Klementyna - Teresa Jadwiga Papi - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klementyna - Teresa Jadwiga Papi

Fabularyzowana powieść biograficzna dla młodzieży opublikowana w 1904 roku, której bohaterką jest Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, jedna z pierwszych polskich pisarek dla dzieci. Teresa Jadwiga Papi (1843–1906), pisząca pod pseudonimami Teresa Jadwiga, Teresa Gałęzowska, była polską powieściopisarką i nowelistką. Od 1868 roku prowadziła założoną przez siebie tajną szkółkę, a następnie pensję żeńską wraz z J. Herman-Iżycką. Działała na rzecz Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Organizowała pomoc dla więzionych w Cytadeli socjalistów. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Światem”, „Wieczorami Rodzinnymi”, „Moim Pisemkiem” i in. Pisała przede wszystkim powieści i nowele dla młodzieży, głównie dla dziewcząt. Wśród nich znalazły się utwory o tematyce współczesnej, obyczajowej: „Chwile rozrywki” (1876), „Ze świata rzeczywistości i świata fantazji” (1880), „Szlachetne marzenia” (1883), „Z różnych sfer” (1888), powieści biograficzne: „Klementyna” (1904) – o K. z Tańskich Hoffmanowej, „Gabriela” (1906) – o N. Żmichowskiej, a także ok. 30 powieści historycznych oraz cykl zbeletryzowanych dziejów Polski („Obrazki zżycia znakomitych Polaków i Polek”, 1899). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Klementyna - Teresa Jadwiga Papi

Fragment ebooka Klementyna - Teresa Jadwiga Papi






Spis treści

  1. Dedykacja
  2. WIĄZANKA ZACNYCH MYŚLI KLEMENTYNY Z TAŃSKICH HOFFMANOWEJ
  3. ROZDZIAŁ I Rodzice
  4. ROZDZIAŁ II W Puławach
  5. ROZDZIAŁ III W Izdebnie
  6. ROZDZIAŁ IV Napoleon Bonaparte
  7. ROZDZIAŁ V Nareszcie razem
  8. ROZDZIAŁ VI Chwilowi panowie
  9. ROZDZIAŁ VII Pierwszy występ
  10. ROZDZIAŁ VIII Klementyna autorką
  11. ROZDZIAŁ IX Pierwsze wawrzyny i pierwsze kolce
  12. ROZDZIAŁ X Po dniach radości ciężki grom
  13. ROZDZIAŁ XI Klementyna nauczycielką
  14. ROZDZIAŁ XII  Odwiedziny Niemcewicza
  15. ROZDZIAŁ XIII Nowe nieszczęścia
  16. Zakończenie
  17. Przypisy
  18. Kolofon

Pracę tę poświęcam ku czci matki mojej,

Teodozji z Gałęzowskich Papi.

Teresa Jadwiga

Dnia 29 października 1903 r.


WIĄZANKA ZACNYCH MYŚLI KLEMENTYNY Z TAŃSKICH HOFFMANOWEJ

Każdy znać powinien przynajmniej główne swoje usposobienie, wiedzieć, gdzie w duszy jego łatwiejszy jest przystęp dobremu, a gdzie silniejszej obrony przeciw złemu trzeba. Tego poznania używać jest obowiązany ku lepszej znajomości powinności swoich i ku dokładniejszemu ich wypełnianiu.

***

Chcąc kosztować prawdziwego szczęścia, trzeba zawczasu koło niego pracować; nie zbiera w jesieni, kto nie siał na wiosnę.

***

Człowiek na tej ziemi doskonałym nigdy, ale co dzień lepszym być może. Nie tylko postępować coraz dalej, ale wznosić się coraz wyżej ma prawo.

***

Dobra, pomyślność ziemską składające, mogą być pomocnikami szczęścia, ale źródłem jego jest sama tylko cnota. Cnota, owa moralność, owa wypłata wierna i chętna wszystkich powinności, owo spełnienie dobrowolne chociażby najtrudniejszego dobrego, owo pokonanie chociażby najpowabniejszego złego.

***

Doskonalenie się nasze granic nie ma, a to dlatego, że nam jedynie gonić doskonałość wolno.

***

Są boleści, których żadna myśl ziemska ukoić nie może, trzeba im więc koniecznie szukać ulgi wyżej.

***

W nieszczęściu przystał płacz, ale tylko przed Bogiem; choć zasnute łzami oczy mogą przejrzeć niebo, lecz kiedy na ludzi, na ziemskie sprawy chcesz patrzeć, otrzyj łzy... Męstwo jest cnotą nie tylko mężczyzn, ale i kobiet – i kobiety mają swoje dni bitwy.


ROZDZIAŁ I

Rodzice

Straszna burza szalała nad Wyczułkami. Z czarnych chmur, przed którymi uciekło słońce, lały się potoki wody; pioruny, hucząc groźnie, pisały złowieszcze znaki po ciemnym sklepieniu nieba, ziemia drżała chwilami; drzewa, miotane wichrem, jęczały płaczliwie. Zdawało się, że Bóg nowym potopem zamierza zniszczyć ziemię...

A jednak mimo piorunów, wichru i deszczu, mimo strachu, jaki owa burza budziła w sercach najodważniejszych mieszkańców Wyczułek, w jednym domu, wznoszącym się na skraju tej wioski i otoczonym topolami, było spokojnie.

W obszernej izbie, oświetlonej blaskiem płonącego na kominie ognia, skupiła się cała rodzina: rodzice, trzy córki, z których najstarsza liczyła zaledwie lat dziesięć, dwie starsze panienki, nieprzechodzące lat dwudziestu, siostry pani domu i dwaj ich bracia, niedorośli jeszcze chłopcy.

Dwie starsze córki, Aleksandra i Zosia, siedziały obok ojca, najmłodsza Klemunia, trochę ułomna, obok matki na taborecie, z głową opartą o jej kolana.

Cisza panowała w pokoju. Wszyscy zdawali się być zasłuchani w głosy burzy. Czarne oczy Klemuni patrzały bardzo poważnie. Matka gładziła w zamyśleniu ciemne włosy dziewczynki i kiedy niekiedy skierowywała spojrzenie na męża, chcąc wyczytać z jego źrenic, czy nie obawia się piorunów, lecz widząc zupełny spokój na jego czole, zwracała znowu wzrok na swoją najmłodszą.

Coś niemal dziecinnego było w spojrzeniu i w ruchach pani Tańskiej. Me wyglądała ona na matkę, lecz na starszą siostrę swoich córek.

– Czyż tak cały wieczór przesiedzimy? – odezwała się naraz najżywsza z grona, dziesięcioletnia Olesia. – Przykrzyć mi się zaczyna.

– Cóż chcesz robić? Do lasu, ni na łąkę nie pobiegniecie w taką ulewę, w domu tańców nie wyprawicie, gdy niebo się gniewa. Musicie czekać cierpliwie, aż uspokoi się nawałnica – odpowiedziała łagodnie pani Tańska.

– Mam prośbę do mamy – przemówiła nieśmiało Klemunia.

– Jaką?

– Nie wiem, czy mama pamięta obietnicę, jaką nam uczyniła, gdyśmy wszystkie trzy leżały chore na odrę?...

– Nie pamiętam.

– Przypomnij ją zatem matce, Klemuniu – wmieszał się do rozmowy pan Tański.

Klemunia zarumieniła się.

– Rodzice wspólnie czuwali nad nami podczas tej choroby – poczęła jednak mówić – po nocach nie sypiali. Sami podawali nam lekarstwa, poprawiali nam poduszki, najrozmaitsze przysługi nam oddawali, my wszakże mimo to nie zawsze bywałyśmy grzeczne. Olesia często, gdy mama wyszła z pokoju, lekarstwo z flaszki wylewała, by, jak mówiła, prędzej wyszło; Zosia zrzucała kołdrę z siebie, wołając, że jej za gorąco; ja wymykałam się cichaczem z łóżka do gabinetu, ojca po książkę, by czytać głośno siostrom. Pewnego dnia podpatrzyła nas służąca i oskarżyła przed mamą. Ale dobra, anielska mateczka nie złajała nas, tylko łagodnie przedstawiła, jak nasze nieposłuszeństwo może nam jedynie zaszkodzić; na zakończenie, kazała nam przyrzec, iż więcej nigdy nie dopuścimy się popełnionych dotychczas występków i obiecała, że jeżeli nadal będziemy posłuszne, to, gdy wyzdrowiejemy, będziemy mogły każda zanieść do niej prośbę, którą spełni niezawodnie.

– Przypominani sobie – rzekła, śmiejąc się wesoło, pani Tańska. – Olesia, jak tylko wstała, zażądała kawy ze śmietanką i dostała ogromną filiżankę. Zosia prosiła, bym podarowała jej białą czubatkę i hoduje sobie kurkę. Ty jedna o nic jeszcze nie prosiłaś. Mów przeto, jaka jest twoja prośba.

Klemunia podniosła ożywione oczy na matkę.

– Wszak prawda, że gdy kogo kochamy, to pragniemy znać nie tylko jego powierzchowność, ale też jego duszę, jego przeszłość, wszystko, co się łączy z tą osobą? – odezwała się znacznie śmielej teraz.

– Nie przeczę. Lecz do czegóż zmierza twój wstęp poważny? – spytała z uśmiechem pani Tańska.

– Do prośby, jaką zanoszę, by nam mama opowiedziała dzieje swego życia – odparła Klemunia.

Słowa te sprawiły dziwne wrażenie na pani Tańskiej: wyraz jej twarzy raptem spoważniał, na czole ukazała się głęboka bruzda; trwało to wszakże jedną, przelotną chwilę, po czym białe jej czoło znowu się wygładziło, błękitne oczy ożywiły, uśmiech powrócił na usta.

– Dobrą miałam młodość i dobre dzieciństwo – poczęła mówić zapatrzona w przestrzeń, jakby ową przeszłość widziała w mrokach, zapełniających obszerną izbę. – Mało jest tak miłych dla mego umysłu obrazów, jak ten, który nosze w sercu, wyryty wspomnieniami z domu rodzicielskiego... Dom ojca naszego był prawdziwie patriarchalny. Liczną miałam rodzinę: byłam piątym dzieckiem z kolei i kilkoro młodszych posiadałam jeszcze rodzeństwa. Dla sióstr starszych i braci miałam wiele szacunku, młodsi nawzajem mnie szanowali. Wszyscy zaś czciliśmy niemal naszych rodziców: życzenie ich było dla nas rozkazem, pochwała – najsłodszą nagrodą, nagana – najboleśniejszą karą. Swobodne, wesołe, kochające się, niewinne, naukami nieobarczane zbytecznie, pędziłyśmy życie szczęśliwe... Ojciec nasz był lekarzem, praktykę miał liczną, więc dom nasz należał do zamożniejszych. Rodzice zajmowali pierwsze piętro w dwuokiennej kamienicy na Starem Mieście, my dziewczęta pod opieką madame drugie, bracia z nauczycielem parter.

Co dzień rano schodziliśmy się wszyscy już o siódmej w pokoju rodziców na wspólną modlitwę. Tam ojciec odmawiał głośno „Ojcze nasz, Zdrowaś i Wierzę” oraz hymn Jana Kochanowskiego: „Kto się w opiekę poda Panu swemu”, my, klęcząc za nim po dwoje, powtarzaliśmy cicho jego słowa.

Po wspólnym pacierzu, a potem śniadaniu, rozchodziliśmy się każde do swoich obowiązków. Ojciec śpieszył do chorych na miasto i do zamku, gdyż był nadwornym lekarzem króla Stanisława Augusta, bracia do szkoły Pijarskiej; my z madame zasiadałyśmy w swoim pokoju do nauki, która ograniczała się na uczeniu się wokół fabuł francuskich i pisaniu listów francuskich oraz grze na klawikordzie; matka przez ten czas zajmowała się domem.

Obiad skupiał znowu całą rodzinę. Przyjemnie płynęły godziny przy stole. Ojciec dzielił się z nami nowinami, zebranymi w mieście, bracia opowiadali o figlach, płatanych w szkole.

Po obiedzie zwykle ktoś z gości nas odwiedzał, gdyż ojciec miał liczne stosunki, czasami matka ze starszymi córkami wybierała się w odwiedziny; a gdy nikt w domu się nie zjawił i matka nigdzie nie wyszła, wówczas wieczory spędzaliśmy z rodzicami. Ojciec czytał głośno „Żywoty świętych” Skargi, my dziewczęta z matką szyłyśmy dla biednych ciepłe kaftany, bracia strugali z drzewa figury do jasełek lub inne zabawki, i czas mile upływał.

Czasami bywaliśmy w teatrze. Ojciec miał abonowaną lożę na przedstawienia polskie i włoskie, więc starsze dzieci kolejno zabierał z sobą.

Kochałyśmy ojca bardzo, ale i bałyśmy się go jednocześnie: powagą i słodyczą, jaką się odznaczał, oraz wielką stanowczością potrafił on wzbudzać w nas bojaźń i miłość. Starszym był znacznie od żony, więc i ona go się lękała. Opowiedziała raz nam matka, jakiego wrażenia doznała, gdy po raz pierwszy przestąpiła próg domu męża... Wyobraźcie sobie, wprowadziwszy żonę do swego mieszkania, oddalił się naraz do przyległego pokoju, a gdy powrócił, podał  jej pęk kluczy i gandziarę1. „Oto godła obecne jejmości” – odezwał się surowym głosem – „wyszłaś za wdowca, który ma syna, więc w dniu dzisiejszym zostałaś gospodynią i matką jednocześnie. Daję ci znaki tych poważnych godności. Kluczy strzeż pilnie, aby nieład i złodziej nie zakradły się do twego domu; gandziary używaj na pasierba, jeśliby cię nie szanował dla twej młodości”.

Usłyszawszy ostatnie słowa, babka wasza ochłonęła, że gandziara nie na nią przygotowana.

Surowym był nasz ojciec, ale zacnym i dobrym bardzo – opowiadała dalej pani Tańska. – Iluż on biednych leczył darmo, ilu wsparł własnym groszem! To też Bóg błogosławił rodzicom. Choć po niebie snuły się wówczas chmury groźniejsze, niż te, jakie dziś nas straszą; choć stąd i zowąd złe wieści dobiegały, choć ojciec nieraz powrócił do domu z czołem mocno zmarszczonym, jakoś nie trwożyliśmy się zbytecznie. Z nadzieją patrzyliśmy w przyszłość, z wiarą, że miłosierny Bóg nie dozwoli, by z owych chmur wypadł piorun druzgoczący.

Nie sądźcie, by troski osobiste były zupełnie nieznane rodzicom. Któż jest wolny od nich? Z osiemnaściorga dzieci tylko dziesięcioro wychowali rodzice: ośmioro chorowało długo i ciężko i w końcu do trumny kłaść je musieli. Jednak nieszczęścia te nie zasiały goryczy w duszach ojca i matki, nie wprowadziły niezgody do ich domu. Ojciec nasz mawiał zawsze: „Człowiek powinien znosić nieszczęście, jak dąb burze. Nie wolno nam pozwalać przeciwnościom pochylać nas i łamać”. Słowa te nauczyły cierpieć mężnie matkę naszą i nas wszystkie dzieci.

Pewnego dnia spadło na nas wielkie nieszczęście. Miałam wówczas dopiero lat trzynaście. Było to południe. Ojciec powrócił do domu, lecz nie powitawszy nas, jak zwykle, uśmiechem, oddalił się do siebie i nakazał, abyśmy się cicho sprawowali. Matka podążyła za nim. Niecierpliwie jej oczekiwaliśmy. Powróciła niebawem i uspokoiła nas. „Drobnostka – rzekła – zrobiła się ojcu krosta na nodze i drażni go. Pewno wrzedzionka. Przyłożyłam kataplazm. Za parę dni będzie zdrów”.

Niestety, omyliła się: trzeciego dnia ojciec, zamiast wstać z łóżka, do trumny się przeniósł. Ta krosta niewielka nagle się rozszerzyła, w przeciągu kilku godzin zajęła całą nogę; wdała się gangrena i sprowadziła śmierć...

Ciężki to był cios dla naszej matki. Młoda, rozpieszczona wygodami, drobnymi dziećmi otoczona, straciła naraz nie tylko rozumnego przewodnika i opiekuna tkliwego, ale jednocześnie byt spokojny. A jednak ani jeden krzyk rozpaczy, ani jeden jęk bólu nie zamącił umierającemu ostatniej jego godziny. Ojciec nasz umierał cicho, pięknie wobec zgromadzonych dzieci i domowników: wyspowiadał się, przyjął Sakramenty, pobłogosławił nas, żonę i pożegnał przyjaciół... Skonał, trzymając w dłoniach krucyfiks hebanowy, przywieziony z Rzymu, ten sam, przed którym odmawiano co dzień rano i wieczór modlitwy, a który włożycie mi także w ręce, gdy będę umierała.

– Da Bóg, ta chwila nie tak prędko jeszcze nastąpi – odezwał się pan Tański, korzystając, iż opowiadająca, wzruszona wspomnieniem śmierci ojca, zamilkła.

Pani Tańska podniosła pełne miłości spojrzenie na męża.

– Nie pragnę wcale umierać, tak mi dobrze z wami – rzekła.

I otrząsnąwszy się z wrażenia, poczęła dalej snuć powieść własnego życia:

– Całą Warszawę ściągnął pogrzeb naszego ojca – mówiła nie bez pewnego odcienia dumy. – We wszystkich oczach malowało się współczucie, gdy spojrzeli na wdowę w grubej żałobie, otoczoną dziesięciorgiem dzieci, z których dwie starsze córki, Karolinę i Teresę, już mężowie prowadzili, a dwoje piastunki niosły jeszcze na ręku.

Tuż za trumną w krepie i czerni szła matka i my dzieci, za nami krewni, przyjaciele, potem tłum sierot i wdów ubogich, które również straciły ojca dobrego i tkliwego opiekuna. Wszyscy żałowali zacnego człowieka.

Dziadek wasz pochowany został w kościele Misjonarzy. Dotychczas po lewej stronie w tej świątyni widzieć można czarną marmurową tablicę, a na niej wyryty napis:

Jan Baptysta Czempiński, doktór medycyny Jego Królewskiej Mości. Żył lat 65, umarł 7 lutego roku 1786.

Ojciec nasz sumienną pracą i oszczędnością zebrał spory majątek – 200 000 złotych polskich. Ale, niestety, źle umieścił owe pieniądze. Nabył od Jezuitów ogromny plac nad Wisłą, wybudował tam kilka kamienic, młynów oraz magazynów, nazwał to miejsce Czempińskiem i powstało tara jakby małe państwo, bo zaludniło się. Lecz państwo owo dochodów nie przynosiło: uboga ludność zalegała w wypłacie, więc gdy po śmierci ojca ubyły dochody, jakie przynosiła praktyka lekarska i pensja królewskiego lekarza, rozpoczęły się kłopoty materialne, które co rok się zwiększały. Jednak, gdy czas serdeczną ranę zagoił, dawna pogoda wróciła do naszego domu, mimo wielkich zmian, jakie w nim zaszły. Matka zaprowadziła wszelkie możliwe oszczędności, wiele rzeczy zbytkownych sprzedała, wiele stosunków zerwała. Nie opłakaliśmy łzami tych zmian, wesoło było w domu, bo miłość serdeczna nas łączyła i przyjaciół szczerych nam nie brakło. Zięciowie pomagali matce wychowywać synów, zamężne córki starały się ulgę przynosić w kłopotach gospodarskich. I w świecie szerszym jakoś jaśniej było, więc i to przyczyniało się, że w sercach naszych było wesoło; patrzyliśmy z wiarą w przyszłość.

Była to zima. Święta Bożego Narodzenia zwabiły do nas ciotki. Piekłyśmy strucle, przygotowywałyśmy ozdoby do jasełek; nie było dnia, by nas nie odwiedził, kto z dobrych znajomych i nie przyniósł ciekawej, a jednocześnie pocieszającej wieści. Opowiadali nam o zacnych działaniach panów i króla, którzy właśnie na sejmie, od dawna się toczącym, układali nowe prawa o zmianach rozumnych, jakie mają być zaprowadzone w kraju. Święta minęły szczęśliwie, Nowy Rok rozpoczął głośny i wesoły karnawał. Brałyśmy udział w zabawach, gdyż od śmierci ojca już cztery lata upłynęły; nawet u nas tańczono kilka razy, ale przyjęcia bywały bardzo skromne. Nie zniechęcało to jednak młodzieży, której coraz więcej bywało u nas.

– Bywał wówczas bardzo częstym gościem u pani Czempińskiej sekretarz w gabinecie interesów zagranicznych, wasz ojciec – odezwał się pan Tański, przerwawszy niespodzianie opowiadanie żony. – Oczarowany zawsze uśmiechniętą panną Marią, spędzał on w domu jej matki bardzo przyjemne chwile.

– Proszenie przeszkadzać – udając zagniewaną, rzekła pani Tańska.

I poczęła dalej opowiadać:

– Pan sekretarz używał dobrej sławy w towarzystwie. Był bardzo przyjemny, znosił nam zawsze ciekawe nowiny ze świata szerszego, więc ujął naszą matkę i gdy się o mnie dnia pewnego oświadczył, został przyjęty. Dnia 29 stycznia roku 1791 odbył się nasz ślub.

Zapomniałam w domu męża o kłopotach gospodarskich, zapomniałam wymawiać takie wyrazy, jak: „To za drogie”, „Na to nas nie stać”. Otoczona zbytkiem, pędziłam życie swobodne, kochana i kochająca czułam się bardzo, bardzo szczęśliwą. Żadna troska nie zasępiła naszego nieba, bo też był to rok tak bardzo dla wszystkich szczęśliwy! Przybycie na świat Olesi powiększyło nasze osobiste szczęście. Teraz już staje jedna z sióstr u nas mieszkała. Mówiły, że chcą mi w pracy ulżyć. Byłam im serdecznie za to wdzięczną, gdyż ojca waszego często sprawy szersze zmuszały opuszczać Warszawę, a ja, mimo wrodzonego mi wesołego usposobienia, samotności nigdy nie znosiłam. Siostry kolejno przebywały u nas. Jeździłam z nimi na zabawy, gości razem z nimi przyjmowałam. Wesoło płynęły nam dni...

Ale, niestety, szczęście rzadko kiedy bywa trwałem; naraz poczęły ukazywać się na horyzoncie chmury, ojciec wasz począł wracać do domu smutny, milczący, z czołem zmarszczonym... Jam wszakże nie pytała, co to znaczy: lękałam się spłoszyć ciekawością złote moje dni.

Ilekroć pytanie nasuwało się na me usta, stawała mi zawsze przed oczyma owa boginka grecka, Pandora, o której madame na lekcjach nam opowiadała, i głos jakiś zdawał się szeptać do mnie: „Pamiętasz, jak gorzko opłakałam swoją ciekawość?” Więc nie pytałam męża o przyczynę smutku, ale pieszczotą i wesołością usiłowałam spłoszyć brzydkie zmarszczki z jego czoła. On wdzięcznym był mi za to i mawiał często: „Jeno w domu nabieram otuchy do życia”.

– W istocie, gdyby nie ty, gdyby nie owa dobra chwila odpoczynku, jakiej w domu własnym zażywałem w owych ciężkich chwilach, kto wie, czy nie byłbym tak skończył, jak wielu – odezwał się pan Tański, z miłością spojrzawszy na żonę.

Wdzięcznym spojrzeniem odpowiedziała mu ona na te słowa, po czym tak mówić poczęła:

– Coraz ciemniej robiło się dokoła, coraz częściej wyjeżdżał wasz ojciec z domu. W końcu dowiedziałam się przyczyny jego zasępienia: choć nie pytałam, znaleźli się tacy, co mi powiedzieli, iż grozi nam najstraszniejszą ze wszystkich klęsk – wojna domowa...

Uczyła nas madame troszkę historii powszechnej, a najobszerniej starożytnej; wiedziałyśmy przeto od niej, że Greków zgubiła wojna domowa; słyszałam od niej o sławnym Memnonesie, który, gdy Grecy zebrali się, by radzić, czy prowadzić wojnę bratnią, zamiast wyrzec swoje zdanie, wziął do ręki płonącą pochodnię i dom własny podpalił. Czynem tym powiedział wyraźnie braciom: „Tą wojną podpalicie własne gniazda i zginiecie marnie w płomieniach”.

Nieraz zebranym u nas gościom przypominałam tę powieść. Wzdychali wówczas ciężko trzęśli głowami i milczeli, jak Memnones, a jam ich również rozumiała: czuli się bezsilni... Coraz posępniej robiło się dokoła, coraz więcej zmarszczek zbiegało się na czole waszego ojca. W tych to czasach ty, Zosiu, przyszłaś na świat. Może dlatego tak bladą i smutną zwykle jesteś: nie przyświecało twej kolebce owo wesołe, ciepłe słońce, jakie otoczyło swymi pełnymi blasku promieniami kołyskę Olesi... Gdy na was patrzę, to czynicie na mnie wrażenie: Olesia róży, która kwitnie tam tylko, gdzie słońce w pełni świeci, Zosia – konwalii, wyrosłej w cieniu lasów.

– O, ja lubię cień i ciszę! – odparła Zosia. – Smutku się nie boję.

– Nie cierpię ciemności, ciszy i smutku – odezwała się żywo Olesia. – Przyświecało mej kolebce słońce i świecić będzie nadal, świecić musi!

Słowa te wywołały zmarszczkę na czoło pana Tańskiego.

– Nie zawsze idziemy tą drogą, którą pragnęlibyśmy iść – odezwał się poważnie. – Wola Boża silniejsza od ludzkiej.

– Dlaczegoż Bóg miałby nie chcieć, żebym była szczęśliwą? – zapytała z minką zadąsaną Olesia.

– Bo ci dużo brak do doskonałości, a cierpienie wyrabia człowieka – odparł ojciec.

Przestraszyły te słowa matkę i przygarnęła najstarszą, córkę do serca.

– Czyż tylko cierpienie wyrabia człowieka? Dlaczegoż by szczęście nie miało go czynić coraz lepszym i mędrszym? – zapytała nieśmiało.

Pan Tański westchnął.

– Niestety, takich niewielu w życiu – odparł – a nasza Olesia podobno należeć będzie do tych, którzy całe życie przypominają krnąbrne dzieci: dziecko, gdy ujrzy rózgę, pokornie je natychmiast; człowiek dorosły poprawia się, gdy go smutek dotknie...

Na chwilę w pokoju zapanowało milczenie. Jęk wichru i huczenie gromów znowu było słychać donośniej. Ale pani Tańska niebawem poczęła snuć dalej przerwane opowiadanie:

– Smutnie skończyła się dla wszystkich wojna domowa, o której wspomniałam. Któż nie poniósł wówczas strat serdecznych, nie przeżył chwil tragicznych? Myśmy do wybranych nie należeli. Gruba żałoba pokryła nasz dom... Nieraz wam opowiadałam, jak mocno pokocha łam rodziców swego męża. Rodzonych lepiej nie kochałam. Straciłam, niestety, oboje w jednym dniu, i to w tak tragiczny sposób, że dzień ich śmierci nie wyjdzie mi nigdy z pamięci...

Był to wieczór. Ojciec wasz pojechał do chorych; ja siedziałam z ciotką Justynką, która wówczas bawiła u nas. Gawędziłyśmy zrazu, a potem zamilkłyśmy jakoś i pogrążyłyśmy się w zamyśleniu. Okna mego pokoju wychodziły na Wisłę. Jakieś gwary głośniejsze, niż zwykle, dochodziły z ulicy, a słońce roztoczyło krwawe światło na widnokręgu.

Jak długo milczałyśmy, tego nie wiem. Zbudziłam się z zadumy, gdyż ktoś zwolna uchylił drzwi. Podniosłam czoło i zobaczyłam wchodzącego ojca waszego. Blady był niezwykle... zdawał się chwiać. Zaniepokojona podbiegłam do niego.

– Czy się co stało? Czyś słaby? – zapytałam.

On drzwi zamknął i ujął moją dłoń.

– Będziesz odważną? – zapytał głosem zmienionym.

– Jestem – odparłam.

– Rodzice moi nie żyją – rzekł cicho. Z ust moich wydarł się krzyk.

– Nie żyją!... Oboje?... – powtórzyłam, przypuszczając, iż go źle słyszałam.

On dłoń oparł na moim ramieniu.

– Pożar ogarnął ich domek... zginęli w płomieniach... Zmów za ich dusze pacierz – rzekł drżącym głosem. – Bądź odważną – dodał, widząc, że blednę.

To powiedziawszy, rzucił się na fotel i twarz ukrył w dłoniach. Myśmy uklękły w oknie i zmówiłyśmy pacierz za umarłych. Teraz sio przekonałam, że owo krwawe światło szło nic od słońca zachodzącego, ale od łuny, którą pożar po niebie roztoczył.

Wielkie zmiany zaszły w Warszawie w przeciągu kilku miesięcy. Prusacy rozsiedli sio w naszej stolicy. Rządy były bardzo ciężkie. Wszyscy urzędnicy miejscowi zostali usunięci, obowiązki ich Niemcy objęli...

Pani Tańska umilkła. Wzruszenie odjęło jej mowę. Podniosła wzrok na męża. Zdawała się go prosić, by ją wyręczył. On zgodził się chętnie.

– Do liczby ludzi, pozbawionych chleba należałem i ja – począł mówić. – Straciłem urząd, od lat wielu piastowany, i zabrano mi kapitał, jaki miałem w banku umieszczony. W wojnie domowej, która, przez lat dwa niepokoiła naszą ziemię, straciłem przeto: rodziców, pracę i majątek, ale nie straciłem wszystkiego. Zgrzeszyłbym ciężko, gdybym to powiedział. Straciłem wiele i zyskałem wiele w tych dniach ciężkich. Wówczas to dopiero poznałem, jak zacną mam żonę i jak serdecznych przyjaciół... Z jakimże spokojem, z jaką rezygnacją zniosła matka wasza zmianę losu! Nie ja, lecz ona była wówczas siłą naszego ogniska.

Z jaką ochotą śpieszyli do mnie krewni i przyjaciele z radą, z pomocą. Państwo Łuszczewscy bardzo zamożni obywatele, dobrzy znajomi nasi, wezwali mnie do siebie. Posiadali oni rozlegle dobra, leżące w pobliżu stolicy. Jedną ze swoich wiosek oddali mi w dzierżawę, kaucji nie żądając. Przyjąłem propozycję, chociaż zajęcie nie odpowiadało moim zdolnościom i nie miałem zamiłowania do rolnictwa. Ale musiałem zapewnić sobie i wam chleb powszedni. Wówczas to przenieśliśmy się tutaj do Wyczułek... Maleńkie byłyście jeszcze wtedy, Olesiu i Zosiu, nie odczułyście przeto zmiany losu. Klemuni nie było jeszcze na świecie. Odczuć mogła tę zmianę tylko matka wasza. Od kolebki wychowana w dostatkach, naraz przeniesiona została do chaty słomą krytej, gdyż w Wyczułkach dworu nie ma i nie było, a przecież nawet jedno słowo zdziwienia nie wybiegło z jej ust, gdyśmy tutaj przyjechali. Z uśmiechem na ustach spożywała proste potrawy, z których nasz obiad tutaj się składał; piosnką słodziła sobie zajęcia domowe, jakim oddawać się odtąd musiała sama; z pogodnym czołem witała mnie, powracającego z pola i pieszczotą rozpędzała chmurę z czoła, jaką Praca fizyczna zwykle u mnie wywołuje; wlewała mi słowami otuchy nadzieję w serce, gorycz z duszy wyganiała.

Ciężkie, bardzo ciężkie przechodziliśmy zrazu chwile. Ileż to razy z powodu braku grosza zmuszeni byliśmy sprzedawać dawne po ojcach pamiątki. Gdy Klemunia przybyła na świat, by opłacić chrzest, sprzedałem srebrne świeczniki: dziadek kościelny i babka podawali cię, dziecino moja, do chrztu, gdyż gości spraszać nie chciałem. A jednak, wierzcie mi, ja tej zmiany losu nieszczęściem nie nazwałbym, bom w tych smutnych dniach doznał tyle słodkich chwil dzięki matce waszej; to toż codziennie dziękowałem wówczas Bogu, że mi dał tak dobrą i rozumną, tak serdeczną i jasną, tak odważną i pracowitą towarzyszkę życia.

– Kochałam zawsze mamę. Od dziś dnia czcić ją będę – odezwała się Klemunia, składając pocałunek na ręce pani Tańskiej. – Pamiętam, gdy chorowałam na odrę i ojciec powiedział do mamy: „Maryniu, odbierz Klemuni książkę, bo w tej chorobie czytanie szkodzi oczom”, jam płakała i wyrzekała, jak gdyby mi kto krzywdę wyrządził. Muszę się nauczyć cierpieć cicho, pięknie i z godnością.

– Wypowiedziałaś to, o czym ja myślałam – odezwała się nieśmiało Zosia.

– Chociażbym tysiąc razy powiedziała „Muszę nauczyć się cierpieć cicho”, wiem, że nie nauczę się! – wykrzyknęła Olesia. – Toć lżej robi się na sercu, gdy wypłaczemy nasze zmartwienie.

– Tak mówią ci, którzy siebie tylko kochają – odezwał się pan Tański. – Matka twoja, Olesia mnie i was więcej, niż siebie, kochała.

Olesia zamyśliła się.

– Czemu Pan Bóg na ludzi dobrych zsyła zmartwienia? – rzekła. – Doprawdy, tak być nie powinno. Rodzice byli zawsze dobrzy, i Pan Bóg odebrał im majątek.

– Co tam majątek! – odezwała się pani Tańska. – Skromne jest nasze położenie, jednak nigdy głodu nie doznajemy, nigdy zimno nam nie dokucza i na brak wesołości narzekać nie można. Izdebno, Guzów, Strugi dostarczają wam niemało rozrywek.

Przy tych słowach piękne oczy pani Tańskiej ożywiły się, na ustach zjawił się uśmiech niemal swawolny.

– Zabawna przygoda zdarzona w Izdebnie stanęła mi w pamięci – rzekła. – Byłam wówczas piętnastoletnią dziewczyną. Przypadały właśnie imieniny panny Doroty Szymanowskiej. Starościna, jej matka, zaprosiła sąsiadów na uroczystość rodzinną. Należeliśmy do zaproszonych. Trzy córki dorosłe, lat 18 nieprzechodzące, były wówczas w domu. Panna Dorota nie więcej liczyła. Żyłyśmy z nią w serdecznej przyjaźni, więc z radością pośpieszyłyśmy na imieniny. Me zawiodły nas nadzieje. Gości zjechało bardzo wiele. Wszyscy cale trzy dni zabawili, gdyż uprzejma starościna kazała pozdejmować koła z powozów, aby nikt wcześniej odjechać nie mógł. Młodziutka wówczas i bardzo ożywiona panna Dorota bogata była w pomysły nowych rozrywek. Urozmaicała nam czas tańcami, połowem ryb, płonących przy świetle pochodni, sanną i grami towarzyskimi. Trzeciego dnia ktoś z gości rzucił myśl, aby przebrać się w różne stroje narodowe, lub za kwiaty. Wszyscy przyklasnęli projektowi. Damy poczęły obmyślać kostiumy. Ja postanowiłam pozostać makówką. Zrobiłam sobie z czerwonej materii sztuczną makówkę, jako strój na głowę, i drobnymi makami, własną również ręką zrobionymi, przystroiłam białą swoją suknię. Siostrze mojej Justynie przyszła ochota przebrać się za Włoszkę. Miała w swojej garderobie czerwoną spódnicę i fartuszek wzorzysty oraz szeroką szarfę; tę upięła na głowie na wzór Neapolitanek. Brakło jej wszakże jeszcze pończoch czarnych jedwabnych, lecz i temu zaradziła: przypomniała sobie, że nasz ojciec takowe posiada, i nie pytając o pozwolenie, wyjęła je w sekrecie z tłomoczka i ustroiła się.

Wieczór kostiumowy udał się doskonale. Tańczyliśmy do godziny 8 rano. Nasza Włoszka jednej chwili nie odpoczywała.

Zmęczone i rozmarzone wróciłyśmy do przeznaczonego nam w Izdebnie pokoju, w którym mieściłyśmy się wspólnie z rodzicami. Justynka, chcąc nogom przynieść ulgę, przede wszystkim najprzód zdjęła trzewiki. Ja głową się zajęłam: makówka mnie cisnęła. Wtem krzyk przerażenia rozległ się w pokoju. Wszyscy zwróciliśmy spojrzenia na Justynę, poznaliśmy bowiem jej głos.

– Co to znaczy? – zapytał ojciec, odjąwszy zwolna od ust fajeczkę, którą zwykle palił, zanim udał się na spoczynek.

Justynka w odpowiedzi szybkim ruchem ściągnęła pończochy z nóg i, podniósłszy ramiona w górę, padła przed ojcem na kolana.

Siliłam się, by śmiechem nie parsknąć, tak komicznie wyglądała, lecz surowe spojrzenie ojca zatrzymało mi śmiech na ustach.

– Co znaczą te strzępy? – zapytał, wskazując podarte pończochy, którymi Justynka, łkając na cały głos, powiewała nad swoją głową.

A gdy nie otrzymał odpowiedzi, dodał:

– Poznaję w tym łachmanie swoją własność zniszczoną. Skąd waćpanna wzięłaś te pończochy?

– Z tłumoka – wyjąkała Justynka.

– Ukarałaś się sama dostatecznie – rzekł ojciec, nie zmieniając tonu. – Wypadek ten niech cię nauczy, jak niebezpiecznie jest stroić się w cudze piórka. Teraz uklęknij przed obrazem Matki Najświętszej i zmów trzy zdrowaśki, jako pokutę za przestąpienie siódmego przykazania.

Justynka pochyliła się z pokorą do kolan ojca i spełniła jego rozkaz. Jestem pewna, iż zmówiła wówczas, prócz trzech pozdrowień, jeszcze modlitwę dziękczynną, iż z dużej chmury taki mały deszcz spadł na nią.