Kobieta, której nikt nie znał - Chris Pavone - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 486 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobieta, której nikt nie znał - Chris Pavone

„Często miałem wrażenie, że czytam którąś z pierwszych powieści Kena Folletta, Fredericka Forsytha czy Roberta Ludluma. Elegancki i inteligentny suspens, umiejętnie sfabularyzowany”.

– John Grisham

„Pełna napięcia i doskonale napisana książka z intrygującą, silną protagonistką, której szybko się nie zapomina. Doskonała rzecz!”

– Patricia Cornwell

„Opowieści szpiegowskie muszą zrobić miejsce dla Kate Moore – matki, żony, ekspatriantki i kogoś innego, niż się wydaje. Uwielbiam ją!”

– Rosamund Lupton

W tej książce nikt nie jest tym, za kogo się podaje

Kate Moore nie jest jedynie wzorową panią domu, jak postrzega ją otoczenie. Ma pewną tajemnicę, która determinuje jej życie. Mąż Kate nieustannie pracuje, robiąc coś, czego ona nigdy nie rozumiała dla banku, o którym nie wolno jej nic wiedzieć. Kate czuje się coraz bardziej samotna i znudzona. Gdy zaczyna podejrzewać, że ich nowi znajomi nie są tymi, za których się podają, rozpoczyna własne śledztwo, odsłaniając warstwy otaczającej ją ze wszystkich stron mistyfikacji. Odkrywa fałszywe urzędy, nieistniejące korporacje i ukrytą broń, tajemniczą farmę i numeryczne konto z olbrzymimi kwotami pieniędzy, a wreszcie niewyobrażalne, ciągnące się od dawna oszustwo, które zagraża jej rodzinie, małżeństwo i życiu.

Chris Pavone wychował się na Brooklynie i skończył studia na Uniwersytecie Cornell. Przez blisko dwadzieścia lat pracował jako redaktor i „autor-widmo”. Jest autorem książki The Wine Log. Chris mieszkał z rodziną w Luksemburgu, ale niedawno wrócił do Nowego Jorku. "Kobieta, której nikt nie znał" jest jego pierwszą powieścią.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif";}

Opinie o ebooku Kobieta, której nikt nie znał - Chris Pavone

Fragment ebooka Kobieta, której nikt nie znał - Chris Pavone















CHRIS PAVONE

KOBIETA, KTÓREJ
NIKT NIE ZNAŁ


Tytuł oryginału: The Expats

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Orzeszek-Szmytko

Zdjęcie na okładce

© InnervisionArt/Shutterstock

© 2012 by Chris Pavone. By arrangement with the author.

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Jędrzej Polak

ISBN 978-83-7758-415-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie 1


Dla moich małych ekspatów, Sama i Alexa


Prawda jest piękna, bez wątpienia; podobnie zresztą jak kłamstwa.

Ralph Waldo Emerson

Jedynym urokiem małżeństwa jest to, że czyni życie w kłamstwie absolutnie koniecznym dla obu stron.

Oscar Wilde


Preludium

Dziś, 10:52, Paryż

– Kate?

Kate przypatruje się przez szybę sklepowej witrynie wypełnionej poduchami, obrusami i zasłonami w szarobrązowych, czekoladowych i ciemnozielonych kolorach. Ta paleta zastąpiła zeszłotygodniowe pastele. Zmieniła się pora roku, ot tak.

Odwraca się od okna ku kobiecie stojącej obok niej na wąskim skrawku chodnika rue Jacob. Kim ona jest?

– O mój Boże, Kate! Czy to ty? – Głos brzmi znajomo. Ale głos to za mało.

Zapomniała już, czego bez przekonania wypatrywała w tej witrynie. Jakiegoś materiału. Zasłon do łazienki dla gości? Czegoś frywolnego.

Zapina pasek przeciwdeszczowego prochowca w geście samoobrony. Rano, po drodze do szkoły, padało, mgła unosiła się znad Sekwany, a twarde obcasy skórzanych botków stukały po mokrym bruku. Ciągle chodzi w lekkim trenczu, z kieszeni wystaje złożona „Herald Tribune” z krzyżówkami; głowiła się nad nimi w kawiarni obok szkoły, gdzie jada najczęściej śniadania razem z innymi zagranicznymi mamami.

Ta kobieta nie jest jedną z nich.

Ta kobieta nosi okulary przeciwsłoneczne zakrywające jej połowę czoła, część policzków i całe oczy. Nie ma sposobu, by rozpoznać osobę ukrywającą się za czarnym plastikiem ze złocistym logo. Dosyć krótkie kasztanowe włosy są mocno ściągnięte z tyłu głowy i przewiązane jedwabną apaszką. Wysoka i wysportowana, choć pełna w biodrach, ma ładny biust, jest ponętna. Jej skóra lśni zdrową, prawdopodobnie naturalną opalenizną, jakby spędzała dużo czasu na dworze, grając w tenisa albo uprawiając ogródek. Nie jest ciemnobrązową frytką jak wiele Francuzek, które lubią sztuczną opaleniznę produkowaną przez ultrafioletowe promieniowanie lamp instalowanych w przypominających trumny łożach.

Ubiór tej kobiety – choć jej spodnie nie są w zasadzie bryczesami, a wierzchnie okrycie fraczkiem – przypomina strój jeździecki. Kate rozpoznaje żakiet w kratę, widziała go na wystawie nieprzyzwoicie drogiego butiku nieopodal – całkiem nowego butiku, który pojawił się w miejsce ulubionej miejscowej księgarni, co, jak twierdzili miejscowi, oznacza koniec Faubourg St-Germain, jakie znali i kochali. Ale miłość do książek miała raczej abstrakcyjny wymiar i księgarnia świeciła przeważnie pustkami, natomiast nowy butik był niemal zawsze oblegany, i to nie tylko przez teksańskie żony, japońskich biznesmenów i noworuskich zbirów płacących gotówką w postaci świeżo wypranych, nieskazitelnych zwitków banknotów za sterty koszul, zwoje szali i naręcza torebek, ale także przez zasobnych mieszkańców dzielnicy. Tutaj nie ma biedy.

Ta kobieta? Uśmiecha się. Ma idealnie równe, oślepiająco białe zęby. To znajomy uśmiech, podobnie zresztą jak głos. Ale Kate musi zobaczyć oczy, by potwierdzić swe najgorsze przypuszczenia.

Są na rynku fabrycznie nowe południowokoreańskie auta, które kosztują mniej od tego żakietu w kratę. Kate jest ubrana całkiem nieźle, w niezbyt wyzywającym stylu preferowanym przez kobiety jej pokroju. Ta kobieta stosuje zupełnie inne reguły.

Ta kobieta jest Amerykanką, ale mówi bez wyraźnego regionalnego akcentu. Mogła się urodzić gdziekolwiek. Może być kimkolwiek.

– To ja – mówi, zdejmując okulary. Wreszcie.

Kate instynktownie cofa się o krok, potykając się o pokryty sadzą szary kamień u podstawy kamienicy. Metalowe okucie torebki uderza niepokojąco w sklepową szybę.

Kate bezgłośnie otwiera usta.

Myśli najpierw o dzieciach i natychmiast ogarnia ją całkiem zrozumiały atak paniki. Istota bycia matką: natychmiastowy strach w trosce o dzieci, zawsze. Dexter nigdy poważnie nie wziął pod uwagę tej części planu – dojmującej trwogi, niedającego się opanować przerażenia, kiedy w grę wchodzą dzieci.

Ta kobieta ukrywała twarz za okularami, a jej włosy mają teraz zupełnie inny kolor i są całkiem inaczej obcięte. Skóra jest o odcień ciemniejsza niż kiedyś, przybyło jej jakieś pięć kilogramów. Wygląda inaczej. Mimo to Kate jest zdumiona, że nie poznała jej natychmiast, po pierwszej wypowiedzianej przez nią sylabie. Teraz już wie dlaczego. Nie chciała jej rozpoznać.

– O mój Boże… – wyrywa się jej z gardła.

Biegnie myślami ulicą, skręca za róg, wpada przez ciężką, pomalowaną na czerwono bramę pod zawsze wietrzną wiatę, a stamtąd na okolony kolumnadą dziedziniec i do wyłożonej marmurową posadzką sieni, w górę mosiężną klatką windy do kanarkowego holu z osiemnastowieczną ryciną w złotych ramach.

Ta kobieta rozkłada szeroko ręce. Zaprasza ją do serdecznego amerykańskiego uścisku.

Pędem na drugi koniec korytarza do wyłożonego boazerią biura z widokiem ponad dachami na wieżę Eiffla. Ozdobny mosiężny klucz otwiera dolną szufladę starego biurka.

Dlaczego nie paść jej w ramiona? Są przecież starymi przyjaciółkami. W pewnym sensie. Jeśli ktoś je obserwuje, nieuściskanie przyjaciółki może wydać się podejrzane. A może podejrzany byłby uścisk?

Nie potrzebowała wiele, by dojść do wniosku, że ktoś je obserwuje. Zawsze tak było przez cały czas. Dopiero kilka miesięcy temu Kate nabrała przekonania, że prowadzi normalne, całkowicie wolne od nadzoru życie.

W środku szuflady stalowa kasetka o podwójnych ścianach.

– Co za niespodzianka! – mówi Kate. To prawda, ale i nieprawda.

W środku kasetki cztery paszporty: nowa tożsamość dla całej rodziny. I gruby zwitek gotówki ściągnięty gumową opaską. Euro o dużych nominałach, brytyjskie funty i amerykańskie dolary – nowe nieskazitelne banknoty, jej własna wersja wypranej forsy.

– Jak miło cię widzieć.

I owinięta w irchową ściereczkę beretta 92FS, którą kupiła od tego szkockiego alfonsa w Amsterdamie.


CZĘŚĆ I


1

Dwa lata wcześniej, Waszyngton

– Luksemburg?

– Tak.

– Luksemburg?

– Owszem.

Katherine nie wiedziała, jak na to zareagować. Zdecydowała się więc na oczekiwaną odpowiedź – obronę przez ignorancję.

– Gdzie leży Luksemburg?

Zadając to głupie pytanie, żałowała już sposobu, w jaki postanowiła się bronić.

– W zachodniej Europie.

– Chodziło mi o to, czy leży w Niemczech… – Odwróciła wzrok od Dextera, była zawstydzona pułapką, którą sama na siebie zastawiła. – Czy może w Szwajcarii?

Dexter obrzucił ją beznamiętnym spojrzeniem, starając się – z całej siły – nie powiedzieć czegoś niewybaczalnego.

– To oddzielne państwo – oznajmił. – Wielkie księstwo – dodał bez sensu.

– Wielkie księstwo.

Kiwnął głową.

– Żartujesz, prawda?

– To jedyne wielkie księstwo na świecie.

Nie skomentowała tego.

– Graniczy z Francją, Belgią i Niemcami – ciągnął nieproszony Dexter. – Kraje te otaczają Luksemburg ze wszystkich stron.

– Nie… – Kręciła głową. – Nie ma czegoś takiego. Mówisz o… nie wiem… Alzacji. Albo Lotaryngii. Mówisz o Alzacji-Lotaryngii.

– Alzacja-Lotaryngia jest we Francji. Luksemburg to zupełnie inna… hm… nacja.

– A dlaczego jest wielkim księstwem?

– Bo panuje w nim wielki książę.

Przeniosła wzrok na deskę do krojenia i posiekaną w połowie cebulę, i na blat, który w każdej chwili mógł spaść ze spaczonych szafek, ściągnięty z nich przez jakąś pierwotną siłę – wodę albo grawitację, albo obie naraz – zamieniając tę akceptowalnie zapuszczoną kuchnię w nieakceptowalną ruinę, niehigieniczną i zwyczajnie niebezpieczną, tym samym wymuszając na nich gruntowny remont pomieszczenia. Ten, nawet po odjęciu kosztów niepotrzebnych luksusów schlebiających gustom estetycznym, pochłonąłby jakieś czterdzieści tysięcy dolarów, których nie mieli.

Jako prowizorkę Dexter wykombinował klamry spajające rogi blatu i zapobiegające zsunięciu się laminatu wraz z deską z szafek na podłogę. Wykombinował to przed dwoma miesiącami. Od tamtej pory źle przytwierdzone zaciski sprawiły, że Katherine stłukła kieliszek do wina, a tydzień później miała poważny wypadek: krojąc mango, uderzyła prawą dłonią o klamrę, nóż wysunął się jej z ręki, a ostrze przecięło wnętrze lewej dłoni i z rany wprost na mango i deskę do krojenia popłynęła krew. Stała nad zlewem, przyciskając kuchenną ścierkę do rany, a krew skapywała na rozłażącą się podłogową matę, wsiąkając w bawełniane włókna w taki sam sposób, jak wtedy w Waldorfie, kiedy powinna była odwrócić głowę, lecz tego nie zrobiła.

– A kim jest wielki książę? – Otarła cebulową łzę z oka.

– Gościem, który panuje w wielkim księstwie.

– Wymyślasz to wszystko.

– Nie! – Na twarzy Dextera gościł nikły uśmieszek, jakby rzeczywiście ją nabierał. Ale nie – ten uśmieszek był zbyt nikły jak na nabieranie. Był to uśmieszek Dextera udającego, że ją nabiera, choć w gruncie rzeczy jest śmiertelnie poważny. Był to udawany fałszywy uśmieszek.

– Okay – powiedziała. – Odgryzę się: po co mamy się przeprowadzać do Luksemburga?

– Żeby zarobić mnóstwo pieniędzy i podróżować po Europie przez cały czas. – Teraz na jego twarzy pojawił się uśmiech szeroki i swobodny. – Tak jak zawsze chcieliśmy. – Szczera twarz mężczyzny, który nie ma żadnych tajemnic i nie przyjmuje do wiadomości, że są ludzie mogący je mieć. Właśnie to ceniła w mężu nade wszystko.

– Ty będziesz zarabiał mnóstwo pieniędzy? W Luksemburgu?

– Tak.

– Jak?

– Brakuje im przystojnych facetów. Więc będą mi płacić kupę kasy, żebym był niesamowicie atrakcyjny i oszałamiająco seksowny.

To był ich małżeński żart. Żart, który powtarzali od dekady. Dexter nie był ani szczególnie przystojny, ani specjalnie seksowny. Był klasycznym maniakiem komputerowym, tykowatym i niezdarnym. W gruncie rzeczy nie wyglądał źle, miał gładką buzię, a całość tworzył nierzucający się w oczy amalgamat jasnych włosów, spiczastej brody, wystających policzków i brązowych oczu. Z pomocą fryzjera, wizażysty i prawdopodobnie psychoanalityka mógłby uchodzić za przystojniaka. Emanował jednak otwartością i inteligencją, a nie fizycznością i seksualnością.

I właśnie to od samego początku podobało się Katherine w tym mężczyźnie, zupełnie pozbawionym ironii, przebiegłości i stylu – całkowicie niewystudiowanym. Dexter był prostolinijny, przewidywalny, godny zaufania i miły. Mężczyźni, z którymi pracowała, byli manipulatorami, pyszałkami, łobuzami i egocentrykami. Dexter stał się jej antidotum. Był zrównoważonym, niekrępującym, niezawodnie uczciwym i zwyczajnie wyglądającym mężczyzną.

Już dawno pogodził się ze swoją pospolitą urodą i brakiem stylu. Podkreślał swoją fajtłapowatość w klasyczny sposób: okulary w taniej plastikowej oprawie, niemodne i pozornie niedobrane ciuchy, zmierzwione włosy. I żartował ze swojego wyglądu.

– Będę stał w miejscach publicznych – kontynuował. – A czasem, kiedy się zmęczę, usiądę. I wiesz… będę zwyczajnie przystojny – zachichotał z własnego dowcipu. – Luksemburg jest światową stolicą prywatnej bankowości.

– I…?

– I właśnie otrzymałem propozycję lukratywnego kontraktu od jednego z tych prywatnych banków.

– Jak bardzo lukratywnego?

– Na trzysta tysięcy euro rocznie. Blisko pół miliona dolarów według dzisiejszego kursu. Plus utrzymanie. Plus premie. W sumie jakieś trzy czwarte miliona rocznie.

To z całą pewnością było mnóstwo pieniędzy. Więcej, niż – jak przypuszczała – kiedykolwiek zarobi jej mąż. Bo choć Dexter zajmował się siecią od mniej więcej jej początków, zawsze brakowało mu motywacji i wizji, żeby się wzbogacić. W ogóle się nie starał, podczas gdy jego przyjaciele i koledzy zbierali kapitał, podejmowali ryzyko, bankrutowali albo wchodzili na giełdę, by latać po świecie prywatnymi odrzutowcami. Wszyscy, tylko nie Dexter.

– A teraz to, co najlepsze – mówił dalej – największy plus… – Wyciągnął rękę, by zadać śmiertelny cios. – Wygląda na to, że wcale nie będę musiał za dużo pracować… – Kiedyś oboje byli ambitni. Ale po dziesięciu spędzonych razem latach, w tym pięciu z dziećmi, tylko Dexter zachował resztki ambicji. Żeby pracować coraz mniej.

Tak się jej przynajmniej wydawało. Teraz najwyraźniej chciał być do tego bogaty. W Europie.

– Skąd wiesz?

– Znam zakres przedsięwzięcia, jego złożoność, rodzaj transakcji. Ich wymagania co do bezpieczeństwa nie są tak surowe jak te, z którymi teraz mam do czynienia. Poza tym, to Europejczycy. A wszyscy wiedzą, że Europejczycy się nie przepracowują.

Dexter nigdy nie był bogaty, ale zarabiał przyzwoicie. A Katherine też awansowała powoli w siatce płac. Razem zarobili w zeszłym roku ćwierć miliona dolarów. Ale mając na karku hipotekę i niekończące się remonty małego domku na tak zwanych nowych obrzeżach odmłodzonej podobno dzielnicy Columbia Heights, a do tego prywatną szkołę – posyłanie dzieci do publicznej szkoły w stolicy kraju było ryzykowne – oraz dwa samochody, w zasadzie nie mieli pieniędzy. Mieli za to złote kajdanki. Nie, nawet nie złote, mosiężne w najlepszym wypadku, a nawet aluminiowe. A ich kuchnia zwyczajnie się rozpadała.

– Więc będziemy bogaci – ucieszyła się Katherine – i będziemy mogli wszędzie pojechać, a ty będziesz zawsze ze mną i z chłopcami. Czy raczej nigdy cię nie będzie? Jak teraz…

Przez ostatnie dwa miesiące Dexter nieustannie podróżował. Służbowo. Tracił przez to kontakt z życiem własnej rodziny. Jego podróże służbowe stały się źródłem konfliktów. Właśnie wrócił po kilku dniach spędzonych w Hiszpanii. O tym, że leci do Hiszpanii, dowiedział się w ostatniej chwili, przez co Katherine musiała zrezygnować ze zobowiązań towarzyskich, których miała tak niewiele, że nie należało ich przekładać pod byle pretekstem. Nie prowadziła życia towarzyskiego i miała niewielu przyjaciół, dlatego byli dla niej tak ważni.

Dawniej to jej podróże służbowe stanowiły problem. Ale zaraz po przyjściu na świat Jake’a niemal zupełnie zrezygnowała z wyjazdów i drastycznie ograniczyła liczbę godzin spędzanych w pracy. Mimo to, mimo nowego reżimu, rzadko wracała do domu przed siódmą. Tylko w weekendy mogła poświęcić czas dzieciom, a i tak było go niewiele, jeśli wziąć pod uwagę zakupy, sprzątanie czy aerobik.

– Nie będzie dużo wyjazdów – odrzekł wymijająco, niezobowiązująco. Ten unik nie umknął jej uwagi.

– A te, które będą, to dokąd?

– Do Londynu, Zurychu, może na Bałkany. Nie częściej niż raz w miesiącu, góra dwa.

– Na Bałkany?

– Pewnie do Sarajewa. I Belgradu.

Katherine wiedziała doskonale, że Serbia była ostatnim miejscem na ziemi, jakie Dexter chciałby odwiedzić.

– Bank prowadzi tam interesy. – Wzruszył lekko ramionami. – Tak czy inaczej, podróże służbowe nie są decydującym elementem mojego zatrudnienia. Jest nim natomiast pobyt w Europie.

– Podobało ci się w Luksemburgu? – zapytała.

– Byłem tam może ze dwa razy. Nie znam w zasadzie tego kraju.

– Ale coś o nim wiesz? Bo ja, zdaje się, nie wiedziałam nawet, na jakim leży kontynencie. – Kiedy już raz zaczęła kłamać, musiała ciągnąć to kłamstwo do końca. Na tym polega sekret dobrego kłamstwa – nie wolno go maskować. Okłamywanie męża zawsze przychodziło jej niepokojąco łatwo.

– Wiem, że to bogaty kraj – odpowiedział Dexter. Najwyższy na świecie PKB per capita przez wiele lat.

– To nie może być prawda – zaprotestowała, choć wiedziała, że jest. – Musieliby tam wydobywać ropę. Jak w Emiratach, Kuwejcie albo Katarze. A mówimy o kraju, który pięć minut temu leżał według mnie w Niemczech.

Wzruszył ramionami.

– Okay. Co jeszcze?

– Jest… hm… jest mały.

– Jak bardzo?

– Pół miliona ludzi w całym państwie. Wielkości Rhode Island. Tyle że Rhode Island jest, moim zdaniem, większe. Trochę.

– A miasto? Jest tam jakieś miasto, co nie?

– Stolica. Też się nazywa Luksemburg. Mieszka w niej osiemdziesiąt tysięcy ludzi.

– Osiemdziesiąt tysięcy? To nie jest miasto! To jest… nie wiem… uniwersytecki kampus?

– Ale bardzo piękny. W samym środku Europy. Gdzie ktoś będzie mi płacił mnóstwo pieniędzy. Więc to nie jest Amherst. Co więcej, nie będziesz musiała pracować w tym kampusie.

Katherine zamarła nad cebulą przy ostrym zakręcie, którego spodziewała się przed dziesięcioma minutami, kiedy tylko zadał jej pytanie „A co byś powiedziała na przeprowadzkę do Luksemburga?” Zakręt ten oznaczał, że będzie musiała rzucić pracę, na zawsze. W pierwszej chwili – gdy zdała sobie z tego sprawę – poczuła ulgę; taką ulgę, jaką sprawia niespodziewane rozwiązanie nierozwiązywalnego problemu. Będzie musiała rzucić pracę! To nie jest zależne od niej. Nie ma wyboru.

Nigdy nie przyznała się mężowi – ba, nigdy nie przyznała się sama przed sobą – że chce zrezygnować z pracy. A teraz już nigdy nie będzie musiała do niczego się przyznawać. Nikomu.

– Więc co będę robiła? – zapytała. – W Luksemburgu? Nawiasem mówiąc, nadal wydaje mi się dosyć nierzeczywisty.

Uśmiechnął się.

– Musisz przyznać – powiedziała – że wygląda na zmyślony.

– Będziesz w nim leniuchowała.

– Bądź poważny.

– Jestem poważny. Nauczysz się grać w tenisa. Będziesz planowała podróże. Zajmiesz się nowym domem. Nauczysz się nowych języków. Możesz pisać blog.

– A kiedy mi się to znudzi?

– A kiedy ci się to znudzi? Znajdziesz sobie pracę.

– Na przykład jaką?

– Waszyngton nie jest jedynym miejscem na ziemi, gdzie pisze się memoranda.

Katherine opuściła wzrok na cebulę i znów zaczęła ją siekać, usiłując przełknąć tę żabę, jaka nagle wskoczyła do rozmowy.

Touché.

– W istocie – ciągnął Dexter – Luksemburg jest jedną z trzech stolic Unii Europejskiej razem z Brukselą i Strasburgiem. – Był teraz chodzącą reklamą cholernego wielkiego księstwa. – Wyobrażam sobie, że działa tam mnóstwo organizacji pozarządowych, którym na finansowanej przez bogatych darczyńców liście płac przyda się przemądrzała Amerykanka. – Finansowanej razem z łowcami głów. Tymi nieodmiennie radosnymi pracownikami działu personalnego w niewyprasowanych koszulach khaki, z kieszeniami bojówek pobrzękującymi złotem.

– Więc kiedy? – Katherine odsunęła od siebie nieprzyjemne myśli: perspektywy, przyszłość. Ukrywanie się.

– No cóż… – westchnął. Zbyt ciężko, jak zły aktor przeceniający swoje możliwości. – Tu jest pies pogrzebany.

Przerwał. Na tym polegał jeden z niewielu nieprzyjemnych nawyków Dextera – zmuszał ją do zadawania pytań, zamiast udzielać odpowiedzi, na które czekała.

– Tak?

– Najszybciej jak się da – oznajmił jakby pod przymusem, jakby bronił się przed krytyką i przed oberwaniem zgniłym pomidorem.

– To znaczy?

– Powinniśmy zamieszkać w Luksemburgu pod koniec miesiąca. A ja będę musiał polecieć tam raz czy dwa nieco wcześniej. Po raz pierwszy już w poniedziałek.

Katherine oniemiała. Ta wiadomość była nie tylko jak grom z jasnego nieba, ale wymagała błyskawicznych działań. Zakręciło się jej w głowie od analizowania, jak zdoła zwolnić się z pracy w tak krótkim czasie. To nie będzie łatwe. Wzbudzi podejrzenia.

– Wiem – powiedział Dexter – że to krótki termin. Ale pieniądze są nie do pogardzenia. A tego rodzaju pieniądze wymagają poświęceń. Zresztą, czy to jest poświęcenie? Jeśli tak, to całkiem przyjemne… szybki transfer do Europy! A teraz spójrz… – Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej złożoną kartkę papieru. Rozprostował ją na blacie. Arkusz kalkulacyjny z nagłówkiem: LUKSEMBURG. BUDŻET. – Pora jest bardzo dobra – ciągnął, broniąc się dalej i nie wyjaśniając, skąd ten pośpiech. Katherine dowie się tego znacznie, znacznie później. – Bo są przecież wakacje, a kiedy zadomowimy się w Luksemburgu, dzieci zdążą jeszcze na nowy rok szkolny.

– W jakiej szkole?

– Prywatnej z wykładowym angielskim. – Dexter miał gotową odpowiedź na niemal każde pytanie. Sporządził arkusz kalkulacyjny, żeby mieć się czym pochwalić. Straszny z niego romantyk. – Opłacanej przez klienta.

– Czy to dobra szkoła?

– Zakładam, że w światowej stolicy prywatnej bankowości, leżącej w kraju o największym PKB na świecie, znajdzie się jakaś przyzwoita szkoła. Albo dwie.

– Nie musisz być sarkastyczny. Zadaję tylko mało istotne pytania o wykształcenie naszych dzieci tam, gdzie zamieszkamy. Ale jak wiesz, drobiazgi są ważne.

– Przepraszam.

Katherine pozwoliła mu cierpieć przez kilka sekund, po czym wróciła do rozmowy:

– Jak długo będziemy mieszkać w Luksemburgu?

– Podpisuję roczny kontrakt. Z opcją przedłużenia go na kolejny rok. W zamian za podwyżkę.

Rzuciła okiem na arkusz kalkulacyjny i zatrzymała się na dolnych sumach. Roczne oszczędności rzędu dwustu tysięcy… euro? Dolarów? Nieistotne.

– A potem co? – zapytała, sycąc wzrok sumami na dole. Już dawno temu pogodziła się z myślą, że nigdy nie będzie miała pieniędzy. Okazało się, że może będzie inaczej.

– Kto wie?

– To nie jest dobra odpowiedź.

Przeszedł na drugą stronę chwiejnego kuchennego blatu i objął ją od tyłu, zmieniając tym samym przebieg rozmowy.

– To jest to, Kat – szepnął. Czuła na skórze jego gorący oddech. – Nieco inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy, ale to jest to.

W gruncie rzeczy wyobrażali sobie właśnie to: nowe życie z dala od kraju. Oboje mieli wrażenie, że brakuje im ważnych doświadczeń, obojgu przeszkodziły w tym okoliczności związane z niezbyt beztroską młodością. Teraz, przed czterdziestką, ciągle chcieli spełnić tamte marzenia, ciągle wydawało się im, że to możliwe. W każdym razie nigdy nie przyznali się przed sobą, że jest inaczej.

– Damy radę – powiedział cicho wtulony w jej szyję.

Odłożyła nóż. Pożegnanie z bronią. Nie po raz pierwszy.

Rozmawiali o tym poważnie do późna, wypiwszy wino. Na tyle poważnie, na ile było to możliwe o tak późnej porze i po tylu kieliszkach. Doszli do wniosku, że choć nie mają pojęcia o trudnościach związanych z przenosinami do innego kraju, wyjazd z Waszyngtonu będzie łatwy.

– Ale Luksemburg…? – powtarzała.

Obce krainy, o których marzyli, nosiły takie nazwy, jak Prowansja albo Umbria, Londyn albo Paryż, może nawet Praga albo Budapeszt, czy wreszcie Istambuł. Romantyczne miejsca, do których – podobnie jak wszyscy inni – pragnęli pojechać. Luksemburga nie było na tej liście, na tej ani na żadnej innej. Nikt nie marzy o tym, żeby zamieszkać w Luksemburgu.

– Czy wiesz może… – zapytała – …w jakim języku mówi się w Luksemburgu?

– W luksemburskim. To niemiecki dialekt z francuskimi naleciałościami.

– To nie może być prawda.

Pocałował ją w szyję.

– To jest prawda. Ale Luksemburczycy mówią też po niemiecku i po francusku. No i oczywiście po angielsku. To bardzo kosmopolityczny kraj. Nikt nie będzie się musiał uczyć luksemburskiego.

– Ale ja mówię tylko po hiszpańsku. Miałam przez rok francuski, ale mówię tylko po hiszpańsku.

– Nie martw się. Język nie będzie problemem.

Znów ją pocałował, przesuwając dłoń po jej brzuchu i dalej poniżej talii pod spódnicą, którą zaczął podciągać. Dzieci nie nocowały w domu.

– Zaufaj mi.


2

Katherine widywała ich wielokrotnie na międzynarodowych lotniskach z dziesiątkami tandetnych walizek. Na ich twarzach malował się strach przemieszany z oszołomieniem i skrajnym wyczerpaniem. Dzieci słaniały się na nogach, ojcowie ściskali w garści naręcza czerwonych albo zielonych paszportów, odróżniających ich od Amerykanów mających granatowe dokumenty podróży.

Byli to imigrujący imigranci.

Widziała ich wylatujących z Mexico City po podróży autobusem z Morelia lub Puebla albo po przylocie samolotem z Quito czy Guatemala City. Widziała ich w Paryżu, napływających z Dakaru, Kairu i Kinszasy. Widziała ich w Managui i Port-au-Prince, Caracas i Bogocie. Wszędzie, gdzie była, widywała ich na lotniskach, skąd odlatywali.

I widziała, jak przylatują utrudzeni – w Nowym Jorku i Los Angeles, i Atlancie, i Waszyngtonie – kończąc mordercze rejsy, choć ciągle mieli daleko do celu tych heroicznych wojaży.

Teraz była jedną z nich.

Teraz to ona stała jak tobołek na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Za jej plecami piętrzyła się sterta ośmiu wielkich tandetnych walizek. Widziała już takie gigantyczne walizki i myślała wtedy: Kto przy zdrowych zmysłach wybiera się w podróż z takim bagażem? Teraz już znała odpowiedź: ktoś, kto musi spakować absolutnie wszystko naraz.

Wokół jej ośmiu ohydnych walizek wielkości człowieka walały się cztery ręczne torby, torebka, dwie torby na laptopy, dwa dziecięce plecaczki, a niżej, kurtki, misie i torebka zawierająca batoniki z muesli z owocami, świeżymi i suszonymi, oraz brązowymi M&M’-sami. Popularniejsze kolory zniknęły gdzieś przed Nową Szkocją.

Teraz to ona ściskała w garści granatowe paszporty całej rodziny, różniące się od niemieckich koloru burgunda. Ona też się wyróżniała, choć nie z powodu koloru dokumentów, ale dlatego, że miejscowi nie siedzą na stosach koszmarnych walizek, ściskając w garści paszporty.

Teraz to ona nie rozumiała ani słowa z tego, co się wokół mówiło. Po siedmiogodzinnym locie, podczas którego mogła się zdrzemnąć tylko przez dwie godziny, miała podkrążone oczy, stała zmęczona, zgarbiona, głodna aż do mdłości, zmartwiona i przestraszona.

Teraz to ona była imigrującą imigrantką.

***

Rozpoczęła od tego, że pogodziła się z myślą, że przyjmie nazwisko Dextera. Przyznała, że nie potrzebuje dłużej panieńskiego nazwiska – nazwiska zawodowego. Pomaszerowała do urzędu miejskiego Dystryktu Kolumbii i wypełniła formularze, a potem czek. Zamówiła nowe prawo jazdy i paszport, płacąc więcej, lecz skracając czas oczekiwania na wydanie dokumentów.

Wmawiała sobie, że w katolickim kraju łatwiej będzie pokonać biurokratyczne bariery, jeśli mąż i żona będą nosić to samo nazwisko. Wyrzekała się reszty poprzedniej tożsamości – kłębowiska pozorów i skrywanych, mniej lub bardziej złożonych prawd – a nazwisko to zaledwie wstęp, tłumaczyła sobie, do stworzenia nowej siebie.

Stała się więc kimś, kim nigdy przedtem nie była: Katherine Moore. Miała zamiar przedstawiać się jako Kate. Miła, przyjazna Kate. Zamiast surowej poważnej Katherine. Wszystko razem brzmiało nieźle. Kate Moore to ktoś, kto wie, jak zabawić się w Europie.

Przez kilka dni zastanawiała się nad Katie Moore, ale doszła do wniosku, że Katie Moore brzmi jak imię i nazwisko bohaterki z bajki dla dzieci albo cheerleaderki.

Kate Moore nadzorowała przeprowadzkę. Zamroziła, zlikwidowała lub zmieniła adresy tuzinom kont. Kupiła ohydne walizki. Podzieliła ich ruchomości na trzy wymagane kategorie: bagaż podręczny, bagaż lotniczy i bagaż morski. Wypełniła formularze nadawcze, formularze ubezpieczeniowe i formularze dotyczące innych formalności.

I udało się jej uwolnić od pracy. To nie było łatwe i nie poszło jak z płatka. Ale kiedy zakończyły się zamykające współpracę rozmowy i pokonała biurokratyczne przeszkody, zaproszono ją na pożegnalne drinki u szefa na Capitol Hill. W całym swym dorosłym życiu ani razu nie zwalniała się z pracy, ale była na kilku pożegnaniach. Najpierw poczuła rozczarowanie, że nie żegnają się w jakimś irlandzkim pubie, gdzie wszyscy mogliby się spić bez umiaru przy bilardowym stole wielkości baru – zupełnie jak na filmach. Ale ludzie z jej biura nie mogli, rzecz jasna, spotkać się w pubie i po prostu spić. Sączyli więc piwo z butelek u Joego, na parterze jego ceglanego domu – jak stwierdziła z ulgą, ale i z rozczarowaniem nie był on ani specjalnie większy, ani lepiej utrzymany od tego, w którym mieszkali z Dexterem.

Wzniosła ostatni toast z kolegami z pracy, a dwa dni później opuściła kontynent.

To, mówiła sobie, szansa, bym wymyśliła siebie na nowo. Jako kogoś, kto już nie musi starać się na pół gwizdka wspinać po szczeblach źle wybranej kariery. Jako kogoś, kto już nie musi być niezaangażowanym, przypadkowym rodzicem. Nie musi mieszkać w niewygodnym i zrujnowanym domu w gównianej, pozbawionej miłych sąsiadów okolicy położonej w złym, zmuszającym do rywalizacji mieście – zresztą, żeby było jasne, sama je wybrała, kiedy przyjechała do niego na studia, a potem już nigdy go nie opuściła. Została w Waszyngtonie, została w pracy, bo jedno prowadziło do drugiego. To nie ona kierowała swoim życiem. To życie kierowało nią.

Niemiecki kierowca podkręcił muzykę – syntezatorowy pop z lat osiemdziesiątych.

– Nowa Fala! – wykrzyknął. – Uwielbiam ją! – Łomotał palcami po kierownicy, walił stopą w sprzęgło, mrugał światłami. Amfetamina? O dziewiątej rano?

Kate odwróciła głowę od tego szaleńca i przyglądała się wiejskiej okolicy za oknem, łagodnym wzgórzom, gęstym lasom i zbitym ciasno tu i ówdzie we wsie kamiennym domom, tulącym się do siebie, jakby było im zimno na wielkich, pełnych krów łąkach.

Zresetuje się. Stworzy siebie na nowo. Stanie się w końcu kobietą, która nie musi ciągle okłamywać męża, kłamać na temat tego, co naprawdę robi i kim naprawdę jest.

***

– Cześć – powiedziała Kate, wchodząc do gabinetu Joego wczesnym rankiem. To „cześć” było jedynym wstępem. – Przykro mi to mówić, ale będę musiała zrezygnować.

Joe podniósł głowę znad jakiegoś raportu – szarawych kartek pokrytych niewyraźnym drukiem igłowej drukarki, stojącej pewnie na radzieckim metalowym biurku gdzieś w głębi Ameryki Środkowej.

– Mój mąż dostał pracę w Europie. W Luksemburgu.

Joe uniósł brew.

– Pomyślałam, że z nim pojedziemy… – To było wielkie uproszczenie, ale miało tę zaletę, że było prawdziwe. Kate postanowiła, że będzie całkiem szczera podczas tej procedury. Z wyjątkiem jednej sprawy, jeśli się pojawi. A była pewna, że pojawi się prędzej czy później.

Joe zamknął teczkę – gruba granatowa okładka ozdobiona rozmaitymi pieczęciami, podpisami i inicjałami. Z boku metalowa klamra. Zatrzasnął ją.

– Co to za praca?

– Dexter zajmuje się zabezpieczeniami elektronicznymi dla banków.

Joe kiwnął głową.

– W Luksemburgu jest dużo banków – dodała.

Joe uśmiechnął się lekko.

– Będzie pracował w jednym z nich.

Była zaskoczona żalem, jaki nagle poczuła. Z każdą mijającą sekundą nabierała przekonania, że podjęła złą decyzję, ale nie miała wyjścia – jeśli chce zachować twarz, musi brnąć dalej.

– Nadeszła już moja pora, Joe. Robię to od… już sama nie pamiętam…

– Od dawna.

Żalowi towarzyszył wstyd, przedziwny wstyd z własnej dumy, która nie pozwalała jej przemyśleć raz jeszcze złej decyzji, jeśli ta została już podjęta.

– Owszem. Od dawna. I mówiąc szczerze, nudzę się. Już od jakiegoś czasu się nudzę. A dla Dextera to szansa. Dla nas wszystkich. Na przygodę.

– Mało ci przygód?

– Mówię o mojej rodzinie. To szansa na rodzinną przygodę.

Kiwnął zdawkowo głową.

– Ale tu nie chodzi o mnie. W ogóle nie chodzi o mnie. Chodzi o Dextera. O jego pracę, o zarobienie wreszcie jakichś pieniędzy. I o to, że będziemy żyć inaczej.

Joe otworzył lekko usta. Zza gęstych siwych wąsów ukazały się małe szare zęby, jakby przylepione do popielatej twarzy. Chcąc zachować styl, Joe nosił także szare garnitury.

– Dasz się od tego odwieść?

Przez kilka ostatnich dni, kiedy Dexter gromadził kolejne praktyczne szczegóły, odpowiedziałaby pewnie, że tak. Albo przynajmniej, że „może” czy „przypuśćmy”. Ale w samym środku poprzedniej nocy Kate o czwartej rano zmusiła się do podjęcia ostatecznej decyzji, usiadła na łóżku i splotła wyprostowane dłonie. Była znękana. Chciała dociec, czego naprawdę chce. Większą część życia – w zasadzie całe życie – poświęciła na rozważanie innego pytania: czego potrzebuje? Zastanawianie się nad tym, czego chce, to zupełnie inna para kaloszy.

Doszła do wniosku, że chce, w tej chwili, zacząć od rzucenia pracy. Chce na zawsze opuścić biuro. Na zawsze rzucić karierę. Rozpocząć całkiem nowy rozdział, całkiem nową książkę opisującą jej życie. W tej nowej książce będzie zupełnie inną postacią. Nie oznacza to przecież, że nie chce innej pracy, innego zawodowego spełnienia. Ale nie chciała już tej pracy i takiego spełnienia jak dotąd.

Zatem tego parnego, pochmurnego sierpniowego poranka odpowiedziała:

– Nie, Joe. Przykro mi.

Joe znów się uśmiechnął – jeszcze słabiej, jeszcze mocniej zaciskając usta. Nie był to w zasadzie uśmiech, ale grymas. Zmienił też podejście. Przestał być biurokratą średniego szczebla, jakim zazwyczaj jawił się postronnym, a stał się bezlitosnym wojownikiem, którym – jak wiedziała – był naprawdę.

– Dobrze. – Odsunął od siebie granatową teczkę, a w jej miejsce postawił laptop. – Wiesz, że czekają cię kolejne rozmowy.

Kiwnęła głową. Choć odejście z pracy nie było czymś, o czym rozmawiano na korytarzach, miała świadomość, że procedura nie będzie łatwa i krótka. Wiedziała też, że już nigdy nie usiądzie w swoim maleńkim biurze, że już nigdy nie wejdzie do tego budynku. Rzeczy osobiste odeślą jej kurierem.

– Zatem zacznijmy bezzwłocznie. – Joe otworzył komputer. Zacisnął szczęki, zmarszczył brwi i uniósł dłoń we władczo lekceważącym geście. – Zamknij drzwi. Proszę.

***

Wyruszyli z hotelu wąskimi brukowanymi uliczkami śródmieścia, idąc w górę i w dół naturalnych wzniesień średniowiecznego warownego miasta. Minęli pałac monarchy, kawiarnie ze stolikami na chodnikach, duży plac, gdzie był prawdziwy targ płodów rolnych i kwiatowy.

Przez cienkie gumowe podeszwy butów Kate czuła każdy kant i wybrzuszenie twardych kamieni pod stopami. Kiedyś często wędrowała po nierównych brukach podejrzanych dzielnic w miastach, których nie znała, kiedyś miała odpowiednie do tego obuwie. Piętnaście lat temu chodziła nawet po tych samych ulicach co teraz. Rozpoznała arkady łączące dwa główne place. Przy ich południowym krańcu zatrzymała się niegdyś, zastanawiając się, czy nie wchodzi w niebezpieczną pułapkę. Śledziła pewnego algierskiego chłopaka; jak się okazało, nie zrobił nic złego. Kupił tylko naleśnik.

To było dawno temu, miała młodsze nogi. Teraz będą jej potrzebne zupełnie nowe buty, razem ze wszystkimi innymi nowościami.

Dzieci maszerowały posłusznie przed rodzicami, pochłonięte typową dla małych chłopców zwariowaną wymianą zdań. O włosach klocków lego. Dexter wziął Kate za rękę, tu, w samym środku miasta, pośród tętniącego życiem europejskiego placu, gdzie ludzie pili i palili, śmiali się i flirtowali. Połaskotał palcem wnętrze jej dłoni – potajemne zaproszenie, dyskretna obietnica czegoś miłego, kiedy zostaną sami. Kate poczuła, że się czerwieni.

Usiedli przy stoliku w cukierni. Na środku zatłoczonego, zielonego od liści placu grała dziesięcioosobowa orkiestra nastolatków. Grała to za dużo powiedziane – robiła hałas. Scena ta przypomniała Kate o miastach w Meksyku, gdzie kiedyś się włóczyła. Plac otoczony kafejkami i sklepami z pamiątkami, wszystkie pokolenia mieszkańców – od kwilących noworodków po plotkujące, trzymające się za ręce starsze niewiasty – zbierały się wokół estrady, by słuchać, jak amatorzy, najczęściej źle, grają ulubione melodie.

Pamiątka po europejskim kolonializmie.

Kate spędzała dużo czasu na zócalo w Oaxaca, prawie kilometr od swojego jednopokojowego mieszkania obok szkoły językowej, w której brała prywatne, zaawansowane, ciągnące się przez pół dnia lekcje miejscowych dialektów. Ubierała się wtedy jak inne podobne do niej dziewczyny w długie bawełniane spódnice i chłopskie koszule, przewiązywała włosy bandaną, a na karku miała wytatuowanego motyla. Był to zmywalny tatuaż. Wtapiała się w tłum, chodziła po kafejkach, piła piwo Negra Modelos i nosiła w sznurkowej siatce warzywa z rynku na placu Dwudziestego Listopada.

Pewnego wieczoru zestawiono kilka stołów. Siedziało przy nich niemieckie małżeństwo, paru Amerykanów oraz najprzystojniejsi meksykańscy chłopcy, którzy zawsze uderzali do przyjezdnych kobiet – najczęściej strzelali po omacku, ale zdarzały się im trafienia prosto do celu. Nagle przy stole pojawił się elegancki, pewny siebie mężczyzna i zapytał, czy może się dosiąść. Kate widziała go wcześniej, wiele razy. Wiedziała, kim jest, wszyscy wiedzieli. Nazywał się Lorenzo Romero.

Z bliska był przystojniejszy niż na fotografiach. Kiedy się okazało, że dosiadł się po to, żeby porozmawiać z Kate, nie potrafiła ukryć podniecenia. Jej oddech przyspieszył i stał się płytszy, pociły się jej dłonie. Nie potrafiła skupić się na żartach i plotkach, błyskotliwej wymianie zdań z Lorenzem, ale to nie miało znaczenia. Wiedziała, co się dzieje. Pozwoliła, by koszula rozpięła się jej niżej, odsłaniając dekolt. Dotknęła jego ramienia, trzymając je zbyt długo.

Dokończyła piwo, uspokoiła napięte nerwy. A potem pochyliła się ku niemu i szepnęła: Cinco minutos, wskazując głową katedrę zamykającą plac od północy. Kiwnął porozumiewawczo głową, oblizał wargi, przymknął powieki.

Spacer przez plac trwał całą wieczność. Wszystkie dzieci poszły do domu wraz z rodzicami, zostawali tylko młodzi i starzy, i turyści, a w powietrzu mieszał się dym cygar i marihuany, pijany angielski slang i pokasływanie babć. Pod drzewami, z dala od lamp, bezwstydnie obściskiwały się jakieś pary.

Kate nie mogła uwierzyć, że to robi. Czekała niecierpliwie na Independencia obok katedry, w cieniu. Przyszedł, pochylił się, żeby ją pocałować.

No, pokręciła głową. No aquí.

Szli w milczeniu ku El Llano, do parku, gdzie kiedyś było zoo. Został po nim tylko ugór, Kate sama bałaby się tam zapuścić. Ale nie była sama. Uśmiechnęła się do Lorenza i pomaszerowała przed siebie w ciemnościach. On szedł za nią – drapieżnik skradający się za ofiarą.

Wzięła głęboki, bardzo głęboki oddech. To tutaj, nareszcie. Skręciła za gruby pień drzewa z ciężkim baldachimem liści i czekała na niego, wsuwając dłoń do wewnętrznej kieszeni luźnej płóciennej torby.

Kiedy wyłonił się w ciemności zza drzewa, przyłożyła mu lufę do brzucha i nacisnęła spust dwa razy, zanim zorientował się, co się dzieje. Upadł bezwładnie na ziemię. Strzeliła raz jeszcze w głowę, dla pewności.

Lorenzo Romero był pierwszym człowiekiem, którego zabiła.


3

– Widziałaś ją? – zapytała Włoszka. – Nową Amerykankę?

Kate upiła łyk latte, zastanawiając się nad dodaniem słodzika.

Nie umiała sobie przypomnieć, czy ta Włoszka ma na imię Sonia czy Sophia, czy może zgoła Marcella. Jedyne imię, jakiego była pewna, należało do eleganckiej Angielki, Claire, która paplała przez piętnaście minut, a potem znikła.

Pytanie zadane prawdopodobnie pod jej adresem było dosyć dziwne, gdyż to ona była nową Amerykanką.

By podkreślić niechęć do udzielenia odpowiedzi, spojrzała uważnie na to, co stało na stole, szukając słodzika. Miała przed sobą małą ceramiczną cukiernicę z kostkami białego cukru, duży szklany dozownik z cukrem brązowym czy raczej brązowawym, gdyż to, co się w nim znajdowało, nie przypominało substancji dodawanej do czekoladowych ciasteczek z orzechami. Kate upiekła je dokładnie dwa razy w życiu, dla chłopców do szkoły. A obok stały szklana karafka z mlekiem i stalowy dzbanuszek spienionego mleka.

Kiedyś doskonale zapamiętywała imiona, kiedyś stosowała z religijnym niemal zapałem pomoce mnemotechniczne. Ale nie praktykowała już tego od lat.

Szkoda, że ludzie nie noszą na co dzień plakietek z imionami.

Na stole zostawiono również pękaty plastikowy pojemnik z kartonowymi podkładkami pod filiżanki. Na podkładkach umieszczono barokowy herb z lwem, chorągwiami oraz wężami, słońcem i półksiężycem, z jakimiś paskami i zamkową wieżą, a także gotyckim liternictwem, którego nie potrafiła odszyfrować, gdyż widziała je do góry nogami, no a litery były bardzo wystylizowane. Nie wiedziała nawet, w jakim języku napisano słowa, bo nie mogła ich odczytać.

Obok stał stalowy stojak ze złożonymi w małe trójkąty serwetkami, jednocześnie cienkimi i wytrzymałymi, co wydaje się niemożliwe, ale tak właśnie jest. Ostatnimi czasy bez przerwy takimi samymi wycierała nosek przeziębionego Bena. Serwetki były dostępne wszędzie, a sklepu z wygodnymi w użyciu chusteczkami higienicznymi, które w Ameryce są praktycznie na każdej stacji benzynowej i w każdym supermarkecie, a także w cukierniach, kioskach z gazetami i aptekach, Kate wciąż nie znalazła. Apteki w Luksemburgu sprzedawały tylko lekarstwa. Gdyby spytała w aptece o chusteczki – jeśli zdołałaby w ogóle o to spytać – surowa aptekarka z pewnością wybuchnęłaby śmiechem. A może nawet gorzej. Każda kobieta stojąca tutaj za jakąkolwiek ladą wydawała się wyjątkowo surowa.

Na stole leżał jeszcze biały iPhone, czarny iPhone i niebieskie BlackBerry. BlueBerry? Kate nie zdążyła jeszcze załatwić sobie tutejszej komórki. Mimo solennych zapewnień bombajskiego biura obsługi klienta jej operatora sieci komórkowej z siedzibą w Kolorado, nie istniał żaden prefiks, nie było żadnej kombinacji cyfr, żadnej zmiany ustawień telefonu, nie było niczego, co zmusiłoby jej zaprojektowaną we Francji, wyprodukowaną na Tajwanie i dostarczoną jej z Wirginii komórkę do odbierania i wykonywania połączeń w Europie.

Kiedyś inni ludzie zajmowali się technicznymi aspektami jej życia, co było znacznie prostsze.

Na stole brakowało tylko jednej rzeczy – syntetycznego słodzika.

Nie umiała powiedzieć „syntetyczny słodzik” en français. Układała w głowie francuskie zdanie, będące tłumaczeniem angielskiego pytania: „Czy jest tu coś do kawy, co jest innym cukrem?”. Usiłowała sobie przypomnieć, czy „cukier” po francusku jest rodzaju męskiego czy żeńskiego. Różnica ta miała znaczenie, gdyż zmieniała wymowę słowa „inny”. A może nie? Wszystko zależy od szyku zdania.

Jaki szyk ma to pytanie?

Tyle że, jak się obawiała, pytanie: „Czy jest tu coś do kawy, co jest innym cukrem?” jest tak głupie, że ani szyk, ani wymowa słowa „inny” nic tu nie zmienią.

Aha, na stole stała jeszcze popielniczka.

– Kate? – Włoszka zwróciła się wprost do niej. – Widziałaś ją? Nową Americana?

Kate była zdumiona, że pytanie skierowano jednak do niej.

– Nie.

– Przypuszczam, że nowa Amerykanka nie ma dzieci, a przynajmniej nie takie, które chodzą do naszej szkoły, a jeśli nawet ma, to ich nie odprowadza ani nie odbiera – rozpędziła się Włoszka.

– Zgadza się – potwierdziła inna Amerykanka przy stole. Amber, zdaje się. Kelly? Coś w tym rodzaju. – Ale ma przystojnego męża. Mówimy o wysokim, ciemnowłosym, naprawdę przystojnym mężczyźnie, prawda, Devi?

Hinduska zachichotała, zakrywając dłonią usta. I czerwieniąc się!

– Nic nie wiem o jego przystojności czy braku tejże, przysięgam.

Kate była pod wrażeniem jej elokwencji.

Zastanawiała się, co mówiły przed dwoma tygodniami o niej i Dexterze, kiedy pojawili się po raz pierwszy w szkole. Rozejrzała się po dziwnej kawiarni w niskiej piwnicy centrum sportowego. Na górze dzieci uczyły się grać w tenisa, a ich instruktorami byli dwaj mówiący po angielsku Szwedzi, Nils i Magnus. Jeden był bardzo wysoki, a drugi średniego wzrostu. Obu można było opisać jako wysokich, jasnowłosych, szwedzkich trenerów tenisa. Zdaje się, że wszyscy tutejsi instruktorzy tenisa byli Szwedami. Szwecja leży prawie tysiąc kilometrów na północ stąd.

Robiły to w każdą środę. Czy raczej będą to robić w każdą środę. Albo też, to była druga środa, kiedy to robiły, wiedząc, że będą to robić w środy.

Może popadły już w rutynę, choć jej było do tego daleko.

– Kate, przepraszam, że o to pytam, bo może już pytałam, więc nie wiem, czy to nie zabrzmi niegrzecznie, ale nie potrafię sobie przypomnieć, jak długo planujecie zostać w Luksemburgu?

Kate spojrzała na Hinduskę, a potem na drugą Amerykankę i na Włoszkę.

– Jak długo? – Zadawała sobie to pytanie setki razy. – Nie mam pojęcia.

***

– Jak długo zostaniecie w Luksemburgu? – zapytał Adam.

Kate przypatrywała się swojemu odbiciu w lustrze pokrywającym całą ścianę pokoju przesłuchań, nazywanego oficjalnie salą konferencyjną na szóstym piętrze, choć wszyscy i tak wiedzieli, o co chodzi. Wsunęła niesforny kosmyk kasztanowych włosów za ucho. Zawsze nosiła krótkie włosy – ze względów praktycznych, a nawet z konieczności, gdy dużo podróżowała. Nawet kiedy przestała wyjeżdżać za granicę, była zapracowaną matką, więc krótkie włosy miały sens. Jednak nie mogła chodzić do fryzjera regularnie, więc kiedy włosy robiły się za długie, musiała wsuwać kosmyki za uszy. Jak teraz.

Wiotczały jej policzki. Była wysoka i szczupła – „koścista”, jak ktoś kiedyś powiedział, niezbyt zresztą miło, ale bez wątpienia słusznie – i nie należała do tych kobiet, które bez przerwy twierdzą, że są grube, albo udają, że tak myślą. Wiotczenie dotyczyło tylko jej policzków i oznaczało, że źle się odżywiała albo za mało ćwiczy, bo z pewnością nie przybrała na wadze więcej niż kilogram.

Dzisiaj miała też sińce pod szarozielonymi jarzącymi się przejrzyście oczami. Źle sypiała – w ogóle nie mogła spać, a ostatnia noc była katastrofalna. Kate wyglądała strasznie.

Westchnęła.

– Tłumaczyłam to dwie godziny temu.

– Nie mnie – powiedział Adam. – Więc wytłumacz, proszę, raz jeszcze.

Skrzyżowała długie nogi, uderzając jedną kostką o drugą. Nogi zawsze były jej dumą. Często żałowała, że nie ma większych piersi i bardziej wciętej talii, ale w ostateczności przyznawała, że zgrabne nogi są najbardziej praktyczne pośród tych wszystkich dziwnych kobiecych walorów, jakie podobają się mężczyznom. Wielkie cycki są kłopotliwe, a tyłek, jeśli nie jest mały, ma tendencję do opadania, co jest nie do zniesienia u kobiet w jej wieku, jeśli ćwiczą tak nieregularnie jak ona i nie odmawiają sobie kategorycznie lodów.

Nigdy przedtem nie widziała tego Adama, przysadzistego typa, pewnie byłego żołnierza. Ale nie ma w tym niczego zaskakującego. Jej firma zatrudniała dziesiątki tysięcy ludzi na całym globie, a tysiące w samym Waszyngtonie w Bóg wie ilu biurach. Pracuje tu mnóstwo ludzi, których nigdy nie widziała.

– Kontrakt mojego męża opiewa na rok. Z tego, co zrozumiałam, to powszechna praktyka.

– A po roku?

– Mamy nadzieję, że go przedłużą. To też ponoć powszechne.

– A jeśli nie przedłużą kontraktu?

Spojrzała ponad ramieniem Adama w duże lustro fenickie, za którym, jak wiedziała, stoją i patrzą na nią jej przełożeni.

– Nie wiem.

***

– Chłopcy!

– Ale to Jake! To on…

– Chłopcy…

– Mamusiu, Ben zabrał mi…

– Przestańcie! Natychmiast!

W samochodzie zapadła cisza – spokój poranka po przejściu tornada, które powyrywało wielkie drzewa, połamało gałęzie i zwiało z dachów dachówki. Kate wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić, rozluźniła uścisk dłoni leżących na kierownicy. Nie znosiła sprzeczek.

– Mamusiu, mam nowego najlepszego przyjaciela – oznajmił Ben radosnym i beztroskim głosem bez związku z czymkolwiek. Nie dbał o to, że właśnie na nich krzyknęła, dosłownie przed piętnastoma sekundami. Nie obrażał się na matkę.

– Cudownie. Jak ma na imię?

– Nie wiem.

Jasne. Dzieci wiedzą, że różę można nazwać dowolnym imieniem.

– Na rondzie. Skręć. W. Drugi. Wyjazd. I. Wjedź. Na. Drogę szybkiego. Ruchu. – GPS mówił do Kate z arystokratycznym angielskim akcentem. Mówił jej, co ma zrobić.

– Wjedź. Na. Drogę szybkiego. Ruchu – przedrzeźniał GPS Jake na tylnym siedzeniu. – Wjedź na drogę szybkiego ruchu – powtórzył normalnie. – Mamusiu, co to jest droga szybkiego ruchu?

Kiedyś Kate posługiwała się mapami. Uwielbiała mapy. Potrafiła trafić wszędzie, wewnętrzny kompas nigdy jej nie zawiódł, doskonale pamiętała trasy i kierunki. Ale mając GPS gadający głosem Julie Andrews, prowadzący ją za rękę przez każdy zakręt i dziurę w drodze, nie musiała używać mózgu, nie musiała się wysilać. GPS był jak kalkulator – szybszy i łatwiejszy w użyciu, ale ogłupiający.

Kate zaproponowała bez przekonania, że mogą żyć bez GPS-u, ale Dexter był niewzruszony. Nigdy nie orientował się za dobrze w terenie.

– Droga szybkiego ruchu to autostrada – odpowiedziała Kate bez zniecierpliwienia, próbując zatrzeć swój wcześniejszy wybuch, zadośćuczynić chłopcom. Byli najukochańsi, a ona ich skrzyczała, od czego pękało jej serce, które w porównaniu z ich serduszkami okazało się nieludzko lodowate. Dzieci sprawiały, że wstydziła się siebie.

Kiedy spojrzała na południowy zachód na ruch na rondzie, oślepiło ją na chwilę nisko wiszące słońce.

– Mamusiu, czy to jest droga szybkiego ruchu?

– Nie. Wjedziemy na nią za rondem.

– A co to jest rondo, mamusiu?

– Rondo – powiedziała – to takie miejsce, gdzie samochody jeżdżą w kółko.

Nienawidziła rond, które wprost zapraszały do tego, by wjechać komuś w bok. Panowała tam anarchia. Dzieci wypadały nieustannie z fotelików, a zakupy z toreb w bagażniku. Łups! – wysypywały się warzywa, toczyły się pomidory, obijały jabłka.

W Ameryce Łacińskiej drogi były fatalne, a zwyczaje kierowców potworne. Ale tam nie miała dzieci na tylnym siedzeniu.

– A co to znaczy, że samochody jeżdżą w kółko, mamusiu?

Ronda były wszędzie, na każdym kroku, niczym drogowa zmora. Tak jak klamki u okien, które wszędzie były takie same, dokądkolwiek poszła. I zamurowane w ścianie zbiorniki do spłukiwania toalet. I szerokie kontakty do zapalania światła, i żeliwne poręcze, i wypolerowane kamienne posadzki… Każde udogodnienie i każdy luksus był zesłany budowniczym z nieba przez jakiś religijny monopol konstrukcyjny.

– To znaczy… – zaczęła, usiłując nie okazywać irytacji pytaniami syna – …że poruszają się ruchem okrężnym, mój mały. Takie miejsce nosi w Luksemburgu nazwę ronda.

Co się robi z dziećmi przez cały czas? W Waszyngtonie zajmowała się dziećmi tylko w weekendy – przedszkole i niańka zwolniły ją z obowiązku codziennej opieki. Dlatego wtedy zależało jej, żeby poświęcać chłopcom więcej czasu.

Ale teraz? Teraz była z nimi każdego dnia po szkole, każdego wieczoru i każdej nocy oraz przez cały długi weekend. Jak się nimi zajmować, jak bawić, o ile przez większą część dnia nie chce się leżeć na podłodze wśród klocków lego? Co zrobić, żeby się nie pozabijali, nie bałaganili bez opamiętania i nie doprowadzali człowieka do szaleństwa?

Miała to, czego chciała, ale targały nią wątpliwości. Co w całym tym przedsięwzięciu martwiło ją najbardziej.

– Mamusiu, czy to droga szybkiego ruchu?

– Tak, maleńki. To jest właśnie droga szybkiego ruchu.

Coś zaczęło mrugać na desce rozdzielczej. Pokładowy komputer regularnie nadsyłał jej komunikaty po niemiecku – niesłychanie długie mrugające słowa, które starała się ignorować, póki mogła. Samochód był wypożyczony, jeszcze nie zajęli się kupowaniem nowego auta.

– Mamusiu?

– Tak, kochanie?

– Chce mi się kupkę.

Zerknęła na GPS: jeszcze dwa kilometry.

– Za parę minut będziemy w domu.

Droga szybkiego ruchu szybko się skończyła i teraz jechali ulicą obok bocznicy kolejowej z rzędami szybkobieżnych pociągów, minęli wieżę z zegarem przy dworcu kolejowym i skręcili do dzielnicy Gare. Teraz już wiedziała, gdzie się znajduje. Wyłączyła GPS, odrzuciła tę kulę inwalidzką. Jedyny sposób, żeby się czegoś nauczyć.

***

– Twój mąż pracował tam przez cztery lata, zanim przeszedł do banku? – Adam nie podniósł głowy znad notatnika, trzymając długopis w uniesionej dłoni.

– Zgadza się.

– Odszedł rok przed wejściem na giełdę.

– Tak.

– Nie była to chyba zbyt… hm… przemyślana decyzja.

– Dexter nigdy nie był dobrym strategiem finansowym.

– Najwyraźniej. Stamtąd przeszedł do banku. Co tam dokładnie robił?

– Zajmował się systemami bezpieczeństwa. Jego praca polegała na sprawdzaniu, w jaki sposób można włamać się do systemu, i miał zapobiegać takim ewentualnościom.

– Jakiego systemu?

– Kont. Chronił bankowe konta.

– Pieniądze.

– Owszem.

Adam nie wyglądał na zachwyconego. Wiedziała, że ma sporo wątpliwości co do pracy Dextera w Luksemburgu – wszyscy je mieli. Tylko Kate żadnych nie miała. Już dawno odrobiła tę lekcję, a Dexter był poza wszelkimi podejrzeniami. Właśnie dlatego pozwoliła sobie wziąć z nim ślub.

Ale rzecz jasna nie mogli o tym wiedzieć. Musieli, co zrozumiałe, mieć wątpliwości. Może nawet Kate powinna je mieć? Ale już dawno temu obiecała sobie, że mieć ich nie będzie.

– Na ile orientujesz się w tym, co robi twój mąż? – zapytał Adam.

– Praktycznie się nie orientuję.

Adam spojrzał na nią, czekając na dalsze wyjaśnienia. Ale nie chciała niczego wyjaśniać, nie w ten sposób. Nie chciała niczego wyjaśniać nawet sobie, w głębi duszy. Fundamentalna prawda wyglądała tak, że nie chciała wchodzić do świata Dextera, żeby Dexter nie wszedł do jej świata. Coś za coś.

Adam nie przyjmował do wiadomości milczenia.

– Dlaczego?

– Dopóki nie rozmawiamy o jego pracy, nie musimy rozmawiać o mojej.

– Teraz też nie?

Kate przypatrzyła się uważniej człowiekowi po drugiej stronie stołu, temu obcemu, który zadawał jej osobiste pytania – takie, jakich nawet nie zadawała sobie sama. Z tej prostej przyczyny, że nie chciała znać odpowiedzi.

– Co „teraz też nie”?

– Skoro od nas odchodzisz, czy teraz też nie będziesz rozmawiać z nim o pracy?


Dziś, 10:54

Kate podchodzi jeden krok bliżej i unosi ręce. Ściska tę kobietę, ale ostrożnie, mając się na baczności. Z daleka wygląda to tak, że nie chcą pognieść sobie obowiązkowych apaszek i potargać starannie uczesanych fryzur. A może nie?

– Tak się cieszę, że się spotkałyśmy! – mówi kobieta, cicho i z przejęciem, prosto we włosy Kate. – Tak się cieszę!

– Też się cieszę – odpowiada Kate równie cicho, choć z mniejszym przejęciem. – Bardzo.

Koniec uścisku, lecz dłoń kobiety zostaje na ramieniu Kate. Ciepły gest. Choć z drugiej strony gest ten może zapobiec jej odejściu, przytrzymać Kate w miejscu, jeśli tylko wzmocni uchwyt.

Kate nie tylko wyobraża sobie, że jest obserwowana, zaczyna we wszystko wątpić. Absolutnie we wszystko.

– Mieszkasz tutaj? W Paryżu?

– Przez większą część roku – odpowiada Kate.

– W tej okolicy?

Kate przypadkowo patrzy w kierunku domu, w którym mieszkają parę przecznic dalej.

– Niedaleko – mówi.

– A przez resztę roku?

– Ostatnie lato spędziliśmy we Włoszech. W wynajętej willi.

– We Włoszech! Cudownie. W jakiej części Włoch?

– Na południu.

– Wybrzeże Amalfi?

– Mniej więcej. – Kate nie rozwija wątku. – A co u ciebie? Gdzie teraz mieszkasz?

– Och… – Lekkie wzruszenie ramion. – To tu, to tam. Ciągle nie mogę nigdzie osiąść na dobre. – Uśmiecha się. Dosyć złośliwie.

– No tak… – Kate wskazuje dłonią uliczkę, na której stoją; nie jest Polami Elizejskimi ani Boulevard St-Germain. – A co cię sprowadza do tego zakątka Paryża?

– Zakupy. – Kobieta waży w dłoni małą torebkę, a Kate zauważa zaręczynowy pierścionek na jej palcu, skromny diamencik. Nie ma już małżeńskiej obrączki, którą nosiła na palcu wcześniej. Zniknięcie obrączki ma sens. Ale pojawienie się diamenciku jest zdumiewające.

Jeśli cokolwiek sprawia tej kobiecie radość, to rzeczywiście są to zakupy w rodzaju tych, jakie można zrobić na rue Jacob: antyki, tkaniny, meble. Albumy o antykach, tkaninach i meblach. Ale Kate uważała, że to tani greps.

Trudno orzec, co w tej kobiecie jest prawdą – jeśli cokolwiek jest w niej prawdziwe.

– Oczywiście – mówi Kate.

Zerkają na siebie z przyklejonymi do ust uśmiechami.

– Słuchaj, z przyjemnością dowiedziałabym się, co u ciebie słychać. Dexter jest w mieście?

Kate kiwa głową.

– Może umówiłybyśmy się wieczorem na drinka? Albo na obiad?

– Świetny pomysł. Sprawdzę tylko, czy Dexter będzie wieczorem w domu. – Wypowiedziawszy te słowa, zdała sobie sprawę, że kobieta oczekuje, że ona natychmiast do niego zadzwoni, że będzie się tego domagać. – Teraz nie mogę do niego zadzwonić.

Szuka w torebce telefonu, a w głowie racjonalnego uzasadnienia.

– Ćwiczy. – Takie uzasadnienie przychodzi jej do głowy. Całkiem dobre, a może nawet prawdziwe. Dexter codziennie ćwiczy albo gra w tenisa. Jego pełnowymiarowa praca polegająca na nadzorowaniu inwestycji jest w zasadzie pracą ćwierćetatową. – Podaj mi swój numer.

– A może… – kobieta przekrzywia głowę – …ty mi podasz swój?

Sięga do torebki i wyjmuje skórzany notes oraz pióro do kompletu. Cenne drobiazgi kupione w tym samym butiku co żakiet. Ta kobieta pojawiła się w Paryżu i wydała fortunę parę przecznic od domu Kate. Czy to może być przypadek?

– Zapodziałam gdzieś ładowarkę – wyjaśnia – a nie chciałabym, żeby rozładowany telefon pokrzyżował nam szyki.

To stek bzdur i Kate o mało nie wybucha śmiechem. Ale zrewanżowała się jej tym samym. Nie można wściekać się na kogoś za to, że kłamie, jeśli samemu robi się to samo, w dodatku z tej samej przyczyny. Kate podaje jej szybko swój numer, a kobieta pilnie go notuje. Choć – o czym Kate wie doskonale – nie musi zapisywać numerów telefonów, żeby je zapamiętać.

Zdumiewa ją głębokość pokładów obłudy, w jakiej obie tkwią po uszy.

– Zadzwonię do ciebie o piątej, dobrze?

– Świetnie. – Wymieniają kolejny uścisk i kolejne nieszczere uśmiechy.

Kobieta odchodzi. Kate wpatruje się w jej plecy – szersze niż kiedyś. Ta kobieta była chucherkiem, nie tak znowu dawno temu.

Odwraca się i idzie w przeciwną stronę, oddala się od domu – bez powodu, tylko po to, żeby tamta odeszła na dobre. Zmusza się, żeby nie odwrócić głowy, żeby za nią nie pójść. Wie, że nie powinna. Wie, że nie może.

– Kate, zaczekaj! – Kobieta wraca do niej bez pośpiechu.

– Tak?

– Czy mogłabyś przekazać Dexterowi wiadomość? Ode mnie? – Idzie, zbliżając się do Kate. – Powiedz mu – mówi, zatrzymując się jeden krok od Kate – że Pułkownik nie żyje.


4

– A zatem… – powiedziała Kate, układając kolorowanki przed chłopcami. Siedzą przy stole w kolejnej niezbyt drogiej restauracji, jednej z tych, w których jadają od trzech tygodni, usiłując sprostać wyzwaniom rozpoczynania życia w nowym domu na nowym kontynencie – …ciągle masz dużo pracy.

Dexter uniósł brwi, zaskoczony tą krytyczną uwagą – skargą? – żony.

– Jest mnóstwo rzeczy, którymi muszę się zająć natychmiast.

– Ale z czasem będzie lepiej. – Z pewnością nie, jak podejrzewała. Ale chciała usłyszeć zaprzeczenie z jego ust. Ich relacje układały się dobrze, odkąd się przeprowadzili, ale Dextera ciągle nie było w domu. Liczyła na coś innego.

– Niezupełnie.

– Miałam nadzieję, że będzie ci łatwiej, że będziesz miał więcej czasu i pomożesz nam się zadomowić.

Po trzygodzinnej przejażdżce z agentem z biura nieruchomości wybrali obszerne mieszkanie na starym mieście. Wypożyczone meble pojawiły się trzy dni po podpisaniu umowy najmu. Wtedy wyprowadzili się z hotelu. Kate zaczęła rozpakowywać ohydne gigantyczne walizy oraz wypożyczone garnki i rondle, ręczniki i prześcieradła. Kontener z ich ruchomościami płynął jeszcze przez Atlantyk i nie zjawi się w Luksemburgu wcześniej niż za miesiąc.

Spodziewała się, że Dexter pomoże jej w rozpakowywaniu, ale nie zrobił tego.

– Obiecałeś, Dexter, że nie będę musiała wszystkiego robić sama.

Spojrzał wymownie na dzieci.

– Chcę ci pomóc. Ale muszę pracować.

– Dlaczego akurat teraz? Dlaczego od razu?

– Bo muszę natychmiast stworzyć bezpieczne miejsce pracy. Zainstalować systemy bezpieczeństwa, kupić urządzenia, nająć elektryków i stolarzy, nadzorować ich pracę. To wszystko trzeba zrobić od razu, bo muszę rozpocząć pracę nad czymś bardzo ważnym, niezwłocznie. Teraz.

– Co to takiego? Co się dzieje?

– Trudno mi to wyjaśnić.

– Spróbuj.

Westchnął.

– Dobrze, spróbuję, ale nie dzisiaj, okay?

Kate wpatrywała się w męża, nie udzielając mu natychmiastowej odpowiedzi, bo przecież wiedzieli oboje, co odpowie, a ta chwila milczenia nie była niczym więcej, jak tylko jej niemym protestem. Im dłużej milczała, tym głośniejszy stawał się jej protest.

– Okay – odpowiedziała po kilku sekundach. Protest nie trwał za długo, nie był jeszcze buntem. – Ale chcę przynajmniej wiedzieć, kto jest twoim klientem…

Znów westchnął.

– Katherine, ja…

– Mówiłam ci, żebyś mówił do mnie „Kate”.

Spiorunował ją wzrokiem.

– Kate. Już ci to wyjaśniałem. Wszyscy w tym mieście pracują w bankowości. Nie będzie dobrze… będzie bardzo źle, jeśli konkurencja mojego klienta dowie się, że zatrudnił specjalistę od zabezpieczeń ze Stanów, gościa analizującego procedury.

– Dlaczego?

– Bo to oznaka słabości. Braku bezpieczeństwa. To jest informacja, którą konkurencja może wykorzystać przeciwko nam, żeby odebrać nam klientów, wmawiając im, że nie są u nas bezpieczni. Nawet ludzie pracujący u mojego klienta nie wiedzą, kim jestem i co robię.

– Okay, rozumiem. Ale dlaczego nie możesz powiedzieć tego mnie?!

– Bo nie ma żadnych wyjątków, Kat. Kate. Teraz nazwy tych banków nic dla ciebie nie znaczą, ale prędzej czy później dowiesz się, że mąż twojej najlepszej przyjaciółki pracuje u mojego klienta. A ona zacznie domagać się szczegółów, najpewniej po paru drinkach. „Nie wygłupiaj się, Kate, mnie nie powiesz?”. Znajdziesz się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Po co? – Pokręcił głową. – To bez sensu.

– Bez sensu? Bycie szczerym z żoną?

– Nie, kochanie. Bez sensu jest mówienie o czymś, czego znaczenie sprowadza się do dochowania tajemnicy. Niewyjawiania tego nikomu. To jest bez sensu. I nie przynosi żadnych korzyści.

Tajemnica! Co on wie o tajemnicach?

– Więc co mam mówić ludziom?

– Mów im prawdę: że warunki mojego kontraktu zmuszają mnie do niewyjawiania nazwy mojego klienta.

– Nawet żonie?

– Nikt na to nie zwróci uwagi. Cała tutejsza gospodarka opiera się na dyskrecji.

– Mimo to… – zaczęła – …jest w tym coś… nie wiem… pozamałżeńskiego?

Najbardziej zdumiewało ją to, że nie potrafi oprzeć się pokusie oskarżania Dextera o własne grzechy.

– Będzie dobrze – powiedział. – Zaufaj mi.

***

Dexter wjechał na teren ambasady wynajętym volvo. Siąpił lekki deszczyk. Objechał budynek szerokim wyboistym łukiem – w zasadzie nie łukiem, ale nierównym wielokątem o pięciu bokach, czymś w rodzaju pięciokąta – rozglądając się za miejscem do parkowania. Znaleźli w końcu wąską szczelinę pod wielkim kasztanowcem, asfalt usłany był liśćmi i łupinami kasztanów. Angole mówią na nie „łupanki”, bo kiedy spadają, łupią człowieka w głowę.

Przed bramką bezpieczeństwa tłoczyło się z pół tuzina ludzi, czekających na wezwanie strażników, po którym wykładali swoje rzeczy na tacę do rentgenowskiej inspekcji. Potem strażnicy prowadzili ich przez ogród do maleńkiej poczekalni w budynku konsulatu, gdzie oczekiwanie na wezwanie trwało pięć, dziesięć, a czasem piętnaście minut.

Kate była kiedyś w tej ambasadzie, wieki temu, i wtedy nie musiała czekać.

Wezwano ich. Weszli do maleńkiego biura. Jedną ścianę zajmowała kuloodporna szyba, za którą siedział mężczyzna w mundurze.

– Dzień dobry – powitał ich. – Poproszę paszporty.

Wsunęli paszporty w szczelinę. Przyjrzał się dokumentom, a potem ekranowi komputera. Przez minutę albo dwie panowała niemal kompletna cisza. Kate słyszała zegar tykający po drugiej stronie. Mężczyzna kliknął myszą, przesunął kursor, wystukał coś na klawiaturze. Parokrotnie przyglądał się Kate i Dexterowi zza grubej szyby.

Nie było powodu, żeby się denerwować, ale Kate czuła napięcie.

– Więc w czym mogę państwu dziś pomóc? Panie Moore? Pani Moore?

– Przeprowadziliśmy się tutaj – powiedział Dexter. – Kilka tygodni temu.

– Rozumiem. – Oficer nie spuszczał wzroku z Dextera.

– Jakiś problem? – Dexter obserwował go przez szybę, próbując się uśmiechnąć, ale na jego ustach pojawił się jedynie grymas, wskazujący, że powinien skorzystać z toalety.

– Czy któreś z was, panie Moore, pani Moore, pracuje w tym kraju?

– Owszem. Ja.

Kate czuła przyspieszone bicie serca. Łatwo jest się zdenerwować z dala od domu przed człowiekiem w mundurze, trzymającym w ręku paszporty po drugiej stronie kuloodpornej szyby.

Oficer zerknął na Kate, spojrzał jej w oczy. Jeszcze nie minął ten etap, kiedy martwiła się jedynie o własne sekrety. Wtedy nie przyszłoby jej do głowy, że ktoś może podejrzewać o coś jej męża, a nie ją.

Odwrócił głowę do Dextera.

– Ma pan pozwolenie na pracę, panie Moore?

– Owszem – odpowiedział Dexter. – Mam.

– Nie mamy tego w dokumentacji. Pańskiego pozwolenia na pracę. Zazwyczaj administracja Luksemburga przysyła nam kopie nowych pozwoleń na pracę wydanych Amerykanom.

Dexter skrzyżował ręce na piersi. Milczał.

– Kiedy je wydano?

– Słucham?

– Pańskie pozwolenie na pracę, panie Moore. Kiedy je wydano?

– Eee… Nie jestem pewien… Jakoś tak… niedawno.

Mężczyźni patrzyli na siebie przez szybę.

– Musiała zajść jakaś pomyłka – podpowiedział Dexter.

– Z pewnością.

– Czy potrzebna jest kopia? Tego pozwolenia na pracę?

– Owszem.

Kate wyczuwała napięcie emanujące z Dextera jak pole elektryczne.

– Przywiozę ją – powiedział. – To znaczy kopię. Czy musimy przyjeżdżać tu jeszcze raz oboje?

– Nie, panie Moore. Tylko pan.

***

– Ostatnia sprawa, Katherine.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.