Klątwa karłowatych mnichów - Wioletta Zatylna - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 233 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klątwa karłowatych mnichów - Wioletta Zatylna

Ewa, powodowana niewytłumaczalnym impulsem, w dniu swojego ślubu wywołuje mały skandal. Ląduje bowiem na kościelnym murze i łakomie zajada czereśnie rosnące w zasięgu jej rąk. Nie znajdując wsparcia w rodzinie ani przyszłym małżonku, ucieka sprzed kościoła w towarzystwie zwariowanego szofera.

 

Dręczy ją pytanie, jakim cudem wbrew sobie znalazła się na kościelnym murze, połykając ze smakiem czereśnie. Ewa wysyła więc swoją babcię Nelę do rodzinnej posiadłości, aby spróbowała dowiedzieć się, czy komuś jeszcze z jej rodziny przytrafiła się podobna historia. Nela w starym, rolniczym kalendarzu odnajduje zapiski, informujące jak to najmłodsza córka gospodarzącego przed wielu laty w Skórzewie imć pana Maszkowskiego kradła czereśnie wiszące nad kościelnym murem, wynikiem czego było natychmiastowe wysłanie jej do klasztoru Norbertanek w Krakowie.

 

Maszkowscy to daleka rodzina przyjaciela Ewy. Dzięki pomocy jego ciotki, odrobinę zwariowanej artystki, trafiają na zapiski siostry Bartolomei de domo Marii Maszkowskiej. Z nich dowiadują się historii „straszliwej” klątwy wiszącej nad rodziną. Klątwy karłowatych mnichów…

Opinie o ebooku Klątwa karłowatych mnichów - Wioletta Zatylna

Fragment ebooka Klątwa karłowatych mnichów - Wioletta Zatylna




Strona redakcyjna


Klątwa trendowatych mnichów

Takiego skandalu w naszej rodzinie jeszcze nie było – powtarzała matka zmartwiałym głosem. Wyglądała niczym Ofelia tuż przed popełnieniem samobójstwa, ale cały dramatyczny efekt psuł śmiesznie przekrzywiony kapelusz, którego wielkie rondo oklapło z obu stron jak uszy spaniela. Ciotka Czecha uśmiechała się szyderczo, co w jej wydaniu wyglądało, jakby obie wargi obcięła sobie tępą żyletką. Z twarzy Marty nie znikał wyraz chłodnej wyniosłości. Nic nie było w stanie zakłócić jej spokoju. Genia uśmiechała się dobrotliwie, jakby nie rozumiejąc, o co to całe zamieszanie. Natomiast babcia Nela spoglądała tajemniczo, o dziwo, nie odzywając się ani słowem. Mężczyźni w tej rodzinie nigdy nie mieli zbyt wiele do powiedzenia, więc i tym razem milczeli przezornie, unikając spojrzeń swoich małżonek. Reszta wytwornych gości po raz pierwszy w życiu nie wiedziała, jak się zachować, gdyż wybryk Ewy nie został niestety opisany w żadnym podręczniku savoir-vivre’u.

Tymczasem sprawczyni całego zamieszania siedziała okrakiem na kościelnym murze, zajadając łakomie czereśnie. Jej suknia, od Ewy Minge, w kolorze écru podwinęła się niemal pod biodra, ukazując całkiem zgrabne nogi oraz jakże niestosownie seksowne podwiązki.

Oszołomiony Rofl wpatrywał się w swą wybrankę, rozważając iście hamletowski dylemat: Podejść albo nie podejść?

Nagle z tłumu gości wysunął się jedyny mało wytworny osobnik, który podszedł do Ewy i coś do niej powiedział, gdy ta nie zareagowała, podniósł do góry prawą nogę odzianą w błyszczący, acz nieco przechodzony lakierek, oparł nią o występ muru, uniósł do góry obie ręce i jednym zdecydowanym ruchem spróbował wspiąć się i usiąść obok panny młodej. Niestety mur był wysoki, a Watek wzrostu przeciętnego, toteż ta rycerska próba zakończyła się fiaskiem. Jeszcze kilkakrotnie podejmował bohaterskie próby znalezienia się obok Ewy, ale żadna nie była udana. Watek, a także większość obserwujących jego wysiłki gości, zachodził w głowę, jak Ewie, która była ciut niższa od swego przyjaciela, udała się ta sztuka.

Nie wiadomo, jak długo zgromadzeni przed świątynią goście weselni trwaliby w swym stuporze, gdyby nagle sama winowajczyni, która pożarła wszystkie czereśnie znajdujące się w zasięgu jej rączek, nie zeskoczyła z wdziękiem z muru okalającego kościelne zabudowania i z promiennym uśmiechem nie spytała:

– Na co się tak gapicie?

– Ależ... Biedroneczko, ależ Biedroneczko... – zająknął się Rofl. Po jego twarzy, podczas całego wydarzenia, przesunęła się cała paleta barw, od czerwieni po biel, obecnie z lekką domieszką niebieskiego. Usta jego otwierały się i zamykały bezgłośnie jak u ryby wyciągniętej na brzeg.

– Tego się po tobie nie spodziewałam – wyszeptała mama, wysyłając jednocześnie przepraszający uśmiech w stronę swojego przyszłego zięcia. – Przeproś go... i nas wszystkich – mówiła nadal cicho, lecz coraz bardziej stanowczo. Ewa jednak zdawała się nic nie rozumieć, toczyła nieobecnym wzrokiem po zebranych gościach, a gdy jej spojrzenie napotkało oczy Rofla, pojawił się w nich, jak gdyby cień dezaprobaty. – Dziewczyno, obudźże się wreszcie! – Tym razem mama podniosła głos i oburącz mocno potrząsnęła Ewą.

– Zostaw ją, to nieuniknione – babcia Nela zachowywała stoicki spokój.

– Hańba! – krzyknęła mama, na co Ewa parsknęła tylko śmiechem, po czym odwróciła się, podbiegła do limuzyny (oczywiście w kolorze écru) i drżącą ręką szarpnęła za klamkę.

Z przodu, od strony kierowcy nadciągnął dziarskim krokiem mężczyzna w typie Rudolfa Valentino, który ubrany był w uniform przypominający skrzyżowanie stroju torreadora oraz płaszcz w stylu desperado tyle że w kolorze – a jakże! – écru.

– Panieńka, czegoś zapomniała? – zapytał, spoglądając ze zdumieniem na nieudolne próby otwarcia drzwiczek stylowej limuzyny w wiadomym kolorze. – Nie trza tak szarpać, dziewczyno, klameczka poddaje się lekutko – tłumaczył łagodnie, słusznie mniemając, że ma do czynienia z osobą ciut niezrównoważoną.

– Błagam! Niech mnie pan stąd zabierze! I niechże się pan pospieszy! – wybuchnęła panna młoda, potwierdzając tym okrzykiem najgorsze obawy kierowcy.

– Jakże to? Już po ceremonii? – szofer z niezwykłą delikatnością usiłował zrozumieć przebieg wydarzeń.

– Żadnej ceremonii nie będzie! Chyba że pogrzebowa! – krzyknęła Ewa, ujawniając pierwsze objawy histerii.

– To znaczy?! A niech to bocian straci równowagę! – twarz szofera rozjaśniła się w nagłym przebłysku olśnienia najszczerszą, najpromienniejszą radością. – To znaczy, że panieńka nawiewa sprzed ołtarza?!

– Chętnie utnę sobie z panem pogawędkę. O ile rzeczywiście uda mi się nawiać – sceptycznie zauważyła Ewa, wskazując na swą rodzicielkę, która nieoczekiwanie otrząsnęła się z roli żony Lota i poczęła zbiegać po schodach, usiłując czynić to z godnością, co zważywszy na jej przesadnie wysokie obcasy, było oczywiście niemożliwe.

– Święty Krzysztofie! Na swędzące wątpie, niechże panieńka wskakuje! – wstrząśnięty, acz nie zmieszany, Valentino mało dwornym gestem wepchnął niedoszłą oblubienicę do wnętrza swej nader wytwornej limuzyny i przytrzymując swoje dość niezwykłe nakrycie głowy, z prędkością światła pognał za kierownicę. Ruszył z fasonem w momencie, gdy matka stawiała ostatni, w jej mniemaniu niezwykle godny, kroczek na kościelnych schodach.

– To dokąd jedziemy?

– Żebym to ja wiedziała... Chyba przed siebie – odparła Ewa, chichocząc i tym samym zdradzając coraz wyraźniejsze objawy histerii.

Uśmiech kierowcy w tym momencie rozciągnął się niemal na objętość głowy.

– O trzy piszczałki! Ja całe życie o czymś takim marzyłem, bo ja, panieńko, taksiarz jestem, z dziada pradziada można rzec, no i zawsze sobie marzyłem, szczególnie jak się człowiek różnych takich filmów naoglądał, że mi jakiś gościu wsiądzie do taryfy i każe jechać za jakimś wypasionym wózkiem. A tu jeszcze piękniej, no po prostu uciekająca panna młoda albo jeszcze lepiej ten absolwent z Dustinem, co to ją na motorze wywiózł. Bo ja, panieńko, to taki bardziej sentymentalny jestem, a w dodatku zaprzysięgły kinoman.

Ewa, teraz już z obłędem w oczach, słuchała monologu szofera, który pogrążony w euforii wykrzykiwał swe taksiarskie szczęście!

„No tak, tylko mnie mogło się przytrafić, że swoim idiotycznym wyczynem zdołałam uszczęśliwić jakiegoś pomylonego miłośnika romantycznych komedii” – pomyślała Ewa.

To była jedyna dobra wiadomość w dniu, który miał być najszczęśliwszym dniem Ewinego życia.

***

Pędząca limuzyna, o dziwo, nie zainteresowała naszych czujnych stróżów prawa, i dość zręcznie torowała sobie drogę.

– No dobrze, panieńko, ale nie możem tak gnać w nieskończoność, trza podjąć jakąś decyzję. – usłyszała Ewa pierwszą rozsądną uwagę z ust rozanielonego szofera.

„Boże, dokąd mam jechać, przecież nie mam przy sobie pieniędzy ani karty, a cała rodzina tudzież przyjaciółki, do których mogłabym się zwrócić z prośbą o pomoc, akurat odżegnują mnie od czci i wiary, prześcigając się zapewne w najbardziej złośliwych domysłach”. – myślała gorączkowo.

– Dokąd? – Ewa jęknęła rozpaczliwie niczym duch Hopkirka (pasje filmowe Valentino zdawały się być zaraźliwe).

***

– Mimo wszystko... w ramach rekompensaty... zapraszamy wszystkich do „Białego Łabędzia”... na uroczysty obiad... – Mama Ewy próbowała tymczasem ratować sytuację, lecz język jej się plątał i brakowało słów.

– Terrible! – Rofl odzyskał głos. – Jak w brukowej powieści, nie mogę dłużej w tym uczestniczyć! – I oddalił się, krocząc dostojnie, tylko jego lewe ramię podrygiwało lekko, zdradzając wewnętrzne wzburzenie.

Goście miny mieli markotne, ale na wiadomość o obiedzie oblicza im się rozchmurzyły, a następnie ożywiły, bo to przecież doskonała okazja do przedyskutowania tak niecodziennego wydarzenia. Tylko Watek był dziwnie smutny i grzecznie odmówił uczestnictwa w obiedzie.

***

– A niech to ciasny świąd pogalopuje! Taka paradna panieńka nie ma się dokąd udać?! Kurna, w życiu w to nie uwierzę, no chyba ma panna jeszcze jakisik absztyfikantów na podorędziu, co by chętnie udzielili schronienia? – podzielił się swymi przekonaniami wyraźnie wzburzony Valentino.

– O w życiu! – wykrzyknęła Ewa. – Wszelkich absztyfikantów to ja na razie mam powyżej muru.

– No skoro tak – mruknął ze zrozumieniem szofer.

– Ale – ożywiła się Ewa – gdyby mógł mi pan poświęcić trochę czasu, no i okazać odrobinę zaufania, bo ja chwilowo jestem raczej niewypłacalna...

– Nie bój żaby, panieńko, toć ja jestem opłacony, że tak powiem, sowicie na cały dzień, a o mój czas to się już wcale nie trzeba kłopotać, bo ja taki bardziej samotny jestem, jak nie przymierzając ten bidny Ricki z „Casablanki”.

– To w takim razie jedziemy do mojej babci, do Lanckorony – powiedziała uspokojona Ewa.

***

Ewa wyjęła klucz, który ukryty był w starym gumofilcu spoczywającym od zawsze w schowku pod werandą, i z wahaniem spojrzała w stronę nadciągającego od podjazdu kierowcy.

– Wie pan, skoro dysponuje pan wolnym czasem, to może wstąpiłby pan na herbatkę i dotrzymał mi towarzystwa – zaproponowała Ewa, która za żadną cenę nie chciała pozostać sama ze swoimi rozszalałymi myślami.

– O w mordkę jeża! Chętnie pani... panieńce potowarzyszę. Oczywiste, że nie może panna zostać się teraz sama, ale za herbatkę to ja podziękuję. Mniemam, że w tej sytuacji przydałaby się ocipina (miała być ociupina, ale czyż ocipina nie brzmi uroczo? Wiwat literówki!) czegoś mocniejszego. A ja mam w barku stęsknionego „Johnny Walkera”.

– Nie! – stwierdziła stanowczo niedoszła oblubienica. – Żadnych brytyjskich trunków, w ogóle nie życzę sobie niczego angielskiego i najlepiej niech pan nie wymienia żadnych słów na literę „A”.

– Ho, ho, a czym to się Angole tak panieńce przysłużyli?

– Wie pan, to dłuższa historia, więc może najpierw wejdźmy do środka?

– Z miłą chęcią, ale muszę najpierw wyciągnąć jaką butelczynę, a nie wiem, co panieńce zaproponować – odpowiedział zafrasowany Valentino.

– A nie ma pan czystej?

– Oczywista, że mam, aliści nie sądziłem, że taka elegancka dziewczyna będzie piła zwykłą siwuchę. No, ale nasze dziewczątka zawsze miały dobry smak i byle cudzoziemskimi trunkami nie wycierały sobie podniebienia. O moja Jadwinia takoż preferowała wódeczkę! – rozrzewnił się nagle. – No to lecę, a panieńka przyniesie jakieś szkiełko i może zakąseczkę, bo tak na pusty żołądeczek, to nas szybciusio zmoże.

– A niech tam – westchnęła z rezygnacją Ewa. – Mnie tam już nawet pijackie wybryki nie mogą zaszkodzić.

– No faktycznie, ocipinkę dziewczyno dzisiaj narozrabiałaś – zgodził się z nią jej świeżo nabyty przyjaciel.

– Wcale nie taką ociupinkę! Obawiam się, że po moim wyskoku, rodzina rzuci na mnie klątwę – powiedziała nieopatrznie Ewa, nie zdając sobie oczywiście sprawy, iż straszliwa klątwa od dawna ciąży nad jej rodziną i rzucanie dalszych, choćby jak najbardziej zasłużonych, absolutnie mija się z celem.

Rzecz jasna w domostwie babci Neli nie brakowało szkła, natomiast z zakąskami był pewien problem. Najwyraźniej kobieta, mając perspektywę niezłej wyżerki na weselu ulubionej i jedynej wnuczki, nie kłopotała się zaopatrzeniem lodówki, której wnętrze świeciło niemal idealnymi pustkami. Na najwyższej półce stały jedynie dwie nieokazałe puszki tuńczyka i brzoskwiń. Ewa wykazała się nieoczekiwaną w jej stanie umysłowym inwencją i otworzywszy nieszczęsne puszeczki, wyłożyła na półmisek brzoskwinie, po czym udekorowała je niezbyt hojnie tuńczykiem. Wywiązawszy się w ten sposób z powierzonego jej przez towarzysza niedoli zadania, zeszła jeszcze do piwnicy po słoiki marynowanych grzybków tudzież korniszonków, słusznie mniemając, że szofer z dziada pradziada brzoskwiniami ugarnirowanymi tuńczykiem raczej się nie zadowoli. Przytomność umysłu nie opuszczała jej nawet w pogrążonej w mroku piwnicy, gdyż oprócz słoiczków marynat wyniosła jeszcze z babcinej piwnicy dwie nadobne flaszki słynnej w Lanckoronie i okolicach jeżynówki Neli.

Tuląc cały ten majdan do łona, wychynęła wreszcie z podziemi i wkroczyła do błękitnego saloniku, gdzie czekał już Valentino, który z równą czułością trzymał w garści dwie butelki „Pana Tadeusza”.

– A to się panieńka ufajdała – powiedział szofer, wskazując na jej wysmarowaną piwnicznym kurzem kieckę.

Tego było już nieszczęsnej dziewczynie za wiele! Jej cudowna, wybierana z taką pieczołowitością, suknia od Ewy Minge ubrudzona kurzem pochodzącym z wieczek słoików! Takiej profanacji system nerwowy Ewy, poważnie już nadszarpnięty wydarzeniami dnia, nie wytrzymał i biedaczka wybuchnęła donośnym szlochem.

– No przecież nie trza tak rozpaczać, panieńko. – Valentino, odstawiwszy przezornie flaszki z epicką zawartością, przytulił Ewę wraz ze słoikami. – Co się stało, to się już nie odstanie i nie ma co szat rozdzierać. Lepiej panieńka siądzie sobie wygodnie na kanapce, nóżki wyciągnie, a ja naleję kieliszeczek, bo wiadomo na frasunek nie ma jak trunek, w dodatku taki kulturalny.

– Jak to kulturalny? – nieoczekiwana konkluzja Valentino zaciekawiła Ewę.

– No co też panieńka nie wie, toć że Pana Tadeusza sam wieszcz stworzył, no a Mistrz jaki też film nakręcił, cacuszko, ja to mówię panieńce, jakżem tak w tym kinie siedział i jak ten Rychu z „Klanu” krzyknął: „Hajda na Soplicę!”, to żem się normalnie z krzesełka poderwał i chciałem lecieć, i tych Sopliców lać. No i trzeba przyznać, że Soplicówka to się ani umywa do Tadeuszówki, chociaż nie powiem, też jest niezła wódeczka.

– To może jednak niech mi pan naleje – szepnęła Ewa, która czuła, że jej – jako tako wykształcony – umysł nie jest chwilowo w stanie podążać za literacko-filmowymi dygresjami.

Valentino odebrał Ewie słoiki i flaszeczki z nalewką, usadził ją na kanapie, po czym z wprawą nalał wódeczki do dwóch kieliszków z rżniętego kryształu, które stanowiły znakomitą oprawę dla tak kulturalnego trunku.

Kiedy z butelki ubyła niemal połowa jej zawartości, taksiarz ściągnął swój zamaszysty płaszcz, zdjął z głowy skrzyżowanie toczka z kepi, rozpiął górne guziki uniformu i spoczął na kanapce obok Ewy.

– Ile to już czasu minęło, jakem tak siedział z przystojną kobitką i pił wódeczkę w kulturalnej atmosferze – westchnął rozrzewniony. – Jak sobie normalnie moją Jadwinię wspomnę, to mnie tak w dołku gniecie i wyłbym jako ten pies do księżyca, taka mnie żałość ściska. Bo ja to taki bardziej sentymentalny jestem...

– Tak, napomknął pan już o tym – całkiem trzeźwo stwierdziła Ewa, chociaż jej stan ducha jako żywo korespondował z odczuciami szofera i chętnie by powyła sobie do księżyca, gdyby owo zajęcie nie wydawałoby się jej takie... nieeleganckie. – To jak to było z tą Jadwinią, musiał pan ją chyba bardzo kochać?

– A żeby panieńka wiedziała, ja to ją tak kochałem, tak kochałem, jak ten Heathcliff swoją Kaśkę. Ja żem jej normalnie te no... nenufary zrywał, a łatwo nie było, po kolana żem w tym bajorku brodził i całkiem sobie mój uniform błockiem uwalał.

– W kolorze écru – dodała Ewa, chichocząc i zachowując się naprawdę nieelegancko w obliczu romantycznych zwierzeń kierowcy.

– Żadne tam ęcriu, bielutkie spodenki miałem i uniformik takoż.

– A Kaśka? To znaczy Jadwinia?

– Jadwinia to taka jędzowata była, jak ta Barańska dla Bogumiła. Jakem jej te nenufary wręczał, to się pieklić zaczęła, że jej kostiumik wybrudzę, a jej wystarczy, że mój uniformik będzie musiała do porządku doprowadzić.

– Żartuje pan? Wcale jej nie wzruszył taki piękny gest?

– A tam wzruszył. Do wzruszania to ona była ostatnia... chyba, że kasę jej przyniosłem, to się, owszem, wzruszyła. Albo jak jakiegoś ważniaka poznała, to taka poruszona chodziła, że się już całkiem wytrzymać z nią nie dało.

– To całkiem jak moja mamusia!

– Taka w tym kapeluszu, co to po schodach za panieńką kicała?

– Ta sama!

– Faktycznie mi się jakaś znajoma wydała i jak się tak teraz zastanowię, to muszę przyznać coś z mojej Jadwini w sobie miała.

– Zapewne jędzowatość – z goryczą zauważyła Ewa.

– Może i tak – zgodził się potulnie szofer, który w międzyczasie rozlał do kieliszków ostatnie krople pierwszej flaszki.

– No to się powinien pan cieszyć, że już nie jest z tą całą Jadwinią.

– A kiedy miłość, jak Temida, jest ślepa jak kret. Ja bym tej mojej Jadwini wszystko wybaczył, bo jak się czasem do człowieka uśmiechnęła i tym swoim tyłeczkiem zaczęła kręcić, no mówię panieńce, tak kręciła no całkiem jak Monrołka w tym „Księciu i aktoreczce”, no jakżem mówię, ten jej tyłeczek widział, to żem mięknął niczym Ołiwier na widok Merlinki.

– Więc co się stało?

– A poznała takiego jednego karawaniarza i poszła w siną dal. Potrafił ją bardziej wzruszyć – powiedział taksiarz, wykonując palcami charakterystyczny gest.

– To na pohybel sprzedajnej Jadźce! – krzyknęła Ewa. – Niechże pan przestanie za latawicą wzdychać, przecież taki romantyczny i opiekuńczy mężczyzna, to sobie kogoś lepszego może znaleźć. Trzeba się szanować panie... no widzi pan, życie mi pan ratuje, a ja nawet nie wiem, jak pan ma na imię.

– Waluś jestem, proszę panieńki... to może, nie śmiałbym proponować... ale w takiej sytuacji, może wypijem brudzia? – zaproponował z pewną taką, zupełnie u niego nieoczekiwaną, nieśmiałością.

– Nawet pan sobie nie zdaje sprawy, jak to imię do pana pasuje – powiedziała, uśmiechając się ciepło powierniczka Walentego alias Valentino. – A ja mam na imię Ewa.

– A panieńki opowieść? – w głosie taksiarza brzmiały jednocześnie nuty zaciekawienia i rozbawienia.

– To miała być taka piękna historia – chlipnęła Ewa. – Kopciuszek i książę.....a potem żyli długo i szczęśliwie.

– No i mieli parkę, ma sie rozumieć – wtrącił z szelmowskim uśmiechem taksiarz.

– Taaaaak! – żałośnie zaciągnęła Ewa.

– Ale od początku, panienko... i konkretnie.

– Konkretnie? – Ewa zaczęła się uspokajać. – Konkretnie to poznaliśmy się rok temu na wernisażu Edka. Nie znam nikogo, kto podróżowałby tak dużo, jak Edek i miał takie oko do fotografii. Namawialiśmy go od dawna, żeby te swoje cuda pokazał światu, no i w końcu się udało.

– No, ale co z tym księciem, panienko? – Niecierpliwił się taksiarz. Jego oczy błyszczały coraz mocniej z ciekawości, a może też mocy babcinej nalewki, której opróżnili już sporo.

– Przyszedł i... wyglądał tak... zamożnie – Ewa sama była zdziwiona tym, co mówi. – Zwracał uwagę, był taki pewny siebie i kiedy Edek przedstawił nas sobie, okazało się, że to lekarz Edka mamy. Znakomitość w swoim zawodzie! Poczułam się, tak onieśmielona... jak mała dziewczynka. Nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy. Słuchałam go, nie słysząc, potakiwałam tylko i uśmiechałam się chyba trochę głupkowato. Czułam się taka... zaszczycona – Ewa znowu zatrzymała się zaskoczona kolejnym słowem. Wszystko wskazywało na to, że dzisiejszy wieczór miał właściwości magiczne, czyżby Ewa przeżywała iluminację? – Poznanie Rolfa... to, że zwrócił na mnie uwagę... to było, jak spełnienie marzeń, jak w bajce...

– Zwłaszcza w oczach szanownej mamusi – taksiarz w lot chwytał historię. W końcu jego limuzyna niejednokrotnie już była miejscem zwierzeń wyciąganych z najgłębszych zakamarków duszy.

– Mama była wniebowzięta – potaknęła Ewa.

– Ale ja od początku miałam wątpliwości – nagle przed osłupiałymi Ewą i Valentino pojawiła się babcia Nela, która chwilę temu wślizgnęła się do pokoju i przysłuchiwała się rozmowie. – Czy mogę do was dołączyć? – I nie czekając na odpowiedź, usadowiła się wygodnie w fotelu, po czym otworzyła torebkę i z tryumfalnym uśmiechem wyciągnęła z niej mały srebrny kieliszek, by następnie śmiałym ruchem sięgnąć po nalewkę.

W ciągu całego dnia przed oczami taksówkarza przewinęły się kilometry taśmy filmowej, lecz w tym momencie – mimo usilnych starań i wysiłku pamięci – żaden obraz filmowy nie został przywołany. „Braki w edukacji” – zatrwożył się kinoman.

– Po pierwsze... różnica charakterów. – Babcia jednym haustem wypiła pierwszy kieliszek i unosiła do ust drugi. – Wiem, że on urodził się w Chester i został wychowany w zimnej Anglii, ale to nie powód do emocjonalnego chłodu, który zbyt pochopnie utożsamiłaś z „angielską dystynkcją”. – Przy ostatnich dwóch słowach babcia Nela przewróciła oczami, co naprawdę nie było w jej guście i zdarzało jej się bardzo rzadko. Jednocześnie, jakby mimochodem, bezwiednie, sięgnęła po karafkę, która niestety okazała się... pusta. – Skarbie, czy mogłabyś zajrzeć do piwniczki? – zwróciła się do Ewy, a kiedy ta posłusznie opuściła pokój, przeniosła się na kanapę bliżej Valentino, by swobodniej dzielić się swoimi spostrzeżeniami. – Po drugie... to nie była miłość.

– To chyba po pierwsze, proszę pani – roztropnie wtrącił taksiarz, czując rodzącą się między nimi więź jak między Nicolasem Cage’em i Shirley MacLaine w „Strażniku pierwszej damy”. Nela pokiwała głową i ciągnęła:

– Pamiętam ich pierwszą wizytę u mnie. Było ciepłe wrześniowe popołudnie i cały dom pachniał świeżo upieczoną szarlotką, na stole stały domowe konfitury, a w kuchni parzyła się herbata. Wyszłam na ganek i zobaczyłam ich. Ewa podskakiwała u jego boku, wymachiwała rękami i co chwila wybuchała śmiechem. On natomiast kroczył, jakby trochę nieobecny. Ubrany był zbyt ciepło, jak na tę porę roku i trzymał przed sobą bukiet, w bezpiecznej odległości od nieskazitelnej tweedowej marynarki, jakby w obawie, że kwiaty mogłyby ją zabrudzić.

– Babciu, to jest Rofl.

– Dobre popołudnie, miło poznać szanowną babcię uroczej wnuczki – odezwał się w języku polskim, ale nie całkiem po polsku.

Ewa roześmiała się.

– Czyż nie mówi wspaniale po polsku! Mój kochany Rofl! – I pocałowało go lekko w policzek, czym Rofl wyraźnie był zawstydzony.

– To jakie wiatry przygnały pana do Polski?

– Ja jestem lekarzem, a nie żeglarzem.

– Babcia chciałaby wiedzieć, jak to się stało, że mieszkasz teraz w Polsce – wytłumaczyła mu cierpliwie Ewa.

– Aha... moja babcia jest Polką. Jako dziecko myślałem, że Polska to nazwa jakiejś baśniowej krainy, ponieważ tak piękna była w opowiadaniach baby. Jak wy to mówicie? „Kraina mlekiem i miodem płynąca”.

Nie wiem, czy tylko tak mi się zdawało, czy rzeczywiście w tym momencie uśmiechnął się szyderczo.

– Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, zobaczyłem różnicę. Jednak ciągnęło mnie zawsze z powrotem, bo jedną rzecz macie najpiękniejszą na świecie: kobiety.

Tym razem uśmiechnął się promiennie do Ewy, a ja zastanawiałam się, czy słowo „rzecz” mam położyć li tylko na karb jego niedoskonałej znajomości języka polskiego.

– Zatem gdy pojawiła się okazja przyjazdu do Polski, by szkolić polskich lekarzy w trudnych technikach zabiegów kardiochirurgicznych, sam zgłosiłem się do projektu.

Znów uśmiechnął się do Ewy, a w mojej głowie kołatało się już pytanie, czy babcia Rolfa przypadkiem nie za dużo opowiadała mu o Matkach Polkach.

– No i tym sposobem dzisiaj siedzę w pani salonie. – Znów błysnęły jego białe zęby.

Opowieść Rofla, co chwilę przerywały okrzyki Ewy:

– Czyż to nie jest cudowne! Babciu, czyż to nie jest cudowne!

A ja czułam trwogę w sercu, bo im więcej rzeczy było dla niej cudownych, tym bardziej byłam przekonana, że i ona nie uniknie wspólnego nam losu.

– Jakiego losu? – Ewa już sadowiła się u drugiego boku Valentino i sprawiedliwie rozlewała przyniesiony z piwnicy trunek.

Nela, jakby nie słysząc pytania, skupiła swoją uwagę na kieliszku, który najpierw opróżniła, potem napełniła... by znowu opróżnić. Jednocześnie wolną ręką wykonywała gesty zachęcające Ewę i Valentino do podążania w jej ślady.

– Nie pierwszą jesteś w naszej rodzinie panną młodą, która gości weselnych w osłupienie wprawiła. – Po wypowiedzeniu tego, tak dostojnego w swoim szyku, zdania głowa babci Neli, jak gdyby oddzielając się od tułowia, opadła na ramię kompana.

– Na pingwina Kleofasa, to jakbym książkę czytał! – Oczy Walusia zdawały się wychodzić z orbit.

– Zatrzymajcie się. – Ewa zwracała się do kłębiących się w jej głowie obrazów: z dnia dzisiejszego, filmów i książek. – Waluś, ratuj! – Gwałtownym ruchem Ewa przytuliła się do przyjaciela, chowając twarz w poły jego, co nieco już wymiętolonego, uniformu, by po chwili błogo odpoczywać w objęciach Morfeusza.

Valentino, zakleszczony w ciałach obu kobiet, zaczął dumać nad zagadkowym życiem ludzkim, lecz i jego wkrótce zmorzyły trudy mijającego dnia.

Kwadrans po północy, w salonie babci Neli, można już tylko było usłyszeć ciche tykanie zegara.

***

Ewę obudziło pianie jakiegoś rozszalałego koguta, który nie zważając na rozsadzający niektórych ból głowy, oznajmiał światu nadejście nowego – sądząc po entuzjazmie brzmiącym w kogucim pieniu – cudownego dnia. Usiłowała otworzyć ciążące jej powieki, ale te zdawały się żyć jakimś własnym życiem, i zupełnie nie chciały podporządkować się poleceniom jej wysoce dysfunkcyjnego w tej chwili mózgu. Nagle, gdzieś z czubka jej głowy, dobiegł potworny, przewyższający swym natężeniem wszystko, co Ewa dotychczas słyszała, ryk. Jej otumaniona głowa poderwała się natychmiast z czegoś bardzo niewygodnego, a powieki – chcąc nie chcąc – otworzyły się szeroko. Oszołomiona Ewa ujrzała zwisającą z oparcia kanapy głowę Valentino. Z jego szeroko otwartych ust wydobywały się dźwięki, które swą mocą i potęgą naprawdę przebijały wszystko, co dziewczyna dotychczas słyszała. Jednak najdziwniejszy wydał się Ewie następny zdumiewający obrazek, który ukazał się jej zmęczonym oczom. Po drugiej stronie Valentino spała snem sprawiedliwego delikatna i subtelna babcia Nela, tuląc swą główkę do jego ramienia wstrząsanego, od czasu do czasu, przeraźliwymi odgłosami.

„Dobry Boże! Ja chyba jeszcze śnię, przecież to wszystko nie mogło mi się naprawdę przydarzyć” – pomyślała zgnębiona, przywołując wydarzenia wczorajszego popołudnia i minionej nocy. „Przecież to ja – spokojna i przewidywalna Ewa, która zawsze realizuje zamierzenia mamusi i która wiodła do tej pory całkiem nudne życie”.

Grzmiący charkot po raz wtóry zmusił Ewę do otrząśnięcia się z odrętwienia. Wstała z kanapy, czując, że jej elegancka suknia zupełnie nie sprawdziła się w roli piżamki.

– Chyba najwyższy czas rozstać się z rolą panny młodej – powiedziała cicho do siebie niedoszła oblubienica i nagle z jej gardła wydobył się cichy jęk. – I co ja teraz ze sobą pocznę? – Problem jej najbliższej przyszłości pojawił się znowu ze zdwojoną mocą.

Mogła zostać u Neli, ale prawdopodobieństwo rychłego pojawienia się jej rodzicielki, skłaniało Ewę do natychmiastowej ewakuacji. Biedulka nie była bowiem aż tak zdesperowana, by w pokucie za swój niewybaczalny postępek, stawiać czoło rozsierdzonej mamusi.

Na szczęście Ewa, jako częsta bywalczyni w dworku Neli, miała tu swój pokoik, a co najważniejsze swoje rzeczy włącznie z ubraniami, które pozwoliły jej się nareszcie wyzwolić z roli szczęśliwej narzeczonej Rofla.

– Boże jedyny w niebiesiech! Rofl! – Ewa dopiero teraz przypomniała sobie niedoszłego pana młodego. – Co ja narobiłam, jak on się teraz musi czuć?! Nieee! – ponownie jęknęła. – Mamusia mi tego nigdy nie wybaczy! Teraz już do końca życia będę musiała się ukrywać!

Ścigana tą zachęcającą perspektywą, zbiegła po schodach. W kuchni wypiła jakieś trzy litry wody, połknęła garść proszków od bólu głowy, mając niezbite przekonanie, że po takiej dawce różnorakich alkoholi nawet sama Goździkowa jej nie pomoże, po czym wkroczyła do saloniku z mocnym postanowieniem obudzenia Neli i zażądania od niej wyjaśnień.

W saloniku Valentino i Nela nadal prezentowali sobą idylliczną scenkę, z tym, że oczy Neli były tym razem szeroko otwarte i prezentowały obraz niebotycznego zdumienia oraz potwornego bólu. Widać było, że babcia usiłuje przywołać jakieś rozsądne wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, ale widocznie nic mądrego nie przychodziło jej do głowy.

– Babciu, to ja Ewa – wnuczka pochyliła się nad nieszczęsną istotą ze szczerym zrozumieniem i zatroskaniem. – Spróbuj wstać. Weźmiesz prysznic, a ja przygotuję herbatę. I jakieś tabletki. A potem porozmawiamy – dodała groźniej.

– Pić – jęknęła słabo Nela, nie rezygnując ze swego wytrzeszcza.

– Dobrze, za chwilę. Najpierw wstań i idź do łazienki.

– Nie mogę – powtarzała z uporem starsza kobieta.

– Babciu! Wstań i otrząśnij się wreszcie! Lada chwila może się tu pojawić twoja córka, a chyba nie chcesz pokazać się jej w takim stanie, w dodatku tuląc się do obcego mężczyzny!

Niesamowite, jak najmniejsza wzmianka o mającej się pojawić Mariannie, stawiała nawet najbardziej cierpiące umysły na baczność. Nela usłyszawszy bezlitosne słowa wnuczki, dzielnie poderwała się na równe nogi, po czym skrzywiła się niemiłosiernie, słysząc ogłuszające grzmoty wydobywające się z ust śpiącego beztrosko szofera.

Po chwili (Nela gnana pragnieniem i potęgującym się, z każdym oddechem, bólem głowy, błyskawicznie poradziła sobie z ablucjami) siedziały obie w przytulnej kuchni, przy kubkach parującej herbaty z sokiem jeżynowym.

– Babciu, czy mi się wydaje, czy w nocy stwierdziłaś, że w naszej rodzinie zdarzyło się już kiedyś coś podobnego?

– Nic takiego nie twierdziłam – wykrętnie powiedziała Nela. – Mówiłam tylko, że nie ty jedna byłaś bohaterką skandalu.

– No właśnie – skwapliwie przytaknęła Ewa. – To jest dla mnie bardzo pocieszające, gdyż możliwe, że skłonność do wyskoków po prostu odziedziczyłam w genach i w związku z tym, nie ponoszę odpowiedzialności za to, co się stało.

– Jeżeli winę za twój wybryk usiłujesz zrzucić na mnie lub matkę albo – co gorsza – na innych twoich przodków, którzy już się bronić nie mogą, to uprzedzam, że to nie przejdzie.

– Nie chcę na nikogo zrzucać winy, tylko znaleźć... okoliczności łagodzące.

– Żadne okoliczności łagodzące nie przemówią do twojej matki – bezlitośnie stwierdziła Nela.

– Ależ babciu, ja naprawdę nie rozumiem, jak to się stało? Zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób znalazłam się na tym murze ani że jadłam, a raczej pożerałam – jak raczyłaś się wyrazić – czereśnie. Pamiętam tylko niejasno, jak zeskakiwałam z tego muru. Babciu, ja w ogóle nie rozumiem, jak udało mi się tam wleźć.

– Nie wyrażaj się moje dziecko – zganiła wnuczkę Nela, chyba nieświadoma tego, jak często w nocy sama stosowała kolokwializmy.

– Dobrze, babciu, ale ja nadal nic nie rozumiem, przecież ten mur był wysoki.

– Faktycznie, to dość dziwne. Watek parę razy próbował się na niego wdrapać, ale bezskutecznie. Prawdę mówiąc, wszyscy próbowali rozwikłać, jak tobie się to udało.

– Watek... – wyszeptała w nagłym olśnieniu. – Tak, oto mój ratunek!

***

Dziewczyna, która stała przed drzwiami kawalerki Watka, w niczym nie przypominała może nieco roztrzepanej, ale zawsze pełnej optymizmu i entuzjastycznie nastawionej do życia Ewy, w której od lat, z mizernym jak widać skutkiem, kochał się Watek. Znękana zarówno przez własne sumienie, jak i nadmiar alkoholu we krwi, biła się z myślami, niepewna, czy powinna wciągać statecznego safandułę w zawirowania swego życia. Przeważyła jednak świadomość, że właściwie nie ma innego wyjścia i Watek jest jej jedyną deską ratunku.

Sygnał dzwonka rozbrzmiał w jej głowie niczym dźwięk syren alarmowych. Drzwi niemal natychmiast się uchyliły i oczom Ewy ukazał się Watek, który wyglądał tak, jakby i on uczestniczył w lanckorońskiej biesiadzie (o ile słowo biesiada, w odniesieniu do minionej nocy, nie jest nieco przesadzone). W sztruksach i rozchełstanej koszuli, lekko nieświeży i wyraźnie przybity, przypominał anioła Cassiela z filmu Wendersa, a potwierdzało to jego rozanielone spojrzenie, którym obrzucił Ewę.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.