Kamuflaż - Ewa Ostrowska - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opinie o ebooku Kamuflaż - Ewa Ostrowska

Cytaty z ebooka Kamuflaż - Ewa Ostrowska

Jon Milton skończył obecnie siedemdziesiąt pięć lat. Trzymał się jednak krzepko mimo wyraźnej nadwagi. Jego żona, sześćdziesięcioletnia Ruth, wysoka, dobrze zbudowana, wyglądała
Chryste! Łopatka Patricka! Poza piaskownicą? Patrick nie wynosi swoich zabawek poza piaskownicę! Will przywarł twarzą do szyby. Dlaczego poza piaskownicą? Haig odłożył łopatkę dokładnie w to samo miejsce, w którym ją znalazł. Pogrzebał w torbie. W jego wielkich dłoniach pojawił się mały aparat fotograficzny. Zrobił kilka zdjęć. Ruszył, co kilka kroków zatrzymując się i fotografując raz po raz kolejne miejsca. W końcu zanurzył się w gęstwinie młodych brzóz, ukochanych drzew Hellen, i zniknął z pola widzenia. Zaczynam rozumieć. Patrick rzucił łopatkę, bo coś go zainteresowało w brzezinie.
przecież milczał. Chryste, wpadam w histerię. Haig nic o mnie nie wie. Jego Emily od podstawówki przyjaźniła się z Hellen. Nasze dzieci bawiły się razem... — Twoja rodzina nie jest kompletna na tych zdjęciach. Dziwne, lecz brakuje na nich ciebie — zauważył Haig. — Co chcesz przez to powiedzieć?

Fragment ebooka Kamuflaż - Ewa Ostrowska










Karta tytułowa


Dedykacja

Izie i Przemkowi Drygasom


Część pierwsza Patrick


1

O Hellen Barkins mówiono w Nevadzie, że otrzymała od życia wszystko, o czym tylko może marzyć młoda kobieta: urodę, która dziesięć lat temu przyniosła jej tytuł pierwszej wicemiss stanu Iowa, i rozsądek — ponieważ nie przewróciło się jej z tego powodu w głowie, gdyż nie zamierzała zostać ani modelką, ani tym bardziej robić kariery aktorskiej, mimo że otrzymała na przykład propozycję zagrania w klipie reklamującym pastę do zębów. Kilka zdjęć na okładki do paru kolorowych magazynów stanowych — tyle sławy Hellen usatysfakcjonowało całkowicie. Pozostała miłą, trochę nieśmiałą dziewczyną o wielkich, błękitnych, jakby lekko zdziwionych oczach, i tak jak życzyli sobie rodzice, skończyła college w Cedar Falls, skąd przywiozła sobie męża. William Barkins, chociaż znacznie od Hellen starszy, był nie tylko przystojnym, po uszy w niej zakochanym facetem. William Barkins był bardzo bogatym facetem. O jego koncie krążyły po miasteczku plotki, że składa się z pięknych, okrąglutkich siedmiu cyfr.

Dlatego powszechnie sądzono, że państwo młodzi z podróży poślubnej do Nevady już nie wrócą. Prowincjonalne, niespełna dziesięciotysięczne miasteczko to nie miejsce dla Williama Barkinsa, znanego kardiochirurga, którego ojciec jest właścicielem słynnej kliniki chirurgii plastycznej w Los Angeles. William na pewno posiada tam luksusowy apartament lub wspaniałą rezydencję z basenem, ochroniarzami i Bóg jeden wie, z czym jeszcze. Hellen od czasu do czasu wraz z mężem wpadnie do Nevady odwiedzić rodziców, olśnić byłe przyjaciółki swoim bogactwem, sukniami za tysiące dolarów, biżuterią, futrami; ach, szkoda gadać! Tytuł wicemiski głowy Hellen nie przemeblował, lecz taka kasa na pewno!

Ku zdumieniu całej Nevady Hellen z Williamem wrócili. Po co, do diabła? Nevada ma własnego doktora, Marka Tracy’ego, który z równym powodzeniem leczy czyraki na tyłkach okolicznych farmerów, przyjmuje porody czy wycina migdałki, i byłoby to wielkie świństwo ze strony Barkinsa robić staremu Markowi konkurencję. Oburzeni mieszkańcy zawiązali natychmiast komitet obywatelski, zebrali ponad dwa tysiące podpisów na liście protestacyjnej i przygotowali kilkanaście transparentów z napisami: BARKINS! WRACAJ DO LOS ANGELES!

Komitet obywatelski, lista protestacyjna oraz transparenty okazały się jednak zbyteczne. William Barkins nie zamierzał otwierać w Nevadzie konkurencyjnego gabinetu. Miejski szpital w Cedar Falls, odległym od Nevady o dwadzieścia mil, przyjął doświadczonego kardiochirurga z otwartymi ramionami.

Po kilku miesiącach obserwowania Williama Nevada uznała, że facet jest okay. Jeździ czternastoletnim bmw, chociaż go stać na superwypasioną, kłującą innych w oczy brykę. Mimo swego siedmiocyfrowego konta ubiera się w najzwyklejsze dżinsy i bawełnianą, kraciastą koszulę. Nikogo nie poklepuje protekcjonalnie po ramieniu. W każdy czwartek wpada na piwo do pubu Jacka Browninga. Nie stroni od postawienia kolejki. Opowiada pieprzne dowcipy. Ba! Nawet czasem drapie się po jajach! Słowem — równy gość,

Pod każdym względem równy gość. Mijasz takiego swoją pordzewiałą bryką i ani pomyślisz, że to i sławny lekarz, i milioner. Po prostu swojak. Jakby urodzony w Nevadzie.

William Barkins kupił przy Flowers Street ładny dom z dużym ogrodem. Ten ogród to prezent dla Hellen, która od dziecka lubiła się grzebać w ziemi, sadzić przeróżne kwiatki. Trzeba przyznać, że miała do tego wyjątkową smykałkę. Raz zdarzyło się, że pnącą różę przywiązała do zwykłego patyka, wetkniętego w ziemię. Potem pół Nevady zlatywało się oglądać patyk, który wypuścił liście, zakwitł i okazał się bzem!

No a Hellen konto męża nie przewróciło nic a nic w głowie. Przyjemnie na nią patrzeć, jak sama sprząta, gotuje; pielęgnuje swoje ukochane roślinki w ogrodzie, zwiewna niczym nastolatka, w kiecce za kilka dolców, kupionej na sezonowej wyprzedaży w markecie Louise Duval. Nie nosi żadnej biżuterii poza cieniutką, złotą obrączką. Nie kupiła sobie żadnego futra. Jeździ starym, jeszcze panieńskim fordem. Miła, skromna, niezepsuta darami opatrzności Hellen; niechaj się jej darzy wszystko, co najlepsze.

W rok po ślubie urodziła dużego, zdrowego synka, Patricka. Pięknie im się chował. I Hellen, i William mieli po prostu bzika na jego punkcie. Nic dziwnego: Patrick był podobny do małego aniołka. Główka cała w jasnych kędziorkach po matce, a po ojcu brązowe, duże oczy. Śliczny chłopaczek. A jaki mądry! Nauczył się czytać, mając zaledwie cztery latka.

Sam z siebie, tak twierdziła Hellen, ale w to akurat jej nikt nie wierzył. Nikt jeszcze nie spotkał dzieciaka, który bez pokazywania liter potrafił sam nauczyć się czytać.

Pokazywała czy nie pokazywała i tak bystrzak. Szczęśliwa rodzina, szczęśliwa Hellen.

Tak uważano powszechnie do dnia siódmego marca 2010 roku.


2

Siódmego marca Hellen obudziła się jak zwykle około piątej rano. Nie lubiła, w przeciwieństwie do Willa, spać długo. Było jej żal każdej minuty życia odebranej przez sen. Będzie wylegiwać się w łóżku, gdy zostanie stateczną, siwowłosą staruszką, którą bolą kości i łamie w krzyżu. Na razie ma trzydzieści lat, a życie jest takie piękne i należy je wchłaniać pełną piersią. Człowiek przecież nie wie, co jest mu pisane. Samuel Bennet powiedział żonie: zaraz wracam, kochanie, idę tylko do Jacka po fajki; wyszedł, wpadł pod samochód, a teraz od piętnastu lat jeździ na wózku inwalidzkim; trzeba go myć, karmić, zmieniać pampersy. Oczywiście Hellen nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że komukolwiek z jej rodziny mogłoby się coś złego przytrafić. Uważała, że dobry Bóg szczodrze ją obdarował. Czasami zastanawiała się, czym zasłużyła na aż takie dary. Na kochającego męża. Zdrowego, pięknego synka. Spokojne, dostatnie życie w ładnym domu z dużym ogrodem przy Flowers Street, bezpiecznej i cichej ulicy położonej na obrzeżu miasta.

Modliła się codziennie gorąco do Pana, dziękując mu za swoje niezakłócone, ciche szczęście. Za spełnione marzenia. Za ten ogród również.

Ubóstwiała oglądać, jak wstaje dzień. Kiedy niebo z granatowego przechodzi w fiolet, aby nagle wybuchnąć błękitem i oślepiającą kulą słońca na horyzoncie, której różowawe błyski sączą się poprzez poranną mgłę, pomarańczowym złotem drżą na liściach, w iskrzący szafir zamieniając krople rosy na źdźbłach traw. Każdy poranek różnił się od poprzedniego. Niezależnie od pory roku zdumiewał i zachwycał Hellen swoją odmiennością. Żałowała, że nie potrafi malować; malowałaby wyłącznie te przedziwne, zachwycające, gwałtowne, czasem dramatyczne spektakle walki nocy z dniem. Żałowała również, że jest taka zwyczajna, ponieważ nie potrafi pisać wierszy lub komponować muzyki, a to, co oglądała z czołem opartym o szybę, tak szybko mijało. Otulona w szlafrok, często bosa, wybiegała do ogrodu, jakby usiłując dogonić ulatniający się świt.

Na próżno usiłowała namówić męża do wcześniejszego wstawania.

— Skarbie! Obudź się! Zaraz wzejdzie słońce! Choć raz bądź wtedy ze mną! — szeptała.

— Hellen! Na litość boską, daj jeszcze chwilkę pospać! — protestował.

— Śpioch. Kochany śpioch — wysuwając się z łóżka, całowała delikatnie swego kochanego śpiocha w czubek nosa.

Nim zeszła na dół, zaglądała do sypialni Patricka.

— Ciebie również malowałabym, synku. Gdy tak sobie śpisz z błękitnawym cieniem rzęs na policzkach i z błogim, ufnym, różowym spokojem na buzi. Śpij, synku, śpij. Boże, jaka jestem szczęśliwa.

Dziś, siódmego marca, czuła się szczególnie szczęśliwa. Wczoraj Patrick podarował jej namalowany przez siebie obrazek. Na obrazku kwitły kwiatki. Świeciło słońce. Fruwały motyle.

— Jest piękny, skarbie — powiedziała. — Poproszę o następny. Na którym i ja będę.

— Ależ mamusiu! To o tobie mój obrazek! Jesteś na nim moim słoneczkiem! Kolorowymi kwiatkami! Motylkami!

Od przeszklonej ściany salonu, skąd wychodziło się na taras, wiało zimnem. Otuliła się szczelniej szlafrokiem. Dopiero początek miesiąca, ale wyjątkowy, ponieważ śniegi stopniały już w lutym, co w tutejszym klimacie było ewenementem. A wiosna, jakby pragnąc wynagrodzić srogie mrozy, trzymające od końca października do stycznia, podgrzała powietrze do dziesięciu stopni, rozćwierkała się ptakami, zazieleniła pączkami na drzewach, zakwitła szafirkami.

Tę jedną godzinę o brzasku Hellen miała tylko dla siebie. Wypełniała ją zachwytem dla świata, który za tarasem stawał się rozległą przestrzenią kwiatowego ogrodu, otoczonego niczym ramionami czułego kochanka szerokim pasmem dość gęstego lasku.

Brzozowy lasek niepokoił męża Hellen. William uważał, że drzewa powinno się wyciąć, natomiast wokoło ogrodu i domu wybudować mur, zapewniający bezpieczeństwo jego rodzinie.

— Kochanie, mieszkamy niemal na odludziu. Każdy włóczęga może przedostać się tym cholernym laskiem do naszego domu. Pomyśl, zostajesz sama z Patrickiem na tyle godzin, kiedy jadę do szpitala — tłumaczył.

Lecz Hellen nie chciała żadnych murów ani tym bardziej wycięcia lasku. W nim, pośród gałęzi drzew chroniły się ptaki, zakładające swoje gniazda; w poszyciu roiło się od wszelkiego rodzaju żuczków, rozrastały się dzikie paprocie, mech tworzył aksamitne wysepki, mrówki budowały kopce.

— Kochanie! Nevada to nie Los Angeles. Tu nie działa żadna mafia ani gangsterzy. Wszyscy się znają przynajmniej od trzech pokoleń. Jedynym, spektakularnym sukcesem naszego szeryfa było schwytanie groźnego przestępcy, Charlie Banksa, który mając piętnaście lat, ukradł z piwnicy pani Rose, słynącej ze swoich nalewek, galon porzeczkowego wina. Skarbie, budując mur wokół naszego ogrodu i domu, obraziłbyś wszystkich mieszkańców Nevady. U nas nikt nie zamyka domów na klucz ani tym bardziej nie buduje murów! U nas każdy swoje domy i ogródki ogradza niskimi, pomalowanymi na biało płotkami, jakie bez trudu przeskoczy nawet dziesięciolatek.

Uśmiechnęła się, przypominając sobie niepokój męża. Komuś, kto urodził się, wychował i wykształcił w Los Angeles, trudno zrozumieć specyfikę takich sennych miasteczek, gdzie szeryf za przekroczenie szybkości nie nakłada mandatów, bo jakże ukarać faceta, z którym tyle razy pił piwo u Jacka? Albo do którego przychodził wraz z rodziną na grilla. Tu wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Tu wszyscy, łącznie z okolicznymi farmerami, hodującymi bydło lub uprawiającymi kukurydzę czy soję, są w większym lub mniejszym stopniu ze sobą spowinowaceni lub zaprzyjaźnieni.

Nie ma spokojniejszego miasteczka w całym stanie Iowa. Słońce wschodziło. To wczesnowiosenne, żółte, ostro tnące błyskami powietrze. Hellen przymknęła oczy i poczuła na twarzy dobre, ożywcze ciepło. Chyba ze wszystkich pór roku najbardziej kochała wiosnę: czas kolorów, zapachów, lotów pszczół i motyli, ważek, ptaków. Czas odradzającego się życia. I chociaż od lat usiłowała nie przegapić momentu, w którym pąki na drzewach rozwijają się w młode listki, to jej się to nie udawało; tego podobnego do cudu momentu, bo oto patrzysz na brzozę, jeszcze jest jakby naga, jeszcze jej wiotkie gałązki ledwo ledwo puściły malutkie zawiązki przyszłych, podobnych kunsztownym koronkom listków, którymi się otoczy niczym zielonym woalem; więc biegniesz do niej o świcie, biegniesz do niej w środku dnia, biegniesz o zmierzchu i nic, za wcześnie, ciągle pączki, aż tu nagle, albo pomiędzy zmierzchem a brzaskiem, albo w czasie, w którym zajęłaś się sprzątaniem lub gotowaniem obiadu, o Jezu, rozwinęły się, są, takie młode, delikatne i nic ci już innego nie pozostaje, jak rozpłakać się ze szczęścia, że je widzisz, i ze smutku, że znowu cię coś ważnego ominęło.

Zapowiada się wspaniały dzień, pomyślała Hellen. Zaraz po śniadaniu pójdę z Patrickiem do ogrodu i sprawdzimy, jakie cebulki zaczynają przebijać się z ziemi. Krokusy i żonkile już powinny. Potem tulipany i narcyzy. Jezu, jak one pachną, te narcyzy. Will śmieje się ze mnie, że minęłam się z powołaniem. Will śmieje się, że cokolwiek nie zasadzę, nawet stary patyk w ziemię, to też mi ożyje, wyrośnie, zakwitnie. Jak ten patyk przy pnącej róży, który okazał się liliowym bzem.

Stała i patrzyła na swój ogród, w który włożyła tyle pracy, a który niebawem zamieni się w uroczysko, ponieważ wbrew wszelkim regułom sztuki ogrodniczej posadziła kwiaty i ozdobne krzewy w nieładzie, tak jakby je ktoś rozsypał przez przypadek. Żadnych klombów, nic pod sznurek. Niech jej ogród będzie jak łąka, podobna do nieprzewidywalnych wschodów słońca, zmieniająca barwy niemal każdego dnia, bo w każdym dniu w jakimś nowym miejscu ożyją jak pod pędzlem malarza inne, zaskakujące kolorem połacie kwiatów. Obok dziesiątków błękitnych ostróżek wzniosą się bladoróżowe lilie, w ślad za nimi podążą szkarłatne szałwie i tak aż do pierwszych przymrozków, które jednak nie potrafią zamienić ogrodu w smutek przemijania, ponieważ mimo mrozów, dopóki nie sypnie śniegiem, zapalą się na rokitnikach ich pomarańczowe owocki.

Z głębi domu usłyszała wołanie Patricka: „Mamo! Mamo!”. Roześmiała się: to też jakby rytuał; to codzienne, poranne wołanie synka. Udaje, że nie wie, w co ma się ubrać, chociaż spodenki, koszulka i sweter leżą ułożone na krześle przy łóżku. Ale jemu chodzi o to, aby chociaż na pięć minut położyła się przy nim, objęła, wytargała czuprynę, wycałowała policzki i odpowiedziała na zadawane od czasu, gdy zaczął dobrze mówić, doskonale znane pytania.

— W co mam się dziś ubrać? — zapytał Patrick. Przesunął się na brzeg łóżka, robiąc Hellen miejsce.

— Jesteś duży facet — powiedziała, obejmując ciepłe ciałko dziecka. — Wielkolud. W maju, wielkoludzie, skończysz sześć lat, a zachowujesz się, jakbyś nie skończył dwóch.

— Rano zawsze mam dwa latka. Urosnę dopiero przy śniadaniu. — Przytulił się mocno. — Mamo? Kochasz mnie?

— A masz wątpliwości, wielkoludzie?

— Tak jak tatę?

— Coś ty! Tatę kocham inaczej, a ciebie inaczej.

— Bo ja ciebie, mamo, kocham bardziej niż tatę.

— E tam, pleciesz!

— Może troszeczkę... Mamo?

— Co, synku? — musiała zadać i to pytanie, chociaż znała odpowiedź.

— Nie chcę mieć ani braciszka, ani siostrzyczki.

— Jesteś paskudnym, zazdrosnym wielkoludem!

— Mamo! Naprawdę nie chcę!

— Dlaczego, paskudo?

— Bo wówczas będziesz mnie mniej kochać.

— E tam. Pleciesz. — Wycałowała ze śmiechem nos, brodę, policzki, czoło Patricka. — Zawsze będę ciebie kochać jednakowo, zazdrosna paskudo. A teraz dość czułości. Nie zapomnij umyć zębów i zacznij rosnąć, żebym ci przy śniadaniu nie musiała zakładać śliniaczka, jak prawdziwemu dwulatkowi.

Poszła do sypialni. Obudziła protestującego męża.

— Will, jest szósta. Wstawaj. Spóźnisz się do szpitala.

— Hellen, do szpitala jadę na popołudniowy dyżur. Ale skoro już mnie obudziłaś, musisz ponieść karę. Straszną, srogą karę. Chodź do mnie! — Rozwiązał pasek przy szlafroku żony. — Tak rzadko robimy to rano. Chodź.

— Nic z tego, kochanie. Patrick się obudził.

— Zanim się umyje, ubierze... Hellen, mamy mnóstwo czasu. Chodź. Chociaż na chwilkę.

— Znam ja tę twoją „chwilkę”, Will — odsunęła się od łóżka na bezpieczną odległość — ale jeśli obiecasz mi, że na śniadanie zjesz płatki kukurydziane z mlekiem, to zamiast smażyć ci naleśniki, mogę na chwilkę się przytulić...

Po śniadaniu Hellen sprzątnęła kuchnię, po czym zabrała się jak zwykle za odkurzanie salonu, co Will zawsze uważał za daleko idącą przesadę. Ale Hellen, tak jak ogród, kochała też swój dom i przyjemność sprawiało jej czyszczenie mebli, dywanów, glazury w łazienkach; nawet dwa, rzadko używane pokoje gościnne na piętrze wyglądały, jakby do państwa Barkinsów zaraz mieli przybyć goście: świeże kwiaty w wazonach, nigdzie ani pyłka, zapach lawendy, którym Hellen spryskiwała powietrze. Moja pracowita mróweczka, śmiał się z żony Will. W dodatku piękna mróweczka. To może byśmy zaprosili gości, urządzili przyjęcie, co ty na to, kochanie?

Jednak Hellen nie znosiła tak zwanych przyjęć, na których mężczyźni stawali się po wypiciu iluś tam drinków hałaśliwi, opowiadali sprośne kawały, poklepywali swoje i cudze żony po tyłkach, natomiast panie zbijały się w gromadki i plotkując, nie zostawiały przysłowiowej suchej nitki na tych wszystkich „drogich”, lecz akurat nieobecnych sąsiadkach.

Najchętniej nie wychodziłaby ani z domu, ani z ogrodu. Nawet jeżdżenie po zakupy sprawiało jej przykrość, ponieważ musiała odpowiadać na idiotyczne pytania: „Och, Hellen, a co u ciebie słychać?”, „Ach, Hellen, jak ty to robisz, że po urodzeniu dziecka jesteś wciąż taka szczupła?”, „Hellen, skarbie, powinnaś pilnować swego męża. Na przyjęciu u Harrisów tańczył tylko z Susan, a przecież wiesz, kochana Hellen, jacy są mężczyźni! Susan jest bardzo, bardzo sexy! A wy już jesteście wiele lat po ślubie”.

— Skarbie, wiesz doskonale, że i ja nie przepadam za tymi wszystkimi grillami czy przyjęciami. Musimy jednak od czasu do czasu do kogoś wpaść albo przyjąć u siebie znajomych. Inaczej nas wezmą na języki, uznają za parę dziwaków — tłumaczył Will.

— Oj, dobra, dobra — odpowiadała z niechęcią. — Masz rację. Niech ci będzie.

Przyjęcia u siebie Hellen organizowała dwa razy do roku: z okazji swoich i męża urodzin. Gdy goście wreszcie wychodzili, biadoliła, że ma zadeptane dywany, porysowany parkiet, potłuczone talerze od kompletu. Na urządzenie grilla w ogrodzie w ogóle się nie zgadzała.

— Nie pozwolę nikomu niszczyć moich kwiatów, Will.

— To po co nam taki piękny, wielki ogród, skoro trzęsiesz się nad każdym połamanym kwiatkiem, zerwanym listkiem z krzewu? — pytał Will.

— Ogród jest dla nas. I tylko dla nas. To nasz azyl — odpowiadała, ale on tego nie rozumiał, tak samo jak nie pojmował, dlaczego jego żona zamiast porządnie się wyspać, zrywa się przed świtem z łóżka i zbiega do salonu, obserwować jakiś idiotyczny wschód słońca. O wiele przyjemniej byłoby budzić się obok ciebie, mawiał Will, i mieć jeszcze mnóstwo czasu na różne pieszczotki.

— Trudno, z pieszczotkami musisz zaczekać do wieczora — odpowiadała. — Natomiast ja nie potrafię pojąć, czemu w każdy czwartek jeździsz do Jacka. Wracasz z pubu, obrzydliwie cuchnąc dymem papierosowym i śmierdząc podłym piwem, jakby cię na lepsze nie było stać.

Sprzątnęła salon, hol, schody. Miała zabrać się za łazienki, gdy Will wrócił z miasta ze stosem gazet.

— Słuchaj — powiedziała — jest ciepło, niech Patrick pobawi się w piaskownicy. Tylko przypilnuj, żeby nie siadał na ziemi, bo jeszcze zimna i wilgotna, przecież w nocy padał deszcz.

— Hellen, litości — zajęczał Will. — Zostaw te przeklęte łazienki, sama zajmij się Patrickiem, ja chciałbym w spokoju przejrzeć gazety.

— Możesz usiąść z tymi swoimi głupimi gazetami na tarasie, skarbie. Z tarasu widać piaskownicę. Daj mi pół godziny. Łazienki to wizytówka domu. Muszą lśnić.

— Jasne. Inaczej by się świat zawalił — mruknął Will. — Chodź, synu. Twoja mama ma bzika. Na punkcie czystości oraz swego ogrodu.

— Co to jest bzik, tatusiu? — zapytał Patrick.

Sprzątanie łazienek zajęło Hellen prawie godzinę. Patrick nigdy chyba nie nauczy się myć zębów! Glazura wokół umywalki zawsze ochlapana! Ręcznik krzywo zawieszony! Wdał się w swego tatusia. Will również ochlapuje glazurę. Nigdy po sobie nie spłucze wanny!

— Och, wy moje dwa kochane flejtuchy — rozczuliła się Hellen, przyglądając się z zadowoleniem wybłyszczonej posadzce.

Wzięła szybki prysznic. Ubrała luźne, domowe spodnie. Błękitny sweterek, który podkreślał błękit jej oczu.

To będzie ciepły, słoneczny dzień. Może właśnie dziś rozkwitną fiołki?

— Napijesz się kawy? — zawołała do męża, bujającego się w fotelu na tarasie, pochłoniętego lekturą swoich głupich gazet.

— Jasne! Ze śmietanką i czteroma kostkami cukru! Skrzywiła się. Jak można pić tak słodką kawę? Will może.

Will zamiast befsztyka woli sernik z kremem. Naleśniki na śniadanie obowiązkowo podlane syropem klonowym. Rogale z dżemem. Grzanki z masłem kakaowym. Obrzydliwość.

Postawiła przed mężem filiżankę z parującą kawą.

— A gdzie Patrick?

— Jak to: gdzie? W piaskownicy — odparł Will zza gazety.

— Nie ma go w piaskownicy, Will.

— Nie marudź. Może poszedł do domu zrobić siusiu.

— Will, właśnie przyszłam z domu.

— Oj, to poszedł za najbliższe drzewko. Zapomniałaś, że chłopaki mają siusiaki i mogą się odlać za byle krzaczkiem?

— Bardzo śmieszne. Miałeś go pilnować!

— Maruda — roześmiał się Will. Odłożył gazetę. — Chodź do mnie. Pięknie ci w tym błękitnym sweterku. Nawet nie wiesz, jaka jesteś sexy, skarbie.

— Will! Zabieraj łapy! Nigdzie nie widzę Patricka! Aż po pasmo lasu ogród był pusty.

— Patrick! Patrick! Odezwij się! O Jezu, Will, nie ma go!

— Pewno porwały go ufoludki — zażartował mąż. — I oddadzą go nam zielonego, z antenami na głowie. Hellen! Dopiero co tu był. Bawił się w piasku. Budował zamek. A ty już panikujesz. Usiądź, spokojnie wypij kawę.

Nie chciała siedzieć. Ani tym bardziej pić kawy. Patrick był posłusznym dzieckiem. Wiedział, że nie wolno mu oddalać się od domu. Ani razu dotąd nie zdarzyło się, aby bez pozwolenia opuścił piaskownicę. Oczywiście, mamusiu, mówił, dopóki mnie nie zawołasz, będę się w niej bawił. I bawił się. Jeśli chciał do toalety, przychodził do domu. Nigdy nie załatwiał się pod żadnym krzaczkiem!

— Will, do cholery! — krzyknęła. — Trzeba szukać Patricka!

— Aleś ty uparta. Dobrze. Składam gazetę, nie wypijam należnej mi o tej porze kawy, idę szukać. Niech ci będzie, chociaż to głupie, ponieważ Patrick pewno chce nam zrobić kawał i schował się gdzieś w pobliżu — zdenerwował się Will. — Gdy go znajdę, dam mu klapsa.

— Najpierw go znajdź — odezwała się cicho drżącymi wargami, czując falę mrozu na plecach. — Błagam, znajdź.

— No i przekonasz się, panikarko, że znajdę. Patrick! Patrick! Natychmiast mi wyłaź! Wiem, gdzie się schowałeś, synu! Siedzisz za tarasem i pękasz ze śmiechu, że masz tak niedorzecznie strachliwą matkę!

Za tarasem Patricka nie było. Nie było go na strychu. Nie było w piwnicy. Ani w pokojach. Ani w szafach. Ani w łazienkach. Nie schował się w garażu.

— Pewno — powiedział z nutką źle skrywanego niepokoju w głosie Will — poszedł gdzieś dalej. Za te twoje ukochane drzewa. Do Miltonów, chociaż tam mu nie wolno chodzić. Jak mi Bóg miły, wytargam szczeniaka za uszy.

U Miltonów, w jedynej posiadłości za laskiem Hellen, u których akurat przygotowywano urodzinowe przyjęcie dla czteroletniej Sylvii, Patricka nie widziano. U Parkerów, zajmujących sąsiedni dom na Flowers Street, dokąd czasem Hellen prowadziła syna, aby się pobawił z ich pięcioletnim Nicholasem, Patricka nie widziano. Will obdzwonił pół miasta. Nikt nigdzie nie widział syna Barkinsów.

Hellen dygotała jak w ataku febry. Szczękała zębami, powtarzając w kółko: Patrick nigdy nie oddalał się od domu. Patrick jest wyjątkowo posłusznym dzieckiem. Will, gdzie jest nasze dziecko?

Mąż zrobił jej zastrzyk uspakajający, położył na kanapie w salonie, okrył kocami. Czuł strach. Jak daleko, w ciągu najwyżej piętnastu minut, może odejść od piaskownicy sześcioletni chłopczyk? Nawet szybko biegnąc na swoich jeszcze krótkich nóżkach? Gdyby powędrował Flowers Street i skręcił w główną ulicę Nevady, Roosvelt Avenue, każdy przechodzień zatrzymałby go i przyprowadził do domu. To samo by się stało, gdyby wszedł do któregokolwiek sklepu. Każdy zaopiekowałby się małym chłopczykiem. Boże, myślał Will, wiem, że popełniłem wiele ciężkich grzechów, lecz je odpokutowałem, nie rób krzywdy memu synkowi.

— Kochanie — powiedział do przerażonej, dygoczącej żony — kochanie moje. Wszystko będzie dobrze. To spokojne miasto. Patrick się odnajdzie...

— Nie odnajdzie! Straciliśmy dziecko. Ja to wiem! — krzyknęła Hellen.

— Kochanie. Nie mów tak. Leż spokojnie. Po zastrzyku zaśniesz. A gdy się obudzisz, nasz synek będzie siedział przy tobie. Obiecuję.

Lecz gdy się ocknęła, Patricka nadal przy niej nie było. Zobaczyła pobladłą twarz męża. I zwalistą postać szeryfa, Stana Haiga, którego zazwyczaj dobroduszne oczy patrzyły teraz ze źle skrywanym współczuciem.

— Hellen, dobrze się czujesz?

— Nie znaleźliście mojego syna? — odpowiedziała pytaniem.

— Szukamy, Hellen. Tylko się uspokój, nie płacz.

— Ja przecież nie płaczę, Stan.

— Hellen... Bardzo mi przykro z powodu Patricka, ale nie ma jeszcze powodu do niepokoju — oznajmił szeryf, starając się, aby jego głos tchnął optymizmem. — Naprawdę. Nie ma. Od zaginięcia minęło dopiero niecałe pięć godzin. W okolicy ani rzeki, ani jeziora, ani stawu. Nie ma lasów. Więc nie utonął ani nie zabłądził. W Nevadzie nie zdarzył się też ani jeden wypadek samochodowy. Być może twój syn wyszedł na ulicę i spotkał któregoś z tutejszych farmerów. I na przykład pojechał z nim oglądać koniki. Wszędzie wysłałem patrole. Takie dzieciaki w jego wieku mają różne dziwne pomysły...

— Sam w to nie wierzysz, Stan — przerwała Hellen. — Ja wiem. Czuję. Straciłam syna. Na zawsze.

— Hellen, opowiadasz głupstwa. To duże dziecko, a nie igła w stogu siana. Okolica spokojna. Miasto również...

Oczy Hellen błysnęły białkami.

— Cicho! — krzyknęła. — Ja go widzę! I słyszę!

— Na litość boską, o czym ty mówisz?! — zawołał z przerażeniem Will.

— To przez ciebie! Przez ciebie on właśnie umiera!

— Hellen... Skarbie...

— Siny, siny. Trzepocze rączkami. Otwiera usteczka. Chce mi coś powiedzieć... No, głośniej, głośniej, synku... Tak, synku, tak, najmilszy. Mamusia cię kocha. Zawsze cię będzie kochać — mówiła Hellen. Twarz jej posiniała. Z ust wyrwał się dziki, skamlący, niezrozumiały bełkot.

— Jezu — szepnął Haig. — Jezu. Pomóż jej.

Uśpioną kolejnym zastrzykiem żonę Will zaniósł do sypialni. Sprawiała wrażenie umarłej. Jej ciało zwiotczało, jakby nagle pozbawione wszelkich mięśni. Zsiniała twarz nabrała ostrych rysów, dolna warga opadła, odsłaniając zęby.

— Na razie śpij, kochanie — szepnął, układając ostrożnie Hellen na łóżku. — Sen powinien ci pomóc. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Był zrozpaczony. Zaginięciem syna i wstrząsem psychicznym, jaki przeżyła Hellen.

A tak szczęśliwie i bezpiecznie się nam żyło, myślał, schodząc do salonu. Boże, niech się Patrick odnajdzie. Niech nasze życie wróci do dawnego rytmu. Niech nadal będę porządnym, uczciwym doktorem Barkinsem.

Szeryf oglądał stojące na kominku zdjęcia. Na każdym Patrick albo Hellen z Patrickiem. Piękna dziewczyna z pięknym dzieckiem.

— Co z twoją żoną? Wyglądała strasznie. A jej bełkot dotąd brzmi mi w uszach. Jezu, jak żyję, nigdy czegoś takiego nie słyszałem. — Haig odwrócił się od kominka z niemym, przerażonym pytaniem w oczach. — Will! Ona to przetrzyma?

— Przecież Patrick musi się odnaleźć! — krzyknął Will.

— Hellen go zobaczy i natychmiast się uspokoi. Na razie śpi. Będzie spała około sześciu godzin. Do tego czasu odnajdziecie naszego syna? Odnajdziecie, prawda? Dlaczego milczysz, człowieku? Sam powiedziałeś, że to nie igła w stogu siana!

— Jezu, Will. Od pięciu godzin twojego syna szukają nieomal wszyscy mieszkańcy, nie tylko moi ludzie. Will! Trzymaj się. Jezu, Will! Bądź dobrej myśli.

— Hellen nie przeżyje, jeśli Patrickowi stanie się coś złego. A ja ją kocham. Też nie potrafię bez niej żyć. Ani bez Patricka. Boże, i po co ja czytałem tę pieprzoną gazetę?

— Na twoim miejscu również bym ją spokojnie czytał. Nie zadręczaj się. Przestań biegać jak wariat od ściany do ściany. Usiądź. Albo nie: najpierw sobie i mnie zrób porządnego drinka. Dobrze nam obu zrobi.

— Nie chcę drinka! Chcę mego syna!

— Za to ja proszę. Podwójną szkocką bez lodu. Rusz się, Will. I mnie puszczają nerwy. A wolę szkocką od twego zastrzyku.

— Co z ciebie za glina? Glinom nie powinny puszczać nerwy! — zawołał ze złością Will. — Jesteś po prostu dupek. Prowincjonalny dupek, który nie potrafi przez pięć godzin odnaleźć małego dzieciaka!

— Podwójną szkocką. Bez lodu — powtórzył szeryf. — Will. Mogę być prowincjonalnym dupkiem. Jeśli obrażanie mnie, twego starego przyjaciela, przyniesie ci ulgę, obrażaj. Ja też mam syna. Mój Steven wiele razy bawił się z twoim Patrickiem w waszym domu. Staram ci się pomóc, Will, ze wszystkich sił.

— Chryste, przecież wiem... — jęknął Will i osunął się w fotel. — Ale tak straszliwie się boję, tak boję, dlaczego go dotąd nie odnaleźliście? Dlaczego, Stan?

Jezu, Will, ja również się boję. Chyba nawet bardziej od ciebie. Pięć godzin poszukiwań. Za długo. O wiele za długo.

Dwie, trzy... Ale pięć? Haig, opanuj swój strach. Will nie ma prawa tego strachu dostrzec na twojej twarzy. I nie pij, Haig. Alkoholem swego strachu nie zagłuszysz. I tak mu musisz powiedzieć. To okropne zdanie. Twego syna porwano, Will.

Umoczył w szkockiej jedynie wargi. Szklaneczkę odstawił.

— Will. Prowincjonalny dupek zada ci teraz kilka pytań. Prowincjonalny dupek prosi cię o skupienie. O precyzyjne odpowiedzi. Okay?

— Okay. I przepraszam za dupka.

— Żona przyniosła ci kawę na taras około godziny jedenastej, tak?

— Dokładnie. Około jedenastej. Chryste, i czemu ja czytałem tę pieprzoną gazetę?

— Zapomnij o gazecie, Will. Powiedziałeś również, że tuż przed jedenastą pomagałeś synkowi wytrzepać piasek ze spodni.

— No i co z tego? Tak, cholera, tak! Chwilę wcześniej był, a za moment jak kamień w wodę!

— Ustalmy w takim razie, co według ciebie jest chwilą.

— Chwila to chwila! Minuta! Dwie! Może pięć!

— To jak? Minuta? Dwie? A może pięć? Albo i dziesięć?

— Cholera, nie wiem! Coś się przyczepił do tych przeklętych minut? Czytałem pieprzoną gazetę, nie patrzyłem co sekunda na zegarek!

— Więc czemu z taką pewnością twierdzisz, że Hellen przyniosła ci kawę około jedenastej?

— Bo zawsze około jedenastej, jeżeli jestem w domu, piję kawę.

— Zawsze?

— Zawsze. Taki mamy zwyczaj. Od lat... Stan, jaki to ma związek z zaginięciem Patricka?

— A taki, że pragnę ustalić możliwie najdokładniej, w jakim czasie Patrick opuścił piaskownicę. „Około” może oznaczać: za dwadzieścia pięć jedenasta albo za piętnaście jedenasta, albo za dwie jedenasta. A może żona przyniosła kawę pięć po jedenastej? Lub dziesięć po jedenastej? Byłeś zajęty czytaniem gazety i nie potrafisz ustalić dokładnie momentu, w którym Patrick zniknął. A to mnie interesuje, Will. Bardzo. Oznacza bowiem, że ktoś, kto zamierzał porwać twego syna, miał wystarczająco dużo czasu, aby dokonać tego niespostrzeżenie.

— Porwać? Mego syna? Zwariowałeś?! — Will poderwał się z fotela. — Niby dlaczego ktoś miałby porywać mojego syna?

— Will, porwanie to jedyne logiczne wytłumaczenie przyczyny zaginięcia Patricka — odpowiedział z pozornym spokojem Haig. — Wszystkie okoliczne farmy przeszukane. Każda rodzina w mieście zajrzała po kilkanaście razy w każdy zakamarek swego domu. Przez radio co piętnaście minut nadają komunikat o zaginięciu dziecka. I nic. Żadnego odzewu. Nikt go nigdzie nie widział. Will! Ludzie są przejęci waszym nieszczęściem. Gdyby ktokolwiek gdziekolwiek widział waszego syna, dawno by już to zgłosił.

— Na litość boską, dlaczego ktoś miałby porywać moje dziecko? — szept Willa zabrzmiał jak krzyk.

— Dla okupu. Jesteś mocno dzianym facetem.

— Na litość boską... Zarabiam rocznie pięćdziesiąt tysięcy... Dom kupiłem na raty... Jeżdżę starym bmw. Kto przy zdrowych zmysłach porywałby moje dziecko dla okupu? Nie, Stan, nie... Mylisz się... Powiedz, że się mylisz...

Chryste, przecież od ślubu nie zadzwoniłeś ani razu. Ani razu nie usłyszałem twego chrapliwego głosu. Zdążyłem nawet o twoim istnieniu zapomnieć...

— Will. My tu wszyscy szanujemy cię za to, że starasz się nie odróżniać od nas, zwykłych śmiertelników. Nie wysadziłeś się na rezydencję, baseny, korty tenisowe. Owszem, jeździsz starą bryką, ale z kolei każdy w tym miasteczku wie, że poza oficjalnym kontem w naszym prowincjonalnym banku masz inne i wart jesteś przynajmniej milion dolców. Są tacy, którzy twierdzą, że znacznie więcej niż milion. No, a jeżeli się uwzględni, z jakich Barkinsów się wywodzisz, wniosek nasuwa się jeden: należy czekać na telefon od porywacza z żądaniem okupu.

— Ale wszyscy powinni wiedzieć, że zerwałem wszelkie kontakty z ojcem, Stan! Bo zerwałem! Utrzymuję rodzinę ze swojej pensji...

— A jeśli nie chcą w to wierzyć, Will? Rozumowanie porywacza jest proste. Zerwałeś czy nie zerwałeś, jego to nie interesuje. Dla niego jesteś, zgodnie z prawdą, jedynym synem Philipa Barkinsa, dziedzicem jego fortuny. Porywacza nie obchodzi, czy masz kasę. Porywacza obchodzi, że w każdej chwili możesz ją mieć. Nawet gdybyś miał się czołgać na kolanach do Los Angeles, zdobędziesz kasę na okup, którego zażąda.

— Nawet gdybym miał się czołgać na kolanach... — powtórzył szeptem Will. Chryste, czołgałbym się na sam koniec świata, ale nie mam po co ani do kogo... Czy po to ściągnąłeś mnie tutaj, żeby teraz porwać dla okupu moje dziecko? Taki był twój plan? Chryste, tobie chodzi o coś zupełnie innego. Kasy za swoje milczenie mogłeś się domagać jeszcze w Meksyku! To nie ty. Haig się myli. Patrick się odnajdzie. Pięć godzin to zbyt mało czasu na przeszukanie całego miasta. Nie wpadaj w panikę, człowieku. Zachowaj rozsądek. Nie zdradź się niczym. — Masz rację, Stan. Zdążyłem zapomnieć, że jestem synem Philipa Barkinsa. Pytaj, o co chcesz.

— Chciałbym obejrzeć pokój Patricka. — Haig wstał, z trudem dźwigając się z fotela. Miał co dźwigać: z postury podobny do Schwarzeneggera, ale jeszcze wyższy, bardziej muskularny. Bawełniana koszula wprost pękała na nim, opinając potężne bicepsy i muskularną klatkę piersiową.

— Dobrze — zgodził się posłusznie Will.

— A ty zajrzyj do żony. Sprawdź, jak się czuje. Potem waruj przy telefonie. Już wezwałem ekipę z nasłuchem, będziemy próbowali namierzyć faceta. Wydaje mi się jednak, że szybko nie zadzwoni. Im bardziej będziecie przerażeni, tym większą kwotę uzyska — powiedział Haig.

— Ekipę... — Willem wstrząsnął nagły dygot. Jezu, ekipa... Nasłuch... A jeśli mój chrapliwy głos zadzwoni? — Tak, tak. Nasłuch, koniecznie. Rozumiem. Tak, tak. Będę warował.... Stan, czemu chcesz oglądać pokój mego syna? — Willowi załamał się głos.

— Sam nie wiem. Po prostu chcę i tyle — odparł Haig.

— Beze mnie. Ja... Ja po prostu nie mogę.

— W porządku. Rozumiem.

Pokój Patricka tonął w zabawkach.

Rozpieszczali swego jedynaka, pomyślał Haig. Tymi zabawkami dałoby się obdarować kilkoro dzieciaków. Komputer, telewizorek... A jak wysprzątane. Zabawki na baczność, książki pod sznurek. No, matka Hellen też cholerna pedantka. Stary Gordon co i rusz trzepie dywany, a Kathy wciąż myje okna. Oszalałbym w takim domu.

Wrócił do salonu. Will siedział z twarzą zasłoniętą dłońmi. Płakał.

— Jak Hellen?

— Śpi. Chryste, co ja jej powiem, gdy się obudzi? Co powiem?

— Prawdę. Will, opanuj się. Weź się w garść.

— Ona tej prawdy nie przetrzyma. Widziałeś, co się z nią niedawno działo? Stan! Pomóż nam! Dokąd, do cholery, idziesz?

— Rozejrzeć się po ogrodzie.

— A jeśli w tym czasie ktoś zadzwoni?

— Wysłuchasz żądań. Powiesz, że zgadzasz się na wszelkie warunki. Przeciągaj rozmowę, jak długo się da.

— Dlaczego?

— Bo mojej ekipie, która nagra rozmowę, może uda się zlokalizować, skąd porywacz dzwoni. Jest przed domem Parkerów w nieoznakowanym vanie — wyjaśnił Haig, a widząc strach na twarzy Willa, dodał uspakajająco. — Bądź pewien: nie zadzwoni. Nie teraz. Jeszcze dla niego za wcześnie.

— Stan! Ile razy jako glina miałeś do czynienia z porwaniem?

— Ani razu. Nevada to spokojne miasto. Nikt tu nigdy nie porywał dzieci. I to mnie właśnie przeraża.

— Chryste, co cię przeraża? Ty coś wiesz. Wiesz i ukrywasz prawdę!

— Jedno wiem na pewno: twój syn żyje. Jeszcze żyje. Kidnaperzy nie mają zwyczaju zabijać swoich ofiar przed czasem.

— Zmiłuj się, Will! O jakim ty czasie mówisz?

— Will. Taki zboczeniec porywa dzieciaka. Potem bierze rodziców na przetrzymanie. Potem dzwoni z żądaniem okupu. Żeby go otrzymać, potrzebne mu jest żywe dziecko. Za martwe nie dadzą mu ani centa. Dzwoni, wymienia sumę i każe dzieciakowi odezwać się do swoich starych. Załapujesz, Will?

— Powiedziałeś: jeszcze żyje. To oznacza, że później... później może go zabić?

— I tak się zdarza, Will, nie będę niczego owijał w bawełnę. Ale rzadko. Jednak lepiej o tym wiedzieć. A teraz zejdź mi z drogi. Idę do ogrodu.

— Sądzisz, że twój pieprzony porywacz czai się wciąż w krzakach? Zacznij działać, glino! Chryste, moje dziecko gdzieś cierpi, skrępowane, zakneblowane, bezradne, a ty udajesz zasranego detektywa? Złożę na ciebie skargę! Pożegnasz się ze stołkiem szeryfa! Ty się nawet na zwykłego krawężnika nie nadajesz, dupku! — wybuchnął nową falą przerażenia Will.

Haig bez słowa pchnął go na fotel. Zabrał swoją torbę i wyszedł na taras. Zamknął za sobą oszklone drzwi, przekręcił w zamku klucz. Will, miotając przekleństwa, szarpał klamką.

Bezskutecznie. Ten cholerny gliniarz naprawdę zamknął go w salonie. Nie pozostawało nic innego, jak obserwować przeszukiwanie ogrodu.

Lub modlić się o cud, pomyślał Will. Jezu, kilka minut nieuwagi! Nie, to niemożliwe! Kto w ciągu kilku minut zdołałby podejść pod taras i zabrać Patricka z piaskownicy? Chyba duch. Duchy nie istnieją. Jedynie niekompetentni gliniarze z Nevady. Nikt nie porwał nam dziecka. Nikt. Patrick gdzieś sobie powędrował. Zmęczył się, zaszył w jakimś ustronnym kątku i sobie słodko śpi. Zaraz się obudzi. Zaraz zadzwoni telefon. Lecz nie od porywacza! Od kogoś, kto znalazł naszego synka.

Tymczasem Haig zatrzymał się przy piaskownicy. Wpatrywał się w nią tak, jakby zamiast zwykłego piasku leżały tam bryły złota. Przeszedł dalej kilka kroków. Przykucnął. Wyciągnął z torby lateksowe, białe rękawiczki. Podniósł coś z ziemi.

Chryste! Łopatka Patricka! Poza piaskownicą? Patrick nie wynosi swoich zabawek poza piaskownicę! Will przywarł twarzą do szyby. Dlaczego poza piaskownicą?

Haig odłożył łopatkę dokładnie w to samo miejsce, w którym ją znalazł. Pogrzebał w torbie. W jego wielkich dłoniach pojawił się mały aparat fotograficzny. Zrobił kilka zdjęć. Ruszył, co kilka kroków zatrzymując się i fotografując raz po raz kolejne miejsca. W końcu zanurzył się w gęstwinie młodych brzóz, ukochanych drzew Hellen, i zniknął z pola widzenia.

Zaczynam rozumieć. Patrick rzucił łopatkę, bo coś go zainteresowało w brzezinie. Może zobaczył stadko gili? Pobiegł do nich. Spłoszone ptaszki odfrunęły, a mój głupi synek je gonił. Za Miltonami od razu jest pięciomilowa droga między polami do fermy Mastersów. Wyboista, rozjeżdżona kombajnami do zbioru pszenicy droga! Patrick potknął się, złamał nogę! Leży i na próżno wzywa ratunku! Tam go należy szukać, Stan!

Znowu zobaczył szeryfa: wycofał się z brzeziny. Pochylony, z nosem prawie przy samej ziemi, najwyraźniej coś filmował komórką. Doszedł do piaskownicy. Wyprostował się. Wyjął z torby zwój żółtej taśmy. Rozpinał ją na różanych krzewach Hellen, cofając się przez cały ogród ku brzozom. I ponownie zniknął z pola widzenia.

Żółtą taśmą policja zabezpiecza teren przestępstwa — przeraził się Will. Nadzieja, że Patrick tylko złamał nogę, prysła. Haig odnalazł ślady porywacza.

Will cofnął się od okna. Usiadł w fotelu. Pociągnął pospiesznie kilka łyków szkockiej.

Patrick się odnajdzie. Na pewno. Byle szybko. Byle obeszło się bez stanowej i przede wszystkim bez FBI — myśl, że FBI mogłoby szperać w jego życiu, przeraziła Willa ostatecznie. Spokój. Muszę zachować spokój. Będzie dobrze. Musi być dobrze. Haig jest prowincjonalnym szeryfem małego prowincjonalnego miasta. Ogrodził teren taśmą, żeby poczuć się ważniakiem. Jaki porywacz? To idiotyzm! Kidnaper w Nevadzie, w której nawet bezpański kot nie przemknie się niezauważony główną ulicą! Palant chce się dowartościować! Powie w telewizji: „Sześcioletni synek znanej, ogólnie szanowanej rodziny Barkinsów porwany dla okupu”. I temu podobne bzdury! Gdy zaś Patricka wreszcie odnajdzie któryś z farmerów, nasz ważny szeryf oznajmi uroczyście, że wszystko wskazywało na porwanie. I że lepiej dmuchać na zimne niż na gorące! Chryste, bo to przecież nie ty! Nie ty! Spełniłem wszystkie twoje warunki i zamilkłeś. Po co ci porywać Patricka? Odezwałbyś się tym swoim chrapliwym głosem, mówiąc: „A teraz milion dolców za milczenie”.

Haig otworzył zamek. Wszedł, zamykając za sobą tarasowe drzwi. Buty miał ubłocone — zostawiał na nieskazitelnym parkiecie Hellen pecyny ziemi.

— Mógłbyś chociaż buciory wytrzeć — rzucił ze złością Will.

— O, cholera, przepraszam. Każę to moim ludziom sprzątnąć. Zaraz tu będą — zmieszał się Haig. Kilka zeschłych listków przyczepiło się do jego gęstych, rudawych włosów. Spodnie na kolanach miał ubrudzone ziemią.

— Czołgałeś się w naszej brzezinie na czworakach niczym dzielny indiański tropiciel śladów? I co odkryłeś? Mysią dziurę? A może czerwoną wstążeczkę, zawiązaną przez mego syna jako znak dla policji?! — krzyknął Will, ogarnięty irracjonalną paniką, że Haig zaraz go zdemaskuje. — A gdzie ci twoi dzielni gliniarze? Twój radiotelefon, czy jak to się tam po waszemu nazywa, milczy! Powinieneś co chwila odbierać jakieś meldunki w sprawie mojego dziecka!

— Will, proszę. Opanuj się. Moi ludzie robią wszystko, żeby twoje dziecko odnaleźć. — Zmarznięty Haig podszedł do kominka. Grzejąc ręce, przyglądał się zdjęciom. Will poczuł rozpełzające się po plecach lodowate zimno. To Hellen uparła się, żeby zrobić tutaj taki kącik fotograficzny! Przecież nie mógł jej powiedzieć, dlaczego boi się swoich zdjęć. Udało mu się ją namówić, aby te ze ślubu, z kościoła i z nieudanego przyjęcia zabrała z rodzinnego albumu Kathy. Identyfikator przy lekarskim kitlu chował do górnej kieszeni. Ale swojej przeklętej gęby nie mógł schować. Potem przestał się martwić. Głos przecież milczał. Chryste, wpadam w histerię. Haig nic o mnie nie wie. Jego Emily od podstawówki przyjaźniła się z Hellen. Nasze dzieci bawiły się razem...

— Twoja rodzina nie jest kompletna na tych zdjęciach. Dziwne, lecz brakuje na nich ciebie — zauważył Haig.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — Will, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo drżą mu ręce, chwycił za butelkę, wypił kilka potężnych łyków, zakrztusił się palącą gardło cieczą i rozkaszlał się.

— Stwierdzam fakt, że nie lubisz się fotografować, nic więcej. U mnie, w dawnej sypialni, wszystkie ściany są obwieszone naszymi fotkami, na których ja, moja Emily i Steven...

— A co mnie obchodzi twój Steven, Emily, ty i twoje fotki?! Złożę na ciebie za opieszałość i niekompetencję skargę do policji stanowej! — podniósł głos Will.

— Niedługo będziesz miał okazję. Detektyw ze stanowej z ekipą techniczną dojeżdżają do Nevady. — Haig na moment odwrócił głowę. Każde wspomnienie przedwcześnie zmarłej żony wywoływało falę bólu.

— Policja stanowa? Dlaczego stanowa?

— Znalazłem ślady. Sporo interesujących śladów. Sfotografowałem, co mogłem. Sfilmowałem. Zabezpieczyłem podejrzany teren taśmą. Zadzwoniłem do stanowej. Oni dysponują profesjonalnym sprzętem, przeszukają ponownie teren. Wszystko, co jeszcze znajdą, przebadają w laboratorium. Will, przykro mi, lecz nie mam wątpliwości: twego syna porwano. Co gorsza ten, kto porwał Patricka, musiał doskonale orientować się w zwyczajach waszej rodziny, znać wasz rozkład dnia i teren wokół domu. On do porwania przygotowywał się starannie. Od dawna was obserwował. Wiedział, w jaki sposób, bez zwracania uwagi na siebie, bez wychodzenia z ukrycia, zwabić do siebie chłopca. Działał planowo. A to oznacza, Will, że porywaczem jest ktoś stąd.

— Stąd? Chryste, stąd?! — krzyknął zbielały jak ściana Will. To ty, przeklęty głosie? To ty?


3

Rodzinne domy Miltonów były jedynymi przy ulicy Short Street. Właściwie powinna nazywać się inaczej. Milton Street. Albo Milton Lane. Cały pas ziemi od ciągnących się aż po horyzont pól Mastersów, od końca do końca wąskiej uliczki, należał od niepamiętnych czasów do protoplastów Jona Miltona. Podobno byli biednymi, żyjącymi z uprawy warzyw ludźmi. Bodajże dziadek Jona, David Milton, mając dość biedy, porzucił Nevadę, ruszył z innymi nad Klondike na Alasce, gdzie mu się powiodło. Za sprzedane złoto kupił akcje, na tych akcjach się wzbogacił i już ojciec Jona, Michael, stał się bardzo zamożnym człowiekiem, zajmującym się handlem. Pozostawił swemu jedynakowi w spadku wielki dom i piękne konto w banku.

Jon Milton skończył obecnie siedemdziesiąt pięć lat. Trzymał się jednak krzepko mimo wyraźnej nadwagi. Jego żona, sześćdziesięcioletnia Ruth, wysoka, dobrze zbudowana, wyglądała jak na swój wiek nadzwyczaj młodo. Gładkie policzki, twarz prawie bez zmarszczek, piękne, czarne falujące włosy, białe zęby, miły uśmiech — patrzysz na nią i dziwisz się, bo twoja żona w jej wieku, cholera, sztuczną szczękę na noc wkłada do szklanki! Ruth powtarzała z uśmiechem, że tak młody wygląd zawdzięcza wrodzonemu optymizmowi oraz głębokiej wierze w Boga, który każe jej cieszyć się każdym kolejnym dniem życia.

Jon miał nosa do interesów. Postawił na motoryzację, która rozwijała się w szaleńczym tempie. Wykupił nieomal wszystkie miejscowe warsztaty naprawcze. Wyposażył je w najnowocześniejsze oprzyrządowanie, dobudował hale, automatyczne myjnie; swoich mechaników wysyłał na szkolenia; przy warsztatach otworzył sklepy z częściami zamiennymi. Ceny za usługi uczynił tak konkurencyjnymi, że pozyskiwał klientów nawet z Cedar

Falls i innych okolicznych, mniejszych miasteczek. Klienci byli obsługiwani ze szczególną uprzejmością i mogli liczyć na rabat lub rozłożenie opłat na raty. Następnie Jon odkupił upadającą, przestarzałą stację benzynową, położoną przy wylocie szosy numer 70. Przyjaciele pukali się w czoło i przepowiadali rychłe bankructwo, ponieważ zaledwie trzy mile od niej znakomicie funkcjonowała samoobsługowa stacja Michaela Forestera z barem szybkiej obsługi i dużym parkingiem dla samochodów ciężarowych. Jon swoją stację wyposażył w nowe dystrybutory, dobudował nie tylko bar, ale i motel. Odtąd stacja Forestera zaczęła tracić klientów i w końcu ogłosiła upadłość. Jon zatrudnił zwolnionych tam pracowników. Forester sprzedał dom i wraz z rodziną przeniósł się do innego stanu.

Ruth nie pochodziła z Nevady. Skąd ją przywiózł Milton, tego nikt już nie pamiętał. Jon długo, ku zdziwieniu mieszkańców, nie potrafił znaleźć wybranki serca. Ożenił się po czterdziestce. Ruth jako panna młoda olśniewała urodą bujnych, czarnych włosów; piwnymi, promieniującymi szczęściem oczami. Byłaby idealnie piękna, gdyby nie zbyt wystający podbródek. Okazała się osobą wyjątkowej dobroci i szybko zyskała ogólną sympatię mieszkańców. Jej słowa, że do bliźnich należy się odnosić serdecznie i służyć im w nieszczęściu pomocą, znajdowały pełne pokrycie w czynach. Wspomagała finansowo najbiedniejsze rodziny. Doktor Mark Tracy zawiadamiał ją o ciężkich przypadkach, ona zaś wsiadała w samochód i jechała do odległych farm w charakterze wolontariuszki, czuwając przy chorym dziecku, odmierzając dawki leków, robiąc zastrzyki, pocieszając zrozpaczonych rodziców.

Ubóstwiała rozpieszczać dzieci smakołykami, jak również je fotografować. Zawsze w jej chevrolecie obok canona leżały pudła pełne ciasteczek, cukierków, czekoladek, innych łakoci, toteż nikogo z przechodniów nie dziwił podjeżdżający nagle ku krawężnikowi ulicy wóz Ruth, która akurat wypatrzyła za niewysokim płotkiem czy zielonym żywopłotem bawiące się dzieciaki. Ona nie potrafiła inaczej. Musiała z dzieciakami pożartować, pogłaskać je po główkach, ucałować pulchne policzki, obdarować przysmakami, oczywiście uwieczniając te chwile swoim canonem, żeby potem wywołane przez siebie zdjęcia rozsyłać na pamiątkę zachwyconym rodzicom. Większość dzieciaków w Nevadzie na widok jej ciemnozielonego chevroleta wołała „O! Jedzie ciocia Ruth! Ciociu, ciociu! Co nam dziś przywiozłaś?”. Kochana, dobra, najlepsza ciocia Ruth. Zawsze gotowa nieść pomoc bliźnim.

Urodziła Jonowi trójkę dzieci: dwie córki i syna. Kiedy najstarsza, Teri, podobna do matki, tak jak ona wysoka, dobrze zbudowana, zaręczyła się z Edwardem Nelsonem, synem obecnego burmistrza, Jon zatrudnił ekipę budowlaną, wybudował na swoim ogromnym siedlisku nowy, wygodny, duży dom dla młodej pary. Ta sama historia powtórzyła się, gdy za mąż wychodziła niezbyt rozgarnięta, za to śliczna zielonooka Cristin, w której zakochał się bezprzykładnie Paul Bailey. Ojciec Paula, właściciel dwóch hurtowni i trzech sklepów w Cedar Falls, usiłował tę według niego nieodpowiednią miłość wybić synowi z głowy, ale nawet zapowiedź wydziedziczenia nie odniosła skutku. Paul chciał albo Cristin, albo żadną. Tak więc obok Forestera Milton zyskał drugiego zaciekłego wroga: teścia swojej córki. Doprowadził go niemal do zawału, gdy wybudował młodym wspaniały dom z krytym basenem. Był to jak dotąd jedyny kryty basen w Nevadzie.

Tak bardzo wyczekiwany po dwóch córkach syn, Jonathan, nie spełnił oczekiwań swoich zacnych rodziców. Sprawiał im same kłopoty. Pal sześć, że był wyjątkowo szpetny. Miał od dziecka paskudny charakter. Był wrednym sukinsynem, jak mówiono w Nevadzie. Zdolnym do najgorszego łajdactwa. Ruth, która kochała go wręcz bałwochwalczo, zawsze potrafiła usprawiedliwić każde świństwo, jakiego się dopuścił. Po słynnej aferze z zamordowaniem kota Hellen, chyba pod presją męża, wywiozła syna z Nevady. Skończył jakiś kurs bankowy w Cedar Falls. Teść Teri, burmistrz Nelson, dzięki swoim znajomościom znalazł Jonathanowi podrzędną posadkę w banku w Des Moines. Jonathan ożenił się z pracownicą banku, o sześć lat starszą kobietą. Do małżeństwa zmusiła go Ruth. Daniela zaszła w ciążę, a Ruth nigdy nie zgodziłaby się na aborcję. Cichy, jakby wstydliwy ślub odbył się u Miltonów. Nie wyprawiono przyjęcia. Jon nie wybudował synowi domu.

Daniela urodziła Miltonom wnuka, Edwarda. Najwyraźniej nie przepadali za nim, gdyż Jonathan rzadko pokazywał się z żoną i synkiem u rodziców na Short Street.

Posiadłość Miltonów niezależnie od pory roku od rana do wieczora tętniła życiem. Teri urodziła czwórkę dzieci. Cristin trójkę. Wnukowie szaleli po rozległym podwórzu, gdzie Jon urządził dla nich coś w rodzaju ogródka jordanowskiego, nawet kazał usypać całkiem wysoką górkę, aby mogli zimą jeździć na sankach. Przed domami rodzinnymi Miltonów często nie sposób było zaparkować, gdyż ich córki z mężami mieli wielu przyjaciół, a w przeciwieństwie do rodziców, lubili towarzystwo. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni urządzali huczne przyjęcia. Wybudowanie krytego basenu gwałtownie zwiększyło grono przyjaciół Teri i Cristin do tego stopnia, że w końcu Jon Milton, ceniący spokój, zabronił przyjaciołom córek wjeżdżać na siedlisko. Odtąd wąską uliczkę po obu jej stronach okupowały samochody ich gości, czyniąc ją nieomal nieprzejezdną. Od tej żelaznej reguły Jon czynił wyjątek, jedynie gdy któreś z jego wnucząt obchodziło urodziny.

Siódmego marca Sylvia, córeczka Cristin, kończyła trzy latka. Z tej okazji dziadkowie postanowili urządzić małej huczny bal. Od samego rana wynajęci dekoratorzy ozdabiali domy, ogród i bramę wjazdową. Na trawniku ustawiono olbrzymi, ogrzewany namiot, a pod nim długie stoły dla gości. Półmetrowej wysokości tort dostarczyła firma cukiernicza z Cedar Falls. Furgonetki od Maxima, najlepszego miejscowego restauratora, dowiozły skrzynki coca-coli, soków pomarańczowych, wszelkiego rodzaju ciast, ciasteczek i wymyślnych łakoci dla dzieciaków. Na dorosłych czekały kaczki z pomarańczami, pieczone bażanty, pasztety, wyszukane przystawki, niezliczone ilości alkoholu.

Przyjęcie miało rozpocząć się o trzynastej. Po zapadnięciu zmroku planowano pokaz sztucznych ogni i przeniesienie się gości pod dach, na gorącą kolację dla dorosłych i kukiełkowe przedstawienie dla najmłodszych.

Około południa Jon Milton odebrał telefon, który go z lekka zdenerwował.

— Jeszcze tego nam dziś brakowało! — powiedział do żony. — Barkinsom zapodział się Patrick. Barkins prosi nas o przeszukanie posesji. Mówi, że mały nie odszedł daleko. Przypuszcza, że zapuścił się na nasz teren.

Milton nie ukrywał swego braku sympatii do Barkinsów. Była powszechnie znana. Do Hellen miał żal, że kiedyś tak bez pardonu potraktowała Jonathana. Owszem, rozumiał, że jego syn był mało atrakcyjny, miał trudny charakter, gdyby jednak ktokolwiek kiedykolwiek okazałby mu odrobinę życzliwości, chłopak wyrósłby na normalnego faceta. W Hellen zakochał się jeszcze w liceum. Swój pokój wytapetował jej zdjęciami. Poniżał się, wystając godzinami przed domem Casselów. Tej pieprzonej ślicznotce korona nie spadłaby z głowy, gdyby zechciała umówić się z nim do kina czy pójść na spacer. Tymczasem ona wspólnie ze swoimi przyjaciółkami wyśmiewała go bezlitośnie. Wydrwiony Jonathan znienawidził szkołę, nauczycieli, kolegów, koleżanki. I potrafił tę nienawiść w okrutny sposób okazywać.

Kiedy jednak Jonathan powiesił kota Hellen na furtce prowadzącej przez trawniki do piętrowego domu Casselów, wzbudzając ogólne oburzenie, Miltonowie pojęli, że ich syn nie będzie miał odtąd w Nevadzie łatwego życia. Doktor Mark również doradzał zmianę środowiska.

Zmiana środowiska nie wpłynęła na zmianę charakteru syna. Gdyby nie znajomości teścia Teri, Jonathana dawno wyrzucono by z banku. Ciąża Danieli nie była skutkiem romansu, była skutkiem gwałtu, przynajmniej tak twierdziła Daniela, grożąc doniesieniem do prokuratura. Żeby zamknąć kobiecie usta, Milton musiał mocno nadwerężyć swoje konto. Synowej i wnuka nie znosił.

Wiadomość, że Barkinsowie kupili posiadłość przy Flower Street i dzięki temu zostaną ich najbliższymi sąsiadami, wywołała w opanowanym Miltonie atak furii.

— Bóg tak chciał — oznajmiła spokojnie Ruth. Upiekła placek ze śliwkami i zgodnie z tradycją Nevady poszła powitać nowych sąsiadów.

Drzwi otworzył jej Barkins. Nie powiedział: „Witam, pani Milton”. Powiedział: „Przepraszam, moja żona nie życzy sobie pani widzieć, pani Milton. Zbyt wiele wycierpiała przez waszego syna”.

Ruth jak to Ruth, przełknęła zniewagę. Wróciła z plackiem i załzawionymi oczami.

— Ja ją nawet rozumiem, tę Hellen. No cóż. Nie życzę jej źle, mimo że skrzywdziła naszego Jonathana. Bóg każe wybaczać krzywdy. Pamiętaj o tym, Jon.

Teraz słysząc o dzieciaku Barkinsów, zamiast ucieszyć się, że Hellen z mężem mają zmartwienie, zawołała z przejęciem:

— Więc na co czekasz?! Wołaj wszystkich, niech szukają! Biedna Hellen! Ja bym oszalała, gdyby zapodziało się nagle moje dziecko!

— Ty, kochanie, nie dopuściłabyś do sytuacji, aby nasze dziecko się zapodziało. Ty w przeciwieństwie do Hellen zawsze byłaś odpowiedzialną matką!

— Nie wiesz, jaką matką jest Hellen, Jon! Na pewno Patrick się gdzieś tu plącze! Pospiesz się!

Jednak Patricka nie odnaleziono. Jon powiadomił o tym fakcie Barkinsa. Ruth wyrwała mu komórkę.

— Will, Hellen, nie martwcie się. Na pewno wasze piękne dziecko się odnajdzie. Bardzo wam współczuję. Będę modliła się o jak najszybszy powrót Patricka!

Do godziny trzynastej przyjechali wszyscy zaproszeni goście. Grała muzyka; dzieciaki opychały się tortem, opijały gorącą czekoladą. Co niektórzy tatusiowie osiągnęli stan, w którym języki im się plątały, a i nogi odmawiały posłuszeństwa. Dokładnie o szesnastej dzieci piszczały radośnie podczas pokazu sztucznych ogni, szybujących pod opadające zmrokiem niebo. Zabawa trwała w najlepsze, gdy do Miltonów przyszedł Haig w towarzystwie detektywa stanowego Collina Petersa oraz kilku miejscowych policjantów. Spisano personalia wszystkich gości. Wszystkich wypytywano o to, gdzie i jak spędzili czas między godziną dziesiątą a jedenastą trzydzieści. Pytano również, czy nikt nie zauważył w tym czasie na ulicach Nevady samochodu z obcą rejestracją lub jakiegokolwiek nieznanego osobnika. Nie, nikt nikogo takiego nie widział. Policja przeprosiła Miltonów za zepsucie zabawy. Poprosiła również gospodarzy oraz ich gości o nieopuszczanie miasta w ciągu najbliższego tygodnia.

Wiadomość, że synek Barkinsów do tej pory się nie odnalazł, wzbudziła ogromne współczucie. Matki przytulały swoje zmęczone zabawą, a teraz wystraszone pociechy.

— Taki śliczny, mądry chłopczyk! Boże, jakie straszne nieszczęście! Pozostaje mieć nadzieję w Panu — wybuchnęła płaczem Ruth Milton.


4

Ekipie kryminalistycznej z policji stanowej przewodził detektyw Collin Peters. Zaraz po przyjeździe fotograf śledczy sfilmował ślady zabezpieczone przez Haiga w ogrodzie i w brzezinie.

Te prowadzące od piaskownicy ku brzezince niewątpliwie należały do Patricka. I tylko do niego. Porzucona łopatka świadczyła, że chłopczyk opuszczał piaskownicę w pośpiechu. Odciśnięte w miękkiej ziemi blisko siebie podeszwy adidasów wskazywały, że Patrick biegł, jakby kogoś gonił. Dziesięć metrów przed brzezinką obok adidasów Patricka pojawiły się ślady, które zdumiały i fotografa, i techników.

Należały do psa. Wnosząc po ich rozmiarach — małego psiaka, może nawet szczeniaka.

Adidasy i psie łapki pognały w głąb brzezinki. Kończyły się między sześcioma rosnącymi blisko siebie brzozami. Dokładnie tam odkryto liczne ślady standardowych męskich butów numer czternaście o gładkiej podeszwie, mocno wyciśniętej w rozmiękłym po deszczu poszyciu i opadłych liściach.

Po dokładnej penetracji brzezinki tych śladów męskich butów znaleziono wiele. Niektóre zupełnie świeże, inne starsze, ale wszystkie z pewnością należące do tego samego mężczyzny, noszącego buty numer czternaście. Stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że owe ślady pojawiały się w brzezince od strony Short Street. Tędy mężczyzna wchodził i tędy wychodził — zawsze jedną, wydeptaną przez siebie ścieżką — z Short Street. Gęsty zagajnik brzozowy zapewniał mu doskonałą kryjówkę, niewidoczną od strony Miltonów i od strony ogrodu Hellen. Ani razu nie opuścił swego stanowiska między sześcioma brzozami, patrząc w kierunku posiadłości Barkinsów. To był jego stały punkt obserwacyjny. Do obserwacji wystarczała mu zwykła lornetka. Sprawdził to osobiście detektyw Peters. Przeszklony taras, nawet stolik, przy którym Will pijał poranną kawę, łącznie z piaskownicą, gdzie bawił się Patrick, było widać jak na dłoni.

Musiał przychodzić tu wiele razy. Od kiedy zaczął przychodzić z psiakiem, na razie dokładnie nie ustalono. Ślady łapek wyglądały jednak na świeże. Łapki biegały wokoło dużych butów nerwowo, zakręcając to tu, to tam, pozostawiając od czasu do czasu jakby wyorany w zgniłych liściach długi ślad, co wskazywałoby, że pies stawiał mężczyźnie opór, a ten ciągnął go mocno ku sobie, posługując się smyczą. Pies najwyraźniej nie kochał swego pana. Ślady łapek wskazywały, że zwierzak się szarpał, uciekał za drzewa. Z najbliższych pni zdjęto wiele krótkich, żółtawych kłaczków sierści.

Smycz musiała być długa, ponieważ pies kilka razy wybiegał tuż przed brzezinkę i powracał z powrotem, warując przy dużych butach, jakby czekając na ostateczny rozkaz mężczyzny.

Te najświeższe ślady, z feralnego poranka, pies pozostawił dokładnie dziesięć metrów od brzegu brzezinki. Przy nich pojawiły się adidasy Patricka, który pobiegł za ściąganym przez mężczyznę zwierzakiem. Ślady adidasów chłopca i łapek psa urywały się tuż przy śladach męskich butów numer czternaście. Potem pies i Patrick nagle jakby się ulotnili, wyparowali niczym kamfora, przepadli jak kamień w wodę.

Policja znalazła na ściółce kilkanaście kropel zakrzepłej krwi.

Detektyw Collin Peters polecił wykonać zdjęcia podejrzanego obszaru w podczerwieni. Radiowóz pognał na sygnale do Cedar Falls, gdzie miejscowa policja dysponowała dobrze wyposażonym laboratorium kryminalistycznym, a z De Moines od prokuratora stanowego otrzymała rozkaz wykonywania wszelkich poleceń Petersa.

Peters pochwalił Haiga za jego operatywność, za pobranie próbek ziemi, chociaż wyśmiał jego amatorski filmik, wykonany za pomocą komórki, oraz przedwczesny lęk, że Patrick nie żyje.

Haig znał detektywa przelotnie. Uczestniczył w kilku szkoleniach prowadzonych przez niego dla lokalnej policji. Collin Peters na szkoleniach sprawiał wrażenie cholernego sztywniaka, którego prowincjonalni gliniarze powinni całować po rękach. Na każdym kroku podkreślał swoją wyższość. Kiedy proszono go o wyjaśnienie jakiegoś zagadnienia, na jego chudej, ptasiej twarzy z płaskim nosem i wąsko osadzonymi małymi oczkami pojawiał się wyraz lekceważenia, a wargi rozchylały się w ironicznym uśmieszku:

— Naprawdę? — pytał — nie potraficie zrozumieć tak prostej sprawy? No cóż, mnie za nadgodziny nie płacą. Osobiście zresztą uważam, że szkolenie takich jak wy kolesiów jest zbytecznym wyrzucaniem pieniędzy podatników.

Haig zaproponował Petersowi gościnę w swoim domu, mając cichą nadzieję, że detektyw z niej nie skorzysta.

— Dzięki, koleś, ale nie musisz mi się wkręcać w tyłek bez wazeliny. Wynająłem do kimania na te kilka dni pokój w hotelu — zgasił gościnne zapędy Haiga detektyw. — To prościutka sprawa. Przynajmniej dla mnie. Kidnaper nie jest zawodowcem, pozostawił po sobie tyle wizytówek, że raz-raz odnajdę go wraz z dzieciakiem. Na czas śledztwa rekwiruję twój gabinet, koleś. Urządzę w nim stanowisko dowodzenia. Masz się stawić jutro punkt siódma. Odtąd ja tu rządzę, tobą i twoimi gliniarzami. Uprzedź ich, niech mi nie podskakują, koleś. Ty również nie podskakuj. Teraz zostaw mnie w spokoju. Wracaj do oczekującej na ciebie tęsknie żonki i licznych dzieciaków! — dokończył z nieoczekiwaną złością Peters. Trzasnął drzwiczkami mocno poobijanej toyoty i odjechał spod posterunku z wściekłym piskiem opon.

Tylne światła toyoty dawno zniknęły za zakrętem, a Haig wciąż tkwił na chodniku, obezwładniony bolesnym wspomnieniem Emily, które wywołał tak nieoczekiwanie ten obcy, niesympatyczny, nadęty ważniak.


5

Stanley Haig, obejmując urząd szeryfa po zmarłym na udar poprzedniku, uznał, że policjanci potrzebują do pracy porządnego, odpowiednio obszernego pomieszczenia. Nie powinni się tłoczyć niczym śledzie w beczce, biurko w biurko, monitor w monitor. Kazał imponująco duży gabinet, z wielką palmą pod oknem, olbrzymim biurkiem, oddzielnym stolikiem do przyjmowania co bardziej czcigodnych gości, obstawionym czterema skórzanymi fotelami, skrócić jak się skraca za długie spodnie, odcinając w nich nogawki: po prostu odciął od gabinetu ponad dwadzieścia metrów kwadratowych na korzyść policyjnej hali. Pretensjonalne meble zwrócił burmistrzowi. Dzięki temu policjanci nie włazili sobie na odciski, natomiast ciasny gabinet nowego szeryfa ze śmiesznie małym w stosunku do jego potężnej postury biurkiem, na którym mieściły się wyłącznie łącza, telefony, komputer i oprawione w drewniane ramki nieduże zdjęcie drobnej kobiety obejmującej ciemnowłosego chłopczyka, szybko zyskał nazwę kanciapy, co zupełnie Haigowi nie przeszkadzało. Wzywając któregoś ze swoich podwładnych, mówił: „Za pięć minut z raportem u mnie, w kanciapie”.

Gdy ósmego marca o wpół do siódmej Haig przyjechał na posterunek, był przekonany, że swoją kanciapę zastanie pustą i zanim Collin Peters ją zaanektuje, zdąży zabrać kilka osobistych drobiazgów.

Ale Peters już był. Wyglądał tak, jakby nocował nie w hotelu, lecz właśnie tutaj, w kanciapie szeryfa. Nieogolony, w tej samej, najwyraźniej niezmienionej od wczoraj koszuli, wybierał paluchami wprost z papierowego kartonu frytkę, polewał ją keczupem, z tubki wyciskał jeszcze na nią musztardę i taką ociekającą czerwonobrunatną mazią piramidkę wkładał do ust, żuł długo, wreszcie przełykał, po czym natychmiast ocierał popaprany, rzadki zarost bródki papierową serwetką, którą po prostu odrzucał gdzie bądź. Wnosząc po liczbie pomiętych w kulki serwetek zalegających na biurku, a także wokół niego, Petersowi kończyła się frytkowa wyżerka.

Nie będzie mi z nim łatwo, pomyślał Haig, z żalem patrząc na swoją, zawsze utrzymaną w pedantycznej czystości, kanciapę.

Peters obrzucił wchodzącego ponurym spojrzeniem. Oczy miał zmęczone, podkreślone ciemnymi kręgami.

— Miałeś być o siódmej — warknął, chowając karton z resztą frytek oraz tubki z musztardą i keczupem do mocno zniszczonej torby. — No, ale skoro już jesteś, zaparz mocną kawę, koleś. Nie cierpię lury z automatów.

— Cześć, detektywie. Ranny z ciebie ptaszek — zażartował życzliwie Haig. — Z ekspresu ci odpowiada? Czy wolisz sypaną?

— Cztery czubate łyżki i cztery kostki cukru. — W spojrzeniu Petersa nie było ani krzty życzliwości. W głosie też nie. Cisnął na podłogę kolejną zmiętą chusteczkę. Nagle zaatakował ze złością: — Gdy ty, koleś, spałeś sobie słodko przy boku słodkiej jak pączuś żonki, ja pracowałem. Żonka całkiem, całkiem... — Peters przysunął zdjęcie Emily ze Stevenem, pochylił się nad nim. — Ładna, młoda... Dzieciak też ładny. Szczęściarz z ciebie, koleś.

— Zostaw — zaprotestował Haig, lecz Peters nie zareagował; nie odstawił zdjęcia; przyglądał mu się nadal w jakiś szczególny sposób, który Haigowi wydał się plugawy. — Peters, zostaw natychmiast — powtórzył.

— Przecież ci jej nie gwałcę, koleś... — cicho, opuszczając głowę, odpowiedział detektyw. — Tylko patrzę, nic więcej... — Nagle wybuchnął: — Zabieraj to swoje pieprzone zdjęcie szczęśliwej rodzinki z biurka! Żebym, póki tu jestem, go nie oglądał!

— Dokładnie taki miałem zamiar — odpowiedział Haig, już z trudem panując nad sobą. Wyjął zdjęcie z rąk Petersa. — I nigdy więcej nie waż się choćby słówkiem wspomnieć o mojej rodzinie, rozumiesz?

Peters wstał zza biurka. Podszedł do okna. Odwrócił się do Haiga plecami. Miał chude plecy ze sterczącymi łopatkami. A te chude, sterczące łopatki drżały, jakby Peters powstrzymywał płacz.

Co z nim?, pomyślał Haig. Gniew minął w mgnieniu oka. Chude, tak nieoczekiwanie drżące łopatki niesympatycznego detektywa wzbudziły w Haigu współczucie. Coś go musiało zaboleć. Ale co?

— Przepraszam — powiedział cicho Peters. Wrócił do biurka z opuszczoną głową. Sięgnął po kubek z kawą. — Wiem, że potrafię być wredny. Zwłaszcza wówczas, gdy mam za sobą nieprzespaną noc... Siadaj, szeryfie. Za chwilę dojdę do siebie... Każdego z nas coś tam czasem zadrapie koło serca. Mnie też. Zaraz się poskładam do kupy i weźmiemy się do roboty...

Peters pił gorącą kawę drobnymi łyczkami. Rzadka bródka sterczała żałośnie. W chudej, długiej szyi poruszała się wystająca grdyka.

Składanie się detektywa „do kupy” trwało dobrą chwilę. Haig czekał cierpliwie, myśląc, że ten facet o brzydkiej, ptasiej, jakże smutnej teraz twarzy w niczym nie przypominał wczorajszego ważniaka.

— Pierwsze wyniki z laboratorium przyjdą najwcześniej jutro — odezwał się wreszcie Peters, wciąż jednak nie podnosząc głowy. — W każdym śledztwie najważniejsza jest zawsze logika. Mój stary był supergliniarzem i te obecne wszystkie supertechniki za jego czasów pozostawały nieznane, natomiast mój stary łapał zboczków, główkując. Więc i my pogłówkujmy. Od zaginięcia chłopca minęła prawie doba. Telefony u Barkinsów milczą. Czym się specjalnie nie przejmuję, ponieważ często porywacz gra na zwłokę, licząc na bezgraniczne posłuszeństwo coraz bardziej przerażonych rodziców. Przynajmniej jedno wiemy na pewno: dzieciak żyje.

— Może... — bez przekonania, ponuro odparł Haig. Całą noc przewracał się z boku na bok ze sztywnym od strachu karkiem. Im dłużej zastanawiał się nad okolicznościami zniknięcia Patricka, tym mniej wydawała mu się prawdopodobna wersja, że porwano go dla okupu. Peters się myli. Owszem, kidnaperzy często grają na zwłokę. Jednak nie aż na tak długą zwłokę. Zwykle dzwonią po kilku godzinach. Według jego wyliczeń Barkinsowie powinni otrzymać wiadomość z żądaniem okupu najpóźniej od pięciu do dziesięciu godzin od momentu porwania. Lecz nie dostali. Dlaczego? A jeśli porywaczowi nie chodzi o okup? Jeśli to jakiś rodzaj makabrycznego żartu? Kogoś, kto nienawidził Willa lub Hellen. Jonathan Milton nienawidził Hellen. To z jej powodu Jon Milton wywiózł syna do Des Moines. Wczorajsze, pierwsze przesłuchania, te na gorąco wykazały niezbite alibi Jonathana. Przyjechał on wraz z żoną i synkiem na uroczystości rodzinne kilka minut przed trzynastą prosto z Des Moines. Takie alibi wystawiła mu rodzina. Ruth je uzupełniła, mówiąc, że przez ostatnie pół roku w ogóle ich nie odwiedzał. Ale inni świadkowie po prostu nie zauważyli, kiedy Jonathan przyjechał. Rodzina jak rodzina, gotowa jest kryć swego najbliższego. Zwłaszcza Ruth, której miłość do syna była ogólnie znana. On Ruth nie pytał, kiedy Jonathan był tu ostatni raz, sama z tym wyskoczyła, jakby uprzedzając pytanie. Ale Ruth nie mogła wiedzieć, że porywacz obserwował dom Barkinsów przynajmniej od dwóch tygodni. Z kolei wiadomo, że Jon Milton niechętnie widywał syna z synową u siebie. Że to Ruth często odwiedzała ich w Des Moines. Wczoraj ekipa sfotografowała i wzięła odlewy męskich butów wszystkich bez wyjątku gości Miltonów. Jonathana również. Miał małą stopę. Buty robione na miarę z powodu paskudnych ostróg piętowych. To nie Jonathan.

— Może? Skąd te wątpliwości? — zapytał Peters, zniżając głos do szeptu. Najwyraźniej i on je miał. Zabębnił nerwowo palcami o blat biurka. — Dobra. Zaraz mi je wyjaśnisz... Właśnie schodzą się twoje psy. Punktualni są, trzeba przyznać, co do sekundy. Wybija siódma.

Sześciu policjantów z drogówki, ośmiu patrolujących miasto i czterech wolontariuszy wraz z Paulem Thompsonem, zastępcą Haiga tego dnia, ósmego marca, zajmowało swoje miejsca w ciszy, bez zwykłych żartów, okrzyków, pieprznych uwag. Każdy z nich zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Każdy z nich wczorajszy dzień spędził na rozpaczliwym poszukiwaniu zaginionego Patricka. Każdy z nich znał i Patricka, i Barkinsów. Poza wolontariuszami każdy z nich miał rodzinę. I dzieci. Więc każdy z nich szukał Patricka tak, jakby szukał własnego dzieciaka.

Usiedli, czekając na dyspozycje. Ricky Starks, blondynek o różowych, dziecinnie pucołowatych policzkach, dwudziestoletni wolontariusz w drogówce, który marzył o dostaniu się do szkoły policyjnej i zostaniu prawdziwym patrolowym policjantem, pomachał w kierunku kanciapy ręką. Jego opiekun i partner, czterdziestoletni Johnny Meek, ojciec dwójki urwipołciów, skarcił Starksa mocnym szturchnięciem w plecy.

— Cześć, chłopaki. Nie życzę wam miłego dnia, gdyż nie będzie on miły. Porywacz Patricka należy do milczków. Nie dzwonił do Barkinsów — odezwał się do zebranych przez interkom Haig. — Paul, uporządkujcie raporty z przesłuchań gości Miltonów. Jeśli wam w międzyczasie przyszło coś mądrego do łbów, poróbcie notatki. Ja z detektywem kończę naradę. Więc na razie nam nie przeszkadzać, nie włazić mi do kanciapy.

Wyłączył interkom. Peters nerwowo skubał rzadkie włoski, udające bródkę.

— Mów, Peters.

— Ja? To ty gadaj o swoich wątpliwościach.

— Wolałbym najpierw posłuchać ciebie.

— Dobra, Haig. I bez badań kryminalistycznych wiemy, że facet nosił nietypowo wielki bucior. Taki bucior wskazuje, że był wielkim facetem. Jak również, że niekiepsko obżerał się hamburgerami, co uczyniło go ciężkim chłopem. Dobrze gadam? Zanim nam z laboratorium podadzą co do grama wagę i co do cala wzrost faceta, każ swoim psom rozjechać się po mieście i okolicy, niech sprawdzą alibi podpadających rozmiarami gości, noszących trzynastkę lub czternastkę; wszystkich grubasów, atletów, mięśniaków między metr osiemdziesiąt a dwa z hakiem wzrostu. Wy się tu wszyscy świetnie znacie do czwartego pokolenia wstecz, więc chyba obejdzie się bez zbędnej biurokracji, sprawdzania w spisach ludności, bazie danych i temu podobne, co?

— Obejdzie się. Ale czy to ma sens, Peters? Nie lepiej poczekać na wyniki z laboratorium, w którym na podstawie odlewu określą producenta i markę buta?

— Dam sobie rękę uciąć, że buciory pochodzą z masowej, zalewającej cały kraj, taniej produkcji; dostępne są w każdej sieci hipermarketów, zwykłych sklepach czy nawet na bazarach. Markę na razie olać, Haig! Nie ona tu najważniejsza, lecz rozmiar buciora. Niewielu facetów ma zamiast stóp kajaki! I ten fakt napawa mnie optymizmem. Zacznijmy szukać właściciela kajaków od Nevady i jej okolic. — Peters nieoczekiwanie rozciągnął usta w uśmiechu. — A ty, koleś, super podpadasz pod wizerunek naszego gościa. Też nosisz kajaki i mięśniak z ciebie zajebisty.

Haig włączył interkom. Powtórzył swoim ludziom polecenia Petersa. Za pięć minut hala opustoszała.

— Buciory to nasz najważniejszy trop — odezwał się Peters. — Chociaż zdaję sobie sprawę, że twoje psy nikogo o tym rozmiarze buciora tutaj nie trafią. Ale przynajmniej zyskamy pewność, że nasz facet nie jest z Nevady. Wtedy rozszerzymy zakres poszukiwań.

— On jest stąd — powiedział Haig. — Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Stąd. Z Nevady. Lub z najbliższej okolicy. I to jest najpotworniejsze, Peters. Że to ktoś z naszych. Zadaję sobie bezustannie pytanie: kto? Na litość boską, kto jest tym potworem w naszym spokojnym, cichym miasteczku?

— Dobra. Niech ci będzie, że stąd. Ale to jedna z opcji.

— Nie. To jedyna opcja. Inna nie istnieje.

— Istnieje. Przesłuchani wczoraj goście Miltonów, jak również i cała rodzina podkreślali, że William Barkins jest wyjątkowo dzianym gościem, pochodzi z Los Angeles, gdzie jego ojciec zarabia miliony dolców w prywatnej klinice na stuletnich gwiazdach filmowych, pragnących wyglądać na dwudziestoletnie panienki. Czemu więc nie porwać komuś takiemu dzieciaka w zamian za potężny okup? To może być ktoś z Los Angeles. Z Cedar Falls, gdzie pracuje Barkins. Zewsząd, koleś! Warto zadać sobie wiele trudu dla wielkiej kasy. W Nevadzie wieczorami brak bujnego życia. Po ciemku ulice stają się jakby wymarłe. Spotykasz zaledwie czkających pijaczków, wytaczających się z pubu Jacka. Więc kto przyuważy brykę z obcą rejestracją? Nasz facet gdzieś ją zostawia, choćby na parkingu hotelowym, w którym nocowałem, pośród innych bryk z obcą rejestracją. Wysiada sobie i spokojnie wali prosto na Short Street, po czym włazi w brzezinkę, tam sobie nawet kima, bo noce od dwóch tygodni bez przymrozków, a od wczesnego rana obserwuje teren Barkinsów. Siódmego marca na Short Street panowało takie zamieszanie, że wreszcie mógł swobodnie porwać dzieciaka. Mogło tak być, koleś?

— Teoretycznie mogło — przyznał Haig.

— Dlatego sprawdzimy i tę wersję. Chociaż podobnie jak ty uważam ją za wątpliwą. Zaraz zlecę znajomkom z Cedar Falls, żeby zaoszczędzili nam czasu i przewałkowali pracowników szpitala, ich rodziny, przyjaciół, znajomych. Może ktoś stamtąd pozazdrościł Barkinsowi jego kasy. A może lada chwila porywacz zadzwoni z żądaniem okupu... — westchnął Peters.

— Oby...

— To zbyt piękne, aby okazało się prawdziwe... Idzie o zbyt dużą kasę. On będzie zwlekał... Stąd czy skądkolwiek, będzie zwlekał... — Peters znowu ciężko westchnął, odsunął kubek po kawie, zacisnął dłonie w pięści. — Nienawidzę takich spraw, Haig. Po prostu nienawidzę. Każdemu kidnaperowi osobiście oberżnąłbym jaja! Ten nasz to wyjątkowy spryciul. I zgadzam się z tobą: on jest stąd. Nawet chciałbym, żeby był stąd.

— Dlaczego? — zapytał Haig.

— Bo wówczas nie wtrąci się FBI. Nie cierpię FBI. Miałem już z nimi do czynienia. Robią mnóstwo niepotrzebnego zamieszania. Zachowują się, jakby pozjadali wszystkie możliwe rozumy. Zazwyczaj to my, gliniarze, odwalamy za nich najgorszą robotę, zaś oni spijają miodek i szczerzą zęby do kamer, wypinają piersi po ordery, wyciągają łapska po premie. Pies ich jebał! — Peters poczerwieniał ze złości i sapnął. — Na swoje szczęście nie miałeś z nimi nigdy kontaktu, więc nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile takie pacany potrafią wyrządzić szkody w śledztwie!

— To wolę nie mieć — przyznał Haig. — Peters, a jeśli jemu wcale nie chodzi o okup?

— Więc takie te twoje wątpliwości? Dobra, Haig. Kawa na ławę. Znasz Barkinsów, znasz środowisko. Jestem otwarty na wszelkie sugestie.

— Myślę o... — Haig zawahał się, nim dokończył — o akcie zemsty.

— Zemsty? — zdumiał się Peters. — Przecież to taka lubiana tutaj rodzina, ci Barkinsowie!

— Której, mimo powszechnej sympatii, w biały dzień zwabiono dzieciaka do brzezinki i wszelki słuch o nim zaginął? Pół miasta włączyło się w poszukiwania. Przetrząśnięto każdy zakamarek, każdy kąt w domach, strychach, ogrodach, ogródkach, szopach, składzikach.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.