Katolicyzm ewangeliczny - George Weigel - ebook
Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 447 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Katolicyzm ewangeliczny - George Weigel

Idea ewangelizacji nie jest pojęciem nowym. Znamienne słowa świętego Jana Pawła II „Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” wskazują na fakt, iż polski papież żył ideą nowej ewangelizacji w formie licznych pielgrzymek duszpasterskich do wszystkich zakątków świata, by w ten sposób wzmocnić lud Kościoła i lepiej przygotować Kościół do jego misji. Nadał także nową głębię rozumieniu przez Kościół swej misyjnej tożsamości.

Współczesnemu człowiekowi trzeba proponować Ewangelię. Kościół zaś musi dawać świadectwo, często jako kontrkultura, przypominać prawdy o Bogu i ludzkości, stworzeniu i odkupieniu, o ludzkim szczęściu i prawym życiu, którego uczy Ewangelia. Głoszenie Ewangelii i dawanie świadectwa nie jest obowiązkiem niewielkiej grupy kobiet i mężczyzn zwanych „misjonarkami” i „misjonarzami”, posłanych do obcych krajów, lecz każdego katolika, który został przez chrzest włączony w powołanie misyjne.

Określenie „Katolicyzm ewangeliczny” oznacza rodzaj katolicyzmu, który rodzi się przez działanie Ducha Świętego, inicjującego głęboką reformę katolicyzmu, która ma odpowiedzieć na wyzwania stawiane życiu chrześcijańskiemu poddawanemu prądom zmian przeobrażających kulturę światową od dziewiętnastego wieku.

Opinie o ebooku Katolicyzm ewangeliczny - George Weigel

Cytaty z ebooka Katolicyzm ewangeliczny - George Weigel

Taki katolicyzm wymaga głębszej kultury religijnej: dla przykładu — katolicyzm ewangeliczny nie karmi się prostymi formułkami Katechizmu z Baltimore, lecz mistagogiczną refleksją nad sięgającymi pierwszych wieków chrześcijaństwa Katechezami Cyryla Jerozolimskiego, zapraszającymi chrześcijan do głębokiego zanurzenia się w „tajemnice”, jakimi są sakramenty, i do tego, by w oparciu o nie uformować całe swoje życie [14] . Katolicyzm ewangeliczny wymaga szczodrości w ofiarowywaniu własnego czasu przez świeckich, którzy w zabieganiu współczesnego życia muszą wygospodarować czas na głębsze spotkanie z Chrystusem, aniżeli pozwala na to cotygodniowa Msza Święta. Katolicyzm ewangeliczny wymaga także większego stopnia stabilności od duszpasterzy i biskupów, ponieważ zbudowanie tętniących życiem ewangelicznym parafii i diecezji wymaga czasu, tak jak wymaga czasu stworzenie
następców, będzie wymagał zwrócenia większej uwagi na przygotowanie sakramentalne i dyscyplinę sakramentalną, bowiem będzie się karmił sakramentami w taki sposób, jak to proponuje klasyczny ruch liturgiczny z połowy dwudziestego wieku, łączący liturgię i oddawanie czci Bogu z chrześcijańską formacją, misją i działaniami na rzecz sprawiedliwości w świecie. Katolicyzm ewangeliczny będzie wymagał zwrócenia daleko większej uwagi na głoszenie słowa Bożego, niż ma to zazwyczaj miejsce w przypadku Kościoła w świecie rozwiniętym, gdyż w swojej misji karmi się zarówno słowem Bożym w Piśmie Świętym, jak i sakramentami. To zaś z kolei będzie wymagać głębszej reformy, jeśli chodzi o rekrutowanie osób do posługi wynikającej ze święceń i formację seminaryjną. Katolicyzm ewangeliczny wymagać będzie także przemyślenia przez biskupów swojej roli jako
Katolicyzm ewangeliczny to nie jest sposób bycia katolikiem polegający na adaptacji pewnych praktyk katechetycznych i sposobów oddawania czci Bogu przejętych z fundamentalistycznego i pentekostalnego protestantyzmu. Katolicyzm ewangeliczny nie jest katolicyzmem przyszłości, jak to sobie wyobrażają katolicy „progresywni” bądź „tradycjonalistyczni”, aczkolwiek katolicyzm ewangeliczny przejmuje od pierwszych imperatyw zawsze koniecznego rozwoju, a od drugich imperatyw rozwoju jako reformy podążającej za tą istotową formą Kościoła nadaną mu przez Chrystusa. Katolicyzm ewangeliczny nie jest katolicyzmem skrojonym na modłę tego, co wydaje się — w porównaniu z Europą Zachodnią — względnie silniejszą kondycją Kościoła katolickiego w Stanach Zjednoczonych. Katolicyzm ewangeliczny nie jest po prostu odpowiedzią na kryzys związany z nadużyciami seksualnymi, który zdominował informacje o Kościele katolickim przedstawiane przez światowe media od 2002 roku. Katolicyzm ewangeliczny to nie jest ruch w łonie katolicyzmu, katolicka sekta lub nowy rodzaj katolickiej elity. Katolicyzm ewangeliczny nie jest substytutem katolicyzmu rzymskiego.
Kościół katolicki wierzy, że został ukonstytuowany — że otrzymał wyraźną i odrębną formę — z woli samego Chrystusa. A zatem wszelka prawdziwa reforma katolicyzmu odnosi się do konstytucji Kościoła istniejącej z Boskiego nadania, „konstytucji” w brytyjskim, a nie amerykańskim znaczeniu tego terminu [3] . Przez dwa tysiąclecia historii Kościoła, autentyczna i prawdziwa reforma katolicyzmu oznaczała sięganie na powrót do tej konstytucji i ożywianie na nowo różnych aspektów formy nadanej Kościołowi przez Chrystusa. To właśnie miało miejsce w tak zwanych mrokach średniowiecza, kiedy rozwinął się zachodni monastycyzm. To właśnie miało miejsce w czasach reform gregoriańskich w jedenastym stuleciu (które wywarły równocześnie ogromny wpływ na życie polityczne na Zachodzie). To właśnie miało miejsce w szesnastym wieku, kiedy Sobór Trydencki, przyjrzawszy się z całą surowością przykładom zepsucia Kościoła będącym jedną z przyczyn reformacji, stworzył taką formę katolicyzmu — katolicyzm kontrreformacyjny — która przetrwała przez całe stulecia. Podobnego dzieła zamierzał dokonać Drugi Sobór Watykański i do pewnego stopnia to mu się udało.
Świat zachodni, historyczna ojczyzna chrześcijaństwa, został — by użyć słynnych słów socjologa Maksa Webera — odczarowany. Można odnieść wrażenie, że okna ludzkiego doświadczenia zostały zabite deskami i zamalowane. Nowoczesność i ponowoczesność, zawdzięczające daleko więcej chrześcijańskiej cywilizacji Zachodu, niż wielu spadkobierców europejskiego oświecenia gotowych jest przyznać, wytworzyły, toksyczną często, kulturę życia publicznego, która staje się coraz bardziej chrystofobiczna, by posłużyć się terminem używanym przez ortodoksyjnego Żyda i wybitnego uczonego o międzynarodowej sławie, Josepha H.H. Weilera [4] . Wszystko to składa się na nowe wyzwania dla katolicyzmu.
bezpłodność progresywnego katolicyzmu — jego niezdolność do przekazywania wiary kolejnym pokoleniom, będąca w dużej mierze wynikiem rozwadniania katolickich roszczeń do prawdy bądź katolickiego nauczania — stała się nad wyraz widoczna na religijnej ziemi jałowej Europy Zachodniej, tej części światowego Kościoła, która z największym entuzjazmem przyjęła projekt progresywny. Historia, nie argumenty, dowiodła niezdatności progresywnego katolicyzmu jako strategii, która miałaby dać Kościołowi siłę do misji w trzecim tysiącleciu.
Kończąc swą medytację poświęconą Pięćdziesiątnicy, Joseph Ratzinger przyznaje otwarcie, że należy zapytać dzisiaj wielu chrześcijan: „Gdzie się podział płomień ognia?”. A następnie formułuje wyzwanie, które streszcza w sobie dramatyzm katolicyzmu ewangelicznego: „Wiara jest jakimś językiem ognia, który nas spala i przetapia, aby coraz bardziej odnosiła się do niej zasada: ja i już nie ja. (...) Gdzie odsuwamy się od płonącego ognia Ducha Świętego, tam jawi się chrześcijaństwo — tylko na pierwszy rzut oka — wygodne. (...) Tylko wtedy, gdy nie boimy się języków ognia i gwałtownego wiatru, przyniesionego przez te języki, Kościół stanie się ikoną Ducha Świętego. I tylko wtedy otworzy on świat na światło Boga” [13]
Katolicyzm kontrreformacyjny nie był łatwy w tym sensie, iż trwający ciągle niepokój serca człowieka i pradawne kłębiące się w człowieku namiętności wciąż wymagały uspokojenia. Jednak w okresie przednowoczesnym, kiedy autorytet i władzę uważano za rzecz oczywistą, religijna władza Kościoła pozwalająca dyscyplinować ludzką krnąbrność traktowana była, jak by na to nie patrzeć, jako coś oczywistego. Posługując się socjologiczną terminologią Petera Bergera, możemy powiedzieć, że Kościół był niekwestionowaną „strukturą wiarygodności”, wprowadzającą ład w życie człowieka, zaś trwanie przy tej strukturze przyswajano sobie standardowo z panującej kultury. Niezależnie od wszystkiego, panująca kultura nie podejmowała, przynajmniej frontalnie, ataku na trwanie przy takim sposobie życia.
Katolicyzm ewangeliczny jest pod wieloma względami daleko bardziej wymagający niż katolicyzm kontrreformacyjny, katechetyczno-dewocyjny. Wymaga więcej wysiłku ze strony księży i biskupów, osób konsekrowanych i świeckich; z języka ognia nie wystarczy zwykłe zaliczenie. Taki katolicyzm wymaga głębszej kultury religijnej: dla przykładu — katolicyzm ewangeliczny nie karmi się prostymi formułkami Katechizmu z Baltimore, lecz mistagogiczną refleksją nad sięgającymi pierwszych wieków chrześcijaństwa Katechezami Cyryla Jerozolimskiego, zapraszającymi chrześcijan do głębokiego zanurzenia się w „tajemnice”, jakimi są sakramenty, i do tego, by w oparciu o nie uformować całe swoje życie [14] . Katolicyzm ewangeliczny wymaga szczodrości w ofiarowywaniu własnego czasu przez świeckich, którzy w zabieganiu współczesnego życia muszą wygospodarować czas na głębsze spotkanie z Chrystusem, aniżeli pozwala na to cotygodniowa Msza Święta. Katolicyzm ewangeliczny wymaga także większego stopnia stabilności od duszpasterzy i biskupów, ponieważ zbudowanie tętniących życiem ewangelicznym parafii i diecezji wymaga czasu, tak jak wymaga czasu stworzenie więzi potrzebnych do tego, co św. Paweł nazwał „drogą jeszcze doskonalszą” (1 Kor 12,
wyrażenie „Kościół naucza...” nie trafia do głuchych na nie kultur dwudziestego pierwszego wieku odznaczających się radykalną subiektywnością, w których najwyższym autorytetem jest wszechwładne, autonomiczne „ja”. „Ewangelia objawia...” to zupełnie inna sprawa. „Ewangelia objawia...” to wyzwanie będące odpowiedzią na krytykę samej idei „objawienia”, którą przez dwa ubiegłe stulecia formułowała kultura wysoka Zachodu. „Ewangelia objawia...” to wyzwanie bardzo podobne do pytania, które Jezus postawił swoim uczniom w drodze do Cezarei Filipowej: „Za kogo Mnie uważacie?” (Mk 8, 29). Rzucenie rękawicy w formie propozycji „Ewangelia objawia...” domaga się odpowiedzi. Odpowiedź ta może być z początku sceptyczna, a nawet wroga. Ale prawdopodobnie nie będzie nią obojętność.
25 maja 1899 roku, pod koniec stulecia, które w powszechnym mniemaniu utorowało drogę do ery nieograniczonego postępu ludzkości, papież Leon XIII ogłosił encyklikę Annum sacrum [Rok święty]. Zobowiązywał w niej biskupów Kościoła do poświęcenia świata Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, będącemu „obrazem nieskończonej miłości Jezusa Chrystusa, która nas pobudza do odwzajemnienia się również miłością” [6] — w ciągu trzech specjalnych dni modlitwy w miesiącu czerwcu, następującym po ogłoszeniu encykliki. Piętnaście lat później, inaczej niż wynikałoby to z kalendarza, wraz ze strzałami, które rozległy się w sierpniu 1914 roku, skończył się wiek dziewiętnasty i zaczął wiek dwudziesty. Strzały w Sarajewie zapoczątkowały trwający siedemdziesiąt pięć lat cywilizacyjny stan wyjątkowy, który zakończył się wraz z rozpadem Związku Radzieckiego 15 sierpnia 1991 roku (i kiedy to, mierząc epokami, skończył się wiek dwudziesty).
Poświęcenie świata Najświętszemu Sercu Pana Jezusa było zatem milczącym, lecz nieomylnym ostrzeżeniem co do ryzyka, jakie niesie kultura życia społecznego wykluczająca ze sfery publicznej prawdy zawarte w tym obrazie współczucia i braterstwa, jakim jest Serce Jezusa. Niezależnie od reakcji na inicjatywę Leona XIII, z jaką spotkała się ona w jego czasach, ostrzeżenie to okazało się w dużym stopniu prorocze, jeśli brać pod uwagę autokanibalizację Zachodu w dwudziestym stuleciu: akt kulturowego wandalizmu i masowego zabijania się nawzajem ludzi, stanowiący — jak wyrażają to słynne słowa Aleksandra Sołżenicyna — skutek uboczny tego, że „zapomnieli o Bogu”
Taki sposób życia jest głęboko — i w przekonaniu niektórych niebezpiecznie — kontrkulturowy. Jednak sposób życia proponowany przez katolicyzm ewangeliczny jest daleko bardziej — a nawet nieskończenie i wiecznie — ludzki niż życie pod dyktando nienasyconego wszechwładnego autonomicznego „ja”, jego kultu poklasku ze strony świata i obojętności na pokorę. Czerpiąc wzorzec dla swej misji i służby ze wspólnot katolicyzmu ewangelicznego, ów sposób życia jest odpowiedzią Kościoła katolickiego w dwudziestym pierwszym wieku na kolosalne ludzkie cierpienie powodowane przez politykę woli mocy. Światy pogańskiej starożytności zostały nawrócone w dużej mierze przez oczywistą wyższość chrześcijańskiego sposobu życia. Ponowoczesny świat dwudziestego pierwszego wieku i trzeciego millennium zostanie nawrócony w ten sam sposób: przez życie godne człowieka ugruntowane w prawdzie Ewangelii i pozwalające dać się pochwycić tej prawdzie.
Ojcowie Drugiego Soboru Watykańskiego zaproponowali Kościołowi i światu wielki akt wiary w fakt Objawienia. Ów akt wiary zawiera w sobie implicytne kryterium głębokiej i autentycznej reformy katolicyzmu: kryterium prawdy. Kryterium to można zastosować w formie kategorycznego pytania: „Czy — jako diakon, kapłan, biskup, osoba ucząca w seminarium, katolicki intelektualista, zakonnik, zakonnica bądź osoba świecka żyjąca i pracująca »w świecie« — wierzysz, że Ewangelia (rozumiana jako wszystko, co Bóg objawił dla naszego zbawienia w Piśmie Świętym i tradycji apostolskiej) jest nadprzyrodzonym darem Bożego Objawienia, tak że to ona stanowi miarę dla twojego życia, a nie twoje życie dla niej?”. „Czy wierzysz, że to Ewangelia jest miarą dla entuzjazmu danej chwili, a nie, że entuzjazm chwili jest miarą dla Ewangelii?”
nie minęło dziesięć lat od zakończenia Soboru, a kultura wysoka Zachodu skręciła zdecydowanie w stronę agresywnego i hegemonicznego sekularyzmu, który w dwudziestym pierwszym wieku objawia się jako chrystofobia; jako głęboka wrogość do prawd Ewangelii, zwłaszcza prawd moralnych, połączona z determinacją, aby chrześcijan głoszących te prawdy wykluczyć ze sfery publicznej, spychając ich do enklawy prywatnych przekonań na marginesie społeczeństwa [39] . W takich okolicznościach głoszenie Ewangelii i życie prawdami ewangelicznymi w różnych formach aktywności społecznej, począwszy od opieki zdrowotnej, przez domy dziecka i wychowanie, staje się działaniem głęboko kontrkulturowym. Naraża to wierzących na ryzyko dotyczące ich statusu społecznego i samopoczucia psychicznego.
Gdy dominująca kultura życia publicznego nacechowana jest nihilizmem i relatywizmem i przywołuje autorytet publiczny, by narzucać ów nihilizm i relatywizm innym przez opierające się na przymusie wykorzystywanie władzy państwa, Kościół staje przed wyzwaniem podobnym, przynajmniej co do formy, do wyzwania, z jakim musiał mierzyć się w krajach komunistycznych w okresie zimnej wojny. Wyzwaniu temu nie są w stanie sprostać katolicy letni bądź nijacy. Podołać mu może jedynie zdrowy i silny katolicyzm ewangeliczny
katolicyzm ewangeliczny rozumie, że dla pewnych biblijnych słów i terminów nie mogą istnieć żadne substytuty. Jak pisał Robert Louis Wilken, patrolog, „w kulturze chrześcijańskiej istnieją pewne słowa i wyrażenia, które są po prostu niezastępowalne. Słowa i wyrażenia takie jak »posłuszeństwo«, »łaska«, »znoszenie cierpienia« (czyli biblijna forma cierpliwości), »obraz Boży«, »cierpiący sługa«, »przybrane synostwo«, »wola Boga« — które używane wciąż na nowo formują naszą wyobraźnię i kanalizują emocje” [42] .
Jednakże ilekroć katolicyzm ewangeliczny podejmuje kwestie dotyczące zasad życia publicznego w społeczeństwach pluralistycznych i zazwyczaj zsekularyzowanych, posługuje się swoim drugim językiem, językiem rozumu.
Takie wykorzystanie języka rozumu w demokracjach pluralistycznych ma swoje uzasadnienie na kilku płaszczyznach. Jest to sprawa dobrych obyczajów w demokracji: poważna debata stanowi życiodajny krwiobieg każdej demokracji, a wszyscy zaangażowani we wspólne demokratyczne przedsięwzięcie dokładają starań, by przestrzegać jego gramatycznego protokołu, zgodnie z którym powinniśmy mówić w taki sposób, by nasze argumenty mogli zrozumieć inni współobywatele. Jest to także kwestia zdrowego rozsądku politycznego: jeśli chcemy, aby nasz argument został wysłuchany, rozważony i przyjęty, musimy wyrazić go w takim języku, by ci, których chcemy przekonać, mogli go zrozumieć.
Papież Jan Paweł II w encyklice Redemptoris missio, podsumowując zmiany, którym dał początek nowy stosunek do nowoczesności prezentowany przez Leona XIII, nauczał, iż Kościół nie posiada misji w taki sposób, jak gdyby „misja” stanowiła jedną z czynności Kościoła; przeciwnie, to Kościół jest misją i wszystko, co robi Kościół, podporządkowane jest misji, jaką jest głoszenie Ewangelii i nawrócenie świata oraz pozyskanie go dla Chrystusa