Konklawe - Fabrizio Battistelli - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Konklawe - Fabrizio Battistelli

„Porywająca, piękna, fascynująca powieść!” Federico Fellini

Młody Riziero zostaje wezwany do Rzymu przez swojego brata monsiniora Pietracutę. Jest rok 1739. W przededniu śmierci Klemensa XII i zwołania Konklawe w stolicy apostolskiej wrze. Obserwujący knowania ścierających się frakcji Riziero niespodziewanie staje w obliczu morderstwa. W tajemniczych okolicznościach ginie jego przełożony monsinior Van Goetz. Czy za zbrodnią stoją spiskujący politycy albo masoni? A może ma ona całkiem inne przyczyny?

W pierwszej części cyklu, którego bohaterem jest kawaler Riziero z Pietracuty, czytelnik znajdzie wszystkie elementy dobrej powieści kryminalno-przygodowej: tajemniczą śmierć i uparte dążenie do jej wyjaśnienia, dworskie spiski i szermiercze pojedynki, brawurowe pościgi i namiętne romanse, oszustów i rozbójników, sekrety wolnomularzy i życie codzienne w osiemnastowiecznej Italii...

Fabrizio Battistelli – profesor socjologii na Uniwersytecie Rzymskim La Sapienza, członek krajowych i międzynarodowych organizacji zajmujących się tą dziedziną. Jest autorem wielu książek poświęconych socjologii wojskowości i administracji. Prywatnie wielbiciel dobrej prozy i autor powieści z cyklu Przygody kawalera Riziera.

Opinie o ebooku Konklawe - Fabrizio Battistelli

Fragment ebooka Konklawe - Fabrizio Battistelli







Karta tytułowa


Dedykacja

Tei i wszystkim innym
z Val Marecchia


Rozdział 1 O tym, jak to się stało, że Riziero z Pietracuty, młody szlachcic z Romanii, objął poważne stanowisko w Kurii Papieskiej

Jasny listopadowy poranek 1739 roku zastał Riziera przed Bramą Świętej Anny. Odźwierny był uprzedzony o jego wizycie — przywołał nieco zaspanego służącego, który poprowadził Riziera przez imponujące meandry Pałacu Apostolskiego.

Gabinet jego brata, Oliviera, znajdował się na trzecim piętrze budynku w bocznej części placu Świętego Piotra. Dochodziło się doń niekończącym się korytarzem, w regularnych odstępach przerywanym jasnymi wgłębieniami pokoi, który o tej porze był opustoszały i spowity w półcienie. Długi czerwony dywan tłumił odgłos kroków. Drzwi do gabinetu monsiniora Pietracuty były przymknięte. Służący zapukał i zapowiedział Riziera.

Oliviero siedział przy małym biurku, które przy każdym jego ruchu wydawało się skrzypieć pod ciężarem nagromadzonych na nim papierów. Dokumenty i książki leżały wszędzie, nawet na dwóch krzesłach, które, jak mogłoby się wydawać, powinny służyć wygodzie gości. Małe okno przepuszczało dużo światła, rozjaśniającego pozbawiony ozdób pokój, połączenie gabinetu ministra z celą mnicha. Jedynym elementem umeblowania, poza papierami, które ścieliły się wszędzie, był niewielki krucyfiks z kości słoniowej wiszący na ścianie.

Na widok Riziera jego brat wstał i podszedł, by się przywitać. Monsinior Pietracuta nie skończył jeszcze czterdziestki i wyglądał bardzo elegancko w czarnej sutannie, wykończonej fioletowym obszyciem i przepasaną fioletowym pasem z frędzlami. Miał przenikliwy wzrok i przystojną twarz, która dopiero niedawno zaczęła zdradzać jego wiek.

Objęli się serdecznie.

— Od której godziny tutaj jesteście, bracie? — zapytał Riziero z uśmiechem.

Oliviero udał zdziwienie.

— Od szóstej rano, oczywiście. — I dodał skromnie: — Te dwie godziny dają mi przewagę i pomagają uporać się z resztą dnia.

Przełożył stos papierów na biurko, tak aby Riziero mógł usiąść na jednym z krzeseł. Biurko ugięło się pod nowym ciężarem.

— Tak więc jesteście w Rzymie — rozpoczął rozmowę monsinior Pietracuta.

Riziero przytaknął. Tak naprawdę wypoczywał na wsi po trzech latach służby wojskowej u cesarza, kiedy list brata wezwał go bezzwłocznie do stolicy. Monsinior mówił dalej:

— W trakcie październikowej wizyty ad limina*

Jego Ekscelencja przypomniał sobie o was, bracie.

Jego Ekscelencją był kardynał Lambertini, obecnie arcybiskup Bolonii, a dwadzieścia lat wcześniej wykładowca na Uniwersytecie Rzymskim La Sapienza, gdzie monsinior Pietracuta był studentem. Później były student pracował jako sekretarz Lambertiniego w diecezji ankońskiej.

— Trzeba przyznać, że z różnych względów mnie to zdziwiło — powiedział monsinior po krótkiej przerwie.

— Zważywszy, jak rzadkie były wasze spotkania, można to tylko tłumaczyć wielką życzliwością kardynała w stosunku do naszej rodziny.

Rzeczywiście, w ciągu czterech lat, które Riziero spędził jako student w Bolonii, odwiedził on arcybiskupa tylko dwa razy, mimo ciągłych napomnień starszego brata. Dwudziestolatek studiujący w obcym mieście, z pieniędzmi, które ledwo wystarczały na przeżycie, samotny i bez nadzoru rodziny, był zwykle bardzo zajęty, choć tylko Bóg raczył wiedzieć czym.

— W ten sposób dowiedział się o waszym istnieniu papież. — Monsinior zamilkł na moment, aby podkreślić znaczenie tego wydarzenia. — Dzięki takim rekomendacjom Ojciec Święty zdecydował się powierzyć wam pełnienie urzędu przy Izbie Apostolskiej.

Monsinior podał Riziero pergamin, na którym widoczna była pieczęć papieża Corsiniego.

— Oto list Sekretarza Stanu, który zawiera nominację.

Riziero nie powiedział ani słowa. Zwinął w dłoniach pergamin z łacińskim tekstem, nie czytając go. Brat przyszedł mu z pomocą:

— Będziecie asystentem Rewizora Ksiąg, monsiniora Van Goetza, który z kolei podlega bezpośrednio Skarbnikowi, Jego Ekscelencji Przewielebnemu biskupowi Apolloniemu.

Monsinior Pietracuta wymówił to ostatnie nazwisko, bezwiednie ściszając głos. Riziero miał się szybko dowiedzieć, że wszyscy w kurii bali się biskupa Apolloniego.

— Będziecie prawą ręką monsiniora Van Goetza. Warte podkreślenia jest, że oprócz księgowych, którzy po prostu prowadzą rachunki, będziecie tam jedyną osobą świecką.

— Księgowość? — zamruczał zakłopotany Riziero. — Ależ ja nic nie wiem o księgowości.

— To nie ma najmniejszego znaczenia — uciął monsinior. Po chwili jednak zmienił ton na bardziej przyjazny: — Studiowaliście prawo, a student prawa wie co nieco o wszystkim.

Dzwony Bazyliki wybiły ósmą. Część spotkania poświęcona sprawom praktycznym dobiegła końca.

Monsinior Pietracuta podniósł się i potrząsnął dzwonkiem stojącym na biurku. Pojawił się służący, który dopiero teraz naprawdę zaczynał swoją służbę, i przyjął zamówienie na dwie filiżanki bardzo słabej kawy. Monsinior ujął brata pod łokieć i skierował go w głąb korytarza. Przeszli przez drzwi wychodzące na długi taras, wsparty kolumnadą. Powietrze było rześkie, ale turkusowe niebo już rozświetliło się jasnym słońcem, które wznosiło się powoli nad linię Wzgórz Tyburtyńskich. Kamienie kopuły wydawały się wyciągać w łuki ku słońcu jak kocie grzbiety na Panteonie po jesiennej nocy. Kroczyli po płytach tarasu. Monsinior milczał, jakby głęboko zamyślony.

— Zdajecie sobie sprawę, jak zmartwiony był nasz ojciec, kiedy dowiedział się o mojej decyzji zostania kapłanem — odezwał się znienacka starszy brat. Umilkł na chwilę, po czym dodał: — Ale takiego dokonałem wyboru. I może nie tylko ja.

Riziero przyjrzał się bratu uważnie. Ten ostatni nie miał w zwyczaju poddawać się mistycznym uniesieniom. Głos Oliviera zabrzmiał niezwykle intensywnie:

— Może wyda się wam to dziwne, a na pewno wydaje się dziwne wielu osobom tutaj — machnął ręką w kierunku budynku. — Ale ja wierzę w Boga, stwórcę harmonii i tego światła. Jak również tego nieharmonijnego stworzenia, jakim jest człowiek, i owego ciemnego punktu, jakim jest ludzka inteligencja. Aby zbawić jedno i drugie, zesłał nam swego syna, Jezusa.

Riziero był lekko zażenowany tym nieoczekiwanym wyznaniem wiary i nie wiedział, co powiedzieć. Monsinior milczał teraz, kontynuując przechadzkę i trzymając go pod rękę. W połowie tarasu zatrzymał się nagle, jakby chciał zawrócić. Potem rozmyślił się, jedną ręką uścisnął ramię brata, drugą skierował go w dalszą drogę.

— To wszystko zmierza ku końcowi — powiedział mocnym głosem. — Nie, nie upada, jak twierdzą niektórzy, ale rozpada się.

Zatrzymali się na tyłach jednego z wielkich posągów ustawionych w długim ciągu na szczycie kolumnady. Był to święty Leon. Rozwiewająca się tunika i błogosławiąca dłoń obrócone były w kierunku placu; z tyłu widać było potężny tors z marmuru, wmocniony żelaznymi klamrami.

— Przyjdzie czas, kiedy już nie trzeba będzie posągów! — wykrzyknął monsinior Pietracuta.

Riziero przypomniał sobie, że jeszcze w seminarium Oliviero przetłumaczył z francuskiego niektóre teksty Pascala oraz jego uczniów i miał przez to nieprzyjemności. Te teksty musiały mieć jakiś związek z tym, o czym teraz mówił.

Monsinior rozwijał dalej swoje rozumowanie. Mówił ściszonym głosem, jak gdyby rozmawiał ze sobą samym:

— Tak czy inaczej, ci z Port-Royal nie rozumieli jednej ważnej rzeczy, że Kościół nie jest sumą wiary poszczególnych jednostek. Kościół jest również... — Zamyślił się, nie znajdując odpowiednich słów. Wreszcie mu się udało: — Kościół jest również instytucją ludzką!

Riziero drgnął. Był mało oczytany i w dodatku niespecjalnie zainteresowany problemami teologicznymi, ale mógł zrozumieć, że sposób ujmowania tych problemów przez jego brata był bardzo osobisty. Powstrzymał się jednak od wszelkich komentarzy.

— Trzeba utworzyć sojusz — monsinior kończył tę rozmowę z samym sobą. — Sojusz dla uzdrowienia Kościoła. — A potem rzekł z ożywieniem: — Ale wróćmy do nas, przelotnych ptaków na tej ziemi. Jeśli chodzi o mnie, wszystko jest jasne. Nałożyć habit, studiować sprawy, które nikogo nie interesują, aby, nazwijmy to tak, pomóc ludziom w samorządności — oto moje powołanie, tak kiedyś, jak i teraz.

Riziero wiedział, że jego brat mówi prawdę. Stan kapłański oznaczał dla niego zrzeczenie się tytułu i rocznego dochodu w wysokości pięciu tysięcy skudów. Nie zdarzało się to często, zwłaszcza wśród pierworodnych synów.

— Jeśli zaś idzie o naszego brata Raniero, ma on wiele zalet — kontynuował monsinior i zaczął wyliczać: — Jest ludzki, szczodry, gościnny. — Zamilkł na moment, szukając słów. — Nie ma uprzedzeń i jest pozbawiony złośliwości. — Dalsza wyliczanka, jak się zdawało, napotkała na trudności: — Jak już mówiłem, ludzki, serdeczny. — Zastanowił się jeszcze przez chwilę, po czym zakończył: — W sumie, niedorajda.

Słysząc to określenie, mało dostojne, ale bardzo trafnie opisujące ich średniego brata, Riziero zaśmiał się serdecznie. Ale szybko spoważniał, bo zrozumiał, że teraz przyszła jego kolej.

— No, a potem jesteście wy, Riziero. — Oliviero patrzył na niego przenikliwie. — Jeszcze zanim umarł nasz biedny ojciec, myślałem, że powinniście wybrać jakąś inną drogę, inną niż opychanie się pierogami, objeżdżanie włości karetą i obściskiwanie chłopskich córek za stogami siana.

Wolnym krokiem zbliżali się do drzwi prowadzących na korytarz. Monsinior zatrzymał się i stanął twarzą w twarz z bratem.

— Jesteście inteligentni, ale nie nadajecie się na naukowca. Umiecie dawać sobie radę z ludźmi (włączając w to kobiety, jak słyszałem), ale nie jesteście wystarczająco przewrotni, aby zrobić karierę w hierarchii kościelnej. Cechuje was jednak odwaga i sprawność, a to rzadkie cechy.

Riziero poczuł, że powinien coś powiedzieć.

— Jestem wam bardzo wdzięczny za tę ocenę. Ale nie wydaje mi się, że są to cechy przydatne w sprawowaniu urzędu w Izbie Apostolskiej.

Monsinior przyjrzał mu się uważnie.

— Nie dzisiaj. Ale może jutro.

W gabinecie monsiniora czekały na nich dwie filiżanki letniej już kawy. Wypili po łyku. Potem monsinior odprawił brata, nic więcej nie mówiąc.

* Wizyta ad limina oznacza obowiązek niektórych członków hierarchii kościelnej do składania wizyty w oznaczonych terminach „u progu Apostołów” św. Piotra i Pawła i przy tej okazji składania sprawozdania papieżowi ze stanu swych diecezji (przyp. tłum.).


Rozdział 2 Niektóre niezbędne informacje o urzędzie, który miał objąć Riziero, i o jego przełożonym, monsiniorze Van Goetzu

Dziesięć dni później Riziero z Pietracuty podejmował swoje obowiązki przy Rewizorze Ksiąg Przewielebnej Izby Apostolskiej.

Biuro znajdowało się na ulicy Pokutników, w niepozornym budynku sąsiadującym ze szpitalem Świętego Ducha, naprzeciwko głównej kwatery zakonu jezuitów. Riziero pokazał swoją nominację odźwiernemu, który powitał go nie bez podejrzliwości typowej dla rzymskich odźwiernych.

Służący zaprowadził go na drugie piętro. Tam długi i opustoszały korytarz wiódł do drzwi, na których widniał drewniany szyld. Duże litery oznajmiały, że tu właśnie miał swoją siedzibę Auditor Computorum, mniejsza tabliczka informowała, że obecnym Rewizorem Ksiąg był Jego Przewielebność Monsinior Emilio Van Goetz.

Monsinior Van Goetz był pulchnym Flamandczykiem około sześćdziesiątki, z niebieskimi oczami skrytymi za grubymi, okrągłymi szkłami. Powitał Riziera, wstając i podając mu rękę, po czym skierował go ku wielkiemu fotelowi ze skóry, stojącemu blisko oszklonych drzwi, za którymi był niewielki balkon. Sam usiadł w fotelu naprzeciwko.

Pokój był duży, kwadratowy, obstawiony regałami pełnymi dokumentów. Pośrodku stało masywne biurko, a po dwóch jego stronach dwa mniejsze. Za głównym biurkiem stała zamknięta biblioteczka, a obok niej wieszak, na którym wisiał płaszcz monsiniora i jego torba, z kształtu sądząc, podróżna. Sufit był kasetonowy; na ścianach wisiały portrety skarbników Izby Apostolskiej, każdy z własnym herbem i z napisem informującym, ile lat spędził na tym stanowisku. Najwyżej znajdowały się twarze w stylu gotyckim, prawie niewidoczne w mroku, pod nimi długowłosi skarbnicy z czasów renesansu, potem pudrowane peruki z siedemnastego wieku, aż do portretów współczesnych, na których poważny wyraz twarzy kontrastował z żywymi kolorami obecnej mody. Na ostatnim portrecie Jego Ekscelencja Monsinior Apolloni, z długą twarzą i kościstą czaszką osadzoną głęboko między ramionami, z półprzymkniętymi zielonymi oczami, wskazywał prawą ręką biały rulon papieru leżący na stole.

— Zatem studiowaliście prawo — rozpoczął rozmowę Van Goetz. Jego włoski był doskonały, prawie bez akcentu.

— Tak, monsinior, w Bolonii.

— A potem służyliście w wojsku.

— Tak. Służyłem cesarzowi w czasie wojny z Turkami.

— Znacie się na księgowości?

— Ani trochę, monsinior.

— Bardzo dobrze — odpowiedział, śmiejąc się Van Goetz. — I niech tak pozostanie.

Monsinior zdał sobie po chwili sprawę, że poczucie humoru typowe dla kurii wzięło u niego górę nad obowiązkiem. Przybrał poważną minę i zaczął porządkować papiery na biurku.

— Urząd, który my, niegodni, sprawujemy — powiedział — jest urzędem o dawnej świetności, wprowadzonym dwieście lat temu przez papieża Sykstusa Piątego. Jego zadaniem, w ramach Dykasterii Finansów Kościoła, jest kontrola wydatków administracyjnych. — Monsinior zamilkł na chwilę, po czym dodał:

— Jest to zadanie ogromnej wagi i jak zdajecie sobie sprawę, delikatne i niełatwe do wykonania.

To było wszystko, co monsinior powiedział Rizierowi o jego obowiązkach tego dnia. Rozmawiali potem o Romanii, którą Van Goetz znał dobrze, ponieważ spędził tam parę lat, pracując w Banku Ducha Świętego. Na koniec pokazał Rizierowi jego przyszłe biuro, niewielki pokój, do którego wchodziło się zarówno z korytarza, jak i z gabinetu Rewizora.

O charakterze pracy, którą jego przyszły podwładny miałby wykonywać, monsinior mówił mało i ogólnikami. Starszy księgowy wytłumaczy mu wszystko, kiedy będzie trzeba, powiedział. Tenże księgowy, łysy i niezbyt wysoki mężczyzna, zwący się Cerani, przyszedł o dziewiątej razem z resztą urzędników. Było ich pięciu, cztery osoby świeckie i jeden ksiądz w błyszczącej sutannie. Zostali kolejno przedstawieni Rizierowi, a potem, równie cicho jak weszli, rozeszli się do swoich miejsc pracy — dwóch w pokoju Rewizora, trzech w sąsiedniej sali, gdzie znajdowały się rejestry i księgi.

— Na dzisiaj wystarczy — powiedział w pewnym momencie monsinior Van Goetz, odprawiając Riziera. — Zobaczymy się jutro. Możecie przyjść o dziewiątej, jak wszyscy.

W ciągu kilku następnych dni Riziero zrozumiał, że w biurze nie było zbyt wiele pracy. Jeśli zaś chodziło o niego samego, nie miał prawie nic do zrobienia. Przychodził nie wcześniej niż o wpół do dziesiątej. O dziesiątej przychodziła zakonnica z kawą z jęczmienia. Koło jedenastej pojawiał się Cerani, który przynosił ze sobą dwa lub trzy akta spraw do załatwienia danego dnia. Riziero przeglądał je, a potem w południe wysyłał Rewizorowi do podpisu. O wpół do pierwszej wszyscy szli do domu.

W biurze pierwszy pojawiał się monsinior Van Goetz, który mieszkał na trzecim piętrze w tym samym domu. Parę tygodni po rozpoczęciu pracy w urzędzie Riziero przyszedł przypadkowo do biura godzinę wcześniej niż zwykle. W ten oto sposób, zupełnie niechcący, odkrył sekret monsiniora.

Widząc, że drzwi do dużej sali są otwarte, Riziero zajrzał do środka. Prałat stał koło okna. Przed nim stały sztalugi, na których znajdowało się płótno; w ręce trzymał pędzel i paletę. Na fotelu stała otwarta torba podróżna; widać w niej było zestaw farb olejnych.

Riziero nigdy by nie zgadł, że jego zwierzchnik jest artystą.

— Bardzo przepraszam — wybąkał zażenowany.

— Drogi Pietracuto, proszę bardzo, wejdźcie, wejdźcie — powiedział wesoło prałat, nie odrywając oczu i pędzla od swego dzieła. Przez chwilę wydawał się zupełnie pochłonięty kontemplacją detalu, który malował. — O tej porze dnia najlepiej się maluje — dodał w charakterze wyjaśnienia. Zamilkł, zwrócony do obrazu. — Co o tym myślicie? — zapytał Riziera, pokazując mu owoc swojej pracy.

Obraz przedstawiał ciepło ubrane dzieci bawiące się na lodzie. Technicznie był bardzo dobry, ale jego temat i styl nawiązywały do czasów sprzed półtora wieku.

— To mój sposób podtrzymywania kontaktu z ziemią ojczystą — wyjaśnił monsinior. — Może ostatni, jaki mi pozostał w życiu, które spędzam w Stolicy Apostolskiej — dodał z nieco smutnym uśmiechem.

Monsinior Van Goetz nie był prostakiem. Studiował w Lejdzie i w Rzymie i objechał pół Europy, zanim wrócił do Włoch, aby w Kurii objąć stanowisko średniej rangi. Oprócz języków klasycznych i współcześnie powszechnie używanych, znał również angielski, który jego zdaniem nabywał coraz większego znaczenia w kontaktach międzynarodowych. Angielski był również popularny w pewnych sferach kultury, mało znanych we Włoszech i jeszcze mniej w Rzymie, ale które Riziero wydały się bardzo interesujące, kiedy prałat mu o nich opowiedział.

Parę dni po owym spotkaniu „malarskim”, kiedy byli w biurze sami, Van Goetz otworzył biblioteczkę i pokazał Rizierowi dwie książki błyszczące nowością.

— Przywiózł mi je przyjaciel, który właśnie wrócił z Anglii — wyszeptał.

Riziero z trudnością odcyfrował tytuły w obcym języku: A Treatise of Human Nature, being an Attempt to Introduce the Experimental method of Reasoning into Moral Subjects, dwutomowe dzieło szkockiego filozofa, niejakiego pana Hume’a.

Kiedy pierwsze lody zostały przełamane, monsinior Van Goetz z każdym tygodniem otwierał się coraz bardziej przed swoim nowym współpracownikiem.

Był niezadowolony ze swego urzędu, zwierzył się. Nie w tym rzecz, że nie podobała mu się praca. Wręcz przeciwnie: Van Goetz kochał liczby. Fascynowały go swą abstrakcyjnością i mnogością możliwych powiązań. Szczególnie uwielbiał te, które reprezentowały wielkości konkretne: wpływy i wydatki, saldo i obieg gotówki. Trzy lata wcześniej wymyślił wskaźnik mierzący relacje graniczne między wydatkami. Zastosowany w bilansie Izby, pokazywałby granice każdego elementu kosztów.

Przeprowadziwszy skomplikowane próby techniczne i jeszcze bardziej skomplikowany namysł nad strategią, monsinior zdecydował się poprosić o audiencję Skarbnika, aby przedstawić mu swoją propozycję.

Monsinior Apolloni wysłuchał go życzliwie, pochwalił pomysłowość rozwiązania i obiecał, że dokładnie zbada możliwość zastosowania go w Izbie. Z tonu głosu i sposobu zachowania się Jego Ekscelencji Van Goetz wywnioskował, że zainteresowanie jego propozycją jest raczej umiarkowane, a prawdopodobieństwo zastosowania wskaźnika w praktyce — bliskie jest zeru. Co więcej, monsinior Apolloni wyraźnie czekał z niecierpliwością, aby jego rozmówca opuścił pokój i ustąpił miejsca następnemu w kolejce.

— Jesteście nadto kompetentni — upominał go żartobliwie jego spowiednik i przyjaciel, franciszkanin Serrano Brando. — Wiecie dużo o paru bardzo wąskich sprawach, w Kurii zaś lepiej jest wiedzieć mało o wielu sprawach ogólnych.

Ale największe rozczarowanie w życiu spotkało monsiniora Van Goetza przed dziesięcioma laty, tuż po wyborze Klemensa XII, papieża Corsiniego. Po ujawnieniu malwersacji i kradzieży, których dopuścił się ksiądz Coscia ze swoimi wspólnikami z Benewentu, rujnujących Skarb Izby w czasie poprzedniego pontyfikatu, papież Corsini wydawał się zdecydowany przywrócić porządek w administracji Kościoła.

Coscia stanął przed sądem, a zadanie uporządkowania finansów powierzone zostało wielkiemu elektorowi, kardynałowi Aldrovandiemu. Nowy Skarbnik sprowadził do Izby Apostolskiej grupę kompetentnych i aktywnych osób. Między nimi znalazł się Van Goetz, który otrzymał stanowisko Rewizora Ksiąg.

Pierwszym krokiem nowego Rewizora było odnowienie i odmłodzenie instytucji auditores. Wybrał trzech młodych duchownych, dobrze przygotowanych, których zadaniem było nie tylko kontrolowanie dokumentów, ale i inspekcje w terenie. Kiedy ci uprzejmi, ale niewzruszeni młodzi ludzie z krajów północnych pojawili się na progu urzędów Kurii, otwierając archiwa i przeglądając księgi rachunkowe, dygnitarze z różnych wydziałów zaczęli głośno protestować. Ale urząd Rewizora był pod opieką kardynała Aldrovandiego, który stanowił za dużą kość do zgryzienia dla równych mu dostojników, nie mówiąc już o osobach niższych rangą.

Inspekcje przeprowadzone przez auditores ujawniły niepokojące niejasności w zarządzaniu finansami papieskimi. Monsinior Van Goetz prezentował ich wyniki Skarbnikowi w szczegółowych sprawozdaniach półrocznych, a ten je akceptował. Jeśli nawet ich ostatecznym przeznaczeniem była szuflada w biurku Jego Eminencji Skarbnika, sama świadomość istnienia takich sprawozdań spowodowała zwiększenie sumienności w pracach administracji.

Wydawało się, że nowe zwyczaje utrwalą się na dobre, kiedy kardynał Aldrovandi został mianowany gubernatorem Rzymu i oddał urząd Skarbnika swemu zaufanemu współpracownikowi, Apolloniemu. Opinia na temat tego ostatniego nie należała do najlepszych. Mówiło się, że za czasów papieża Orsiniego był powiązany z szajką z Benewentu i tylko protekcja kardynała Aldrovandiego uchroniła go od procesu. Był jednak przebiegły i mściwy. Dostarczał partii dworskiej, reprezentującej obecnego papieża, możliwości przeprowadzania wątpliwych operacji, których kardynał Aldrovandi nigdy by oficjalnie nie zaakceptował. Frakcja Gorliwych pogardzała nim, nazywając go „czarną duszą kardynała”. Nikt jednak nie odważał się zaatakować go otwarcie — był na to zbyt potężny.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił nowy Skarbnik, było zdemontowanie urzędu Rewizora i zwolnienie auditores. Skonsternowanemu Van Goetzowi nakazał ograniczenie się do wypełniania jego właściwych obowiązków, czyli do kontroli cyferek w bilansach. „Macie tabele, kontrolujcie je!”, brzmiał nieodwołalny wyrok.

Van Goetz pozostał sam ze specjalistami od rachunkowości, którzy dodawali i odejmowali. Nawet w tych warunkach Flamandczyk nie zaprzestał skrupulatnego wykonywania swego zawodu i od czasu do czasu jego półroczne sprawozdania ujawniały, z niejaką ostrożnością, rzucające się w oczy nadużycia widoczne w oficjalnych bilansach. Nowy Skarbnik zalecił wówczas, aby sprawozdania przygotowywano w odstępach rocznych, a potem rozciągnął okres sprawozdawczy do trzech lat. Czas, który upływał od popełnienia nadużycia do jego zgłoszenia, wydłużył się tak, że nikt już nie zawracał sobie głowy ani nadużyciami, ani raportami.

Van Goetz był bardzo rozgoryczony. Nie był politykiem i jego rozczarowanie ograniczało się do sfery zawodowej. Przypisywał wrogość Apolloniego jego nieznajomości spraw finansowych. Był lojalny wobec partii dworskiej, ponieważ ufał nieustannie kardynałowi Aldrovandiemu, który, jak wierzył Van Goetz, wcześniej czy później doprowadzi sprawy do porządku, tłumacząc Apolloniemu, że przejrzystość w sprawach administracyjnych jest pierwszym warunkiem sprawnego zarządzania.

Jedynym wykroczeniem przeciw obecnym porządkom, na jakie sobie pozwalał, były kontakty z byłymi współpracownikami.

Rozrzuceni po różnych biurach rzymskich, dawni auditores odwiedzali go, w pojedynkę lub razem. Niesłychanie nudne obowiązki, jakimi obarczono tych młodych księży z Niemiec i Holandii, nie zdołały stłumić ich zawodowej pasji. W mieszkaniu monsiniora, na trzecim piętrze budynku Rewizji, omawiali do późnej nocy nowe metody analiz finansowych, ale również — co jest przecież ludzkie — opowiadali sobie o najnowszych skandalach i osobistościach, których nazwiska były na ustach wszystkich.

— Mamy wszyscy wielki szacunek dla kardynała Aldrovandiego — wyrwało się raz Rizierowi pod koniec rozmowy z Van Goetzem, która była jeszcze bardziej otwarta i serdeczna niż zazwyczaj. — Ale on nie jest jedyną osobą, która mogłaby uzdrowić Kościół, i nie tylko jego idee są słuszne.

Van Goetz uśmiechnął się.

— Tak, tak, wiem. Wy i wasz brat jesteście z innej parafii. Ale ja jestem za stary, żeby zmieniać opinie.

— Zamilkł na chwilę, a potem dodał: — A może rację ma ojciec Serrano, mówiąc, że ja nie mam opinii, tylko wiedzę. — Wlał Rizierowi i sobie ostatnie krople bardzo czarnej kawy, którą przygotowywał sam na małym palniku. Nie znosił kawy jęczmiennej. — Chciałbym tylko móc współpracować z dobrym zarządcą, nic więcej.

Riziero poczuł nagły przypływ sympatii dla tego starzejącego się cudzoziemskiego księdza, tak samotnego w ogromnej sali ksiąg, zatopionego głęboko w fotelu z bardzo już zniszczonej skóry, obok okna, które wychodziło na północ, tak że słońcu nie udawało się go ogrzać.


Rozdział 3 O wykroczeniu, któremu zapobiegł Riziero, i uczciwej rodzinie, z której wywodził się kandydat na przestępcę

Riziero, który był w Rzymie od dwóch miesięcy, mieszkał w hotelu Montone na placu Rotundy.

Nie był to najlepszy hotel w Rzymie, ale Riziero lubił z rana otwierać okno, przez które widać było Panteon, z całą pogańską świetnością jego okrągłej formy, tylko powierzchownie ukrytej pod katolickimi ozdobami. Po południu lubił przechadzać się po placu Navona, gdzie eleganckie damy z talią osy dawały się wywabić z powozów pierwszemu promykowi słońca, trzepocąc wachlarzami i wznosząc w górę upudrowane na biało peruki.

Jeszcze bardziej lubił Campo di Fiori, ale tam trzeba było uważać, żeby nie być potrąconym przez wóz wieśniaka i aby nie wpaść do kanału z brudną wodą, gdzie spotykały się cuchnące wody kwietnego targu.

Wieśniaczki, których biusty wystawały zachęcająco z dekoltów uformowanych w balkoniki, wynosiły pod niebiosa zalety sprzedawanych warzyw i owoców. Bosonodzy chłopcy bez chwili odpoczynku ładowali i rozładowywali ćwiartki wołu, a żydowscy handlarze szmatami z głowami obwiązanymi żółtymi łachmanami popychali swoje wózki, pokrzykując rytmicznie. Towarzyszyli im waluciarze, skrybowie, lichwiarze, żebracy, bukmacherzy obsługujący loterię na kole w Genui i Rzymie, prostytutki, które budziły się w południe i wychodziły na zakupy, matki z niemowlętami przy piersi, wędrowni mnisi, adwokaci, którzy szybko przeciskali się przez tłum, trzymając przy nosie wyperfumowane chusteczki, a także podróżni z zagranicy.

Był to sobotni styczniowy poranek. Van Goetz zwolnił Riziera z obowiązku przyjścia do biura, jako że nie było tam nic do zrobienia. Młody człowiek przechadzał się z laską i trójgraniastym kapeluszem pod pachą, unoszony przez wielobarwny tłum. Kiedy wszedł w zaułek łączący Campo di Fiori z placem Capodiferro, znalazł się nagle przed świątecznie przystrojonym kościółkiem.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com