Kampanella - Jerome Mercier - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 201 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kampanella - Jerome Mercier

Powieść „Kampanella: koleje życia sieroty” została napisane przez Jerôme Mercier w 1880 roku. Przekładu dokonała Paulina Krakowowa (1813–1882), polska pisarka, publicystka i redaktorka, nauczycielka, działaczka społeczna i animatorka polskiego szkolnictwa, założycielka i przełożona pensji dla dziewcząt. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Kampanella - Jerome Mercier

Fragment ebooka Kampanella - Jerome Mercier






Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I Wiejska szkoła
  2. ROZDZIAŁ II Obce dziecię
  3. ROZDZIAŁ III Chata Czarnego Billa
  4. ROZDZIAŁ IV Dzwonnica
  5. ROZDZIAŁ V Między niebem i morzem
  6. ROZDZIAŁ VI Dzwonek
  7. ROZDZIAŁ VII Ważne wypadki
  8. ROZDZIAŁ VIII Muzyka
  9. ROZDZIAŁ IX Czarodziejskie skrzypki
  10. ROZDZIAŁ X Koncert i jego następstwa
  11. ROZDZIAŁ XI Pierwsza lekcja muzyki
  12. ROZDZIAŁ XII Nella w stolicy. Wspomnienia
  13. ROZDZIAŁ XIII Dalsze życie w Londynie. Łoże boleści
  14. ROZDZIAŁ XIV Ciężkie doświadczenie
  15. ROZDZIAŁ XV Zwycięstwo
  16. ROZDZIAŁ XVI Koleje życia. Strapienia, pociechy i boleści
  17. ROZDZIAŁ XVII Zakończenie
  18. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Wiejska szkoła

Tak płynęli coraz dalej, aż przybyli do wyspy.

– Co to jest wyspa?

Dwanaście drobnych rączek podniosło się w górę i dwanaście dziecinnych głosików odpowiedziało na zapytanie.

Jesteśmy w Anglii, w wiejskiej szkółce; właśnie teraz jest godzina robót ręcznych, nauczycielka opowiada jakąś powieść i od czasu do czasu rzuca pytanie, które wydaje się małym słuchaczkom jak gdyby należało do geografii lub rachunków. Ale im się to podoba i słuchają tak uważnie, że rzadko której dziewczynce zdarzy się czasem spojrzeć we drzwi otwarte, przez które zapach bzu i ptaszków śpiewanie wpada do wesołej, przyjemnej szkolnej izby, rzadko która bystry i ciekawy wzrok zapuści na krzewiący się niedaleko krzak agrestu, by w pośród liści i kolców policzyć dojrzewające jego owoce.

Ładny szkolny domek stał wśród ogrodu, w którym tak było cicho i pogodnie że brała ochota popatrzeć. Nagle usłyszano otwierające się ogrodowe drzwiczki i wraz zbliżające się stąpanie. Teraz już przepadła uwaga dziewczynek, wszystkie główki zwróciły się ku drzwiom, lecz gdy się nadchodzący ukazał, dzieci szeroko otworzywszy oczy spojrzały z wyrazem przestrachu.

Zbliżający się człowiek zwany był we wsi: „Czarny Bill” zawsze wyglądał brudno i obdarto, a rzadko kiedy trzeźwym go wdziano. Czego on tu mógł chcieć? Pani Lester, nauczycielka, powstała i podeszła naprzeciw niemu z wyrazem okazującym dobitnie, że gotową była bronić swoich maleńkich, jak kura kurczątek, ale skoro spojrzała na twarz Billa wyraz ten złagodniał o wiele, a nawet znikł zupełnie, gdy tenże pokłoniwszy się, począł jak mógł czyścić o skrobaczkę zabłocone swoje buty, nim próg izby przestąpił. Widocznie nie był pijanym, ani w złym zamiarze przybywał; na lewej ręce przytulonej do piersi miał mokre zawiniątko.

– Patrz pani, pani Lester – rzekł podnosząc je – tylko co znalazłem to dziewczątko w wodorostach; leżało na belce którą przypływ morza na brzeg wyrzucił. Biedactwo! Zimne to i białe jakby nieżywe, ale może jeszcze i trochę życia zostało; nie wiem, co mam z tym począć i przychodzę pani prosić o radę, bo kiedy idzie o dzieci, zaraz każdemu na myśli stanie, pani Lester.

Może i rzeczywiście tak było jak Bill mówił i to nie koniecznie dlatego, że pani Lester była przewodniczką szkółki, ale że jej twarz okrągła i różowa podobną była dziecięcej a obok tego wszystkie wiejskie dzieci bardzo ją kochały.

Czarny Bill usiadł na ławce i rozwiązał zawiniątko na które wszystkie oczy były zwrócone. Naprawdę! ukazało się małe, blade dzieciątko z twarzyczką tak do umarłej podobną, że niektóre dziewczynki płakać na jej widok zaczęły.

– Dajcie mi ją tylko i zostawcie tutaj, już ja się przekonam czy ona żyje jeszcze – rzekła pani Lester biorąc dziecię na ręce.

– Ale będę mógł wstąpić tu znowu i dowiedzieć się jak się będzie miała? – spytał Bill – przecież to ja ją znalazłem.

– Przyjdźcie za dwie godziny – brzmiała odpowiedź, a pani Lester znikła w drzwiach swojej sypialni, gdzie ogrzewając, rozcierając i innych roztropnych używając środków starała się przywrócić życie zdrętwiałemu i zgłodniałemu dziecięciu. Dziewczynki rozeszły się ze szkoły po cichu, ale wzruszone i ucieszone zarazem, bo przed odejściem widziały jeszcze jak maleńka otworzyła oczęta i poruszać się zaczęła. Każde takie poruszenie witała pani Lester radośnie, a gdy do tego doszło że dziecię kilka kropel ciepłej wódki przełknęło i zawinięte w flanelkę zasnęło na jej łóżku, uczuła że jej w sercu niewypowiedzianie błogie uczucie powstało.

Kiedy Bill w oznaczonym czasie powrócił, zastał ją siedzącą między łóżkiem i wesoło płonącym ogniem na kominku (bo to była wiosna i wieczory chłodne); robiła pończochę, ale oczy jej nieustannie spoczywały na małej śpioszce.

Bill spoglądał po pokoju na pół zakłopotany i na pół zmieszany, obracał w ręku swoją starą czapkę i opowiadał raz jeszcze dokładniej jak i gdzie znalazł dziecię, które widocznie morze na brzeg wyrzuciło. Był jakiś inny jak zawsze, trzeźwy, spokojny i pełen uszanowania.

Tydzień cały przeminął, a przez cały ten czas maleńka spała, w białym ciepłem łóżeczku, budząc się tylko wtedy, gdy ją posilić czym było potrzeba, a pani Lester szyła pilnie około ubrania którego jej dosyć dla znalezionej naprzysyłano a które niejakiego przerobienia potrzebowało. Raz przyszedł Bill i przyniósł kilka sztuk pieniędzy.

– To dla dziecka, pani Lester – rzekł kładąc paczkę na kominkowym gzymsie – będzie dla niej potrzeba rozmaitych rzeczy, a mnie się wczoraj dobrze udał połów i pieniędzy mi nie trzeba.

– To bardzo z waszej strony życzliwie Billu.

– Nie to nie – jąkał Bill przecierając ręką usta przez które z trudnością dobywały się wyrazy; ale ja – ja myślę że kiedy ja ją znalazłem, to chciałbym teraz wziąść ją do siebie – do mojej chaty.

Pani Lester spojrzała na niego zdziwiona. Myślała sobie że dom Czarnego Billa nie był najstosowniejszym miejscem pobytu dla wątłej dzieciny, ale zatrzymała to zdanie przy sobie, odpowiadając tylko:

– Tymczasem Billu chora dziecina lepiej tu będzie pielęgnowaną niż u was.


ROZDZIAŁ II

Obce dziecię

Wreszcie nadeszła chwila, w której drobna istota dotąd prawie nieruchomo leżąca poruszać się zaczęła, gdzie wielkie jej oczy otworzyły się szeroko i z podziwem spoglądać poczęły po obcym dla siebie otoczeniu. Podniosła się a jedna z uczennic stojąca obok usłyszała ją wymawiającą słowa, których zrozumieć nie mogąc, pobiegła do pani Lester by ją o tej nowinie zawiadomić. Nauczycielka przyszła, dziewczynka zaczęła do niej mówić, ale i ona nie zrozumiała obcych wyrazów, i musiała bez odpowiedzi zostawić powtarzane dziecka pytania, bo z tonu poznać było można, ze zapytywała.

– Biedne dziecię, biedne kochane dziecię, mówiła głaszcząc malutką – pewnie z dalekiego kraju przybywa. Ale może pan Dykes zrozumie jej mowę – on tyle obcych języków posiada – Pan Dykes był wiejski proboszcz.

Widocznie łóżko uprzykrzyło się małej cudzoziemce. Pani Lester podniosła ją zatem i miała zamiar owinąć ją tymczasem w wielką chustkę i wynieść do szkoły, ale to się małej nie podobało, chciała by ją ubrano, umyto i uczesano a żądanie to swoje okazała prostując swoje potargane włosy i spoglądając smutno na brudne rączki. Pani Lester z uśmiechem dogodziła jej życzeniu, kazała podać ubranie już przygotowane, umyła dziecię, uczesała, wyszczotkowała czarne jej jedwabiste włosy i ubrała malutką w białą bieliznę i ciepłą sukieneczkę z purpurowej flaneli zakupionej za pieniądze Billa, a przez szkolne dziewczynki uszytą.

Podczas ubierania dzieweczka zachowała się spokojnie, tylko od czasu do czasu przemawiała w obcym języku, ale gdyby usteczka jej były zupełnie nieme, ten sam by z nich miała użytek, bo pani Lester nie mogła jej inaczej odpowiedzieć jak potrząsając głową, lub pieszcząc i całując swojego gościa.

Ubrawszy dziecię wzięła je pani Lester na ręce i zaniosła do szkoły, bo jej się zdawało że drobne nóżki nie miały jeszcze siły by ją zanieść mogły. Było to poobiedzie i właśnie zajmowano się ręczną robotą, podczas której zawsze było czytanie lub opowiadanie; ale dziś nikt o tym ani pomyślał. Wszystkie oczy zwracały się na obce dziecię zawinięte w chustkę, siedzące na kolanach nauczycielki i spoglądające na dziewczynki po kolei. Twarzyczkę miała drobną i śniadą, duże czarne oczy, rączki śniade i dziwnie maleńkie – jednym słowem, tak była odmienną od małych angielek, że te, przyglądały się jej z zdziwieniem i niepokoiły się prawie, widząc zwrócone na siebie te wielkie czarne oczy. Widać szukała czegoś, może jakiej znajomej twarzy, a nie znajdując jej smutniała coraz bardziej i tak przeszła cała godzina.

Gdy się dzieci ze szkoły rozeszły, nauczycielka wyniosła swoją wychowankę do ogrodu; słońce zaglądało tam ciepłymi promieniami, pachniały fiołki i rezeda, z daleka dochodziły wesołe dziecinne głosy, a poważny szum morza brzmiał jak odgłos kołysanki. Ale dziewczynka nie zdawała się uważać na to wszystko, patrzała ciągle na panią Lester, i grube łzy płynęły jej po licu.

– Biedne dziecię – powiedziała do siebie pani Lester – może ona myśli o swojej matce.

Tak było istotnie, a ta matka spoczywała na dnie morza szemrzącego tak łagodnie.

W tej chwili Bill ukazał się w ulicy, ale zatrzymał się przy płocie i przez otwór w nim będący przypatrywał się dziewczynce. Ozdobna czystość szkolnego domu sprawiała mu zawsze takie wrażenie, jak kiedy spotkał we wsi proboszcza, a ten spojrzał na niego surowo. Nie śmiał wejść do ogrodu póki nie usłyszał że go nauczycielka woła; wtedy postąpił kilka kroków, ale zaledwie ujrzała go maleńka, skoczyła ze swego stołeczka i wyciągając ciemne swoje rączęta, podbiegła ku niemu wołając: O caro Giacomo! On ją podniósł, a ona go pocałowała.

– Musi was poznawać – rzekła pani Lester i tak się istotnie zdawało, ale gdy się dzieweczka uważnie przypatrzyła Billowi, zmienił się wyraz jej twarzy, usiłowała wydobyć się z jego objęć, a gdy jej się to udało, pobiegła pędem do pani Lester i skryła się za jej suknię.

Czy ją powierzchowność Billa przestraszyła? Wyglądał tak brudno i obdarto że sam to uczuł głęboko. Buty jego przesiąknięte morską wodą tak brudny muł osiadł, że na białej żwirowej ścieżce Znać było ślady każdego jego stąpienia, widział, to i w zakłopotaniu ogryzał zieloną gałązkę którą zerwał po drodze. Po nijakim milczeniu rzekł spuszczając oczy:

– Teraz, kiedy ona już zdrowa, chciałbym ją zabrać z sobą; będę ją pani do szkoły przysyłał i regularnie sześć pensów tygodniowo opłacał.

– O tym wcale nie wątpię – odrzekła pani Lester, ale czyliż na prawdę myślicie że wasz dom byłby właściwym pobytem dla dziewczynki?

– A czemuż nie? – zapytał, i spojrzał tak ponuro, że łatwo przyszło zrozumieć, czemu go. Czarnym Billem nazywano. Dlaczegóż mój dom nie miałby być tak dobrym jak inny?

– Pomyślcież czyby to dobrze było dla dziecka, gdybyście za przybyciem bezbożnych waszych towarzyszy, wszyscy razem pić zaczęli?

Milczał chwilę, potem rzekł:

– Może by też oni nie przyszli, gdybym ją miał przy sobie.

– Zapytajmy, rzekła pani Lester, co na to powie pan Dykes nasz proboszcz. Jakkolwiek Bili w duchu nie przyznawał nikomu prawa rozporządzania dzieckiem które on sam znalazł i ocalił, na tę chwilę jednak uważał za stosowne ustąpić.

Pan Dykes łagodny i usłużny człowiek, używający we wsi wielkiego znaczenia i przeważny głos w znaczniejszych sprawach mający, zajął się żywo małą znalezioną i wkrótce udało mu się odkryć, że dziecię wraz z matką swoją wsiadło we Włoszech na okręt: Buonawentura (co znaczy: pomyślność), i że statek ten blisko angielskich brzegów zatonął, a oprócz tego jedynego dziecięcia nikt z życiem nie uszedł. Prawdopodobnie wały morskie wyrzuciły maleństwo na wybrzeże.

Pan Dykes z początku wolałby dziewczynkę u pani Lester zostawić niż ją wydać Czarnemu Billowi który coraz natarczywiej z żądaniem swoim występował; ale po dojrzalszej rozwadze i naradzeniu się z jedną z zacnych dam mających we wsi letnie mieszkanie, uznał, że Bill miał słuszność za sobą, a dama ta, pani Murray oświadczyła otwarcie, że byłoby okrucieństwem od mówić wydania dziecka temu który je wyratował i stale je za swoją własność uważał.

Pan Dykes zarzucił że chata Billa nie jest lepszą od chlewa.

– Domek ten – odrzekła pani Murray, tak malowniczo obrośnięty jest bluszczem, że moje siostrzenice zdjęły z niego rysunek; coby zaś wewnątrz wyporządzić było trzeba, to ja biorę na siebie.

– Gdyby tylko równie łatwo można, Billa pijaka i przemytnika do porządku doprowadzić odrzekł proboszcz.

– Pozostawmy to dziecku, ono tego cudu dokona; mając tę wdzięczną i miłą istotę, Bili polubi swoją chatę, a gdy się do dzieweczki szczerze przy wiąże, dla jej miłości zmieni powoli swoje nawyknienia.

– Lecz przypuśćmy że ten człowiek zda dziecko na opiekę gminy, jeśli mu się uprzykrzy?

– Broń Boże! Tego nie dopuścimy. – Ja z mojej strony przyrzekam czuwać nad dziewczynką i często się o nią, dowiadywać. – Pan spodziewam się uczynisz to samo? Nie trzeba tego Billa pozbawiać samowolnie sposobności poprawy. – Jeżeli z niej skorzysta, tym lepiej, jeżeli nie – albo też, gdybyśmy przy nim niebezpieczeństwo jakie dla dziecka spostrzegli – no, to zawsze czas będzie oddać je w inne ręce.

Proboszcz ustąpił lubo niechętnie, a mała włoszka przeniosła się do swego opiekuna (bo za takiego uznano Billa), do zdobnego bluszczem, lecz walącego się domku. Nie sprzeciwiała się temu znakami, tym mniej słowami biedaczka, zaprzestała już próbować ustnego porozumienia się.

Z początku proboszcz i pani Murray odwiedzali niekiedy małą cudzoziemkę, pieścili ją, przynosili drobne podarki, ale wkrótce uczony mąż oddał się wyłącznie jakiejś piśmiennej pracy i zapomniał o obcej dziewczynce, pani Murray wyjechała zabrawszy swoje siostrzenice, a sierocie oprócz Billa pozostało tylko troskliwe, macierzyńskie przywiązanie pani Lester, do szkółki której codziennie z wielką, uczęszczała ochotą; powoli wyszła ona nawet z pamięci wiejskiej ludności, zajętej własnymi codziennymi sprawami.

Później dowiemy się jak pod życzliwym dozorem nauczycielki rozwijała się dziewczynka. – Uważać trzeba że wielką, i to przez długi czas trwającą przeszkodą, była ta okoliczność, że biedne dziecię z powodu swojej nikomu tu nieznanej mowy, nie mogło się porozumieć z otaczającymi je ludźmi. – Ona niezmiernie szybko pojmowała czego od niej żądano, ale tylko rozumniejsze osoby i dowcipniejsze dzieci zgadywały z żywych jej gestów co im powiedzieć chciała; prości i ciemni (a tych częściej widywała), śmieli się tylko z jej wyrazistych minek i żywych poruszeń rączkami, tak właściwych południowcom, albo z litością wzruszali ramionami, co zarówno dziecinę bolało.


ROZDZIAŁ III

Chata Czarnego Billa

Nad ładną, morską zatoką, wznosiła się w malowniczy sposób wielka wieś zwana Holm, czasem Brentholm o której tu mówimy; od samego wybrzeża występowały szeregi żółtawych skał, na kształt coraz to wyższych stopni, a na nich rozlegały się białe domeczki z czerwonymi dachami, otoczone ciemniejszą, lub jaśniejszą zielenią. – Trudno sobie piękniejszy wyobrazić widok nad te domki różnego kształtu i wielkości, to rozlegające się u samego brzegu i jakby się zdawało zagrożone zalewem, wraz z zamieszkującymi je rybakami, to rozrzucone po wyżynach, to kryjące się za skałami, to do nich przyparte, tak że gdy z jednej strony drzwi otwierały się dla przybysza, z drugiej dach spoczywał na ziemi.

Wąski pas ziemi wrzynał się w morze i z daleka wyglądał jak liść zielony pływający na wodzie; gdzie się pas ten z lądem łączył, stał kościół, ale cmentarz był na małym półwyspie; białe grobowce występowały jak perły na tle szmaragdowym, a spoczywających pod nimi kołysał do snu wiecznego szmer wałów morskich, roztrącających się o brzegi.

Chata Czarnego Billa stała opodal od wsi, krzaki róż i jaśminu tworzyły wąską uliczkę prowadzącą do domku i do tego co Bili nazywał swym ogrodem, ale co właściwie było dzikiem zarosłem zstępującym ze wzgórza aż ku brzegowi morza, które tu właśnie małą zatoczkę tworzyło. Mówiono we wsi że Bili posiadał piwnicę, do której sam tylko znał wejście i że w tej piwnicy tajemnej stały całe szeregi beczek ze spirytusem i skrzyń z herbatą, za które nie zapłacono podatku, bo je Bili przemycił.

Sama chata jakkolwiek w malowniczym znajdowała się położeniu, przykre zrobiła wrażenie na pani Lester, gdy prowadząc dziecię za rękę pierwszy raz próg jej przestąpiła. – Znać było z wszystkiego że tu nie było porządkującej ręki kobiecej, bo każda rzecz zdawała się być na niewłaściwym miejscu; a jednak na przyjęcie dziewczynki Bili kazał cały dom naprawić, oczyścić i wyszorować, co go już bardzo korzystnie zmieniło. – On sam stał we drzwiach trzymając w ustach koniec chustki otaczającej mu szyję i spoglądał z pewną nieśmiałością, na zgrabną, wytworną panienkę wstępującą pod ten ubogi dach, jako jego wychowanka.

– Oto ją macie Billu – rzekła pani Lester, ponieważ chcieliście tak, a nie inaczej.

Wyciągnął rękę po piękną soczystą pomarańczę, przygotowaną widocznie na ten cel na stole między oknami i podał ją dziecku na przywitanie.

Mała przyjęła owoc, uśmiechnęła się wdzięcznie i rzekła grazie – dziękuję.

Spojrzała na niego swymi ciemnymi poważnymi oczami tak badawczo, że człowiek ten, któremu rzadko się zdarzało zrobić coś takiego coby złem albo głupim nie było, zmieszał się i myślał sobie, że podobno są czarodziejskie dzieci o których słyszał, że wieki żyć mogą, a przecież są młodymi, tak rozumnym wydało mu się spojrzenie maleńkiej. – Któż to wie czym być mogło to dziwne, śniado dziecię będące teraz jego wychowanką?

– Na górze jest jej izdebka – rzekł do pani Lester pokazując przystawione schodki, prowadzące na wyższe piętro.

Żona majtka której Bili za to zapłacił, wyszorowała ten kącik, on sam kupił łóżeczko z kołderką, stołeczek i biało – błękitną miednicę z dzbankiem. – Umywalnia urządzoną była na starej pace, a Bili dumnym się czuł z tych przedmiotów zbytku, kupionych w kramie do którego mnóstwo majtków za różnymi sprawunkami przychodziło. Było to poprzedniego wieczora: – gdy powracał z ładnymi naczyniami obok swoich towarzyszy, ci zaczęli z niego żartować, przezywając go lordem gałganiarzem. Nie podobało się to oczywiście Billowi i byłoby stąd pewno przyszło do bijatyki, gdyby mu w samą porę nie było na myśl wpadło, że kruche przedmioty które dopiero co nabył, mogły w takim razie zostać skradzione lub potłuczone i że rozumniej było na szyderców nie uważać tym razem. – Tak więc sprawunek Billa dostał się szczęśliwie na miejsce swego przeznaczenia i może dlatego właśnie chlubił się nim, że mu się stał powodem niejakiego cierpienia i zwyciężenia się choć na chwilę.

Pomimo to wszystko izdebka wyglądała tak ubogo i odarto, że obejrzawszy się po niej, pani Lester ze łzami ucałowała dziecinę, a ta zdziwionym wzrokiem spoglądając dokoła, uchwyciła mocno rękę nauczycielki. – Nie płakała jednakże i nie żaliła się, lubo zrozumiała widocznie, że odtąd nie w wesołej izbie szkolnej zdobnej w kwiaty i biblijne obrazy, ale tu, u Billa mieszkać będzie.

Oprócz paki przerobionej na umywalnię, była jeszcze druga próżna w izdebce; w tę ułożyła pani Lester bieliznę i odzienie dziewczynki, nakryła je białą chustką i zeszła z nią do Billa na dół, czekającego na nie gdzie go zostawiły. – Pani Lester wyjęła z głębi swego koszyka kawał placka i flaszkę mleka, podała je Billowi i chciała odejść.

– Proszę zostać – rzekł – może pani przyjmiesz u nas filiżankę herbaty. – Mam bardzo dobrą.

– Dziękuje wam, ale muszę już wracać – odpowiedziała pani Lester i potrząsnęła głową tak poważnie, że widocznie nic miała apetytu na przemycaną herbatę. – Potem ucałowała dziecię serdecznie i powróciła na samotną wieczerzę, która jej nie smakowała jak zwykle, bo niespokojne jej myśli krążyły koło chaty Billa w której, pozostała mała cudzoziemka. – Co ona tam w tej chwili robić mogła?

Siedziała właśnie na stołeczku obok Billa, który jej pokazywał nie w książce, jak się to zwykle dzieje, ale wytkane na chustkach jedwabnych, pochodzących z Chin, a będących w jego posiadaniu jak herbata, jak wiele innych rzeczy, przemycanym, czyli przekradanym sposobem.

Jakkolwiek bądź, udało mu się wszelako zająć swoją wychowankę; wyjmował chustki po jednej ze skrzyneczki, rozkładał je na kolanach i szerokim swoim palcem pokazywał dziwaczne figury, których tam było pełno: mężczyźni, kobiety, pagody, dziwne drzewa z okrągłymi liśćmi, mosty w powietrzu i niewolników niosących parasole. – Dziecię patrzyło uważnie na każde malowidło, nie wiedząc właściwie co w nim miało podziwiać, ale gdy Bill pokazując jej małego grubego człowieczka, który zdawał się chodzić po obłokach przy tym parę razy powtórzył „człowiek”, „Chińczyk” jak gdyby chciał dziewczynkę tych słów nauczyć, spojrzała mu w oczy i powtórzyła „inci” co się zdawało tyle cieszyć Billa, że kiwnął głową i prowadził dalej swoją naukę, dopóki wszystkie chustki nie zostały dwa razy obejrzane.

Wybiła ósma godzina. – Bill podniósł się, przeciągnął, ziewnął i wskazując na schodki rzekł:

– Spać iść!

Dziewczynka zrozumiała, dygnęła, i wymówiwszy kilka słów niezrozumiałych, poszła po schodach na górę.

Bill wyszedł z domu, dziewczynka została sama jedna. Usiadła na łóżeczku, zjadła powoli swoją pomarańczę, potem włożyła nocną koszulkę położoną na kołderce przez panią Lester, zmówiła po włosku krótki pacierz, kić retro ją matka nauczyła, przytuliła główkę do poduszki i zasnęła.

Następnego ranka zbudziły ją promienie słońca na twarz jej padające. – Wstała, ubrała się i zeszła na dół. – Nikogo nie było w izbie, bo Bill wyszedł bardzo rano, ale znalazła przygotowane mleko, chleb i masło, zjadła więc i wypiła, stosownie do wyraźnego życzenia Billa. Zaledwie skończywszy śniadanie usłyszała stąpanie i głosy dziecięce, a wnet wpadły dwie dziewczynki przysłane przez panią Lester, by ją zaprowadzić do szkoły. – Była to wielka uciecha; została aż do piątej po południu u kochanej pani Lester, po czym wróciła do opiekuna.

Tak minął dzień pierwszy i potem wiele, wiele dni jeszcze na nauce i zabawie, ale po większej części na dumaniu. – Właściwe godziny nauki mało jej z początku przynosiły korzyści; mówiono bowiem i uczono po angielsku, a te dla niej obce dźwięki nie tylko że jej były zupełnie niezrozumiałe, ale brzmiały tak twardo dla jej słuchu, do innych nawykłego tonów, że nieraz gdy nikt nie widział, zatykała sobie uszy by ich nie słyszeć. Zabawy współtowarzyszek były jej równie obce, i tym mniej dla niej udały wdzięku, że dotąd nigdy prawie nie bywała w dziecinnym towarzystwie. – Cóż więc dziwnego że mała cudzoziemka nieraz cichuteńko siedziała w kąciku, chociaż tuż przy niej chowany lub ślepa babka wprawiały w ruch wszystkie uczennice pani Lester, a śmiechy ich wesołe rozlegały się daleko.