Karminowy szal - Joanna M. Chmielewska - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 313 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 34 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Karminowy szal - Joanna M. Chmielewska

Marysia, Marta i Magda. Zaprzyjaźniły się w dzieciństwie, lecz potem ich drogi się rozeszły. Przy grzanym winie w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem dorosłe już Maria, Marta i Magdalena zdobywają się na odwagę, by przyznać się do skrywanej od lat tajemnicy. Postanawiają działać. Czy uda im się zamknąć trudny rozdział swojego dzieciństwa? Dokąd zaprowadzi je ta droga?

Ci, którzy czytali Poduszkę w różowe słonie lub Sukienkę z mgieł, w Karminowym szalu odnajdą magiczne miejsce, jakim jest Piwnica pod Liliowym Kapeluszem a także niektórych bohaterów poprzednich powieści Joanny M. Chmielewskiej. Ich losy splotą się z losami bohaterek Karminowego szala.

Czytelnicy odnajdą też niepowtarzalny klimat książek pisanych przez tę Autorkę.

Opinie o ebooku Karminowy szal - Joanna M. Chmielewska

Fragment ebooka Karminowy szal - Joanna M. Chmielewska

JOANNA M.
CHMIELEWSKA

Karminowy szal

Dziewczynom, które towarzyszyły mi

w poszukiwaniu mojego karminowego szala:

Mirce, Agnieszce, Joli, Dorocie,

Gumeczce, Dzidzi, Bogusi, Iwonie, Beacie…

Section0001

– Znalazłam.

Marta mocniej przyciska telefon do ucha. W słuchawce panuje cisza, w której drży jeszcze przez chwilę to jedno, jedyne słowo, powoli docierające do świadomości Marty. Czasownik, rodzaj żeński, liczba pojedyncza, czas przeszły, tryb orzekający.

Kiedy trudno jej pojąć znaczenie słowa, Marta szuka pomocy w gramatyce. Określając formę wyrazu, próbuje zrozumieć jego treść. Czasownik dokonany. Dokonany. Nareszcie. Kilka miesięcy poszukiwań, mozolne tropienie urywających się śladów i w końcu sukces. Dlaczego więc w głosie Magdaleny nie ma nawet cienia radości i dlaczego Marta też jej nie czuje? Dlaczego nie ma satysfakcji, że czegoś dokonały (a właściwie, że dokonały tego Maria i Magdalena, bo Marta była głównie obserwatorką), tylko żal, że coś się kończy? A może dokonanie jest zawsze końcem? Dokonać, konanie, koniec – trzeba sprawdzić, czy te wyrazy mają wspólny rdzeń.

Szkoda, że nie poszła na polonistykę. Przecież zawsze fascynowały ją słowa i książki. Nauczycielką nie chciałaby być, ale redaktorką… współpracować z wydawnictwami, wyszukiwać perełki, tropić błędy, poprawiać je, by teksty warte wydania mogły błysnąć pełnią urody, i czytać, czytać, czytać… Taka praca to marzenie. Ale nie poszła na tę polonistykę i dlatego teraz była bezbarwną biurwą spędzającą codziennie osiem godzin za biurkiem, wypełniającą stosy formularzy i z każdym dniem coraz bardziej znudzoną swoją pracą.

Biurwa – kontaminacja słów „biuro” i „kurwa” – to słowo, które usłyszała jakiś czas temu z ust niezadowolonego petenta („Te biurwy to tylko na dupach siedzą, piją kawę i plotkują, a ty człowieku czekaj dwa tygodnie albo i miesiąc, zanim takiej jednej z drugą zechce się dupę podnieść i pieczątkę przystawić”), kojarzyło jej się z larwą, obrzydliwą, tłustą larwą, od której każdy odwraca się ze wstrętem.

Myśląc o swoim życiu, Marta jeszcze do niedawna czuła żal. Pozwoliła się wtłoczyć (a właściwie to nikt jej siłą nie wtłaczał, sama dobrowolnie się wpasowała) w szarość i otoczyła rutyną jak murem obronnym. Ktoś z zewnątrz mógłby przypuszczać, że wszystko jest w porządku, bo przecież miała męża, dzieci, pracę, dom, samochód, wszystko zgodnie ze standardami.

I tylko siebie nie miała…

Miała za to obowiązki.

Mnóstwo obowiązków, które wykonywała bardzo sumiennie. I plany. Konkretne. Przyziemne. Plany, które zamieniała w obowiązki. Nie żadne tam wydumane fanaberie. Remont mieszkania – za rok, nowy samochód – za dwa lata, generalne porządki – w tym tygodniu. Spisywała te plany na kartkach i z satysfakcją odhaczała to, co zostało wykonane. W pracy brała na siebie dodatkowe zadania, od których inni próbowali się wykręcić, po pracy biegła do domowych obowiązków, a gdy usiadła na chwilę, dopadały ją wyrzuty sumienia, że odpoczywa, a przecież trzeba jeszcze poprasować, podłogę umyć, obiad na jutro podszykować.

Zawsze było coś do zrobienia.

Zamiast dzielić zadania między domowników, Marta je mnożyła – sobie. Wolała zrobić wszystko sama, niż później po nich poprawiać i słuchać utyskiwań rodziny, że jej to nigdy nie da się dogodzić. Czasami tylko, gdy już naprawdę nie miała sił, prosiła męża, żeby umył okna, odkurzył dywany czy też powiesił pranie.

– Ale pod jednym warunkiem – zastrzegał Krzysiek – że powstrzymasz się od krytyki i nie będziesz poprawiać.

Godziła się na to i wychodziła z kuchni, żeby nie patrzeć, jak on to okno myje. Gdy skończył, zaciskała zęby, żeby nie zwrócić mu uwagi na resztki brudu w rogach, i wycierała je dokładnie dopiero wtedy, kiedy Krzyśka nie było w domu. Jej mieszkanie zawsze lśniło czystością, wszystkie rzeczy miały swoje dokładnie określone miejsce, a porządek dawał Marcie poczucie bezpieczeństwa.

Tak było, zanim po latach znowu spotkała Marię i Magdalenę, które wprowadziły zamieszanie w jej precyzyjnie ułożone życie. Właściwie, patrząc z zewnątrz, niby wszystko wyglądało tak samo; ten sam mąż, ten sam dom, ta sama praca…

Tylko ona już nie była ta sama…

– Mamo… – Igor pociągnął Martę za spódnicę – miałaś mi dać mleko z płatkami. Obiecałaś.

No tak, obiecała. Szła przecież właśnie do lodówki po to mleko, gdy zadzwoniła komórka, a potem Marta zupełnie o nim zapomniała.

– Marysia wie? – spytała, przytrzymując ramieniem telefon i nalewając mleko do miseczki.

– Nie. Najpierw zadzwoniłam do ciebie – odpowiedziała Magdalena. – Jeśli wszystko dobrze pójdzie, załatwimy sprawę do końca w sobotę. Pasuje ci sobota o czternastej?

– Pasuje.

– To świetnie. Mam nadzieję, że pogoda nie pokrzyżuje nam planów.

– A co ma do tego pogoda? – zdziwiła się Marta.

– Ma. Wyjaśnię, jak się spotkamy. No to do zobaczenia w sobotę w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem.

– Ale ty przecież nic mi nie powiedziałaś! Jak…

Magdalena nie dała jej dokończyć.

– Do soboty. Cześć.

– Ale… – Marta próbowała jeszcze czegoś się dowiedzieć, lecz Magda odłożyła słuchawkę.

Krąg światła nad kuchennym stołem, znajome sprzęty, dekoracyjne drobiazgi, które starannie dobierała, żeby wszystko do siebie pasowało, dźwięk płatków przesypywanych do miseczki (Igor lubił chrupiące, więc dodawał je po trochu i zjadał, zanim nasiąkły mlekiem), uspokajające tykanie kuchennego zegara…

Jedynie rytm serca nie mógł się dopasować do tej domowej sielanki. I niespokojne myśli.

To Magdalena wpadła na ten absurdalny pomysł. Marta nie sądziła, że ona może mówić serio, przypuszczała, że to pomysł w stylu „daj sobie w wyobraźni to, czego nie możesz mieć w rzeczywistości”, takie psychiczne odreagowanie. Włączyła się więc w te jej fantazje, traktując je jak zabawę. Marysia też wzięła w tym udział.

Przy trzecim grzanym winie w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem (Marta była tam wtedy pierwszy raz, ale ta kawiarnia urzekła ją od razu) wszystko wydawało się jakieś odrealnione. I dlatego nawet nie zadzwoniła do Krzyśka, żeby dowiedzieć się, czy Igor śpi, czy Klaudia wróciła z urodzin koleżanki i czy aby na pewno podczas jej nieobecności nie zdarzyła się w domu jakaś katastrofa. Na początku spotkania położyła telefon na stoliku, ale potem wrzuciła go do torebki. Szkoda, że nie mogła wrzucić tam też wyrzutów sumienia, które nie dawały jej spokoju.

Zawsze gdy była dłużej poza domem, telefonowała do męża, i Krzysztof na pewno liczył na to, że ona się odezwie, a poza tym miała poczucie, że jej obowiązkiem jako matki i żony jest skontrolowanie, czy wszystko funkcjonuje jak należy, a gdyby okazało się, że nie, to konieczna jest jej błyskawiczna interwencja, żeby świat znowu wrócił do normy. To ona musi zadziałać.

A jednak nie zadzwoniła.

Bo gdyby zadzwoniła, to czar mógłby prysnąć… A Marta chciała zatrzymać go jak najdłużej.

Aromat świeżo palonej kawy, ciepło grzanego wina, płonąca świeczka na stoliku, wokół którego znowu siedziały we trzy – jak kiedyś – wspólny śmiech i ta umowa, którą zawarły zaraz na początku (jak zwykle była to propozycja Magdy, a one się na nią zgodziły), że dzisiaj nie będą mówić o codzienności, o pracy, facetach i dzieciach, a jeśli któraś się zapomni, to wrzuci za karę pięć złotych do wspólnej kasy. Na grzańce. Co chwilę się zapominały, więc wkrótce uzbierały na drugie, trzecie i czwarte wino.

Gadały, śmiały się, piły, wspominały dawne czasy i żadnej z nich nie śpieszyło się do domu.

Wyrzuty sumienia dały się w końcu utopić w winie, a Marta po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna zapomniała, że jest matką, żoną, kobietą dorosłą i odpowiedzialną, i nie myślała o tym, co będzie, kiedy wróci do domu, co powinna zrobić jeszcze dzisiaj, a co koniecznie musi zrobić jutro.

Dziwnie się z tym czuła. Jakby puściła ster łódki i pozwoliła ponieść się fali. Było w tym coś fascynującego i jednocześnie budzącego lęk.

– To co, dziewczyny, wchodzicie w to? – spytała nagle Magdalena. To było już przy czwartym grzanym winie, ale miała zupełnie trzeźwe spojrzenie. I wyglądało na to, że mówi poważnie.

Marta zaniepokoiła się. Doskonale pamiętała z dzieciństwa zwariowane pomysły Magdy i ich konsekwencje – nagany na apelu, obniżone sprawowanie, zakaz oglądania telewizji, karne sprzątanie. Magda zawsze była odrobinę postrzelona, tymczasem one obie – Marysia i Marta – raczej spokojne, a jednak gdy Magda pytała tak jak dzisiaj: „To co, dziewczyny, wchodzicie w to?”, nie umiały jej odmówić. Nigdy nie umiały. Nawet gdy zaproponowała im nocną wyprawę na cmentarz, na którą wcale, ale to wcale nie miały ochoty.

Marta była wtedy chyba w drugiej klasie. A może w trzeciej…

– Musimy sprawdzić, jak to jest naprawdę z tymi duchami. Pójdziemy na cmentarz o północy i przekonamy się na własne oczy – zarządza Magda, nie pytając Marysi i Marty o zdanie.

Idą za nią jak zawsze, chociaż Marta wcale nie chce. Ma ściśnięty ze strachu żołądek, a w wyobraźni wizję najbliższego apelu: one trzy na środku sali gimnastycznej, wystawione na spojrzenia wszystkich, potępiający wzrok dyrektorki i pogarda w oczach prymuski Jolki, według której każde przekroczenie regulaminu jest ciężkim przestępstwem. Co wyraża wzrok innych, tego Marta nie wie. Korci ją, żeby w takiej chwili poszukać oczu Jarka, ale nie ma dość odwagi. Czerwona ze wstydu, ze spuszczoną głową tkwi na środku sali, marząc, żeby apel jak najszybciej się skończył. A Magda, jak zwykle, stoi dumnie wyprostowana i nie ma nawet śladu rumieńca na twarzy. „Gdybym była Magdą – przychodzi czasami do głowy Marcie – może i miałabym więcej kłopotów, ale wiedziałabym przynajmniej, co Jarek o mnie myśli”.

Wizja Marty się sprawdza. Występują na apelu. Magda z podniesioną głową i one dwie niczym skruszone sierotki, które najchętniej zapadłyby się pod ziemię.

A przecież tak niewiele brakowało i nikt by się o tej wyprawie nie dowiedział. Nie gniewają się nawet na Maryśkę, bo czy to jej wina, że jest taką straszną niezdarą? A to coś strąci niechcący, a to przewróci się na równej drodze, jeszcze jedne skaleczenia i siniaki nie zdążą się zagoić, a już ma następne. Przecież nie robi tego specjalnie. Po prostu taka jest i już. Przecież nie chciała potknąć się na ostatnim schodku ani zrzucić sobie gablotki na rękę. A kiedy ktoś ma złamany palec, to chyba normalne, że płacze. No i Nietoperzyca się obudziła (Nietoperzyca to opiekunka nocna, która przychodzi wieczorem, kiedy pani Helenka i inne panie idą do domu). Zresztą nie tylko ona się obudziła, ale chyba wszyscy, jeśli nawet nie od razu, to na pewno wtedy, gdy Nietoperzyca zaczęła krzyczeć. Zrobiła się niezła afera.

– Samowolne oddalenie się, narażenie na niebezpieczeństwo siebie i innych, zakłócenie ciszy nocnej… – dyrektorka wylicza ich winy, ale Marta przestaje słuchać, bo czuje na sobie czyjś wzrok. Dziwne… przecież patrzy na nią teraz wiele osób, ale to spojrzenie, które poczuła, jest jakieś szczególne. Marta podnosi głowę. To Jarek. A w jego oczach jest coś takiego, że Marta mogłaby jeszcze pięćdziesiąt razy pójść na ten cmentarz, a potem pięćdziesiąt razy wystąpić na apelu, a co tam, mogłaby wystąpić nawet i sto razy, żeby tylko Jarek spojrzał tak na nią jeszcze raz…

– Wchodzicie w to, dziewczyny? – Ponowne pytanie Magdaleny przerwało wspomnienia.

„Coś takiego może się zdarzyć tylko w amerykańskim filmie – myśli Marta. – Na szczęście Maria jest rozsądna. Nie zgodzi się”.

– Ja wchodzę – mówi Maria bez większych emocji, tak jakby rozmawiały o pogodzie.

Teraz kolej Marty. Maria i Magdalena czekają na jej słowa. A ona ma ochotę krzyknąć: „Zwariowałyście?! Przecież jesteśmy dorosłe! Jak wytrzeźwiejemy, będzie nam głupio” – ale nie krzyczy i wbrew samej sobie mówi:

– Ja też.

W pierwszej chwili właściwie nie wie, dlaczego to zrobiła. Mogła próbować wyperswadować im ten pomysł. Wcale nie musiała się zgadzać. Takie zachowanie całkiem do niej nie pasuje.

Marta zawsze przed podjęciem decyzji długo się zastanawia i dokładnie rozważa wszystkie „za” i „przeciw”. A tym razem poszła za jakimś nieokreślonym, niezrozumiałym impulsem. Zupełnie wbrew logice. Ale gdy przychodzi jej do głowy, że może jeszcze cofnąć te słowa, czuje, że wcale nie chce ich cofać.

Pragnie przedłużyć ten wieczór: poczucie wspólnoty, swoiste katharsis, które przed chwilą razem przeżyły, i te dziwne odczucia wymykające się analizie. Dlatego się zgodziła.

Bo teraz mają wspólny cel.

Będą spotykać się w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem (koniecznie tutaj, Marta nie umie sobie wyobrazić lepszego miejsca), pić wino, rozmawiać i śmiać się jak dziś.

– Magiat. – Magdalena patrzy im w oczy, kładąc rękę na stole.

– Magiat. – Maria przykrywa dłoń Magdy swoją dłonią.

– Magiat. – Marta powtarza za nimi wywołane z przeszłości słowo i gest.

*

– Mamo, byliśmy dzisiaj na wycieczce w szkole! A wiesz, że w szkole nie ma stolików jak w przedszkolu, tylko ławki? – Igor, opowiadając, aż podskakuje z przejęcia. – Będę siedział w ławce z Maćkiem! Już się umówiliśmy. Bo on też idzie do „Czwórki”! Pamiętasz, z kim siedziałaś w pierwszej klasie? – rzuca pytanie i nie czekając na odpowiedź, biegnie pogłaskać rudego Liska – psa sąsiadów, który na jego widok radośnie macha ogonem.

Marta odprowadza synka spojrzeniem. Jakoś nie umie go sobie wyobrazić wciśniętego w szkolną ławkę. Wydaje jej się jeszcze taki mały… Taki dziecinny… Dużo bardziej dziecinny niż ona sama, gdy szła do pierwszej klasy. Aż trudno uwierzyć, że była w wieku Igora, kiedy wyjechała z domu. Miała do szkoły ponad sto kilometrów, a rodziców widywała jedynie w weekendy…

– Będę siedzieć z Izą! Mamy takie same piórniki! – chwali się Agnieszka.

Marta milczy, przełykając łzy. Przecież to ona miała siedzieć w ławce z Izą! Wszystko przez tego lekarza! Najpierw strasznie długo oglądał to śmieszne zdjęcie, na którym widać było jej kości, płuca i inne rzeczy, które człowiek ma w środku, potem przerzucał karteczki z wynikami badań, marszcząc przy tym brwi i mrucząc coś pod nosem, następnie badał ją i badał, aż w końcu dał jej spokój i zaczął rozmawiać z mamą, a Marta nareszcie mogła pobawić się śliczną lalką, która stała na półce w gabinecie. Zajęta zabawą, nie słyszała, o czym rozmawiali, lecz kiedy już wyszli z tego gabinetu, mama była jakaś dziwna. Smutna. I wcale się nie odzywała. Marta próbowała ją rozśmieszyć i opowiedziała kawał, który słyszała w przedszkolu, ale mama udawała tylko, że się uśmiecha. A potem, kiedy Marta oglądała bajkę, mama z tatą zamknęli się w kuchni i słychać było zaledwie ich szepty. Po bajce oboje przyszli do niej do pokoju. Tata wziął ją na kolana, a mama mówiła. Marta niby rozumiała każde jej słowo, ale całości nie mogła zrozumieć.

Jak to musi wyjechać? Nie pójdzie do klasy z Izą, Agnieszką i Radkiem? Co to jest ośrodek leczniczo-rehabilitacyjny dla dzieci? Ma tam chodzić do szkoły? I spać w tym ośrodku? Bez mamy i taty? Bez buziaków na dobranoc? Lekarz kazał? Dlaczego? A jeśli nie pojedzie do tego ośrodka, to co? Mama niby coś odpowiada, ale jakoś tak niejasno. Jakby sama nie wiedziała, co się wtedy stanie. Albo jakby chciała coś ukryć. I ma łzy w oczach, a tata pociera czoło ręką, jak zawsze kiedy się denerwuje. Marta czuje, że oni wcale nie chcą wysyłać jej z domu. A skoro to robią, to znaczy, że jeśli zostanie, grozi jej coś strasznego.

I Marta nagle przypomina sobie dziadka Agnieszki, który umarł w tamten poniedziałek. Widziała, jak wynosili go z domu na noszach. Miał zamknięte oczy i głowę przewiązaną chustką, jakby bolały go zęby. A przecież po śmierci już nic nie mogło go boleć. Agnieszka mówiła, że zawieźli dziadka do kostnicy i że będzie tam aż do pogrzebu.

Kostnica – Marta pierwszy raz słyszała wtedy to słowo i wyobraziła sobie, jak sanitariusze kładą nosze na ogromnej górze kości, a dziadek zsuwa się z noszy i te kości całkiem go zasypują. Tamten obraz nie pozwalał jej zasnąć, więc przyszła do rodziców do łóżka.

A jak w tym ośrodku będzie się bała w nocy, to do kogo pójdzie? No do kogo?

Marta wcale nie chce tam jechać. Ale może jeśli nie pojedzie do tego ośrodka, to… Nie wymawia nawet w myślach tego słowa, lecz w wyobraźni widzi dziadka Agnieszki i robi jej się zimno ze strachu. Z całych sił wtula się w mamę. Chciałaby od niej usłyszeć: „Ale ty głupoty wymyślasz, córeczko! Co też ci przyszło do gło­wy!”. Lecz nie zdradza mamie swoich myśli, bo boi się, że usłyszy coś innego albo że mama nic nie powie, tylko zacznie płakać.

– Tu jest sypialnia, tu też sypialnia, tu łazienka, a to świetlica. – Pani Helenka pokazuje Marcie i mamie kolejne pomieszczenia.

Przyjechały zobaczyć ośrodek.

– Pusto, bo dzieciaki na wakacjach. Ale gdy przyjedziesz we wrześniu, zobaczysz, jak tu u nas gwarno i wesoło. – Pani Helenka uśmiecha się do Marty. Miły ma ten uśmiech i w ogóle jest miła, nie jak ta druga pani, co siedzi w sekretariacie. „Całe szczęście, że to pani Helenka będzie moją wychowawczynią, a nie tamta” – myśli Marta.

– Krótkie masz włosy. – Pani Helenka przeczesuje ręką jej czuprynkę.

To jest przyjemne. Marta lubi, kiedy ktoś dotyka jej włosów.

– Lecz przez dwa miesiące jeszcze trochę urosną i we wrześniu da się już zrobić kitkę. U nas wszystkie dziewczynki mają kitki.

– Ale to kłopot z czesaniem. Sama się przecież nie uczesze – mówi mama.

Marta błagalnym wzrokiem wpatruje się w panią Helenkę. Nigdy jeszcze nie miała długich włosów. Mama mówi, że włosy trzeba obcinać, żeby się wzmocniły. A Marta tak bardzo chciałaby mieć długie.

– Proszę się nie martwić, ja sama czeszę dziewczynki. Wyćwiczyłam się przez tyle lat. Żaden włosek nie ma prawa wymknąć się z kitki przez cały dzień.

– No dobrze… – Marta poznaje po głosie, że mama nie jest tak do końca przekonana, ale się zgadza, a to znaczy… to znaczy, że pozwoli jej zapuścić włosy! Pani Helenka wydaje się Marcie cudotwórczynią. Bo przecież powiedziała tylko kilka zdań! A ona próbowała przekonać mamę od roku!

Dziewczynka dotyka włosów, sprawdzając ich długość, i wyobraża sobie, ile urosną do września, a pani Helenka uśmiecha się porozumiewawczo i puszcza do niej oko. Może w tym ośrodku nie będzie aż tak źle…

W szkole rejonowej, do której Marta nie pójdzie, rok szkolny w pierwszej klasie rozpoczął się oranżadą i ciastkami. Marta wie to od Agnieszki i Izy. Zazdrości im tej oranżady, ciastek, wspólnej ławki i szkoły blisko domu…

Marta nie wie, jak wyglądał początek roku w ośrodku. Była już spakowana, w niedzielę miała jechać, ale w sobotę w nocy dostała wysokiej gorączki i wyjazd przesunął się o dziesięć dni.

Kiedy po tych dziesięciu dniach przyjeżdża wreszcie do ośrodka, wszyscy już się znają, tylko ona jedna siedzi w kącie jak sierota, próbując sobie przypomnieć imiona nowych koleżanek i kolegów. Pamięta zaledwie kilka. Przy stoliku pod oknem siedzą Gosia, Ewa i Ania, tylko która z nich to Ewa, a która Ania, tego już Marta nie może sobie przypomnieć. Przy drugim stoliku Jarek i Grzesiek, i jeszcze dwóch chłopaków. Dziewczynka, której pani Helenka właśnie coś tłumaczy, ma na imię Iwonka. Ale najczęściej Marta zerka na siedzące przy stoliku obok drzwi dwie koleżanki.

Ta, która marszczy brwi i obgryza ołówek, to Marysia. Ma najdłuższe włosy ze wszystkich; czarne, gęste, związane w koński ogon sięgają jej aż do pasa. Marta zawsze marzyła o takich włosach…

A ta druga, Magda, jest blondynką i ma kręcone włosy. I w ogóle cała jest taka… kręcona. Wierci się na krześle, podskakuje, macha nogą, śmieje się, szepcząc coś Marysi, i nawija na ołówek kosmyk tych swoich włosów.

Marta pamięta słowa pani Helenki, że jak ona uczesze, to żaden włosek nie ma prawa wymknąć się z kitki przez cały dzień. Rzeczywiście, wszystkie dziewczynki mają związane włosy i choć to już wieczór, wyglądają jakby niedawno się czesały. Żaden włosek im się nie wymknął. Tylko włosy Magdy nie słuchają pani Helenki. Kilka niesfornych loczków uciekło z kitki i kiedy Magda pochyla głowę, opadają jej na twarz. Pani Helenka podchodzi do Magdy i Marysi, sprawdza im zeszyty i kiwa głową, że wszystko dobrze.

Marta też chciałaby odrabiać lekcje jak inni, ale dopiero dzisiaj przyjechała i nie była jeszcze w szkole, więc pani dała jej kartkę i kredki, żeby narysowała obrazek dla mamy. Tylko że dziś rysowanie Marcie nie bardzo idzie. Kwiatek na rysunku jakiś taki smutny. Słoneczko też. I dziewczynka w niebieskiej sukience, zupełnie takiej samej jak sukienka Marty. Marta chce jeszcze narysować mamę, ale jakoś nie może.

Dzieci kończą odrabiać lekcje, chowają zeszyty i książki. Za chwilę w telewizji bajka na dobranoc, a potem do łóżka. Marta z obawą myśli o pierwszej nocy bez mamy. Słona kropla spada na sam środek kwiatka. A tuż obok druga. Marta rysuje parasol. Za mały. Kwiatek się pod nim zmieści, ale dziewczynka w niebieskiej sukience już nie.

Łóżka są piętrowe. Marta śpi na dole, nad nią Iwonka, na łóżku obok na górze Ewka, a na dole Magda. Na tym trzecim pod oknem Marysia i Gosia. Na czwartym Anka i jakaś dziewczynka, której imienia Marta nie pamięta. Wszystkie już dawno zasnęły, tylko Marta płacze w poduszkę. Cichutko, żeby nikogo nie zbudzić. Przed chwilą musiała tę poduszkę przewrócić na drugą stronę, bo była zupełnie mokra. Pościel w ośrodku pachnie zupełnie inaczej niż w domu. Za oknem nie widać znajomego drzewa, na które wdrapywały się z Izą. I nawet księżyc wydaje się jakiś obcy. I jeszcze te skrzypnięcia, które dochodzą nie wiadomo skąd. Marcie chce się siku, na szczęście nie mocno, tylko trochę. Za nic nie pójdzie w nocy do łazienki. Musi wytrzymać do rana. Łóżko jest jakieś niewygodne. A na jej własnym, w domu, śpią teraz maskotki. Poukładała je tam przed wyjazdem. Ze sobą wzięła tylko lalkę Kasię i kotka Zyzia. Wtula się teraz w jego mięciutkie futerko, ściskając w ręce cukierek, który dostała od mamy na drogę. Ściska ten cukierek i próbuje zasnąć, żeby bliżej już było do piątku, ale sen nie przychodzi.

Na sąsiednim łóżku Magda obraca się na drugi bok, mruczy coś pod nosem i nagle zaczyna płakać. Marta czeka. Niech ta Magda przestanie płakać albo niech ktoś coś zrobi! Ale Magda nie przestaje i nikt nie zwraca na nią uwagi. Wszyscy śpią.

Marta wstaje. Z wahaniem podchodzi do łóżka koleżanki.

– Cicho… to tylko zły sen – szepce tak, jak czasem mama szepce do niej, kiedy Martę męczą koszmary.

A Magda siedzi na łóżku i płacze. Oczy ma zamknięte i właściwie nie wiadomo, śpi czy nie śpi.

– Magda… już dobrze… no już dobrze… – Marta głaszcze ją po plecach, potem potrząsa za ramię, ale to nic nie pomaga. Wreszcie wciska jej w rękę cukierek. Ten od mamy. Robi to, bo nic innego nie przychodzi jej do głowy. I o dziwo, Magda się budzi.

– Co to? – pyta, otwierając dłoń.

– Cukierek – odpowiada Marta. – Płakałaś przez sen… nie wie­działam, co robić.

– Aha… – mruczy Magda, zwijając się w kłębek, i zasypia.

– To od ciebie? Czy mi się śniło?

Marta otwiera oczy zdziwiona, że już rano. Magda macha jej przed oczami cukierkiem.

– Ode mnie.

– Aha. Dzięki. – Magda wkłada cukierek do ust.

– Dziewczynki, a wy dopiero wstajecie? – woła pani Helenka. – Szybko ubierajcie się, ścielcie łóżka i do mnie na czesanie.

Pani Helenka siada na krześle, a obok ustawia się kolejka. Wszystkie dziewczynki trzymają grzebienie, gumki i szerokie, wyprasowane wstążki. Marta też ma wstążki. Były na liście rzeczy, które trzeba przywieźć do ośrodka, więc mama kupiła. Marta wybiera granatowe. Będą pasowały do sweterka, a poza tym… Magda i Marysia też mają granatowe.

Dziewczynki po kolei klękają przed panią i mówią: „dwie” albo „jedna” (to znaczy, że chcą jedną albo dwie kitki), a ona moczy grzebień w kubku z wodą, żeby się włosy nie elektryzowały, i robi te kitki. Marta jest zadziwiona, jak szybko pani Helenka wiąże kokardy.

– Dwie – mówi, klękając przed panią, kiedy przychodzi jej kolej (Magda i Marysia też mają dzisiaj po dwie kitki).

– O widzisz, jak ci szybko urosły – cieszy się pani Helenka, rozczesując jej włosy mokrym grzebieniem. – Złapie nam ta gumka wszystkie włosy czy nie złapie? Złapała! No i masz dwie kitki. – Pani poprawia Marcie kokardę. – Pięknie!

Dziewczynka podbiega do lustra.

„Pięknie! ” – powtarza w myślach słowa pani. I nie może się na siebie napatrzeć. Jeszcze nigdy nie miała dwóch kitek. A kokardy wyglądają jak ogromne motyle. „Ciekawe, czy są granatowe motyle” – myśli Marta, ale nie ma czasu zastanawiać się nad tym dłużej, bo pani już woła na śniadanie.

W stołówce Marta nieśmiało patrzy na wolne miejsce przy stoliku Magdy i Marysi.

– Siadaj! – Magda podsuwa jej krzesło. – Chcesz być z nami?

Marta nie wie, co mieści się w tym „Chcesz być z nami? ” – czy oznacza to siedzenie przy wspólnym stoliku, czy też może coś więcej. Tak bardzo chciałaby, żeby to było więcej, i gdyby Magda zapytała, czy idzie z nimi na koniec świata, odpowiedziałaby bez wahania tak jak teraz:

– No pewnie!

Klasy są łączone – pierwsza z drugą, trzecia z czwartą itd. Na lekcjach Marta siedzi z Ewą, Anką i Bartkiem. Marysia i Magda są już w drugiej klasie i siedzą przy oknie razem z Jarkiem i Irkiem. Marta trochę im tego miejsca zazdrości, bo za oknem tyle się dzieje, no i jeszcze ten Jarek…

– Rękę masz wyćwiczoną. – Pani chwali Martę, widząc dwie linijki równiutkich, okrąglutkich literek „a”, a Jarek idąc do szafki po nożyczki, zagląda jej w zeszyt. Marta nie wie, czy podobają mu się te literki, czy nie, ale wie, że podoba jej się Jarek.

– Zaprowadzę was w takie jedno fajne miejsce – mówi Magda.

Marta i Marysia przerywają mycie zębów i jednocześnie pytają:

– Gdzie?

– Zobaczycie – odpowiada Magda z tajemniczą miną. – Tylko musimy poczekać, aż wszyscy zasną.

Marta jest tak podekscytowana, że nawet nie myśli o domu. Ciekawe, co to za fajne miejsce? A zresztą, nawet gdyby nie było fajne, to nie szkodzi. Najważniejsze, że dziewczyny przyjęły ją do swojej paczki.

Iwonka już śpi, Anka też, tylko Ewa jeszcze kręci się w łóżku. Marta nie może doczekać się wyprawy. Aż wreszcie i Ewa zasypia.

– Idziemy – mówi Magda. – Tylko cicho.

Idą za nią ciemnym korytarzem, mijając kolejne sale, aż wreszcie Magda zatrzymuje się przed jakimiś drzwiami. Z kieszeni piżamy wyciąga klucz. Drzwi otwierają się z lekkim skrzypnięciem. Ten zapach… Marta wdycha go głębiej i od razu przychodzi jej do głowy kolęda Cicha noc. Bo tak pachną święta – pomarańczami, czekoladą i… oczekiwaniem. Magda zapala światło i zamyka drzwi. Znajdują się w małej komórce. Białe ściany, białe półki sięgające od podłogi do sufitu, a na tych półkach bloki, kredki, farby, długopisy, ołówki, temperówki i zeszyty. Na najniższej półce Marta rozpoznaje swoją reklamówkę ze słodyczami. Obok stoi mnóstwo innych reklamówek. To stąd ten zapach! W ośrodku jest taki zwyczaj, że rodzice oddają słodycze pani, a ona po kolacji wydziela je w takich ilościach, żeby można było jeszcze poczęstować innych.

– Skąd masz klucz? – pyta szeptem Marysia.

– Pamiętasz, jak w tamtym tygodniu jeden klucz zginął? Zaraz dorobili jeszcze dwa na wszelki wypadek, a ja znalazłam go dzisiaj na dworze.

– I nic nie powiedziałaś? – dziwi się Marysia.

– Chciałam wam zrobić niespodziankę. To będzie nasza tajna kryjówka.

Marcie wydaje się, że śni. Tajna kryjówka! Zupełnie jak w filmie!

– Które wasze? – Magda wskazuje na reklamówki ze słodyczami. – Za dużo nie możemy zjeść, bo się wyda.

Z paczek Marty i Marysi biorą po trzy cukierki, a z paczki Magdy jabłko. Siadają na podłodze i gryzą to jabłko, podając sobie w kręgu jak Indianie fajkę pokoju.

– Słyszałyście o trzech muszkieterach? – pyta Magda, zawijając ogryzek w papier. Nie chce wyrzucać śmieci do stojącego w kącie kosza, żeby nie zostawić śladów.

Obie kręcą przecząco głowami.

– To było w takiej książce, którą czytała moja mama. I trochę mi opowiadała. A ci muszkieterowie byli przyjaciółmi, zawsze trzymali się razem i mieli takie hasło: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. I tak pomyślałam, że może my też… Chciałybyście?

– No pewnie! – odpowiadają prawie jednocześnie.

– Będziemy przyjaciółkami i będziemy sobie pomagać! – Marta jest bardzo przejęta.

– I nie będziemy obgadywać przyjaciółek – mówi Magda.

– Ani oszukiwać – dodaje Marysia.

– Ale hasło wymyślimy swoje, dobra? – proponuje Magda.

– Mam pomysł! – Marysia zrywa się z podłogi, wydziera kartkę z bloku i sięga po długopis. A potem drukowanymi literami starannie jedno pod drugim zapisuje ich imiona: Magda, Maria, Marta. – Zobaczcie, wszystkie mają po pięć liter, wspólne litery to M, A, A, i w każdym są jeszcze takie litery, których nie ma w innych. U mnie to będzie I, u Marty T, a u Magdy G i D. Weźmy te wspólne litery i jeszcze po jednej innej od każdej i wymyślmy z nich nazwę naszej paczki! – Marysia jest czerwona z przejęcia. – Co wy na to?

Po chwili kartka zapełnia się propozycjami. Marysia zapisuje wszystkie, a potem wybierają.

– Magiat – mówi Magda, kładąc rękę na podłodze.

– Magiat. – Marysia przykrywa jej dłoń swoją.

– Magiat – powtarza za nimi Marta.

To słowo, gest i cała sytuacja mają w sobie coś magicznego. Wiążącego na zawsze. Jak ślub albo braterstwo krwi.

*

Maria była trochę zaskoczona, kiedy Marta odszukała ją na Naszej klasie i zapytała, czy wiedziała o jubileuszu ośrodka. Odpisała, że cieszy się z jej maila i że wiedziała. Mogła od razu dać do zrozumienia, że była zajęta, termin jej nie pasował albo coś podobnego, wtedy Marta nie zapytałaby w kolejnym mailu, dlaczego nie przyjechała. Ale kiedy już zadała to pytanie, Maria nie potrafiła skłamać.

„Nie chciałam do tego wracać” – odpisała, nie pamiętając już, jaka Marta bywała dociekliwa. Dopiero kiedy dostała następny mail, przypomniała sobie, że przecież Marta ciągle pytała. Wszystkich. O różne rzeczy. Odpowiedź rodziła kolejne pytanie, a Marta drążyła temat tak długo, aż doszła do sedna. Nauczyciele czasami mieli dosyć i udawali, że nie widzą jej podniesionej ręki. One z Magdą też chwilami miały wyżej uszu jej dociekliwości. Kiedyś Marta założyła się z nimi, że wytrzyma godzinę bez zadawania pytań. Przegrała po dziesięciu minutach.

W tym następnym mailu Marta spytała, dlaczego Marysia nie chce do tego wracać, bo przecież chyba było im razem fajnie… Napisała jeszcze, że dla niej ten czas w ośrodku był bardzo ważny, więc cieszyła się, jadąc tam znowu, bo myślała, że spotka je obie, ale Magda również nie przyjechała. Napisała też, że zajrzała do ich tajnej kryjówki, ale tam już tak nie pachnie i słodyczy nikt już tam nie chowa, dzieciaki trzymają je w salach i tylko artykuły piśmienne przechowują w tym magazynku, a ściany i półki są białe jak dawniej i zamek w drzwiach chyba ten sam. Ciekawe, co Magda zrobiła z kluczem… Długi był ten mail. A na końcu Marta napisała, że bardzo chciałaby się z nimi spotkać. Z Marysią i z Magdą. Ale skoro ona nie chce do tego wracać… Maria odpowiedziała, że to do ośrodka nie chce wracać, a nie do nich, i że chętnie by się z nimi zobaczyła.

A potem na Facebooku odnalazły Magdę i umówiły się w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem. Miejsce spotkania zaproponowała Maria. Znała tę kawiarnię, bo grupa charytatywna, do której należała, każde swoje zebranie kończyła właśnie tutaj.

Maria nie wiedziała, czy inni też to czuli, ale według niej było coś niezwykłego w tym miejscu. Coś, co sprawiało, że na jakiś czas opuszczało ją poczucie niedopasowania. A ono bardzo rzadko ją opuszczało. Towarzyszyło Marii w szkole, gdy stawała przed klasą, próbując wytłumaczyć nastolatkom matematyczne zawiłości, i w czasie przerw w pokoju nauczycielskim. Trwało przy niej wiernie na imprezach rodzinnych, na które brat Marii przychodził z żoną i dzieciakami, jak Pan Bóg przykazał, a ona jak zwykle sama. Wlokło się za nią na te spotkania kółka charytatywnego, gdzie chodziła, żeby wypełnić czas i mieć poczucie, że robi coś pożytecznego. Miała też cichą nadzieję, że może znajdzie tam jakąś bratnią duszę, kogoś z kim będzie mogła czasem wybrać się do kina albo na jakąś wystawę, bo samej to tak trochę głupio… Ale niestety nie znalazła. Wszystkie kobiety były dużo starsze od niej, ciągle opowiadały o swoich wnukach i dzieciach, wymieniały się przepisami kulinarnymi albo obgadywały znajomych księży. Maria nie interesowała się kuchnią, nie miała wnuków ani dzieci, a życie prywatne księży zupełnie jej nie interesowało. Została jednak w kółku, bo świadomość, że robi coś pożytecznego i że to dzięki jej pomysłom udało się ograniczyć liczbę pasożytów korzystających z pomocy charytatywnej, dawała jej satysfakcję.

Kiedy przychodziły do Piwnicy z grupą, Maria siadała tak, żeby widzieć dobrze całe wnętrze, i usiłowała rozłożyć magię tego miejsca na czynniki pierwsze.

Na stołach zamiast obrusów kartony w różnych kolorach i pojemniki z kredkami, zachęcające, by zostawić ślad swojej twórczości, na ścianach kolaże z prac gości, liliowy kapelusz nad barem, świece, nastrojowa muzyka, zapach kawy… to wszystko tworzyło klimat, ale bez właścicielki kawiarni, Weroniki, Piwnica straciłaby co najmniej połowę swojego uroku.

Weronika miała w sobie coś ciepłego i wzbudzającego zaufanie, coś czego Maria nie potrafiła ująć w słowa, ale była pewna, że to właśnie z powodu tego czegoś ludzie gromadzą się tutaj. Różni ludzie. Bo trudno byłoby znaleźć jakiś wspólny mianownik dla gości Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem. Maria rozpoznawała już niektórych bywalców; kolorową grupkę hałaśliwych studentów-artystów, chłopaka, który przychodził tutaj już chyba z trzecią dziewczyną, w każdą tak samo zapatrzony, a także pewnego mężczyznę… Weronika i jej pracownica, Karolina, nazywały go między sobą Małomównym.

Małomówny… To prawda, był małomówny, mruczał jedynie „dzień dobry”, składał zamówienie i siadał samotnie zawsze przy tym samym stoliku. Maria miała wrażenie, że otacza go jakaś niewidzialna bariera. Nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą, ale gdy wchodziła do Piwnicy, jej wzrok jakoś tak nie wiadomo dlaczego wędrował najpierw do stolika, gdzie siadywał Małomówny. Nie wiedziała, kim jest ten mężczyzna w golfie i sztruksowej marynarce z łatami na łokciach ani co robi wiecznie pochylony nad klawiaturą laptopa, ale lubiła patrzeć na jego lekko przygarbioną postać, w której było coś ze zgorzkniałości doświadczonego przez życie mężczyzny, a jednocześnie jakaś chłopięca niepewność.

Pewni siebie, przebojowi faceci budzili w Marii lęk. Małomówny budził czułość.

Tego dnia, gdy po raz pierwszy Maria spotkała się z Magdą i Martą w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem, ulubiony stolik Małomównego był wolny. Siadając na jego krześle, Maria próbowała wyobrazić sobie reakcję mężczyzny na jej widok czy też może raczej na widok zajętego miejsca.

– Maryśka, czy ty w ogóle mnie słyszysz? – głos Magdy spłoszył fantazje.

– Przepraszam, zamyśliłam się. Pytałaś o coś?

– Grzane wino chcesz?

– Grzane wino… chyba nie… no, nie wiem… A zresztą co mi tam, niech będzie! – Powiedziała to takim tonem, jakby oznajmiała, że wybiera się na Mount Everest albo że zamierza przepłynąć wpław kanał La Manche.

Początkowo czuła się trochę sztywno w ich towarzystwie, ale wkrótce skrępowanie rozpłynęło się w winie. Śmiały się, gadały, wspominały i piły.

– A pamiętacie wyścigi ślimaków? – zapytała nagle Magda.

– No, jasne – odpowiedziała Marta. – To była moja ulubiona zabawa!

Chodnik przed ośrodkiem. Większość płytek krzywych i popękanych. Ale na szczęście jest kilka całych. To na nich odbywają się wyścigi ślimaków. Dystans – jedna płytka chodnikowa.

Ślimak Marysi jest największy. Ma brązową, błyszczącą skorupkę. Inne ślimaki są jakieś takie niemrawe, a on ciekawie wystawia łepek i rusza czułkami.

– Wygraj! – szepce Marysia, całując chłodną muszelkę.

– Start! – woła Ewa, ale ustawione na linii startu ślimaki wcale się jej wołaniem nie przejmują. Jedne stoją dalej w miejscu, inne, zamiast iść naprzód, skręcają w prawo lub w lewo. Opiekunowie wabią je liśćmi, dopingują, zawracają z błędnych dróg. Tylko jeden ślimak idzie prosto do mety.

– Maryśka, ty go tresowałaś czy co? – pyta Anka z zazdrością.

– No pewnie, że tresowałam, a ty swojego nie? – śmieje się Marysia.

Dzwonek na lekcję dzwoni jak zwykle za szybko. Trudno. Ślimaki same muszą kontynuować wyścig. Marysia całą lekcję trzyma kciuki za swojego zawodnika. Jeszcze nigdy nie wygrała. „Zrób to dla mnie, malutki, proszę, proszę” – zaklina w myślach ślimaka. Pierwsza wybiega na przerwę.

Większość zawodników porozłaziła się w różne strony. Marysia już z daleka widzi, że metę przekroczył tylko jeden. Chce mu pogratulować. I sobie też. Ale zwycięzca jest trochę mniejszy od Marysinego ślimaka. I odrobinę jaśniejszy.

– To mój! Mój ślimak! Wygrałam! – triumfuje Magda.

– Mój ślimak nigdy nie zwyciężył – wzdycha Maria.

– Mój może kilka razy. Prawie zawsze wygrywała Magda – przypomina Marta. – Jak ty to robiłaś?

Magdalena śmieje się trochę zakłopotana.

– Oszukiwałam.

– Jak to oszukiwałaś?!

– Zwyczajnie. Przed końcem lekcji mówiłam, że muszę wyjść do toalety i przestawiałam ślimaki – wyjaśnia Magdalena. – No, co wy macie takie miny, jakbyście nigdy nie oszukiwały w grach?!

– Ja nie oszukiwałam! – oburza się Marta.

– Ja też nie. W ogóle nie umiałabym się cieszyć z takiego oszukanego zwycięstwa – mówi Maria. – W takim razie dyskwalifikujemy wszystkie twoje wygrane.

– Dlaczego wszystkie? Kilka razy zwyciężyłam uczciwie – protestuje Magda.

– Wszystkie. Za karę – popiera Marię Marta.

– No to powtórzmy zawody. Zobaczymy, kto wygra – proponuje Magdalena.

– Możemy powtórzyć – zgadza się Marta. – Tylko trzeba zdobyć ślimaki.

„Jak dzieci – myśli Maria. – Zupełnie jak dzieci. Ktoś, kto by słyszał ten dialog, a nas nie widział, ile mógłby dać nam lat? Osiem? Dziesięć?”.

– W czym jeszcze nas oszukałaś? – Marta ma taką minę, jakby chodziło o zdradę małżeńską, a nie o niewiele znaczące kłamstwo sprzed lat.

– A co to, przesłuchanie? – Magdalena próbuje obrócić całą sprawę w żart, ale widząc surowe miny Marii i Marty, poważnieje. – W niczym. Już więcej w niczym.

A potem piją następne wino i jeszcze jedno. I co rusz któraś wrzuca pięć złotych do wspólnej kasy, bo zapomniała, że przecież dzisiaj miały nie rozmawiać o swojej codzienności.

Maria bardzo rzadko pije alkohol, a jeśli już, to raczej symbolicznie. Nie chce stracić kontroli. Bo przecież mogłaby zrobić coś, czego potem by żałowała albo się wstydziła.

Od lat powraca do niej pewien sen. Chyba od rozpoczęcia pracy w szkole. W tym śnie prowadzi lekcję: tłumaczy, wypisuje wzory, rozwiązuje zadania na tablicy. Jak zwykle. Tylko że uczniowie patrzą na nią jakoś tak dziwnie. Kiedy odwraca się do tablicy, szepczą i się śmieją, kiedy patrzy na nich, gwar cichnie. Ale Maria wyraźnie czuje, że coś jest nie tak. I nagle zdaje sobie sprawę, że stoi przed nimi naga. Zupełnie naga. Chce wybiec z klasy, lecz w tym momencie dzwoni dzwonek na przerwę, uczniowie zbierają się do wyjścia, za chwilę do klasy wejdą następni, na korytarzach jest ich już pełno, żadnych szans, żeby przemknąć się niezauważenie do pokoju nauczycielskiego, chwycić obojętnie jaki płaszcz i uciec. W tym momencie się budzi. Pamięta ten sen dokładnie, łącznie z tematem lekcji, którą prowadziła. Zresztą ten temat to jedyne, co się zmienia. Wszystko inne przebiega zawsze tak samo.

I gdy potem Maria ma zrealizować temat ze snu, kilka razy obsesyjnie sprawdza, wychodząc do pracy, czy wszystko w porządku, czy aby na pewno założyła wszystkie części garderoby, czy nie rozmazał się jej tusz albo pomadka, kontroluje to jeszcze raz w pokoju nauczycielskim przed lekcją, ale spokój odzyskuje dopiero wtedy, kiedy skończy zajęcia z uczniami. I dopiero wtedy opuszcza ją irracjonalny lęk, że mimo wszystkich jej starań koszmar kiedyś się sprawdzi.

Maria przypomina sobie ten sen, zastanawiając się, czy nie ma już dość alkoholu na dzisiaj. Jeszcze nigdy się nie upiła. Nigdy nie pozwalała sobie na więcej niż dwie lampki wina. Teraz kończy trzeci kubek. Szumi jej w głowie i cała ta sytuacja wydaje się trochę nierealna. Tak jakby oglądała film z sobą samą w jednej z głównych ról. A na dodatek jest to rola zupełnie inna od tych, które gra na co dzień.

I wtedy Marta zaczyna wspominać jubileusz ośrodka.

– Wiecie, było mnóstwo osób, starszych od nas i młodszych, z naszych roczników niewiele, ale z naszej sali… z naszej sali byłam tylko ja jedna. – Marta urywa i patrzy na nie badawczo. – I tak się zastanawiam, dlaczego…

Odpowiada jej milczenie.

– Pamiętacie ten zapach sosnowego lasu po deszczu? Korale z jarzębiny? Betonowe płyty, na których grałyśmy w kapsle? Jakbym nagle cofnęła się w czasie. Ale w naszej kryjówce nie pachnie już świętami. W salach są piętrowe łóżka, jak dawniej. Kiedy tam weszłam… – Urywa, błądząc wzrokiem gdzieś daleko. – A drewniane schody pamiętacie? Tyle lat… tyle to już lat… a one skrzypią tak samo jak wtedy… zupełnie tak samo… – Głos jej się załamuje.

I znowu zapada cisza. Nic nie mówią, tylko patrzą na siebie nawzajem badawczo, zadając wzrokiem pytanie, na które żadna nie chce odpowiedzieć pierwsza. Aż wreszcie Marta przerywa milczenie.

Nigdy wcześniej o tym nie rozmawiały. Aż do dzisiaj.

Kiedy Magdalena rzuciła tę zwariowaną propozycję, one ją podchwyciły. Bawiły się planowaniem i wyobrażaniem sobie, co mogłoby się zdarzyć. Zamówiły kolejne wino.

– To co, dziewczyny, wchodzicie w to? – spytała nagle Magda i w tym momencie Maria zdała sobie sprawę, że to, co one obie z Martą brały za zabawę, Magdalena traktuje poważnie.

Pomysł był totalnie odjechany, jak mówiły dzieciaki w jej szkole (zazwyczaj Maria nie używała takiego języka, ale w swoim słowniku nie potrafiła znaleźć innego określenia, które lepiej pasowałoby do propozycji Magdy). A Maria jeszcze nigdy nie zrobiła niczego, co można by określić jako totalnie odjechane (no, chyba, że ktoś w ten sposób oceniłby jej decyzję wstąpienia do klasztoru, ale ona myślała o tym zupełnie inaczej). W życiu trzymała się dobrze znanych dróg, szukała bezpieczeństwa w regułach i konwenansach, unikała ryzyka.

I tylko czasami zastanawiała się, co by było gdyby? Gdyby choć raz poszła inną ścieżką i zamiast zmierzać prosto do celu, spróbowała malin rosnących na poboczu? Nie potrafiła przewidzieć, co mogłoby się wtedy stać, a niewiadoma pociągała ją jedynie w matematyce.

Ale dzisiaj… dzisiaj było inaczej.