Kaukaz, czyli ostatnie dni Szamila - Jakub Gordon - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 232 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kaukaz, czyli ostatnie dni Szamila - Jakub Gordon

Jakub Gordon był polskim podróżnikiem, autorem książek o tematyce związanej z jego wędrówkami. Pochodził z rodziny o szkockich korzeniach, co tłumaczy jego obcobrzmiące nazwisko. „Kaukaz, czyli ostatnie dni Szamila” w fabularyzowany sposób przedstawia historię Szamila, owianego sławą i legendą przywódcy powstania górali kaukaskich przeciwko Rosji w latach 1834–1859. Szamil stał na czele państwa zwanego Imamatem Kaukaskim i przez kilka dekad bronił terenów Czeczenii i Dagestanu przed zajęciem przez Rosję. Po zmianie układu sił Szamil został zmuszony do rozpoczęcia negocjacji pokojowych, w których zakładnikiem stał się syn Szamila. Wydarzenia te stanowią kanwę powieści Gordona. Szeroko zarysowane tło przedstawia oryginalną, bogatą kulturę Kaukazu. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Kaukaz, czyli ostatnie dni Szamila - Jakub Gordon

Fragment ebooka Kaukaz, czyli ostatnie dni Szamila - Jakub Gordon





Spis treści

  1. O KSIĄŻKACH I LUDZIACH
  2. ROZDZIAŁ I Młodość ostoi. Porwanie go przez Czerkiesa i wywiezienie na  Kaukaz
  3. ROZDZIAŁ II Rodzina Abbasa
  4. ROZDZIAŁ III Rys Kaukazu. Król wążów
  5. ROZDZIAŁ IV Postacie Libii i Fatimy
  6. ROZDZIAŁ V Podróż do Meszedalów. Polowanie na lamparta
  7. ROZDZIAŁ VI W pożegnaniu Abbasa. Historia Kaukazu
  8. ROZDZIAŁ VII Posłuchanie u Szamila
  9. ROZDZIAŁ VIII Daniel-Basza. Opaczyński. Sotnia polska
  10. ROZDZIAŁ IX Parlamentarz moskiewski i jego śmierć. Wojna
  11. ROZDZIAŁ X Czaty o głodzie. Pasterz astrolog
  12. ROZDZIAŁ XI Sen magnetyczny. Na raz dwie kochanki. Walka siłaczy
  13. ROZDZIAŁ XII Derwisze. Moje odznaczenie się
  14. ROZDZIAŁ XIII Pochowanie ksieżniczek Orbeliani i  Czawczawadze
  15. ROZDZIAŁ XIV Upadek Szamila. Uduszenie jego syna
  16. ROZDZIAŁ XV Na tułactwie. Czciciele ognia
  17. ROZDZIAŁ XVI Powieść o Sunguli-Hanie. Uwagi nad poezją wschodnią
  18. ROZDZIAŁ XVII Wiadomości o losie Libii. Handel niewolnikami. Bazar w Bace
  19. ROZDZIAŁ XVIII Polacy w wąwozach kredowych. Góra Ararat
  20. ROZDZIAŁ XIX Sekta Skopców. Podróż do Morza Czarnego
  21. ROZDZIAŁ XX Burza morska. Przybycie do Odessy
  22. ROZDZIAŁ XXI Fatima. Więzienie
  23. ROZDZIAŁ XXII Kilka słów o Jusufie
  24. KOLOFON

Niech Araby skwarem spiekłe

Miotają bluźnierstwa wściekłe

Przeciw słońcu, co ich pali;

Próżne wycia, marne wrzaski!

Wrą pod ich nogami piaski

Słońce posuwa się dalej!


O KSIĄŻKACH I LUDZIACH

O KONWERSACJI – GDZIE SIĘ CHRONIŁA? – LITERATURA PAMIĘTNIKOWA – CIEKAWOŚĆ WSPÓŁCZESNA – WOŃ SKANDALU – ZBIÓR PAMIĘTNIKÓW DO XVIII WIEKU – DĄBROWSKI O LEGIONACH – ŚW. ALBIN O JÓZEFIE SULKOWSKIM

Któż nie zna wybornych „Gauseries du lundi” akademika pana Sainte Beuve? Pod skromnym tytułem występuje w nich wytworny krytyk, który przenosi czytelnika we wszystkie wieki literatury i historii; rusza Greków i Rzymian, Wschód i Zachód, wieki średnie, odrodzenie i obecne zdarzenia, a krom tego potrąca kwestie polityki, ekonomii, sztuk pięknych, cywilizacji, religii. Piękna to rola przemawiać do całego świata i umieć go zainteresować z tak rozmaitej strony. Nigdzie indziej podobna, improwizowana katedra nie mogłaby się udać tylko we Francji, tej uniwersalnej ojczyźnie światła, przemawiającej językiem, do którego wszystko się garnie, co chce wziąć udział w wielkiej rodzinie cywilizacji. Gdzie indziej nie próbowano nawet tego sposobu odzywania się, wiedząc z góry, żeby tonu zabrakło, a najświetniejsze przemówienie ograniczyłoby się do szczupłej areny jednego kraju, lub jednej mowy; co nie przeszkadza, iż ta sama rzecz, oddana po francusku, nabrałaby rozleglejszego rozgłosu. Jest to przywilej, którego trudno odebrać, jeśli go wprzód sam pochód dziejów nie odbierze i nie przerzuci śród ciężkości gdzie indziej.

Tymczasem pogadanka „o wszystkich rzeczach i niektórych innych”, jak mawiał Pik z Mirandolli, może wszędzie się przyjąć, jak zwyczajna rozmowa. Tym bardziej w naszych czasach, gdzie nie ma prawie konwersacji. Jak to? Więc ludzie nie rozmawiają? I owszem; mówią bardzo wiele, nawet więcej, niż potrzeba – lecz mimo tego nie ma konwersacji. Pierwszym do niej warunkiem jest umieć słuchać; a właśnie sekret tej sztuki stracony, jak tyle innych sekretów. Gdzie każdy chciałby wystąpić w roli mówcy, a nie słuchacza – czy podobna myśleć o jakiejś konwersacji?! Dlatego, kiedy zbierze się grono francuskie, prawie zawsze ten mówi z tym lub z tą, aparté po cichu; tworzą się osobne grupy – i jest szmer szeptania, przerywany niekiedy rzuceniem jakiej nowinki politycznej lub brukowej – ale właściwej konwersacji nie ma. Gdzież się schroniła ta czarodziejka wieczornych towarzystw? Poszła:

ou va toute chose,

Ou va la feuille de rose.

Et la feuille de lanrier1

Poszła razem z wdziękiem, powagą i sławą, wyrugowana przez swobodę, nielubiącą ciasnych form, a przeto najczęściej pozbawioną formy – przyzwoitości.

Z dawnej konwersacji cień został – i ten błąka się po dziennikach. Wyższość żywego słowa zeszła na słowo pisane, ogołocone z mimiki, modulacji głosu, natychmiastowych wrażeń, odpowiedzi, przerywań...

Kiedy więc to zostało, używajmy przywileju rozmawiania myślami. Czymże innym czytanie, jeśli nie rozmową myśli? A ta forma pogadanki ma to do siebie, że pozwala trącać o różne przedmioty, jakie bieżąca chwila przynosi. Stąd też interes przerzuca się z jednego końca świata na drugi. Dziś się zwracają oczy na Meksyk, Kaukaz, jutro na Algier, pojutrze na jaki zjazd monarchów, a najbliższe domowe sprawy, zawsze stojące na myśli, pobudzają do domysłów, porównań i rozpamiętywań w miarę, jak się odezwie jaki głos z przeszłości, w miarę, jak teraźniejszość wzruszy, przyszłość zamarzy.

Literatura, historia domowa – przedmioty obchodzące najbliżej zawsze dostarczą wątku. – A chociaż dzisiaj w sferze tej panuje pewna cisza, wypoczynek zorientowania się, od czasu do czasu zjawi się coś pobudzającego uwagę. Nie od dziś przecie postrzegamy fenomen żywotności ducha. Od lat kilkudziesięciu zabiera głos, jak na wielkim sejmie, coraz inny ziemi naszej zakątek. W czasach największego oniemienia Warszawskie Towarzystwo Przyjaciół nauk staje się ogniskiem myśli; od niego zapala się Wilno, Krzemieniec – współubiegają się ze sobą na korzyść światła, przez lat blisko trzydzieści. Zduszone, gasną – a natomiast ożywia się Kraków i Poznań, aby znowu zapalić światło w ciemnościach. Nie akademie, nie towarzystwa uczone ale drukarnie i wydawcy utrzymują życie piśmiennictwa, które, doszedłszy do nieznanych dotąd rozmiarów, milknie naraz, milczeniem grobu... I znowu zdławione słowo szuka dla siebie przytułku...

Literatura daje żywotności świadectwo; jak z drugiej strony ona ją utrzymuje... Gdyby nic po nas nie zostało: Skarga, Krasicki, Mickiewicz, nie przestaliby protestować do skończenia świata... Pomniki myśli trwalsze od spiżu.

Właściwa literatura, owoc wyobraźni i uczucia, przeszła nie tylko u nas, lecz i wszędzie, w studium ciekawości. Historia, pamiętniki, biografia i romans biograficzny, trzymają berło rodzaju. Archiwa, listy, domowe zapiski, dokumenty trybunalskie, gabinetowe tajemnice, wszystko dziś służy za materiał w dociekaniu zdarzeń i zapuszczaniu się w tajniki człowieka. Pojawia się ten lub ów fakt dziejowy i człowiek znakomity z przeszłości – staramy się ukazać go, jak to mówią, we właściwym świetle.

Czy rzeczywiście osiągamy ten cel, czy też nagromadzamy więcej niepewności i widoków, dając nieraz małym przyczynom wielkie znaczenie, a wielkie doprowadzając do drobnych rozmiarów – osądzi o tym przyszłość dręczona mniejszą ciekawością drobnostek i szczegółów, niż czas obecny. Zawsze, zastanowiwszy się nad tym symptomatem, można by zapytać: skądże ta nagła ciekawość? – Ktoś zagadnięty o to, tak tłumaczył: źródło tej ciekawości leży w dzisiejszych pojęciach o równości. Lubo z tego nikt sobie nie chce zdać sprawy, mimowolnie jednak niepokoją te wyższości! Żeby je więc zrównać i na swój wzrost przykroić, nuż szperać, zaglądać za kulisy, uchylać tajemnice domowe, z lada poszlaki odgadywać niesłychane rzeczy – i w końcu po zestawieniu wszystkich pro contra, wyprowadzić jakąś bardzo pospolitą istotę; albo też przeciwnie, jeżeli naszym dążnościom odpowiada, przemilczawszy jedno, przenicowawszy drugie, wystrychnąć wielkiego człowieka na wzór dla żyjących. W tłumaczeniu tym dosyć jest trafności; lecz zarazem utwierdza ono nas w przekonaniu, że w sprawach ludzkich niema prawdy bezwzględnej. Zawsze to tylko okruchy – całkowitej prawdy siedlisko gdzie indziej.

Mówiąc tedy o panującej chorobie ciekawości i o rodzaju literatury, który jej dogadza, przejdziemy do pamiętników, strawy tak dalece łakomej, że fałszowany towar bywa równie poszukiwany jak prawdziwy wyrób. Francuzi w tym względzie okazali się mistrzami; ale można im przebaczyć, kiedy mają takiego St. Simona! U nas więcej mają wziętości pamiętniki historyczne; ale gdyby chciał kto ogłosić jaką gorszącą kronikę towarzyską – nie wiem czyby się bardzo gniewano, przynajmniej po stronie publiki niemającej powodu do urazy; a co najpewniejsza, że rodzaj ten z pewną wonią skandaliku, zapędziłby w kąt pamiętnik historyczny... Na pastwę uczonych – i molów...

Dotychczas przynajmniej z zajęciem są u nas czytywane pamiętniki mające z historią ojczystą związek. Nic też więcej nie upowszechnia nauki dziejów, jak te opowiadania naocznych świadków lub współdziałaczy. Wydawca w Poznaniu rozpoczął przed kilką laty publikacje memuarów odnoszących się do końca XVIII wieku. Jest to zbiór mniej więcej współczesnych publikacji pisanych po francusku lub niemiecku, teraz przetłumaczonych z dodatkami i objaśnieniami. W zbiorze tym, rok 1794, pamiętny powstaniem Kościuszki szczególniej co do działań wojennych, znajdujemy wielostronnie uzupełnionym; nie brak też i rysów z potocznego życia, i objawu różnych opinii, mogących dać pojęcie o usposobieniu społeczeństwa. Rękopis Dąbrowskiego o legionach, brany już za przepadły z biblioteką towarzystwa przyjaciół nauk, zabraną jak wiadomo, do Petersburga, odnalazł się i ujrzał światło w polskim przekładzie.

Na nieszczęście nie dotrzymał tego, czego się po nim spodziewano, i nie jedno westchnienie za straconym rękopisem na darmo zrobiło drogę przed tron Sprawiedliwości przedwiecznej – bo rzeczywiście nie jest to pamiętnik w tym znaczeniu, jakie zwykle do pism tego rodzaju przywiązujemy; nie opowiada też, że tak się wyrażę, o domowym życiu, a raczej obozowym, nie maluje charakterów, ani mu się marzy o poetycznej stronie tego zbiorowiska ludzi zlatujących się nad brzegi Padu i Dunaju, żeby tam reprezentować ojczyznę... Są to zimne, acz dokładnie z raportów, rozkazów dziennych, zebrane zapiski; surowy materiał, przydatny bardzo dla piszącego historię legionów, szkielet; ducha w nim nie ma ani ciała na nim, ani tych szczegółów na pozór drobnych, z których się więcej poznaje, niż z urzędowych doniesień. Rzeczywiście okres ten, jeżeli żyje w pamięci, to jedynie znaną piosenką legionów, tą naszą rzewną Marselizą, i wierszem Cypriana Go dębski ego żołnierza – poety – a i tymi anegdotycznymi opowiadaniami, jakie jeszcze można było usłyszeć z ust ostatnich legionistów... Z których podobno żadnego już nie ma przy życiu!

Świeżo wydany tom „Pamiętników z osiemnastego wieku” zawiera generała Józefa Sułkowskiego życie i jego własnoręczne pisma historyczne, polityczne i wojskowe. Jest to tłumaczenie książki, która wyszła przed wieloma laty, a napisanej przez pana Saint Albin, który, jak widać z wszystkiego, miał pod ręką własnoręczne pisma Sułkowskiego, a nawet nazbierane szczegóły odnoszące się do jego osoby.

Tłumacz zrobił przysługę, spolszczając dziś rzadką książkę; wypadało mu jednak postarać się o sprostowanie pomyłek szczególniej w nazwach miejscowości i ludzi, a nie pominąć objaśnień historycznych, uzupełniających lub wyświecających niektóre fakty nie dość trafnie przez cudzoziemca pojęte i ocenione. Sam przekład nie zawsze bywa wystarczającym.

W prawdzie na wstępie spotykamy się z przedmową tłumaczeń, która podnosząc historyczne znaczenie Józefa Sułkowskiego, uważa za obywatelską, powinność imię jego upowszechnić u ziomków. Nic słuszniejszego; sława rodaka nabyta choćby zagranicą, spada najprostszym dziedzictwem na ojczyznę. Wszakże w przedmowie tej trudno się zgodzić na wszystko, co utrzymuje, lub czego chce tłumacz. Mówi on, że w życiu Sułkowskiego „spotkał dwie próżnie, które zapełnić jest powinnością rodaków”.  Pierwszą jednak próżnię sam już zapełnił, bo ma przekonanie, że pomieniony Józef Sułkowski był rzeczywiście synem naturalnym Franciszka Sułkowskiego szczęśliwszy w tym od Telemaka, syna Ulissesowego, który w znanym wierszu rzuca względem ojcostwa wieczną wątpliwość; drugiej jednak próżni – jak mówi – trudno mu zapełnić; cóż więc robi? Oto odwołuje się do „literatury naszej” a mianowicie „do Towarzystw Naukowych”, aby koniecznie starali się wywiedzieć o imieniu i nazwisku matki Sułkowskiego.

Biedna literaturo! Biedne Towarzystwo Naukowe! Każą wam dochodzić macierzyństwa i z grobu wywłóczyć imię kobiety, aby rozedrzeć tajemnicę szanowaną przez współczesnych! Na nieżyjącą nie wystąpi rumieniec wstydu – to prawda – ale czyż imię tak samo nie może się zarumienić? Otóż i dotykalny przykład owej gorączki ciekawości panującej w rzeczach literatury. Choć odrobina zgorszenia przymierzana do najpoważniejszej rzeczy zaraz trafia w smak zajmujący się tylko tym, co ma tę przymieszkę.

Szczególniejszy smak, czy niesmak przesytu!

Jeszcze jedno, na co także mimo najlepszej chęci trudno przystać. Tłumacz, idąc za panem St. Albin, podnosi talent i zdolności wojskowe Sułkowskiego do niesłychanej potęgi: Na dowód przytacza słowa Carnota, który na posiedzeniu dyrektoriatu miał raz powiedzieć: „Jeżeli stracimy Bonapartego, mamy gotowego wodza w Sułkowskim”. Rzeczywiście chlubne te słowa wyszły z ust człowieka o którym powiedziano qu’il avait organisé la victoire, dawałyby wysokie świadectwo o naszym rodaku, gdyby zdanie to wolne było od stronniczej przesady.

Carnot, jak wiadomo, twardy republikanin, obawiając się geniuszu Bonapartego, a bardziej ambicji, rosnącej w miarę mnożących się jego zwycięstw, pokładał nadzieje w młodym Polaku, wyznającym aż do przesady wszystkie doktryny ówczesnego republikanizmu. Jest to własnością stronnictw, że lubią tworzyć wielkich ludzi dla swego użytku – ale prawdziwa wielkość – dla potomności pozostanie tylko przy tym, co umiał wznieść się nad wszelkie stronnictwa. Niepodobna także przypuścić, żeby Bonaparte zazdrościć miał talentów. Sułkowskiemu z obawy, by tenże nie przyćmił jego gwiazdy, lub żeby umyślnie posłał go przeciw zbuntowanym Arabom w Kairze, aby go się pozbyć – na zawsze. pan St. Albin trzymający się zasad republikańskich, surowo sądzi Bonapartego i nawet zaprzecza, aby płakał śmierci swego adiutanta Sułkowskiego, kiedy mu o niej doniesiono i kiedy on sam mówił, że za nim płakał. Mógł Bonaparte nie lubić w nim republikanina – socjalnego ideologa, ale strata dzielnego ramienia i talentów musiała go boleć. Nie trzeba być wielkim psychologiem, dość rozumieć naturę wodza, żeby przypuszczać obojętność, a co gorsza radość, z utraty człowieka, na którego odwagę, charakter i zdanie można było się spuścić, jeszcze w takim położeniu, w jakiem się wódz francuski znajdował w Egipcie.

Na te szczegóły należało polskiemu tłumaczowi zwrócić uwagę, a byłby postawił piękną postać Sułkowskiego we właściwym świetle i nie uchybił człowiekowi, który przed takimi sędziami stawał jak pan St. Albin, i nie takie wytrzymał krytyki!

Nie ujmuje to jednak pamiętnikom tym, mającym dla nas wartość głównie co do prac Sułkowskiego, jak: Szczegóły historyczne kampanii 1792 r. odbytej w bitwie Polaków z Moskalami. Jest to z wyborną krytyką skreślony rys tej nieszczęśliwej wojny na Litwie. Nie godziło się jednak zostawiać tyle błędów co do nazw miejscowości i osób, jakich Francuz dopuścił się. Wytkniemy kilka, i tak: zamiast Stotorzyc powinno być Stołowicze, miejsce pamiętne rozbiciem hetmana Ogińskiego przez Suworowa; nie Kajdanów, lecz Kiejdany; na trakcie ze Smoleńska do Mińska nie ma żadnego Tulczyna; nie Wołkowysk, lecz Wołkowyszki; nie Krzemień lecz Kamień (nad Bugiem). W innym miejscu (w liście do ciotki) pozostawiono dziwnie poprzekręcane nazwiska, o jakich nie słyszano ani w Koronie, ani na Litwie. Pan Mizergurski, ma to być Miączyński, znakomity jenerał z armii Dumouriez, gilotynowany za należenie do partii przeciwnej terrorystom; Tuski, to Albert Tarski, ów nieproszony poseł, co w imieniu narodu stawał przed konwencją; co zaś do Tegoczajmorowskiego, tego już trudno na polskie wytłumaczyć; to jednak pewne, że Polak z tym nazwiskiem do tej chwili jeszcze się nie narodził.

Historia nie romans, ani komedia, żeby miała nie uważać na daty i nazwiska. Jeżeli podobne pamiętniki i listy mają, służyć za materiał, potrzeba przestrzegać w nich dokładnej ścisłości; dążności, piękne frazesy, są, tylko względnej wartości; jednemu mogą się podobać, drugiemu nie; gdy tymczasem rzetelny historyczny materiał przyda się każdemu, co pragnie z gruntu poznać dzieje krajowe.

W każdym razie biografia ma niebezpiecznego przeciwnika w panegiryku. Autor rozmiłowany w człowieku, którego żywot kreśli, łatwo może, zajęty jednym przedmiotem, stracić miarę porównania i rozdąć go w kształty olbrzymie. Wprawdzie Plutarch posągom swoim umiał nadawać wyraz wielkości; była to cecha jego klasycznego stylu, odpowiadająca wysławianiu wielkich epok Grecji – tak samo jak w Apolinie Belwederskim widzisz idealnie zharmonizowanego człowieka, a nie wizerunek modelu używanego przez rzeźbiarza. – Co innego znowu stroić swój posąg w purpury i klejnoty cnót i doskonałości wszelakich, żeby świecił jak obraz cudowny; to już jest cechą osobliwszego nabożeństwa, a nie tych spokojnie przedsiębranych studiów, co usiłują związać całość, zharmonizować części, we wszystko wlać życie, aby wystąpił charakter i postać miała swój wyraz.

W Biografii, jak na portrecie, idzie o podobieństwo, nic tylko o to pospolite podobieństwo fotograficzne, ale o podobieństwo do Bzy.

Z materiałów, jakie są o Sułkowskim, i jakie zapewne dałyby się odszukać, można by niezaprzeczenie ułożyć bardzo zajmującą charakterystykę republikanina owych czasów. Syn nieszczęśliwego narodu, talent górujący, serce gorące, wciąga w siebie wszystkimi porami te wyobrażenia, jakie w ówczesnej Francji tryumfowały na tylu polach bitew, i wstrząsały tronami. Ból krzywdy zadanej swemu narodowi przenosi on na całe społeczeństwo, na całą ludzkość, i pragnie ją urządzić podług marzeń genewskiego filozofa, który jest u niego ewangelią nowego świata. Te przekonania mniej lub dalej posunięte, dzielone przez wielu ówczesnych znamienitych patriotów naszych, zmieniały się później, w miarę jak przybywały lata doświadczenia, a praktyka Napoleońska inną wskazywała drogę – cóż dopiero, gdy ten i ów postawił tułaczą stopę na rodzinnej ziemi, i, obejrzawszy się, poznał rzeczywisty stan rzeczy wymagający zachowawczości raczej, potrzebnej do wyrobienia sił wewnętrznych, niż gwałtownego przewrotu, który by je do reszty stargał.

Sułkowski nie doczekał chwili powrotu – gdyby był żył, ulubieniec Napoleona, świeciłby niezawodnie w Księstwie Warszawskim obok Poniatowskiego, Dąbrowskiego, Zajączka – lecz czyliż by, jak ten ostatni, przyjął urząd Namiestnika nie bardzo godzący się z dawniejszym republikanizmem, tego nie można zgadnąć.

Nie śmiałbym podać domysłu za pewnik, lecz to wnoszę z podobieństwa wyobraźni i sposobu przedstawienia rzeczy, że znane dzieło: „O Rewolucji polskiej (par un temoin oculaire)” przypisywane Zajączkowi, prawdopodobnie mogłoby być przerobieniem, albo dopełnieniem napisanej przez Sułkowskiego historii Rewolucji Polskiej 1794 r.

Co w tym domyśle jeszcze utwierdza: że takiej książki jak historia Rewolucji par un temoin oculaire nie potrafiłby napisać człowiek dorywczo i nie z powołania biorący się do pióra. O Zajączku nie słychać było, żeby kiedy trudnił się pisaniem książek – przeciwnie w pozostałych po Sułkowskim próbach znać wielką wprawę i pewną sztukę.

Rzecz ta zasługuje na zbadanie. Warto by dojść, czy owa, przez pana St. Albin wzmiankowana historia Rewolucji Polskiej we dwóch częściach, zginęła, czy też istnieje, a tylko z niewiadomych przyczyn nie została pomieszczoną w zbiorze pism i listów Sulkowskiego. Sądziłbym, że zadanie to daleko godniejsze wyjaśnienia, niż dochodzenie nazwiska matki bohatera spod Piramid.

1 Gdzie idzie świat wszystek / I gdzie idzie listek róży, / I zielony lauru listek