Kontrabanda - Jerzy Pomianowski - ebook + książka

Kontrabanda ebook

Jerzy Pomianowski

1,0

Opis

Kontrabanda to zbiór wierszy pisanych skrycie, latami objętych zakazem druku i czytania. Wszyscy niemal ich autorzy byli prześladowani przez władze, skazani na zapomnienie. Osip Mandelsztam skonał w drodze na Kołymę, Martynow i Smielakow odsiedzieli swoje, Anna Achmatowa była gnębiona i szczuta na osobiste zlecenie Stalina. Obecne tu wiersze niemieckich szyderców z grupy Neue Sachlichkeit ciskał w ogień na berlińskim placu Opery Reichsminister Goebbels. Niemniej – nie są to manifesty polityczne. Nie nadają się na wiece, nie przydadzą się raperom ze szklanej menażerii TV. Te utwory pisali lirycy; nawet pokutny wiersz Borysa Słuckiego jest osobistym zwierzeniem. Byli wierni prostej zasadzie swojego métier: odsłaniać nam własny, prywatny obraz świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 38

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Jerzy PomianowskiKontrabanda. Wybór przekładów wierszem

© Copyright for the translation by Jerzy Pomianowski © Copyright for this edition Wydawnictwo Austeria

Redakcja: Joanna Gromek-Illg

Korekta: Grzegorz Małek

Projekt okładki: Magdalena Koziak

Skład, łamanie i konwersja do formatu epub: Maria Gromek

Kraków • Budapeszt 2012

ISBN: 978-83-61978-03-9

Wydawnictwo Austeria Klezmerhojs sp. z o.o. 31-053 Kraków, ul. Szeroka 6 tel. (12) 411 12 45 [email protected]

Die Kontrebande, die mit mir reistDie hab’ich im Kopfe stecken.

H. Heine

Piotrowi Skrzyneckiemu

wstęp

Są powody, dla których ten zbiór ma w tytule słowo kontrabanda.

Pierwszy wydaje się oczywisty: są to przeważnie wiersze pisane skrycie, latami objęte zakazem druku i czytania. Wszyscy niemal ich autorzy byli prześladowani przez władze, skazani na zapomnienie. Osip Mandelsztam skonał w drodze na Kołymę, Martynow i Smielakow odsiedzieli swoje, Anna Achmatowa była gnębiona i szczuta na osobiste zlecenie Stalina. Obecne tu wiersze niemieckich szyderców z grupy Neue Sachlichkeit, ciskał w ogień na berlińskim placu Opery Reichsminister Goebbels.

Niemniej – nie są to manifesty polityczne. Nie nadają się na wiece, nie przydadzą się raperom ze szklanej menażerii TV. Te utwory pisali lirycy; nawet pokutny wiersz Borysa Słuckiego jest osobistym zwierzeniem. Byli wierni prostej zasadzie swojego metier: odsłaniać nam własny, prywatny obraz świata. Albo wskazywać to, co w naszym oglądzie przeoczyliśmy, nie widząc za codziennym banałem zadziwiającej, bądź oburzającej istoty rzeczy. Otóż obraz własny jest tym samym odmienny od potocznego. Tym bardziej – od nakazanego. Poeta nie może być chórzystą. Jeśli w społeczeństwie obywatelskim odmienność jest tolerowana, to w krajach, rządzonych ciężką ręką uchodzi za dowód sprzeciwu, zaród buntu. Moi Niemcy ponieśli karę za kpiny z porządku, Rosjanie – za odstępstwo od obowiązujących tematów i norm. Już dlatego musiało to być szmuglowane.

Drugi powód widać, jak na dłoni: te wszystkie wiersze wymagają dziś szmuglu, bo są niemodne: regularne, rytmiczne i zaopatrzone w rymy lub asonanse. Zgoda, człek ze mnie staroświecki. Owszem, mam zadawnione przekonanie, że prawdziwy wiersz to taki, który daje się zapamiętać; bez rymów i metrum to jednak trudniej. Ależ tak, nie dzielę poezji na pisaną dla głuchoniemych i taką dla całej reszty; powtarzam sam sobie strofy Szymborskiej z białego złota i piorunujące skróty Krynickiego. Pamiętam jednak uwagę Miłosza o wierszu wolnym, który stał się tanią przepustką do nowoczesności. Zostawiono przed jej progiem kataryniarzy i rymiarzy razem z ich staromodnymi brzękadłami. Otóż niech będzie tu powiedziane, że owe brzękadła, rymy, kadencje fraz, rytm i cały strój melodyjny – to nie żadne ozdobniki, tylko wyróżniki poezji jako takiej. Raz – dlatego, że czynią jej język odmiennym od mowy potocznej. Wnoszą zatem dobitność i tę sztuczność, bez której nie ma sztuki. Dwa – że są nosicielami sensu, jakiego samo słowo nie uniesie. Toż od tego zależy nośność i zwięzłość dobrego wiersza, że dopiero stop jego słów z owymi dźwięcznymi ozdobnikami podpowiada odbiorcy wiele więcej treści i domysłów, niż ich znajdzie w tomach prozy. „Pan Tadeusz” byłby tylko powiastką o zaściankowej drace, gdyby Mickiewicz nie napisał go 13-to zgłoskowcem, w którym słychać krok poloneza i brzęk cymbałów Jankiela. Panie i panowie, pozwólcie mi zatem trwać w nałogu czytania i tłumaczenia wierszy, które dawnymi czasy szeptało się z pamięci do ucha osoby, na której nam zależało, jak mawiała Agnieszka Osiecka.

Trzeci wreszcie powód, to chęć przemycenia do Waszych uszu i oczu utworów, które mnie przejęły, uderzyły, albo i rozbawiły. Jest pewien popęd, znany wytrwałym czytelnikom; zaliczam się do tej kasty. Polega na chęci zbliżenia się do istoty, której udało się napisanie słów, zdolnych pokazać innym, że człowiek potrafi wykonać rzecz doskonałą. Zdarzyło mi się parokroć spotkać takich ludzi. Są wśród nich, oczywiście, tacy, którzy doskonałość osiągnęli tylko w dziedzinie bajki, przykładem Sjergiej Michałkow. Ale – uwaga! – nie teksty hymnów, tylko bajki pisał dla dorosłych.

Przekładami czarujących wierszy z Lyrische Hausapotheke Ericha Kästnera debiutowałem jeszcze w przedwojennych „Szpilkach”, ale mogłem go spotkać dopiero po ćwierci wieku, w Monachium, po latach, jakie przeżył – bez prawa druku, bez praw – tylko po to, aby móc być świadkiem trwania i zagłady Trzeciej Rzeszy.

Leonida Martynowa, autora zachwycającego Łukomoria udało mi się wciągnąć do prac nad rosyjską antologią poezji polskiej. Nasz Związek Literatów odesłał repatrianta do Moskwy, aby dbał tam o tłumaczy i wierność przekładu. Martynow polski znał z widzenia, wrócił od białych niedźwiedzi bez prawa meldunku w stolicach, więc spędził kilka tygodni na waleta w moim numerze w hotelu „Jewropa”. Hotel wkrótce przemianowano (w ramach walki z kosmopolityzmem) na „Armenia”. Antologia nie wyszła, bo polski współredaktor nie zgodził się na usunięcie poetów-emigrantów. Martynow jednak zdążył przełożyć wspaniale „Zieleń” Tuwima, rzecz uznaną za nieprzetłumaczalną. Przysyłał mi odtąd rękopisy tak mocne, jak „Łańcuch”.

Klabund zmarł na wygnaniu w Szwajcarii, rodzina pochowała go jednak w Krośnie Odrzańskim. Ze szczerą goryczą wspominam powojenne wojny z władzami miasta o zachowanie nagrobka tego niedobitka niemieckiej wolności; granit potrzebny był na chodniki.