Kolekcjonerka perfum - Kathleen Tessaro - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 12 godz. 1 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kolekcjonerka perfum - Kathleen Tessaro

BESTSELLER „THE SUNDAY TIMES”.

Powieść obyczajowa z wątkiem romansowym i detektywistycznym.

Lata 20. – 50. XX wieku.

Grace ma dwadzieścia siedem lat, mieszka w Londynie i jest nieszczęśliwą mężatką, która dusi się w świecie konwenansów, sztywnych manier i przepychu.

Jej los się odmienia, gdy nieoczekiwanie otrzymuje w spadku wspaniały apartament w centrum Paryża.

Kto zapisał jej taki spadek? Kim jest tajemnicza Eva d’Orsey – niegdyś pokojówka w nowojorskim hotelu, potem bohaterka licznych skandali i romansów, hazardzistka, muza największego kreatora perfum tamtych lat? Co ją łączy z Grace?

Dotychczas w wydawnictwie MUZA ukazały się:

Niewinność (2005), Flirt (2007), Debiutantka (2009).

Opinie o ebooku Kolekcjonerka perfum - Kathleen Tessaro

Cytaty z ebooka Kolekcjonerka perfum - Kathleen Tessaro

Gdy dorośniesz i zaznasz trochę życia, przekonasz się, moja mała, że nie istnieją „dobrzy” ludzie. Wszyscy się staramy, lecz nie trafiamy, nawet zbyt usilnie się staramy i zbyt często się nam nie udaje. Zapamiętaj to sobie. Nie powinniśmy więc sądzić surowo innych za ich grzechy.
To jeden z moich własnych zapachów – oznajmił z dumą perfumiarz. – Doskonaliłem go przez całe lata. Żaden ze zmysłów nie ma tak natychmiastowej i wszechobejmującej mocy jak zmysł węchu. Może nas przenieść w okamgnieniu w inny wymiar rzeczywistości. Nie łączy nas z pamięcią jako taką, lecz z emocją towarzyszącą fragmentowi pamięci w momencie rejestracji. Odtworzyć zapach tej emocji to największe z możliwych wyzwań, to jakby stworzyć idealny poemat.

Fragment ebooka Kolekcjonerka perfum - Kathleen Tessaro

KATHLEEN TESSARO

Kolekcjonerka
perfum

Tytuł oryginału: The Perfume Collector

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Jolanta Rososińska

Zdjęcie na okładce:

© Condé Nast Archive/Corbis/Fotochannels

Originally published in the English language

by HarperCollins Publishers Ltd. under the title

The Perfume Collector

© Kathleen Tessaro 2013

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Elżbieta McIver

ISBN 978-83-7758-741-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Dla mego syna Eddiego,

zawsze, wiecznie…

i jeszcze dłużej

Spis treści

Paryż zima 1954

Londyn wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Nowy Jork 1927

Paryż wiosna 1955

Monte Carlo hotel Hermitage, 1932

Paryż wiosna 1955

Londyn Crawley, 1928

Paryż wiosna 1955

West Challow Oxfordshire, Anglia, 1935

Paryż wiosna 1955

Paryż, okupacja niemiecka, wrzesień 1942

Paryż wiosna 1955

Paryż zima 1954

Podziękowania

Przypisy


Paryż
zima 1954


Eva d’Orsey siedziała przy kuchennym stole z gazetą „Le Figaro” przed sobą. Słychać było tykanie zegara, jakby wyznaczającego czas, który dla niej dochodził już kresu.

Zaciągnęła się papierosem i spojrzała na zimny mglisty poranek za oknem. Paryż budził się ze snu. Szaro-pomarańczowy świt powoli wsączał się w granat nieba. Nie spała już od dawna, wstała o czwartej. Od kilku lat cierpiała na coraz większą bezsenność, gdyż dręczący ból ulokowany po prawej stronie ciała nie pozwalał na długi sen.

Lekarz poddał się już wiele miesięcy temu. W jego opinii była arogancką pacjentką, nieprzestrzegającą lekarskich zaleceń. Marskość postępowała teraz bardzo szybko, zamieniając wątrobę w podziurawioną gąbczastą masę. Lekarz radził jedno: przestać pić.

Nawet pani nie próbuje zganił w czasie ostatniej wizyty.

Leżąc na lekarskiej kozetce, Eva zapinała guziki bluzki.

Bardzo źle sypiam.

Wcale się temu nie dziwię westchnął. Ma pani zapalenie wątroby.

Proszę mi coś na to dać poprosiła, patrząc mu prosto w oczy.

Lekarz pokręcił głową i wypisał receptę.

Prawdę powiedziawszy, nie powinienem tego pani przepisywać. Proszę brać po jednej tabletce, to bardzo silny środek ostrzegł ją.

Dziękuję.

Nie mógł sobie odmówić ostatniej rady.

Czemu nie ograniczy pani chociaż papierosów?

Właśnie, czemu?

Eva wypuściła dym z ust i zgniotła niedopałek gitane’a w popielniczce. Gitanes to pospolite i mocne papierosy. Nie dla dam. Lubiła je jednak, bo były mocne, słabszych już nie czuła. Podobnie rzecz się miała z innymi smakami: czekoladą lubiła tanią i słodką pikantnym pasztetem, mocną czarną kawą. Poza tym czy to ważne, co je? Nie miała apetytu na nic.

Przekonanie lekarza, że każdy chce żyć wiecznie, trąciło naiwną, a nawet zuchwałą pewnością siebie.

Rozważając w myślach ostatnie sprawy do załatwienia, kreśliła piórem rząd regularnych kółek na marginesie gazety. Z prawnikiem widziała się kilka tygodni temu. Młody człowiek wydał się jej nieco wyniosły, choć solidny. Pudło zostawiła na przechowanie u dozorczyni, madame Assange o ciągle kwaśnej minie. Ostatniej bezsennej nocy przyszedł jej do głowy jeszcze jeden pomysł. Chodziło o podróż z Londynu do Paryża. Dlaczego by nie samolotem? Choć to drogie i na dobrą sprawę zbyteczne, taka podróż stanowi jedno z tych doświadczeń, których powinno się doznać.

Uśmiechnęła się na samo wyobrażenie lotu nad zimnym niebieskim morzem i pierwszego widoku miasta rozściełającego się w dole. Zaraz potem poczuła ostry kłujący ból przechodzący w martwienie całego boku ciała.

Przyszło jej na myśl, że ma butelkę koniaku. Nie chciała jednak pić przed szóstą wieczorem, taką sobie ostatnio wyznaczyła zasadę. Czy wytrzyma, to inna rzecz. Ręce zaczęły się jej trząść, poczuła ucisk w żołądku.

Nie. Zrobi sobie kąpiel. Ubierze się. Pójdzie na wieczorną mszę do Eglise de la Madeleine, jej ulubionego paryskiego kościoła. Maria Magdalena, ta nieposłuszna, trudna córa Kościoła, wznosi się tam codziennie w niebiosa, unoszona na skrzydłach aniołów.

Msza w kościele podobna jest wspaniałemu przedstawieniu operowemu, podczas którego za pomocą najdroższych rekwizytów wywołuje się magiczne sztuczki w otoczeniu najwystawniejszych dekoracji. Wiara to taka właśnie magiczna sztuczka magik i widownia poddają się tej samej iluzji. Któż jednak może się oprzeć dobrej sztuczce?

Eva złożyła gazetę i wstała od stołu.

Ubierze się w najlepszy granatowy kostium i usiądzie w pierwszej ławce wraz z wiernymi. Będą słuchali młodego inteligentnego księdza o imieniu Paul, jak stara się wydobyć sens ze świętych tekstów w taki sposób, żeby miały jakieś odniesienie do współczesności. Nie zawsze mu się to udaje. Nie wie, jak wytłumaczyć brak spójności w owych tekstach, bo nie zrozumiał jeszcze, że one same w sobie stanowią tajemnicę. Mimo to jego bystry umysł podobał się Evie, tak samo zresztą jak i jemu samemu. Często zmuszony był do żmudnego przedzierania się przez warstwy różnorakich tłumaczeń z hebrajskiego, by znaleźć jakąś nieoczekiwaną formę czasownika, która rzuciłaby światło na kolejną ogromną sprzeczność świętych tekstów. Doceniała jego wysiłki, gdyż zawsze szanowała ludzi starających się przezwyciężyć trudności, szczególnie gdy czynili to publicznie i jawnie.

Ksiądz, rzecz jasna, postrzegał to inaczej. Dopiero niedawno ukończył seminarium duchowne i wydawało mu się, że jest dla swych owieczek podporą tudzież źródłem pociechy i rady. Nie rozumiał, że jego parafianie, w przeważającej mierze starsze kobiety, istniały dla niego, a nie odwrotnie. To on był u progu życia, to jego górne przekonania wymagały ochrony. Parafianki czekały cierpliwie na chwilę, kiedy i on ukorzy się przed nieubłaganą kapryśnością boskiej woli i łaski oraz boskiego zmiłowania.

Uspokoiła się. Poczęła znowu rozmyślać o znanych sobie paradoksach wiary i zwątpienia. Myśli te były jak stara szmatka, która po długotrwałym używaniu robi się miękka i przyjemna w dotyku.

Tak, najpierw msza, a potem pójdzie do biura podróży.

Wyrzuciła niedopałki i zaczęła myć popielniczkę. W zaułku pod oknami coś się poruszyło… jakby ruchomy cień bijący czarnymi skrzydłami i zasłaniający nikłe promyki zimowego słońca padające na mur naprzeciwko.

Nagle pamięć przywołała wspomnienie ogromnego lęku i powiązanego z nim zapachu zielonych pól i wilgotnego lasu ponad którymi przetaczał się z krzykiem po szerokim niebie wielki klucz ostrodziobych kruków połyskujących czarnymi jak heban skrzydłami.

Eva chwyciła krawędź blatu i przymknęła oczy. Popielniczka wypadła jej z rąk i uderzając o porcelanowy zlew, rozbiła się na kilka kawałków.

Niech to diabli!

Wyjrzała ostrożnie przez okno, serce wciąż jej waliło. Cień zniknął. Zapewne było to tylko stado zwyczajnych miejskich gołębi.

Zebrała skorupy i położyła je na blacie. Popielniczka była stara i tania, lecz przypominała jej dawne czasy, gdy życie niosło jeszcze wiele obietnic.

Zegar tykał głośno.

Wahanie nie trwało długo.

Zdjęła z półki butelkę koniaku i napełniła drżącymi rękoma kieliszek. Wychyliła go jednym haustem, co natychmiast ogrzało. Poczuła rozlewające się po ciele ciepło, ból trochę stępiał.

Lekarz niczego nie rozumiał.

Nie wiedział, co to jest życie między pamięcią a żalem, bez szansy ukojenia.

Znowu napełniła kieliszek i powiodła palcem po nierównej krawędzi stłuczonego kawałka porcelany.

Sklei popielniczkę.

Wziąć kąpiel.

Włożyć granatowy kostium.

Wypiła następny łyk.

Pęknięcia nie mają już znaczenia.

Londyn wiosna 1955

Grace Munroe przebudziła się, łapiąc gwałtownie oddech.

Biegła właśnie przez gęsty las, potykając się o nierówne podłoże i krzycząc, bo czegoś lub kogoś szukała. Im szybciej biegła, tym bardziej gęstniał las; pnącza okręcały stopy, gałęzie smagały po twarzy i kończynach. Czuła narastający lęk, że zostało już niewiele czasu, że cel poszukiwania coraz bardziej się oddala. Nagle potknęła się i spadła na łeb na szyję w głęboką kamienistą przepaść.

Dopiero po chwili zorientowała się, że leży na własnym łóżku. Serce wciąż jej waliło, w sypialni panował półmrok.

To był sen.

Tylko sen.

Zapaliła nocną lampkę i opadła z powrotem na poduszki. Serce galopowało dalej, ręce jej drżały. Wrócił koszmarny sen z dzieciństwa. Sądziła, że już z niego wyrosła, a oto znów ją dręczy.

Jak długo spała? Budzik pokazywał prawie szóstą trzydzieści. Niech to diabli.

Zamierzała się zdrzemnąć tylko kwadrans, a spała prawie godzinę.

Zaraz się zjawi Mallory, a ona jeszcze nieubrana. Grace nie miała ochoty wychodzić wieczorem, obiecała jednak przyjaciółce pójść razem z nią na przyjęcie.

Wstała i odsunęła zasłony w oknie wychodzącym na Woburn Square.

Było późne kwietniowe popołudnie. O tej porze roku godziny dnia wydłużają się, wyglądając tęsknie lata, a wczesne wieczorne światło barwi się delikatnym błękitem jak z porcelany Wedgwooda, zapowiadającym rychłe letnie ciepło. Na platanach okalających Woburn Square widniały już zalążki delikatnych zielonych pąków, które w lecie rozwiną się i utworzą gruby szmaragdowy baldachim. Na razie prawie nagie gałązki chwiały się w podmuchach lodowatego wiatru.

Ogród znajdujący się pośrodku placu w czasie wojny skopano i zamieniono na warzywnik, a żelazne ogrodzenie przetopiono na potrzeby wojenne. Nowego ogrodzenia jeszcze nie było, okoliczne domy ocalałe z bombardowań nosiły ślady po pożarach i szrapnelach.

W powietrzu czuć było zapowiedź czegoś nowego, zmianę pory roku i jakby powiew nadziei, tłumiony wprawdzie przez nadchodzący wieczór. Ćwierkały ptaki, z ziemi wychodziły hiacynty, narcyzy kołysały się na wietrze. O tej porze roku słoneczne ciepło mieszało się z chłodem zalegającym gdzieś w cieniach miasta.

Grace lubiła te wiosenne skrajności pogody; lubiła grę światła, które coraz łudziło oczy, lubiła tajemnicze, dramatyczne przemiany, gdy w jednej chwili grzmiało i lało, a zaraz potem triumfalnie wykwitały całe pola barwnych żonkili.

Dotknęła palcami zimnej szyby. To nie był ich, jak to określał jej mąż Roger, prawdziwy dom. On planował zamieszkać w elegantszym miejscu, gdzieś bliżej Belgravii, Grace natomiast podobało się tu, w środku Bloomsbury, niedaleko uniwersytetu i King’s College. Atmosfera przypominała tu trochę Oksford, gdzie mieszkała do niedawna w domu wuja. Było tu gwarno, pełno studentów spieszących na zajęcia i ludzi zmierzających do biur i urzędów. Na chodniku pod oknami widać było przechodniów owiniętych w płaszcze przeciwdeszczowe, jak skuleni, zziębnięci od wiatru tłumnie zmierzali po pracy do stacji metra.

Grace oparła głowę o framugę okna.

Musi być przyjemnie mieć jakąś posadę. Porządek na biurku. Świetnie zorganizowany segregator. A przede wszystkim – cel.

Teraz, gdy była mężatką, dzień nigdy nie miał określonego początku ani końca; przefruwała po prostu jak balon od jednej okazji towarzyskiej do drugiej.

Roger traktował obowiązki towarzyskie z wielką powagą. Omawiał szczegółowo każde spotkanie.

– Rozmawiałaś z kimś na obiedzie Klubu Konserwatystek? Koło kogo siedziałaś? Opowiedz mi, kto tam był.

Miał wyjątkowy talent odkrywania znaczeń kryjących się w każdej rozmowie i każdym ruchu.

– Posadzono cię przy pierwszym stole, z przodu. Doskonale. Nie zapomnij napisać do Mony Riley z podziękowaniem za zaproszenie. A może ty wydasz jakąś kolacyjkę? Albo jeszcze lepiej zaproś ją na podwieczorek i przy okazji może ci się uda wyłudzić zaproszenie na dużą kolację. Lepiej, aby nas zaprosili pierwsi. Żeby nie wyglądało, że się narzucamy.

Liczył na żonę, że będzie przecierała im szlaki w towarzystwie, podczas gdy Grace nie bardzo się do tej roli nadawała. Nie znajdowała w tych machinacjach towarzyskich żadnej przyjemności.

Teraz musi się pospieszyć, jeśli nie chce kazać Mallory na siebie czekać.

– Pani Deller! – zawołała przez otwarte drzwi sypialni na gosposię, która sprzątała na dole.

– Tak? – doszło z kuchni.

– Czy byłaby pani tak dobra i przyniosła mi filiżankę herbaty?

– Oczywiście, proszę pani.

Grace przeszła pospiesznie do łazienki i odświeżyła twarz zimną wodą. Spojrzała na swe odbicie w lustrze. Powinna doprawdy trochę się wysilić: kupić niebieski cień do powiek i czarny tusz, kredkę do brwi, zacząć malować modnie oczy. Przypudrowała nos i policzki, pociągnęła usta czerwoną szminką. Długie do ramion włosy z wprawą upięła spinkami w koczek, nawet ich nie rozczesując. Zadzwonił dzwonek do drzwi wejściowych.

– Ach, do diabła!

Że też Mallory musiała akurat przyjść punktualnie!

Grace wyciągnęła z szafy koktajlową suknię z niebieskiego jedwabnego szantungu i rzuciła ją na łóżko. Zdjęła tweedową spódnicę i ściągnęła bluzkę przez głowę, nie odpinając nawet guzików.

Gdzie są granatowe pantofle?

Omiotła wzrokiem dół szafy. Poczuła, że przy schylaniu poszło jej oczko w pończosze.

– Co za przekleństwo!

Zaczęła odpinać podwiązki, gdy tymczasem z dołu dobiegały głosy; pani Deller otworzyła drzwi Mallory i pomagała jej zdjąć palto. Wkrótce przyjaciółka wbiegła po skrzypiących schodach na górę. Grace, siedząc na brzegu łóżka, wkładała nową parę pończoch.

– To tylko ja. Jesteś ubrana? – Mallory zapukała do drzwi.

– W halce. Prawie ubrana.

Mallory uchyliła drzwi i zajrzała do pokoju. Głowę miała całą w kasztanowych lokach, a na szyi perły harmonizujące z jej jasną karnacją.

– Jeszcze się nie przebrałaś? Przyjęcie już się zaczęło!

Grace zapięła podwiązki i podniosła się z brzegu łóżka.

– Czy nie jest teraz w modzie się spóźnić?

– Od kiedy zaczęłaś zwracać uwagę na modę?

Grace obróciła się wokół własnej osi.

– Mam równe szwy?

– Tak. Proszę. – Mallory wręczyła jej filiżankę, którą przyniosła z dołu. – Gosposia zrobiła ci herbatę.

– Dziękuję.

Grace upiła łyk. Mallory kręciła się po pokoju i w końcu przysiadła na poręczy fotela, uważając, by nie pognieść spódnicy szerokiej wieczorowej sukni.

– Co porabiałaś całe popołudnie? – spytała karcącym tonem.

– Och, nic takiego.

Grace wolała nie przyznawać się do tego, że ucięła sobie drzemkę w środku dnia, bo to mogłoby być uznane za początek końca.

– A ty? Co ty porabiałaś? – spytała.

– Dopiero przed godziną wyszłam od fryzjera – tu Mallory obróciła głowę, pokazując uroczy profil oraz dzieło fryzjera. – Pan Hugo to naprawdę jedyna osoba w całym Londynie, której mogę pozwolić dotykać moich włosów. Też powinnaś się do niego wybrać. To cudotwórca. Masz może papierosa?

– Tam leżą. – Grace wskazała ruchem głowy na srebrną kasetkę stojącą na stole. Upiła łyk herbaty i odstawiła filiżankę na toaletkę.

Mallory wyjęła papierosa z kasetki.

– Co dziś wkładasz?

– Tę niebieską.

– Swoją starą wierną towarzyszkę! – zaśmiała się Mallory, kręcąc głową. – Musimy koniecznie wybrać się na zakupy, moja droga. Tyle jest teraz w sklepach pięknych rzeczy.

Mallory była tylko trzy lata starsza od Grace, miała trzydzieści lat, znana była w londyńskim towarzystwie jako modna młoda dama. Wyszła za mąż za kuzyna Grace, Geoffreya. Usiłowała wziąć przyjaciółkę pod swe skrzydła, lecz Grace okazała się odporna na jej pouczenia.

– Nie podoba ci się? – spytała Grace.

Mallory wzruszyła ramionami.

– Jest w porządku.

Grace uniosła sukienkę.

– Czegóż takiego jej brakuje?

– Och, sama nie wiem. Tylko, pamiętaj, u Vanessy wszystko jest zawsze ostatnim krzykiem mody. Najnowszy trend na pięćdziesiąty szósty rok…

– To niesłychane, skoro mamy dopiero pięćdziesiąty piąty.

– To właśnie mam na myśli! Ona zawsze wyprzedza czas.

– Dobrze, ale ja nie muszę się z nią ścigać, prawda? Nie wszyscy mogą wyznaczać kierunki mody. Ona ma po prostu za dużo wolnego czasu i za dużo pieniędzy.

– Być może, ale wszyscy się pchają na jej przyjęcia. Ty też powinnaś zacząć przyjmować gości. Dzisiaj będzie świetna okazja, żebyś przechwyciła kilka nazwisk z jej listy zaproszonych. Mam w torebce notesik i ołówek w razie potrzeby.

– Dobry Boże! – wstrząsnęła się Grace. – Na samą myśl robi mi się słabo!

– Och, doprawdy! – przewróciła oczyma Mallory. – A kogo przyjmowałaś w Oksfordzie?

– Wuj jest profesorem. Zapraszaliśmy na brydża, a na kolację podawało się zapiekankę z kalafiora pod beszamelem.

– Koszmar! – zaśmiała się Mallory. – Będziesz musiała się nauczyć, jak się obracać w towarzystwie, jeśli chcesz się przydać mężowi. Nie zajdzie wysoko tylko z tej racji, że jest przystojny. Nie masz ognia? Jak ci się podoba?

Mallory wstała i okręciła się. Obszerna marszczona spódnica ciemnoczerwonej sukni bez ramiączek zawirowała.

– Nowa. Od Simpsona.

– Bardzo twarzowa – odparła Grace, zakładając niebieską suknię. – Zapalniczka powinna tam leżeć.

Mallory grzebała w kasetce.

– Nie widzę. Pozwól, że cię zapnę – powiedziała, wkładając papierosa w kącik idealnie uszminkowanych na czerwono ust.

Grace stanęła przed nią, Mallory zaciągnęła z tyłu suwak.

– Roger musiał ją zabrać. Bez przerwy gubimy zapalniczki. Ta jest moja ulubiona, zabiję go, jeśli ją zgubi.

Mallory zebrała w ręku co najmniej dwa cale luźnego materiału wokół talii Grace.

– Za duża na ciebie. Znowu schudłaś – powiedziała z naganą w głosie.

Grace przeszła do toaletki i wyjęła z szufladki pudełko zapałek. Rzuciła je w stronę przyjaciółki, ta zaś złapała je zręcznie.

– Przypal też dla mnie, bądź tak dobra.

– Z przyjemnością. Przecież idę dziś z tobą na randkę.

– Bardzo ci za to dziękuję. – Mówiąc to, uchwyciła spojrzenie Mallory w lustrze i mrugnęła do niej. Doceniała fakt, że przyjaciółka stara się jakoś jej pomóc.

– Miło z twojej strony, że mnie zaprosiłaś.

– Nie możemy pozwolić, byś nam więdła, kiedy Rogera nie ma w Londynie.

Zapaliła dwa papierosy i podała jeden przyjaciółce.

– Poza tym nieczęsto mam okazję zamienić męża na kogoś, kto mnie uważnie słucha. On zresztą nie znosi Vanessy, uważa, że wywiera na mnie zły wpływ.

– A wywiera?

– Naturalnie.

Mallory podniosła leżącą na stosie książek broszurę.

– Co to takiego?

– Nic – odrzekła Grace, żałując, że przezornie nie usunęła jej w niewidoczne miejsce. – Grafik zajęć.

– Oksfordzkiej Szkoły dla Sekretarek? – Mallory przerzuciła kartki broszurki, która otworzyła się oczywiście na stronie zaznaczonej uprzednio przez Grace. – Kurs maszynopisania wyższego stopnia i zarządzania biurowego? Księgowości? Co to ma być? – spytała, krzywiąc twarz.

– Nigdy nie wiadomo – odparła Grace, wsuwając stopy w granatowe pantofle. – Może się przydać. Może Roger otworzy kiedyś własne biuro, wtedy będę mu mogła pomagać, pisać listy…

– Grace, przecież ty masz już zajęcie – powiedziała z naciskiem Mallory. – Jesteś jego żoną.

– To nie jest praca, Mal.

Mallory rzuciła jej ostre spojrzenie.

– Jak to nie? Ciekawa jestem, czy przeczytałaś dokładnie wszystkie załączniki swego dokumentu ślubnego. Twoim zadaniem jest stworzyć dom, rodzinę, wizję wspólnego życia, pozycji w świecie. Pomyśl tylko, wszystko zależy od ciebie: gdzie posyłacie dzieci do szkoły, dokąd jeździcie na weekendy, w jakich kręgach się obracacie. – Przybrała charakterystyczny sztuczny akcent z wyższych sfer. – Och, państwo Munroe? Znam ich, oczywiście. Czyż ona nie jest wspaniała? Ich syn jest w Harrow razem z naszym najstarszym. A jak wspaniale urządziła dom, nie uważasz? – Mallory zaciągnęła się papierosem i szurnęła broszurę z powrotem na stół. – A więc uwierz mi, skarbie, masz już zajęcie. Poza tym te kursy są w Oksfordzie. Ile razy mam ci przypominać, że mieszkasz teraz w Londynie?

– To krótki kurs, trwa tylko kilka miesięcy.

– Kilka miesięcy? Oszalałaś? Zostawisz Rogera samego na tyle czasu? Co on będzie wtedy robił? Możesz uczyć się czegoś pożytecznego w Londynie w wolnych chwilach.

– Czego na przykład?

– Och, nie wiem… – Mallory nigdy się nie zastanawiała nad zdobywaniem kwalifikacji. – Układania kwiatów. Albo gry na harfie.

– Gry na harfie? Co w tym jest pożytecznego?

Mallory się zastanowiła.

– Harfa działa bardzo kojąco. No i siedzi się w takiej prowokującej pozie!

– Boże drogi, ale ty jesteś zdeprawowana! – zaśmiała się Grace. – Powiem ci, co naprawdę działa kojąco: uporządkować segregatory, zamówić nowe materiały biurowe, wyprowadzić księgowość na prostą.

– Grace… – Mallory wyrzuciła w górę ręce w dramatycznym geście. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Nie mieszkasz już w Oksfordzie. Wyznam ci coś w sekrecie. – Zniżyła głos do scenicznego szeptu. – Mężczyźni nie przepadają za inteligentnymi żonami, wolą mieć żony pełne wdzięku!

– Nie! – Grace udała przerażenie. – Uważasz więc, że jestem pozbawiona wdzięku?

Mallory przewróciła oczami.

– Skąd, jesteś zachwycająca. Mówię tylko, że…

– Rozumiem – przerwała jej Grace. Nie ma sensu spierać się z Mallory, bo i tak nie sposób jej przekonać. Wciąż wysuwa nowe pomysły, jak by tu poprawić talenty Grace jako pani domu, najwyraźniej przeświadczona, że przyjaciółka ich nie posiada. Dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej?

Mallory sprawdzała teraz w lusterku puderniczki, czy ma dobrze umalowane usta.

– Kiedy Roger wraca?

– Za tydzień. Może trochę wcześniej.

– Tyle czasu poświęca interesom. Pewnie ci go brak.

Grace milczała.

– Zapomnisz o tych wszystkich głupstwach, gdy wróci. Masz jakiś pasek? – Mallory podniosła się z fotela. – Och, doprawdy! Czy nikt cię nie uświadomił, że w pierwszych latach po ślubie powinnaś przybrać na wadze? Jak mam rozpieszczać maleństwa w roli matki chrzestnej, jeśli ty nie zabierasz się do roboty?

Grace zmieniła się na twarzy.

– Chyba nie mam żadnego paska – powiedziała spokojnie, przeglądając suknie wiszące w szafie.

Mallory uznała, że dotknęła czułego punktu.

– Proszę. – Wyciągnęła czarną aksamitną szarfę z innej wieczorowej sukienki i okręciła nią talię Grace. – Ta świetnie pasuje.

Tego wieczoru Grace wydała się jej drobniejsza i młodsza niż zwykle, jakby była dziewczynką przebierającą się dla zabawy w matczyne stroje. Staroświecka fryzura, bardziej odpowiednia dla starszej kobiety, jeszcze mocniej podkreślała młodzieńczy wygląd przyjaciółki, a jej szeroko osadzone zielonoszare oczy wydawały się jeszcze większe.

– Jak myślisz, dobrze wyglądam? – Grace przeglądała się w lustrze z niepewną miną.

Zazwyczaj Grace nie zwracała uwagi na to, co kto myśli o jej wyglądzie. Mallory nagle uświadomiła sobie, że zawsze skrycie podziwiała ten jej brak troski o opinię otoczenia, mimo że bez przerwy obie się przekomarzały.

– Wyglądasz wspaniale. – Mallory wydała werdykt. – Pospieszmy się, bo wkrótce będzie po przyjęciu.

Zeszły ze schodów. Grace rzuciła okiem na listy, które doręczono w drugiej poczcie.

– Spójrz! – Podniosła kopertę leżącą na stoliku w holu. – Lotniczy! Z Francji. A to ci niespodzianka! Kogóż ja znam we Francji? – Grace rozdarła kopertę.

– Może od wuja? – spytała Mallory, wkładając płaszcz.

– Nie, on ma wykłady w Ameryce. – Grace rozłożyła list i zaczęła go czytać.

Mallory niecierpliwie tupnęła lekko stopą.

– Chodźmy już. – Wyjęła z kieszeni kluczyki do auta. – Więc co to za list?

– Nic z niego nie rozumiem – odparła Grace.

– Napisany po francusku?

– Nie, po angielsku. – Grace przysiadła na krześle. – Jest też bilet lotniczy.

– Bilet? Dokąd?

– Do Paryża. – Grace wręczyła list przyjaciółce. – To jakaś pomyłka. Bardzo dziwaczna pomyłka.

List był napisany na maszynie, na grubym i eleganckim papierze używanym zazwyczaj do korespondencji w ważnych formalnych sprawach. W rogu widniały nazwa i adres firmy adwokackiej: Frank, Levin et Beaumont.

Szanowna Pani,

prosimy przyjąć nasze najszczersze kondolencje. Sprawy spadkowe zmarłej Madame Evy d’Orsey znajdują się w rękach naszej firmy, pragniemy zatem panią poinformować, że zgodnie z testamentem jest Pani jej główną spadkobierczynią. Spodziewamy się wizyty Pani w naszym biurze przy najbliższej sposobności w celu omówienia wszystkich szczegółów spadku.

Prosimy wybaczyć, że zakłócamy Pani żałobę. Mamy nadzieję, że będzie Pani rada z naszych usług i pomocy.

Z poważaniem,

Edouard A. Tissot

– Och! – Mallory podniosła głowę znad listu. – Bardzo mi przykro, nie miałam pojęcia, że niedawno straciłaś kogoś bliskiego.

– Ja też nie miałam o tym pojęcia.

– Słucham?

– Nigdy w życiu nie spotkałam tej Evy d’Orsey. Nie wiem, kto to jest.

Vanessa Maxwell umiała wydawać przyjęcia. Był to jej największy talent, który niewątpliwie zostanie w pamięci wszystkich przyjaciół i znajomych, nawet gdy ona sama zejdzie już z tego świata.

Naczelną zasadą owych rautów było to, że prawie zawsze wydarzały się spontanicznie. W odróżnieniu od innych dam z towarzystwa, które rozsyłały zaproszenia na miesiąc z góry, Vanessa rozumiała doskonale, że sukces przyjęcia zależy od delikatnej równowagi między oczekiwaniem a spełnieniem; gdy czas między jednym a drugim niepotrzebnie się wydłużał, można było się spodziewać jedynie znużenia i zobojętnienia. Poza tym tylko przyjęcia, które wymagały gorączkowego przetasowania uprzednich zobowiązań, wykrętów i prób lojalności, były coś warte.

Oprócz tego Vanessa miała bezwzględne zasady przy tworzeniu listy gości. Prawie nigdy nie zapraszała tych, u których kiedyś była. Słynęła z tego, że bywali u niej ludzie dopiero co gdzieś poznani, z reguły w ogóle do siebie niepasujący, a wręcz potencjalnie skonfliktowani. Starszych jegomościów ze świata polityki sadzała obok aktoreczek, członków rodziny królewskiej naprzeciwko proletariackich autorów sztuk teatralnych; kiedyś posłała szofera do klubu Floryda, skąd ten przywiózł cały zespół jazzowy porwany prosto ze sceny oraz na dodatek sześciu tancerzy z męskiego kabaretu z Soho, by „trochę przyjęcie ożywić”.

Do tego gromadziła gości w zbyt małych i zbyt jaskrawo oświetlonych wnętrzach, co powodowało, że panował tłok i ścisk, wszyscy ocierali się o siebie nawzajem, a czasami kończyli na czyichś kolanach. Każda inna gospodyni przyjęcia dbała o miękkie światła i wygodne kanapy, co oczywiście gości rozleniwia, Vanessa natomiast zgarniała ludzi do ciasnego pubu w Shepherd Market, kazała się im tłoczyć wokół jakiegoś komunalnego basenu albo na balkonie prywatnego klubu. Goście musieli się przekrzykiwać, polować na kieliszki szybko znikające ze srebrnych tac oraz w żaden sposób nie mogli uniknąć bezpośredniego sąsiedztwa obcych rąk, nóg i intymnych rozmów.

Panował na tych zgromadzeniach nastrój pewnego podniecającego niebezpieczeństwa i balansowania na krawędzi. Sławne się stało jedno z jej przyjęć, na którym wynajęci aktorzy odgrywali role kelnerów, a jeden z nich rolę gościa fatalnie zatrutego przystawką. Pozostali goście zostali wciągnięci w dochodzenie, a zanim zjawiła się policja, oni sami padali ofiarą kolejnych przestępstw.

Za pomocą tego rodzaju aranżacji pani Maxwell wywindowała się na sam szczyt modnego londyńskiego towarzystwa, pociągając za sobą męża, przedsiębiorcę w branży tytoniowej.

Grace szła do Vanessy po raz pierwszy; z całą pewnością nie poruszała się w tych samych kręgach co Maxwellowie, choć Roger znał Phillipa Maxwella z kontaktów w interesach, a Vanessę jeszcze z jej czasów przedmałżeńskich, gdy sam był kawalerem. Wychowana na prowincji Grace była kimś z zewnątrz.

Mallory natomiast już dwukrotnie gościła u Vanessy i bardzo cieszyło ją to wyróżnienie, choć nie dawała tego po sobie poznać. To ona pierwsza wpadła do wody na sławnym przyjęciu na basenie i oczarowała wszystkich, gdy ze spokojną nonszalancją, jak gdyby nigdy nic, do końca wieczoru przechadzała się w ociekającej wodą sukni.

Tym razem przyjęcie miało być względnie spokojne, gdyż jego celem była zbiórka funduszów na kampanię wyborczą Anthony’ego Edena, którego Maxwellowie, lojalni torysi, popierali. Churchill wyznaczył Edena niejako na swego naturalnego następcę, a ten ogłosił wybory powszechne na dwudziestego szóstego maja pod hasłem „Pokój przede wszystkim”, co współgrało z odczuciem narodu, wciąż jeszcze zmęczonego po stratach i zmaganiach wojennych.

By podkreślić nadchodzący nowy etap rozwoju kraju, Vanessa zorganizowała naprędce letni kiermasz w oranżerii Pałacu Kensington, z tradycyjnymi grami i rozrywkami w postaci strącania orzechów kokosowych, zanurzania w kadzi, rzutów podkową, biegów z jajkiem na łyżce, popisów żonglerskich i przejażdżek na kucyku ze szklankami Pimm’s, z salaterkami lodów truskawkowych, kanapek z kawiorem i z kieliszkami szampana. Jedynie ceny nie wyrażały się w pensach, jak to bywa na takich festynach, lecz w funtach, a stragany obsługiwały sławne osobistości, znane z ekranu i teatru.

Przyjaciółki zorientowały się od razu, że wśród obecnych znajduje się większa część londyńskiej śmietanki towarzyskiej. Nad wejściem wisiał wielki transparent z napisem „Zjednoczeni w pokoju i postępie”. Wszyscy się wzajemnie nawoływali i pozdrawiali, tłum falował jak morze, ciężka chmura dymu z papierosów wisiała nad zgromadzeniem, a rytmiczne dźwięki orkiestry dętej pulsowały niczym bicie zespołowego serca.

Grace i Mallory ujęły się za ręce i wkroczyły w tłum.

– Widzisz ją? – Grace omiotła wzrokiem balkon oranżerii.

– Tam! – odpowiedziała Mallory, machając jednocześnie ręką do niewysokiej ciemnowłosej kobiety stojącej w grupie ludzi w drugim końcu pomieszczenia.

Pociągnęła Grace za sobą.

– Vanessa!

Pani Maxwell zwróciła ku nim głowę. Była to osoba o regularnych, dość ostrych rysach i niewielkich, głęboko osadzonych oczach, ubrana w zwiewną wieczorową suknię z czarnych szyfonowych falban. Mimo niskiego wzrostu odznaczała się świetną figurą, która nadawała jej wyjątkowy wdzięk. W porównaniu z nią inne kobiety wyglądały topornie. Witała gości swobodnie i jakby od niechcenia, lustrując ich pobieżnie jak przy wyborze statystów do filmu. Wszystko w jej wyglądzie było idealne w najmniejszym szczególe, od prostego przedziałka we włosach, wspaniałych szmaragdów w uszach i długich szczupłych palców zakończonych bladokremowymi lakierowanymi paznokciami po bukiecik różyczek przy pasku w dokładnie takim samym kolorze. Uśmiechnęła się na przywitanie, zaciągając się niespiesznie papierosem.

– Witam, drogie panie! Mam nadzieję, że szczęście będzie wam sprzyjać. Na loterii wystawiony jest złoty zegarek od Aspreya, bilety idą jak woda. Ten nowy komik Benny Hill będzie prowadził loterię.

– Ten z telewizji? – spytała Mallory.

– We własnej osobie. Muszę wam powiedzieć, że na żywo wygląda zupełnie inaczej!

– Jak go zdobyłaś?

– Jak zawsze, czyli czystą bezczelnością. – Tu zwróciła się do Grace, patrząc na nią uważnie spod ciężkich powiek. – Chyba się nie znamy.

– Och, poznaj moją przyjaciółkę: Grace Munroe, żona Rogera.

– Dzień dobry. – Grace wyciągnęła rękę. – Dziękuję za zaproszenie. Co za wydarzenie… po prostu niesłychane!

Vanessa uścisnęła podaną jej dłoń i przechyliła głowę.

– Więc to pani jest żoną Rogera. Wszyscyśmy się zastanawiali, gdzie on nam umknął. – Znowu zaciągnąwszy się głęboko papierosem, przyglądała się badawczo Grace, jakby ta była jakimś rzadkim obiektem muzealnym. – Pani jest spokrewniona z lordem Royce’em, prawda?

– To mój kuzyn ze strony matki. Odziedziczył tytuł po moim dziadku.

– Ach tak. – Vanessa wypuściła wielki kłąb dymu przez nos. – Pani jest naprawdę bardzo ładna.

Grace zarumieniła się lekko, czując się jak nieśmiałe dziecko przyprowadzone przed pójściem do łóżka do salonu, żeby popisało się przed krewnymi dobrym wychowaniem.

– Dziękuję.

– A gdzież to pani mąż przebywa?

– W Szkocji. W interesach.

– To musi być dla pani okropne. A może – tu uniosła brew – bardzo fortunne. Jeśli o mnie chodzi, Phillip może sobie wyjeżdżać, ile chce, im częściej, tym lepiej.

– Wspaniale to pani zorganizowała. – Grace zmieniła temat. – Na pewno zbierze się mnóstwo pieniędzy.

– Staram się, jak mogę. Proszę, rozglądajcie się, panie, dalej – rzuciła Vanessa, żegnając je gestem i zwracając się ku nowym gościom. – I kupcie masę biletów na wszystkie atrakcje, moje drogie. Chodzi o dobro kraju. – Uśmiechnęła się do Grace. – Bardzo miło było panią poznać. Naprawdę.

– Napijmy się czegoś – zaproponowała Mallory, kierując się ku bufetowi. – Muszę ci powiedzieć, że mam ochotę na ten złoty zegarek.

– Skąd Vanessa wie tyle o mojej rodzinie? – zdziwiła się Grace.

– Nie wiem. Być może wszyscy to wiedzą. Czemu pytasz?

– Och, bez powodu. – Grace zmarszczyła czoło. – W rodzinie chodzą słuchy, że mój kuzyn będzie zmuszony wkrótce sprzedać tę posiadłość. Roger jest tym zmartwiony, ale cóż, te stare dobra pochłaniają ogromne pieniądze, wszystko tonie w długach.

Mallory uścisnęła przyjaźnie jej dłoń.

– Nie trap się tym dzisiaj, kochanie. Vanessa pewnie tylko przypadkiem wspomniała o twojej rodzinie.

Grace nie sądziła, że będzie się dobrze bawić, lecz niespodziewanie wieczór okazał się bardzo przyjemny. Metoda Vanessy, żeby spraszać mnóstwo gości, skutkowała nawiązywaniem łatwych i bezpośrednich rozmów, a gry wywoływały u gości dziecinną chęć rywalizacji. Mallory straciła prawie pięć funtów w rzutach do orzechów kokosowych, aż w końcu wygrała w grze przytapiania w kadzi, gdy jej ofiarą została wschodząca gwiazdeczka filmowa z wytwórni Ranka, co wywołało niesłychaną radość wśród panów. Grace natomiast okazała wielki talent w rzutach podkową, choć musiała ustąpić pola księżnej Kentu. Ani jedna, ani druga przyjaciółka nie wygrała złotego zegarka, za to obie objadły się kanapkami z kawiorem i wypiły po kilka kieliszków szampana. Grace dojrzała nawet w tłumie kilka znajomych osób.

W pewnym momencie Mallory dostrzegła Phillipa Maxwella, we fraku i w cylindrze, obsługującego stoisko z grą pod nazwą „Zagadki pamięci”.

– Spójrz! – krzyknęła w podnieceniu. – Graliśmy w to w dzieciństwie. Jestem w tym świetna. Chodź, zagramy przeciwko sobie. – Pociągnęła Grace za rękę.

– Nigdy w to nie grałam, o co tu chodzi? – Grace patrzyła na rząd różnej wielkości tac stojących na ladzie. Każda była przykryta ściereczką.

– Najłatwiejsza gra pod słońcem, drogie panie! – Phillip Maxwell uchylił kapelusza i skłonił się z teatralną przesadą. – Na każdej tacy leżą różne przedmioty, w liczbie od piętnastu wzwyż. Odkryję tacę, a po minucie zasłonię znowu. Grający ma minutę na zapisanie wszystkiego, co zapamiętał. Wygrywa ten, kto zapamięta najwięcej przedmiotów.

– To wszystko? – Wyglądało to na prostą grę. – Świetnie, Mallory, gramy.

Każda dostała od Phillipa ołówek i kartkę.

– Tylko proszę nie pisać, dopóki z powrotem nie przykryję tacy. Raz, dwa, start!

Podniósł ściereczkę i odmierzył minutę na stoperze, po czym znowu nakrył tacę.

Mallory zaczęła pospiesznie gryzmolić na papierze, Grace natomiast stała bez ruchu.

– Koniec! – zawołał Maxwell. – Proszę o kartki!

Mallory wręczyła mu swoją.

– Nie napisałaś ani słowa – zwróciła się do przyjaciółki.

– Bo nie musiałam – odpowiedziała z uśmiechem Grace.

– Naprawdę? Dlaczego?

– Pamiętam i tak.

Mallory i Maxwell spojrzeli na siebie.

– W takim razie proszę! Kawa na ławę!

Grace odetchnęła głęboko.

– Naparstek, cztery igły różnej wielkości wpięte w poduszeczkę w kształcie zielonego pomidora, czerwona gumowa piłeczka, pudełko Bromo, dwa szylingi, jeden orzeł, drugi reszka, pierścionek ze szmaragdowym szkiełkiem, nóż do otwierania listów z rączką z masy perłowej, zaklejona koperta zaadresowana do przywódcy laburzystów, szylkretowy grzebień, piersiówka w skórzanym futerale, kwitek z księgarni Ogdena w Bloomsbury na dwie książki na łączną sumę jednego funta i dwóch szylingów, złożona mapa drogowa hrabstwa Dorset, pusta paczka po chesterfieldach, żeton na karuzelę, porcelanowa solniczka w kształcie kaczki, pilnik do paznokci i łyżeczka do herbaty z monogramem VM wygrawerowanym na trzonku.

Mallory zatrzepotała rzęsami, a Maxwell wlepił oczy w zawartość tacy.

– Wielkie nieba, to jakiś cud! – wykrzyknął.

– Jak ty to robisz? – spytała Mallory.

Grace oblała się rumieńcem i potrząsnęła głową.

– Nie wiem. To zupełnie nieprzydatny talent, prawdę mówiąc.

– Spróbuj jeszcze jedną. – Mallory wskazała na większą tacę. – Tę.

Maxwell odkrył tacę na minutę i potem zasłonił ją ściereczką.

– A dostanę za to jeszcze jeden kieliszek? – zażartowała Grace.

– Jak najbardziej!

– Czarny skórkowy notesik ze złotym ołówkiem, kłębek sznurka, dwa rogowe guziki, chyba od swetra… – Grace wyrecytowała listę dwudziestu przedmiotów ze szczegółami, wszystko w zgodzie z zawartością tacy.

Wokół nich zebrał się tłumek gości.

– Jak ona to robi?

– Nie musi nawet nic zapisywać!

– Oszukuje! – krzyknął ktoś z obecnych.

– Nic z tych rzeczy! – zaprotestowała Mallory. – Gra w to po raz pierwszy w życiu.

– Nie wierzę – odezwał się ktoś inny. – Wszystko to zostało ukartowane.

– Specjalnie ją wynająłeś, panie Maxwell? Dla żartu?

– Skądże znowu – zapewnił widzów Phillip. – Wszystko jest absolutnie zgodne z przepisami.

– Tak jak wasi kandydaci w wyborach?

Rozległ się gromki śmiech.

Tłum gęstniał.

– Niech zrobi to jeszcze raz!

– Teraz naprawdę ją przyciśnij!

Grace chwyciła dłoń Mallory.

– Chodźmy stąd – szepnęła.

– Nie możemy teraz odejść. Oskarżono cię o oszukiwanie, jeśli pójdziemy, to będzie wyglądało, że przyznajesz się do winy. Poza tym wygrywasz – uśmiechnęła się Mallory.

Phillip Maxwell też się świetnie bawił.

– Doskonale – oznajmił, wysypując zawartość jednej z tac na ladę. – Teraz damy tej młodej damie prawdziwe wyzwanie!

Szepnął coś na ucho jednemu z kelnerów, ten oddalił się pospiesznie, by za niedługą chwilę wrócić z czarną wieczorową torebką nabijaną dżetami.

Maxwell podniósł ją w górę teatralnym gestem.

– Panie i panowie, oto torebka mojej żony! Kto wie, jakie skrywa tajemnice!

Znowu śmiech.

– Nasza młoda dama żadną miarą nie może wiedzieć, co się w tej torbie znajduje – nawet ja nie mam o tym pojęcia i prawdę mówiąc, nie bardzo chcę wiedzieć!

Zgromadzeni zaśmiali się, a niektórzy nawet zaklaskali.

– Żeby utrudnić zadanie, tym razem odkryję tacę tylko na pół minuty! Proszę się odwrócić – wydał polecenie Grace, która wykonała je bez protestu. Stała teraz twarzą do widzów, słyszała, jak za jej plecami Maxwell wysypał zawartość torebki i ułożył rzeczy na tacy.

Wszystko było gotowe.

Mallory ujęła Grace za ramię.

– Zaczynamy?

Grace skinęła głową.

Odwróciła się z powrotem do Phillipa, który zdjął nakrycie z tacy i po trzydziestu odmierzonych stoperem sekundach położył je z powrotem.

– Mierzę pani czas – teraz! – powiedział, włączając znowu stoper.

Grace się skupiła.

– Chusteczka do nosa z monogramem VM wyhaftowanym białą jedwabną nicią w rogu, puderniczka z emalii w zielonym i złotym kolorze, szminka marki Hiver, portmonetka z krokodylej skórki, blaszane pudełeczko z proszkami od bólu głowy Wilsona, srebrna papierośnica, połowa batonika Cadbury w rozdartym papierku, puste pudełko po zapałkach z hotelu Carlisle, zużyty bilet do kina Regent w Edynburgu na siódmą dwadzieścia, płaski kluczyk do drzwi, złota zapalniczka inkrustowana masą perłową…

Tu Grace nagle zbladła i urwała.

– Złota zapalniczka inkrustowana masą perłową – powtórzyła powoli – z napisem „Zawsze i na wieki” wygrawerowanym z boku.

Rozległy się entuzjastyczne oklaski.

– Niesłychane! – zawołał podekscytowany Maxwell. – Jak mogła pani dostrzec ten grawerunek?

Grace jakby go nie słyszała.

– Przepraszam, czy nie powiedział pan, że to zawartość torebki pańskiej żony?

– Jak najbardziej – uśmiechnął się do niej szeroko. – Proszę państwa, proszę o gorętsze oklaski dla naszej zwyciężczyni! Zmieniam nazwę stoiska na „Pani Pamięć”!

Tłumek szalał z radości.

Grace ruszyła do wyjścia, poklepywana po plecach przez widzów.

– Gratulacje!

– Co za pokaz!

– Co za talent!

Czuła się jak we śnie. W głowie jej dudniło, dłonie miała mokre od potu, myślała tylko o jednej okropnej rzeczy.

To nie może być prawda.

Nie może.

Zostało jej tylko kilka kroków do drzwi wyjściowych.

– Ależ im pokazałaś! – Mallory dogoniła ją. – Dokąd idziesz? Zaczekaj, chcę cię zabrać na wino… Co się dzieje, Grace?

– Zostaw mnie. – Grace wyrwała się przyjaciółce, wyszła na zewnątrz i zwymiotowała w krzaki.

– Wielkie nieba! Co ci jest? Jakiś nagły atak nerwów? – Mallory wyciągnęła z torebki chusteczkę i podała ją przyjaciółce. – Tylko spokojnie, wszystko będzie dobrze. Uważaj na buty. Na moje też.

Mallory cofnęła się trochę.

Grace wytarła usta i przysiadła na stopniu.

– Może to z powodu jakiegoś jedzenia? – Mallory usiadła obok.

– Nie.

– Może wypiłaś za dużo szampana? A może to ten kawior. Ojej, ja też go jadłam.

– Mal… – Grace ledwie zdołała wydobyć z siebie głos – to była moja zapalniczka.

– Co takiego?

– Mam tę zapalniczkę po ojcu. To moja jedyna pamiątka po nim.

– Jaką zapalniczkę? O czym ty mówisz?

– O zapalniczce na tacy.

Mallory w końcu pojęła, o co przyjaciółce chodzi.

– Naprawdę? Skąd się wzięła w torebce Vanessy?

Grace spojrzała jej prosto w oczy.

– Było tam też pudełko zapałek. Z hotelu Carlisle.

Mallory wyraźnie nie rozumiała, o co chodzi.

– Hotel Carlisle jest w Szkocji. Kino Regent również – powiedziała Grace napiętym głosem. – Mój mąż też.

– Masz na myśli… och. – Mallory w końcu pojęła, o czym przyjaciółka mówi.

Grace oparła głowę na kolanach.

Wieczór był piękny i świeży. Dochodziły do nich dźwięki orkiestry i salwy śmiechu, przyjęcie najwyraźniej toczyło się bardzo wesoło.

Przyjaciółki siedziały w milczeniu.

W końcu Mallory wstała.

– Idziemy, kochanie, robi się chłodno. Zawiozę cię do domu.

Grace też się podniosła.

– Chcę ją dostać z powrotem.

– Co takiego?

– Zapalniczkę.

Mallory spojrzała na nią ze zdumieniem.

– Grace, opanuj się. Daj sobie spokój.

– To zapalniczka mojego ojca – powiedziała Grace z nagłą siłą. Nigdy przedtem Mallory nie widziała jej tak zdeterminowanej. – To jedyna rzecz, jaką po nim mam. Muszę ją odzyskać. – Z tymi słowami skierowała się z powrotem ku wejściu.

Mallory stanęła jej na drodze.

– W takim razie ja ją wydostanę. Rozumiesz? Pozwól mi się tym zająć. Przeżyłaś szok i teraz możesz tylko sprawę pogorszyć. Zabieram cię do domu. – Objęła Grace stanowczym gestem.

– Szkoda, że nie chcesz, żebym ci towarzyszyła.

Trzy dni po festynie Mallory znowu znalazła się w holu domu przy Woburn Square, tym razem asystując w przygotowaniach przyjaciółki do wyjazdu. Grace zapięła guziki prochowca i poprawiła w lustrze kapelusz.

– Dam sobie radę – odparła, naciągając rękawiczki.

– Nie jestem pewna. Mówię po francusku lepiej niż ty.

– To nie taka sztuka – uśmiechnęła się Grace. – Jestem ci wdzięczna, że podwozisz mnie na lotnisko.

Przyjaciółki wyszły z domu w poranną mgłę. Mallory ulokowała walizkę Grace w bagażniku. Usadowiły się obie w błękitnym aucie marki Aston Martin DB2.

– Rozmawiałaś z nim? – spytała Mallory.

– Zamieniliśmy tylko kilka słów. Powiedziałam mu, że muszę nagle jechać do Francji w pewnej sprawie.

– To wszystko, co mu powiedziałaś?

– Tak. Nie wdawałam się w szczegóły. – Po czym dodała cicho: – Zresztą on nie pytał.

– Hm… – Mallory pomyślała, że sprawy mają się gorzej, niż podejrzewała. Zapuściła silnik. – Nie bardzo mi się podoba, że jedziesz sama. – Włączyła się energicznie w ruch na jezdni, wyprzedzając platformę mleczarza. – Wszystko to stało się tak nagle. Ale cóż, przyznaję, że przeżyłaś okropny szok. Powtórz dokładnie jeszcze raz, co powiedzieli ci prawnicy w Paryżu, gdy do nich zadzwoniłaś.

Grace westchnęła. Opowiadała to już kilka razy.

– Odebrał człowiek o nazwisku Tissot. Powiedziałam mu, że z pewnością się omylili, że wysłali list do niewłaściwej osoby. On jednak upierał się, że nie ma mowy o pomyłce, że muszę przeczytać testament i przekonać się o wszystkim osobiście.

– To wszystko?

– Tak.

– Może cię nie zrozumiał.

– Zrozumiał. Mówi całkiem nieźle po angielsku. Ale żeby zmienić temat – powiedziała Grace niby od niechcenia – udało ci się ją wydostać?

– Mam w torebce.

– Mogę?

– Jasne.

Grace otworzyła torebkę przyjaciółki i wyjęła z niej zapalniczkę z masy perłowej. Nie zamierzała dociekać niczego, lecz nie mogła się powstrzymać.

– Co Vanessa powiedziała, kiedy poprosiłaś o jej zwrot?

Mallory nie odrywała wzroku od jezdni.

– Nic. Po prostu mi ją dała.

– Nic? – zdziwiła się Grace. – A co ty jej powiedziałaś?

Mallory skręciła nagle, unikając w ostatniej chwili zderzenia z autobusem numer 19. Odetchnęła z ulgą.

– Powiedziałam jej, że o ile wiem, ma w swym posiadaniu coś, co nie jest jej własnością, i że byłabym wdzięczna, gdyby mi to oddała, jako pośredniczce prawowitej właścicielki.

– Ach tak.

Grace wyobrażała sobie, że incydent ten rozegrał się bardziej dramatycznie, spodziewała się obrazy i protestów, odebrała więc ten beznamiętny finał jak policzek.

Mallory wyczuła emocje przyjaciółki, toteż nie powiedziała jej całej prawdy, a mianowicie tego, że Vanessa odniosła się do sprawy z absolutną nonszalancją.

– Tak? A co takiego? – rzuciła od niechcenia, podczas gdy Mallory zmieszała się całkiem niespodziewanie.

– Zapalniczkę – wykrztusiła. – Inkrustowaną masą perłową.

Vanessa przejrzała zawartość torebki i wyjęła zapalniczkę, podając ją Mallory z uprzejmym uśmiechem na ustach.

– Cóż to się człowiekowi bezwiednie nawija pod ręce!

I na tym koniec. Żadnego widocznego poczucia winy ani udawanego zaskoczenia. W rezultacie to Mallory poczuła się winna, że zawracała jej głowę.

Dopiero później uderzyło ją, że Vanessa nawet nie spytała, czyją własnością była owa zapalniczka.

Najwyraźniej doskonale wiedziała.

Mallory nie dała po sobie poznać, że w gruncie rzeczy jest z siebie niezadowolona, bo zachowała się trochę jak tchórz, co więcej, była pod wrażeniem całkowitego opanowania i bezczelności Vanessy.

– Czego się spodziewałaś? – spytała chłodno.

Grace spojrzała przez okno.

– Sama nie wiem.

Zdawała sobie sprawę, że jest w stosunku do przyjaciółki niesprawiedliwa. Przecież dostała zapalniczkę z powrotem.

Wsunęła ją do kieszeni płaszcza, gdzie często ją trzymała i gdzie nawet zaczynała się w podszewce robić dziura.

– Muszę ci powiedzieć, że znalazłam się w niezręcznej sytuacji. Byłyśmy akurat na wiosennym obiedzie Królewskiego Stowarzyszenia Ogrodników – dodała Mallory, jakby ten fakt wskazywał na jeszcze większe poświęcenie z jej strony. – Możesz mi przypalić papierosa?

Grace przypaliła też sobie. Ćmiły jakiś czas w milczeniu.

Potem Mallory nastawiła radio, kręcąc gałką w tę i z powrotem, by po chwili je jednak wyłączyć.

W aucie panowała ciężka atmosfera.

Znowu wróciła do tematu, który najwyraźniej ją intrygował.

– A więc co zamierzasz począć z Rogerem?

– Nie wiem.

– Cóż to za idiota! – wybuchnęła Mallory. Było jej łatwiej krytykować Rogera aniżeli Vanessę. – Mężczyźni są strasznie głupi, miałoby się ochotę ich udusić.

Grace milczała.

– Co mu przyszło do głowy? – ciągnęła Mallory. – Kompletna bezmyślność, prawda? Jak mógł tak wobec ciebie postąpić?

Grace obracała w palcach zapalniczkę. Dotyk znajomego przedmiotu przynosił jej niewielkie ukojenie.

– To chyba nie jest wyłącznie jego wina – powiedziała cicho.

– Nie jego wina? – Mallory oderwała wzrok od kierownicy. – O czym ty mówisz?

– Nie znasz wszystkich okoliczności – odrzekła niepewnie Grace

– Jakich znowu okoliczności? Chyba nie chcesz go usprawiedliwiać?

– Nie, niezupełnie.

– Wygląda na to, że chcesz.

– Chodzi o to, że… – Grace przerwała. Bardzo chciała się komuś zwierzyć. Może właśnie Mallory, tu, w aucie, gdzie siedzą bokiem do siebie i ona nie musi patrzeć przyjaciółce prosto w oczy… może po prostu wyrzucić to z siebie. – Od jakiegoś już czasu w naszym małżeństwie nie jest najlepiej.

Mallory spojrzała na nią z ukosa.

– O czym ty mówisz?

Grace odwróciła oczy.

– Chodzi o to, że Roger jest mną rozczarowany.

– Rozczarowany? – Mallory podniosła głos. – To ty powinnaś być nim rozczarowana! Kiedyś cię po prostu wielbił!

Czas przeszły w tym zdaniu zadźwięczał wyraźnie w uszach Grace – tak, kiedyś mnie wielbił.

Postanowiła brnąć do końca.

– Zaszłam w ciążę. Na samym początku.

– Co? Nigdy mi o tym nie wspominałaś.

– Nikomu nie wspominałam, bo to się zdarzyło jeszcze przed ślubem.

– Och! – Mallory jakby ujrzała przyjaciółkę pierwszy raz w życiu. Coś takiego, Grace zawsze wydawała się jej taka naiwna i cnotliwa.

– A potem straciłam to dziecko – dodała beznamiętnie Grace.

– Czemu mi nic nie powiedziałaś? Byłabym ci pomogła.

– Bo to się stało tak szybko, w czwartym miesiącu. Pewnej nocy obudziłam się w strasznym bólu, dostałam krwotoku… coś okropnego.

– Och, jak mi przykro. Ale wiesz, kochanie, to się zdarza, zwłaszcza z pierwszą ciążą. Czasami trzeba próbować kilka razy.

– Tak, wiem, ale w tym przypadku nie ma co próbować – opowiadała dalej Grace. – Przyplątała się infekcja i w rezultacie okazało się, że nie mogę mieć dzieci.

– Jesteś pewna?

– Tak.

– Konsultowałaś to z lekarzem?

– Z trzema.

Zapadła cisza.

Grace zapragnęła świeżego powietrza; opuściła szybę auta.

– Jakiś czas potem – ciągnęła – poszliśmy na kolację do restauracji, tej samej, w której mi się oświadczył. Kelnerzy nas pamiętali, witali serdecznie. Maître dał nam ten sam stolik, gdzie siedzieliśmy dwa lata temu, kiedy Roger padł przede mną na kolana. Pamiętasz?

Mallory skinęła głową.

– Pamiętam, zwłaszcza ten pierścionek z brylantem, nigdy przedtem ani potem nie widziałam czegoś równie wspaniałego.

– Właśnie. Siedliśmy, zamówiliśmy koktajle z szampanem i pieczeń. Dawno już nie byliśmy sami na kolacji, tylko we dwoje. Podnieśliśmy kieliszki do toastu i wtedy Roger dziwnie na mnie spojrzał, takim pustym wzrokiem. „Już nie będziesz taka jak kiedyś, prawda? – powiedział. – Taka urocza i dziewczęca”. Nie wiedziałam, co ma na myśli, sądziłam, że żartuje, i to niezbyt dowcipnie. Ale wcale nie żartował. „Co teraz zrobimy?”, zapytał.

Mallory nie posiadała się ze zdziwienia.

– I chyba wtedy zdecydował, że z nami koniec. Od tamtego wieczoru przestaliśmy spać razem.

– Przecież w niczym nie zawiniłaś!

Grace otarła rękawiczką łzę.

– To bez znaczenia. Mam feler, rozumiesz, czegoś mi brak. Nie spełniam oczekiwań. On teraz żałuje, że w ogóle się ze mną ożenił.

Zaczął padać lekki deszczyk. Mallory włączyła wycieraczki. Samochód przesuwał się wśród porannego londyńskiego ruchu.

Mallory była w kropce. W jej własnym małżeństwie wszelkie problemy dawało się rozwiązać za pomocą jeszcze jednego kieliszka szampana czy też kolejnej wyprawy do jubilera.

Romans Grace i Rogera natomiast od początku wydawał się wyjątkowy, jak gdyby utrwalany na kolorowej, a nie na czarno-białej kliszy. Spotkali się na balu przy Grosvenor Square, gdzie Roger natychmiast szaleńczo się w Grace zakochał. Ona nie należała do londyńskiego towarzystwa, wydała mu się naturalna i czarująca. Adorował ją niemal obsesyjnie, obdarowując drogimi prezentami i wydając przyjęcia na jej cześć. Na jej urodziny wydał bal niespodziankę, mimo że znali się dopiero kilka miesięcy, zaprosił wszystkich swoich najbliższych przyjaciół i znajomych i podarował Grace naszyjnik z pereł. Mallory czuła się nawet trochę zazdrosna, gdyż jej Geoffrey nigdy się tak nie starał.

Grace oczywiście dała się oszołomić i wkrótce ogłoszono ich zaręczyny.

Teraz Mallory nie mogła uwierzyć, że ta szalona namiętność Rogera tak błyskawicznie przemieniła się w całkowitą obojętność.

– Może to tylko przejściowa faza. Może musi się przyzwyczaić do zaistniałej sytuacji, przystosować – odezwała się pocieszającym tonem, jakby przemawiała do dziecka albo do chorego.

– Chyba się już przystosował. Do życia beze mnie. Wygląda na to, że świetnie sobie radzi.

Grace nagle poczuła się bardzo zmęczona. Oparła głowę o szybę.

– Mam takie sny… wręcz koszmary – powiedziała po chwili. – Biegnę przez las, szukam czegoś lub kogoś. Biegnę i biegnę, ale niczego nie znajduję. Wydaje mi się, że już jestem blisko, gdy znowu wszystko znika. Wpadam w jakąś czarną czeluść, lecę… budzę się. Miałam te sny jako dziecko, a teraz one wracają. Gdy dzieje się coś złego. Tej nocy po festynie znowu miałam taki sen.

– Grace…

– Nie ma o czym mówić, Mallory, to beznadziejne – przerwała jej, najwyraźniej nie chcąc słuchać pocieszeń. – Miałam nadzieję, że wszystko wróci do normy, że on jeszcze mnie kocha, że potrzebuje trochę czasu. Byłam w błędzie, bo jest jeszcze gorzej. – Grace patrzyła przez okno. Szare welony mgły kładły się na Hyde Park. – To, co się stało, było tylko kwestią czasu – dodała.

Mallory nie wiedziała, co powiedzieć. Przypomniała się jej broszura z ogłoszeniem o kursach dla sekretarek w Oksfordzie. Grace najwidoczniej robiła plany na przyszłość, a ona, Mallory, ją wyśmiała.

Przejechały obok stacji metra Holland Park i wjechały do Shepherd’s Bush. Tego ranka Londyn wyglądał jakby wyjęty z akwareli Turnera; widmowe rozmyte błękity mieszały się z wyblakłymi zieleniami, sprawiając wrażenie, że miasto, tak jak obraz malarza, rozpływa się gdzieś w swej niedokończonej formie.

Mallory wyrzuciła niedopałek przez okno i spojrzała na przyjaciółkę. Grace siedziała nieruchomo, ze zmarszczonym czołem i zaciśniętymi ustami. Mallory miała ochotę wziąć ją za rękę, pocieszyć, dodać otuchy. Ale nie wiedziała jak. Żałowała, że nie zbiła Vanessy na kwaśne jabłko.

Wyjęła z kieszeni świeżą chusteczkę do nosa, lekko skropioną wodą konwaliową Yardleya, i podała ją przyjaciółce. Powtarzała gest własnej matki.

– Weź to, kochanie, może się przyda.

Grace złożyła chusteczkę i schowała ją do torebki.

– Dziękuję.

– Kto wie – zaczęła znowu Mallory, starając się odzyskać pogodny ton – może zmiana klimatu dobrze ci zrobi.

– Czy mogę pani pomóc?

Stewardesa o figurze modelki, w małym toczku na głowie i ze szminką na ustach idealnie dobraną do czerwieni eleganckiego kostiumu, uśmiechnęła się uprzejmie do Grace.

– Tak, nie wiem, gdzie mam miejsce. – Grace rozglądała się niepewnie po wnętrzu kabiny, gdzie pozostali pasażerowie, usadowieni już wygodnie, przerzucali pisma ilustrowane bądź rozmawiali.

Stewardesa spojrzała na bilet.

– Tu jest pani miejsce, po lewej stronie. Powieszę pani płaszcz.

– Dziękuję.

Grace usiadła i wyjrzała przez małe okienko samolotu. Personel naziemny pakował bagaże do wnętrza maszyny, nieopodal widać było rząd innych błyszczących srebrnych aeroplanów wyglądających jak ogromne auta. Grace nagle zrobiło się trochę słabo z podniecenia i zdenerwowania.

Stewardesa znowu stanęła koło niej.

– Pierwszy raz leci pani do Paryża?

– Tak. W ogóle pierwszy raz lecę samolotem.

– To bardzo bezpieczny sposób podróżowania. Może przyniosę pani kieliszek szampana dla rozluźnienia?

– A nie rozleje się?

Stewardesa się roześmiała.

– Ależ skąd. Przekona się pani, że wszystko pójdzie jak z płatka. Proszę usiąść wygodnie i zapomnieć o wszystkim. To krótka podróż.

Zniknęła w końcu korytarza, w malutkim pomieszczeniu składającym się głównie z metalowych pudeł i szuflad. Rozległ się znajomy dźwięk korka wyskakującego z butelki szampana i po chwili stewardesa z tacą w ręku zaczęła rozdawać pasażerom kieliszki całkiem jak na prywatnym przyjęciu.

Wkrótce atmosfera w samolocie rzeczywiście zrobiła się wesoła i swobodna. Pasażerowie popijali szampana, śmiali się i rozmawiali. Przystojny pilot powitał ich osobiście na pokładzie, zażartował nawet, że to dziwne uczucie lecieć nad Kanałem i nie spodziewać się ostrzeliwania, co zostało przyjęte gromkimi oklaskami.

Zamknięto drzwi, zapuszczono silniki, samolot zaczął drżeć, wreszcie ruszył pasem startowym, nabierając prędkości.

Grace wyglądała przez okno, starając się uchwycić moment, gdy koła oderwą się od ziemi. Nie zdołała jednak tego zauważyć. Maszyna wzbijała się coraz wyżej. Londyn został daleko w dole. Wijące się szeregi identycznych ceglanych domków, tworzące paletę dobrych kilku tysięcy odmian szarości, znikały błyskawicznie z pola widzenia. Samolot przebił się przez ciemne chmury i dotknął błyszczącej błękitnej wstęgi ogromnego horyzontu.

Grace oparła się wygodnie w fotelu i upiła łyk zimnego szampana. Wyjęła z torebki list.

Czytała go już wiele razy, nie mogła się jednak powstrzymać od ponownej lektury słowo po słowie, jakby w nadziei, że w końcu rozwiąże zagadkę.

Madame Eva d’Orsey.

Eva d’Orsey.

To nazwisko nic jej nie mówiło.

Tylko brzmiało poetycznie, miało jakiś niepokojący rytm.

Może ta osoba była przyjaciółką jej rodziców? Pisarką, jak jej matka? Znajomą ojca?

Może się okaże, że przyleciała do Paryża w wyniku jakiegoś nieporozumienia, to wszystko.

Tak czy owak, Anglii nie było już widać. Otaczała ją wielka płachta nieba.