Kochana moja - Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska - ebook
Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 16 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kochana moja - Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska

Dwie kobiety. Matka i córka.
Wzruszająca rozmowa o domu, patchworkach rodzinnych, miłości i zwykłych ludziach.

Matka i córka. Dwie kobiety, a między nimi ocean.
Kochana Moja to szczera i wzruszająca rozmowa najbliższych sobie osób. Obie tęskniące kobiety, są tak daleko od siebie, mama w Polsce, a córka w Australii, a jednak tak blisko. Słowa są mocne, potrafią pokonać każdą odległość.
Basiu, Kochana moja, Mamo, Mamuś, Córeńko... to piękne tytuły wspaniałych opowieści. O domu, patchworkach rodzinnych, miłości, tolerancji, pięknie i życiu w zgodzie z sobą. O rzeczach prostych i tych, trochę bardziej skomplikowanych. Jak to w życiu.

Basia Grabowska: z mamą można rozmawiać o wszystkim. Tęsknię za nią. Zawsze miałyśmy tyle tematów do obgadania, a tu nagle ocean wyrósł miedzy nami, a wraz z nim różnica czasu. Co począć? Pisać? No to piszemy. Dużo i na każdy temat. Bo Sami zobaczycie.

Małgorzata Kalicińska: Co za córę mam! Zawsze ceniłam Ją za mądrość, poczucie humoru i wrażliwość. To jest Piękny Człowiek. Tęsknię więc piszę - (trawestując Skaldów). To nasza rozmowa przez ocean.

Opinie o ebooku Kochana moja - Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska

Cytaty z ebooka Kochana moja - Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska

„Gwarantuję ci, że czasem będzie ciężko. Gwarantuję, że w którymś momencie jedno z nas lub oboje będzie chciało odejść. Ale gwarantuję też, że jeśli nie poproszę cię, abyś był mój, będę tego żałować do końca życia, bo w głębi serca wiem, że jesteś dla mnie tym jedynym”.
młody Egipcjanin pokazywał mi swoje zdjęcia z ówczesnej Jugosławii, gdzie był u jakiejś znajomej akurat w czasie takiej barwnej jesieni. Był oczarowany tymi kolorami drzew, opadłymi liśćmi, w których brodzili prawie po kolana, i mówił: „Czy ty kiedykolwiek widziałaś coś równie pięknego?!”. Nie dowierzał, gdy mówiłam,

Fragment ebooka Kochana moja - Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska

SPIS TREŚCI

Okładka

Karta tytułowa

Szanowna Czytelniczko i Szanowny Czytelniku!

Real i wirtual

Jesień

Hu, hu, ha zima zła?

Wsi spokojna…

Dom

Zaduszki, Halloween, czyli smutek i radość przy świecach

Rozwiązki, czyli patchwork

Prosta kuchnia, dobra kuchnia

Przyjaciele, czyli mizantropka z wyboru

Nostalgia-kanalia

Hejt, czyli jedna baba drugiej babie…

Kultury!

Czy mogłabyś przynieść mi pajączka…?

Lato

Pomocy! Czyli rzecz o pomaganiu i delegowaniu zadań

Czym skorupka… czyli piękno otrzymane

Uczciwość, co to jest na dobrą sprawę?

On

Mama, tata i ja

Bida, pani kochana, czyli o stanie… niedostatku

Epilogu nie będzie

Reklama 1

Reklama 2

Karta redakcyjna

Szanowna Czytelniczko
i Szanowny Czytelniku!

Dziękujemy Ci pięknie za sięgnięcie po nasz zbiorek Kochana Moja. Rozmowa przez ocean. Celowo nawiązałyśmy do piosenki Maryli Rodowicz, bo to ładny szlagwort. Czytając, miej proszę na uwadze, że zawarte tu nasze, ubrane w te jakże przepiękną oprawę słowa, to bardzo subiektywne, nieraz egoistyczne, często gorączkowe i rozentuzjazmowane przemyślenia, urodzone na fali tęsknoty, niespodziewanej rozłąki i łaknienia kontaktu.

Mamy serdeczną nadzieję, że poniekąd Sama/Sam dołączysz do naszej nieskończonej rozmowy, zastanowisz się nad swoim punktem widzenia, uszanujesz różnice, które zapewne zauważysz pomiędzy swoimi a naszymi wnioskami. Ciesz się, droga Czytelniczko i Czytelniku, tym słowem pisanym, które mamy nadzieję pobudzi Cię do refleksji, a może, i chęci rozmowy z kimś bliskim czy całkiem dalekim.

Zaznaczamy, że zebrane tu rozmowy to nasze e-maile, SMS-y i transkrypty rozmów telefonicznych, które z pomocą wydawnictwa połączyłyśmy w wygodną całość, opracowane, dopracowane i wyczyszczone z niepotrzebnych przerywników i bardzo prywatnych spraw, tajemnic, by zachować estetykę, nie epatować zanadto prywatnością i tym samym ułatwić Ci lekturę.

Witaj w naszym dość jednak intymnym świecie.

Basia i Małgorzata, czyli córka i mama

PS W naszej mowie matczyno-córczanej używamy różnych neologizmów, specyficznych zwrotów, kodów. Takie po prostu jesteśmy. Witaj w naszym świecie!

Real i wirtual

Kochana Moja (Mama tak zazwyczaj zaczyna, znaczy ja!).

Czy ktoś z nas kiedyś wymyśliłby taki scenariusz? Że Ty tak daleko, że będziemy się musiały w naszych kontaktach obyć wirtualem? W ogóle czy kiedyś znałaś słowo wirtual? Bo ja nie, a znałam dzięki mojej mamie wiele słów.

Ja urodziłam się i wychowałam w absolutnym realu. Wtedy było tylko to, co realne, dotykalne, prawdziwe. Chociaż był świat nierealny. U niektórych. Mam na myśli świat duchów, aniołów i diabłów, elfów, wilkołaków etc., bo to swoisty wirtual. Była taka piosenka Skaldów:

Życie jest formą istnienia białka,

ale w kominie coś czasem załka.

Czasem coś świśnie, czasem coś gwiźnie,

coś się pokaże w samej bieliźnie.

Oj, dana.

(tekst Agnieszka Osiecka)

I nagle okazało się, że ta maszyna, która stanęła kiedyś w naszym domu i nazywała się komputerem, to takie drzwi, jak w Narnii, do innego świata. Ten wirtualny, nienamacalny świat jest zupełnie innym tworem niż świat duchów, bo jak się chce to jednak można go namacać, zjeść i wypić (jak się zamówi dostawę do domu). Wielki, wielki jest świat Internetu, o którym kiedyś pisał Stanisław Lem jako o czymś dość odległym, prawie nierealnym, czymś, co trudno pojąć i nam, czytającym o tym, wydawało się to odległą bajdą, rojeniem fantasty.

Pamiętasz, że się latami broniłam przed poznaniem zakamarków tajemnic i działania komputera? Nie był mi potrzebny w moim ówczesnym życiu, ale okazało się, że to kapitalna maszyna do pisania, więc zamieniłam pióro (ze stalówką i zielonym atramentem!) na klawisze.

Potem powoli (jak żółw ociężale…) zaczęłam uchylać drzwi do szafy nazywanej Internetem. I… nie taki on straszny. I Ty w nim jesteś! Ktoś młody, kto czyta te słowa, myśli sobie: „O czym ona mówi?! O średniowieczu?”, moja wnuczka nie będzie wiedziała, o czym mowa, jak powiem jej, że kiedyś, dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze Internetu…

Dzisiaj Twój brat opowiada znajomym, że mamie może wysiąść pralka wtedy upierze przy pomocy staroświeckiej tary, którą ma po babci, może wysiąść lodówka, odkurzacz (najwyżej polata na miotle i mopie), ale jak znika sieć zaraz alarm i wścieklica, telefon do operatora i tupanie. Prawda!

Umiem poradzić sobie bez wielu rzeczy, ale bez Internetu, telefonu ciężko. Ględzić przez telefon raczej nie ględzę, żadne tam „Lalka, i słuchaj no, co… no i on wtedy…”. Sama wiesz, krótko, zwięźle, ale jak się ma rozproszoną rodzinę, jak się sporo jeździ, to telefon, ta nitka, która łączy z Wami, a czasem koło ratunkowe, jest rzeczą bezcenną. A jak już odkryłam wirtualne sklepy ogrodnicze, spożywcze i inne, aukcje i bazarki to korzystam pełnymi garściami, bo, jak wiesz, u mnie na wsi nawet spożywczaka nie ma. Kurierzy po całym świecie rozwożą towary kupione w sklepach internetowych. Klik! I już zamówiłam czterdzieści sadzonek rudbekii w kilku kolorach, pięć drzew owocowych, pięćdziesiąt sadzonek róży fałdzistolistnej, pięć sztuk gunnery i nasiona prosa włosowatego. Ja wiem, że nie masz pojęcia, o czym piszę, ale jak się domyślasz to kwiatki do ogrodu moich przyjaciół. Przyszła wielka paczka świetnie zapakowanych roślin! Zdumiewające, proste, nie musiałam jeździć po Polsce. Choć wiesz… i cienie. Szukałam niewielkiej szklarni, znalazłam sklep w Warszawie, a kiedy byłam tam przy okazji zajrzałam, żeby owe szklarnie obejrzeć. Wielki budynek, w nim jakieś wydawnictwo i kilka firm. Ledwo znalazłam malusi kantorek po nazwie owego sklepu ogrodniczego, a tam tylko człowiek z laptopem. Ot i cały sklep… Zamawiam, on pisze do producenta, od którego kurierem, bez macania czy dotykania towaru (buuuuu!) paczka sobie idzie do mnie. No, też coś!

To też ogromne pola kompletnie przeze mnie nieeksplorowane, niewidzialne, jakieś ogromne zasoby filmowe, muzyczne, bimbaliony gier i portali i jeszcze jakieś, z których nie korzystam, których nie znam. Gry mnie nie bawią, ściąganie filmów czy muzyki też nie, za to zdobywanie wiadomości jak najbardziej. To jest fascynujące! Kiedyś to była wyprawa w głąb encyklopedii, stała w domu trzynastotomowa i w niej można było znaleźć wiele, a jak mało, to trzeba było jechać na Koszykową do biblioteki publicznej i tam, złożywszy zamówienie, czekać, pani przytaszczyła potrzebne książki. A teraz… Wrzuca się kilka słów określających sprawę i się ma za kliknięciem! Załączone linki prowadzą dalej, głębiej. Można niemal studiować. A społecznościówki? To całkiem nowe socjologiczne zjawisko. Właśnie wiodłam dyskusję z Siwym, czy znajomi z Naszej Klasy albo Facebooka (czy innych tam) to znajomi, czy jednak nieznajomi? Jak silne więzi można zadzierzgnąć z kimś, z kim nigdy nie uścisnęłam dłoni, nie widziałam oczu i tego wspaniałego body language, który jest potrzebny, żeby w pełni poznać człowieka. Jego miny, wzruszenie ramion czy sposób, w jaki poprawia włosy. Nie tylko to, jakie ma myśli, jak je przekazuje, pisząc maila czy komentarz pod jakimś postem. Całość wiele mówi o człowieku i o tę część realu osoby poznane w necie uboższe.

Siwy sceptycznie odnosi się do takich znajomości i… ma rację. Kiedyś wirtualem były listy, zwłaszcza te pisane długo i obszernie przez osoby oddalone od siebie czasem nawet na zawsze. Abelard i Heloiza, Ewelina Hańska i Balzac oraz miliony innych korzystających z poczty, poczmistrzów i dyliżansów pocztowych. Papier, pióro, kałamarz, lak i pieczątka, a później koperta i znaczek, i pisanie, pisanie, poznawanie się, mówienie literkami kładzionymi skrzypiącym piórem. I czas czekanie na odpowiedź. Niektórzy korespondenci nie widzieli się nigdy, inni z rzadka.

Znam dzisiaj wiele osób, które, poznawszy się w necie, zapragnęły spotkania w realu. I jak wiesz, różnie to potem bywa. Niemniej pamiętam moje początkowe spotkania z Siwym w necie, gdy każdy poranek oznaczał maila od miłego korespondenta, a ja każdego dnia po południu na taki list odpisywałam. Rozmawialiśmy o wszystkim znacznie soczyściej i bardziej wyczerpująco niż inni w realu na sporadycznych spotkankach przy kawie. No i te spotkania w ogóle nie byłyby możliwe, bo dzieliło nas dziewięć tysięcy kilometrów! Dzisiaj też wiodę jakieś korespondencje z ludźmi z innych miast i kontynentów i nazywam ich „znajomymi”, ale czy faktycznie to znajomi?

Zawsze też pozostaje ta świadomość, że wystarczy brak zasięgu, przerwa w dostawie prądu albo zwykłe kliknięcie w wyłącznik, żeby te kosmosy, galaktyki wiedzy i zbiorowości ludzkie zniknęły! Jak mydlana bańka. Pfff i nie ma!

Dla Ciebie to norma, bo się w tym świecie wychowałaś, a dla mnie kolejne zdziwienie. Zresztą dla Was zdziwienie to moje życie niegdysiejsze, bez Internetu, telefonów komórkowych i paszportu w szufladzie.

Dla mnie życie mojej mamy bez radia, pralki, osobistego samochodu, bez chłonnych podpasek. Jak ONI (ludzie z przeszłości) żyli?!

Ja dzisiaj dziękuję Internetowi nade wszystko za to, że umożliwia mi wirtualny kontakt z Tobą. Jesteś tak bardzo, bardzo daleko, a mogę widzieć Twojego buziaka, rozmawiać bez tygodniowego poślizgu. Co by to było, gdyby list szedł pocztą, a już dyliżansem i statkiem czy gołąbkiem…? A tu klik i poszło! Na Gadulcu czy Skype można paplać tak bardzo blisko i szybko, bezpośrednio, i jeszcze widzieć Twoje miny na filmikach! I tylko… nie mogę Cię dotknąć ani przytulić. Bo pomimo żeś stara baba, moja piękna Trzydziestko, mam stale potrzebę przygarnięcia Cię, jak wtedy, gdy bywałaś na wyciągnięcie ręki. Funkcji „przytul” net jeszcze nie ma…

Kończę, Kochanie, muszę się wziąć za realny obiad, nie zamawiam cateringu przez Internet, tu jestem nadal staroświecka.

Całuję.

Mama

Dzisiaj będzie kapuśniak, bardzo domowy, na kaczce. Dam Ci przepis, bo kiedyś chciałaś. Bardzo domowy, bo to Siwy u nas kapustę kisi.

W lodówce miałam pół kaczynej piersi, którą podsmażyłam z czosnkiem i cebulą, zalałam szklanką piwa i poddusiłam. Potem wrzuciłam wielką garść owej kapuchy, ciut majeranku (rośnie mi w ogródku), garstkę włoszczyzny julienne i to się pogotowało. Na kaczce, mówiłam Ci to, wywary smaczne i wyraziste. Ale o tym kiedyś.

Na drugie danie zrobiłam łososia „spod ręki”.

Na patelni łyżka masła i oliwy, cebula i czosnek. Potem wrzuciłam pokrojoną dość drobno, w paseczki, paprykę (z ogrodu, już ostatnie strączki wiszą) i pomidorki koktajlowe, też z hodowli z wielkiej donicy, którą mam na tarasie.

Podlałam wodą i poddusiłam. Potem włożyłam łyżkę śmietany (może być crème fraîche) i zamieszałam. Na to pokrojonego w kostkę łososia, garść kopru.

Kopru mam w zamrażalniku dwa pudełka na zimę.

Czy tam u Was rośnie koper?

Dziesięć minut pod przykrywką, potem już tylko ugotować jakieś penne na sposób włoski, czyli al dente, i wrzucić na patelnię z tym łososiem i warzywami.

Kocham Cię łososiowo Mama

Mamuś!

A pamiętasz, jak w domu tata postawił pierwszego Commodore’a 64? Rany, jaki to był szał! Uwielbiałam grać w Olimpiadę, w Kaczora Donalda, który pakował owoce do skrzynek, Boulder Dash (ten termit, co zbierał diamenty) i milion pięćset sto dziewięćset innych gier, które tata z uporem godnym lepszej sprawy taszczył regularnie z komputerowego bazarku na Grzybowskiej na dyskietkach ośmiocalówkach. Godzinami mogłam machać tym nieszczęsnym joystickiem, choć oczywiście „godzinami” to nie było nam wolno. Pilnowałaś, żebyśmy się nie utopili w tym wirtualu na dobre i chwała Ci za to po wsze czasy, bo dziś uzależniona od komputera nie jestem nawet odrobinę. Nie zrozum mnie źle, bardzo doceniam fakt, że mam tego swojego zmęczonego życiem laptopa i dostęp do Internetu. Bez tego wiele codziennych, rutynowych czynności nie byłoby możliwych albo byłyby mocno utrudnione i niewygodne. Ale kiedy wracam do domu, nie czuję biologicznej potrzeby sprawdzenia maili, ważne wydarzenia w moim życiu nie wiszą na ścianie mojego facebookowego konta, a moje wirtualne CV nie było aktualizowane od jakichś trzech lat. Wiem, powinnam być „obecna” w wirtualu częściej, zwłaszcza teraz, kiedy jestem tu, w Sydney, a w Polsce ludzie, którzy za mną tęsknią, kochają, myślą i piszą. A ja wstyd przyznać mam na mailu wiadomości sprzed dwóch miesięcy, na które jeszcze nie znalazłam chwili i ochoty, żeby odpisać…

Wiesz, dla mnie to jest trochę tak jak z wyjściem na miasto, do klubu. Jest głośno, wesoło, dużo się dzieje, ludzie na lewo i prawo, rozmowy, ploteczki, obrazy i dźwięki, zawrót głowy, endorfiny. A potem wracasz do domu, zapalasz światło i orientujesz się, że jesteś w tym domu… sama. Jest pusto i cicho, euforia powoli wyparowuje z głowy, ludzi nie ma, choć przed chwilą byli, jazda na karuzeli się skończyła, więc wracasz do życia, którym jest Twoje łóżko, kanapa, niedojedzony obiad i zaplanowana na jutro wizyta u babci.

I ja się tak czuję, kiedy zamykam laptopa. Te dwie czy trzy godziny, które spędziłam w sieci, jakby się nigdy nie wydarzyły. Ci ludzie, z którymi rozmawiałam, tak naprawdę nie z mojego świata, te obrazy, które widziałam, do jutra zapomnę. Nie traktuję tych trzech godzin jako przeżycia (z akcentem na „życia”), ale jako przerwę w… życiu, czas w dużej mierze stracony, nie do odzyskania.

Chyba nie pomylę się, stwierdzając, że nie prasa, nie telewizja, ale właśnie Internet jest w tej chwili największą władzą i potęgą. Od zawsze przecież mówi się, że „telewizja kłamie”, a prasa to sam Photoshop, czemu więc Internet miałby być inny? Fakt, Internet jest tworzony nie tylko przez korporacje i agencje reklamowe, ale także przez pojedynczych ludzi, przez jednostki nieraz cenne, nieraz plugawe, a naszą decyzją jest, po co w tym Internecie sięgamy i do czego go użyjemy.

Wiesz, Mamuś, nie mogę się tu opędzić przed górnolotnym i pompatycznym może porównaniem, że Internet jest trochę jak dar wolnej woli, którą Bóg dał ludziom. Możemy z nim robić, co chcemy, możliwości nieograniczone, a pokus mnóstwo. Ale to, co zrobisz, wystawi Ci świadectwo jako człowiekowi. Z tą tylko różnicą, że z grzechów jesteśmy jednak (podobno) rozliczani i karani za nie, a w Internecie grzeszyć można bez żadnych konsekwencji. To mnie i smuci, i przeraża, zwłaszcza kiedy widzę, jak „odważni”, a często okrutni i bezwzględni ludzie, gdy przykrywa ich płaszczyk anonimowości. Brzydzę się tym i unikam jak ognia, bo sama jestem słabą jednostką, którą pokusy też nieraz ciągną w złą stronę.

Wybacz mi więc, Mamuś, że znów nie odpisałam Ci na któregoś maila! Daję słowo, że wszystkie czytam, głównie na telefonie, kiedy siedzę w pociągu w drodze do szkoły albo w pracy, w kąciku komputerowym, kiedy mi się przerwa na lunch przeciąga. I czytam, i wzdycham, i czasem nawet chlipnę pod nosem, otrę łzę, bo strasznie mi Ciebie brakuje i oddałabym wiele, aby te cholerne maile zamienić na normalne pogaduchy nad kapuśniakiem. Wiele bym oddała, żeby na ten kapuśniak móc tak zwyczajnie przyjechać tramwajem…

U nas kapustę kiszoną znaleźć ciężko. Zdarza się taka w słoikach, ale to nie to samo, co beczkowa spod Hali Mirowskiej…

Pa…

Jesień

Kochana Moja!

Zaczyna się jesień. Pamiętasz jeszcze nagle zieleń się przebarwia, załamuje, i zaczyna się żółknięcie, czerwienienie, brązowienie liści i traw. Te mdłe kolory oliwkowy, brązowy, szary, beżowy zaczynają ożywać w towarzystwie krwistej purpury i wszystkich odcieni oranżu, cytryny, żółci, do efektu złocistości, do ugru.

Pamiętam taki właśnie październikowy widok gór koło Istebnej, a i na płaskim Mazowszu tak właśnie przebarwiają się parki w miastach i lasy podmiejskie. Pamiętam, jak w Egipcie pewien młody Egipcjanin pokazywał mi swoje zdjęcia z ówczesnej Jugosławii, gdzie był u jakiejś znajomej akurat w czasie takiej barwnej jesieni. Był oczarowany tymi kolorami drzew, opadłymi liśćmi, w których brodzili prawie po kolana, i mówił: „Czy ty kiedykolwiek widziałaś coś równie pięknego?!”. Nie dowierzał, gdy mówiłam, że nasza polska złota jesień stąd właśnie, z tego piękna i kolorów, ma swoją nazwę.

Od zawsze to ukochana pora roku grzybiarzy. Kilka razy byłaś z nami na grzybach, przyznam, że rzadko, ale czy kojarzysz to jeszcze? Wyjazd z miasta tylko po to, żeby zapolować w lesie na koźlarze, maślaki, prawdziwki, opieńki, żeby chodzić po pachnącej, wilgotnej ściółce, wypatrywać grzybnych łebków i ścinać je kozikiem. Ty chodziłaś z tatą, Stasiek ze mną. Najpierw narzekaliście, że ich nigdzie nie ma! A potem nauczyliście się rozróżniać wśród liści ten specyficzny kształt. Szczególnie trudno znaleźć czerwone koźlarze pod brzozami, listki kłamią-mamią.

Wiesz, w naszym pobliskim lesie, malutkim, ale „dobrze wyposażonym”, był w tym roku wysyp! I nagle stanęłam przed problemem embarras de richesse! Po co nam tyle tego?! Nie przejemy tego. Suszyłam ach, ten dziwny zapach suszonych grzybów! Resztę utopiłam w occie. Ciebie nie ma blisko a Ty tak chętnie zjadasz grzybki w occie…

I co jeszcze o jesieni? Vivaldi, Moja Droga, Cztery pory roku Jesień w niebywałym wykonaniu Nigela Kennedy’ego właśnie mi towarzyszy, gdy piszę do Ciebie ten list. Jak on to interpretuje!

Chełmoński na obrazach taki ciepłojesienny i wiejski, zwłaszcza Babie lato. A Jerzy Duda-Gracz też namalował Babie lato, po swojemu (odwołując się wesoło do Chełmońskiego). To taka wielka, leżąca grubaska. Uśmiecham się, patrząc na nią. No i kalosze jesienne obuwie konieczne tu, na wsi, wspaniałe na spacery i prace w ogrodzie. Podobno królowa Elżbieta też na spacery z psami chodzi w kaloszach .

Wiesz, ile jest pracy w ogrodzie? Opatulenie tegorocznych nasadzeń, okrycie wrażliwców, przesadzanie tego, co się nie komponuje, bo to dobra pora na to. No i grabienie liści, prawie syzyfowa praca. Tu najlepiej sprawdzają się wielkie, drewniane grabie. Siwy rozpala ognisko. Nazywamy je Stonehenge, bo otoczone jest wielkimi kamieniami. Oboje to lubimy rozpalamy ognisko i wozimy taczką liście. Początkowo bucha para, biały, słodko-wędzony dym niesie się po łąkach. Raczej niedozwolony, bo wiesz...? Nie wolno właściwie palić ognisk! Choć oczywiście w kominku możesz spalić wszystko, łącznie z oponą. To głupie zarządzenie, chociaż rozumiem intencje żeby nie zaprószyć, nie wypalać łąk, nie zwodzić pszczół, ale ognisko…? Żeby spalić kilka patyków i kupę liści? Kiedyś zawsze na polach palono łęty ziemniaczane po zbiorach, resztki w ogrodach… A teraz nie wolno? Jakaś aberracja. U Was to rozumiem. Znów widzę w wiadomościach, jakie tam w okolicach szaleją pożary, ale u nas mokro, jesiennie. Tak więc może postępujemy źle, jednak jesienią palimy wieczorem te ogniska (dwa, trzy, nie więcej) i… wiem, wiem, tupniesz nogą w dziecięcej złości, pakujemy do popiołu ziemniaki. Teren spory, więc dochodzą akurat na koniec pracy. Wówczas siadamy na ławeczce, grabie leżą obok, wieczór jeszcze ciepławy, mokry, ale nie lodowaty, zresztą przy ogniu świetnie się siedzi. Pojadamy te ziemniaki z grubą, morską solą i popijamy piwem. Mówimy o Was o naszych dzieciach. Jako związek „z odzysku” mamy Was czworo chłopaki Siwego i Wy moje dzieciska. Wspominaliśmy nie dalej jak przedwczoraj przy ogniu takie właśnie grzybobrania, wypady jesienne do lasu, do parku, po skarby. Wycieram chusteczką nos i brudne palce, Siwy też, choć on zawsze mniej się brudzi, i tak tęsknimy za Wami, siedząc przy ognisku. Czujesz klimat?

Wiesz, byłam wczoraj na smętarzu. Podoba mi się to słowo smętarz. Jest lepsze niż cmentarz, prawda? To też jesienny spacer. Jest przed listopadem, więc ludzi tu było więcej niż normalnie, to ta pora polskich świąt zadusznych. Wczoraj było już jesiennie, żółtolistnie, przyjemnie ciepło, tak na lekką kurtkę i bez parasola . Pojechałam przed zmierzchem. Porobiłam porządki, porozmawiałam z rodzicami. Gadałam „do nich” o Tobie, żeś daleko, o Staśku, jaki z niego fajny tatko dla małej Mati, i o tym, jak bardzo kocham ten nasz wielgaśny ogród, las, i że to tata mnie tego nauczył, choć nie był przecież ogrodnikiem. Gdyby mnie ktoś podsłuchał pomyślałby, że jakaś szurnięta, bo mówiłam cichym półgłosem, zapalając znicz. Jak myślisz zwariowałam?

A jak tam, na antypodach, wygląda dialog ze zmarłymi? Jak cmentarze? Wizyty bliskich? Nam pomaga aura na Wszystkich Świętych (mój kolega mówił, że to największe imieniny świata, więc powinno się tęgo popić) i Zaduszki, czyli niegdysiejsze pogańskie Dziady, zazwyczaj zimno, szaro, smutno. Kiedyś towarzyszyły temu rodzinne obiady, teraz chyba nie. Wycinam dynię, wiesz? U nas w Polsce Halloween z dyniami i świeczką oraz przebierańcami jakoś nie może się zaaklimatyzować.

Po powrocie z smętarza zjadłam zimne samosy z obiadu z gorącą herbatą, koreańską, która de facto wygląda jak dżem cytrynowy. Rozgrzewająca, fajna! Siwy był na swoich sportowych zajęciach. Krzepki z niego pan, ćwiczy regularnie, świetny jest! Sama go sobie zazdroszczę!

I wiesz, co jeszcze tak lubię w jesieni? Targ i tę feerię barw i kształtów dojrzałych owoców i warzyw. Teraz jest festiwal papryki, a kończą się gruntowe pomidory. Zrobiłam przecier, to jasne, ale dla kogo? Ty nie wpadniesz znienacka, by wypić duszkiem ów przecier prosto ze słoika… Mati za mała, ale nauczę ją! Obiecuję! Powiem, że ciocia Basia tak robiła i że to dobry zwyczaj wtedy będę znów robić tego przecieru mnóstwo.

Jadacie czasem hinduskie potrawy? Podam Ci przepis na te samosy, pyszne danie i doprawdy mało skomplikowane.

Ściskam Cię jesiennie Mama

Samosy indyjskie pierożki warzywne lub łączone z mięsem. Zostało mi kilka okrawków z indyczyzny usiekałam i na patelnię, na której była już laska cynamonu (do wyjęcia zaraz po podsmażeniu), kumin, curry, kolendra mielona, ciut gałki, usiekana cebula, czosnek, imbir. Po lekkim podsmażeniu i ścięciu białka w mięsie dodaję szpinak (obojętnie jaki) i może być ciecierzyca albo (ja tak robię) posiekane, ugotowane ziemniaki z wczoraj i papryka (też została z wczoraj). To smażę na klarowanym maśle i łyżce oliwy. Sól, pieprz i mała filiżanka piwa, wody, wody z octem jabłkowym.

Potem maszyna do chleba wyrabia mi ciasto inne niż na pierogi tłuściejsze, z małą filiżanką oliwy. Jest cudownie plastyczne.

Trochę lepienia i do piekarnika po posmarowaniu rozkłóconym (co za piękna nazwa!) jajkiem.

Nadzienie może też być stricte wegetariańskie na ciecierzycy, ziemniakach, soczewicy.

Do tego jakieś sosy jogurtowe, winegretowe, jakie tam chcecie.

Mamuś!

Pewnie, że znam samosy! Z fetą i szpinakiem, maczane w jogurcie miętowym, oooooo!!! Mniam! Widzisz, Australia to taka dziwaczna zbieranina kultur, nacji, ras i tradycji, że można tu znaleźć odrobinę wszystkiego i dla każdego jest tu miejsce, dla kulinariów zwłaszcza, bo ci biedni Australijczycy SWOJEJ kuchni to tak za bardzo nie mają… Mamy tu więc całe dzielnice Macedończyków, małą Italię, nieśmiertelne China Town, polski klub, stowarzyszenie chorwackie, mnóstwo knajpek greckich, hiszpańskich, libańskich. „Eklektyzm” to mało powiedziane pamiętam, jak długo stałam z ustami rozdziawionymi jak karp, wpatrując się w drzwi wejściowe pewnego lokalu w Rose Bay, którego szyld głosił: „Japanese Bistro and Tapas”. Trzy słowa, które nigdy w przyrodzie nie występują razem i za diabła nie chciały się dać przeczytać bez zgrzytu! Japanese Bistro co? Jeszcze raz. Japanese…

Ale potem się zastanowiłam bistro to przecież mała restauracyjka serwująca proste, szybkie w przygotowaniu potrawy. Tapas to przekąski, ciepłe czy zimne, jedzone najchętniej rękami zwykle to małe, wygodne porcyjki, niewymagające większego skupienia czy kontemplacji, zamawiane najlepiej w grupie, do przyjacielskiej pogawędki nad talerzem. Japońska kuchnia zaś czy to sushi, czy sashimi, czy miseczka zupy miso idealnie wpisuje się w powyższe założenia. Szybko, łatwo, na dwa gryzy. Gra? Gra! No przecież! Witamy w Australii! Ale do meritum.

Jesień to dla mnie zawsze kasztany. Pamiętasz te u babci, przy parkingu? Dwa wielgaśne drzewiszcza, mocne, niezniszczalne, gęste od zielonych, palczastych liści. Kiedy kwitły, wiadomo było, że matury tuż-tuż. Kiedy obradzały w małe, kolczaste bombki zaczynała się złota jesień. Zawsze po szkole leciałam na podwórko i razem z dzieciakami sąsiadów myszkowaliśmy wokół parkingu, szukając błyszczących, brązowych skarbów. Znalezioną zieloną kulę trzeba było chwytać ostrożnie, bo kłuło, i to mocno! Najlepiej jak miała jeszcze szypułkę i była leciutko knięta takiego kasztana można było bezpiecznie złapać i obrać z łupinek jak pomarańczę, kawałek po kawałku. Taki świeży, młody kasztanek wyłaniający się spod łupiny wyglądał zupełnie jak oko jakiegoś dzikiego zwierza. Kasztanowobrązowy (sic!), błyszczący, jakby wilgotny… Traktowaliśmy je z nabożeństwem. Polowaliśmy na jak największe, na jak najmniejsze, na nietypowe kształty, na łaciate te niedojrzałe, które z czasem brązowiały. Układaliśmy je z powrotem w łupinkach „do snu”, komponowaliśmy z nich mozaiki, nosiliśmy je w plecakach, nie pamiętam już w sumie po co. No i zwierzaki z kasztanów i żołędzi! To była zabawa! Pamiętasz? Babcia wyciągała wtedy z szuflady ukochany Staśkowy szpikulec, ten z rączką okręconą plastrem opatrunkowym, i dużą paczkę zapałek. Dłubaliśmy w tych kasztanach zawzięcie, wierciliśmy dziurki, wciskaliśmy zapałki i robiliśmy konie, byki, jeże, ludziki (tylko siedzące, bo stać nie chciały na dwóch nogach)… Stały potem te dzieła u babci na półce, razem z łódeczkami z kory i figurkami z korzeni, zaczynały wysychać i marszczyć się ze starości, a babcia dyskretnie wyrzucała je do kosza. Mamuś, czemu już nikt się tak nie bawi…

W Australii jest miejsce na wszystko. Ale kasztanów nie ma. Może gdzieś te jadalne, ale nikt nie buszuje w stertach opadłych liści, z wypiekami na twarzy modląc się, żeby tym razem trafić na naprawdę wielki okaz. Dzieci na całym świecie do siebie bardzo podobne i tak jak kiedyś każde szanujące się dziecko dziło zdyszane na podwórko, by stworzyć karabin z patyka, ciasto z piachu i wody, fortecę z kredy na asfalcie czy szałas z krzaka, tak dziś większość z nich pędzi do domu, żeby włączyć konsolę do gier i zbudować fortecę z pikseli. Przecież jak ja tu tym moim małym „kangurom” opowiem o kozie z kasztanów, to się popukają w głowy i pomyślą, że wariatka…

Zawsze lubiłam jesień. Te kolory, o których mówisz, zapach palonych liści, dym nad działkami, wczesny zachód słońca, smak krupniku grzybowego, ostatnie ciepłe promienie słońca prześlizgujące się jak nitki babiego lata przez coraz chłodniejsze powiewy wrześniowego wiatru. Wiesz, wiadomiłam sobie właśnie, że obie babcie zawsze uczyły nas, by nie wyrzucać chleba, nie marnować jedzenia. Obie przestrzegały tej zasady z nabożeństwem i sumiennością. Babcia Jasia zawsze tarła suche pieczywo na tarce, do panierek. Babcia Marynka kroiła stary chleb w kostki i nosiła nad kanałek, żeby dokarmiać głodne kaczki przed odlotem. Ileż to było radości z rzucania tych kosteczek: „O, ta jeszcze nie jadła, tam rzuć!”, „Ale ta kuleje i biedna nie zje! Bliżej jej daj!”. Kaczuchy tłoczyły się u naszych stóp, kłapały dziobami, trzęsły kuprami i wcinały, miło popatrzeć. Tu u nas nie ma tylu kaczek… papugi, takie duże, białe, z żółtym irokezem. Śmieszne strasznie, bo mają platfusa, więc jak chodzą, to im łapki uciekają do środka i bujają się z boku na bok, jak fajtłapy. Przylatują czasem do nas na balkon, kręsię po barierce z lewej na prawą i z prawej na lewą, zerkając bezczelnie do środka. Nie boją się zupełnie, więc można je karmić z ręki. Kroję stary chleb w kostki i podaję tym platfusowatym stopom, a stopy wpychają kawały rodzynkowego chleba do łakomych dziobów. Potrafię pół bochenka tak rozdać i nawet przez chwilę nie nudzi mi się towarzystwo głodnych ptaszorów.

„Zobaczysz, że obsrają nam balkon”, mruczy Duży z kanapy. No to obsrają. Ale chleba przecież nie można wyrzucać.

PS Lubię, jak mi wrzucasz do korespondencji te różne artystyczne wątki. Chciałabym mieć wystarczająco dużo wiedzy i obycia, żeby za Tobą nadążi odesłać Ci coś adekwatnego… Myślę więc gorączkowo, ale najgłośniejsze echo jesieni dudniące w moim mózgu to poniższy wiersz, który onegdaj przyprawiał nas o dziki chichot i nietrzymanie moczu.

Idzie jesień w wielkich butach, worek liści niesie…

Wszystkie dzieci wnerwione, bo się zaczął wrzesień.

I dozorca jest wnerwiony, bo ma więcej śmieci.

O, zwyzywał taraszącą małą grupkę dzieci,

Bo mu rozwaliły liście, co je miał na kupie

I ma teraz wszystko… do pozamiatania.

(Marcin Daniec)

PPS Idę coś ugotować!

KM-EB-5

Hu, hu, ha – zima zła?

Kochana Moja!

Słońce moje kochane! Nie ma Cię w nadmiarze, oj nie ma… To skarga do dwóch słońc – do Ciebie, Moja Kochana, i słońca Słońca – które tu zachodzi jakoś zaraz po piętnastej. Okropność. Dobrze, że nie jestem aż tak uzależniona od długości dnia i nocy jak Twój ojciec i… niektóre rośliny – za nic ich nie wyhoduję na parapecie nie z powodu zimna, ale długości dnia właśnie. Ludzie wrażliwi na długość dnia mają zimowe depresje. Pamiętasz, jak nauczyłam Waszego tatę korzystać czasem z solarium? Mieliśmy to stare, z demobilu, i on bardzo lubił te półgodzinne sesje (lampy już słabe bardzo, ale dawały jasność i lube ciepełko).

Mnie bardziej przeszkadza nieobecność Ciebie, Słonko Ty moje ?, i na to żadnego solarium nie ma…

U Ciebie lato, chodzisz ubrana lekko, w klapeczkach na bose stopy. U nas, jak pamiętasz – ziąb, wszędzie rośnie śnieg, obowiązuje rozsądek, ubieranie się „na cebulkę”. Nie cierpię tego.

Kiedyś znosiłam zimę wspaniale! Jako dziewczę mieszkające w mieście wytropiłam lodowisko w Parku Skaryszewskim i ogromnie mnie zachwyciły moje białe figurówki. Na łyżwach bywałam codziennie. Niestety w Polsce po piętnastej jest ciemno, więc na lodowisku było inaczej niż na obrazach Petera Brueghla. Na naszym świeciły neonowe lampy, wkoło było mnóstwo zasp ze śniegu, a z megafonu leciała skrzecząca muzyka. Może nie Jarema Stępowski, ale Beatlesi, Skaldowie… I wtedy jeszcze nikt nie myślał o ZAiKS-ach. Jeździło się wesoło, zalotnie, czasem bawiliśmy się w berka, nosy się pudrowało, a policzki smarowało fluidem, żeby buzia nie była czerwona jak u Jagny Paczesiówny z Chłopów. Wiesz, że w tajemnicy przed babcią malowałam się, a w zasadzie robiłam tylko podkład tanim fluidem w… windzie? Siódme piętro! Dawałam radę, a jak nie, to jeszcze na parterze w lusterku z Brigitte Bardot (kiedyś na drugiej stronie lusterek były zamieszczane fotki ówczesnych gwiazd kina) domalowywałam się, a wycierałam w drodze powrotnej, też w windzie.

A propos Skaldów, jako pięciolatka odkryłaś w domu płyty winylowe, zdjęłam moją kolekcję z pawlacza i okazało się, że Czerwone Gitary, Skaldowie oraz inne moje muzyczne skarby i Tobie pasują! Wczoraj usłyszałam w radiu ich Hymn kolejarzy wąskotorowych. Wyobrażasz sobie teraz taką piosenkę jako hicik?

Na wsi zima potrafi być gnuśna i paskudna, zwłaszcza gdy śnieg jest brejowaty, mało go, ziąb jest przejmujący, nawet bielizna marznie. A w karmniku u Siwego widzę, jak ptaszyny chuchają w łapki. No dobrze, koloryzuję, ale tak mi ich szkoda – że bez czapeczek i szalików. Dbamy o nie – co tydzień na targu kupujemy dwa kilo słonecznika, zuchelek słoniny. I Ty wiesz? Nie chcą niczego innego, mimo że nie tylko sikorki nas odwiedzają. Po prostu dziobami strącają pszenicę, proso, rzepak! Wybredne!

Od dawna, od kiedy jestem wiejską kobietą, widzę na własne oczy to, co widywałam tylko w atlasie ptaków – trznadle, czyżyki (wspaniałe nazwy dla obcokrajowców), grubodzioby, kopciuszki, rudziki, czasem przylatuje też dzięcioł, który notabene przywłaszczył sobie budkę na drzewie przeznaczoną dla małych ptaszków. Rozdziobał otwór i jest zachwycony!

Zima to również częściej wychodzące w pobliże ludzkich siedzib sarny, łanie, zające i lisy. Czasem je widać z samochodu, gdy jedziemy po większe zakupy. Widujesz tam, u siebie, dzikie zwierzaki? Na wycieczkach? Widziałaś kangura? Kazuara? Wombata? – Wiem, że kochasz tego zwierzaka.

Śmieszy Cię moje nagłe zainteresowanie ptaszkami? Zwierzakami?

Zniosłaś moje fascynacje roślinami, i to zniesiesz! Może się starzeję i dziwaczeję?

Większe zakupy zimą pozwalają na rzadsze wyjazdy z domu. Jak się ma wór mąki (i słoik zakwasu), ziemniaki, cebulę i coś tam w zamrażalniku, a w spiżarni cukier, oliwę i sól – można przeżyć nawet jakieś wichury śnieżne i… lenia. Bywa, że nam się nigdzie nie chce jechać! Chleb się piecze i chałkę, dżemy mam własne, ukręcę jakąś zacierkę albo kapuśniak, bo kapustę też kwasimy sami, i żyjemy! Wiesz, Siwy robi pyszną kapuchę!

Senna albo lodowata zima była natchnieniem muzyków, malarzy – słyszę to u Vivaldiego w Czterech porach roku. Teraz słucham – gdy do Ciebie piszę.

Zima potrafi być też wspaniała – te kolory śniegu inne rano, inne w południe i inne o zachodzie słońca. Zachód – czerwonopłomienny potrafi zapalić śnieg! Była tak piosenka Czerwonych Gitar: Płoną góry, płoną lasy. Pewnie już nie pamiętasz… I lśnić brylantowo potrafi taki zmrożony śnieg, chrzęści pod butami, z ust leci nam para, gdy odśnieżamy, a potem wracamy do domu na gorącą zupę albo, to lubimy ogromnie, grecką musakę. Ja robię z musem ziemniaczanym, a jako że to zapiekanka – musi być gorąca, bo wydawana jest prosto z piekarnika! Popijamy winem z jabłek – zgadłaś, własnej roboty!

No i wiesz, cud, który kochamy oboje – płonący szczapami kominek. I niech sobie wiatr hula, śnieg sypie, tuż koło drzwi wejściowych mamy zrobione dłońmi Siwego regały na podręczne drewno, więc nawet nie musimy do sągu biec.

U Ciebie jak, Moja Kochana, zimą? Ciepło masz w domu? Jak z ogrzewaniem? Podobno tańsze mieszkania w ogóle go nie mają. To jak zimą? Nie zapytałam Cię… Wybacz.