Kamerdyner - Wil Haygood - ebook
Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 102 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kamerdyner - Wil Haygood

Prawdziwa historia czarnego kamerdynera Białego Domu, która stała się kanwą oscarowego filmu. Przez ponad trzy dekady służył on ośmiu prezydentom – od czasów dyskryminacji rasowej do zaprzysiężenia czarnoskórego na Prezydenta USA.

Opinie o ebooku Kamerdyner - Wil Haygood

Fragment ebooka Kamerdyner - Wil Haygood

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Słowo wstępne
KAMERDYNER
Droga kamerdynera
Ruchomy obraz
PIĘCIU WALCZĄCYCH PREZYDENTÓW
Ike
JFK
LBJ
Nixon
Reagan
Podziękowania
O Autorach
Karta redakcyjna

The Butler: A Witness to History

Copyright © 2013 by Wil Haygood
Foreword copyright © 2013 by Lee Daniels

All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever.

Copyright © for the translation by Aleksandra Ambros
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2013

Pamięci Laury Ziskin

SŁOWO WSTĘPNE

Tło filmu Kamerdyner stanowią wydarzenia historyczne, ale bohater tytułowy i jego rodzina kreacją. Odkąd przeczytałem w „Washington Post” artykuł Wila Haygooda o Eugenie Allenie, jestem niezwykle poruszony historią jego prawdziwego życia. Pamiętam, jak Wil Haygood powiedział mi, co zainspirowało go do napisania tego artykułu. W szczytowym momencie kampanii Obamy chciał znaleźć kamerdynera Afroamerykanina, który ruch praw obywatelskich obserwował na własne oczy zarówno z wnętrza, jak i na zewnątrz Białego Domu. Wil zapukał do drzwi pana Allena i został powitany przez skromnego i eleganckiego mężczyznę oraz jego uroczą małżonkę, którzy poświęcili mu popołudnie, snując wspomnienia i pokazując cenne pamiątkowe trofea umieszczone dyskretnie na ścianach piwnicy.

Kiedy tylko przeczytałem napisany przez Danny’ego Stronga scenariusz Kamerdynera, wiedziałem, że muszę ten film wyreżyserować. Natchniony filmami typu Przeminęło z wiatrem, myślałem, że jeśli uda mi się uchwycić choćby połowę tego, co tamten film, dotknę czegoś magicznego. Ale co najważniejsze dostrzegłem sposób podania tej opowieści: skontrastuję oto historię tamtych czasów, szczególnie walkę o równe prawa obywatelskie, z czymś, co stanowić będzie osnowę filmu, z ewolucją stosunku ojciec–syn. Podczas gdy ojciec bezpośrednio obserwował rolę, jaką kolejni prezydenci odgrywali w wytyczaniu kształtu praw obywatelskich, syn buntował się przeciwko temu, co uważał za służalczość ojca. Pełen agresji, przeniósł swoją walkę o równość na ulicę, gotów, jeśli trzeba, poświęcić dla niej własne życie. I wreszcie jest to historia pojednania naszego narodu, a przede wszystkim ojca i syna, kiedy to każdy z nich nauczył się szanować doniosłą i istotną rolę, jaką drugi odegrał w procesie zmieniania historii. To jest emocjonalna i uniwersalna kotwica tego filmu i temat, który z całych sił pragnąłem zgłębić.

I chociaż ojciec i syn oraz reszta rodziny to postacie fikcyjne, wykorzystaliśmy pewne niezwykłe chwile z prawdziwego życia Eugene’a i przenieśliśmy je do naszego filmu jak na przykład tę, kiedy zbolała Jacqueline Kennedy ofiarowuje kamerdynerowi jeden z krawatów zamordowanego prezydenta, czy tę, gdy Nancy Reagan zaprasza kamerdynera z żoną na oficjalny obiad. Eugene Allen był człowiekiem niezwykłym i jestem szczęśliwy i wdzięczny Wilowi Haygoodowi, że starczyło mu pasji i uporu, by go odnaleźć i tchnąć życie w jego historię tym artykułem, a także niniejszą książką, która przekazuje historię obszerniej.

Lee Daniels

KAMERDYNER


Kamerdyner-6.html

 

DROGA KAMERDYNERA

Gdzieś tam był. Teraz musiał już być człowiekiem starym. Przepracował dziesiątki lat w Białym Domu. Może zszedł z tego świata w zupełnej samotności, co zostało odnotowane jedynie drobną wzmianką. Jeśli jednak tak się stało, nikt nie potrafił tego potwierdzić. Może szukałem ducha. W istocie szukałem kamerdynera. Nie byłem w stanie zaprzestać tych poszukiwań.

Tak jest, kamerdynera.

To taka staroświecka, anachroniczna nazwa – „kamerdyner”. Ktoś, kto ludziom służy, kto widzi, ale nie widzi; ktoś, kto umie odczytywać nastroje tych, którym służy. Postać w cieniu. Kinomani zakochali się w kamerdynerze jako postaci z filmu My Man Godfrey z 1936 roku [polski tytuł: Mój pan mąż], w którym William Powell grał rolę kamerdynera w zwariowanym domu. A niedawno kamerdyner oraz inni aktorzy grający służących zyskali popularność w bardzo lubianym serialu telewizyjnym Downton Abbey. Mój kamerdyner był dżentelmenem. Nazywał się Eugene Allen. Przepracował trzydzieści cztery lata w rezydencji przy Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie, którą świat zna jako Biały Dom.

Wreszcie po rozmowach z dziesiątkami osób na obydwu wybrzeżach naszego kraju, po dziesiątkach telefonów odnalazłem go. Był jak najbardziej żywy. Mieszkał wraz z żoną Helene na cichej ulicy w północnym Waszyngtonie. Eugene Allen pracował jako kamerdyner za administracji ośmiu prezydentów, od Harry’ego Trumana do Ronalda Reagana. Był świadkiem historii nierozpoznanym przez nią.

– Proszę wejść – powiedział, otwierając drzwi swego domu w ów zimny listopadowy dzień 2008 roku.

Zdążył już zażyć swoje poranne leki. Zdążył podać śniadanie żonie. Liczył osiemdziesiąt dziewięć lat i miał właśnie otworzyć przede mną nowe drzwi do historii.

Oto jak wyglądała opowieść kamerdynera z Białego Domu, który zaistniał w gazetach na całym świecie, gdy moja relacja ukazała się na pierwszej stronie „Washington Post” trzy dni po historycznym wyborze 4 listopada 2008 roku Baracka Obamy na prezydenta.

Wszystko zaczęło się w nocnych ciemnościach latem 2008 roku w Chapel Hill, w Karolinie Północnej. Północ nadeszła i minęła, przemówienie było podsumowywane, analizowane i opisywane. Kolejny rokujący nadzieję demokratyczny kandydat na prezydenta żarliwie przekonywał tłum studentów i wyborców, dlaczego powinni na niego głosować. Na kampusie Uniwersytetu Karoliny Północnej ludzie obsiedli krokwie areny znanej jako Kopuła Dziekańska. Emanujący spokojem i pewnością siebie kandydat szedł po zwycięstwo. Publiczność była wielokulturowa, młoda i stara. Z głośników płynął natychmiast rozpoznawalny chrapliwy głos Stevie’ego Wondera. Wśród starszej publiczności byli weterani ruchu praw obywatelskich: lata sześćdziesiąte, segregacja rasowa, ci dzielni biedacy zastrzeleni i grzebani na całym Południu. I oto przed zgromadzonymi stał kandydat w koszuli z podwiniętymi rękawami, trzymający mikrofon.

– Kandyduję z powodu, który doktor King nazwał gwałtowną potrzebą chwili bieżącej, bo wierzę w coś takiego, jak możliwość przegapienia szansy, a ta godzina, Karolino Północna, właśnie wybija.

Te słowa miały wydźwięk kaznodziejski, rewolucyjny i ówczesny senator Barack Obama bez wysiłku poderwał tłum na nogi. Okrzyki i oklaski wskazywały na jego zwolenników. Jednakże to było Południe, on był czarny, Biały Dom wydawał się fantastycznym marzeniem. Historia i demony czaiły się wszędzie, chociaż kandydat wydawał się na to nieczuły.

Byłem jednym z dziennikarzy relacjonujących tej nocy kampanię Obamy dla „Washington Post” i przez siedem dni latałem w tę i we w tę z jednego stanu do drugiego. Po wiecu w Chapel Hill i przemówieniu – oraz przeprowadzeniu w środku wywiadów z kilkoma osobami – miałem wyjść i udać się do autobusu, który zabierał dziennikarzy z powrotem do hotelu. Nocne powietrze było słodkie i upajające. Nagle usłyszałem coś przedziwnego: płacz, i to dochodzący gdzieś z bliska. Odwróciłem głowę i usiłowałem przeniknąć wzrokiem ciemność. Tuż obok siedziały na ławce trzy panienki, studentki. Podszedłem do nich i zapytałem, czy coś się stało.

Nasi ojcowie nie rozmawiają z nami – wykrztusiła jedna z nich wśród łkań – bo popieramy tego człowieka.

Wszystkie były na wiecu w Kopule. Koleżanki mojej rozmówczyni przytaknęły, spoglądając zaczerwienionymi oczami. Ta kontynuowała:

Nasi ojcowie nie życzą sobie, żebyśmy popierały czarnego, ale nie zdołają nas powstrzymać.

To mną wstrząsnęło. Usiadłem, by porozmawiać z nimi przez chwilę. Szlochy ucichły i na twarzach dziewcząt pojawił się wyraz otwartego buntu. Ignorowały swoich tatusiów, zamierzały brać udział w ruchu, który miał wprowadzić tego czarnego do Białego Domu. Może to było wyczerpanie, może roiłem jakieś mrzonki, może ich łzy poruszyły mnie bardziej, niż zdawałem sobie sprawę. Ale tam i wtedy, w tych ciemnościach Południa – jakbym został kopnięty przez muła – powiedziałem sobie, że Barack Obama naprawdę wprowadzi się na Pennsylvania Avenue, do Białego Domu.

Po kilkunastu dniach od tej nocy w Chapel Hill oświadczyłem Steve’owi Reissowi, mojemu redaktorowi, że Barack Obama wygra prezydenturę, a ponieważ ją wygra, ja muszę znaleźć kogoś z epoki segregacji rasowej, znaleźć go natychmiast, żeby opisać, co ten nadchodzący doniosły moment w historii Ameryki znaczy dla niego. Powiedziałem, że chodzi mi o osobę, która pracowała w Białym Domu. Mój redaktor uniósł brwi. Nie wierzył, że Obama wygra, ale zawierzył mojej intuicji. Chciał, żebym uporał się z paroma zaległymi zobowiązaniami, a następnie udał się na poszukiwania owej widmowej osoby. Zastanawiał się, jak głęboko w przeszłość zamierzam sięgać.

– Mówisz o latach sześćdziesiątych?

Jeszcze dawniej – odpowiedziałem.

Chciałem znaleźć kogoś czarnoskórego – mężczyznę lub kobietę – kto pracował i sprzątał w Białym Domu, kto zmywał tam naczynia, kto pił wodę z tych fontann TYLKO DLA KOLOROWYCH w Ameryce czasów Jima Crowa. Nie obchodziło mnie, że wszyscy wokół nieustannie powtarzali: Ameryka nie wybierze czarnego prezydenta.

Czarny zatrudniony w Białym Domu w latach pięćdziesiątych? Pracownica w tamtejszej centrali telefonicznej oświadczyła, że mają zasadę niepodawania nazwisk byłych pracowników i że nie zna żadnego biura w Białym Domu, które dopomogłoby mi w poszukiwaniach. Reporter w swojej pracy zawsze natyka się na ściany, blokady dróg, powiedziałem więc sobie, że nie ma się czym przejmować. Poza tym miałem swojego informatora na Kapitolu, kogoś w biurze pewnego kongresmena, kto był skłonny mi pomóc. Niestety mimo wielu zabiegów tu i tam mój znajomy też nie mógł pozyskać dla mnie żadnej informacji. Inni wkrótce mieli mi do zaoferowania tylko puste spojrzenia albo długie pauzy w rozmowie telefonicznej. Żadnych nazwisk ani nawet tropów. I gdy zacząłem się już zastanawiać, czy taka osoba jest w ogóle do znalezienia, ktoś wspomniał o pewnej kobiecie z Florydy, która kiedyś pracowała w Białym Domu i może coś o kimś takim wiedzieć.

Pani z Florydy, dawna pracownica Białego Domu, podała mi nazwisko.

Gdyby umarł, słyszałabym o tym – powiedziała. – Ostatni raz widziałam Eugene’a Allena na Pennsylvania Avenue 1600, gdy wsiadał do taksówki. Był na spotkaniu w Białym Domu. Pracował tam wiele lat jako kamerdyner. – Nie wiedziała dokładnie ile.

Jeśli Eugene Allen jeszcze żył, trzeba było go odnaleźć. Skoro wsiadał do taksówki, kiedy moja rozmówczyni z Florydy widziała go po raz ostatni, to prawdopodobnie mieszkał w Waszyngtonie, Dystrykt Kolumbii, Maryland, Wirginia. Książki telefoniczne pełne były Eugene’ów Allenów. Po wykonaniu czterdziestu telefonów, nie natrafiwszy na poszukiwanego Eugene’a Allena, zacząłem wątpić, czy on rzeczywiście mieszka nadal w tej okolicy. Ludzie na starość zachowują się jak ptaki odlatujące na zimę do ciepłych krajów. Przeprowadzają się do Kalifornii, Arizony czy na Florydę. Ale też, oczywiście, umierają. Bezskutecznych telefonów przybywało.

– Halo, poszukuję pana Eugene’a Allena, który pracował kiedyś jako kamerdyner w Białym Domu. – Była to mniej więcej pięćdziesiąta szósta próba.

Przy telefonie.

Podziemna kolejka dudniła pod powierzchnią Dystryktu Kolumbii. Kamerdyner dał mi wskazówki, jak dotrzeć do jego domu. Była to dzielnica robotnicza, w której w latach sześćdziesiątych miały miejsce rozruchy. Po drodze minąłem smażalnię ryb, domy modlitwy za sklepowymi szyldami i sklepiki z odzieżą. Furtka przed domem kamerdynera była wyraźnie uchylona: oczekiwano gościa.

– Proszę wejść – powiedział Eugene Allen. Miał z lekka przygarbione plecy i poruszał się z nieznacznym grymasem bólu. Przedstawił swoją żonę Helene, spoczywającą w fotelu klubowym z laską na kolanach. Uśmiechała się ciepło. Mieszkali sami. Kiedy usiadł, oboje szybko mnie poinformowali, że chętnie ze mną porozmawiają, ale dopiero gdy skończy się ich ulubiony teleturniej The Price Is Right. Śledzili kolejne epizody w skupieniu, co jasno dawało mi do zrozumienia, bym nie ośmielił się przerwać; nie odzywałem się więc.

Na brzegu stołu leżało z pół tuzina magazynów ze zdjęciem ówczesnego senatora Baracka Obamy na okładce. Widać było, jak dumni są z jego kandydatury. Podczas gdy teleturniej migał na panoramicznym ekranie telewizora (prezent od ich jedynego dziecka, Charlesa, weterana wojny wietnamskiej, który pracował jako analityk w Departamencie Stanu), spostrzegłem na ścianie jedyną fotografię wskazującą na zatrudnienie w Białym Domu: Allenowie stojący z prezydentem i Nancy Reagan podczas jakiejś – chyba bardzo oficjalnej – uroczystości. Ciągle nie byłem pewien, dla ilu dokładnie prezydentów Eugene Allen pracował.

Dla ośmiu – powiedział mi.

Ośmiu? Nie mógł nie zauważyć mojego zdziwienia.

Zgadza się. Ośmiu. Zacząłem za Harry’ego Trumana i tak po kolei do prezydenta Reagana.

Zaczął mi opowiadać swoje życie. Urodził się w 1919 roku w Scottsville w Wirginii, na plantacji; dorastał jako „chłopak do wszystkiego” u białej rodziny. Przyuczyli go do robót kuchennych i służył u nich do pełnoletności, zmywając naczynia i nakrywając do stołu. Nie było cienia goryczy w jego głosie, gdy opowiadał o swoim wychowaniu. Ale chciał jak Huck Finn wyruszyć w świat. Dotarł do znanego kurortu Hot Springs w Wirginii. Dzięki swoim wysokim kwalifikacjom otrzymał pracę kelnera.

W latach trzydziestych dzięki poczcie pantoflowej funkcjonującej między członkami kościołów szybko przybywało pracy dla Murzynów: bagażowi u Pullmana, boye w murzyńskich hotelach – to była awangarda, która uformowała trzon czarnej klasy pracującej i średniej. W Hot Springs ktoś powiedział Eugene’owi o pracy w Waszyngtonie, w podmiejskim klubie golfowym. Allen słyszał o ważniakach i hojnych napiwkach w klubach golfowych. Zapakował więc walizki do bagażnika i wkrótce znalazł się w stolicy.

Wielki Kryzys przygniatał kraj jak ciężki kamień, ale on miał pracę w Waszyngtonie i lubił ją. Nosił dobre ubrania, kapelusze z miękkim rondem i dwukolorowe półbuty. (Na niektórych fotografiach z tego okresu siedzi na masce samochodu w szykownym garniturze i fedorze i wygląda jak milion dolców, choć był do cna spłukany). Pewnego wieczoru w 1942 roku poznał na imprezie towarzyskiej Helene, również świeżą mieszkankę Dystryktu Kolumbii. Jej krewni w Waszyngtonie przysyłali listy i czasopisma do niewielkiego miasta w Karolinie Północnej, gdzie się urodziła i wychowała. Chciała się wyrwać z Południa Jima Crowa. Zdeterminowana błagała ojca, by pozwolił jej żyć w tej opisywanej przez krewnych mekce. Choć na początku powiedział nie, prosiła go tak długo, aż wreszcie ustąpił. I teraz w Waszyngtonie podczas towarzyskiego wieczorku ona i Eugene przypatrywali się sobie i potrząsali głowami przy dźwiękach muzyki – była pewna, że poprosi ją o numer telefonu. Trwała wojna i liczyła się każda chwila. Życie było tak nieprzewidywalne. Ale on okazał się zbyt nieśmiały.

– Wyśledziłam więc jego numer – mówi. Oboje chichocą.

Pobrali się rok po tym spotkaniu.

Do