Karol Szalony  - Aleksander Dumas  - ebook
Wydawca: Literatura Net Pl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Karol Szalony - Aleksander Dumas

Karol Szalony" przenosi nas w epokę Karola VI, zwanego szalonym wskutek choroby umysłowej.

Francja, do tej pory bogata i niezależna, za czasów Karola VI Walezjusza popada w konflikty wewnętrzne, wojnę domową, a w konsekwencji anarchię i w końcu – zależność od Anglii. Na tym tle Aleksander Dumas ojciec konstruuje swą powieść z gatunku płaszcza i szpady, pełną namiętnych uczuć, romansów, skandali i polityki.

Opinie o ebooku Karol Szalony - Aleksander Dumas

Fragment ebooka Karol Szalony - Aleksander Dumas




Aleksander Dumas (OJCIEC)

Karol Szalony

POWIEŚĆ HISTORYCZNA W DWÓCH TOMACH

Literatura.net.pl




TOM PIERWSZY


Do godności historyka, tego „króla przeszłości", przywiązane są przeróżne przywileje. Najwspanialszym z nich jest ten, że przebiegając swoje państwo, potrzebuje dotknąć tylko piórem ruin i trupów, aby odbudować pałace i wskrzesić ludzi. Na głos jego, jak na głos Boga, rozproszone kości odnajdują się między sobą, żywe ciało je pokrywa, świetne stroje je ubierają i na tej olbrzymiej dolinie Jozafata, na którą trzy tysiące wieków prowadziło swoje dzieci, wybierać on może, według swego kaprysu, wołać po imieniu tych, którym życie przywrócić pragnie, a wezwani natychmiast podniosą głowami swymi grobowe kamienie, rozwiną całuny i odpowiedzą, jak Łazarz Chrystusowi: „Oto jestem, panie, czego chcesz ode mnie?..."

Prawda, że trzeba odwagi do zejścia w te głębie historii – potrzeba woli silnej, głosu potężnego do badania mar przeszłości, ręki pewnej i niedrżącej do spisywania wyrazów przez nie podyktowanych. Zmarli kryją czasem straszne tajemnice, które grabarz wraz z nimi w grobie zamyka. Włosy Dantego zbielały od opowiadania Ugolina, a oczy zachowały spojrzenie tak smutne i lica bladość tak śmiertelną, że gdy Wergiliusz znów go na powierzchnię ziemi wyprowadził – kobiety Florencji, odgadując skąd powrócił ten dziwny podróżny, pokazywały go synom swoim, mówiąc: „Widzicie tam oto tego człowieka, który idzie smutny i poważny? – On do piekieł zstępował!..."

Do nas to przede wszystkim – nie biorąc w rachunek geniuszów – stosuje się to dantejskie i wergiliuszowe porównanie. Brama do królewskich podziemi w Saint–Denis, która przed nami ma się otworzyć, ma pewne podobieństwo z wrotami piekielnymi. Jeden i ten sam napis obu im służyć może i gdybyśmy mieli Wergiliusza i Dantego za przewodników, niedługo potrzebowalibyśmy szukać pośród dynastii królewskich, które zaludniają grobowce starego opactwa, aby znaleźć kilku zbójców i kilka ofiar, których nieszczęście godne jest litości. W olbrzymiej tej kostnicy jest prosty grobowiec z czarnego marmuru, na którym położone są obok siebie dwie figury kamienne. Jedna wyobraża mężczyznę, druga kobietę. Minęły cztery wieki, odkąd spoczywają tak jedna obok drugiej, z rękoma złożonymi do modlitwy. Mężczyzna prosi o wyjawienie przyczyny bożego gniewu, kobieta błaga o przebaczenie za swoją zdradę. To szaleniec i wiarołomna. Przez lat dwadzieścia szał jego i jej miłostki krwią broczyły Francję i nie bez wielkiej racji, ręka, która dokoła ich grobowca wyryła napis: „Tu leży król Karol <ukochany>, VI tego imienia i królowa Izabella Bawarska jego żona", dodała pod spodem: „Módlcie się za nich!"

W Saint–Denis tedy, skoro tu już jesteśmy, otworzymy tajemne archiwa tego dziwnego panowania. Obok kilku stronic białych, spotkamy wiele innych krwią splamionych i wiele stronic czarnej żałoby.

Bóg chciał, aby wszystko tu na ziemi nosiło te trzy barwy, uczynił bowiem z nich tarczę herbową człowieka, dając na niej dewizę: „niewinność, namiętność i śmierć." A teraz otwórzmy księgę – jak Bóg otwiera życie – na białych stronach. I tak dość szybko dojdziemy do stronic krwi i żałoby!...



I



W niedzielę dnia 20 sierpnia 1389 r. od samego brzasku drogę z Saint–Denis do Paryża zalegały tłumy ludu. Izabella, córka księcia Stefana bawarskiego, a żona Karola VI, miała, jako królowa Francji, odbyć pierwszy wjazd do stolicy swego państwa. Dla usprawiedliwienia wielkiej ciekawości tłumów wyznać trzeba, że cuda o tej księżniczce opowiadano. Wiedziano już, że od pierwszego z nią spotkania król gwałtowną zapłonął miłością i że zaledwie do poniedziałku pozostawił czas na przygotowania do uroczystych zaślubin.

Poza obrębem Paryża zebrało się takie narodu mnóstwo, że aż patrzeć było miło i zdawało się, jakby wszyscy stawili się tam na rozkaz. Wielki gościniec pokryty był gęsto ciekawymi obojga płci i wydawał się nieprzejrzanym łanem głów ludzkich. Porównanie to tym stosowniejsze, iż za każdym drobnym wydarzeniem masy pochylały się w jedną lub drugą stronę, jak kłosy na polu za powiewem wiatru.

O godzinie jedenastej na czele tłumu dały się słyszeć głośne okrzyki; wstrząśnienie, które przebiegło wzdłuż drogi, uwiadomiło niecierpliwych, że coś się stało. To królowa Joanna i księżna Orleanu, jej córka, pojawiły się poprzedzone przez straż torującą im drogę między ludem. Za nimi postępowali w dwóch rzędach znaczniejsi mieszczanie Paryża, w liczbie tysiąca dwustu. Wybrani do tej straży honorowej mieli na sobie długie szaty jedwabne koloru zielonego ze złotym, na głowach czapeczki ozdobione wstęgami, których końce spadały jeźdźcom na ramiona i powiewały jak szarfy przy każdym powiewie wiatru odświeżającego duszną atmosferę, tym cięższą, iż wszędzie, spod stóp ludzi i kopyt koni, unosiły się dokuczliwe tumany wysuszonego piasku. Wyparty z gościńca lud rozsypał się na polach, po obu stronach drogi, którą jak szerokim korytem płynął pochód królewski. Porządek zaprowadzono z większą łatwością aniżeliby się to zdawać mogło, gdyż w owe czasy lud tyle miał miłości i tyle szacunku dla swego króla, ile ciekawości, i jeżeli zdarzało się, że majestat królewski zstępował do ludu, nikomu na myśl nie przychodziło podnosić się i przedzierać ku niemu. Każdy, ustępując swego miejsca pochodowi królewskiemu, czynił to chętnie i bez oporu; w naszych czasach nie obeszłoby się bez krzyków, żandarmów i złorzeczeń.

Ponieważ poziom pola niższy był od poziomu gościńca, każdy starał się dobiec jak najprędzej do jakiegokolwiek wzniesienia, z którego widok na drogę był dogodniejszy. Wierzchołki drzew i dachy stojących w bliskości domów zostały zajęte przez ciekawych. Ci, którym brakło odwagi do tak niebezpiecznych gimnastycznych wysiłków, ustawili się szeregiem na skraju drogi, tworząc jakby żywy płot. Kobiety wspinały się na palce, dzieci wdrapywały się na ramiona ojców, każdy szukał miejsca mniej lub więcej wygodnego; jedni starali się ponad głowami swych poprzedników spojrzeć na drogę, inni szukali jakiejkolwiek szczeliny w tym żywym murze, aby chociaż rzucić okiem na dziwy przesuwające się gościńcem.

Zaledwie zamieszanie spowodowane przejściem królowej Joanny i księżnej Orleanu, udających się do pałacu, uspokoiło się, gdy spostrzeżono tak niecierpliwie oczekiwaną lektykę młodej królowej, liczącej zaledwie lat dziewiętnaście, na której spoczywała połowa nadziei całej monarchii. Pierwsze wrażenie, jakie lud odniósł spojrzawszy na swoją panią, nie potwierdziło wysokiej opinii, która ją poprzedziła w stolicy; była to bowiem piękność, z którą oswoić się wpierw trzeba było. Główną tego przyczynę stanowił silny kontrast jasnych, złotych włosów i brwi czarnych jak heban. Dwa charakterystyczne, a przeciwne sobie typy rasy północnej i południowej zmieszane w tej kobiecie, nadały sercu jej gorącą namiętność właściwą Włoszkom, a czołu znamię pogardliwej wyniosłości, cechujące księżniczki niemieckie2. Zaś kształtów bardziej harmonijnych żaden rzeźbiarz nie mógł nawet zapragnąć do posągu Diany wychodzącej z kąpieli. Twarz jej miała doskonały owal, taki sam, jak w dwa stulecia później Rafael swoim imieniem uwiecznił. Obcisłe suknie i rękawy nie pozostawiały żadnej wątpliwości co do zgrabnych kształtów tej figury i ślicznie wymodelowanych ramion; ręka zaś, którą więcej może przez kokieterię, niż przez niedbalstwo pozostawiła opuszczona przez jedną z portier lektyki, rysowała się na materii obicia jak alabastrowa płaskorzeźba na złotym tle. Część postaci ukryta była w głębi lektyki, jednak nietrudno odgadnąć po wdziękach i zaletach widzianych, że reszta musiała być równie delikatna i powiewna, i że podtrzymywały ją czarodziejskie nóżki i stopy dziecięce. Szczególne uczucie, doznawane na jej widok, znikało prawie natychmiast przy spotkaniu z łagodnym i gorącym zarazem spojrzeniem jej oczu, przypominającym tę potęgę wszechwładną, z której Milton, a za nim i inni poeci, uczynili charakterystyczną i fatalną piękność swych aniołów upadłych.

Lektykę królowej otaczało sześciu najpierwszych dygnitarzy Francji. Na czele ich szli: książę de Touraine i książę de Bourbon. Pod nazwiskiem księcia de Touraine, dla uniknięcia omyłki, czytelnicy nasi rozumieć zechcą młodszego brata króla Karola, młodego i pięknego księcia Ludwika Walezjusza, który, nie więcej jak cztery lata później, otrzymał tytuł księcia Orleanu i stał się słynny z rozumu, miłostek i nieszczęść. Rok przedtem ożenił się był z córką Galeasa Visconti, głośną w historii i poezji pięknością, znaną pod imieniem Walentyny Mediolańskiej, której wdzięki nie zdołały jednak zatrzymać i usidlić tego królewskiego motyla o złotych skrzydłach. Przyznać jednak należy, że był to najpiękniejszy, najbogatszy i najwykwintniejszy pan z całego dworu. Znać po nim było, że świat cały uśmiecha się doń z radością i młodością, że życie otrzymał w darze aby używać, i że też żył ochoczo; że nieszczęścia mogły go spotykać, ale że on kroku na ich spotkanie nie uczynił, że ta prześliczna główka pazia o blond włosach i niebieskich oczach nie była stworzona do przechowywania głębokiej tajemnicy lub smutnej myśli i że tak jedna, jak druga, umykać musiały przez te usta różowe i nierozważne, jak usta kobiety. Dnia tego ustroił się w przepyszny kostium, który umyślnie zrobić sobie kazał i który nosił z gracją sobie tylko właściwą. Była to suknia z aksamitu czarnego, podbita złotogłowiem. Rękawy haftowane były szeroko, w deseń przedstawiający wielką gałąź róży. Złoty pień otoczony był z obu stron liśćmi szmaragdowymi, spośród których na każdym ramieniu wykwitało jedenaście przepysznych róż z rubinów i szafirów. Dziurki od guzików, przypominających jeden z dawnych orderów ustanowionych przez królów Francji, pokryte były pysznym i kosztownym haftem w złote strączki naszywane perłami. Jedna z pół sukni, ta mianowicie, która spadała na kolano od strony przeciwnej lektyce, bramowana była bogato złotem i ozdobiona słońcem w wianku promieni, który to symbol obrał sobie król Karol za dewizę, a którą później wznowił Ludwik XIV; druga poła, na której królowa kilkakrotnie wzrok zatrzymywała, pokryta była również haftem wyobrażającym jakiś emblemat tajemniczy, którego znaczenie Izabella na próżno odgadnąć się starała. Haft ten wyobrażał lwa srebrnego, zakutego w łańcuchy, z kagańcem na paszczy. Ręka ukryta w obłokach trzymała końce łańcuchów. Jako dewiza, otaczały tę rękę wyrazy: „Gdzie zechcę". Bogaty ten kostium uzupełniony był aksamitną czapeczką ze złotem, której fałdy przeplatał przepyszny łańcuch z pereł; końce łańcucha spadały razem ze wstęgami tworząc kokardę, którą się książę bawił rozmawiając z królową i poprawiając od czasu do czasu włosy jedną ręką, gdy druga zręcznie kierowała koniem.

Jadący obok książę de Berri dzielił z księciem Burgundii regencję Francji w czas szaleństwa króla Karola, a przez swoje skąpstwo przyczynił się do ruiny królestwa o tyle przynajmniej, o ile książę Orleanu przez swą rozrzutność.

Za królową, na koniu bardzo bogato przybranym, krokiem wolnym postępowała księżna de Berii, prowadzona przez hrabiów de Nevers i de la Marche. Tu znowu jedno z dwóch tych wielkich nazwisk zaćmi drugie; bowiem hrabia de Nevers, syn Filipa i przodek Karola, zostanie wkrótce księciem Burgundii. Ojciec jego zwał się Śmiały, wnuk nosić będzie przydomek Zuchwały, a jemu samemu historia nada imię Nieustraszony.

Hrabia de Nevers, ożeniony dnia 12 kwietnia 1385 roku z Małgorzatą de Hainau, miał w owej chwili lat dwadzieścia, a najwyżej dwadzieścia dwa. Nie bardzo wysokiego wzrostu, był jednak barczysty, silny i doskonale zbudowany. Oko jego, jakkolwiek małe i koloru jasnoniebieskiego, jak oko wilka, miało spojrzenie pewne i gorące. Włosy, długie i przygładzone, były czarne z odcieniem prawie fioletowym, o jakim wyobrażenie dać tylko może kolor kruczych skrzydeł. Broda ogolona dozwalała zarysować się wszystkim konturom twarzy świeżej i rumianej, nacechowanej siłą i zdrowiem. Po niedbałym sposobie trzymania cugli konie znać było zręczność jeźdźca. Jakkolwiek młody i dotąd jeszcze nie pasowany na rycerza, umiał już dźwigać rycerską zbroję, gdyż nie zaniedbywał żadnej sposobności zahartowania się na trudy i niewygodny. Surowy dla siebie i dla drugich, nieczuły na głód i pragnienie, na chłody i upały, miał opinię człowieka kamiennego, na którego powszednie troski życia nie wywierały wpływu. Wyniosły wobec wyższych, uprzejmy dla maluczkich, bezustannie zasiewał nienawiść dla siebie między równymi sobie, a zyskiwał miłość u podwładnych. Dostępny dla wszelkich gwałtownych namiętności, umiał zamykać je w głębi swej piersi, a pierś swoją zakuwał w pancerz. To sklepienie ze stali i ciała pokrywało przepaść, w którą żadne ludzkie oko zajrzeć nie mogło. Był to wulkan pozornie tylko uśpiony: trawił swe własne wnętrzności aż do chwili, w której uważał za stosowne wybuchnąć, a wtedy lawa występowała z granic i biada temu, kogo spotkał potok jego gniewu!... W dniu tym, prawdopodobnie dla kontrastu z księciem Ludwikiem de Touraine, kostium Jana de Nevers był przesadnej może skromności. Była to suknia krótsza, aniżeli zwykle noszono, z aksamitu fioletowego, z podwójnymi rękawami, jednymi obcisłymi, drugimi szerokimi, bez ozdób i haftów; na biodrach zwieszał się opięty pas z siatki stalowej, na którym wisiał miecz z rękojeścią pięknie cyzelowaną. Wycięcie utworzone na piersiach przez klapy sukni, ukazywało żupan jasnoniebieskiego koloru, ujęty przy szyi w obojczyk z czystego złota, który zastępował kołnierzyk. Czapeczkę miał czarną, aksamitną, a fałdy jej spinał jeden tylko brylant, ale był to ten sam kamień, który pod nazwą Sancy przeszedł potem na własność korony francuskiej.

Troskliwiej i obszerniej niż innych, opisaliśmy tych dwóch młodych i szlachetnych panów, których odtąd ciągle spotykać będziemy, jednego po prawicy, drugiego po lewicy króla. Są to bowiem, obok smutnej i poetycznej postaci Karola i gorącej a namiętnej Izabelli, osobistości najwybitniejsze z epoki tego nieszczęsnego panowania.

Dla nich Francja rozdarła się na dwoje i dla nich dwa w jej łonie znalazły się serca; jedno bijące na głos Orleanów, drugie na głos Burgundii; każde stronnictwo, dzieląc nienawiści i sympatie swego przewodnika i pana, zapomniało o wszystkim i o wszystkich, nawet o królu, który powinien być najwyższym wszystkich panem, nawet o Francji, która była ich matką!...

Skrajem drogi, nie trzymając się szeregu, jechała na białym koniu księżna Walentyna, którą przedstawiliśmy już wyżej czytelnikom jako żonę księcia de Touraine. Pierwszy to raz opuściła ona piękną swoją ojczyznę – Lombardię, i po raz pierwszy przybyła do Francji, gdzie wszystko się jej zdawało nowym i bogatym. Po prawej jej stronie znajdował się pan Piotr de Craon, najukochańszy ulubieniec księcia de Touraine, ustrojony w kostium, który mu w dowód przyjaźni i sympatii książę na podobieństwo swego sporządzić kazał. Był on prawie w równym wieku z księciem; piękny jak on, i zarówno z nim dzielący spokój bez troski i radość żywota. Jednakże kto by się bliżej przypatrzyć chciał temu człowiekowi – łatwo dojrzeć mógł, że wszystkie namiętności gwałtownego serca pałały w głębi jego ciemnego oka, że przebijała zeń ta żelazna wola, która zawsze osiąga zamierzone cele w miłości czy nienawiści, że wreszcie jego przyjaźń niewiele mogła być pożyteczna, ale za to nieprzyjaźń groźna i niebezpieczna. Po lewej stronie księżnej jechał w żelaznej zbroi z taką swobodą, jak inni panowie w swych aksamitach, pan Olivier de Clisson, wielki hetman Francji. Podniesiona przyłbica odsłaniała twarz otwartą i prawą, twarz starego żołnierza, a blizna, która przedzielała mu czoło, krwawe wspomnienie bitwy pod Auray, dowodziła, że liliami ozdobiony miecz, wiszący u jego boku, nie służył nigdy podstępowi lub prywatnym względom, lecz dla dobra ojczyzny. I rzeczywiście, Clisson, urodzony w Bretanii, wychowany był w Anglii, ale w osiemnastym roku życia wrócił do Francji i od tej chwili przy każdej sposobności gorąco i mężnie walczył w szeregach królewskich.

Tyle powiedziawszy o ważniejszych, ograniczymy się do krótkich i pobieżnych wzmianek o innych osobach, biorących udział w tym uroczystym pochodzie.

Były więc tam: księżna Burgundii i hrabina de Nevers, prowadzone przez Henryka z Baru i hrabiego de Namur... Dalej księżna Orleanu na rumaku pięknie i bogato strojnym, prowadzonym przez Jacka de Bourbon i Filipa d'Artois; dalej jeszcze księżna Baru z córką, w towarzystwie Karola d'Albert i Ecguerrarda de Coucy, którego imię samo przywołuje już na pamięć niejeden z wielkich jego czynów, a który nosił najskromniejszą, a może też najdumniejszą dewizę swego czasu: „Nie jestem królem ani księciem... jestem panem de Coucy!" (Ne suis prince, in duc aussy, je suis le seigneur de Coucy).

O innych panach, damach i pannach, które tam były na koniach, w wozach strojnych i lektykach – nie chcemy już wspominać. Wystarczy dodać, że gdy czoło pochodu, gdzie znajdowała się królowa, dotykało już przedmieść stolicy – szereg paziów i koniuszych, którzy pochód zamykali, nie wyszedł jeszcze z głównej ulicy Saint–Denis. Przez całą długość drogi witały królową okrzyki: „Noël!", które w owym czasie występowały w miejsce późniejszego: „Niech żyje król!" Naród w tej epoce wiary nie mógł znaleźć wyrazu, który by lepiej streszczał radość, jak ów, przypominający narodziny Chrystusa. Nie potrzebujemy zapewne dodawać, że spojrzenia wszystkich mężczyzn dzieliły się pomiędzy Izabellę Bawarską i Walentynę Mediolańską, tak jak spojrzenia kobiet dostawały się w równej części księciu de Touraine i hrabiemu de Nevers.

Przybywszy do bramy Saint–Denis, królowa zatrzymała się; tam bowiem przygotowano dla niej pierwszą stację. Ustawiono tu rodzaj ołtarza, okrytego niebieskim atłasem z baldachimem w złociste gwiazdy. W chmurach, ponad gwiazdami, dzieci poprzebierane za aniołki śpiewały melodyjne pieśni około pięknej i młodej dzieweczki, wyobrażającej Matkę Boską trzymającą na kolanach małe dzieciątko, które bawiło się młynkiem zrobionym z wielkiego orzecha. Szczyt baldachimu zdobiły splecione herby Francji i Bawarii, oświetlone jarzącym słońcem – znakiem króla Karola. Królowa zachwycona była widokiem i chwaliła wielce sam pomysł, a gdy już dzieci śpiewy swe skończyły i gdy zmiarkowano, że królowa dosyć się już wszystkiemu napatrzyła, otworzyła się tylna ściana ołtarza, ukazując całą wielką ulicę Saint–Denis uformowaną na kształt olbrzymiego namiotu: wszystkie domy ozdobiono draperią z sukna i jedwabiu, jak gdyby – mówi Froissart – sukno rozdawane było darmo, lub jak gdyby rzecz się działa w Paryżu, lecz w Aleksandrii lub Damaszku.

Królowa wstrzymała się jeszcze chwilę. Można by sądzić, że zawahała się wstępując do tej stolicy, która oczekiwała na nią z taką niecierpliwością i witała ją z miłością i zapałem. A może też przeczucie mówiło tej, królowej młodej i pięknej, wprowadzanej z taką pompą i wystawą, że kiedyś zwłoki jej wyniesione zostaną z tego samego miasta na ramionach jednego tylko wyrobnika, któremu odźwierny pałacu świętego Pawła polecił oddać szczątki Izabelli Bawarskiej zakonnikiem w Saint–Denis.

Wkrótce atoli puściła się w drogę; zauważono jednak, że zbladła, wstępując w tę długą, wielką ulicę, rozdzielając tłum na dwa żywe mury, które potrzebowały tylko zbliżyć się do siebie, aby zgnieść swoją królową, jej lektykę i konie. Lecz żaden wypadek się nie wydarzył. Mieszczanie tworzący świtę utrzymywali szeregi w porządku i wkrótce zbliżono się do przepysznej fontanny pokrytej błękitnym suknem bramowanym w złote lilie. Dokoła fontanny ustawiono malowane i rzeźbione kolumny, na których pozawieszano tarcze herbowe najpierwszych domów Francji. Zamiast wody fontanna wyrzucała strumienie hypokrasu zaprawionego korzeniami i wonnościami arabskimi. Dookoła kolumn stały młode i piękne dziewice trzymające w ręku srebrne dzbany i złote czasze, częstujące królową oraz panów i panie jej orszaku. Królowa wzięła jedną z podanych czasz, umoczyła w niej usta dla formy i chciała natychmiast zwrócić ją jednej z usłużnych Heb, ale książę de Touraine pochwycił czaszę szybko z rąk dziewicy i przytknął ją do ust w tym samym miejscu, którego usta królowej dotknęły, a potem duszkiem wychylił napój do dnia. Rumieńce, które na chwilę ustąpiły z policzków Izabelli, ukazały się nagle znowu, gdyż postępek księcia był zbyt wymowny, a chociaż czasu nie zajął wiele, zwrócił ogólną uwagę tak dalece, że różnie mówiono o nim wieczorem u dworu, a ludzie najsprzeczniejszych opinii zgadzali się, iż książę okazał wielką zuchwałość, pozwalając sobie na taką swobodę wobec małżonki swego pana i władcy, a królowa dała dowód wielkiej pobłażliwości, nie karząc go inaczej, jak tylko wstydliwym rumieńcem.

Zresztą nowy widok odwrócił wkrótce uwagę od tej sceny i na chwilę podał ją w niepamięć. Orszak przybył przed klasztor trynitarzy. Przed bramą klasztoru wznosiło się rusztowanie w rodzaju teatrum, na którym przedstawiony został pochód wojenny króla Sallach–Edina. Chrześcijanie byli ustawieni z jednej, Saraceni zaś z drugiej strony, a w obu szeregach rozpoznawano z łatwością osoby, które w tym sławnym turnieju udział wzięły. Aktorzy przebrani byli w stroje z trzynastego wieku i nosili tarcze herbowe oraz godła osób, których rolę odgrywali. W głębi siedział król Francji, Filip August, a około niego stało dwunastu parów jego państwa. W chwili, gdy lektyka królowej zatrzymała się przed rusztowaniem, król Ryszard Lwie Serce wystąpił z szeregów, zbliżył się do króla Francji, przykląkł na jedno kolano i prosił o pozwolenie wyruszenia na bój z Saracenami. Gdy Filip August łaskawie pozwolenia udzielił, natychmiast Ryszard podniósł się i wróciwszy do swoich towarzyszy, ustawił ich w szyku bojowym i natarł na niewiernych. Rozpoczęła się walka, której rezultatem było wielkie zwycięstwo nad Saracenami i ich rozproszenie. Część uciekających zbiegła przez okna klasztoru, które były na równym poziomie z teatrem i które umyślnie w tym celu pozostawiono otworem. Nie zmniejszyło to jednak liczby jeńców, których król Ryszard przyprowadził przed królową. Izabella prosiła o wolność dla nich, a w okupie zdjęła z ramienia bransoletkę złotą i dała ją zwycięzcy.

- O! – zawołał książę de Touraine, opierając się o lektykę – gdybym wiedział, że taka nagroda spotka aktora, ja – i nikt inny – grałbym Ryszarda.

Królowa rzuciła przelotne spojrzenie na drugą bransoletkę zdobiącą jej ramię, lecz wstrzymując ten pierwszy ruch zdradzający jej myśli, rzekła:

– Jesteś książę szalony i działasz bez zastanowienia. Podobne zabawy dobre są dla skoczków lub tancerzy, lecz nie przystoją królewskiemu bratu.

Książę de Touraine już miał odpowiedzieć, gdy Izabella dała znak by ruszać i odwróciwszy się ku księciu de Bourbon, wszczęła z nim rozmowę, nie zwracając już uwagi na swego szwagra, aż do chwili, gdy przybyli przed drugą bramę Saint–Denis, nazywaną bramą malarzy, która zniszczona została za czasów Franciszka I. Tu znowu ustawiony był przepyszny zamek, a nad nim rozpostarte niebo gwiaździste, na którym w całej potędze swej ukazywał się Bóg Ojciec, Syn i Duch Święty. Dokoła tej Trójcy chór dzieci zawodził pieśni: Gloria i Veni Creator. W chwili, gdy królowa przechodziła, wrota raju otwarły się i ukazały się dwa anioły w aureolach, ubrane w różowe i niebieskie suknie bogato haftowane. Trzymały one bardzo kosztowną koronę ze złota i drogich kamieni, którą włożyły na głowę królowej, a odśpiewawszy odpowiedni czterowiersz, wróciły za bramę, która się za nimi zamknęła.

Tymczasem z drugiej strony bramy nowe osobliwości oczekiwały królową. Posłowie sześciu korporacji kupców przychodzili domagać się dawnego przywileju towarzyszenia królom i królowym Francji przy ich wjazdach do Paryża od bramy Saint–Denis aż do samego pałacu. Za nimi szli przedstawiciele różnych rzemiosł, przebrani w stroje charakterystyczne i przedstawiające siedem cnót chrześcijańskich. Obok nich utworzona była grupa wyobrażająca: Śmierć, Czyściec, Piekło i Raj. Jakkolwiek uprzedzona, królowa okazała pewną niechęć do oddania się w ręce tym maszkarom. Książę de Touraine ze swej strony mocno był rozgniewany widząc, że musi opuścić miejsce zajmowane dotąd przy lektyce królowej, ale przywilej ludu był nienaruszalny. Książę de Bourbon i inni panowie już opuścili lektykę, ustępując na bok. Izabella zwróciła się do swego szwagra, który uparcie trzymał się drzwiczek, i rzekła:

– Mości książę, kiedyż ustąpicie miejsca tym dobrym ludziom?... A może czekacie mego zezwolenia na to?

– Tak, pani – odpowiedział książę – czekam rozkazu twego, a bardziej jeszcze spojrzenia, które by mi dało moc usłuchania twej woli.

– Panie szwagrze – rzekła Izabella, pochylając się ku niemu – nie wiem, czy podczas wieczornego festynu zobaczymy się jeszcze, ale nie zapominaj, że jutro będę nie tylko królową Francji, ale i królową turnieju, a moja bransoletka będzie nagrodą zwycięzcy.

Książę pochylił czoło aż do drzwiczek lektyki królowej. Ci, którzy już się oddalili z miejsca tej sceny, nie widzieli w tym ukłonie nic innego, jak tylko oznakę szacunku, który każdy poddany winien był królowej, ale bliżej stojącym i lepiej patrzącym wydawało się, że usta księcia dłużej i goręcej zatrzymały się na dłoni królowej, aniżeli na to przepisy etykiety pozwalały.

Jakkolwiek było, to tylko pewne, że książę podniósł się w strzemionach, ukazując twarz promieniejącą radością i szczęściem. Izabella tymczasem zasłoniła się koronką spadającą z wysokiego czepca, a książę dał koniowi ostrogę i popędził zająć miejsce obok swej żony.

Tymczasem deputowani sześciu korporacji kupieckich umieścili się przy lektyce królewskiej, po trzech z każdej strony, podtrzymując baldachim nad głową królowej. Cnoty chrześcijańskie i grzechy główne zajęły miejsce za nimi, a na końcu szły z odpowiednią powagą: Śmierć, Czyściec, Piekło i Raj. Pochód ruszył dalej, ale dziwny wypadek niespodziewanie naruszył jego porządek. Przy zbiegu ulic des Lombards i Saint–Denis, dwóch ludzi, siedzących na jednym koniu dało powód do wielkiego hałasu. Tłum był tak wielki, że cudem chyba się tu wcisnęli, lecz zdawali się nader mało troszczyć o potrącanych i mało zważać na ich złorzeczenia. Zuchwałość ich dochodziła nawet do tego, że nie słuchali miejskich strażników i z obojętnością znosili razy, którymi usiłowano spędzić ich z drogi. Pomimo wszystkich przeszkód postępowali naprzód, oddając z nawiązką odbierane razy i piersią konia rozdzielając tłumy; jak okręt dziobem swym pruje fale morza, tak oni torowali sobie wśród ludzkich fal drogę powolną, lecz ciągłą, zwierającą się natychmiast znowu po ich przejściu. W chwili, gdy lektyka królowej Izabelli zbliżyła się, jeden jeździec dał jakiś znak czy hasło, po czym drugi, rozkazowi posłuszny, uderzył kijem przednie konie honorowej straży miejskiej, które im drogę tamowały. Jeden z koni, uderzony w głowę, cofnął się, drugi wyrwał się spłoszony naprzód, a wówczas, korzystając z zamieszania i powstałej luki, rzucili się w nią, popędzając szybciej swojego konia i przewracając pod drodze Raj na Piekło, Śmierć na Czyściec, a cnoty chrześcijańskie na grzechy główne. Niewstrzymani – dotarli do lektyki wśród krzyków pospólstwa, ścigani przez księcia de Touraine i księcia de Bourbon, którzy widząc gnających ku królowej, dobyli swych mieczy z pochew.

Królowa, przelękniona hałasem, nie wiedziała jeszcze, co się stało, gdy nagle pomiędzy deputowanymi kupiectwa spostrzegła obu winowajców. Pierwszym jej zamiarem było wcisnąć się jak najgłębiej w lektykę, ale ten z jeźdźców, który rozkazywał drugiemu, nachyliwszy się z konia, szepnął królowej kilka słów do ucha, uchylił czapeczki, zdjął z szyi gruby, złoty łańcuch, ozdobiony liliami z brylantów i włożył go na szyję królowej, która łagodnie nachyliła głowy i dar ten przyjęła; po czym jeźdźcy, spiąwszy konia ostrogą, galopem popędzili dalej. W tejże samej chwili nadbiegli książę de Touraine i książę de Bourbon, a widząc z dala, jak dwaj obcy ludzie rzucili się ku królowej, wstrząsali mieczami, wołając:

– Śmierć, śmierć zdrajcom!

Tłok tak był wielki, że nieznajomym śmiałkom nie udało się przedostać ku ulicy Saint–Denis. Wszyscy oczekiwali więc katastrofy, gdy królowa, widząc na co się zanosi – podniosła się w lektyce i wyciągając rękę ku swemu szwagrowi, zawołała:

– Mości książę, co czynić zamierzacie!?... To król!...

Dwaj książęta stanęli jak wryci, a drżąc z obawy o swego pana i władcę, podnieśli się w strzemionach i wyciągając miecze nad głowy tłumu, wykrzyknęli głosem wielkim:

– Cześć i sława królowi!

Król Karol VI siedzący na koniu za panem Karolem de Savoiry, odpowiedział na ten okrzyk, odrzucając swój kaptur, a lud po długich włosach ciemnych, po niebieskich oczach, po ustach zbyt może dużych lecz odsłaniających prześliczne zęby, po elegancji ruchów, po łagodności i uprzejmości całej postawy, z łatwością poznał swego władcę, któremu mimo nieszczęść jakie dotknęły Francję podczas jego panowania, pozostawił przydomek Ukochanego, nadany mu przy wstąpieniu na tron.

Wówczas ze wszech stron rozległy się okrzyki: „Noël!" Koniuszowie i paziowie zaczęli powiewać chorągwiami swoich panów, damy swymi szarfami i chustkami. Każdy chciał ujrzeć króla. Ale Karol VI przepuszczony z uszanowaniem, należnym majestatowi monarchy, wymknął się jedną z bocznych uliczek.

W pół godziny przywrócono porządek zmącony zupełnie tym wypadkiem. Piotr de Craon skorzystał złośliwie z tej chwili, aby zwrócić uwagę księżnej Walentyny na to, że mąż jej mógł przyśpieszyć dalszy pochód, wracając na swoje miejsce przy żonie, a przedłużał mitręgę rozmawiając z królową i zatrzymując lektykę. Księżna Walentyna zbyła te słowa obojętnym uśmiechem, ale tłumione westchnienie zadało kłam temu uśmiechowi, a w głosie jej przebijało poruszenie:

– Dlaczego nie zrobicie tej uwagi sami jego książęcej mości?

– Uczyniłbym to tylko na wasz wyraźny rozkaz, księżno; powrót jego odjąłby mi przywilej, jaki mi nadaje jego nieobecność: przywilej opieki nad wami.

– Jedynym moim i rzeczywistym opiekunem jest pan mój, książę de Touraine, ale ponieważ na mój rozkaz czekacie, mości panie, to go wam daję. Idźcie powiedzieć księciu, że go proszę, aby raczył przybyć do mnie.

Piotr de Craon skłonił się i z pokorą oddalił się zakomunikować księciu słowa jego małżonki.

W chwili gdy wracali, ze środka tłumów rozległ się krzyk kobiecy. Młoda jakaś dziewczyna zemdlała. Był to wypadek nadto zwykły w podobnych okolicznościach, powrócili tedy na swoje miejsce, nie rzuciwszy nawet okiem w stronę, z której ów krzyk dał się słyszeć i stanęli obok księżnej de Touraine, a orszak ruszył natychmiast w drogę, jakby tego tylko wszyscy oczekiwali.

Niedługo jednak nadarzył się nowy powód postoju.

U bramy du Chatelet zbudowano wysokie rusztowanie przedstawiające kamienny zamek, na którego rogach wznosiły się okrągłe baszty, a w nich stały warty, zbrojne od stóp do głowy. Wielka sala parterowa tego zamku pozbawiona była ściany zewnętrznej, pośrodku stało łoże przybrane i ustrojone tak bogato, jak łoże królewskie w pałacu Świętego Pawła, wyobrażające „łoże sprawiedliwości", a na nim spoczywała piękna i młoda dziewica, przedstawiająca świętą Annę.

Dokoła zamku zasadzono mnóstwo drzew zielonych, tworzących istny las, a w nim biegała wielka ilość zajęcy i królików, podczas gdy gromady ptactwa różnokolorowego przelatywały z gałęzi na gałąź ku wielkiemu zdziwieniu ludu, który pojąć nie mógł, jakim sposobem ułaskawić zdołano tyle, zwykle tak dzikich zwierząt. A zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy z lasu wyszedł pyszny, biały jeleń wielkości tych, jakie hodowano w parku królewskim, tak doskonale wyrobiony jak gdyby był żywy. W jeleniu ukryty był człowiek, który zręcznie wykonywał wszystkie ruchy: otwierał i zamykał oczy, otwierał pysk i poruszał nogami. Miał ów jeleń złocone gałęzie rogów, na szyi koronę zupełnie do królewskiej podobną, a na piersiach zawieszoną tarczę herbową, na której w polu niebieskim znajdowały się trzy złote linie – herb króla i Francji. Piękne i dumne zwierzę zbliżyło się do łoża, a wziąwszy zeń miecz – symbol sprawiedliwości, podniosło go do góry i wstrząsnęło nim silnie. Wtedy z lasu wyszedł lew i orzeł – symbole siły i chciały wydrzeć ten miecz święty, ale dwanaście dziewic trzymając różańce złote i dobyte miecze, otoczyły jelenia i poczęły go bronić. Po kilku daremnych usiłowaniach pochwycenia i pożarcia jelenia, lew i orzeł, zwyciężone, powróciły do lasu. Żywy wał, który bronił sprawiedliwości, rozwarł się, a jeleń podszedł grzecznie do lektyki królowej i ukląkł. Izabella głaskała go i pieściła, jak to zwykła była czynić w zamku królewskim z jeleniami. Zabawa ta zdała się być bardzo rozkoszną tak dla królowej jak i dla jej orszaku.

Tymczasem zmierzać się zaczęło, gdyż od samego Saint–Denis pochód szedł wolnym krokiem, a rozmaite widowiska urządzane po drodze wielce go wstrzymywały. Zbliżano się wreszcie do katedry Notre Dame. Pozostawał już tylko do przebycia most zwodzony, gdy wtem spostrzeżono widowisko niespodziewane i przecudowne. Człowiek przebrany za anioła, z płonącymi jasno pochodniami w rękach, ukazał się na szczytach świątyni i zaczął iść po sznurze tak cienkim, iż go zaledwie dojrzeć było można. Szedł ponad domami i zdawał się unosić cudownym sposobem, aż doszedł na dach jednego z domów stojących na moście. Królowa, zbliżając się właśnie do tego domu, dała człowiekowi znak, aby się nie ważył wracać tą samą drogą, tak niebezpieczną, ale on, nie domyślając się, jaki był sens tego znaku, nie zważał nań cofając się, aby nie odwracać twarzy od swej królowej i pani, doszedł znów do miejsca, z którego wyszedł i znikł na wieży katedry. Królowa zapytywała, co to był za człowiek, tak lekki i tak zręczny; odpowiedziano jej, iż był to pewien genueńczyk, mistrz w tego rodzaju sztukach.

Podczas tego widowiska zebrała się znaczna liczba ptaszników z klatkami pełnymi wróbli; ludzie ci stanąwszy na drodze, którą przechodzić miała królowa, wypuszczali skrzydlatych więźniów swych na wolność. Był to stary zwyczaj, symbolizujący nadzieję, jaką żywił zawsze lud, że nowe panowanie przyniesie mu wolność i nowe swobody. Dziś zwyczaj ten zaginął, ale nie zaginęła nadzieja...

Przybywszy do kościoła Notre Dame, królowa spotkała na stopniach biskupa Paryża, przybranego w mitrę, stułę, kask i kirys Zbawiciela Pana. Dokoła niego znajdowało się wyższe duchowieństwo i delegaci Akademii, która używając tytułu starszej córki królewskiej, miała przywilej asystowania przy koronacji. Królowa wysiadła z lektyki; damy jej orszaku uczyniły to samo, jak również panowie i rycerze, którzy oddali konie pieczy swoich paziów i służących. W towarzystwie książąt de Touraine, de Berri, de Bourbon i Burgundii, królowa weszła do świątyni, wprowadzona przez biskupa i duchowieństwo śpiewające głośno i pięknie psalmy na cześć Pana Najwyższego i Dziewicy Maryi.

Doszedłszy do wielkiego ołtarza, królowa Izabella upadła pobożnie na kolana i odmówiwszy modlitwy złożyła kościołowi Notre Dame w podarunku cztery sztuki złotogłowiu i koronę, którą aniołowie ozdobili jej skronie u drugiej bramy w ulicy Saint–Denis. W zamian panowie Jan de la Riviere i Jan Lemercier przynieśli inną, kosztowniejszą i piękniejszą, podobną do tej, jaką na głowie nosił król, gdy zasiadał na tronie. Biskup, ująwszy koronę za wierzchołek z lilii spleciony, przy pomocy czterech książąt włożył ją delikatnie na głowę Izabelli. Okrzyki radości podniosły się ze wszech stron, gdyż od tej dopiero chwili Izabella została rzeczywistą królową Francji.

Królowa i panowie wyszli tedy z kościoła i zajęli na powrót miejsca w lektykach, na koniach i w powozach. Po dwóch stronach orszaku szło sześciuset służących, niosących woskowe świece, od których blask był tak wielki, jak gdyby słońce świeciło na niebie. W ten sposób królowa odprowadzona została do pałacu, gdzie na nią oczekiwał król, mający po prawicy królową Joannę, a po lewicy księżnę Orleanu. Królowa, wysiadłszy, uklękła jak w kościele. dając tym do zrozumienia, że uznaje Pana nad Pany za swego władcę na niebie, a króla za pana swego na ziemi. Król podniósł ją i ucałował. Naród wznosił okrzyki: „Noël! Noël"; widząc ich bowiem złączonych, tak młodych i pięknych, sądził, że dwaj aniołowie–stróże królestwa Francji opuścili jeden prawicę, drugi lewicę tronu Najwyższego Boga.

Potem panowie pożegnali króla i królową, i odeszli do swoich domów; pozostali tylko ci, którzy należeli do dworu i służby. Naród pozostał przed pałacem, krzycząc: „Noël!" aż do chwili, kiedy ostatni paź wszedł za ostatnim z panów. Wtedy bramy się zamknęły, światła oświecające plac rozproszyły się i powoli pogasły, tłumy odpłynęły tysiącami ulic i uliczek, które jak arterie i żyły niosą życie do krańców stolicy. Niezadługo i ten szmer rozchodzącego się ludu ucichł zupełnie. W godzinę później panowała wszędzie ciemność i cisza, i słychać było tylko te nieokreślone i głuche odgłosy, na które składają się wszystkie niepochwycone nocne szmery, zdające się być głębokim tchnieniem uśpionego olbrzyma.

Długo i szeroko rozpisaliśmy się o wjeździe królowej Izabelli do Paryża, o osobach, które jej towarzyszyły i o uroczystościach danych z tej okazji. Uczyniliśmy to nie tylko dlatego, aby dać czytelnikom obraz obyczajów i zwyczajów ówczesnych, ale także i dlatego, aby okazać słabe i wątłe, jak rzeki u swego źródła, początki zgubnych miłostek i śmiertelnych nienawiści, które w owej chwili rodziły się i powstawały dokoła tronu. Teraz zobaczymy je ożywione, wzrastające przy każdej burzy, rozszalałe i niszczące Francję, i to panowanie, które swymi wybuchami tak nieszczęsnym uczyniły.






II



Jeżeli czytelnik nie obawia się zapuścić z nami w uliczki Paryża, któreśmy mu w końcu poprzedniego rozdziału pokazali z daleka, zaprowadzimy go na róg ulic Coquilliere i du Sejour. Zobaczymy tam mężczyznę wychodzącego tajemnymi drzwiami z pałacu książąt de Touraine. Mężczyzna ten, owinięty w długi i obszerny płaszcz, z kapturem spuszczonym na czoło, zatrzymawszy się chwilkę dla policzenia uderzeń wielkiego zegara Luwru, który właśnie wydzwonił dziesiątą, wydobył z pochwy szpadę i spróbował jej sprężystości, zginając ją na progu. Zadowolony z rezultatu próby, począł iść krokiem pewnym, krzesząc końcem stali iskry z bruku i pośpiewując sobie zwrotki starej ballady o panu de Coucy.

Idźmy za nim ku ulicy de Etuves, ale idźmy wolno, zatrzyma się on bowiem u stóp krzyża du Trahoir, gdzie krótką odmówi modlitewkę. Potem podniesie się i śpiewając dalej puści się wielką ulicą Saint Honoré do ulicy de la Feronnerie. Doszedłszy do rogu, mężczyzna przestał śpiewać i w milczeniu posuwał się dalej wzdłuż muru Cmentarza Niewiniątek. Tu nagle stanął, przebiegł szybko ulicę i zatrzymał się przed małymi drzwiczkami, do których lekko po trzykroć zapukał.

Snadź oczekiwano go tutaj, gdyż pomimo cichego stukania odpowiedziano natychmiast słowami:

– Czy to wy, mości Ludwiku?

Na potakującą odpowiedź drzwi się otworzyły i zamknęły po cichu, skoro tylko próg przestąpił. Jakkolwiek śpieszno było mężczyźnie, nazwanemu Ludwikiem, jednak przystanął w korytarzu, schował szpadę do pochwy i zrzucił na ramiona kobiety, która go wprowadziła, płaszcz swój szeroki. Teraz możemy przyjrzeć mu się bliżej. Jest to człowiek młody i piękny, ubrany w skromny, lecz elegancki kostium koniuszego. Kostium ten składał się z czarnej aksamitnej czapeczki, z takiegoż kaftana, spod którego zieleniły się rękawy atłasowego żupana. Dla uzupełnienia opisu dodać należy pantalony z materii fioletowej, mające u góry wyhaftowaną tarczę herbową z trzema złotymi liliami. Nad tarczą świeciła książęca korona.

Gdy przybyły pozbył się płaszcza, poprawiwszy na sobie ubranie i przekonawszy się, że piękne jego blond włosy w regularnych zwojach opadają na ramiona, zapytał swobodnie, choć cicho:

– Dobry wieczór, mamko Joanno! Czujną jesteś, dziękuję ci... Cóż robi śliczna twoja pani? Jest w swoim pokoju, nieprawdaż?

– Tak, panie.

– A ojciec?

– Śpi.

Stanął na kręconych schodach, prowadzących na wyższe piętra domostwa, z pewnością człowieka dobrze z miejscem obeznanego. Przybywszy na piętro, dostrzegł światło przedostające się przez szparę drzwi. Po cichutku zbliżył się do nich i popchnąwszy je znalazł się w pokoju, którego umeblowanie znamionowało mieszkańców średniego stanu. Niedosłyszany mógł przez chwilę sycić oczy prześlicznym obrazem, jaki mu się przedstawił.

Przy łóżku rzeźbionym, osłoniętym zieloną adamaszkową kotarą, klęczała młoda dziewica. Ubrana była w długą suknię białą, której szerokie rękawy spadały aż do ziemi, odsłaniając od łokcia ramiona wdzięcznie zaokrąglone i zakończone białymi i prześlicznymi rączkami, na których w tej chwili spoczywała jej główka. Jej długie blond włosy, spadające falisto na ramiona, sięgały niby płaszcz złocisty aż do posadzki. W stroju tym było coś tak prostego, tak powiewnego i anielskiego, że dziewica wydawałaby się zjawiskiem nie z tego świata, gdyby nie tłumione łkania z piersi jej się wydzierające, które wyraźnie dowodziły, że i ona jest córką ziemi, zrodzoną z kobiety i do cierpień stworzoną.

Słysząc te łkania, nieznajomy poruszył się, dziewczę się odwróciło... Nieznajomy pozostał nieruchomy przy drzwiach, widząc ją tak smutną i tak bladą. Wtedy ona podniosła się i powoli postąpiwszy ku młodzieńcowi, który patrzał na nią milczący i zdziwiony, przyklękła na jedno kolano.

– Co robisz, Odetto? – zawołał – i co znaczy ta postawa?

– Robię to – odpowiedziała dziewica – co robić powinnam i co każda mnie równa zrobić powinna, gdy się znajduje wobec tak wielkiego pana i księcia.

– Ty śnisz chyba, Odetto?

– Obym śniła, mości książę, i obym po zbudzeniu była taką, jaką byłam, zanim was poznałam, bez łez w oczach i bez miłości w sercu!

– Na moją duszę! Albo ci się w głowie pomieszało, albo ci kto kłam jakiś podszepnął!

Przy tych słowach objął ją ramionami i podniósł z ziemi, ale ona, choć nie mogła zerwać więzów, które ją trzymały, cofnęła się i rzekła:

– Nie pomieszało mi się w głowie, książę, ani też nikt kłamliwymi słowy mnie nie złudził. Widziałam was!...

– Gdzież to?!

– W orszaku, rozmawiającego z królową, panią naszą; poznałam was, chociaż byliście wspaniale przystrojeni, mości książę!...

– Ależ mylisz się, Odetto – jakieś podobieństwo cię łudzi!

– Tak!... I ja tak wierzyć chciałam i byłabym uwierzyła, ale był tam także pan, który przedwczoraj przybył tu z wami, a który z wami – jak mówiliście, mości książę, zostaje w służbie księcia de Touraine.

– Piotr de Craon?!

– Tak, to właśnie, jak mi się zdaje, nazwisko które mi wymieniono.

Po chwili milczenia, ze smutkiem mówiła dalej:

– Wy, mości książę, nie widzieliście mnie, boście mieli oczy jeno dla królowej i nie słyszeliście krzyku, z którym upadłam zemdlona, gdy mi się zdawało, że umieram, bo słuchaliście tylko głosu królowej pani! Tak jest i tak być musiało! Ona tak piękna!... Ach!... Boże mój, Boże!...

– Ależ, Odetto droga – rzekł książę – o cóż chodzi? Mniejsza o to, kim jestem, jeśli cię kocham prawdziwie!

– Mniejsza o to, mości książę? – powtórzyła Odetta, usuwając się znowu. – Mniejsza o to, mówicie?... Nie rozumiem was, panie!

I jakby znużona tym wysiłkiem, położyła głowę na jego ramieniu i ciągle w oczy mu patrząc, mówiła:

– A czym bym się stała wierząc, że jesteście mi równi stanem i uległa naleganiom waszym, w nadziei, że mnie poślubicie? Gdyby tak było, dziś znaleźlibyście mnie martwą! Och! Jednak prędko byście o mnie zapomnieli; królowa pani jest tak piękna!...

– Uspokój się, Odetto; tak, w istocie, kłamałem przed tobą, mówiąc, że jestem tylko koniuszym. Jestem księciem de Touraine, to prawda!

Odetta westchnęła głęboko.

– Ale powiedzże mi sama, najmilsza moja, czy bogatego i możnego pana, którego widziałaś wczoraj, nie kochałabyś bardziej, niż skromnego biedaka, który przed tobą stoi w tej chwili?

– Ja, mości książę... Ja was nie kocham!

– Jak to!... wszakże tyle razy mówiłaś...

– Kochałam koniuszego Ludwika, kochałam tego, który był równym biednej Odetcie de Champpers i oddałabym zań z uśmiechem krew moją i życie. Oddałabym je także za wielkiego i potężnego księcia de Touraine, ale uczyniłabym to z obowiązku; lecz cóż po życiu moim i po krwi mojej możnemu i szlachetnemu małżonkowi Walentyny Mediolańskiej i kawalerowi królowej Izabelli?!

Książę chciał odpowiedzieć, gdy w tej chwili wpadła stara mamka z wyrazem przerażenia na twarzy.

– O, dziecię moje biedne! – zawołała, biegnąc ku Odetcie. – Czego oni chcą od ciebie?

– Kto taki? – zapytał książę.

– O, mości Ludwiku, przysłali po panienkę ze dworu. Książę spojrzał na Odettę.

– I któż to taki po panią przysyła, niech się raz dowiem! – dodał, patrząc nieufnie na Joannę.

– Jej książęca mość, Walentyna Mediolańska.

– Moja żona? – zawołał książę.

– Jego żona? – powtórzyła Joanna z przerażeniem.

– Tak, jego żona – rzekła Odetta, opierając rękę na ramieniu swej mamki – oto widzisz przed sobą jego wysokość brata królewskiego. Tak, ma on żonę i powiedział, śmiejąc się, żonie tej: „Tam na ulicy de la Feronnerie, naprzeciw Cmentarza Niewiniątek, mieszka pewna biedna dziewczyna, która przyjmuje mnie co wieczór, podczas gdy jej ojciec śpi na górze... To nie do uwierzenia, jak mnie kocha to biedne dziewczę!..."

I Odetta poczęła śmiać się cierpko.

– Odetto! – przerwał gwałtownie książę. – Niech skonam natychmiast, jeżeli jest jak mówisz! Wolałbym stracić sto tysięcy liwrów, aniżeli doczekać tego, co się tu stało. O, przysięgam ci, że wykryję, kto zdradził nasze tajemnice, a biada temu, który sobie tak ze mnie zażartować pozwolił!...

Postąpił kilka kroków ku drzwiom.

– Dokąd idziecie, książę? – spytała Odetta.

– Nikt w m o i m pałacu de Touraine nie ma prawa wydawać rozkazów, tylko ja sam; idę wydać rozkaz ludziom, czekającym tam na dole, aby odeszli natychmiast!

– Mości książę, macie wszelkie prawo i władzę po temu, ale... ludzie ci, powiedzą księżnej, że was tu zastali, o czym ona nie wie może, a wtedy uważać mnie będzie za bardziej winną, niż jestem, i zgubiona będę bez miłosierdzia.

– Ale ty nie pójdziesz do pałacu de Touraine?

– I owszem, mości książę, należy mi pójść koniecznie. Zobaczę księżnę Walentynę, wyznam jej wszystko, upadnę do kolan i prosić będę o przebaczenie. Co do was, książę, nawet przebaczenie łatwiej otrzymacie ode mnie!

– Rób, jak chcesz, Odetto – rzekł książę. – Zawsze masz słuszność, zawsze jesteś aniołem!

Odetta uśmiechnęła się smutnie i dała znak Joannie, aby jej przyniosła okrycie.

– Jakżeż pójdziesz do pałacu? – zapytał książę.

– Ludzie ci mają lektykę ze sobą – odparła Joanna, zarzucając płaszcz na ramiona swej pani.

– W każdym razie czuwać będę nad tobą – rzekł książę.

– Bóg już okazał opiekę swoją nade mną, mości książę. Mam nadzieję, że On mnie nie opuści.

Po tych słowach, skłoniwszy się księciu z szacunkiem i godnością, zeszła ze schodów.

– Oto jestem, panowie – rzekła do oczekujących przed domem. – Prowadźcie mnie, dokąd trzeba.

Książę pozostał przez chwilę nieruchomy i milczący, potem wybiegł z pokoju, zatrzymał się by dojrzeć zdążających ku ulicy Świętego Honoriusza ludzi z lektyką, a potem zawrócił i pobiegł ulicą Saint– Denis, skręcił w ulicę aux Fers, a przebiegłszy targ zbożowy, przybył do pałacu de Touraine, by dojrzeć znowu lektykę w głębi ulicy des Etuves. Pewny, że ją o kilka minut uprzedził, wsunął się przez tajne drzwi i dopadłszy swoich apartamentów, wślizgnął się po cichutku do gabinetu przylegającego do sypialni Walentyny, skąd przez szklane drzwi dojrzeć mógł wszystko, co się tam działo.

Księżna Walentyna stała na środku pokoju, niespokojna i niecierpliwa, zwracając przy najlżejszym szeleście oczy ku drzwiom; pyszne jej brwi czarne, tworzące łuk tak dokładny przy spokojnej twarzy, ściągały się teraz gwałtownie. Była ubrana bogato i z widocznym staraniem o podkreślenie swych wdzięków. Mimo to, od czasu do czasu podchodziła do zwierciadła, siląc się na przybranie wyrazu słodyczy i łagodności, który stanowił główną jej cechę. Chciała bowiem podwójnie upokorzyć tę kobietę, która zapragnęła być jej rywalką. Wysokie stanowisko i świetne wdzięki zgnębić miały zuchwałą.

Słysząc szmer i odgłosy w sąsiednim pokoju, podniosła rękę do czoła, drugą szukając podpory, albowiem czuła, że wzrok jej się zaćmiewa i że się pod nią uginają kolana. Wreszcie w rozwartych drzwiach ukazał się służący, zawiadamiając, że dziewica, którą jej książęca mość widzieć chciała, oczekuje w sąsiednim pokoju.

Księżna dała znak, że gotowa jest przyjąć przybyłą.

Odetta pozostawiła płaszcz w przedpokoju i ukazała się w tym skromnym i prostym stroju, w jakim ją już widzieliśmy i tylko po drodze z włosów splotła długi warkocz, który opadał jej na piersi i dosięgał kolan. Wszedłszy, zatrzymała się przy drzwiach, które się za nią zamknęły... Księżna stanęła niema i nieruchoma, ujrzawszy to białe i czyste zjawisko. Zdziwiło ją, że znalazła tę dziewczynę, o której inne zupełnie wyrobiła sobie przekonanie, tak skromną i tak poważną. Spostrzegła się, że jej pierwszej wypadało przemówić, a czuła się zakłopotana.

– Zbliż się – rzekła głosem, którego naturalną słodycz tamowało wzruszenie.

Odetta przybliżyła się ze spuszczonymi oczyma, lecz ze spokojnym i pogodnym czołem. Potem, gdy już tylko o trzy kroki oddalona była od księżnej, przyklękła na jedno kolano.

– A więc ty jesteś tą – mówiła dalej księżna – która pragnie szkodzić mi i krzywdę czynić? I myślisz, że po tym coś uczyniła, wystarczy przyjść i uklęknąć przede mną, aby uzyskać przebaczenie?...

Odetta podniosła się szybko. Żywy rumieniec wystąpił na jej lica.

– Przyklękłam przed tobą, pani – rzekła – nie dlatego, aby cię prosić o przebaczenie, gdyż – dzięki niebu – nie mam sobie do wyrzucenia żadnego względem waszej książęcej mości występku. Przyklękłam, albowiem pani jesteś księżną, potężną i wielką, a ja biedną dziewczyną, ale teraz, gdy oddałam cześć godności twojej, powstaję i stojąc odpowiadać będą na pytania, jakie waszej wysokości postawić się spodoba.

Walentyna nie spodziewała się tego spokoju. Zrozumiała łatwo, że tylko niewinność lub bezczelność, przybierająca jej maskę, może tak śmiało przemówić. Zobaczyła piękne niebieskie oczy, tak łagodne i tak przezrocze, że zdawały się być oknami dziewiczego serca i zrozumiała, że to serce czyste być musi, jak serce anioła niewinności. Księżna de Touraine była dobra z natury i gdy pierwszy poryw głębokiej zazdrości, pod którego wpływem działała i mówiła, ustąpił, podała rękę Odetcie i rzekła z niewypowiedzianą łagodnością:

– Pójdź!

Ta zmiana w tonie i głosie księżnej spowodowała nagły przewrót w myślach i zamiarach biednej dzieweczki. Przygotowana była na gniew, a nie na łaskawość. Wzięła podaną rękę i przycisnęła ją do ust.

– O! – zawołała ze łzami – przysięgam ci, miłościwa pani, że nie ma w tym mojej winy. On przyszedł do ojca mego jako prosty koniuszy księcia de Touraine, niby z zamiarem kupienia koni dla swego pana. Zobaczyłam go!... był tak piękny!... Patrzyłam na niego bez obawy, sądziłam, że to mi wolno przecie, że on mi równy!... On przystąpił do mnie i zaczął mówić, a głos jego był tak słodki, że nigdy przedtem nie słyszałam takiego, chyba w moich marzeniach dziecięcych; w owych latach, gdy aniołowie zstępowali do mej kołyski podczas snu. Nie wiedziałam nic, ani że miał żonę, ani że był księciem i bratem królewskim!... Gdybym wiedziała, że jest małżonkiem twoim, pani, i gdybym cię znała tak piękną i wspaniałą, jaką jesteś, byłabym zgadła, że żartował sobie jeno ze mnie. Teraz już wszystko skończone i wszystko wiadome, on mnie nigdy nie kochał... i ja go już nie kocham...

– Biedne dziecię! – zawołała Walentyna, patrząc na nią z litością. – Biedne dziecię! – powtórzyła. – Ona myśli, że można go raz pokochać i potem o nim zapomnieć!...

– Ja nie powiedziałam, że zapomnę – odparła Odetta smutnie – powiedziałam, że go już kochać nie będę, gdyż można kochać tylko sobie równego, kochać tylko tego, którego żoną można zostać. O! wczoraj, wczoraj, gdym go zobaczyła wśród tego wspaniałego orszaku, w tym stroju przepysznym! Gdym go zobaczyła i poznała rysy tego Ludwika, któregom uważała za mojego, w księciu de Touraine, który jest twoim, pani miłościwa... O! przysięgam! zdawało mi się, że ktoś na mnie rzucił urok jakiś i że mnie oczy moje mylą. Zaczął mówić i życie we mnie zamarło... Usłyszałam go!... Niestety, to jego był głos! On mówił do królowej! O! królowa!...

Odetta drżała konwulsyjnie, blada jak chusta.

– Czy pani nie nienawidzisz jej, tej królowej?! – dodała po chwili z wyrazem boleści niewypowiedzianej.

Walentyna żywo zakryła ręką usta Odetty.

– Milcz, dziecko! – rzekła. – Izabella jest naszą władczynią i królową! Bóg dał ją nam za panią i powinniśmy ją kochać!...

– Tak samo mówił ojciec – odpowiedziała Odetta – gdym powróciła na pół martwa i gdym mu powiedziała, że nie kocham królowej...

Spojrzenie księżnej spoczęło na Odetcie z wyrazem słodyczy i dobroci nieskończonej. W tej chwili biedna dzieweczka podniosła bojaźliwe oczy. Spojrzenia obu kobiet spotkały się, księżna otworzyła ramiona. Odetta upadła jej do nóg i ucałowała jej kolana.

– A teraz nic więcej nie mam ci do powiedzenia – rozpoczęła znów księżna – idź!... Przyrzeknij mi tylko, że się z nim więcej widzieć nie będziesz. Oto wszystko, czego od ciebie wymagam.

– Tego waszej wysokości, na nieszczęście, przyrzec nie jestem w możności. Pani! Książę jest bogaty i potężny; może, jeżeli pozostanę w Paryżu, odnaleźć mnie; jeżeli się oddalę, może mnie zmusić do powrotu... Na to jednak przysiąc mogę, że pierwej umrę, aniżeli przyjmę go kiedykolwiek.

– Jesteś aniołem – rzekła księżna – i spodziewać się będę szczęścia na tym świecie, jeżeli mi przyrzeczesz, że modlić się będziesz za mną do Boga!

– Modlić się do Boga za panią!... Czyż nie jesteś jedną z tych księżniczek szczęśliwych, które samo szczęście do chrztu podaje? Jesteś piękna, młoda, jesteś potężna i wolno ci go kochać?...

– A więc módl się do Boga, aby on mnie kochał!...

– Spróbuję – odrzekła Odetta przyciszonym głosem.

Księżna wzięła ze stołu maleńką srebrną świstawkę i gwizdnęła. Na to wezwanie ukazał się we drzwiach ten sam służący, który uwiadomił księżnę o przybyciu Odetty.

– Odprowadź do domu tę panienkę – rzekła księżna – i pilnuj, aby się jej nic złego w drodze nie wydarzyło. Odetto! – dodała – jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebowała pomocy, protekcji lub opieki, pomyśl o mnie i przyjdź...

Podała jej rękę jak siostrze.

– Odtąd na tym świecie niewiele pewno potrzebować będę, ale wierz mi, pani miłościwa, że bez konieczności uciekania się do ciebie, często myśleć będę o tobie.

Skłoniła się przed księżną głęboko i wyszła.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com