Kanalia - Paweł Pollak - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kanalia - Paweł Pollak

„Synek, to nie jest film o Columbo!”

W rzece zostają znalezione zwłoki pięknej młodej dziewczyny, ginie też pewien narkoman, a jakby tego było mało – w dość makabrycznej scenerii zostaje odkryte ciało kolejnej kobiety. Czy te zbrodnie coś łączy? Inspektor Markowski, komisarz Senik oraz aspirant Lepka rozpoczynają trudne śledztwo.

Kanalia”, mroczny kryminał psychologiczny z wielką miłością w tle, to jednocześnie intrygująca zagadka kryminalna i wnikliwe studium ludzkich emocji i motywów.

Paweł Pollak – pisarz i tłumacz literatury szwedzkiej (w tym kryminalnej). Zadebiutował w 2006 roku, opublikował między innymi „Niepełnych”, „Między prawem a sprawiedliwością” oraz „Gdzie mól i rdza”, pierwszą powieść z cyklu o komisarzu Marku Przygodnym.

Opinie o ebooku Kanalia - Paweł Pollak

Fragment ebooka Kanalia - Paweł Pollak





Karta tytułowa

Paweł Pollak

Kanalia

Wydawnictwo Oficynka


I

Słowa zawisły w powietrzu. Słychać było, że nie wypowiada ich pierwszy raz. Brakło w nich tego radosnego zdumienia własnym uczuciem, jakie charakteryzuje początkowe wyznania. Nie pobrzmiewała też nadzieja, że coś zmienią. Raczej prośba: nie krzywdź mnie, przecież nie mówię tego ze złośliwości.

— Kocham cię — te słowa były już tylko echem poprzednich.

Dziewczyna opierała się o bramę. Nie wykonała żadnego gestu, że chce odejść, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nie radości, tylko zadowolenia z posiadanej przewagi.

— Żeby chociaż raz usłyszeć „tak” — chłopak powiedział na głos to, o czym marzył.

— Tak.

— Co „tak”?

— No usłyszałeś. A teraz wynoś się.

***

18 marca, środa

Uporczywy dźwięk pojawił się najpierw we śnie, ale dobiegał coraz wyraźniej, jakby zza kadru. Wreszcie do świadomości Markowskiego dotarło, że ten dźwięk to nie element snu, tylko jazgot budzika. Usiadł ciężko na łóżku, spuścił nogi na podłogę, potrącając leżącą tam butelkę, i podszedł do regału, żeby wyłączyć budzik. Jazgot jednak nie umilkł, rozsadzał mu od środka czaszkę. Wezbrała w nim fala mdłości. Podniósł butelkę, spojrzał na nią pod światło. Na samym dnie było jeszcze trochę płynu. Poszedł do kuchni po pieprz i czystą literatkę. Wszystkie jednak, tak jak większość naczyń, znajdowały się w zlewie. Posypał pieprzem język i zapił resztką wódki. Poczuł się znacznie lepiej. Zapalił papierosa i sięgnął po komórkę, żeby sprawdzić datę i dzień tygodnia. Środa. Do kąpieli trzy dni, teraz wystarczyło wyczyścić zęby i przemyć twarz, na którą starał się nie patrzeć w lustrze. Łysawa czaszka, siwa szczecina na podwójnym podbródku, fioletowy nos faceta, który za rok skończy pięćdziesiąt lat. Naciągnął spodnie, już za ciasne, bo brzuch ciągle rósł. Ze zwału ubrań na krześle wybrał w miarę niepomiętą koszulę. Obwąchał skarpetki. Jeszcze się nadawały. Najwyżej ten młody prokuratorek, wyperfumowany jak ciota, będzie się krzywił, gdy będą dokonywali oględzin zwłok. Jakby czasami ich smród nie zabijał skutecznie zapachu niezbyt świeżej koszuli.

Markowski zszedł do samochodu. Ze złością odkrył, że jakiś pies obsikał przednie koło jego nowiutkiego megane. „Skopię, jak dorwę skurwysyna — pomyślał zirytowany. — Jak mu lumpy leją na samochód, to wzywa taki policję, ale kundlowi pozwala wszystko obszczywać”. Pocieszył się perspektywą cosobotniego mycia i przekręciwszy kluczyk, z przyjemnością wsłuchał się w szum silnika. Wrzucił jedynkę i podjechał do pobliskiego McDonalda po Big Maca na śniadanie. Manewrując tak kanapką, by nie pobrudzić siedzeń, włączył się do porannego ruchu na głównej ulicy prowadzącej do centrum. Lubił dojazdy do pracy, atmosferę budzącego się do gorączkowej aktywności miasta. W przeciwieństwie do powrotów do domu. Wiedział, że dzień, w którym pojedzie do pracy po raz ostatni, będzie dniem, w którym wyciągnie z szuflady biurka służbowy pistolet i strzeli sobie w łeb. No ale to za kilkanaście lat, jak poślą go na emeryturę. Przełożeni wprawdzie chętnie widzieliby go na wcześniejszej, bo ostro działał im na nerwy. Nic by mu nawet nie pomogło, że był świetnym policjantem, gdyby nie wiedział o paru rzeczach, o których szefostwo wolałoby nie czytać w gazetach. Do tego miał plecy, bo jego brat, działacz partyjny za czasów realnego socjalizmu, przefarbował się na demokratę i wysoko zaszedł w szeregach następczyni PZPR. Plecy były wprawdzie okresowe, w zależności od zmieniającej się koniunktury politycznej i raczej iluzoryczne, bo z bratem nie utrzymywał ściślejszych kontaktów, ale czasami się przydawały. Dzięki nim uniknął „kopa w górę” do przekładania papierków. Odmówił, posługując się argumentem, że wolałby awansować w czasach, gdy brat grzał opozycyjne ławy, żeby nie było najmniejszych wątpliwości, że nie pomogło mu wspólne nazwisko. Został tam, gdzie chciał, czyli przy operacyjnej robocie, i jeszcze wyszedł na człowieka z zasadami. Śmiać mu się chciało.

Przyhamował lekko przed skrętem w stronę Polnej, przepuścił tramwaj i jadące z naprzeciwka samochody. Przejechał koło aresztu i zatrzymał się przed ciemnoczerwonym budynkiem komisariatu. Wysiadł z samochodu, wciągnął głęboko w płuca miejskie powietrze, w którym oprócz spalin czuło się nadchodzącą wiosnę, i powiedział półgłosem:

— Dobra dziadu, co dzisiaj wymyśliłeś?

Na jego widok oficer dyżurny pochylił się do okienka.

— Komendant wzywa pana inspektora.

— Coś jednak wymyślił.

— Słucham?

— Nie, nic.

Postanowił, że najlepiej rozmowę ze „starym skurwielem” mieć już za sobą. Zapukał do gabinetu i wszedł, nie czekając na zaproszenie. Komendant Stolarczuk siedział za biurkiem, wysoki i chudy. Wyglądał, jakby miał dostać apopleksji. Markowski zaczął się zastanawiać, czy to jego osoba wywołuje taką reakcję, czy też Stolarczuk ma czerwoną twarz z natury albo z przepicia. Komendant nie był sam. Prężył się przed nim jakiś gołowąs w mundurze. Markowski usiadł.

— Pan komendant mnie wzywał.

— Tak. Przydzielam obecnego tu aspiranta, Krzysztofa Lepkę, do pańskiego zespołu dochodzeniowego — oznajmił Stolarczuk bez jakichkolwiek wstępów i odchylił się w fotelu z miną, która mówiła: a to ci dowaliłem.

— Ale ja już mam asystenta — zaprotestował Markowski.

— To rozkaz, odmaszerować — Stolarczuk nawet nie usiłował stworzyć pozorów, że jego decyzja nie jest szykaną. — Za miesiąc oczekuję raportu. Od obu — dorzucił, jakby nie chciał zostawić cienia wątpliwości, że zależy mu na upokorzeniu inspektora.

Markowski wstał i ruszył do wyjścia. Postanowił, że zanim strzeli sobie w łeb, wybije Stolarczukowi zęby. Z aspirantem niepewnie następującym mu na pięty wszedł do swojego pokoju. Usiadł za kulawym biurkiem, spojrzał na odrapane ściany, maszynę do pisania pamiętającą pewnie lata pięćdziesiąte, szafę z aktami, telewizor marki Rubin i aspiranta z następnej epoki. Starannie ułożone jasne włosy, paznokcie wyraźnie po manicure, zapach wody kolońskiej i zarozumiała mina dwudziestopięciolatka wiedzącego wszystko o świecie. Markowski nie lubił pewnych siebie smarkaczy, czyli w ogóle nie lubił smarkaczy, bo nieśmiałość to była cecha, która dawno wyszła z mody. „Tworzyliby z prokuratorkiem dobraną parkę pedałów — pomyślał. — Może nawet nimi są. Świat schodzi na psy, jak pedały mogą się ze sobą żenić”.

— Przede wszystkim zdejmij, synek, ten mundur, to jest, kurwa, dochodzeniówka, a nie kompania reprezentacyjna.

— Tak jest, panie inspektorze! — Lepka rozejrzał się bezradnie, nie wiedząc, czy polecenie ma potraktować dosłownie, czy po prostu w następnych dniach przychodzić do pracy po cywilnemu. Od chwili gdy zobaczył inspektora, uznał go za nieobliczalnego i wcale nie wykluczał pierwszej możliwości.

Rozważania aspiranta przerwało wejście asystenta Markowskiego, komisarza Miłana Senika. Senik miał czterdzieści dwa lata, jego wygląd był polem zmagań między nadchodzącym wiekiem średnim, alkoholem i stresem policyjnej roboty a efektem wielu godzin spędzanych na siłowni i pływalni, wcześniej zaś na matach tatami. Nieco zniszczona twarz i zakola — rezultat odsuwających się ciemnych włosów — kontrastowały z muskularną, pozbawioną brzucha sylwetką.

— Cześć, co masz? — Markowski zwrócił się do niego, sięgając po paczkę papierosów. Lepka z niepokojem rozejrzał się za zakazem palenia, ale nigdzie takiej tabliczki nie dostrzegł. Coś mu zresztą mówiło, że tabliczka nie zrobiłaby na inspektorze większego wrażenia.

— Czołem, kto to? — Senik zainteresował się najpierw nowicjuszem.

— Stary skurwiel dał mi aspiranta.

Lepka z przerażeniem stwierdził, że inspektora i komisarza łączy komitywa, co oczywiście spowoduje, że jeszcze trudniej będzie mu uzyskać akceptację. Skrzywił się. Tymczasem Markowski inaczej zinterpretował jego wyraz twarzy.

— Co, notujesz już do raportu?

— Nie, tylko…

Ale Markowski już go nie słuchał i ponownie zwrócił się do Senika:

— Co masz?

— Topielec nad rzeką, przy kładce do Ogrodu Botanicznego, dziewczyna, trochę nieświeża.

— Mordarski dzwonił?

— Tak, już pojechał, bo chce zdążyć, zanim zbiorą się sępy — gapie i dziennikarze. Jemu ta naiwność zostanie chyba do końca kariery.

— Powiedział „sępy”? — zdziwił się Markowski, bo prokurator Sławomir Mordarski nie posługiwał się porównaniami, które mogłyby kogoś choćby lekko dotknąć.

— Skąd, przytoczyłem jego myśl własnymi słowami.

— A wiedzą panowie, jaka jest liczba pojedyncza od „gapie”?

Lepka chciał zabłysnąć, ale policjanci spojrzeli na niego, jakby właśnie zaintonował „Bogurodzicę”.

— No bo wszyscy myślą, że ta gapa, a to jest ten gap.

— Rodzaj męski — dodał aspirant mocno już niepewnie.

— Jedziemy! — Markowski uznał, że najwymowniejsze będzie zignorowanie tej mądrości.

***

W nadrzecznym parku zima jeszcze tylko chwilami przypominała o sobie przenikliwym wiatrem. Poza tym panowała wiosna, zieleń nabierała soczystości w jasnym świetle słońca.

Spory kawałek terenu nad rzeką odgrodzony był policyjną taśmą. Gapie jednak uznali, że lepszy widok będzie z kładki. Tłoczyli się tam, spoglądając z góry na dwa radiowozy, karetkę pogotowia i krzątających się techników.

Markowski z trudem przeszedł pod taśmą, bo wystający brzuch utrudniał mu schylanie się. Lepka z rozpaczą spoglądał na swoje wypastowane oficerki, wiosna bowiem jeszcze nie wysuszyła grząskiego i błotnistego gruntu. Z grupki osób zebranych nad brzegiem rzeki oderwał się mężczyzna po trzydziestce, średniego wzrostu, gładko ogolony, w garniturze i w gumiakach na nogach. Był to prokurator Mordarski.

— No wreszcie panowie są — powiedział z pretensją w głosie, nie wyciągając na powitanie ręki.

— A co? Denatce gdzieś się śpieszy? — odparował Markowski.

Prokurator spojrzał na niego spode łba.

— Mnie się śpieszy. Mam rozprawę.

Przeszli nad rzekę. Tuż przy wodzie leżały całkowicie nagie zwłoki młodej kobiety. Pochylał się nad nimi doktor Gromowski, lekarz sądowy.

— Nie utonęła, wrzucono ją do rzeki — powiedział na widok podchodzących. — Najpierw zarobiła kulkę w głowę. — Przekręcił czaszkę, demonstrując słabo widoczną ranę postrzałową, z której woda wypłukała krew.

— Od dawna leży w wodzie?

— Naskórek złuszcza się pod wpływem ucisku, ale nie schodzi w postaci rękawiczek. Biorąc pod uwagę dość zimną wodę i ilość alg, powiedziałbym, że od dziesięciu dni do trzech tygodni.

— Gwałt? — zapytał Senik.

Lekarz pokręcił głową.

— Nie wiem. Możliwe, skoro jest goła. Ale woda ją dobrze obmyła, z samych oględzin nie powiem, konkrety po sekcji.

Rutynową konwersację przerwał dziwny odgłos, jakby startującego odrzutowca, tyle że dużo cichszy. Funkcjonariusze odwrócili głowy. Aspirant Lepka przechylał się wpół przy drzwiach karetki i wymiotował.

— Gdzie on mi, kurwa… — Gromowski zerwał się na równe nogi. — Ja mam po tym chodzić? Rzygaj człowieku gdzieś z boku! — Spojrzał na policjantów. — Nowy?

— Debiutant — uśmiechnął się Senik.

— No to jak na pierwszego trupa, miał pecha.

— Zobaczymy, czy nie zemdleje — Markowski nie odmówił sobie przyjemności zrobienia aluzji do pierwszych oględzin prokuratora Mordarskiego. Oględziny były nietypowe, bo zabójca psychopata po prostu dostarczył prokuratorowi pod same drzwi walizkę ze świeżo pokawałkowanymi zwłokami. Oficjalna wersja brzmiała, że Mordarski poplamił się krwią przy otwieraniu walizki, fama głosiła zaś, że z wrażenia zemdlał i jakiś czas poleżał sobie w kałuży krwi wśród porąbanych członków.

— Kto ją znalazł?

Mordarski pokazał palcem na wędkarza, starszego mężczyznę w zaniedbanym ubraniu, kucającego przy brzegu z twarzą ukrytą w dłoniach. Inspektor podszedł do niego.

— Dzień dobry. Proszę mi powiedzieć, jak ją pan znalazł.

Wędkarz podniósł głowę, miał załzawione oczy.

— Ech, panie, co to się na tym świecie dzieje, mam wnuczkę w jej wieku, bandytyzm, panie, tylko, kto to za komuny widział, żeby…

— Jak ją pan znalazł? — przerwał mu Markowski.

— Ech, panie, normalnie, siedzę tu od świtu i łowię, bo wie pan, ryba to najlepiej bierze z rana, choć w tym brudzie dużo nie zostało, przed wojną, panie, to podobno woda była tu kryształowa, pstrągi, panie…

Markowski zmuszony był ponownie przerwać staruszkowi.

— Ano tego, panie, no łowię i widzę tam w zaroślach coś białego, podchodzę, a to ona, no to żem zadzwonił do syna, wie pan, syn komórkę mi kupił i pokazał, jak do niego dzwonić, dobrego syna, panie, mam, martwi się, żebym tu nad wodą nie zasłabł czy co, bo ja, panie, słabe serce mam…

— Syn powiadomił policję?

— Ano musi być on, bo powiedział, że zadzwoni, a on słowny, panie, jest, zawsze…

— Pan ją wyciągnął z wody?

— Boże broń, panie, ja te kryminały oglądam, to wiem, że nic ruszać nie wolno, jak morderstwo było…

— A skąd pan wie, że morderstwo?

— No tego, panie, nie wiem, myślałem, że jak policja… — Po raz pierwszy staruszek sam umilkł, jakby zdumiony faktem, że tak oczywista ewentualność nie musiała być prawdziwa.

— Żadnego ubrania pan nie znalazł?

— Nie, panie, golusieńka była, jak ją Pan Bóg stworzył, może, panie, wie pan, ona z tych… — spojrzał na Markowskiego, ale ten przybrał minę wyrażającą niezrozumienie. — No wie pan — staruszek ściszył konfidencjonalnie głos — z tych agencji, bo teraz to różne rzeczy się dzieją, sodoma i gomora…

— Widział ją pan kiedyś tutaj?

— Nie, chyba nie, panie, trudno powiedzieć, sam pan widzi, jak wygląda, ale ja i tak na ludzi nie patrzę, tylko na rzekę, bo ludzie, panie, to tam na wale — pokazał ręką za siebie — chodzą, na rowerach jeżdżą, z psami, tu raczej wędkarze…

— Dobrze, dziękuję panu.

Markowski podszedł w stronę techników przeczesujących teren.

— Znaleźliście coś? — zapytał ich szefa, Adama Gryszkę, drobnego mężczyznę o odstających uszach.

— Na razie nic konkretnego — odparł zagadnięty. — Nie ma broni, łuski ani ubrania. Chyba jednak została zastrzelona gdzie indziej. Dużo śmieci, ale nic, co na pierwszy rzut oka należałoby do niej.

Ostry dźwięk telefonu przerwał rozmowę, była to komórka inspektora, który nie uznawał żadnych melodyjek.

— Markowski.

Mina inspektora nie zdradzała, jaką wiadomość przekazuje dzwoniący.

— Dobra, dzięki. — Zamknął klapkę motoroli i wrócił do swoich współpracowników. — Mamy, kurwa, jeszcze jednego denata. Coś dzisiaj jest urodzaj. Narkoman. Dostał czymś twardym w głowę, pewnie pożarli się o działkę.

Spojrzał z udawanym współczuciem na Lepkę.

— Wytrzymasz jeszcze jednego trupa?

Aspirant, którego twarz przybrała bladozielony kolor, wyraźnie się zawahał, ale w podjęciu decyzji pomogła mu drwiąca uwaga inspektora:

— A może chcesz, synek, do mamusi?

— Nic mi nie jest, mogę jechać.

***

Odkąd tak zwany Trójkąt Bermudzki — dzielnica przestępczości i dołów społecznych — został zniszczony przez powódź i wyburzono tam część przedwojennych budynków, narkomani coraz chętniej przenosili się do piwnic i bram kamienic z szarego piaskowca usytuowanych nad miejską fosą. Lokatorzy toczyli z nimi wojnę, na razie przegrywaną wskutek opieszałości policji i straży miejskiej oraz bierności administracji. Narkomani dysponowali potężną bronią, strzykawkami z igłami podobno zakażonymi wirusem HIV, a nikt nie chciał na własnej skórze udowadniać, że to blef. Za nimi pojawili się wprawdzie streetworkerzy, ale ich metody nie przewidywały nakłaniania podopiecznych do przeprowadzki, więc lokatorzy szybko nadali im miano pogotowia igłowo-gumowego od rozdawanych przez nich jednorazowych strzykawek i prezerwatyw.

Do zabójstwa doszło w budynku koło biura ogłoszeń „Kuriera Miejskiego”. Ledwie Markowski z Senikiem, Lepką i zastępcą prokuratora — Mordarski musiał pojechać na rozprawę — znaleźli się w środku, dobiegł ich przeraźliwy wrzask z piwnicy. Po zejściu na dół zobaczyli dziewczynę, którą przytrzymywali dwaj mundurowi. Krzyczała, płakała, próbowała się wyrwać, kopiąc i gryząc.

— Łapiduchy są? — rzucił Markowski w stronę policjantów, zapalając papierosa. — Niech jej dadzą coś na uspokojenie.

— Już dostała, zaraz powinno zadziałać.

Narkomanka rzeczywiście po chwili oklapła.

— Byli razem? — Senik wskazał na przeraźliwie chudego chłopaka w podartych dżinsach i czarnym podkoszulku, leżącego w nienaturalnej pozycji na ziemi. Jego długie ciemne włosy unurzane były we krwi.

— Najprawdopodobniej.

Komisarz pochylił się nad leżącym, wziął go za rękę i przyjrzał się licznym nakłuciom na przedramieniu.

— Kogoś jeszcze złapaliście?

— Nie, reszta zwiała, ale musiało być ich więcej — funkcjonariusz wskazał na świeże skręty, rozlany alkohol i prowizoryczne legowiska ze zniszczonych karimat i śpiworów.

— Przyciśniemy ją, kto tu był i trzeba będzie wyłapać towarzystwo — stwierdził Markowski. — Chyba że od razu wyśpiewa, kto mu przywalił. Miał przy sobie jakieś dokumenty?

— Tak — policjant podał Markowskiemu dowód.

Inspektor przestudiował plastikową kartę.

— Adam Broda, lat… — policzył w myślach — dwadzieścia sześć, zameldowany na Jasnej 14 mieszkania 20; w starym dowodzie byłaby pewnie pieczątka z miejsca pracy — zauważył z sarkazmem. — Dobra, dziewczynę bierzemy na komisariat, a wy tu pilnujcie, aż przyjadą technicy, na razie są zajęci nad rzeką.

— Nie pojedziemy pod ten adres? — Lepka doszedł już nieco do siebie i chciał się wykazać. — Trzeba ustalić relacje rodzinne.

Markowski z Senikiem spojrzeli na siebie rozbawieni.

— Kurwa, synek, to nie jest film o Columbo, tylko realne zabójstwo. Nawet jak facet nie zerwał z rodzinką czy raczej rodzinka z nim dziesięć lat temu, to i tak poznawanie ich nic nie wniesie do sprawy. Ale jak chcesz, możesz pojechać. Jeśli to przyczyni się do złapania sprawcy, zjem własny kapelusz.

* * *

Markowski patrzył na siedzącą przed nim dziewczynę. Wyglądała na trzydzieści kilka lat, mimo że na pewno nie była starsza od stojącego w kącie Lepki. Narkotyki, alkohol i papierosy zniszczyły jej twarz. Straszliwie wychudzona sylwetka świadczyła o tym, że pieniądze — z pewnością z prostytucji — szły w pierwszej kolejności na używki, dopiero potem na jedzenie. Pierwszy szok spowodowany śmiercią jej chłopaka minął i teraz pochlipywała. Markowski uznał, że w tej sytuacji najlepsza będzie łagodna technika przesłuchania, na nutę zrozumienia.

— Jak się czujesz?

Dziewczyna podniosła głowę, otarła łzy i spojrzała na inspektora, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie jego obecność. W jej wzroku pojawiło się coś twardego i Markowski już wiedział, że taktyka łagodności zawiodła.

— A jak ci się, kurwa, wydaje?!

— Ano wydaje mi się, że wiesz, kto mu przywalił. Kto to był?

— Pierdol się!

Markowski podniósł się i spokojnie wyszedł zza biurka. Nie był to pierwszy narkoman, który mu się stawiał. Umiał sobie z nimi radzić. Zamachnął się. Dziewczyna przewróciła się z krzesłem na ziemię, z rozbitych ust i nosa poleciała krew. Markowski wrócił za biurko.

— No co się gapisz? — zwrócił się do osłupiałego Lepki. — Pomóż jej wstać.

Aspirant wykonał polecenie, uważając, by nie poplamić krwią munduru. Sięgnął do kieszeni po paczkę chusteczek higienicznych i jedną podał dziewczynie.

— Przeklinać możesz sobie do woli, ale jako dodatek do odpowiedzi. Jasne? Bo jak nie, to oberwiesz jeszcze raz. No więc, kto mu przywalił?

— Nie wiem.

— Powiedzmy, że ci wierzę. Kto z wami jeszcze był w tej piwnicy?

— Nikt.

Markowski uczynił taki ruch, jakby chciał wstać. Narkomanka skuliła się przestraszona i krzyknęła:

— Dzisiaj naprawdę nikt! Przysięgam!

— A ty gdzie byłaś?

— Na dworcu. W kinie.

— Na jakim filmie? — Inspektor i dziewczyna odwrócili głowy, bo pytanie zadał Lepka. Na ich twarzach najpierw odmalowało się zdumienie, a potem oboje się roześmiali. Aspiranta ten wybuch wesołości wytrącił z równowagi, postanowił bronić swoich racji.

— Co ja takiego śmiesznego powiedziałem? Jak powie, na jakim była filmie, to sprawdzimy, czy taki rzeczywiście o tej godzinie grali.

— Nie mogę. — Markowski był tak rozbawiony, że uderzał rękami w blat biurka. — Synek, w dworcowym pornosy puszczają, a obecna tu pani dawała dupy jakiemuś widzowi. Odpłatnie, jakbyś miał wątpliwości. W zależności od pozycji ma prawo nie wiedzieć, jaki film grali. A zresztą, ty znasz tytuły pornosów, które oglądasz?

Lepka, czerwony ze złości i upokorzenia, odburknął gniewnie:

— Nie oglądam.

Markowski zignorował tę deklarację i sięgnął po papierosy. Zapalił dwa, jednego podał dziewczynie, która przyjęła go z wdzięcznością.

— O której wróciłaś do piwnicy?

— Nie wiem, nie mam zegarka, ale rano. Adaś już nie żył — znowu zaczęła chlipać.

— Ty wezwałaś policję?

— Nie, wybiegłam przerażona i zaczepiłam jakiegoś przechodnia.

Inspektor podsunął jej przepełnioną popielniczkę i kontynuował przesłuchanie.

— Mieliście jeszcze towar?

— Nie, wzięliśmy ostatnią działkę, dlatego poszłam trochę zarobić.

— Byliście winni szmal jakiemuś dilerowi?

— Jednemu, ale niedużo, zresztą on…

— Co?

— Siedzi.

Markowski z namysłem potarł skronie. Nie wyglądało to dobrze. Dziewczyna zdawała się mówić prawdę. Nie awantura zakończona przypadkowym ciosem, nie odebrane siłą narkotyki, nie egzekucja za długi. Trzeba było wyjść poza środowisko narkomanów, a to oznaczało poważne trudności z ustaleniem sprawcy, którym mógł być skin „czyszczący” świat z mętów albo psychopata nękany głosami każącymi mu zabijać. No chyba, że któremuś z lokatorów z całkowitej bezradności puściły nerwy. Zgasił niedopalonego papierosa w popielniczce, podniósł słuchawkę telefonu i wybrał wewnętrzny numer.

— Miłan?

Zreferował mu pokrótce swoje przemyślenia.

— Trzeba przycisnąć sąsiadów, nie tylko pod kątem, co kto widział i słyszał, ale może któryś wziął sprawy w swoje ręce. Zajmij się tym.

Spojrzał ponownie na przesłuchiwaną. Dziewczyna powoli zdradzała objawy odstawienia, zaczęła się lekko trząść, pociła się, we wzroku pojawiło się coś błędnego.

— Dobra, nie świruj. Masz tu jeszcze jedną fajkę. Kolega od filmów spisze teraz twoje personalia i całe zeznanie, podpiszesz i będziesz mogła iść.

Aspirant zaniepokoił się, bo nie bardzo wiedział, jak ma się zabrać za wymienione czynności, ale Markowski wyciągnął z szuflady stosowne formularze i rzucił je na biurko.

— Do roboty, synek — polecił. — Ja sobie wyjdę w spokoju zapalić.

***

20 marca, piątek

Jarzeniówki Zakładu Medycyny Sądowej oblewały białym światłem dwa stoły z leżącymi na nich rozbebeszonymi zwłokami mężczyzny i kobiety. Aspirant Lepka, już w cywilnym ubraniu, zatrzymał się przy wejściu i, starannie omijając wzrokiem ciała, patrzył to na oszklone szafki, to na gładkie ściany, podczas gdy komisarz Senik witał się z patologiem.

Doktor Gromowski dobiegał wieku emerytalnego, ale był bardzo chudy, przez co wyglądał dużo młodziej. Całkowitą łysinę nadrabiał bujnym siwym wąsem, a blada cera świadczyła o tym, że nader rzadko opuszczał swoje podziemia. Także teraz drugie śniadanie jadł wciśnięty między szafki, a nie w kantynie.

— Cześć — odpowiedział Senikowi i wierzchem dłoni uderzył w gazetę, którą przed chwilą czytał. — Te pismaki znowu rzuciły się na lekarzy, że biorą łapówki. Ja nie biorę!

— Bo twoi pacjenci nie mają portfeli — zaśmiał się Senik.

— Widzę, że przyprowadziłeś nowego. — Gromowski ruchem głowy wskazał na Lepkę.

— Niech się hartuje.

Patolog mrugnął do policjanta, wyjął z szafki czystą szklankę i napełnił wodą z kranu. Lepka nadal wodził wzrokiem po ścianach, nie patrząc w ich stronę, bo po drodze miał zwłoki.

— Jesteś gotowy z sekcją?

— Wstępnie, jeszcze zostały analizy.

— No i? — Podeszli do zwłok i skinęli na Lepkę, żeby też się zbliżył. Aspirant zrobił to niechętnie, a przy samym stole pobladł i zebrało mu się na mdłości. Senik rozejrzał się, sięgnął po odstawioną przez lekarza szklankę i podał Lepce.

— Napij się, to ci pomoże.

Aspirant wypił całą wodę, dzięki czemu stłumił odruch wymiotny.

— Pierwsza ofiara to młoda kobieta, wiek między dwadzieścia pięć a trzydzieści, choć jest tak drobna, że pewnie dawano jej mniej. Przyczyna śmierci to strzał w tył głowy z niewielkiej odległości. Choć jak została wrzucona do rzeki, jeszcze żyła.

— No to jak, zastrzelona czy utopiona?

— Zastrzelona. Nie zdążyła utonąć, bo śmierć nastąpiła wskutek uszkodzenia mózgu. Świadczy o tym ilość wody w płucach, trochę było, ale tyle co na szklankę, za mało na utonięcie. Zresztą sami możecie zobaczyć, odpompowałem ją. O kurczę, gdzie się podziała ta woda? — Gromowski podniósł pustą szklankę.

Lepka uświadomił sobie straszliwą pomyłkę Senika, poczuł żołądek wznoszący się do góry, ale nie zdążył zwymiotować, bo ugięły się pod nim nogi i zemdlony upadł na podłogę.

Patolog i komisarz przybili piątkę.

— Że też zawsze dają się na to nabierać. — Gromowski przechylił się przez stół. — Ale ten to wyjątkowy wrażliwiec, nie za delikatny na policję?

— Przywyknie. — Senik przyklęknął i dość bezceremonialnie zaczął cucić Lepkę, potrząsając nim i policzkując. — Skąd ty w ogóle wziąłeś ten patent?

— Zobaczyłem w jakimś serialu, chyba w Ostatnim świadku. — Gromowski pasjonował się serialami, których bohaterami byli ludzie jego profesji.

Aspirant ocknął się na chwilę. Miał zaraz popaść w ponowne omdlenie, kiedy do jego świadomości dotarły słowa Senika:

— …zwykła kranówa. Taki chrzest bojowy dla kotów. Wstawaj!

Lepka podniósł się na niepewnych nogach, ale zdał sobie sprawę, że nie wytrzyma dalszej relacji z sekcji nad otwartymi zwłokami.

— Przepraszam — wymamrotał — muszę wyjść na powietrze.

— Idź — machnął ręką Senik i odwrócił się z powrotem do patologa. — No to jak było naprawdę?

— Śmierć na miejscu od strzału, prawdopodobnie niedługo potem została wrzucona do wody.

— Czas zgonu?

— Mogę wam zawęzić od półtora tygodnia do dwóch i pół.

— Co dalej?

— Zgwałcona nie została, nie miała też stosunku przed śmiercią.

— Ile strzałów?

— Jeden.

— Z jakiej broni?

— Nie mam pojęcia, nietypowa kula, posłałem do balistyki.

— Identyfikacja?

Gromowski rozłożył ręce gestem mającym powiedzieć, że wprawdzie jest geniuszem, ale nie cudotwórcą.

— Odciski palców pobrałem, zrobiła jej się skóra praczki, ale wstrzyknąłem glicerynkę. DNA poszło do badania, rentgen zębów pstryknąłem, no ale wszystko wymaga materiału porównawczego.

— Dobrze, że chociaż tego znamy — powiedział Senik, pokazując na zwłoki mężczyzny. Przeszli do drugiego stołu.

— Adam Broda, lat dwadzieścia sześć, narkoman — zaczął referować Gromowski — organizm mocno wyniszczony. Ale bezpośrednia przyczyna zgonu to uderzenie tępym narzędziem w tył głowy z bardzo dużą siłą. Zgon nastąpił przedwczoraj między godziną dziewiątą a jedenastą rano.

— Jakim tępym narzędziem? — chciał uściślić komisarz.

— Obuch siekiery, młotek, łom, kolba pistoletu, wybierz sobie — zirytował się lekarz tym ciągnięciem go za język. Gdyby potrafił określić dokładniej, czym posłużył się zabójca, zrobiłby to od razu.

— Jedno uderzenie?

— Jedno, z dużym impetem i z zaskoczenia, bo nie ma śladów walki.

— Chyba mieliśmy tym razem pecha — stwierdził Senik.

— I dobrze — Gromowski nie przejął się jego zmartwieniem. — Trochę się wysilicie, nie może zawsze być tak, że rano daję wam wyniki, a wy po południu jedziecie po mordercę.

Porozmawiali jeszcze chwilę, uścisnęli sobie dłonie i Senik wyszedł przed budynek zakładu, żeby odszukać aspiranta i zabrać go do komisariatu.

Przez miasto przejechali dość szybko, poranne korki już zelżały. Senik od czasu do czasu z niepokojem spoglądał na Lepkę, który wciąż trzymał się za brzuch.

W komisariacie czekał już na nich Markowski.

Senik pokrótce przedstawił ustalenia z sekcji.

— Niewiele tego — stwierdził inspektor.

— Niewiele. Właściwie nie mamy punktu zaczepienia. I zapowiada się, że będziemy musieli wyjść do prasy, żeby ustalić tożsamość dziewczyny, a to nam ściągnie całą masę świrów.

— Jakiś związek między tymi zabójstwami? — Lepka ze zdumieniem spostrzegł, że pytanie inspektora skierowane jest do niego. Przez chwilę gorączkowo myślał, usiłując sobie przypomnieć wszystko, czego dowiedział się na wykładach.

— Nnniee… Chyba nie. Tu broń palna, a tu bezpośredni atak za pomocą jakiegoś narzędzia.

— Bardzo dobrze — pochwalił Senik. — Przy pierwszym morderstwie próba zatarcia śladów, utrudnienie identyfikacji, przy drugim nie. Na razie nic nie wskazuje na to samo środowisko, analiza toksykologiczna jeszcze do zrobienia, ale dziewczyna nic sobie nie wkłuwała, więc nawet jeśli brała narkotyki, to w innych kręgach.

— Wyniki analiz kiedy będą?

— Powinny być po południu.

— Pierwszy sprawca działał bardziej planowo, drugi spontaniczniej — podsumował inspektor. — Miłan, co ustaliłeś wśród lokatorów kamienicy, gdzie ten ćpun urzędował?

— Dokładnie nic. Większość była o tej porze w pracy. Zastałem trzy osoby. Osiemdziesięcioletniego staruszka, który oświadczył, że gdyby starczyło mu sił, sam zaciukałby tego narkomana, a my moglibyśmy mu skoczyć, bo ma raka, jakiegoś typka, który powiedział, że z niebieskimi chujami nie rozmawia, i zatrzasnął mi drzwi przed nosem, sprawdziłem go, ma u nas kartotekę jak Himalaje, ale wszystko o piractwo: filmy, muzyka, programy komputerowe, nigdy żadnej przemocy, nawet pornografii nie rozprowadzał, no i trzecia, babka, gospodyni domowa na utrzymaniu męża, zajmująca się dziećmi. Nic nie widziała, nic nie słyszała, ją samą trudno o cokolwiek podejrzewać.

— Czyli też, kurwa, nic nie mamy. Chyba że synek na tą Jasną pojechał — zauważył ironicznie Markowski. — Co, synek, pojechałeś?

— Pojechałem. — Lepka się zaczerwienił.

— I co?

— Rzeczywiście nic. Kobieta, która tam mieszka, powiedziała, że go nie zna. Miał pan rację, że rodzina nie będzie się chciała do niego przyznać.

— Krzyczała, klęła, trzasnęła drzwiami?

— Nie, powiedziała to zupełnie spokojnie.

— Przedstawiła ci się?

— Nie.

— A skąd wiesz, że rodzina? Od czasu tej kretyńskiej ustawy o ochronie danych osobowych na klatkach nie ma spisu lokatorów.

Lepka zaczerwienił się jeszcze mocniej.

— No bo ten sam adres, co w jego dowodzie…

Markowski i Senik spojrzeli na siebie.

— Mało prawdopodobne, ale sprawdź — mruknął Markowski.

Senik wyszedł. Aspirant stał zdumiony, nic nie rozumiejąc. Inspektor zapalił papierosa i wyjrzał przez brudne okno. Przez chwilę patrzył na ludzi zdążających chodnikiem w dwóch kierunkach z jakimiś swoimi sprawami, potem głośno pierdnął i z powrotem usiadł. Milczeli do powrotu komisarza.

— Szlag by to trafił — oznajmił Senik. — Dowód jest fałszywy. Na cholerę narkomanowi profesjonalnie sfałszowany dowód?

— Coś tu śmierdzi — Markowski nie miał na myśli puszczonego przez siebie bąka. — Dzwoń do Gromowskiego.

Senik już trzymał telefon w ręce.

— Senik tutaj. Słuchaj, potrzebujemy również identyfikacji chłopaka, dowód był fałszywy. Dobra, dzięki.

***

— Przecież mnie kochasz, widzę to — chłopak próbował pogłaskać ją po policzku, ale odepchnęła jego rękę.

— Nie wyobrażaj sobie za dużo.

Schowali się do bramy przed ulewnym deszczem, który zaskoczył ich na spacerze. Z mokrymi włosami i przemoczoną kurtką wyglądała jak mała dziewczynka potrzebująca opieki. Ogarnęła go czułość. Tak bardzo chciał ją przytulić. Długo milczeli. Nie odchodziła. Ale nie pozwalała się dotknąć. Dlaczego?

— To czemu tu ze mną stoisz, czemu poszłaś ze mną na spacer, czemu nie jesteś z nim, jeśli kochasz jego, a nie mnie?

Nic nie odpowiedziała. Miał wrażenie, że w jej oczach zakręciły się łzy. Ale to może tylko kropelki deszczu spłynęły z opadającej na czoło grzywki.

— Wcale go nie kochasz — dodał z goryczą.

Pomyślał, że tamten nie musi prowadzić z nią takich rozmów. Kiedy oni stoją ze sobą w bramie, po prostu się całują. Przeszył go ból. Ostry, fizyczny ból w okolicach serca.

— Zerwij z nim, daj mi szansę.

— Nie.

Nie spodziewał się innej odpowiedzi, a mimo to ogarnęła go rozpacz. Doskonale znał to uczucie. Bał się go. Bał się chwili, w której się rozstaną. Wiedział, że w nieskończoność będzie analizował wszystkie słowa, rozmyślał, co mógł powiedzieć inaczej, lepiej, żeby ją przekonać. Wiedział, że spędzi bezsenną noc, na przemian płacząc i zwijając się z bólu.

— Dlaczego z nim jesteś? Bo ma bogatego starego? Bo może zabrać cię na przejażdżkę samochodem?

Uderzyła go w twarz.

— Bijesz mnie za to, że mówię prawdę?

Uderzyła go jeszcze raz.

***

Markowski wyjechał swoim megane za rogatki miasta i rozpędził renówkę do stu czterdziestu, ignorując znaki nakazujące jechać dokładnie o połowę wolniej. Krew zagrała mu w żyłach. Jeśli coś jeszcze w życiu naprawdę sprawiało mu przyjemność, to szybka jazda samochodem.

Musiał zresztą odreagować po rozmowie z byłą żoną. Jędza dopominała się, by jej pomagał, groziła mu pozwem o alimenty. Piętnaście lat po rozwodzie! Najpierw wyrzuciła go z domu, nastawiła przeciwko niemu dzieci, a teraz chce alimentów! Po jego trupie! Nie mógł zapomnieć, jak kiedyś zadzwonił do syna, próbując odbudować z nim dobre stosunki. Odebrała ta małpa. Nie poznał jej, nie spodziewał się, że będzie u Marcina, wziął ją za jego dziewczynę. Usłyszał, że Marcin nie ma ojca. Dopiero po długim czasie znajomi donieśli mu, że to była ta jędza, chwaliła się bowiem całą sytuacją, gdzie mogła, szalenie z siebie dumna.

Przyhamował na ostrym zakręcie, by po wyjściu z niego tylko przyśpieszyć, kiedy kierowca jadący z naprzeciwka mrugnął światłami. Markowski zdjął nogę z gazu i sięgnął po koguta, ale było już za późno. Umundurowany funkcjonariusz stojący na poboczu koło radiowozu miał go już w zasięgu wzroku i nakazywał lizakiem, by się zatrzymał. „Kurwa — zaklął w duchu Markowski — normalnie ci z drogówki tu nie stoją, jeszcze na dodatek jakieś szczyle, które przejmują się regulaminem i pieprzeniem o policyjne etyce”.

Inspektor westchnął do czasów, kiedy w takiej sytuacji po prostu pokazywał legitymację i jechał dalej. Odkręcił szybę i wystawił głowę w kierunku podchodzącego wolnym krokiem policjanta.

— Pośpieszcie się, posterunkowy — ryknął, machając legitymacją. — Pościg za przestępcą.

Policjant podbiegł, wziął dokument do ręki i zaraz oddał.

— To czemu nie na sygnale? — zapytał speszony.

— Bo tajna akcja, baranie.

— Przepraszam, radio nic nie podało.

— Bo nie wszystkie pościgi planujemy z trzydniowym wyprzedzeniem. Mogę wreszcie jechać?!

— Tak, przepraszam. — Zasalutował, prężąc się służbiście.

Markowski ruszył z piskiem opon, śmiejąc się pod nosem. Gładko poszło. Młody za trzy minuty zacznie się zastanawiać, dlaczego wcześniej nie widział uciekającego auta i co ma kogut do tajności, ale dojdzie do wniosku, że bezpieczniej będzie o tym zapomnieć, niż drążyć sprawę i narazić się na śmieszność, że dał się wyrolować, albo na ochrzan, że interesuje się tajnymi akcjami.

Zajechał pod starą gajówkę, położoną malowniczo nad niewielkim jeziorem. Z drewnianego domku wyszedł Senik. Korzystając ze swoich znajomości, za grosze odkupił od nadleśnictwa tę nieużywaną już gajówkę. Markowski pojawiał się tu zazwyczaj na polowanie lub wędkowanie, ale dziś umówili się na piwo i pierwszego w tym roku grilla. Większość gości stanowiły natomiast kobiety, na które komisarz wywierał wprost magiczny wpływ: garnęły się do niego jak groupies do rockmana. Ponieważ mieszkał ze schorowaną matką staruszką, uwił sobie to gniazdko, by mieć gdzie przyjmować swoje fanki.

Senik niósł ogrodowego grilla, którego ustawił na werandzie, i skierował się do komórki po węgiel. Markowski sięgnął po leżące na przednim siedzeniu piwo i kiełbaski. Pogwizdując fałszywie jakąś melodię, rozłożył je na stoliku i wyjął papierosy. Senik wsypał brykiety do grilla, zalał podpałką i rozniecił ogień.

Usiedli na werandzie i czekając, aż ogień rozpali się na dobre, otworzyli po puszce piwa. Powoli zmierzchało, słońce nad jeziorem zbliżało się do widnokręgu. W lesie rozległo się pohukiwanie puszczyka. Pili w milczeniu.

— Kiedy wybierzemy się na dziki? — zapytał w końcu Senik, wprawnym ruchem trafiając opróżnioną puszką do kosza.

— Jak tylko złapiemy tych gnoi.

Markowski wyrzucił niedopałek i podniósł się, żeby położyć kiełbaski na ruszt.

— Daj chleb, też podgrillujemy.

Senik zniknął na chwilę we wnętrzu gajówki.

Markowski wziął drugie piwo.

— No, dzisiaj trzeba mi było browara. Ta kurwa chce ode mnie szmalu. Miałeś szczęście, że nigdy się nie ożeniłeś.

— Może.

— Baby to pazerne kurwy, nic więcej.

— Mhm.

— To biologia, bracie. Kobieta instynktownie chce zapewnić swojemu potomstwu byt, więc wybiera faceta, który będzie potrafił jej to zagwarantować. Kiedyś tego, który przyniósł większy łup z polowania, teraz z grubszym portfelem. I bez trudu wmawia sobie, że się w nim zakochała, a tak naprawdę zakochują się w szmalu. To zwyczajnie zaprogramowane kurwy i nie da się tego zmienić.

Wygłosiwszy swoją teorię na temat natury kobiet, Markowski pociągnął potężny łyk piwa.

Nieruchome powietrze potęgowało wrażenie spokoju nadchodzącego z zapadającym zmrokiem. Złudne wrażenie, bo w lesie i jeziorze zwierzęta wyruszały właśnie na żer. Obaj milczeli. Mimo że znali się i przyjaźnili od lat, poza pracą nie mieli wielu wspólnych tematów, ale też nie należeli do szczególnie gadatliwych. Milczenie im nie przeszkadzało.

Markowski obrócił kiełbaski na ruszcie.

— Przyjdziesz do mnie jutro na mecz? — zapytał.

— Tak.

— Myślisz, że nasi się zakwalifikują?

— Jak na razie dobrze im idzie.

— Tylko co z tego, skoro potem dadzą dupy jak w Korei i w Niemczech. Takiej drużyny jak za Górskiego, to już nie będziemy mieli. Nie w tym syfie, demokracja, kurwa.

— Mhm.

Gdzieś z wierzchołka drzewa rozległ się głośny, melodyjny śpiew drozda. Przylatywały już po zimie. Od wody ciągnął chłód mimo słonecznego dnia, jeszcze było za wcześnie na ciepłe noce. Nagle melodia „Shalala” zagłuszyła ptaka, była to nokia komisarza. Spojrzał, kto dzwoni, i odebrał.

— Czołem, doktorku, co masz?

Wysłuchał uważnie dłuższego wywodu.

— Żartujesz?

— Co takiego?!

….

— Ale jaja. Dobra, dzięki. — Rozłączył się. — Ładnych parę sensacji — zwrócił się do Markowskiego. — Ale najpierw zjemy?

— Tak, chyba już dobrze przypieczone.

Nałożyli kiełbaski i chleb na papierowe talerzyki, Senik podał Markowskiemu plastikowe sztućce, ale ten machnął odmownie ręką.

— Daj mi tylko musztardę.

— Proszę.

Otworzyli po kolejnym piwie i jedli, nic nie mówiąc. Dopiero głośne beknięcie Markowskiego oznajmiło, że to koniec posiłku i mogą przejść do spraw zawodowych.

— No i co takiego sensacyjnego oznajmił doktorek? — zapytał, zapalając papierosa.

— Chłopak i dziewczyna są rodzeństwem.

— O kurwa!

— W sumie mieliśmy szczęście, że chłopaczek posługiwał się fałszywym dowodem, bo jakbyśmy znali tożsamość, Gromowski nie miałby powodu porównywać jego DNA z DNA dziewczyny, a przy dwóch anonimowych trupach sprawdził.

— Czyli nie wiemy kim są, ale wiemy, że to rodzeństwo — skonstatował Markowski.

— Otóż to.

— Zbieg okoliczności czy jednak jeden zabójca?

Senik podrapał się po głowie.

— Inna metoda i inny czas, co wskazywałoby na dwóch zabójców. Z drugiej strony może to być przemyślane działanie, żeby wyprowadzić nas w pole.

— Chłopak był narkomanem Jeśli przyjmiemy, że to jakaś rodzina z marginesu…

— Dziewczyna miała HIV-a — przerwał mu Senik. — Gromowski zbadał krew pod tym kątem, bo poszedł tym samym tropem co ty, że może być z grupy zwiększonego ryzyka. Ale nie ćpała.

— Myślisz, że dziwka?

Komisarz wzruszył ramionami.

— Równie dobrze mogła zarazić się od kochającego męża, który na delegacji zadał się z jakąś cichodajką. Ale układanka rzeczywiście bardziej wskazuje na margines.

— Byli dorośli, mieli własne sprawy, niewykluczone, że każde podpadło z osobna w swoim środowisku, a w półświatku łatwo oberwać. Chłopak chciał może pohandlować prochami, na przykład sam zużył towar, który miał sprzedać, i potem nie był w stanie za niego zapłacić, a dziewczyna, powiedzmy, zaraziła jakiegoś gangstera i ten wyrównał rachunki. — Markowski skłaniał się raczej ku teorii dwóch zabójców.

— Jednak zbieg okoliczności jest zastanawiający: brat i siostra, żadne nie ma papierów, zabici w odstępie kilku tygodni…

— No dobra, ale jeśli na celowniku była rodzina, a zabójca działał w sposób przemyślany do tego stopnia, że zostawia inny podpis i stara się utrudnić identyfikację, jaki motyw?

— Mamy za mało danych, spekulujemy.

— Racja.

Zamilkli. Obaj mieli świadomość, że trafiły im się trudne, nietypowe zabójstwa. W zależności bowiem od wysiłku, jaki musieli włożyć w złapanie sprawcy, zabójstwa dzieliły się na łatwe, nieistotne, trudne i bardzo trudne. Do łatwych należały sprawy rodzinne: kiedy przyjeżdżali, maltretowana żona zazwyczaj stała jeszcze z zakrwawionym nożem nad mężem, którego zadźgała w chwili desperacji, albo mąż kołysał się na stryczku, uśmierciwszy wprzód żonę i dzieci, których nie potrafił utrzymać. Także libacje alkoholowe, kiedy to zamroczonego denaturatem albo winem owocowym sprawcę odstawiali najpierw do izby wytrzeźwień. Do nieistotnych zaliczały się porachunki gangsterskie. Oficjalnie policja robiła wszystko, by znaleźć winnego, ale jeśli wskutek przecieków ze śledztwa kompani zabitego sami wyrównali rachunki, nikt nie robił z tego tragedii. Po co się szarpać, żeby facet dostał piętnaście lat i wyszedł po ośmiu, skoro bez zbierania dowodów i długotrwałych procesów sądowych gość miał kaesa, jak to dawniej określali sami bandyci. No i dwóch łobuzów było mniej na świecie. Do kategorii trudnych należały zabójstwa rabunkowe, o podłożu seksualnym albo popełniane bez żadnego powodu: dwóch degeneratów wsiada do pociągu, żeby kogoś zabić i mordują przypadkową dziewczynę. Tutaj śledztwo wymagało intensywnej pracy operacyjnej i nieraz sprawcy udawało się uniknąć odpowiedzialności.

Rozwikłanie morderstwa z premedytacją, starannie zaplanowanego przez inteligentnego przestępcę, wymagało nie lada zaangażowania i jeszcze odrobiny fartu. Na szczęście takowe mogli w swojej karierze policzyć na palcach. Ich doświadczenie wskazywało więc na kategorię „trudne”, ale policyjny nos podpowiadał, że muszą brać pod uwagę wyrachowanego zabójcę. W tej sprawie było za dużo dziwnych przypadków, a tacy wyjadacze jak oni nie wierzyli w przypadki.

— To jeszcze nie koniec — powiedział Senik, jakby chciał postawić kropkę nad „i”. — Nie zgadniesz, z jakiego pistoletu została zabita dziewczyna.

— Mów!

— Z izraelskiego uzi.

— Przecież to pistolet maszynowy.

— Jest też przystosowany do strzelania ogniem pojedynczym. U nasady chwytu masz przełącznik, który przesuwasz w tył lub w przód, w zależności od tego, jaki ogień chcesz prowadzić. — Broń strzelecka stanowiła pasję komisarza.

— Nie chcesz chyba powiedzieć, że dziewczyna była terrorystką Al-Kaidy i zastrzelili ją pejsaci z Mossadu?

— A skąd. Wojna między Izraelem a Egiptem, która wybuchła w pięćdziesiątym szóstym, po tym jak Naser zamknął Kanał Sueski, zrobiła uzi dobrą reklamę. Najpierw kupili go Holendrzy, później Niemcy i Belgowie, no a że to dobry pistolet, teraz jest tak popularny jak kałasznikow. I niedrogi. Mógł go kupić każdy i wszędzie.

— Tyle że w Polsce bandyci się tym nie posługują.

— Dotąd się nie posługiwali — sprostował Senik.

— Trzeba będzie przycisnąć handlarzy bronią, o takim zamówieniu musiało być głośno w półświatku.

— Jeśli to nie szmugiel z zagranicy.

— Jasne. To co, jeszcze po piwku i kiełbasce? Tylko ja się najpierw muszę odlać. — Markowski podniósł się i skierował w stronę najbliższej kępy drzew. Senik nałożył nowe kiełbaski na ruszt i poszedł w jego ślady.

— Z drugiej strony — kontynuował inspektor, kiedy wrócili na werandę — na jaką cholerę ktoś zamawia specjalnie uzi, żeby kropnąć dziewczynę, zamiast wziąć zwykłego visa czy berettę?

— Może było odwrotnie — zauważył Senik, otwierając piwo. — Handlarzowi trafiła się partia uzi i opchnął pistolet potrzebującemu.

— No ale to musiałby być kompletny amator — sprzeciwił się Markowski — bo tylko taki nie zdawałby sobie sprawy, że jak wybiera do tego stopnia nietypową broń, to równie dobrze mógłby sobie powiesić na szyi tabliczkę: „Jestem mordercą”. A kompletny amator nie dotrze tak łatwo do handlarza.

— Racja, może więc jednak szmugiel. Zagraniczniak przyjeżdża z tym, co ma, nie zastanawia się, że zostawia wyraźny ślad, albo ma to gdzieś, bo wraca do siebie i jest przekonany, że na niego nie natrafimy.

— Płatny zabójca?

— Nie, ten na pewno nie wziąłby uzi.

Zamilkli, przetrawiając tę wymianę zdań. Od lat pracowali razem i przeprowadzili setki takich rozmów, które — nawet jeśli efekt nie był natychmiastowy — przybliżały ich do ujęcia sprawcy.

— To co, jemy?

— Jemy.

— Wracasz później do siebie czy przenocujesz tutaj?

Markowski podrapał się po wystającym brzuchu, zastanawiając się, czy jechać z powrotem, czy jeszcze się napić.

— A masz więcej piwa, poza tym co przywiozłem?

— No pewnie.

— No to urżnę się do końca.

***


23 marca, poniedziałek

Inspektor Markowski przeglądał końcowy raport medyczny i ustalenia sekcji technicznej. Przegryzał suchą bułką, żeby zwalczyć doskwierającego mu kaca — z tego, co pamiętał, piątkowe picie zakończył dopiero w niedzielę — okruszki spadały na papier. Strzepywał je, przewracając strony. Raport Gromowskiego nie wnosił nic ponad to, co lekarz przekazał im ustnie. Również konkluzje techników nie były zbyt optymistyczne. W przypadku dziewczyny zebranie jakichkolwiek śladów DNA, mogących doprowadzić do sprawcy, było niemożliwe — woda wszystko dokładnie wymyła. Nic nie wskazywało też na związek z przestępstwem przedmiotów, które znaleziono na brzegu rzeki, na tym odcinku, gdzie woda wyrzuciła zwłoki. Potwierdzało to pierwotne przypuszczenie, że zabójstwa dokonano w innym miejscu. Natomiast w przypadku chłopaka problem stanowił nadmiar śladów. Przez piwnicę przewijały się dziesiątki ludzi: narkomani, bezdomni, streetworkerzy, lokatorzy, pracownicy spółdzielni. Także klienci pobliskiej budki z piwem, którzy chcieli zaoszczędzić na płatnej toalecie. W efekcie obecność w tym miejscu niewiele dowodziła. Zamordowany został zaskoczony, nie bronił się, poza raną głowy nie miał innych świeżych obrażeń, pod paznokciami nie było żadnego materiału genetycznego. Policyjna kartoteka nie zawierała odcisków palców ani chłopaka, ani dziewczyny i identyfikacja tą drogą nie wchodziła w grę. Markowski ze złością rzucił raporty w kąt i wyszedł napić się wody.

***

Bazar Ludomira od samego rana tętnił życiem. Wśród budek i stołów przewijał się tłum oglądających i kupujących. Handlowano wszystkim, od odzieży począwszy, a na elektronice skończywszy. Gdzieniegdzie pojawiał się patrol straży miejskiej, na którego widok sprzedający chowali część towarów, a osobnicy oferujący coś mrukliwie pod nosem czym prędzej znikali.

Komisarz Senik przepychał się przez ciżbę, a że strażników nie było akurat w polu widzenia, co chwila dostawał oferty:

— Bimberek, dobrze kopie.

— Harry Potter, najnowsza część, trzy miesiące przed premierą.

— Kurtki skórzane tanio, pełnowartościowe odpady z fabryki.

— Wódeczka oryginalna bez akcyzy.

— Numerek w bramie, Rosjaneczka palce lizać.

— Komórki do wyboru, do koloru, zgubione przez właścicieli.

— Ostre filmy, psy, konie.

Senik dotarł do niewielkiej drewnianej budki i szarpnął drzwi, ale bez skutku, były zamknięte na klucz. Załomotał pięścią, jednak dobrą chwilę trwało, zanim się otworzyły. Niski mężczyzna w okularach i wyciągniętym swetrze, zobaczywszy policjanta, uśmiechnął się nieszczerze.

— O, witam pana komisarza. Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?

Senik wyciągnął z kieszeni kurtki dowód wystawiony na Adama Brodę.

— Robiłeś to?

— Ależ skąd, panie komisarzu — zaprzeczył mężczyzna, nawet nie spojrzawszy na dokument. — Ja się już tym nie zajmuję, oczy nie te. — Zdjął okulary i zademonstrował szkła.

— Ty mi tu, Jarosz, nie opowiadaj andronów, tylko mów, czy to twoja robota, a jak nie, to czyja!

— Rzuciłem to, panie komisarzu, klnę się na pamięć mojej matki. — Jaroszowi w zaklinaniu się niespecjalnie przeszkadzał fakt, że wychował się w domu dziecka.

— Chcesz mieć przeszukanie? Coś długo otwierałeś te drzwi.

Groźba poskutkowała. Fałszerz wziął dowód do ręki i uważnie go obejrzał.

— Profesjonalna robota, ale nie moja — oświadczył w końcu.

— Posłuchaj, pacanie — zirytował się Senik. — Tu nie chodzi o podrobienie dowodu, tylko o morderstwo. Chcesz beknąć za współudział?

— Kiedy naprawdę tego nie robiłem, panie komisarzu, klnę się na wszystkie świętości!

— A kto?

— Nie mam pojęcia, nie poznaję. Ale jak mówię, ja już praktycznie wypadłem z branży.

Senik uznał, że nic nie wskóra. Udał, że wziął zapewnienia fałszerza za dobrą monetę, oddalił się i zadzwonił z komórki po ekipę policyjną do przeszukania budy, może to przyniesie jakiś efekt. Jarosz stawiał niezrozumiały opór. Czyżby zrobił podróbkę dla mafii, której, co naturalne, bał się bardziej niż policji?

Spojrzał na zegarek. Miał jeszcze godzinę do spotkania z informatorem, który obracał się w kręgu handlarzy bronią. Dojazd zajmie mu dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. Postanowił już jechać i zaczekać w kawiarni, gdzie się umówili. W drodze do samochodu kupił „Przegląd Militarny”.

Kawiarnia Lotos idealnie nadawała się na spotkania z informatorami. Położona w inteligenckiej dzielnicy, nie była odwiedzana przez półświatek, natomiast jej średni standard odstraszał gości z establishmentu, w którym współpraca z przestępcami nie należała do rzadkości.

Senik zajął stolik w rogu i rozejrzał się po praktycznie pustej o tej porze sali. Poza nim była jeszcze tylko para emerytów pochylających się nad szklankami z herbatą. Stojąca za barem znudzona kelnerka o latynoskim typie urody wyraźnie ożywiła się na jego widok. Podeszła z szerokim uśmiechem, kołysząc biodrami. Komisarz odwzajemnił uśmiech i zamówił parzoną kawę ze śmietanką. Kiedy wracała do baru, by zrealizować zamówienie, jego wzrok przykuły zgrabne nogi i pośladki opięte krótką spódniczką.

Rozłożył gazetę i zaczął czytać artykuł omawiający uzbrojenie myśliwca F-16, wielozadaniowego samolotu bojowego wchodzącego powoli w skład polskiego lotnictwa. Artykuł go wciągnął, tak że lekko się wzdrygnął, kiedy usłyszał brzęk filiżanki i słowa:

— Proszę, pańska kawa, czy coś jeszcze pan sobie życzy? — Kelnerka pochylała się na tyle, że mógł zajrzeć w jej głęboki dekolt.

— Tak, pani numer telefonu. — Spojrzał jej w oczy i dodał: — Miłan mam na imię.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com