Kobieta metamuzyczna. Rozmowy Artura Cieślara. - Artur Cieślar - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Barbelo Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Kobieta metamuzyczna. Rozmowy Artura Cieślara. ebook

Artur Cieślar

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 257 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobieta metamuzyczna. Rozmowy Artura Cieślara. - Artur Cieślar

"Kobieta metamuzyczna" to wyjątkowy zbiór 12 rozmów z powszechnie znanymi, podziwianymi i lubianymi kobietami polskiej sceny muzycznej. To także podróż przez całe dekady polskiej muzyki.

Tę niezwykłą konstelację tworzą artystki reprezentujące zróżnicowane style muzyczne, głównie wokalistki, ale także muzyczne ekspertki oraz nauczycielki. Rozmówczyniami autora są: Grażyna Auguścik, Ania Dąbrowska, Urszula Dudziak, Katarzyna Groniec, Krystyna Janda, Grażyna Łobaszewska, Katarzyna Nosowska, Sława Przybylska, Jadwiga Rappé, Maria Szabłowska, Magda Umer, Elżbieta Zapendowska.

Kobieta, muzyka i metafizyka – trzy słowa klucze dla tej barwnie skomponowanej mozaiki pełnej osobistych zwierzeń, wspomnień z dzieciństwa, subtelnych prób opisania istoty muzycznej wrażliwości, tego co porusza najdelikatniejsze ze strun kobiecej psychiki.

Artur Cieślar wybrał do tych rozmów kobiety nietuzinkowe, które swym życiem świadczą o odważnych wyborach, o konsekwencji w spełnianiu własnych marzeń, o wielkiej pasji, jaką jest dla nich niewątpliwie muzyka. Są to spotkania serc – rozmowy o wyraźnej głębi, nieuciekające od spraw ważnych, od pytań ostatecznych takich jak: sens życia, czym jest dla nas śmierć i jak sobie z nią radzimy. To także pytania o największe lęki, ale też i o największe sukcesy – te prywatne i te sceniczne. W tle rozbrzmiewa także pytanie o to, jak żyć mądrze, pięknie, jak rozniecać wewnętrzny rezerwuar sił oraz inspiracji, jak tworzyć dobre życie pomimo świadomości nieuchronnego przemijania.

"Kobieta metamuzyczna" to 12 wyjątkowych spotkań z kobietami, które dzielą się z Czytelnikiem swymi tajemnicami, najgłębszymi przemyśleniami, osiągnięciami, receptami na udane, pogodne życie. Co je łączy poza muzyką? Być może to, że są to niewątpliwie kobiety spełnione, pełne pasji, twórcze i otwarte na metafizykę. Z całą pewnością książka ta posłuży wielu kobietom jako żywa inspiracja do poszukiwania własnych twórczych dróg.

Opinie o ebooku Kobieta metamuzyczna. Rozmowy Artura Cieślara. - Artur Cieślar

Fragment ebooka Kobieta metamuzyczna. Rozmowy Artura Cieślara. - Artur Cieślar

KOBIETA
METAMUZYCZNA

ROZMOWY
ARTURA CIEŚLARA

GRAŻYNA AUGUŚCIK

ANIA DĄBROWSKA

URSZULA DUDZIAK

KATARZYNA GRONIEC

KRYSTYNA JANDA

GRAŻYNA ŁOBASZEWSKA

KATARZYNA NOSOWSKA

SŁAWA PRZYBYLSKA

JADWIGA RAPPÉ

MARIA SZABŁOWSKA

MAGDA UMER

ELŻBIETA ZAPENDOWSKA

WYDAWNICTWO BARBELO

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Na chwilę w szpilkach
wtedy inaczej
wygląda świat

Artur Cieślar

DLACZEGO
KOBIETA METAMUZYCZNA?

WSTĘP

Kiedy miałem pięć lat, babcia Józefa zabrała mnie po raz pierwszy do siebie, do Brzeska Okocim. W jej mieszkaniu stał piękny, stary fortepian. Na mój przyjazd kupiła mnóstwo zabawek, ale dla mnie najważniejsze były białe i czarne klawisze. Do dziś pamiętam niezwykłą przyjemność, kiedy spod palców wydobywały się dźwięki chaotyczne, koślawe, ale moje. Babcia szybko podeszła i zagrała Wlazł kotek. Byłem bardzo przejęty. Widząc moje zaciekawienie muzyką, babcia nauczyła mnie czytania nut dosłownie w jedno popołudnie. Jako polonistka uświadomiła mi, że dźwiękom można przypisać nie tylko pozycje na pięciolinii, lecz także litery. To bardzo do mnie przemawiało, bo już je wtedy znałem.

Z kolei babcia Janina, pochodząca ze wschodniej Polski, uczyła mnie kolęd. Śpiewała także piosenki, które znała od Ukrainek i Rosjanek, pracujących z nią w niemieckich obozach pracy podczas II Wojny Światowej. Dla mnie brzmiały one egzotycznie i tajemniczo.

Muzyka ma specjalne miejsce w moim sercu. Fascynują mnie muzycy. Dlatego postanowiłem porozmawiać z kobietami związanymi zarówno z tworzeniem, jak i z wykonywaniem muzyki. Całkowicie intuicyjnie wybrałem te panie, które jak przeczuwałem żyją ciekawie i realizują się w swojej profesji. Nie zawiodłem się.

ˇ

Niektórzy pytają mnie, dlaczego ciągle piszę o kobietach? Otóż nadal uważam się za feministę. Dzisiaj może bardziej umiarkowanego. Podróżując po świecie, odwiedzając zwłaszcza kraje Bliskiego i Dalekiego Wschodu, staję się coraz bardziej wyczulony na kwestię praw kobiet, ich pozycję we współczesnym świecie. Uważam, że dzielenie ludzi, segregowanie ich i ocenianie ze względu na płeć, jest haniebne.

Wydaje się, że kobiety mają z natury lepszy kontakt z rzeczywistością. Niosą w sobie prawdę o kondycji człowieka i o jego przynależności do świata natury. Można to postrzegać jako uwarunkowanie biologiczne, ale też jako afirmację rytmu przyrody. Poprzez bliski kontakt z własnym organizmem, współgranie z księżycem, powtarzają cykl, który od zarania dziejów pozwala istnieć naszemu gatunkowi.

Dzisiejszy świat ulega zarazem zagęszczeniu, jak i kurczeniu w wielu obszarach, także w tym, co dotyczy roli płci, a nawet jej tożsamości. Kobiety, działając na różnych polach aktywności, ujawniają wiele męskich cech. Stając się dominujące, psychicznie upodabniają się do mężczyzn. Tak jakby w odgrywaniu męskiej siły i w autorytaryzmie upatrywały jedyną szansę dla siebie. Może nawet pokusę wyrównania albo rewanżu? Zaś niektórzy mężczyźni, nie nadążając za dynamiką współczesnego świata, tracą oddech i pewność siebie. Nie osadzeni we własnej męskiej energii, nabierają z czasem cech kobiecych, stając się wycofani, bierni, psychicznie nadwrażliwi czy wręcz histeryczni, jednocześnie wyrzucając siebie poza margines kobiecej akceptacji. Takie „przebiegunowanie” świata może przybierać czasami wręcz karykaturalne rysy.

Choć na poziomie ostatecznym oba aspekty męski i żeński, wraz z całym orszakiem przypisywanych im cech, w nas na równi obecne i intuicyjnie poszukują harmonii, o tyle na co dzień, gdy do życia wkracza chaos i tracimy kontakt ze sobą, te dwie siły ścierają się w nas, dochodząc do głosu w różnych proporcjach i z różnym natężeniem. Właśnie wtedy pojawia się konflikt, który uniemożliwia obu płciom stronom porozumiewanie się, a nawet wzajemny rozwój.

W rozmowach, które przeprowadziłem z tymi niezwykłymi kobietami, można zauważyć, jak rozgrywają się w nich te energie, jak wyrażają one swoją kobiecość, nie tracąc przy tym na możliwości kreowania własnego życia, tworzenia, realizowania własnych pasji.

Dlaczego bohaterkę mojej książki nazwałem metamuzyczną? O ile metafizyczna znaczy uduchowiona, o tyle wyjaśnienie terminu, który ukułem na potrzeby rozmów z kobietami żyjącymi w świecie muzyki i realizującymi się poprzez muzykę, nie jest już tak jednoznaczne. Metamuzyczna czyli ta, która przekracza ramy muzyki. Podąża za nią, uprawia ją, śpiewa, muzykuje, opisuje ją, analizuje, dostrzega dźwięk i jego moc, ale jednak rzadko przedkłada muzykę nad samo życie jego smak, niepowtarzalność, wyjątkowość. Tak to rozumiem.

W rozmowach pytałem o różne „smaki życia”, o to, co może nam posłużyć jako inspiracja, czy wręcz odpowiedź na ważne pytania. To była dla mnie wielka radość, móc spotkać się i rozmawiać o rzeczach ważnych z kobietami, które wcześniej znałem jedynie z płyt, z radia i koncertów. Chciałem je poznać, zbliżyć się do ich świata, i tak też się stało. Z niektórymi z nich zaprzyjaźniłem się, co traktuję jako przywilej i zobowiązanie.

ˇ

Muzyka to wibracja, serie dźwięków, akordów, rytmów, barw i współbrzmień, które w nas coś wywołują, które nami powodują. Często kiedy piszę, słucham muzyki. Wtedy staje się ona tłem, ale też wręcz inspiracją. Myślę, że pewne zdania, słowa, nigdy nie zaistniałyby w mojej głowie, gdyby nie muzyka…

Z Grażyną Auguścik, Anią Dąbrowską, Urszulą Dudziak, Katarzyną Groniec, Krystyną Jandą, Grażyną Łobaszewską, Katarzyną Nosowską, Sławą Przybylską, Jadwigą Rappé, Marią Szabłowską, Elżbietą Zapendowską i Magdą Umer rozmawiałem przede wszystkim o tym, jak kształtowała się w nich pasja i potrzeba uprawiania muzyki. Dlaczego to właśnie muzyką wypełniają swe życie? Rozmawialiśmy o tym, co jest przypisane naszej ludzkiej kondycji. Skąd pochodzi cierpienie? Gdzie w tym wszystkim, co nas otacza, ale i w tym, co dzieje się w nas samych, jest miejsce na duchowość? I jakie drogi do niej prowadzą, jeśli w ogóle takowe istnieją? Jakie prawdy wciąż nam nieznane, a jakie już obłaskawione? Bohaterki mojej książki przywołują to co ciemne i to co jasne, swe noce i swoje jaśniejsze momenty i nic tu nie jest fikcją.

Wracam po wielokroć do płyt i do słów napisanych przez „moje” kobiety metamuzyczne. W wielu tekstach piosenek dostrzegam lęk przed światem, przemijaniem, ale i przed człowiekiem, który drugiemu jest w stanie zadać całkiem bezinteresownie zło. Widzę też poszukiwanie rozwiązań, próby zrozumienia życia, przenikania jego tajemnic i istoty jego procesu. Widzę też jak ich wiek, dzięki zgromadzonym doświadczeniom, czyni je dojrzalszymi. Nie starzejemy się przecież, ale dojrzewamy, a tylko ludzie dokoła stają się dziwnie coraz młodsi!

Te rozmowy niejako kontynuacją mojej pierwszej książki, Kobieta metafizyczna.

ˆ ˆ ˆ ˆ ˆ

ˆ ˆ ˆ

ˆ

Przemijanie to ciągła świadomość,
że nic nie jest stałe, nic nie jest na własność,
nic co się wydarzyło, już się nie powtórzy.
Lękam się o to, czy spełniam się jako człowiek.
Kiedy śpiewam, jestem najprawdziwszą sobą.
Chciałabym zajrzeć do każdego zakątka siebie.

Rozmowa z Grażyną Auguścik

CISZA
I PEWNOŚĆ

I

Grażynę Auguścik na żywo usłyszałem po raz pierwszy podczas jej koncertu w warszawskim Tygmoncie. Popijała niegazowaną wodę, sprawiała wrażenie onieśmielonej. Był gęsty tłum. Po każdej burzy oklasków jakiś mężczyzna głośno domagał się swojej ulubionej Samby przed rozstaniem, czym wprawiał w rozbawienie. Grażyna w końcu uległa.

Widziałem z daleka. Ledwo udało mi się zrobić kilka zdjęć. Dopiero w domu obejrzałem powiększenia na ekranie monitora i zobaczyłem jej błękitno-zielone oczy.

Na rozmowę umówiliśmy się w Jazz Cafe w Łomiankach, gdzie Grażyna lubi występować. Siedziałem przy stoliku w głębi sali i obserwowałem próbę. Muzycy stroili instrumenty, regulowali sprzęt. Nagle weszła, zatrzymała się i spojrzała mi prosto w oczy. Zanim usiedliśmy do rozmowy, koniecznie chciała pochwalić się swoim muzykom nową kreacją, którą właśnie kupiła. Wszyscy pokiwaliśmy głową z aprobatą. Obserwując ją, pomyślałem, że to niesamowite, że ta naturalna, skromna kobieta jest liczącą się postacią na arenie światowego jazzu. Po studiach w Polsce i nagraniu pierwszej płyty Sunrise Sunset w 1988 roku wyjechała do USA. Po kilku latach spędzonych na słynnej uczelni Berklee College of Music w Bostonie odebrała z rąk Phila Collinsa i Ala Jarreau dyplom ukończenia szkoły z wyróżnieniem. Od 2002 roku, przez pięć kolejnych lat, była uznawana przez prestiżowy europejski „Jazz Forum Magazine” za najlepszą wokalistkę jazzową.

Całkiem niedawno w tragicznych okolicznościach odszedł jej mąż, Marek Bajson. Mam świadomość, że nasza rozmowa po tym wydarzeniu wyglądałaby inaczej.

ˇ ˇ ˇ ˇ ˇ

» Kiedy się rodzimy, towarzyszy nam dźwięk. Wyłaniając się z ciszy ciała matki, wydajemy z siebie krzyk, odtąd wkraczamy w świat dźwięku. Czym jest dla Ciebie dźwięk?

Dźwięk jest dla mnie punktem wyjścia, bazą. Rzeczywiście kiedy się rodzimy, wydajemy dźwięk. To jest coś bardzo organicznego, coś co związane jest z naturą, co przypomina, że stanowimy jej część. Na co dzień otaczają nas przeróżne dźwięki harmonijne, ciepłe, z którymi współgramy, i te, które nas irytują. dźwięki, które działają w naszych głowach destrukcyjnie. Te harmonijne mnie koją, te drugie drażnią. Poza tym każdy z nas ma swoje dźwięki w sercu, w wyobraźni. Dźwięki z wyobraźni materializują się. To jest mój zawód. (UŚMIECHA SIĘ)

Jednak generalnie lubię ciszę. Bo cisza dla mnie również jest dźwiękiem. Niektórzy ciszę akceptują, inni się jej obawiają. Przykładem mogą być kluby, puby, gdzie muzyka wydobywająca się z głośników jest o wiele za głośna, nie pozwala na swobodną rozmowę. Wykorzystanie dźwięku w tych sytuacjach prawdopodobnie ma na celu uniemożliwienie prowadzenia rozmowy, pozwala samotnie siedzącym przy barze zabić swoją samotność, zagłuszyć natrętne myśli. Człowiek przychodzący do takiego miejsca nie musi mówić, myśleć, bo dźwięki to uniemożliwiają, jakby wyręczają go.

» Jakie dźwięki Cię koją, wyciszają, sprowadzają do tego stanu, w którym wchodzimy w kontakt z samym sobą?

Te, które najbliższe naturze. One też mają swój kolor. Dźwięki kojarzą mi się z kolorami, różnobarwne. Wraz z odcieniami stanowi to ogromne bogactwo barw. Dźwięk to również emocje. Miłość, radość, strach, lęk, groza itd.

» Ponoć każdy z dźwięków ma przypisany sobie kolor. Widzisz to raczej jako promieniujące czakramy czy plamy na płótnie malarskim?

Wolę porównanie malarskie. Dla mnie praca z dźwiękiem jest jak prowadzenie pędzla. Dźwiękiem maluję obrazy z mojej wyobraźni. Codziennie budzimy się w innym nastroju i zgodnie z nim na przykład decydujemy się na taki a nie inny ubiór. Dzisiaj miałam ochotę ubrać się na czarno, a jeszcze wczoraj nie mogłam znieść tego koloru. Kolor jest energią. Dźwięk także. Dźwięki, które tworzę, odpowiednikiem mojego nastroju. Kiedy bywam smutna czy melancholijna, lubię dźwięki o określonym brzmieniu, wysokości, a kiedy jestem szczęśliwa i radosna, potrzebuję innych. Pewne przeżycia wymagają określonych dźwięków, które je potęgują i wyzwalają.

» Muzyka traktowana jako energia, która wyzwala naszą duszę?

Absolutnie. Muzyka wyzwala w nas pragnienia, nastroje, marzenia. Myślę, że muzyka, dźwięk, to podstawowy element naszego życia. Towarzyszy nam od pierwszych chwil po urodzeniu i dzięki nim poznajemy świat. Najpierw ten dziecięcy, później dorosły, i tak do końca życia. Muzyka leczy duszę, serce, umysł, uspokaja ciało.

» Często nie zwracamy uwagi na to, co wpuszczamy do ucha, nie dbamy o to.

Dokładnie tak. Chcemy zabić w sobie prawdziwe dźwięki, które w nas obecne, zamiast je rozwinąć, usłyszeć, bo wydaje nam się, że nie pasują do sytuacji, do świata, w którym żyjemy, do ludzi, którymi jesteśmy otoczeni. Często dzieje się tak, że na siłę próbujemy zaakceptować w naszym wnętrzu te dźwięki, które pozostają z nim w sprzeczności. To rodzi dysonans, wpływa ujemnie na nasze samopoczucie.

» Moim pierwszym doświadczeniem muzycznym były pieśni śpiewane w kościele przez nobliwe soprany. Kiedy babcia do nich dołączała, miałem świadomość, że to jest coś, co mnie porusza, odmienia.

Jakie było Twoje pierwsze doświadczenie z muzyką?

Podobno mama, babcia śpiewały mi, kiedy byłam dziecięciem. Kołysanki, piosenki ludowe z pięknymi melodiami, być może również pieśni kościelne. Oboje rodzice byli muzykalni, mieli piękne głosy, śpiewali w domu przy wielu okazjach. Dziadkowie, których nie znałam, byli muzykami. W moim domu od pokoleń, naturalnie, niewymuszenie muzyka była zawsze obecna. Dzisiaj rzadko w domach śpiewa się bez powodu. Domy zamilkły, centrum uwagi przyciąga telewizor, często dający wrażenie, że ktoś jest w domu obok nas. Jestem wolna od tego złudzenia. Nie posiadam telewizora.

Sama muzyka też się zmieniła, a i wrażliwość na nią również. Może dzisiaj nie mamy takich melodii jak kiedyś, łatwych do zapamiętania i powtórzenia, może wolimy mechaniczny odtwarzacz od śpiewania na żywo?

» Grażynka zaczęła śpiewać, bo śpiewało się w domu?

Na pewno śpiewem zaraziłam się od rodziny. Ale też miałam zawsze w sobie „swój” dźwięk. Z dzieciństwa pamiętam, że najlepiej czułam się z samą sobą i naturą. Do dziś od czasu do czasu potrzebuję przestrzeni i spokoju. Wychowałam się na wsi, więc miałam zapewnioną możliwość obcowania z naturą. Mama opowiadała mi, że kiedy byłam dziewczynką umiejącą już dobrze chodzić i mówić, siadałam w miejscu, z którego mogłam obserwować otoczenie, i układałam piosenki o tym, co działo się dookoła. Czasami wiatr niósł moje improwizacje po okolicy, które, jak się okazywało, docierały do uszu innych ludzi. Przyłapana podczas moich sekretnych improwizacji pytaniem: „O czym dziś śpiewałaś?”, byłam zawstydzona. Nie miałam potrzeby popisywania się przed rodziną, znajomymi, ale lubiłam śpiewać, przy każdej okazji, kiedy wydawało mi się, że nikt mnie nie słyszy. Były to sekrety mojej wyobraźni, serca, duszy.

Kiedy wracałam ze szkoły, zawsze coś sobie nuciłam, a babcia powtarzała mi, że dobrzy ludzie śpiewają przy każdej okazji, dla przyjemności. I jako dziecko pomyślałam sobie: „Czyżbym należała do nich?”.

» Kiedy pojawiła się potrzeba odbiorcy? Kiedy pojawiła się myśl, że ktoś powinien to usłyszeć?

Swoje publiczne śpiewanie zaczęłam od zespołów szkolnych, później zaczęły się występy solowe, uczestnictwo w konkursach piosenki. Zawsze miałam tremę i nigdy się jej nie wyzbyłam. Do dziś, gdy staję na scenie, staram się opanować w miarę szybko i skoncentrować wyłącznie na muzyce.

» Nie jest tak, że artysta żywi się energią płynącą od publiczności?

Bardzo chciałabym być zwierzęciem estradowym, ale chyba jestem jego przeciwieństwem. Muzyka wyzwala, ale nie do końca czuję się komfortowo, stając przed publicznością. Nadal odczuwam wielką tremę. Z drugiej strony pragnę dzielić się swoją muzyką. Największy problem sprawiają mi zapowiedzi. Zazwyczaj sobie radzę, ale w dużej mierze zależy to od publiczności. Czasami trudno do niej dotrzeć. Chęć dzielenia się muzyką sprawiła, że śpiewanie stało się moim zawodem, poza tym, że zawsze było terapią i pozwalało realizować najskrytsze marzenia. Ten dyskomfort przed publicznością bierze się pewnie stąd, że wymagam od siebie więcej, niż w danej chwili jestem w stanie dać. Poza tym dochodzi wrodzona uczciwość wobec tego, co robię, co mówię, ciągłe zmaganie się z kłamstwem, które niestety jest częścią show-biznesu. Kreowanie nieprawdziwych wizerunków gwiazd, wmawianie ludziom, że oto narodziła się kolejna sława, której sukces obliczono na sezon czy dwa. Mimo wielu wątpliwości, konfrontacja z publicznością jest niezbędna w mojej pracy, chociażby dla upewnienia się, ile jeszcze mam do zrobienia.

» Zawsze myślałem, że dla artysty obcowanie z publicznością to przyjemność, swoista wymiana.

Scena rządzi się swoimi prawami, jest dla mnie miejscem spotkań z publicznością, która przychodząc na mój koncert, czegoś oczekuje, czeka na coś specjalnego, płaci przecież za bilety. Chciałabym zatem powiedzieć im coś niezwykłego o sobie, o tym co się dziś zdarzyło, podzielić się swoimi przemyśleniami, uniknąć banału, rutyny. A przecież moją siłą jest to, że opowiadam rzeczy w prosty sposób. Niczego nie wymyślam na siłę. Nie lubię też powtarzać tych samych historii, nie mam przygotowanej „gadki”. Mogę przekazywać to samo, ale za każdym razem staram się to opowiadać inaczej.

» Dużo koncertujesz. Jak odpoczywasz i relaksujesz się?

Nie wiem, czy w ogóle umiem odpoczywać. Jestem w ciągłym ruchu. Muzyka mnie inspiruje, napędza do działania, wymyślania nowych projektów. Pracuję i żyję na dwóch kontynentach w Ameryce i w Europie. Może odpoczywam trochę u mamy, w rodzinnym domu. Wtedy żyję ich życiem, ich problemami. Mam oczywiście swoją przystań w Ameryce fajny, mały dom nad ogromnym jeziorem, z plażą. Pięknie tam jest. Grzebię latem w ogródku, rozmawiam z kwiatami każdego ranka. Podobno kwiaty lubią, kiedy się do nich mówi.

Przemieszczanie się z kontynentu na kontynent jest z jednej strony fizycznie męczące, z drugiej strony zawsze odświeża umysł, działa inspirująco. Po każdej podróży w jedną czy w drugą stronę jestem dodatkowo zmotywowana, zdeterminowana do pracy, pojawiają się nowe pomysły i wyzwania. W moim domu, nad wielkim jeziorem Michigan, najpiękniejsze zachody słońca, wspaniałe długie plaże. To prawdziwa oaza spokoju.

Natura to potęga, jej głos da się słyszeć wszędzie i zawsze. To moje korzenie, inspiracja, nadzieja, relaks, powietrze wieczna muzyka.

» Czy żyjąc na dwóch kontynentach, ma się niejako dwa życia?

Miejsca, w których mogłabym pozostać na dłużej, budzą szybko moje poczucie winy, że coś umyka, że nie ma mnie gdzieś tam. Uświadamiam sobie, że jeszcze wielu rzeczy w moim życiu nie zrealizowałam, a czasu mam przecież coraz mniej. Muszę się spieszyć, bo i tak tylko część rzeczy przekażę, życie jest krótkie. Poza tym ludzie też w stanie przyjąć tylko określoną część tego, co im chcemy przekazać w danym momencie. Dziś mamy masowe środki przekazu, które bombardują nas dosłownie wszystkim, a każdy ma swój próg, powyżej którego nie jest już w stanie nic więcej przyjąć. Nasza przestrzeń wokół nas zawęża się.

Dzisiaj media mówią nam, jak się ubierać, czego słuchać, sugerują wszystko tak mocno, że po pewnym czasie zniekształcają nasze gusty. Dlatego ważny jest kontakt z naturą, żeby przypomnieć sobie jej brzmienie, jej dźwięk, bo stanowimy jej nieodłączną część.

» Moje ulubione Twoje płyty to River i The Light. Obrazy przemijania i zmagania się z czasem. Doświadczenie przemijania bywa wstępem do spotkania się z duchowością. Jak to jest u Ciebie?

Przemijanie to dla mnie ciągła świadomość, że nic nie jest stałe, nic nie jest na własność, nic, co się już wydarzyło, nie powtórzy się po raz drugi. Przemijanie stanowi nieodłączną część naszego życia. Nic nie stoi w miejscu, jak rzeka. Akceptuję ten stan i idę z prądem, czasem burzliwym, czasem spokojnym, ale zawsze do przodu. Chwile zatrzymania, by pomyśleć o tym, co minęło, trwają krótko, ale również piękne i ważne, w aspekcie szacunku dla przeszłości. To jak fundament nowego domu. Żeby przetrwał, musi być solidny.

» Wyglądasz pięknie, więc póki co to przemijanie nie jest chyba bolesne?

Może to takie geny. Wygląd jest przede wszystkim odzwierciedleniem stanu duszy. Jeśli jesteś w zgodzie ze sobą, znalazłeś w sobie równowagę, to promieniujesz tym na zewnątrz. To jest moja recepta na dobry wygląd i samopoczucie.

Przemijanie ciała stanowi problem wielu ludzi, nie tylko kobiet. Jednak dla mnie przemijanie to przede wszystkim świadomość ilości doświadczeń, które zgromadziliśmy w ofiarowanym nam czasie. Przemijanie przekłada się we mnie na dystans do teraźniejszości i przyszłości oraz spokój. Tak się po prostu dzieje, kiedy stajemy się coraz starsi.

Przemijanie jest nieuchronne, stanowi część naszego życia. Rodzimy się i umieramy. Tak po prostu jest. Nie wiem, jak zdołam się pogodzić ze śmiercią najbliższych. Do tej pory jakoś sobie z tym radziłam. Nie mam już taty. Zmarł po moim wyjeździe do Stanów. Nie byłam na jego pogrzebie. To było dla mnie bardzo bolesne i na długo osadziło się we mnie. Płakałam każdego dnia, przez cały rok. Poddawałam się temu smutkowi, ale w tym nigdy nie było beznadziei ani bezsensu. Pomimo żalu i smutku rozumiałam, że tak musiało być.

» To rzadkie i cenne, kiedy żałoba pozwala nam więcej zobaczyć i zrozumieć, kiedy zbliżamy się do innych, integrujemy się, a nie rozpadamy.

Kiedy tata odszedł, przypominałam sobie wszystkie jego słowa, zwłaszcza te, które były dla mnie ważne. Kiedy miałam piętnaście lat, powiedział mi coś, co zaważyło na moim dalszym życiu. Kończyłam wtedy podstawówkę i szukałam u niego pomocy w wyborze szkoły. A on powiedział: „To twoje życie i ty będziesz zbierać owoce swojej decyzji. Cokolwiek wybierzesz, doświadczysz konsekwencji swojego wyboru”.

Po tych słowach poczułam, że nagle dorośleję. To było najpiękniejsze, co mógł mi powiedzieć w tamtym momencie. Kochałam go i chyba nigdy nie sprawiłam mu żadnej przykrości, poza tymi drobnymi, które wynikają z młodzieńczej buńczuczności.

» Mieć rodziców, których się kocha, kochało. Piękne. Nie wszystkim jest to dane.

Rodzice nauczyli mnie samodzielności. I dali mi pewność, wiarę w siebie, nauczyli samodzielnie podejmować decyzje. Kiedy wyjechałam do Ameryki, nie bałam się, że nie mam pieniędzy na szkołę, że muszę się sama utrzymać, że muszę tam przeżyć. To były czasy, kiedy polskie pensje wynosiły dwadzieścia dolarów, a ja tam, na wstępie musiałam zapłacić czesne około trzech tysięcy. Niewyobrażalne. A jednak przeżyłam. I to mnie wzmocniło. A wszystko to dzięki moim rodzicom, którzy nauczyli mnie, jak szanować ludzi, pracę, samego siebie, dali mi siłę, z której korzystam do dziś.

Kiedyś ktoś mi powiedział: „Pamiętaj, zawsze bądź sobą”. I trzymam się tego. Nie jestem osobą krzykliwą, nie lubię wychodzić przed szereg, co czasami nie do końca jest dla mnie dobre, ale ja się z tym dobrze czuję. Dzięki temu spokojnie śpię, jestem w zgodzie ze swoim sumieniem.

» Jesteś we własnej prawdzie, a to jest sedno sprawy.

Wielu rzeczy nie muszę już udowadniać, bo nie mam takiej potrzeby. Robienie tego, co dla mnie ważne, jest największym szczęściem, jakie mnie w życiu spotkało. Czuję się naprawdę wyróżniona spośród milionów, wprost uprzywilejowana, że mogę robić to, co kocham. Pewnie zawdzięczam to także sobie, swojej konsekwencji, ale i odwadze. Nie chcę iść na skróty, bo nie zawsze to, co kocha tłum, jest najlepsze. Zresztą nie potrzebuję tłumów. Cenię sobie intymne koncerty, spotkania z ludźmi, ich bezpośrednie reakcje, późniejsze rozmowy.

» Twoja twórczość jest bezkompromisowa, nie ulegasz żadnym trendom czy modom.

Nie ma kwestii mody w mojej twórczości. W ogóle tego nie biorę pod uwagę. Czasami tak się składa, że pewne trendy zbiegają się z tym, co robię. Kiedy słucham swoich wydanych wcześniej płyt, jestem dumna z siebie, że odważyłam się zrobić to dużo wcześniej, zanim świat sam się do tego przekonał. Co z tego, że przepadły gdzieś w tłumie, ale ci, którzy na nie trafili, myślę, że mi wdzięczni. Dla tych kilku osób warto było to zrobić. Lubię nowe projekty, ciekawe, ryzykowne rozwiązania muzyczne. Gdyby były poparte odpowiednią promocją, na pewno miałyby szanse dotrzeć do większej ilości odbiorców, ale czy tu chodzi o ilość?

» Dobrze jest jednak sprzedać więcej płyt niż mniej i dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

W moim życiu liczy się jakość. Nie jest dla mnie ważne, kto pierwszy przybiegnie do mety, bo sztuka to nie zawody sportowe, to praca na emocjach, to kontakt duchowy z odbiorcą.

Najbardziej cieszą mnie opinie pojedynczych słuchaczy, którzy dziękują mi za terapię muzyką. Czasem wydaje mi się, że koncert jest nieudany, zadaje sobie wtedy pytanie, po co to robię, a potem przychodzi ktoś i mówi, że dzięki tym chwilom czuje się lepszym człowiekiem. Właśnie dlatego ciągle jestem na scenie, bo dźwięk, muzyka ma moc uzdrawiającą. A mody mijają. Chciałabym, aby moja muzyka miała charakter ponadczasowy.

» Dlatego sięgasz do motywów ludowych?

Towarzyszą mi od dzieciństwa, czyli od zawsze. Wiele lat temu moi koledzy uważali mnie za dziwoląga, kiedy tylko wspominałam o muzyce ludowej. Nie rozumieli, dlaczego tak mi na tym zależy. Przecież najważniejszy był amerykański jazz, który wtedy graliśmy. A muzyka ludowa była i będzie dla mnie ogromną inspiracją. To moje korzenie, pochodzenie, moja tożsamość.

» Czy Grażyna Auguścik kocha siebie? Taką jaka jest?

I tak, i nie. Nie we wszystkich momentach i i nie we wszystkich aspektach życia. Mam żywą naturę, skłonną do zmian i ulegania nastrojom. Jako kobiecie nie zawsze wypada mi mówić, co myślę. Nie zawsze potrafię być dyplomatką, nie zawsze też szybko i błyskotliwie reaguję. Nie zawsze mam odwagę, by zawalczyć o siebie. Zdecydowanie łatwiej mi przychodzi walka o innych. Czasami nie doceniam tego, co robią dla mnie najbliżsi. Jestem często zbyt wymagająca dla siebie i innych, za dużo mówię, za wolno myślę.

Lubię siebie za konsekwencję w działaniu, dotrzymywanie słowa, dobre serce, dzielenie się doświadczeniem z innymi. Lubię siebie za prawdę, która pozwala mi spać spokojnie.

Jestem melancholijna i sentymentalna, co dla jednych może być wadą, a dla innych zaletą. Nie jestem konfliktowa, ale bywa, że powiem komuś coś nie tak i potem muszę to rozsupływać. A przyczyną tego jest często moja nadgorliwość i niecierpliwość. To bynajmniej nie dobre cechy charakteru. Czasem, zamiast od razu reagować, lepiej zaczekać do jutra, ochłonąć, wziąć głęboki oddech.

» Jakie cierpienie dotknęło Cię najbardziej?

Miłość. Zawsze miłość. Przyprawia o najpiękniejszą, największą i najbardziej brutalną dawkę adrenaliny. Kiedy się kocha, sen nie przychodzi, bo nie ma nań czasu ani ochoty. Każdy dzwonek telefonu, dzwonek do drzwi, to przyspieszone bicie serca. Każda piosenka o miłości jest jedyna i najważniejsza, słuchana z wielką uwagą, każde jej słowo ma znaczenie. Chcesz, żeby ta chwila trwała wiecznie, chociaż żyjesz jak w letargu. Masz świadomość, że to minie, ale oszukujesz się, że ciebie to nie dotyczy, że ty jedyny będziesz tym szczęśliwcem, który ocali emocje i będzie ciągle żyć w uniesieniu. Mija oczywiście, a boli, kiedy pozostaje niespełniona. Nie wierzysz, że czas, jedyny lekarz, leczy. I karty, i wróżby nie pomagają. Później przychodzi następny etap, ten łagodniejszy, kiedy dominuje szacunek, tolerancja. Miłość moim zdaniem jest egoistyczna, ale życie z drugą osobą może być piękne i inspirujące. Najważniejsze to zostawić sobie wzajemną przestrzeń. Poza wszystkim życie w związku to ciężka praca. Nie ma tu miejsca na iluzje zaczerpnięte z filmów i książek.

» To prawda, że najczęściej żyjemy w ułudzie. Czy muzyka jest w stanie wyzwolić nas z tej ułudy? W jaki sposób muzyka w ogóle może być lekiem, terapią?

Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że muzyka daje siłę i nadzieję, zwłaszcza wtedy gdy ludzie zawodzą. Nie przesadzę, jeśli powiem, że dzięki niej żyję spokojniej. Nie lubię dużo koncertować, z drugiej strony po każdym występie dziękuję Bogu, że jestem, kim jestem i robię to, co robię, bo to dla mnie najlepsza terapia. Wierz mi, nie ma innej, bardziej skutecznej. To praca na emocjach i nic nie jest w stanie tego zastąpić. Kiedy śpiewam, jestem najprawdziwszą sobą i dźwiękiem przekazuję to, co mam do powiedzenia. To moja rozmowa ze światem. Koncerty wyczerpujące, muszę nieustannie kontrolować emocje, muszę je trzymać na wodzy. Pragnę precyzyjnie zajrzeć do każdego zakątka samej siebie.

» I odkrywasz tam również lęki? Czy czasami biorą one górę, kiedy boisz się, że sobie z czymś nie poradzisz?

To oczywiste, jesteśmy żywym materiałem. W naszym codziennym życiu obecne wszystkie emocje: radość, ból, cierpienie, lęk. I te związane z chorobami własnymi i najbliższych. Także żałoba. Nie da się włączyć siebie jak maszynę i bezproblemowo realizować kolejne założenia.

» Chodzisz do terapeuty, kiedy trudne emocje Cię przerastają?

Nie korzystam z usług terapeutów, radzę sobie sama ze stanami depresyjnymi, jeśli takie przychodzą, ale długi czas trwania w takim stanie osłabia mnie i powoduje poważne stany lękowe. Wtedy boję się niemal wszystkiego. Tego, co nowe, jak i tego, co minęło. Boję się ludzi, słabnę psychicznie i fizycznie. Wiem, że muszę się ratować. Na szczęście mam muzykę, ona jest moją pasją. W miarę szybko znajduję równowagę, kiedy pracuję i jestem w dobrej formie fizycznej. Człowiek to skomplikowana maszyna, naczynia połączone fizyczne i psychiczne. Trzeba dbać o równowagę, wciąż pamiętając, że jest się częścią natury.

» No tak, ale Ty jesteś artystką, tworzysz kulturę, a równocześnie, odsłaniając siebie, stajesz się bardziej podatna na zranienia.

Myślę, że lękamy się o to, czy spełniamy się jako człowiek, czy jesteśmy dobrym człowiekiem, czy nie ranimy kogoś, czy wystarczająco dużo pomagamy innym. A pomaganie to wielka przyjemność. Pomaganie jest dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Moje pokolenie tak było wychowane. Wszyscy sobie pomagaliśmy. Takie były czasy. Więc pomagam na tyle, na ile potrafię.

Zdarza się, że otrzymuję listy od młodych ludzi, którzy czegoś ode mnie oczekują. Odpisuję i jedyne, co mogę im zaoferować, to wiara w przekonanie, że konsekwencja i praca, zgodnie z własną intuicją uczyni z nich ludzi szczęśliwych, silnych i niezależnych. Sama niewiele mam. Nie zarabiam wielkich pieniędzy, bo robię swoją muzykę, gram w miejscach, które sama wybieram, z muzykami, którzy nadają na podobnych falach, sama też nagrywam płyty. Czuję się spełniona i szczęśliwa. Zawsze mam wybór zrobić coś lub nie. To, co zrobię, będzie jedyną rzeczą, jaka po mnie zostanie.

» Na zawsze pozostanie brzmienie Twojego głosu. Jaki masz do niego stosunek?

Traktuję go jak pozostałe części ciała, jak nogę, czy rękę. Mam to szczęście, że nie przeziębiam często gardła i nie dbam o nie histerycznie. Głos utrzymuję w formie dzięki codziennemu godzinnemu treningowi. To taka moja profilaktyka. Podczas tras koncertowych staram się wysypiać po koncercie i nie piję mocnych alkoholi. Sen to najlepsze lekarstwo na stres i najlepszy kosmetyk, podstawa dobrej formy.

Moje muzykowanie sprawia mi wiele radości, odkrywam nowe brzmienia, poznaję nowych muzyków, różne osobowości. Lubię to nasze granie, wspólne obiady, rozmowy, słuchanie muzyki. Poza wszystkim trzeba mieć obok siebie bliskich ludzi, przyjaciół, spotykać się z nimi, rozmawiać, cieszyć się z sukcesów innych i nigdy nie przestawać marzyć. Bo marzenia naprawdę się spełniają!

» Dziękuję i życzę wszystkim, żeby tak jak Ty mieli takie poczucie, co jest w życiu ważne.

ˆ ˆ ˆ ˆ ˆ

ˆ ˆ ˆ

ˆ

Section0003

Najważniejszym motorem, inspiracją do działania jest smutek. Najbardziej przerażałaby mnie nuda. Z powodu nudy i braku celu umarłabym. Miewam sny o bezsilności wobec cierpienia. Chciałabym umieć pomagać.

Rozmowa z Anią Dąbrowską

STOJĘ JAKBY ZA SZYBĄ

II

Z Anią Dąbrowską spotkaliśmy się w mojej ulubionej knajpce na Saskiej Kępie, do której i Ania często zagląda. Była zima. Ania w ciepłej kurtce, wełnianej czapce, bez makijażu wyglądała niezwykle dziewczęco. I zarazem tak zwyczajnie, że nikt by jej nie rozpoznał. Oczywiście zdradził ją głos. Charakterystyczny tembr. Zjedliśmy pyszną zupę krem. Powiedziałem jej, że jest młoda, że nie powie mi przecież niczego o swoim życiowym doświadczeniu, bo wszystko jeszcze przed nią. Uśmiechnęła się. Wielu powtarza, że Ania, dyskretna w uprawianiu swojego zawodu, rzadko goszcząca na łamach tabloidów, niesie w sobie jakąś tajemnicę, jest interesująca. Chciałem przyjrzeć się temu, co myśli, co mówi, jak odczuwa samą siebie i świat dokoła. Chciałem jej zadać pytanie, dlaczego obsesyjnie śpiewa o miłości niespełnionej.

I jaką dziewczyną była, zanim stała się rozpoznawalną w Polsce piosenkarką? Z czym się borykała i o czym marzyła?

ˇ ˇ ˇ ˇ ˇ

» Czym jest dla Ciebie muzyka? Co Ci daje? Co się w Tobie zmienia i uruchamia w kontakcie z muzyką?

Muzyka to dla mnie sposób komunikowania się ze światem i z samą sobą. Potrafię się komunikować za pomocą muzyki, bo jakieś przewody w mózgu pozwalają mi na to. Urodziłam się z darem słyszenia dźwięków, odróżniania ich i dlatego to robię. Muzyka, którą wykonuję, sprawia mi ogromną przyjemność od strony emocjonalnej. Śpiewając, a przedtem komponując, mogę wyzwolić moje emocje i zapisać je. Piosenka jest dla mnie utrwalonym obrazem emocji. Mam też dużą potrzebę kreowania czegoś nowego i pewnie gdybym nie śpiewała, realizowałabym się twórczo w inny sposób.

» Jakie emocje wyzwalasz w sobie?

Bardzo różne. Najczęściej są to złe emocje. To one mnie najbardziej poruszają od wewnątrz. One też najbardziej mnie inspirują do pisania muzyki. Najczęściej śpiewam o smutku, jakiejś nieogarnionej nostalgii.

» Smutek jest zły?

Absolutnie nie!

» Mi złe emocje kojarzą się z nienawiścią, zazdrością, gniewem.

Tak, masz rację. Mam na myśli takie potoczne rozumienie smutku, który nie jest odbierany przez większość jako pozytywny, a dla mnie jest inspirujący. Lubię się nim zajmować.

» Smutek, tęsknota bywają twórcze, prawda?

Dokładnie. Ludzie są oczywiście bardzo różni, a ja na pewno należę do tych, którzy mają w sobie sporą dawkę smutku.

» Pociąga Cię bardziej ciemna strona księżyca?

Chyba tak. Ale też toczę walkę ze smutkiem. I jeszcze się nie poddałam. Tak przynajmniej myślę. (ŚMIECH)

» Wszystko ma swoje uwarunkowania. Smutek pewnie też. Oberwałaś w młodości zbyt mocno? Wydarzyło się coś, co odebrało Ci radość?

Wychowałam się na blokowisku, w Chełmie, w niewielkiej miejscowości. Rodzice pracowali, a ja po szkole biegałam po podwórku z kluczem na szyi, który zresztą notorycznie gubiłam. Nie byłam pod kloszem, mogłam robić, co chciałam i sama sprawdzałam, co jest dobre, a co złe. Dorastałam w zwyczajnej polskiej rodzinie. Do pewnego momentu.