Koniec westernu - Jan Józef Szczepański - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 253 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Koniec westernu - Jan Józef Szczepański

Ameryka to kraj wielkich możliwości i jeszcze większych paradoksów. Przenikliwe obserwacje przybysza z drugiej strony żelaznej kurtyny, spisane u progu rewolucji obyczajowej pod koniec lat sześćdziesiątych, z upływem czasu nie tracą nic ze swojej odkrywczości i wciąż pozostają frapujące dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Koniec westernu - Jan Józef Szczepański

Fragment ebooka Koniec westernu - Jan Józef Szczepański



Pionierzy w tuxedach

Cywilizacja techniczna ukrywa swoje dolegliwości i swoje niebezpieczeństwa za wieloma kulisami pozorów, które mogą pozostać nieprzeniknione dla kogoś, kto zadowala się powierzchnią zjawisk. Wyobrażenie Ameryki jako hałaśliwej maszyny, ogłuszającej przybysza z bardziej sielskich i tradycyjnych regionów – wyobrażenie wciąż jeszcze dosyć rozpowszechnione po naszej stronie globu – nie jest prawdziwe.

Niekończące się korytarze i galerie wielkich dworców lotniczych tchną kojącą ciszą. Tysiące podróżnych wędrują nimi bez pośpiechu. Suną w górę lub w dół na taśmach ruchomych schodów, ich stopy nie czynią żadnego hałasu na gładkich posadzkach ze sztucznego tworzywa, ich oddechy, ich głosy, wyziewy ich ciał rozpraszają się w łagodnej świeżości klimatyzowanego powietrza. Ciężar bagażu nie obciąża niczyich ramion, pot wysiłku i zdenerwowanie nie skleja włosów. Wymalowane staruszki, schludni chorzy toczą się na bezszelestnych kółkach aluminiowych fotelików, popychani przez krewnych lub tragarzy. Przyjezdni z najdalszych krańców świata – otyłe Hinduski w barwnych sari, atletyczni Szwedzi, biznesmeni w marynarkach z tropiku – czekają spokojnie wokół rotacyjnych bębnów, na które transportery składają ich walizy i torby podróżne.

Podróż przestała być udręką – stała się relaksem. Nowoczesna technika wraz z doprowadzoną do perfekcji, naoliwioną bogactwem organizacją uwolniły mięśnie od wysiłku, nerwy od napięcia. Front zmagań człowieka z opornym światem przesunął się w głąb.

W zakamarkach naszej świadomości podróż ma wiele zaszyfrowanych znaczeń. Jest ucieczką, jest podstępem w nieustającej walce z czasem, jest nadzieją... jest także kuszeniem śmierci. Może jednym z uroków dalekiej podróży lotniczej jest pokusa śmierci luksusowej: śmierci opromienionej uśmiechem czarownej stewardessy, śmierci nad plasterkiem różowej szynki na plastykowym talerzyku, śmierci ze szklaneczką sherry w ręce, do wtóru miłego grzechotu kostek lodu. Wśród naszych złudzeń wiara w magię techniki i organizacji – gotową przeprowadzić nas bezboleśnie poza granice „ludzkiej kondycji” – zajmuje miejsce poczesne.

Niepokój powraca w konfrontacji z ziemią oglądaną z ponadludzkiego punktu widzenia. Nocny pejzaż Chicago, odsłonięty nagle spod pokrywy czarnych chmur, które więziły przedtem drzemiących podróżnych w jakimś zacisznym nigdzie, to gigantyczne powiększenie biologicznego preparatu. Aż po horyzont sieć arterii pulsujących strumieniami czerwonych i białych punkcików – świecących ciałek krwiobiegu jakiegoś organizmu, rozplenionego na sztucznym, obcym życiu podłożu, bo asfalt ulic błyszczy sinym, aluminiowym chłodem. I wtedy dopiero, wraz z zachwytem, dreszczyk lęku przed światem, który wymyślił człowiek.

*

Ale Iowa City, mała mieścina kukurydzanego Middle Westu, nie straszy jeszcze perfekcją technicznej super-cywilizacji. Nieliczni przybysze, opuszczający na tutejszym lotnisku samolot podrzędnej linii „Ozark”, witają jedynego tragarza poufałym „Hi, Joe!” i klepią go po ramieniu. Ów Joe, o rozłożystych barach i siwiejącej czuprynie, jest zarazem recepcjonistą i szoferem taksówki. Po odebraniu kwitów bagażowych rozwozi przyjezdnych do domów zamarłymi w głębokim śnie ulicami. Nowa twarz intryguje go, skłania do dedukcji.

– Z Programu Paula Engle'a? Dlaczego tak późno? Inni już dawno przyjechali.

Podobnie bywało zapewne na stacjach dyliżansów, na przystankach pierwszych linii kolei żelaznej – w miejscach, przez które jak przez wąską furtkę obcy wkraczał w opłotki zasiedziałej społeczności.

„Czego pan ode mnie oczekuje?” – pytałem w liście będącym odpowiedzią na zaproszenie do wzięcia udziału w International Writing Program – imprezie, organizowanej przez poetę Paula Engle'a pod protektoratem University of Iowa. „I expect you to have a good time in Iowa City” (oczekuję, że spędzi pan przyjemnie czas w Iowa City) – odpowiedział Paul Engle.

Oczywiście, wziąłem te słowa za kokieterię. Nie płaci się ludziom podróży i dziewięciomiesięcznego pobytu na drugim końcu świata tylko w tym celu, aby dostarczyć im rozrywki. Zresztą nie byłem już nowicjuszem. Dziesięć lat wcześniej uczestniczyłem w podobnym przedsięwzięciu uniwersytetu harvardzkiego. Mieliśmy tam seminaria i wykłady z dziedziny kultury masowej (będącej wówczas szczególnie modnym tematem), wygłaszaliśmy referaty, przerabialiśmy zadawane lektury. Dorośli ludzie – powróciliśmy z czyjegoś kaprysu i z własnej chęci przygody w wiek studencki, próbując dogonić umykającą nam rzeczywistość. Co z tego wynikło? Nie wydaje mi się, aby problemy kultury masowej stały się dla nas sprawą całkowicie jasną. Natomiast każdy z nas wzbogacił się w Harvardzie o kilka cennych przyjaźni i zrezygnował ze zbyt łatwych uogólnień na temat Ameryki i Amerykanów. Kierownik zaś i inicjator tej imprezy został po pewnym czasie doradcą Białego Domu w zakresie stosunków międzynarodowych.

Efektów tego rodzaju poczynań nie da się ująć w formułkę równie wymierną, jak świadectwo szkolne. Ich cele nie są jednoznacznie określone, ale w ich oficjalnym idealizmie nie należy dopatrywać się mistyfikacji. Zatrzymuję się nad tym nie po to, aby analizować założenia Programu Paula Engle'a (którego nie najbłahszym składnikiem był istotnie „a good time in Iowa City”), Celem tego rozdziału jest pokazanie tych cech amerykańskiej mentalności i obyczajowości, które nam wydają się odmienne, a nieraz zgoła dziwne. Lecz właśnie zjawisko takie, jak iowańska impreza Paula Engle'a, stanowi wcale dogodny punkt wyjścia do eksploracji amerykańskich postaw wobec życia i świata.

Słowo „kariera” brzmi w europejskim – a zwłaszcza wschodnioeuropejskim – uchu zawsze nieco podejrzanie. Aby zrozumieć Amerykanów, trzeba przestroić europejski słuch na dźwięk niejednego słowa. Trzeba także przyjąć do wiadomości istnienie zawodów, które na naszym kontynencie nie mają odpowiedników lub posiadają odpowiedniki karykaturalne. Jednym z takich quasi-zawodów (owo „quasi” stanowi koncesję na rzecz naszych, europejskich przyzwyczajeń) jest w Ameryce „fund rising” – zdobywanie funduszów. Fundriser musi posiadać kwalifikacje cieszące się znacznym społecznym prestiżem: entuzjazm dla sprawy, której się poświęca, wyobraźnię, siłę perswazji, energię i obrotność, rozgałęzione stosunki, opinię solidnego człowieka oraz – rzecz niebłaha – osobisty wdzięk. Wyposażony w te zalety, potrafi – nie posiadając nawet własnego majątku – uruchamiać instytucje obracające setkami tysięcy dolarów – instytucje, których użyteczności nie da się wymierzyć ściśle praktycznymi względami.

Mając to na uwadze, a także znając amerykańską namiętność do działalności zwanej „public relations” – polegającej na nawiązywaniu kontaktów, konfrontowaniu punktów widzenia, przekonywaniu (reklama jest tu niewątpliwie wypróbowanym wzorcem) – można przyjąć bez zdziwienia fakt, że sześćdziesięcioletni poeta i emerytowany profesor literatury na prowincjonalnym uniwersytecie organizuje wielkie międzynarodowe przedsięwzięcie o charakterze kulturalnym, które – poza satysfakcją ciekawej aktywności – daje mu pozycję i rozgłos.

Tyle od strony inicjatywy. Jeśli zaś chodzi o uczestników Programu – ich udziałem pozostają wszystkie dobrodziejstwa „zewnętrznej” motywacji imprezy: szansa interesujących międzynarodowych kontaktów, możność wniknięcia w amerykańskie życie, doskonałe warunki dla własnej pracy twórczej.

Jak już wspomniałem, my, Europejczycy – a ściślej: my, Europejczycy wschodni (a jeszcze ściślej: my, Polacy) – skłonni jesteśmy traktować podejrzliwie humanistyczne inicjatywy poparte pieniądzem lub czyimś osobistym interesem. Szekspirowski archetyp konfliktu Ariela i Kalibana tkwi głęboko w naszej świadomości. Tradycje dziewiętnastowiecznej bohemy przyzwyczaiły nas Wielbić poetę z mansardy, poetę w dziurawych butach – dramatyczne przeciwieństwo filistra. Owe dziury w butach wydają nam się najoczywistszą gwarancją czystości intencji. Zapominamy jednak chętnie, że tradycyjne (i niejako wzorcowe) ubóstwo artysty nie bywało najczęściej ubóstwem z wyboru. Niemniej, przyzwyczajeni do faktu, że mecenat zwykł był spoczywać w rękach filistra lub filisterskiej władzy i że materialną bazą inicjatyw organizacyjnych literata mógł być co najwyżej kawiarniany stolik, skłonni jesteśmy odnosić się nieufnie do przedsięwzięć poety operującego filisterskimi środkami mecenatu – dysponującego biurem, sekretarkami, kontem bankowym i papeterią z firmowym nagłówkiem. Ariel wyposażony w rynsztunek Kalibana – to dla nas wciąż jeszcze zjawisko sprzeczne z naturą rzeczy.

Należałoby tu dodać, że nasze, wywodzące się z bohemy, pojęcia zaczynają ostatnio zdobywać sobie w pewnych amerykańskich środowiskach nieoczekiwaną popularność. Ale o tym przy innej okazji. Aby skończyć z Programem – a wypada mi przecież naszkicować scenę tych amerykańskich doświadczeń – pragnę wyjaśnić, co następuje:

Uruchomione przez Ariela-Kalibana fundusze, czerpane z kas różnych fundacji, a także Departamentu Stanu i prywatnych ofiarodawców, uczyniły z Iowa City miejsce spotkań pisarzy i poetów z całego świata. Jedynym obowiązkiem zaproszonych, których bywa przeciętnie około czterdziestu – obowiązkiem nie egzekwowanym zresztą żadnymi rygorami – jest udział w urządzanych raz na tydzień literackich dyskusjach. Wszystkie inne przejawy działalności Programu – a bywają one bardzo rozmaite, począwszy od wzajemnych tłumaczeń, a na eksperymentach z dziedziny psychologii twórczości kończąc – pozostawione są własnej inicjatywie uczestników, z których część bierze ponadto dobrowolny udział w niektórych zajęciach uniwersyteckich.

I jeszcze parę słów o uniwersytecie. Wśród blisko dwóch tysięcy wyższych uczelni – stanowych, wyznaniowych, federalnych, prywatnych, a nawet należących do różnych wielkich przemysłowych korporacji – The University of Iowa nie należy do wybitnych. Ma jednak wśród swoich wykładowców laureata nagrody Nobla – fizyka Van Allena – i szczyci się posiadaniem (jako jedyny chyba uniwersytet na świecie) własnego satelity w kosmosie, przeznaczonego do badania pasów radiacji przez tegoż Van Allena odkrytych. Miasto, ze swoimi drugstore'ami i snack-barami, ze swymi trzema kinami, lożą masońską i zabytkowym (bo liczącym sto lat) kapitelem – neoklasyczną budowlą z kopulastą wieżyczką, wzniesioną na wzgórzu ponad rzeką w czasach, gdy Iowa City była jeszcze stolicą stanu – stanowi obecnie dependencję dwudziestotysięcznego campusu. W kilku piwiarniach – u Donelly'ego, w Mili, Red Ram czy Airliner – widzi się prawie wyłącznie studentów – najczęściej długowłosych i brodatych chłopców oraz bosonogie dziewczyny o fryzurach topielic. Ale campus jest spokojny. Poza rytualnymi już „sit in's” (demonstracjami na siedząco) i jakimś strajkiem od czasu do czasu, nie dochodzi tu do gwałtowniejszych zaburzeń. Zmajoryzowane miasto, które nawet swój kapitol oddało uniwersytetowi na jego cele reprezentacyjne, udzieliło jednak campusowi czegoś ze swej solidnej, prowincjonalnej „respectability”, Iowa City bowiem do dziś dnia kultywuje purytańskie cnoty Middle Westu. W schludnych domkach dzielnic mieszkalnych, wokół których po strzyżonych trawnikach kicają szare wiewiórki i dzikie króliki, nie zamyka się drzwi wejściowych na klucz, a jedyny na całe miasto liquor store, czyli sklep ze spirytualiami, ulokowany został w bezpiecznej odległości od centrum, jego działalność zaś poddano osobliwym regułom, mającym zapewne stanowić psychologiczny hamulec dla zbyt lekkomyślnych klientów. Chcąc mianowicie kupić flaszkę whisky czy galon kalifornijskiego wina, należy wypełnić specjalny formularz i złożyć na nim swój podpis. W tej atmosferze nawet protesty przeciwko wojnie wietnamskiej przybierają formy nacechowane godną powściągliwością. Codziennie w samo południe, na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic miasta – Clinton i Washington – przechodnie zatrzymują się i przez pięć minut stoją w milczeniu z odkrytymi głowami. W zależności od pogody – jest ich tylko garstka lub wcale pokaźny tłumek, zawsze ze zdecydowaną przewagą młodzieży.

Duch młodzieżowego nonkonformizmu przejawia się najwyraźniej – poza strojami – w napisach na ścianach campusowych budynków i asfalcie campusowych ścieżek. Sentencje buntownicze, szydercze, zagadkowe lub po prostu liryczne nagabują przechodnia w drodze na lunch do stołówki w Unionie (odpowiednik naszego Bratniaka), narzucają mu się, gdy śpieszy do audytorium lub biblioteki, aż w końcu stają się czymś na kształt retorycznych akcentów osuwającego się we wspomnienie przeżycia iowańskiej przygody.

„Campus cops eat their young” (campusowe „gliny” zjadają swoje młode). „God is a shamrock” (Bóg jest koniczyną)?* „Free the Black Panthers” (Uwolnijcie Czarne Pantery) i wreszcie uporczywe, jaskrawymi kolorami powtarzane pytanie: „Where are you, Lucy?” Od kapitelu po kryte boisko koszykówki po drugiej stronie rzeki, na jezdniach i ścieżkach, wokół Unionu i dormitoriów dziewczęcych szlak namiętnej, rozpaczliwej pogoni za niewierną pięknością: „Where are you, Lucy?”

*

Postanowiłem nie mieszkać w „Mayflower”. Jeszcze zanim zawieziono mnie do tego ledwie wykończonego gmachu, opartego o strome, porośnięte bukami zbocze i patrzącego setką okien na malowniczy zakręt Iowa River po drugiej stronie highwayu, powziąłem w tej sprawie nieodwołalną decyzję. Uprzejmi moi gospodarze, zgorszeni tym uporem, bąkali, że rozumieją, ale nie rozumieli. Nie tracili nadziei, że po obejrzeniu tego komfortowego akademickiego hotelu, stanowiącego dumę uniwersytetu i miasta, zmienię zdanie. Jeździliśmy więc szybkobieżnymi, bezszmerowymi windami z piętra na piętro, zwiedzaliśmy pływalnię, kafeterię i sale klubowe, wędrowaliśmy długimi korytarzami, oglądaliśmy pokoje dla małżeństw i dla samotnych. Nie brakowało w nich niczego, co niezbędne dla wygody i pracy. Za każdymi drzwiami to samo. Kwadratowa sionka z szafą ścienną, prostokątne, wąskie studio z politurowanym biurkiem z jasnego drzewa, czarne kafelki w łazience i plastykowa firanka wokół prysznica. W sypialni tapczan-katafalk w kanciastej krypcie, głęboki fotel pod stojącą lampą i telewizor w rogu, pod oknem. Każde dwa takie mieszkanka połączone wspólną kuchnio-jadalnią, wyposażoną we wszelkie ułatwiające życie gadżety. „Hotelowy autobus do miasta dwa razy dziennie” – zachęcano mnie dyskretnie. Ale ja wiedziałem swoje. Więcej niż trzy czwarte uczestników Programu mieszkało tutaj. Odczytanie przyszłości nie wymagało daru jasnowidzenia. Najpierw, w okresie podniecenia nowością, w okresie ciekawego „obwąchiwania się” nawzajem, nieustanne wizyty o każdej porze dnia i nocy. Potem opadanie pozorów. Robaczki śmieszności, lekceważenia, wstrętu drążące zbyt szybko uklepane przyjaźnie. Długie seanse plotek, nabierające wagi aktów moralnych, miniaturowe stronnictwa i koterie, wymijanie się wzrokiem na korytarzach ileś tam razy dziennie, próby ucieczki w niemożliwą już samotność... Przez tych parę miesięcy wyrośnie tu dżungla uczuć i namiętności tak duszna i gęsta, jakby miała pochłonąć całe życie. Jej pędy zasłonią horyzont i nie będzie już Ameryki. Będzie to małe, egzotyczne, w miarę luksusowe getto. Ostrzegano mnie, że znalezienie mieszkania w Iowa City z początkiem roku akademickiego jest rzeczą trudną. Dodawano: „Przyzwoitego mieszkania”. Zacząłem szukać tych nie bardzo przyzwoitych, czyli w cenie poniżej osiemdziesięciu dolarów miesięcznie. Zwiedzałem przy okazji Amerykę nie znaną mieszkańcom hoteli, Amerykę ubogich studentów i sezonowych robotników – krainę pionierskich imigracji i społecznikowskiego filmu z lat trzydziestych.

Bezgranicznie uczynna sekretarka Programu, Jean Wylder, woziła mnie cierpliwie swym volkswagenem po najobskurniejszych dzielnicach miasta. Ze zdumieniem równym mojemu oglądała wnętrza, anonsowane w lokalnej gazecie jako schludne i wygodne, lecz delikatność nie pozwalała jej kwestionować fanaberii czy może raczej skąpstwa cudzoziemca.

Poniżej czterdziestu dolarów – ciasna cela w ciemnym korytarzu nad sklepem z pamiątkami. Zamiast okna wąski lufcik pod pułapem. U końca owego korytarza betonowa ława pod ścianą, a nad nią szereg kurków od gazu. To wspólna kuchnia, na której lokatorzy mogą ustawiać swoje maszynki. Łazienka też wspólna: wąska izba z blaszanym korytem na całą długość ściany.

Inna tania oferta dotyczyła miejsca zwanego Black's Gaslight Village. Kamienista, pełna rozpadlin dróżka prowadziła z szosy za wzgórze ku czemuś, co wydało mi się dekoracją do przecharakteryzowanego filmu o siedliskach podmiejskiego występku i nędzy. Mogła to też być makieta do westernu (jedno z tych tandetnych, drewnianych osiedli przy dyliżansowym trakcie, którego kurnikowate fasady walą się i łamią z taką łatwością w czasie kowbojskiej rozróby), ale dekoracje, pozostawione zbyt długo w zaniedbaniu, straciły już nawet pozory romantyzmu. Wokół wyboistego, zarośniętego po brzegach chwastem placyku, na którym dogorywały stare ciężarówki w różnych stadiach rozkładu, stały krzywe rudery, nastroszone łuskami obłażącej szarej farby. Niektóre z nich miały wiszące niebezpiecznie balkony z resztkami kokieteryjnych niegdyś balasek. Największą otaczała weranda, której pozapadany dach podpierały tu i ówdzie nie obrobione pniaki. Weranda ta zawalona była starymi meblami. Piętrzyły się na niej kanapy z wyłażącym włosiem, fotele bez nóg, połamane krzesła i stoły. Graty wylewały się na podwórze, leżały w poniewierce między wrakami samochodów. Wśród całego tego bałaganu uganiała się chmara brudnych dzieciaków. Z jakiegoś schowka pod werandą wyszedł staruch atletycznej budowy, w kapeluszu zsuniętym na nos, w binoklach bez oprawy i z kręconym kosturem w dłoni. Wyglądał jak złowroga postać z bardzo naiwnego filmu, którego autorzy rozczytywali się kiedyś w Dickensie. Widocznie nie przypadliśmy mu do smaku, bo opryskliwym i agresywnym tonem zapytał, czego tu szukamy. Kiedy wyraziłem chęć obejrzenia pokoju, odburknął jeszcze mniej uprzejmie, że żadnego pokoju nie ma. Wówczas Jean podsunęła mu pod nos gazetę z jego własnym ogłoszeniem (nie ulegało bowiem wątpliwości, że mamy zaszczyt z samym właścicielem Gaslight Village). „Czy mam się przed wami spowiadać, dlaczego umieszczam ogłoszenia?!” – wykrzyknął gniewnie. Zawróciliśmy do samochodu, ale staruch człapał za nami, zgrzytając kosturem o kamienie. „Skąd jesteście?” – zapytał. „Z uniwersytetu.”

Mr. Black z Shylocka przedzierzgnął się nagle w dobrotliwego, starego dziwaka. „O, z uniwersytetu! Jakże mi miło! Chodźcie, chodźcie. Dla ludzi z uniwersytetu zawsze coś się znajdzie.” Już wyciągał z kieszeni wielki pęk kluczy. Jean rzucała mi wymowne spojrzenia. Dla niej to było tylko szukanie mieszkania, nic więcej. Ale ja nie mogłem oprzeć się pokusie. „Ja też jestem trochę intelektualistą – przymilał się stary – Kolekcjonuję antyki. To moje hobby.” Końcem kostura zakreślił łuk nad rupieciami zalegającymi placyk. Weszliśmy do najbliższej rudery i po rozchwianych wąskich schodach wspięliśmy się na piętro. Ze ścian korytarza sterczały tu mosiężne kinkiety z resztkami urządzeń do gazowego oświetlenia. Nazwa miejsca miała więc jakieś uzasadnienie. Mr. Black stuknął kijem w jedne drzwi i natychmiast włożył klucz w zamek. Wydało mi się, że wewnątrz odezwał się jakiś protestujący głos, nim jednak zdążyłem coś powiedzieć, byliśmy w pokoju. Szpary w żaluzjach mętnie rozrzedzały półmrok wnętrza, starczało jednak światła, by dostrzec paniczne poruszenie na wielkim łożu. Brodaty chłopak i dziewczyna z rozrzuconymi po poduszce włosami naciągali pośpiesznie kołdrę na nagie ramiona. „Przepraszam” – krzyknęła Jean cienkim ze zdenerwowania głosem. „Nie przejmujcie się nimi – rzekł staruch. – Ja ich i tak wyrzucę. Nie płacą, darmozjady, od trzech miesięcy.”

Wycofaliśmy się pośpiesznie, nie słuchając bełkotu Mr. Blacka, zachwalającego „antyki”, którymi urządzone było wnętrze. Pozostało mi wspomnienie zapachu grzyba i zwisających ze ścian strzępów brunatnej tapety. I zamiast zażenowania (nazbyt to było „filmowe”, aby przyznać incydentowi pełną rangę rzeczywistości) – zdumienie: że to także Ameryka.

Zanim osiadłem w końcu w zakupionym przez Paula Engle'a domku po drugiej stronie rzeki – wśród pracowników uniwersytetu, dzikich królików i szarych wiewiórek – tymczasową przystań, znalazłem przy ulicy Van Burena, w dzielnicy dość podupadłej, ale zachowującej jeszcze ślady mieszczańskiej „respectability”. Drewniany dom należał do wdowy po drobnym kupcu. Miał ganek podparty kolumienkami i wewnątrz zbutwiałe schodki, których poręcz uchylała się z ostrzegawczym skrzypieniem pod zbyt ufną dłonią. Moje dwa pokoiki na piętrze, przedzielone wąziutką i ciemną sionką, pachniały linoleum i źle wysuszonym tynkiem. Nie mogłem się zdecydować, co mi ten zapach bardziej przypomina: Włodzimierz Wołyński czy tanie hoteliki Quartier Latin. W każdym razie głęboką europejską prowincję, do której należą także zakamarki starego Paryża.

Większy pokój, od ulicy, pomalowany spłowiałą różową farbą, miał małą wnękę kuchenną z piecykiem gazowym i zlewozmywakiem. Umeblowanie składało się z potężnych rozmiarów lodówki, lakierowanego na biało stolika, półki na książki, wyboistej kanapki i wyłysiałego wielkiego fotela z poobrywaną taśmą tapicerską. W sypialni mieściło się jedynie żelazne łóżko i komoda. Oświetlenie: gołe żarówki. Drzwi zamykane na haczyki (a więc raczej Włodzimierz Wołyński).

Ulica była spokojna. Ocieniona starymi wiązami, wspinała się leniwie ku torom pamiętającej pionierskie czasy Rock Island Railway. Na skrawkach zaniedbanych trawników przed domami dniem i nocą leżały porzucone przez dzieci zabawki – rowerki, piłki, wózki z kolorowego plastyku. Co któryś ze sfatygowanych samochodów, zaparkowanych wzdłuż chodnika, miał na szybie kartkę z napisem „For Sale” i numerem telefonu.

Życie tej dzielnicy splatało się z przeszłości, której nie warto już remontować ani ulepszać, którą można tylko wyprzedawać kawałkami po coraz niższych cenach (dopóki buldożery nie zrobią z tym wszystkim porządku), i z przyszłości, tak jeszcze płynnej, że nie dbającej o decorum dnia dzisiejszego – napływającej i odpływającej falami semestrów z podróżnym bagażem uniwersyteckich skryptów i big-beatowych płyt.

Od razu polubiłem to miejsce. Nie byłem tu bardziej obcy niż koczowniczy studenci. Nie odgradzały mnie od świata przywileje gościa. Sąsiedzi pozdrawiali mnie na ulicy poufałym „Hello!”, subiekci w podrzędnym supermarkecie na rogu, noszącym zachęcającą nazwę „Me too”, pytali o zdrowie. Moja skrzynka na listy ożyła, gdy tylko nalepiłem na niej kartkę z nazwiskiem, co  zresztą było jedyną formalnością związaną z wprowadzeniem się do nowego mieszkania. Zaraz nazajutrz znalazłem w niej plik prospektów i broszur zawierających rozliczne propozycje – od przystąpienia do sekty Świadków Jehowy po kupno domku na raty. Owo nalepienie kartki na blaszanej skrzynce okazało się sygnałem akcesu do społeczeństwa. Odzew przyszedł natychmiast. Skoro stałeś się jednym z nas – przyłącz się do gry. Gdzie ulokujesz swoje pieniądze? Pamiętaj: First National Bank jest twoim przyjacielem. Czego ci potrzeba? Lodówki? Telewizora? Samochodu? Korzystając ze stacji benzynowych Esso oszczędzasz dwa centy na galonie. Nie zapominaj o dzieciach upośledzonych psychicznie. Pomyśl o swoim zbawieniu.

Wszystkie te oferty, rady, przestrogi i prośby utrzymane były w niezwykle osobistym tonie. Jednakowy uśmiech dobrodusznej i życzliwej troski zdawał się towarzyszyć podszeptom dotyczącym lokaty moich pieniędzy i zbawienia mojej duszy. Uśmiech prefabrykowany, a jednak na tyle łudzący, że czułem niemal wyrzuty sumienia wiedząc, iż nie sprostam pokładanym we mnie nadziejom.

Osiadłe życie zacząłem od założenia telefonu. Panienka za biurkiem w Telephone Bell Company nie podała mi żadnego formularza do wypełnienia. Zapytała tylko, jakiego telefonu sobie życzę, a widząc, że nie rozumiem, o co jej chodzi, zaprowadziła mnie do oszklonej gablotki. Stały w niej aparaty rozmaitych kolorów i kształtów. Gorąco polecała mi różowy, z guziczkami w rękojeści słuchawki zamiast tarczy numerowej. Doradzała, abym wziął także i biały, do łazienki. Nie powinienem przejmować się ceną – mówiła. – Zostanie rozłożona na raty i wliczona do miesięcznych rachunków. Poprosiłem o najtańszy – czarny. Ale czy długo będę musiał czekać, pytałem, bo w końcu mieszkam tu tylko czasowo. Może w ogóle nie warto? Otworzyła spis abonentów na ostatniej stronie, na której znajdowała się mapka miasta.

– Nie jest to daleko – rzekła – ale w tych dniach mamy mnóstwo zamówień. Niestety, nie mogę panu obiecać, że podłączymy pana wcześniej niż za godzinę.

Kiedy wróciłem do domu, zastałem w pokoju montera w śnieżnobiałym kombinezonie, składającego już narzędzia.

Drobne to zdarzenie, opowiadane w Polsce, wzbudza niezawodną sensację. W samej Ameryce Telephone Bell Company nie cieszy się bynajmniej opinią sprawnie funkcjonującej instytucji. Prasa raz po raz przypuszcza na nią gwałtowne ataki, wytykając jej nieporadność w zaspokajaniu rosnących lawinowo potrzeb komunikacji. Jest to kwestia poziomu nasycenia życia technologią.

Właśnie od miesiąca czekam na przeniesienie telefonu do nowego mieszkania. Operacja nie wydaje się skomplikowana – przeprowadziłem się tylko z piętra na piętro w tym samym domu. Musiałem złożyć podanie, przedstawić dowód zameldowania. Powiedziano mi, że muszę czekać, ponieważ nie jestem jedynym abonentem. Argument zapewne uzasadniony w warunkach tak zwanego „niedoinwestowania” technicznego. Ale podejrzewam, że istota problemu leży głębiej. Że ostatecznie sprowadza się do różnicy między statusem klienta i petenta.

Wrażenie łatwości życia w Stanach, o którym wspomniałem na początku tego rozdziału – wrażenie zaskakujące w zestawieniu z tonem frustracji amerykańskiej literatury, z gwałtownością i goryczą politycznych protestów, ze statystykami psychicznych zaburzeń urastających do rozmiarów choroby społecznej – nie opuszcza cudzoziemca przez cały okres aklimatyzacji. Cudzoziemiec – zwłaszcza z uboższych obszarów świata – potrzebuje czasu, aby zrozumieć, że pewne, umożliwione przez zaawansowaną technikę i przez ogólny poziom dobrobytu, udogodnienia codziennej egzystencji bardzo szybko stają się niezauważalną rzeczywistością, nie osłabiając w żadnej mierze napięcia konfliktów, lęków i niedoli współczesnej cywilizacji.

Dla mnie nic nie było na razie oczywiste. Z mojego punktu obserwacyjnego, umieszczonego dogodnie w ubogiej dzielnicy prowincjonalnego miasta, mogłem oglądać to, co określa się mianem the American way of life, w najbardziej przeciętnym wydaniu.

Dwa razy dziennie, z wyjątkiem soboty i niedzieli, przejeżdżał ulicą Van Burena żółty autobus szkolny, prowadzony przez młodą nauczycielkę w rogowych okularach. Sunął powoli, zatrzymywał się przed każdym niemal gankiem. Rano zbierał dzieci do szkoły, a po południu odwoził je z powrotem do domów. Dorośli, poddani temu samemu rytmowi, też opuszczali rano swoje gniazda. Mężczyźni, przeważnie robotnicy, odziani w kombinezony ze znaczkami swych firm na rękawach lub piersiach, z przewieszonymi przez ramię chlebakami, z których sterczały kolorowe nakrętki termosów, zapuszczali z hałasem silniki kupionych z drugiej ręki samochodów, kobiety towarzyszyły im najczęściej, by, dokonawszy porannych zakupów, wrócić wkrótce wozem wyładowanym torbami wiktuałów z supermarketu, a pod wieczór obrócić raz jeszcze po mężów. Kupowałem to samo co one, w mniejszych, oczywiście, ilościach. Miękki jak wata chleb, pokrajany na równe plasterki i szczelnie zapakowany w celofan, obrane ziemniaki w plastykowych torebkach, sterylizowane mleko w pudełkach z natłuszczonej tektury, jajka w futeralikach z papierowej masy, steak podejrzanie karminowego koloru, owoce w woreczkach z barwnej siatki, soki, piwo w puszkach. Większość roboty, związanej z przygotowaniem pożywienia, była już wykonana fabrycznie. Pozostawało tylko zapalenie piecyka. Można było uprościć sobie gospodarowanie jeszcze bardziej, kupując tak zwane „T. V. Dinners” – gotowe kilkudniowe posiłki w foremkach z folii, które wystarczy wstawić na kwadrans do piekarnika. Można też było oszczędzić sobie zmywania naczyń, jedząc na kosztujących grosze tekturowych talerzach, pijąc z papierowych kubków i używając plastykowych sztućców, wyrzucanych potem do śmieci.

Amerykańskie ubóstwo nie polega na ogół na braku podstawowych dóbr ani na wzmożonym wysiłku krzątaniny wokół elementarnych potrzeb. Jego cechą jest raczej poprzestawanie na pewnym standardzie produktów i usług, odznaczających się nużącym uniformizmem. Nie uwikłany w ambicjonalne zmagania autochtonów, chwaliłem sobie owe seryjne wygody. Nie potrzebowałem nawet kłopotać się o oszczędzanie dwóch centów na galonie benzyny: z ulicy Van Burena docierałem do campusu piechotą w dziesięć minut. Krytą pływalnię miejscowego Civic Gentre miałem o dwa bloki od domu, a laundromat w odległości jednego bloku. Do laundromatu, czyli automatycznej pralni, chadzałem raz w tygodniu z torbą brudnej bielizny i książką. Sprawność działania urządzeń tego zakładu nie przestawała mnie cieszyć. Była dla mnie symbolem ludzkiej przemyślności, bardziej przez swą skromną dostępność pociągającym niż groźna potęga mózgów elektronowych. Nikt nie pośredniczył tu między klientem a maszyną. Po wsypaniu swego ładunku do którejś ze stojących rzędami pralek i uruchomieniu jej za pomocą dwóch dziesięciocentówek, wsuniętych do szpary, można było spokojnie czytać w wygodnym fotelu, wśród łagodnego szumu wirników, popijając coca-colę lub gorącą kawę dostarczoną przez inny usłużny automat. Następne dziesięć centów puszczało w ruch suszarkę – jedną z aluminiowych szafek, wbudowanych w tylną ścianę lokalu. Za okrągłymi wziernikami z pleksiglasu polatywały blade zjawy koszul, chustek do nosa i ręczników, coraz lżejsze, coraz powiewniejsze w rytmie zamierających z wolna obrotów. Wszystko razem trwało dwadzieścia minut. Ewentualnym kłopotom z drobnymi zapobiegała najmądrzejsza z maszyn, rozmieniająca dowolny banknot, wsunięty w okienko, na dowolny rodzaj bilonu, zadysponowany przez naciśnięcie odpowiednich guziczków.

Tu, w laundromacie, najczęściej ulegałem złudzeniu wymarzonej przez utopistów technologicznej Szlarafii.

Opowiadam tu o rzeczach banalnych. Ale czyż nie z takich codziennych, drobnych doświadczeń wyrastają ludzkie postawy, ludzkie poglądy? Amerykanin „odcedzony” z okoliczności swego prozaicznego bytowania jest niepoznawalny. Bez swego hamburgera i piwa w puszce, bez swoich comicsów i prospektów reklamowych, bez supermarketu i laundromatu musi pozostać pustą konstrukcją pojęciową.

Nie żałowałem więc nigdy mojej odmowy zamieszkania w „Mayflower”. Mogłem tylko żałować, że nie potrafiłem głębiej wniknąć w życie ulicy Van Burena, zanim porzuciłem ją dla bardziej światowych rejonów. Moja paromiesięczna z nią zażyłość miała w gruncie rzeczy charakter dosyć przypadkowy. Przestawałem wprawdzie czuć się obco, wymieniałem z sąsiadami pozdrowienia i uwagi o pogodzie, pomagałem im wypychać samochody z zasp wczesnej i śnieżnej zimy, znałem z imienia ich dzieciaki – ale raz po raz zdarzało się coś, co burzyło owo złudne uczucie spoufalenia. Któregoś wieczoru przez smugę reflektorów samochodu, którym jeden z przyjaciół odwoził mnie do domu przebiegło spore zwierzę z długim, szczurzym ogonem. Opossum – wyjaśnił spokojnie mój znajomy. A mnie ulica Van Burena wydała się nagle nie znanym miejscem pośrodku nie znanego, tajemniczego kraju.

Innym razem, u schyłku jesieni, zostałem obskoczony niedaleko ganku przez gromadę maluchów w pokracznych maskach z dyni, długich, białych koszulach i fantastycznych czapkach z papieru. Była to pora, kiedy zazwyczaj okna lśniły sinym odblaskiem telewizorów i mrok ulicy wypełniał tylko szmer opadających suchych liści. Dzieci skandowały chórem jakiś okrzyk, czepiały się moich rękawów, zastępowały mi drogę. Ze zdziwieniem spostrzegłem w skąpym świetle latarni kolorowe serpentyny i wstęgi papieru toaletowego, zwisające z częściowo już obnażonych gałęzi drzew. Gdzieś dalej, za ciemnymi ogrodami, trzeszczały petardy. Próbowałem uświadomić sobie, co to za święto. Owszem: to był dzień świąteczny. Zaduszki.

„Threat or trade! Threat or trade!” – wykrzykiwały dzieci, biegając wokół mnie jak wataha Indian. Pogłaskałem najmłodsze po głowie i wyrwałem się z wyjącego kręgu. Aż do drzwi ścigał mnie tryumfalny śmiech. Dopiero zdejmując płaszcz w pokoju zauważyłem smętnie zwisający dragon. Oba guziki były obcięte. Tak zapłaciłem za nieznajomość obyczajów. Zaduszki są prawem jakiejś dziwnej dialektyki świętem dzieci. Powinienem był wykupić się słodyczami lub centami. Nazajutrz czytałem w „Daily Iowan” spis ofiar tegorocznego Halloween (tak zwie się owa odwracająca uwagę od śmierci tradycja) – nazwiska dzieci poszkodowanych wybuchami petard i dorosłych, którym powybijano szyby w oknach.

II

Myślałem, że to jakaś znajoma Engle'a. Podeszła do stolika cała w uśmiechach. Pulchna, różowa sześćdziesięciolatka, puszysta od pudru, niczym pszczoła wytarzana w kwiatowym pyłku. Farbowane na rudo, włosy zlepione sprayem w kunsztowne loczki. Na nich liliowy cylinderek z woalką. Na cylinderku plastykowy kwiatek.

Jedliśmy lunch w tak zwanym state room – jednym z kilku lokali Unionu, uczęszczanym głównie przez profesorów i służącym celom skromniejszej reprezentacji. Na prawdziwie galowe okazje przeznaczona była czerwona salka, gdzie jadło się przy świecach i gdzie podawali prawdziwi kelnerzy w czerwonych smokingach. State room różnił się od zwykłej campusowej stołówki głównie tym, że stoliki przykryte były obrusami i że zamiast self-service'u miał obsługę złożoną z przystojnych studentek w pomarańczowych czepeczkach i tegoż koloru mini-fartuszkach.

Paul Engle często zapraszał tu poszczególnych członków Programu – zazwyczaj w celu rozszerzenia naszych kontaktów. Tym razem osobą, której prezentował mnie Paul, był Wicedyrektor uniwersytetu (prorektor według naszej nomenklatury), a właściwe – jak się domyślałem – uzasadnienie tego spotkania stanowiło zademonstrowanie przybyszowi z komunistycznego kraju liberalizmu University of Iowa, bo ów wicedyrektor był Murzynem. Moje możliwości udziału w rozmowie były niewielkie, dotyczyła ona bowiem budowy galerii dla pomieszczenia kolekcji obrazów, ofiarowanej uniwersytetowi przez jednego z miejscowych milionerów. I właśnie podeszła ta kobieta – istne cacko niewątpiącej o niczym kokieterii – a ja podsunąłem jej wolne krzesło, przypuszczając, że i jej udział w lunchu został zaplanowany. Nie usiadła jednak. Obdzieliła nas kolejno ciotczyno-dziewczęcym uśmiechem, wysunęła do przodu stopę obutą w lakierowane czółenko ze srebrną kokardką i przemówiła wibrującym sopranem.

– Przepraszam, że wam przerywam, panowie – rzekła. – Chcę zadać tylko jedno pytanie: jesteście za wojną czy przeciw wojnie?

Zażenowanymi pomrukami upewniliśmy ją, że jesteśmy przeciw. Podziękowała nam błyskiem podejrzanie równych i białych ząbków i natychmiast zadała następne pytanie:

– A czy zastanowiliście się kiedy, jaka jest najistotniejsza przyczyna wojen?

Czarny prorektor przechylił się na oparcie krzesła. Opuścił powieki – zdawał się korzystać z sytuacji dla ucięcia małej drzemki. Paul miętosił garścią koniec nosa i brodę, co było u niego oznaką irytacji lub zakłopotania. Dama, uznawszy widocznie, że jestem stosunkowo najmniej opornym słuchaczem, utkwiła we mnie zachęcające spojrzenie.

– No, jaka? – nagliła.

– Może po prostu natura ludzka – bąknąłem.

Skinęła łaskawie głową.

– Ma pan częściowo rację, ale tylko częściowo. Bo ludzkość dzieli się na dwie bardzo różne połowy. – Uniosła, w górę dłoń odzianą w siatkową rękawiczkę koloru bzu, wyprostowała pulchny paluszek. Drugą ręką, przycisnęła do biustu naszywaną cekinami torebkę.

– Wojny biorą się stąd – oświadczyła – że światem rządzą mężczyźni. Czy słyszeliście kiedy, panowie, żeby kobieta rozpętała wojnę?

– Każdy żonaty mężczyzna miałby tu coś do powiedzenia – rzekł Paul, próbując aktywnej obrony.

– Pan żartuje, drogi panie – skarciła go łagodnie. – A ja mówię zupełnie poważnie. I z tego, co mówię, wynika oczywisty, praktyczny wniosek: najwyższy już czas, aby ster rządów tego kraju ujęły kobiece ręce.

– Czy pani prowadzi czyjąś kampanię wyborczą? – zapytał Paul rzeczowo.

Skłoniła się godnie.

– Tak. Swoją. Jestem Mrs. Grace Goodfellow z Cedar Rapids, założycielka Towarzystwa Dobroczynności przy Pierwszym Kościele Episkopalnym i członkini zarządu Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Pragnę kandydować na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Ze swej ozdobnej torebki wydobyła, złożony arkusz papieru i maleńki srebrny, długopis z jedwabnym pomponikiem.

– Teraz, kiedy panowie znacie już moje poglądy – zaszczebiotała przymilnie – może zechcecie poprzeć swymi podpisami pierwszą kobiecą kandydaturę na ten wysoki urząd.

Prorektor uniósł powieki. Jego melancholijne spojrzenie przybrało nieoczekiwanie stanowczy wyraz.

– Mamy już swoje zobowiązania – powiedział.

– A pan? – jeszcze raz odwołała się do mnie.

– Nie jestem obywatelem tego kraju.

– Sorry – ćwierknęła, chowając, do torebki swoje wyborcze utensylia. Przez chwilę patrzyliśmy za nią, jak uzbrojona już w nowy uśmiech nadziei, podąża, drobnym, dystyngowanym kroczkiem ku kolejnemu stolikowi. Paul nieznacznie stuknął się palcem w czoło.

– Biedactwo – powiedziałem. – Trzeba jej było podpisać.

Prorektor i Paul unieśli brwi ze zdziwienia.

– Jak to, podpisać – rzekł Paul. – Przecież to nie żarty. Jeżeli zbierze ustawową ilość podpisów, znajdzie się naprawdę na liście kandydatów.

*

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.