam – nie tylko sprzączka, ale wszystkie guziki mnie odlecieli. – I wysiadł.

Zostałem sam na sam z muszlą.

Co się dalej działo, trudno opisać. Na wszystkich przystankach, jakby się umówili, wsiadali sami znajomi, i to tacy, których nie widziałem od szeregu lat. Gdy wreszcie zastała mnie z muszlą w drżących rękach pewna urocza kobieta, w której się po cichu podkochiwałem, postawiłem sprawunek na ziemi i odsunąłem się od niego jak najdalej. Ale współpasażerowie wyśledzili mnie natychmiast i zewsząd rozległy się wołania:

– Panie szanowny, zabierz pan ten tron, wszyscy się o nie­ go przewracają!

Zrezygnowany zbliżyłem się znowu do muszli. Wtedy zabrał głos konduktor:

– Co pan dwa miejsca zajmujesz, usiądź pan na swoim towarze, to będzie luźniej.

Półprzytomny usiadłem. I wtenczas wsiadła do tramwaju wycieczka z prowincji. Przodownik spojrzał na mnie pełnym zachwytu i dumy wzrokiem i powiedział ze wzruszeniem:

– I zwróćcie uwagę, obywatele, jakie to wygody instaluje się już w tramwajach naszej stolicy. Nie ma co prawda jeszcze naokoło tego odpowiedniej kabinki, ale będzie – nie od razu Kraków zbudowano.

Wyskoczyłem w biegu.


Twardoszczak

– Jakże się panu, panie Teosiu, podobał Twardowski? – zagadnąłem pana Piecyka, spotkawszy go przy wyjściu z gmachu warszawskiej Opery. – Jak pan ocenia artystyczny wkład wykonawców, co pan myśli o wysiłku dyrekcji, pozwalającym zrealizować w tak trudnych warunkach to imponujące widowisko?

Pan Piecyk pomyślał chwilę, po czym odrzekł:

– Owszem, wykonawcy zwijali się tak, że chwilowo zapominało się nawet o ich nieszczęściu, ale derekcja, panie szanowny, jest w grubem nieporządku, tak nie można…

– O czym pan mówi? O jakim nieszczęściu się zapominało?

– Ja, panie szanowny, rozumie: rozrywka umysłowa ta­ kiem upośledzonem osobnikom jest potrzebna, bo to jem pozwala oderwać myśl od swojego nieszczęścia. Także samo ochotniczą sztukie teatralną masowo popieram, ale na afiszu wyraźnie powinno być zaznaczone, co i jak jest, bo inaczej publikie w błąd się wprowadza.

– Nie rozumiem, uważam, że na afiszu niczego nie brakowało.

– Jak to niczego, a gdzie pan masz wzmiankie, że przed­ stawienie odbywa się w wykonaniu zespołu świetlicowego wychowańców Instytutu Głuchoniemych w Warszawie?

– No wie pan! Skąd panu to przyszło do głowy?

– Jak to skąd? Przecież całe przedstawienie na migi się odbywa według nowego scenariusza niejakiego Jerzego Waldorffa – to pewnie będzie derektor tego Instytutu, bo faktycznie wie, czego może od swoich uczniów żądać. Scenariusz jest zrobiony na medal, ja panu to mówie, bo przyrodniego braciszka niemowe miałem i umię się w tem języku porozumieć z całą swobodą, także samo potrafie tabliczkie mnożenia, kolejno i na wyrywki, palcamy wykonać. Totyż rozumiałem wszystko od a do zet.

Historia starożytna nasz poucza, że Twardowski, któren chociaż był tak zwanem czarnoksiężnikiem i pozagrobową siłe posiadał, w domu przy żonie dudy w miech. Tak jak ten gienierał a la Nelson, co zrazy z grzybkamy wymyślił, musiał się Twardowski gospodarstwem zajmować. Widziem go w pierwszem akcie przy kuchni, jak żonie kaszkie manne na śniadanie gotuje. Męczy się przy tem niemożebnie, bo głowy do tego nie ma, trzy kucharskie książki przewraca tam i nazad i nie może artykułu o kaszce znaleźć. Aż tu przychodzi jakiś jego koleżka, także samo z fachu, zdaje się, czarodziej, bo za diabła przebrany, i napuszcza go, żeby rzucił do cholery te kaszkie i wyskoczył z niem na jednego. Twardoszczak daje się koniec końców zbajerować i urywają się oba z domu przez komin, żeby ich w przedpokoju nie przytraciła pani Twardowska, niemożebny zakapior baba.

Po dachach na miasto zapychają, koty, dranie, ich o mało przy tem nie pogryźli, bo to marzec, ale koniec końców znajdują się w pierwszorzędnem interesie gastronomicznem z dancingiem. Luksus, można powiedzieć… Lokal urządzony w deche, na środku wejście do baru w charakterze diabelskiej twarzy. Wchodzi się diabłowi do buzi, a tam bufecik z boku figuruje i w gaz niewąsko można uderzyć.

Po mojemu taka sztuka jest troszkie nie na czasie, bo to, z jednej strony, pisze się o ciosie w ankoholizm, a na scenie Twardoszczak zalany w huźdawkie, diabeł zagazowany w dym i fordanserki do rosołu rozebrane. I wszystkie co do jednej pod muchą.

Twardoszczak okazuje się nie tylko niemożebną oliwą, ale w dodatku debetowem gościem bez pokrycia. Rachonki wszędzie podpisuje i co i raz zmienia lokal. Bo widziem go cóś w trzech czy czterech restauracjach i inszych podejrzanych metach. Jak już interesy pierwszej kategorii nie chcą mu więcej kredytu udzielać, na prowincje wyjeżdża i w karczmie pod firmą „Rzym” usiłuje, jak to mówią, wyłudzić pokarmy i napoje, ale że rachonków podpisanych już się troszkie na zbierało, staroświecka milicja na życzenie restauratorów tam go nakrywa i chce brać do mamra. Ale on jem najeżdża na rowerze, któren w charakterze koguta z pedałamy jest uskuteczniony.

– Zaraz, zaraz, panie Teosiu, zdaje się, że pan niezupełnie dokładnie interpretuje treść tego świetnego baletupanto mimy.

– Dlaczego niedokładnie? Pan się będzie ze mną sprzeczał, jak ja Powrót taty za pomocą dziesięciu palców i lewego łokcia deklamuje? To pan żeś nie zrozumiał!

– Mniejsza o to, niech mi pan powie: jakie wrażenie zrobiło na panu wywoływanie przez Twardowskiego ducha królowej Barbary w obrazie piątym?

– Fotomaton.

– Jak to fotomaton?

– Zwyczajnie, wykantował niemożebnie Twardoszczak króla Zegmonta i zaczem ducha wywołać, aparat fotograficzny do momentalnych zdjęć paszportowych w ośmiu pozach z fotomatonu wypożyczył i czarymary na scenie z niem od stawiał. Tryk, można powiedzieć, czyli apteczne złudzenie ludzkiego oka.


Doktorski koktajl

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com