Kato - Ludwika Godlewska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kato - Ludwika Godlewska

Ludwika Godlewska (1863–1901), używająca pseudonimu Exterus, to polska powieściopisarka, epigonka pozytywizmu. Debiutowała nowelką „Pan Apolinary Prądaszyński” w piśmie „Słowo” w roku 1895. W swojej twórczości umiejętnie wykorzystywała doświadczenia pobytu na tajnych pensjach dla panien, a także w licznych sanatoriach zagranicznych, w których leczyła chorobę płuc („Po zdrowie”). Tam też Godlewska przeżyła wielką i odwzajemnioną miłość do dużo od niej starszego i żonatego mężczyzny, która również znalazła odbicie w jej pierwszej powieści. Wśród kolejnych dzieł, cieszących się uznaniem w warszawskim środowisku literackim, znalazły się powieści i nowele „Kato” (1897), „Kwiat aloesu” (1897), „W karnawale” (1897), „Do słońca” (1898), „Dobrane pary” (1900). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Kato - Ludwika Godlewska

Fragment ebooka Kato - Ludwika Godlewska





Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. TOM II
  11. ROZDZIAŁ I
  12. ROZDZIAŁ II
  13. ROZDZIAŁ III
  14. ROZDZIAŁ IV
  15. ROZDZIAŁ V
  16. ROZDZIAŁ VI
  17. ROZDZIAŁ VII
  18. ROZDZIAŁ VIII
  19. KOLOFON

TOM I


ROZDZIAŁ I

Andrzej Krępic włożył do kuferka ostatnią książkę, a zamknąwszy go, wstał, wyprostował się i powiódł oczami po pokoju.

Szeroko otwarta szafa, z której wyglądały opróżnione półki, miała dziwny wyraz, bo zdawała się na coś czekać. Oba łóżka, na których nie pozostało już nic, prócz dwóch szarych sienników, ziejących przez otwory słomą, puste wieszadło, które z rogu pokoju wyciągało czarne ramiona, niedbale rozstawione krzesła, podłoga, zarzucona zmiętymi zwitkami papieru, nawet szare mury, zapisane węglem w różnych kierunkach, mówiły o opuszczeniu i przemawiały jak gdyby żalem za czymś, co odchodzi bez powrotu. Rzeczy martwe tak czasami wyglądają, że bez trudu można by o nich napisać coś w rodzaju psychologicznego traktatu. Są chwile, w których one się ożywiają, dostają duszy i przemawiają wymowniej, aniżeli twarz człowieka. Andrzej Krępic siadł teraz na oknie i rozglądał się po pokoju, w którym z kolegą Znamienieckim przemieszkał i przeżył cztery lata pobytu w instytucie, a martwe przedmioty poczęły do niego mówić, przywoływać dawne wspomnienia, skarżyć się i żegnać go zupełnie tak, jak gdyby szmat duszy oderwał się przez lata wspólnej pracy od niego i jego kolegów i napełnił sobą pokój, ściany i wszystkie sprzęty.

W oczach młodego studenta było widać rozrzewnienie.

„Prawda jest to kundel, którego wyganiają kijem do budy”, przeczytał na ścianie obok pieca i pomyślał, że kolega Kubacki był we wszystkim bezwzględny. Na świecie uznawał tylko jednego geniusza – Szekspira. Wtedy przyszli obydwaj z Naftalem. Była dopiero ósma wieczorem, lecz oni nie chcieli zostać na herbacie i nawet nie chcieli siadać, bo mieli w domu pilną robotę. Wpadli tylko na chwilę, ale w paltach i w czapkach stali przy drzwiach i rozmawiali, a raczej kłócili się do trzeciej w nocy, po czym, ku utwierdzeniu swoich przekonań, Kubacki wziął węgiel, wypisał na ścianie sentencję lirowskiego błazna i wypchnąwszy za drzwi Naftala, machającego rękami, poszedł kończyć pilną robotę.

Kubacki pozostawił po sobie najwięcej napisów.

„Kruchości! imię twoje niewiasta”.

Sprzeczali się tego dnia o równouprawnienie kobiety, ale z nim nigdy nie było można mówić o tym przedmiocie serio. Powtarzał zawsze: – „nie wierz słowom panny, ani żadnej niewiasty, bo ich serce jest jak koło”, a jednak tym niewiastom poświęcał więcej czasu, aniżeli kursom i rysunkom.

Nad łóżkami były także napisy. Wakowicz wykaligrafował nad jednym – „ostatni z romantyków”, a nad drugim – „Kato, książę niezłomny”. „Ostatni z romantyków” to przydomek, który nadano koledze Znamienieckiemu. Miał marzący wyraz oczu i deklamował na pamięć „Przedświt”, zresztą nie był mniej trzeźwym od innych. A Kato, to on – Andrzej Krępic. Nie lubił, gdy koledzy naciągali Naftala na „biby”, a sam tylko wtedy brał w nich udział, gdy miał trochę pieniędzy na wyrzucenie, albo też gdy go Naftal uprosił. Poza tym nie uważał, aby go matka natura obdarzyła jaką cechą katonizmu, albo niezłomności.

Przyglądając się tym napisom, miał w oczach uśmiech, ale potem skierował wzrok na zdanie, umieszczone pod „Katonem” i wypisane jego własną ręką, i spoważniał.

„W życiu jest dużo dróg krzywych, ale tylko jedna prosta”. Jak to już temu dawno, a jak on pamięta każdy szczegół! Są widocznie rzeczy, które się nie zacierają długo, a może nawet nie zacierają się nigdy? Drobnostka poruszy jedno wspomnienie, a ono, niby fala świetlna cząsteczką eteru, wstrząśnie i zakołysze wspomnieniem drugim – dziesiątym – setnym aż do wyczerpania wszystkich, jakie były...

Gdy tę spuściznę odziedziczył po matce, właśnie kwiecień miał się ku końcowi. Rozmiękła ziemia świeciła na polach i drogach jeziorkami, które powstały z zimowego śniegu i z marcowych deszczów. Łany ozimin były od spodu zielone, z wierzchu pocętkowane na żółto przymrozkami i resztkami zeszłorocznej runi. Kaczeniec błyszczał na mokrych łąkach i w rowach zupełnie jak rozsypane złoto; bór stał czarny, a wierzby i brzozy, podobne do hożych tanecznic, brały się za ręce i powiewne, powyginane, jedne bladymi gałązkami, drugie śniegiem pni, śmiały się do słońca i do szafirów. Świat budził się jakby do nadziei i do szczęścia, ale on – Krępic przeklinał go wtedy właśnie za to. Wiosna z całym upojeniem, które zdaje się wówczas płynąć w powietrzu, ze skowronkami w ekstazie, z omdlewającą ciepłotą, z całą orgią seledynu, złota i barw turkusowych, przemawia słodyczą do szczęśliwych lub ukojeniem do tych, którzy już mogą sobie powiedzieć: gorzej nie będzie. Ale on właśnie dążył po owo gorzej. W około niego cały świat dyszał nadmiarem sił i życia, on zaś miał stanąć oko w oko z niemocą i śmiercią. Ta rozterka jego wewnętrznego ja z otoczeniem bolała go, jak rana.

Wózek wtoczył się na wzgórek. Jak na dłoni leżała teraz przed nim, wezbrana – srebrnoszara taśma Wisły i długi szereg osad daszowickich, rozrzuconych u falistego brzegu rzeki. Już przy każdej zagrodzie zieleniły się wierzby i płoty z dzikiego agrestu, tylko na samym końcu długiego szeregu chat, pod lasem, sterczał nagimi gałęziami pęk wysmukłych topoli. Nad osadą jego matki kołowała śmierć, więc wiosna jeszcze nie śmiała położyć na niej swoich ciepłych dłoni.

On wtedy patrzał i czuł, że im bardziej zbliża się do celu, tym większy go zdejmuje lęk. Nawet nie wiedział, że tak bardzo kocha matkę i że tak straszną jest myśl o życiu, w którym nie będzie się już miało na własność ani jednego oddanego serca. Żyje, czy nie żyje? Żeby choć zdążyć, choć usłyszeć jedno serdeczne słowo, które już będzie musiało wystarczyć na zawsze... Chwilami zrywał się i miał ochotę biec pieszo, bo zdawało mu się, że to będzie prędzej, a potem upadał na siedzenie, rad, że ma jeszcze kilka chwil przed sobą, że zdąży się uspokoić i że nie przerazi jej własną trwogą. Wmawiał wtedy w siebie, że powinien nad sobą panować, bo już nie jest wyrostkiem, czepiającym się matczynej spódnicy, lecz studentem pierwszego kursu – skończonym człowiekiem. Ale równocześnie zachodziły mu oczy łzami, a on, wściekły na własną niemoc, zaciskał zęby i walczył z nowym dopływem bólu.

Dojeżdżali już do kolonii, gdy nagle ogarnęła go chęć wypróbowania własnego głosu, więc zwrócił się do chłopaka, siedzącego przed nim na wiązce słomy i popędzającego batożkiem parę wypasionych kasztanów, i zapytał: Kto jest przy matce?

Zdawało mu się, że mówi spokojnie, a tymczasem chłopak odwrócił się tak szybko i popatrzył na niego tak jakoś dziwnie, że jego wzięła wtedy złość.

– Czego się na mnie gapisz i nie odpowiadasz? – rzucił sucho.

– A bo... a dyć... nie urzewniajcie sobie po próżnicy. Stara Bobrzakowa i nasza Nastka cięgiem siedzą, a i cała kolonia do waszej chałupy zagląda.

Wtedy zdjęło go na chwilę wielkie rozrzewnienie i wdzięczność dla Bobrzakowej, dla Nastki i dla całej kolonii, a chłopak tymczasem cmokał na swoje kasztany i wywijał batożkiem. Konie rwały, wózek wpadł między dwa szeregi chat i zaczął podskakiwać na kamieniach, on zaś zamknął oczy i uczuł to, co musi czuć skazaniec, wieziony na miejsce męki. A potem klęczał przy łóżku matczynym. Ona mu gładziła włosy, mówiła długo i cicho, ale on nic nie słyszał, a raczej nie rozumiał, bo wpadł w stan dziwnego zobojętnienia i doznawał takiego uczucia, jak kiedy będąc dzieckiem, ofukany przez ojca i spłakany, usypiał w ogródku między łodygami malw, przy brzęku owadów, uwijających się w słońcu. A tymczasem, choć bez jego wiedzy i woli, jej słowa zapadały mu gdzieś głęboko w serce i potem przypomniały się wszystkie.

– Synku – mówiła – dla tego cię wysłałam do ludzi, żebyś się nauczył kochania i mądrości. To mię mordowało od młodych lat. Byłam głupią dziewuchą, ale rozumiałam i pamiętam wszystko... Jak w naszej chałupie ojca i brata nie stało, w innych chałupach nie brakowało nikogo i jeszcze na nas krzywo patrzyli, że aż mię zdejmowała wielka złość i żałość. Potem zaczęłam się po ludziach rozglądać i do dusz im zaglądać, a gdy obaczyłam, że tam jest więcej nędzy, niż złości, że bieda jest jako rdza, co zjada wszelakie dobro, to złość mię ominęła, a żałość została i ciągle we mnie rosła. Mój ojciec, a twój dziadek, synku, był szlachcic, choć z obyczaju chłop, twój ojciec był chłop i z ojców i z obyczaju. Oni wszyscy kochają tylko swój grunt i żadnego innego kochania nie zaznali nigdy. Ale ja myślałam, że ty, synku, nie możesz być taki, jak wszyscy w Daszówce, bo bałabym się stanąć na Boskim sądzie i bałabym się spotkać z twoim dziadkiem i wujem. Więc naprzód uczyłam cię sama, a potem Duch najświętszy mnie natchnął, że to mało i że ty powinieneś iść między mądrych ludzi i między książki, dlatego, synku, wysłałam cię do szkoły, choć po śmierci mojego było mi okrutnie ciężko i rady sobie dać nie mogłam, jako że i kradli sporo. Pamiętaj Jędruś o tym, bo inaczej święta ziemia będzie dla mnie jako ciężki kamień. I jeszcze jedno ci powiem. Ludziom się zdaje, że jest tylko jedna droga zła, a dobrych moc – a po prawdzie, złych jest moc, tylko dobra jedna. Ty o tym Jędruś pamiętaj najbardziej i uważaj, żebyś się nie zmylił, bo dobra jest tylko jedna, bo ja bym wiecznej spokojności nie zaznała, żebyś ty się zmylił. Ja jestem zwyczajna kobieta i nie wiem, czy dobrze zrobiłam z tą nauką, ale wiem, że możesz żyć na chwałę Boską i możesz nie krzywdzić nigdy.

Krzywdy i cudzych łez nie daruje samo Miłosierdzie, i ja ci nie podaruję, Jędruś, spamiętaj!

Wtedy on poczuł na swojej głowie jej ręce, które były bardzo ciężkie i jak przez sen, albo z bardzo daleka usłyszał:

– Niech cię ma w swojej opiece Pan Jezus i Przenajświętsza...

A potem, też jak przez sen, widział dużo bab, dziewuch i gospodarzy, dużo choiny, żółtych świec, czuł, że słońce grzało i że ciepły wiatr całował go we włosy, słyszał nisko nad ziemią jakieś smutne śpiewanie, a w górze, w słońcu, pieśń wesołą, tryskającą szczęściem, ekstatyczną, i widział, że wyrzucili między dwiema białymi brzozami całą moc piasku dziwnie żółtego. Ta żółtość gryzła go w oczy ciągle, wtedy, gdy siedział na wózku i jechał między łąkami przetykanymi kaczeńcem, który widział już kiedyś, niedawno, a może i dawno? – i wtedy, gdy się zobaczył w wagonie, także żółtym jak piasek. Jakaś żydówka schowała Żydziaka pod ławkę. Konduktor krzyczał, ona krzyczała jeszcze głośniej, jego bolała głowa, przejmował dziwny mróz i prócz tego chciało mu się pić. Wyszedł, lecz gdzie, nie pamiętał i pił póty, aż już więcej nie mógł, a potem znowu siedział na ławce, żółtej jak piasek, w głowie turkotał mu pociąg ze wszystkimi wagonami i zdawał się dokładać wszelkich starań, by rozsadzić nie tylko jego mózg, ale i cały świat. Znamieniecki miał minę zdziwioną, Kubacki także, mówili coś, co prawdopodobnie mógłby był zrozumieć, gdyby był chciał koniecznie, a w końcu zrobiło się bardzo cicho i przyjemnie i wyciągnęła się przed nim piaszczysta, mocno żółta droga i ciągnęła jego oczy z sobą gdzieś daleko w nieskończoność... Gdy pierwszy raz ta droga znikła mu z oczu, Znamieniecki siedział w kącie na kuferkach i spał, Kubacki, oparty łokciami o stół, uczył się głośno, a on – Krępic leżał na łóżku i dziwił się, że na obu krzesłach stoi tak dużo butelek i że te butelki nie są ani od piwa, ani od wódki. Z początku zapragnął koniecznie dojść, dlaczego Znamieniecki usnął w kącie i co to są za butelki, ale potem sobie powiedział, że nie warto się trudzić dla takiej małej rzeczy i że przyjemniej jest nie myśleć wcale. Gdy się obudził powtórnie, Kubacki leżał w mundurze na swoim łóżku i spał, a Znamieniecki siedział przy stole i uczył się. Wtedy zaczął bardzo powoli myśleć i najpierw przypomniała mu się owa żółta droga, która szła w nieskończoność i jego za sobą ciągnęła, potem Żydówka, która się kłóciła z konduktorem, potem, jakieś śpiewanie, jakieś ciche słowa, które ktoś do niego mówił, a w końcu uczuł wielki ból, za pomocą którego zrozumiał wszystko.

Chorował wtedy całe osiem tygodni, stracił rok nauki, ale zyskał nowego przyjaciela.

Dotąd znał kolegę Znamienieckiego niewiele. Dawał mu lekcje języka rosyjskiego i na tym koniec. Co skłoniło eleganckiego panicza, że dzień i noc, razem z Kubackim dozorował go w tyfusie, nie wiedział i, co prawda, nie starał się dowiadywać. Serca tak samo biją pod batystową, jak i pod zgrzebną koszulą – to przecież rzecz nie nowa. W Znamienieckim odkrył serce, więc uczuł dla niego najpierw dużo wdzięczności, potem dużo pociągu, a wreszcie te uczucia zamieniły się w głęboką i podzielaną przyjaźń, która trwała. Nie rozstawali się prawie od tej pory. Kubacki zamieszkał po wakacjach z Naftalem. Znamieniecki przeniósł się do niego, do Krępica – i tak już pozostało przez wszystkie lata kursów.

Były to dobre czasy, choć często z pieniędzmi bywało różnie. Krępic miał stypendium, którym dzielił się z Kubackim, dawał prócz tego lekcje i co wakacje wyjeżdżał do różnych dworów na wieś, po zarobek korepetytorski, ale pomimo to, zdarzało się, że z mamoną było krucho. W ogóle, brak owego nervus rerum to była choroba, na którą prawie wszyscy w instytucie niedomagali. Kubacki i on, Krępic, parli się przez życie własnymi siłami, Dembosz i Wakowicz mieli z domu zasiłki, ale niewielkie, Znamieniecki i Naftal byli, w porównaniu z innymi, prawdziwymi Rotszyldami, a wszyscy razem mieli wieczyste pustki w kieszeniach. Czemu tak było, nikt nie dociekał, bo dociekanie nie byłoby zmieniło położenia rzeczy, ale w rzeczywistości kwestia się tak przedstawiała. Kto miał choć trochę za wiele, musiał pożyczać tym, którzy mieli za mało, i stąd się wytwarzała pewna równowaga. Zawartość jednych kieszeni równała się zeru, zawartość zaś drugich – zeru z minusami.

Pomimo to, te czasy były dobre, a jak dobre, on, Krępic zrozumiał dziś, gdy z dyplomem w kieszeni powiedział sobie: teraz zacznie się życie.

Z daleka to życie przedstawiało im się, jak jakieś bardzo jasne słońce, pełne czystych ideałów, poświęceń i ofiar, po których, jak po szczeblach drabiny, oni będą iść wciąż w górę i sprawią, że sprawiedliwość odniesie tryumf, a prawda zwycięży.

Ale jakie też ono okaże się z bliska?

Krępic czuł w sobie coś na kształt niepokoju, smutku czy żalu. Może to przeczucie, że nie wszystko będzie szło tak, jak oni marzyli?

Znowu utkwił oczy w napisie, który czarnymi literami wyraźnie się rysował na szarej ścianie i przed chwilą odegrał był rolę fali świetlnej. „W życiu jest dużo dróg krzywych, lecz tylko jedna prosta”. Jego matka była zwyczajną kobietą, ale on teraz widział, że była równocześnie niezwykłą. W myśli napisu kryła się wspaniała filozofia uczciwości. Nieraz zastanawiał się, jak ta jego „święta” rozumiała ową jedyną prostą drogę, ale dopiero niedawno zrozumiał to po raz pierwszy.

Brał stypendium i mógł je brać jeszcze przez kilka miesięcy, gdyby ostatnie roboty odłożył na czas powakacyjny. Tak zrobił Dembosz i tak robili prawie wszyscy, którym zależało na kilkudziesięciu rublach. Jemu na nich zależało także, ale w ostatniej chwili, nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie słowa matki i spostrzegł, że nie tylko ma przed sobą dwie drogi do wyboru, ale że obie wydają się równie uczciwymi. A matka powiedziała, że uczciwa jest tylko jedna. To był pierwszy szkopuł – pierwsza wątpliwość, jak postąpić. Ostatecznie, kwestia nie była wielkiej wagi... niemniej wszakże wątpliwość istniała, niepokoiła go i gniewała.

Postanowił zdawać od razu, zdał, a wewnętrzne zadowolenie, jakie wtedy uczuł, objaśniło go, że dobrze zrobił.

– Mam obiecane miejsce u Rotte’go – myślał teraz – z osady powinno mi się jeszcze z jakie kilkadziesiąt rubli okroić, na ubranie tymczasem wystarczy, a potem... przecież i do najmniejszej pensji można przystosować swoje potrzeby. U Znamienieckiego wypocznę, nabiorę sił i dalej – w życie!

Zacisnął pięści, wyciągnął ramiona i wyglądał, jak gdyby próbował walczyć z jakimś urojonym wrogiem.

Tymczasem wszedł Znamieniecki, rzucił czapkę na łóżko, siadł na stole i puściwszy w ruch nogi, począł mówić:

– Wyobraź sobie, licho mnie poniosło koło instytutu i zepsuło humor. Nie masz pojęcia, co tam teraz za pustka! Próbowałem sobie wyobrazić, że po wakacjach znowu się brama otworzy, a podwórze zaroi nowymi ludźmi, i nie mogłem. Co za głupie usposobienie! Równie dobrze mogłem sobie powiedzieć, że gdyby tak niespodzianie śmierć zmiotła mnie, ciebie i resztę naszych, ziemia by stanęła jak słup i nie miałaby sił ani na jeden obrót więcej.

Przesunął cienkie palce po brunatnych włosach, a Krępic się zgodził, że i on doznaje tego samego wrażenia, choć nie widział zamilkłego instytutu i jego zamkniętej bramy i że prócz tego jest mu jakoś głupio. Dotąd wiedział, czego chce i dokąd dąży, a teraz się przekonał, że głównie dążył do dyplomu, bo reszta gdzieś się zaprzepaściła, a właściwie oddaliła i tylko majaczy z daleka, jak coś nieokreślonego i nieujętego.

– Prawdopodobnie – kończył – jest to chwilowy odruch nerwów, spowodowany nadmiarem pracy i osiągnięciem upragnionego dyplomu; ale pomimo to, fakt faktem, jest mi jakoś nieswojo i najwyraźniej głupio!

Tu siadł na krześle, jak na koniu, na wprost Znamienieckiego, oparł brodę na poręczy i kiwał się w takt ruchu nóg tamtego.

Milczeli teraz, obydwaj – zamyśleni, patrzyli wprost przed siebie nie widząc i drgnęli równocześnie, gdy się drzwi otworzyły z wielkim impetem, a do pokoju wpadł Wakowicz.

– Chodźcie „Pod Planetę” na bibę! – wrzasnął i sapiąc oparł się plecami o ścianę.

Znamieniecki zeskoczył ze stołu.

– Dobra myśl! – zawołał uradowany. – Chodź, Kato, zapijemy robaka głupoty, a jutro w drogę po wypoczynek! Zobaczysz, jak w nas energia odżyje, byle nam tylko zaszumiały nasze kłosy, zapachniały nasze lipy, byle nas nasze wiatry owiały! Chodźcie!

Chwycił za czapkę, ale Krępic się ociągał i wahał.

– Ani ty nie masz za wiele pieniędzy, ani ja – zauważył.

Wakowicz patrzył na niego zdziwiony, chwilę stał milcząc i nagle uderzywszy się pięścią w czoło, krzyknął:

– Ot! wieczysta głupota i sentymentalizm, jak mówi Kubacki. Na co ci pieniądze? Nafta funduje wszystkim. Pomyśl, że to już ostatni raz, a Kubacki powiada, że choćby Nafta ani jednej biby nam nie wyprawił, ani dziadzio Naftal, ani ojciec Naftal o grosz nie podniosą robocizny w swoich fabrykach – tak! No, Kato, raz złóż ofiarę na ołtarzu koleżeństwa i chodź!

Wakowicz machał rękami, starał się mówić patetycznie i wyglądał zabawnie ze swą krępą figurką, gęstą czupryną, podobną kolorem do dojrzałego owsa i wielką twarzą, pocętkowaną piegami.

Ale Krępic stał wciąż nachmurzony i widocznie zły, co spostrzegłszy tamten, zmienił ton i mówił teraz prawie żałośnie:

– Bój się Boga, Kato, nie psuj nam ostatniego dnia! Przecież i my nie jesteśmy już takie ostatnie psy, bez ambicji. Naftę naciągnęliśmy, to prawda, ale on ma, a my nie mamy, a przy tym to taki poczciwy chłopak! Jakby nie wydał na bibę, to by puścił na co innego. Chodźcie, bo zrobicie rzetelną przykrość i jemu i nam.

– Nie filozofuj, Kato! – poparł kolegę Znamieniecki i z prośbą popatrzył w oczy Krępicowi. – Chodź, ostatni raz!

Chwilę czekali w milczeniu, wreszcie Krępic wziął wolno czapkę i mruknąwszy, że Naftal jest zawsze osioł, a oni wszyscy świece łojowe – wyszedł.

Na ulicy wzięli się pod ręce i utworzyli trójkę dość niezwykłą. Krępic szedł w środku. Był najwyższy i najlepiej zbudowany, włosy i oczy miał czarne, czoło niskie, prawie prostokątne, rysy może trochę za grube, ale bardzo regularne, chód zręczny, pewny, prawie żołnierski. Głowę niósł wysoko, niemal sztywno i patrzył przed siebie z chmurną powagą, który to wyraz nadawały mu brwi bardzo proste i blisko schodzące się nad nosem.

Znamieniecki szedł po jego prawej stronie i tworzył z nim uderzający kontrast. Jeżeli tamten był istnym wyobrażeniem siły w jej estetycznym znaczeniu, twarz tego mogła być natchnieniem dla rzeźbiarza, marzącego o pięknie idealnym.

Był niższy i szczuplejszy, włosy miał wijące się, ciemne, z odcieniem brązu i błyskami złota, rysy bez zarzutu, delikatne jak piękna kamea, a oczy szafirowe, z długimi rzęsami i z takim wyrazem, jaki czasami miewają młode dziewczyny, zapatrzone w gwiazdy.

Obaj byli uważani przez kolegów za najprzystojniejszych chłopaków w całym instytucie, Krępicowi wszakże oddawano pierwszeństwo, uważając twarz Znamienieckiego za nazbyt kobiecą.

Ale niewiasty były innego zdania. Każda, mijając trójkę studentów, zatrzymywała wzrok na urodziwej postaci Krępica i uśmiechała się, lecz gdy jej oczy spotkały się następnie z oczami „ostatniego z romantyków”, widać w nich było wprost zdumienie. Minąwszy go, wszystkie jeszcze raz odwracały głowy; młodsze się rumieniły i wzdychały, same nie wiedząc czego.

Wakowicz nie wywoływał rumieńców na niewieścich twarzach, ale pomimo to nie wydawał się strapionym. Z fantazją kołysał się na krótkich nóżkach, z fantazją gestykulował wolną ręką i z fantazją opowiadał o „kawale”, jaki urządzili Nafcie.

– Zastali go przy fortepianie – mówił. – Wyparł się sztuki, jak Piotr Chrystusa i przyrzekł dziadkowi z Łodzi, że będzie fabrykował artystyczne perkaliki, ale dziś został sam, więc nie mógł wytrzymać i zaczął się żegnać z Szumanem. Niech diabli wezmą jego – Wakowicza, jeżeli ten Nafta nie jest większym artystą, niż będzie kiedykolwiek fabrykantem! Tak go dzisiaj wzruszył, że choć język przysechł mu do podniebienia, a żołądek do krzyża, stracił ochotę do piwa i do całej biby. Ale Kubacki jest widać wrażliwy tylko na fizjonomie babskie. Wyrwał Naftę z objęć zachwytu i opowiedział mu – a bestia wspaniale udaje wzruszenie – że wszyscy jechali tramwajem, że Kato wyskoczył ostatni i złamał nogę, że go odwieźli do szpitala, ale pieniędzy nikt nie ma etc... Tak łgał, że aż się ckliwie robiło, a jego, to jest Wakowicza, zdjął lęk, żeby aby naprawdę który gnata w nodze nie złamał. Czasem się tak staje... ale główna rzecz, było wtedy widzieć Naftę! Po prostu, coś piramidalnie – pomidorowego! Zbladł jak wyprana chustka do nosa, gęba mu latała, nie mógł trafić do kieszeni, a w końcu powyrzucał wszystką mamonę, jaką miał, i powypychał ich za drzwi, krzycząc, żeby się śpieszyli i na doktorów nie żałowali. Mało co nie poumierali od powstrzymywanego śmiechu. Obiecał, że zaraz za nimi przyleci, tylko wprzód wyśle do ojca depeszę o nową flotę, oni zaś zleźli na dół i dopiero z podwórza Kubacki zaczął się drzeć z całego gardła, pokazywać pieniądze i zapraszać Naftę na bibę. Kto nie widział gęby Nafty w oknie, a Kubackiego na dole, jak mu wymyślał od podłych kolegów, którzy dlatego się wściekają, że przyjaciel naprawdę nogi nie złamał, ten nic nie widział i jest wprost litości godną osobą. Brali się pod boki i wyli ze śmiechu. Nafta w końcu także się śmiał, a kucharki powytykały głowy z lufcików i wszystkie razem wymyślały im od małp i „migilistów”.

To był „figowy kawał” i Kuba już chyba nigdy nic lepszego nie spłodzi.

Tymczasem Naftal, Kubacki i Dembosz siedzieli w niewielkim pokoju „Pod Planetą” i, gwoli skrócenia niemiłego oczekiwania, zabawiali się w różny sposób.

Naftal kołysał się na dwóch nogach krzesła, puszczał regularne kółka dymu i cały się zatopił w obserwowaniu szarobłękitnych obrączek, które goniły jedna za drugą, powiększały się, nacierały na siebie, a w starciu traciły pierwotny kształt i nikły w przestrzeni. Jego oczy, które, trzeba przyznać, były bardzo ładne, podłużne i miały kolor błyszczącego kasztana, świeżo wypadłego z dojrzałej łupiny, patrzyły na obrączki dymu z takim wyrazem, jaki prawdopodobnie miał Newton, gdy mu się zdarzyła sławna przygoda z jabłkiem. Były to oczy myśliciela, osadzone w twarzy o rysach wybitnych, silnie zdradzających rasę.

Kubacki, szczupły, anemiczny, z rzadkim zarostem blondynek, oparł się obu łokciami o stół, twarz wsparł na dłoniach i w tej wygodnej pozycji ziewał nader szeroko.

A Dembosz chodził wzdłuż i wszerz pokoju, zajadle muskał ciemny wąsik i krótko przystrzyżoną bródkę, czasami stawał przed zakurzonym lustrem, przyglądał się odbiciu swojej kształtnej figury i, dla urozmaicenia nudnego czekania, od czasu do czasu klął.

Wreszcie stanął przy stole, popatrzył uważnie na Kubackiego, ziewającego stoicko, ziewnął także i rzucił niecierpliwie:

– Ręczę, że Kato robi głupie awantury i nie chce przyjść, a Znamieniecki udaje, że mu przyznaje rację.

– Skądżeż wiesz, że udaje? – zapytał flegmatycznie Kubacki.

– Zabawnyś! On we wszystkim udaje Katona, jak kos papugę, a że wy, pogrążeni w bezwzględnej adoracji, tego nie widzicie, to tylko dowód, że macie kurzy wzrok, nic więcej.

– Przede wszystkim – wtrącił Naftal – nikt tu szczególnie nie uwielbia Znamienieckiego, a że umie sobie zjednywać więcej przyjaciół, niż na przykład ty, to tym lepiej dla niego.

Na to Dembosz wzruszył ramionami.

– Też coś nowego! – mruknął. – Od chwili, jak się zapisałem do instytutu, słyszę na wszystkie strony: Kato i Znamieniecki, Znamieniecki i Kato, dwa świeczniki jednym słowem, jeżeli nie słońca.

Ale Naftal odrzekł, że co do Krępica, to się zgadza, bo nawet on, Dembosz, przyzna chyba, że tak samo nie jest wart smarować mu butów, jak zresztą wszyscy. Co zaś do Znamienieckiego, to sympatia, jaką mu okazują, pochodzi prawdopodobnie stąd, że miłym obejściem umie zjednywać sobie wszystkich i że go lubi Kato.

Po tych słowach Dembosz oburzył się jeszcze więcej i zawołał niecierpliwie:

– Właśnie tego nie rozumiem! Kato jest demokratą z krwi, z kości i z przekonań, a Znamieniecki to w gruncie paniczyk, arystokrata, szlachcic filozof, z twarzą lalki, który wie, że mu teraz równie pięknie w demokratycznej bluzie, jak będzie później w czerwonym, albo niebieskim fraku!

Kubacki uważnie słuchał, z wielkim spokojem przyglądał się ożywionej twarzy Dembosza, a gdy ten skończył mówić, wysunął jeszcze więcej łokcie na stół i rzekł:

– Zawsze byłeś płochy, kolego, a teraz widzę że głębia waszego mózgu równa się głębi mielizn wiślanych. Ale mniejsza o to, powiedzcie mi, za co właściwie nie cierpicie Znamienieckiego?

– Ja nie cierpię Znamienieckiego? Ależ i owszem, przyznaję że to jest miły i dobry chłopak, tylko nie mogę pojąć, że wy na niego liczycie – oto wszystko.

Na to Kubacki wzruszył ramionami, po czym zaczął kiwać głową.

– Oj, nie dał Pan Bóg świni rogów, bo też bodłaby, bodła...

– Co przez to rozumiesz? – krzyknął teraz Dembosz i zaczerwieniony przyskoczył do stołu.

Sprzeczka się zaostrzyła, więc Naftal, który, lubił „pianissima” i nie protegował życiowych dysonansów, zaczął ich godzić, przekładając, żeby sobie dali pokój, że ile razy się zejdą, zawsze muszą sobie do oczu skakać i że spokojna dysputa należy do najprzyjemniejszych rzeczy właśnie dlatego, że jest rzadkością. Ale Kubacki mu przerwał:

– Czekaj Nafta – rzekł – i pozwól, niech mu się wytłumaczę, bo to już mnie dawno korci.

Tu się zwrócił do Dembosza i tak mówił:

– Słuchajcie, kolego! Po niechęci, jaką pałacie ku Znamienieckiemu, widzę, że primo: albo mu zazdrościcie przyjaźni Katona, co jest nieprawdopodobne, bo byłoby dziecinne, albo też nie możecie mu darować jego ładnej gęby, wielkopańskich manier, czy jak je tam... możności wydawania pieniędzy, mówiąc nawiasem, na rzeczy niegłupie, i tam dalej i tym podobne. A teraz wiecie, jaką mi to wszystko myśl nasuwa? Oto, gdyby do waszego nazwiska spadł wam na nos, ergo do kieszeni, jaki gruby kapitał, spadek, lub coś podobnego, od razu zakwitnęlibyście tymi wszystkimi przymiotami, w które teraz garnirujecie „ostatniego z romantyków”, jak kucharz garniruje w gwiazdki z marchwi majonez z ryby. W dodatku wtenczas nie spojrzelibyście na Katona, bo on się nie zna na szlacheckich delikatnościach. Jakby wam zaczął mówić po swojemu, uraziłby was w arystokratyczne nerwy, a romantyka nie razi. Romantyk umiał domacać w nim takich rzeczy, że dla nich darowuje mu więcej, niż my wszyscy. Tak.

Ale teraz Dembosz parsknął śmiechem.

– Wyobraź sobie, Kuba, że jesteście niezrównani! – wołał. – Stawiacie hipotezę, że ja byłbym zdolny, w sprzyjających okolicznościach, wyprzeć się zasad i przekonań i pomimo to uważacie mnie za swego przyjaciela, czy nie tak?

– Tak, stawiam hipotezę i uważam cię za mego przyjaciela, a nawet, pomimo uprzedzeń do Znamienieckiego, za porządnego kolegę. Ale mówię „teraz”, bo co czas zrobi z ciebie, z Nafty, z reszty i nawet z Katona, to nie wie nikt i ja nie wiem.

– Aa! nie wiesz? Nie wierzysz ani w siebie, ani w Katona, ani zresztą w nic, prócz w owego mistrza – życie, które, gdy zechce, zrobi z tchórzów bohaterów, a z takich ludzi, jak Kato, złodziei! Powinszować! Ale ja ci powiadam, że każdy z nas ma już od urodzenia pewne cechy, których nie zmienią ani okoliczności, ani najdłuższe życie. Jeżeli we mnie do tej pory nie dopatrzyłeś szlachetczyzny, to już jej nigdy nie dopatrzysz, Nafta zaś, choćby pękł, będzie zawsze lepszym artystą, niż fabrykantem, będzie zawsze sobie wyrzucał, że wyzyskuje innych, a tymczasem jego wyzyskają. – Wakowiczowi nic nie odejmie jego ciężkiego myślenia i nic go nie wyrobi na aferzystę, dajmy na to, choćby nawet prócz aferzystów żadnych innych ludzi nie widział, a Kato może nic nie zrobi, ale pozostanie uczciwym do szpiku, bo w uczciwości on jest granit, stal!

– Granit wietrzeje, stal się utlenia i ja nigdy nie mam do nich pretensji – zauważył flegmatycznie Kubacki i ziewnął.

Lecz teraz wtrącił się Naftal i zawołał z ogniem:

– Mniej niż ktokolwiek masz prawo wątpić o Katonie. Gdyby nawet tacy mieli zawodzić, pierwszy bym przeklął podłe życie i chyba bym sobie palnął w łeb!

Kubacki tylko dzięki energicznej opiece Krępica i lekcjom odstępowanym mu przez niego skończył instytut. Gdy Naftal mówił, przyglądał mu się z widocznym zadowoleniem, ale pomimo to zaraz potem zauważył, iż kolega artysta nigdy by się nie targnął na swoje cenne życie, choćby tylko dlatego, że biblijny naród boi się krwi i że w najgorszym razie tylko by wydał na świat jaką desperacką appassionatę i zaćmiłby Beethovena, czego on, Kubacki, życzy mu z całego serca.

Po czym zwrócił trochę smutny, trochę ironiczny wzrok na Dembosza i rzekł:

– Kiedy już usiadłeś na trójnogu i zacząłeś patrzeć w przyszłość, jak na twoją wrodzoną płochość nawet dość logicznie, to może zechcesz także udzielić przepowiedni mnie i romantykowi. Mów, Pytio!

– A! Znamieniecki... On, a raczej jego gwiazdka postara się już o to, by z życia i z ludzi, którzy go będą otaczali, niby z wosku, ulepić dla niego szczęście. On będzie miłym, ujmującym i zawsze estetycznym filistrem, któremu jest na świecie dobrze.

– Daj mu Boże to wszystko, prócz filisterstwa – mruknął Kubacki. – No! a ja?

– Ty?

Dembosz się zamyślił.

– Ty jesteś dziwny człowiek – rzekł po chwili. – Właściwego twego gruntu chyba nikt nie zna, a najmniej ty sam; ale strzeż się, bo zanadto lubisz krańce! Może być, że pierwszy staniesz z pochodnią na okopach Świętej Trójcy, ale równie dobrze możesz od razu pójść na dno, albo się rozpić, jeśli notabene wcześniej nie wpędzi cię w suchoty głupia adoracja dla spódnicy.

– Bredzisz! – roześmiał się Naftal i wstał, bo do pokoju weszli Krępic, Znamieniecki i Wakowicz.

Od razu zrobiło się gwarno. Kubacki zaczął walić nożem w karafkę i przywoływać kelnera, Naftal i Wakowicz wołali, żeby Znamieniecki układał porządek biby, Znamieniecki zlewał tę godność na Dembosza, krzyczeli wszyscy, a gdy wreszcie przyniesiono wódkę i przekąski, gwar zmienił się w chaos urywanych zdań, wyrazów i śmiechów, zmieszanych z brzękiem szkła i porcelany.

Kubacki miał słabą głowę, więc po pierwszym kuflu piwa począł krzyczeć najgłośniej.

– Słuchajcie! – wołał – przed waszym przyjściem Dembosz przepowiedział przyszłość i orzekł, że Nafta będzie fabrykował nędzne perkale, że „romantyk” sfilistrzeje, Wakowicz nie wymyśli prochu, że Kato zostanie do śmierci Katonem, bowiem w razie przeciwnym, Nafta spłodzi rozpaczliwą „fugę” i świat wysadzi z posad, że ja umrę na delirium tremens, a on, Dembosz...

Lecz tu sobie przypomniał, że Dembosz nic o własnej osobie nie mówił, więc zaczął go namawiać do dalszych przepowiedni, gdy tamten zaś odesłał go do Lucypera, rozgniewany, począł wołać jeszcze głośniej:

– Słuchajcie! Ja przepowiadam przyszłość Dembosza! Spadnie na niego deszcz mamony w postaci skarbu, odkopanego po Francuzach, po czym wielki demokrata założy trwałe podwaliny, tego... ten... jakiejś kolosalnej sprawy, ale wpierw kupi sobie tytuł hrabiowski i sprowadzi z Paryża jedwabne skarpetki.

– Dembosz! – wołał, wyciągając przed siebie ręce – ja ciebie chrzczę przezacnym hrabią Majtaszko! Zdrowie hrabiego Majtaszki!

Podniósł kufel w górę i przy wtórze chóralnego śmiechu zbliżył go do ust, ale Krępic przytrzymał jego rękę.

– Czekaj – rzekł – spijesz się odwiecznym zwyczajem, a chyba dzisiaj my powinniśmy sobie jeszcze cośkolwiek innego powiedzieć.

– Słusznie – poczęto zaraz wołać – Kato ma głos, słuchajcie!

Kubacki się skrzywił, lecz postawił kufel, a Krępic się wyprostował i tak mówił:

– O celu, który nas łączy, nie ma co wspominać! Że nie sprzeniewierzy mu się żaden, że wytrwa każdy, wierzymy wszyscy. Na jakikolwiek grunt naszej ziemi losy nas rzucą, pracować można. Zawsze naprzód, prosto, nigdy w bok, ani w tył! W naturze nie ginie nic, ani materia, ani myśli, ani czyny i to niech nam będzie umocnieniem w chwilach zniechęcenia.

A teraz stawiam wniosek, abyśmy dali słowo, że zawsze będziemy wiedzieli o sobie, wspierali się wzajemnie i moralnie i materialnie i od czasu do czasu zjeżdżali wszyscy, gdzie się da.

Skończył; reszta w milczeniu wyciągnęła do niego ręce, lecz Znamieniecki nagle rzekł:

– Przyrzeczmy sobie jeszcze, że stawimy się zawsze i wszyscy na ślub każdego z nas.

A ten wniosek od razu starł powagę i skupienie z twarzy zebranych. Kubacki wrzasnął:

– Pyszny projekt! Wiwat śluby i ozdoby życia, kobiety!

Dembosz zaś zaproponował przejść do porządku dziennego nad toastem, który wniósł Kubacki i radził wypić na wiwat koleżeństwa i dzisiejszej umowy.

Na to zgodzono się jednogłośnie, a Naftal skinął na kelnera, po czym rzekł do kolegów, że takie zdrowie trzeba co najmniej wypić benedyktynem.

Wtedy Kubacki uczuł się nowym wnioskiem tak rozrzewniony, że wlazł na krzesło i podnosząc w górę kufel, którego mu dotąd wypić nie pozwolono, zawołał:

– Niech żyje Nafta, najczystsza z naft, jaką kiedykolwiek wydała ropa Izraela!

Po czym śpiesznie wypróżnił kufel, zeskoczył z krzesła i począł z ogromnym wylaniem ściskać przyszłego fabrykanta perkalików, którego następnie całowali wszyscy.

Ale kelner wniósł czarną kawę i pękatą flaszę benedyktyna, zaczem Kubacki z wielkim skupieniem otworzył ją własnoręcznie, a potem napełnił wszystkie kieliszki, które opróżniono w milczeniu, ściskając sobie wzajemnie dłonie. Po chwili poważnego nastroju gwar począł się znów zwiększać i rósł w stosunku prostym do próżni, która zwolna wypierała z flaszki benedyktyna.

Dembosz płakał szczerymi łzami, przepraszał Znamienieckiego za podłości, jakie względem niego popełniał i przysięgał, że odtąd nigdy w nikogo, chyba w jednego Katona, nie będzie wierzył tak, jak w niego, ostatniego z romantyków. Rozczulony romantyk deklamował w odpowiedzi: „Czy pamiętasz nad Alp śniegiem...”

Naftal przekładał Kubackiemu, że istnienie rozumu dowodzi istnienia prawdy i sprawiedliwości, których przeczuciem są idee i aspiracje, a choć tamten odpowiedział z przekonaniem, że rozum artysty chorego na filozofa jest to młyn, który miele próżnię, Naftal nie zwracał na to uwagi, machał rękami niby wiatrak i co chwila chwytając słuchacza za klapę od munduru, starał się w niego wlać przekonanie, że prawda jest pojęciem identycznym ze sprawiedliwością, a sprawiedliwość jest równoznacznikiem dobra, które jest celem rodzaju ludzkiego i do którego jedyną drogą jest sztuka, płynąca z miłości.

Na to Kubacki znowu zauważył, że choć Nafta od urodzenia nosi „dowcip w brzuchu, a kiszki w mózgu”, ostatnia jego hipoteza co do sztuki, płynącej z miłości, jest wprost genialną. Miłość jest osią, wokoło której obraca się cała ziemia i pewno cały wszechświat, a choć kobieta jest właściwie zlepkiem błota, w którym słońce, gwiazdy i księżyc – ergo złudzenia, rozniecają fałszywe brylanty i perły, on jednakże proponuje na zakończenie biby, wypić za zdrowie „najnędzniejszego i najrozkoszniejszego tworu natury”.

Ale Krępic, który pod wpływem alkoholu zawsze się stawał milczącym i już od chwili siedział z oczyma, utkwionymi bezmyślnie w sufit, teraz się zerwał i zawołał z gwałtownością niespodziewaną:

– Ty, Kubacki, jesteś szuja, jeżeli mając matkę, śmiesz w podobny sposób i do tego w knajpie, wymawiać taki wyraz jak kobieta! Ja ci tego zabraniam, rozumiesz!

Tamten drgnął, otworzył usta, przez chwilę zdawało się, że także bryzgnie brutalnym słowem w twarz kolegi i od razu zapanowało przykre milczenie, tylko dym wydobywał się Kłębami z ust siedzących studentów i chwilami zupełnie przesłaniał im twarze.

Oczy wszystkich tkwiły teraz z niepokojem w twarzy Kubackiego, który po widocznej walce z sobą nagle ochłonął i rzekł ze zwykłą flegmą:

– Wyobraź sobie, przezacny Katonie, że jesteś pijany jak indor, który się nałykał śliwek, wyrzuconych ze spirytusu, inaczej bowiem, wepchnąłbym ci tego szuję w gardło i zmusił do połknięcia. To jedno; drugie, że wcale nie myślę cofać swoich słów, pomimo, że, jak zgadłeś, miałem matkę i do tego bardzo poczciwą kobiecinę; trzecie zaś, na dowód, że już nie pamiętam twego uniesienia, mam ochotę przy rozstaniu dać ci koleżeńską radę.

Tu rozparł się na stole i patrząc w oczy zmieszanego Krępica, tak dalej ciągnął:

– Ty, Kato, jesteś naiwny, jak nowonarodzone dziecko, a ja ci powiadam, nim ci to samo powtórzy życie, że kobiety wszystkie są licha warte. Jeżeli się zdarzy uczciwa, to tylko dlatego, że jej się nie trafiła sympatyczna sposobność powalania, ale niechby się tylko trafiła, a dobra, słuchaj Kato i wierz mi, żadna nie wytrwa, żadna! Nie ma między nimi bogiń i aniołów, a ty się strzeż, jeśli kiedy spotkasz anioła, żeby ci on nie połamał skrzydeł i przypadkiem nie obryzgał cię błotem.

Wszyscy słuchali w jakimś smutnym milczeniu. Po twarzy Znamienieckiego przeleciał gorący płomień i znikł, Krępic zaś, z początku zmieszany, teraz zamyślił się, stał i słuchał mowy Kubackiego z uwagą, a gdy ten skończył, oparł się rękami o stół i rzekł dobitnie:

– Fałsz. Ty poznałeś tylko takie kobiety, które ciebie brudziły, albo które tobie się udało wciągać w kałużę. Po nich sądzisz o wszystkich, ale ja czuję i wierzę, że to fałsz. Wy wszyscy umiecie się odzywać o kobietach z lekceważeniem, albo ze wzgardą, ale pomyślcie, czy, jeśli pomiędzy niemi zdarzają się zwierzęta lub lalki, nie jest to winą naszych zwyczajów i obyczajów. Czy kobieta jest winna, że małżeństwo stało się handlem, kiedy tylko ten handel zapewnia jej własny kąt i byt materialny? że miłość to tylko sześć liter – pusty dźwięk, w który ona, dla przypodobania się mężczyźnie, tak samo się stroi, jak się ubiera w wycięte staniki? Czy jej kto wskazuje inne cele? czy jej kto daje możność zwycięstwa w walce o byt? czy jej kto mówi, że tylko miłość uświęca małżeństwo, które bez uczucia jest prostytucją tym podlejszą, że ubraną w nimb świętości? czy ją kto naucza, że i bez męża może żyć i być użytecznym członkiem społeczeństwa? To są fakty, a pomimo wszystko, świat niewieści wydaje z pomiędzy siebie prawdziwe geniusze uczucia bohaterstwa. Czyż to nie dowód wyższości tego świata?

Odetchnął, ręką przesunął po oczach i mówił dalej:

– O kobiety upadłe dość już rzucano grochu na ścianę, ja zaś sądzę, że jeśli cywilizacja przyznała kobiecie człowieczeństwo, to chcąc być logiczną, powinna teraz mieć dla wszystkich ludzi jedną etykę, nie dwie. Czego wymagamy od kobiety, to samo powinniśmy jej dawać.

A ty, Kubacki, nie myśl, że ja nie znam kobiet dlatego, że nie znoszę zapachu błota, którym ty się lubujesz, by potem pluć na czystość i świętości. Ja się dość włóczyłem po świecie, dość patrzyłem i słuchałem i, prócz tego, miałem – matkę.

Głos złamał mu się i urwał. Znamieniecki siedział z twarzą wspartą na dłoni i patrzał na obrus, Kubacki tonął w gęstych kłębach dymu, który zajadle z ust wyrzucał, reszta patrzała z uwagą na Krępica. On zaś chwilę milczał, a potem, głosem zniżonym, w tym pokoju dusznym i od dymu ciemnym, nad stołem zlanym winem i zastawionym kuflami, począł przed oczami kolegów roztaczać czyste lazury, błyszczące nad daszowiecką osadą i malować gorącem i barwami świętą postać swej matki, prostej, zagonowej szlachcianki, która wyszła za chłopa, która uczyła go czytać i kochać na „Żywotach Świętych” i na „Wieczorach pod Lipą”, która wysłała go w świat po światło dla ciemnych i w ostatniej chwili uczyła, że złych dróg jest wiele, ale dobra tylko jedna.

Gdy skończył, podniósł się i stanąwszy w otwartym oknie, począł patrzeć w noc gwiaździstą.

Kubacki już dawno przestał się uśmiechać, wszyscy mieli na twarzach poważne zamyślenie, tylko Znamieniecki siedział wciąż nieruchomy, z twarzą wspartą na dłoni.