Już się nie wstydzę.Wyznania mężczyzny uzależnionego od seksu. - T.C.Ryan - ebook
Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Już się nie wstydzę.Wyznania mężczyzny uzależnionego od seksu. ebook

T.C.Ryan

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 310 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Już się nie wstydzę.Wyznania mężczyzny uzależnionego od seksu. - T.C.Ryan

Książka Już się nie wstydzę to świadectwo codziennej walki z konsekwencjami złych wyborów, historia opowiedziana niezwykle szczerze i uczciwie, bez jakichkolwiek prób szukania wymówek i usprawiedliwiania się.

Nie zamierzam udawać, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie roszczę sobie prawa do reformowania Kościoła w obszarze ułomności seksualnej. Mam natomiast do opowiedzenia historię, która w większym stopniu jest opowieścią o Bogu niż o mnie. Jest to raczej opowieść o nadziei w beznadziei niż historia mojego życia. Jest to opowieść o łasce i mocy Boga, który wkracza w życie człowieka i zmienia je, kiedy wszystkie ludzkie nadzieje zawodzą. / T.C. Ryan

Opinie o ebooku Już się nie wstydzę.Wyznania mężczyzny uzależnionego od seksu. - T.C.Ryan

Cytaty z ebooka Już się nie wstydzę.Wyznania mężczyzny uzależnionego od seksu. - T.C.Ryan

Człowiek może się zmienić wyłącznie dzięki mocy Bożej łaski zastosowanej w naszym imieniu. Kiedy jednak Bóg nas wzywa, musimy za Nim pójść. Aby to zrobić, musimy iść. Ujmując całą rzecz inaczej, można powiedzieć, że są rzeczy, których nie osiągniemy bez pomocy Boga, ale są też rzeczy, których On nie zrobi bez naszego udziału. Dokonując „gruntownego obrachunku”, o którym
w moim przypadku trauma z dzieciństwa pozostawiła po sobie cztery widoczne ślady. Pierwszym z nich są impulsywne reakcje ( acting-out ) lub, innymi słowy, powtarzanie traumy w celu uspokojenia siebie. Polega to na tym, że człowiek powraca do przyczyn traumy, aby znaleźć ukojenie. Działaniom wykonywanym w fazie acting-out nie towarzyszy wstyd ani poczucie winy, i właśnie w taki sposób są one utrwalane w pamięci: kiedy wykonuję daną czynność, nie wstydzę się ani nie czuję się winny.
Klasyczna postawa osoby z zespołem stresu pourazowego, ADHD i zaburzeniami lękowymi polega na odwlekaniu działania, które buduje napięcie do chwili, kiedy pojawia się przypływ adrenaliny, a wraz z nim wewnętrzna motywacja do produktywnych zachowań. W takim scenariuszu chaos sprzyja działaniu i wydajności. Przez całe życie albo odzyskiwałem siły po jednej burzy, albo przygotowywałem się do następnej.
W moim przypadku wstyd był elementem oszukiwania samego siebie. Wstyd zawsze mnie okłamywał. Musiałem nauczyć się odrzucać go jak starą koszulę za każdym razem, kiedy wkradał się do mojej świadomości. Nie jest to łatwe zadanie. Kosztowało mnie to wiele wysiłku, ponieważ moja psychika ma niezwykłą skłonność do zawstydzania siebie samej.
Boże, użycz mi pogody ducha Abym godził się z tym Czego nie mogę zmienić Odwagi Abym zmieniał to Co mogę zmienić I mądrości Abym odróżniał jedno od drugiego Pozwól mi co dzień Żyć tylko jednym dniem I czerpać radość chwili, która trwa I w trudnych doświadczeniach losu Ujrzeć drogę wiodącą do spokoju I przyjąć – jak Ty to czyniłeś – Ten grzeszny świat takim Jakim on naprawdę jest A nie takim, jak ja chciałbym go widzieć I ufać, że jeśli posłusznie poddam się Twojej woli To wszystko będzie jak należy Tak, bym w życiu osiągnął umiarkowane szczęście U Twego boku, na wieki posiadł szczęśliwość nieskończoną. Amen.
Później, już podczas terapii, nauczyłem się rozpoznawać czynniki, które wyraźnie zwiększały ryzyko obsesyjnego poszukiwania ucieczki w zachowaniach seksualnych. Pierwszym z tych czynników był stres. Drugim czynnikiem była nuda, a trzecim – nadarzająca się sposobność. Gdy w związku z planowanymi spotkaniami lub obowiązkami miałem okazję znaleźć się w dzielnicach, w których pornografia jest bardziej dostępna, a więc zwiększa się pokusa ulegania erotycznym fantazjom, prowadziłem sam ze sobą diaboliczny dialog. Z jednej strony odzywał się głos, który namawiał do uczciwego, autentycznego i posłusznego zachowania. Z drugiej, na chłodno obmyślałem plan, dzięki któremu mogłem znaleźć wolną chwilę i doświadczyć ulgi.
W czwartym i piątym wieku po narodzinach Jezusa mnisi żyjący na pustyni w Egipcie uczyli swoich nowicjuszy, w jaki sposób mają radzić sobie z ośmioma pierwotnymi myślami (pierwotnymi, ponieważ występują u wszystkich ludzi we wszystkich epokach; nieustannie odnawiają się w każdym człowieku i są źródłem wszystkich innych myśli, intencji i motywacji). Chodzi mianowicie o myśli związane z jedzeniem, seksem, przedmiotami, gniewem, zwątpieniem, acedią (gnuśnością, lenistwem), próżnością i pychą.
W zdrowym, chrześcijańskim rozwoju duchowym chodzi o to, by schwytać swoją małpę i wyszkolić ją tak, aby nam służyła. Trzeba okiełznać egoistyczną naturę i poddać ją działaniu Stwórcy, aby prowadzić życie pełne miłości, radości i szczęścia. Wszyscy mają swoje małpy i wszyscy robią bałagan. Część z nas wyhodowała sobie małpy innego gatunku, nasze słabości są innego rodzaju, a nasze małpy zmieniają się razem z nami.
Niebezpieczne zabawy z seksualnością – czyli darem o potężnym działaniu – przypominają zabawę z sympatyczną, małą małpką, którą uważamy za niewinnego, inteligentnego, zabawnego partnera, dostarczającego bezpiecznej, łagodnej rozrywki. W naszej kulturze większość ludzi uważa seks właśnie za sympatyczną rozrywkę. No więc powiedzmy sobie wyraźnie – nasza małpka potrafi zasłonić nam oczy w chwili, kiedy prowadzimy samochód. Zdarza się, że z trudem unikamy wypadku. Poza tym karmienie i opieka nad małpką wymaga czasu i pieniędzy. Tolerujemy ją jednak nawet wtedy, kiedy rośnie, zajmuje coraz więcej miejsca na tapczanie i zabiera coraz więcej czasu. Przecież jest taka zabawna, rozmiesza nas i wprawia w dobry nastrój.
Jego książki: Out of the Shadows (Wychodząc z cienia; 2001) oraz Od nałogu do miłości 21 (1999) są lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy chcą lepiej zrozumieć mechanizm kompulsywnych zachowań seksualnych.
Cykl uzależnienia (godzina szósta na górnym okręgu) ma własną tarczę, na której zaznaczone są cztery pozycje. Na dwunastej zaznaczone jest zaabsorbowanie, na trzeciej – rytualizacja, na szóstej – przymusowe zachowania seksualne, na dziewiątej – przygnębienie.
Przez kilka krótkich – bardzo krótkich – chwil osoba uzależniona jest wolna od strachu i nienawiści do siebie. Ale wtedy, w jednym, miażdżącym wahnięciu wskazówki, seksoholik znajduje się w punkcie godziny dziewiątej, czyli pogrąża się w rozpaczy. Dobre samopoczucie ulatnia się w jednej chwili, a seksoholik poddany jest działaniu natarczywych myśli: „Jestem podłym, okropnym człowiekiem”.
Poza tym, kiedy podejmujemy ryzykowne zachowania lub sprzeniewierzamy się wyznawanym zasadom, wywołujemy silne poczucie winy i niepokoju, a tym samym również uwalniamy adrenalinę. Adrenalina może dwukrotnie, a nawet trzykrotnie wzmocnić działanie dopaminy. Czy rozumiecie już, dlaczego chrześcijanin lub każda osoba uzależniona, która podejmuje działania zagrażające jej samej, niechcący wystawia się na działanie znacznej dawki związków chemicznych służących wzmacnianiu danego zachowania?
Co nam to mówi o samym Jezusie, o wstydzie i o seksualnym uzależnieniu? Przede wszystkim musimy pamiętać, że Bóg nigdy, przenigdy nie jest zaskoczony naszymi niepowodzeniami, naszym zepsuciem. Nie zasmuca się, nie załamuje rąk, mówiąc: „Mam już ciebie dosyć!”.
Kiedy rozpoczynałem spotkania w ramach programu dwunastu kroków, dowiedziałem się, że jedną z zasad jest unikanie nadmiernych szczegółów. Szczegóły mogą mieć pornograficzny charakter, mogą rozpraszać innych uczestników grupy, wywołując u nich podniecenie lub skłaniając do oceny danego zachowania, a przede wszystkim nie one są najważniejsze, nie służą niczemu dobremu, a czasami są wręcz szkodliwe.
Nie oczekujemy przecież, że osoby, które ranią siebie i innych poprzez inne grzeszne zachowania (na przykład łakomstwo, plotkarstwo czy bałwochwalstwo) będą nam szczegółowo opisywać swoje postępki. Dlaczego więc chcemy inaczej traktować grzechy seksualne? Kiedy chcemy zbyt wiele opowiedzieć lub zbyt wiele usłyszeć, niebezpiecznie zbliżamy się do lubieżności.

Fragment ebooka Już się nie wstydzę.Wyznania mężczyzny uzależnionego od seksu. - T.C.Ryan






Przedmowa

W swojej niezwykle ważnej książce pastor T.C. Ryan przedstawia „studium przypadku” sporządzone w oparciu o własne doświadczenia osoby uzależnionej od seksu, której udało się wyjść z nałogu.

Autor pisze z odwagą i absolutną szczerością, ponieważ jest uczciwy wobec samego siebie. Nie musi już przed nikim ukrywać tego, czego nie ukrywa przed sobą. Poza tym troska o czytelników, którzy mogą wyciągnąć naukę z jego doświadczeń, nakłada na niego obowiązek pisania prawdy. Osoby uzależnione mogłyby bowiem z łatwością rozpoznać kłamstwo (same przecież kłamią), a wówczas rozważania Ryana nie miałyby żadnej wartości. Przypuszczalnie zaliczyłyby go do swojego grona, ale nie uwierzyłyby w jego wyzdrowienie. Podziwiam więc Ryana za to, że zerwał z nałogiem, ale równie głęboko podziwiam jego uczciwość.

Książka Już się nie wstydzę nie zaspokoi jednak ciekawości podglądacza. Autor nie podaje pikantnych szczegółów, natomiast z przenikliwą dokładnością opisuje codzienne funkcjonowanie osoby uzależnionej od seksu.

Wyjaśnia przyczyny tego rodzaju uzależnienia, ale nie zamierza szukać wymówek.

Opisuje nałogowe zachowania po to, aby pokazać mur, jakim osoba uzależniona osłania swój wstyd, jak również po to, aby dotrzeć do źródeł jej zachowań.

Autor przedstawia nie tylko psychologiczną, lecz również głęboko teologiczną interpretację przyczyn uzależnienia. Korzenie nałogu wyrastają bowiem z ciemności, którą każdy człowiek (jeżeli ma dość odwagi) może w sobie odnaleźć.

Dla Ryana źródłem zrozumienia mechanizmów uzależnienia, a zarazem drogą wyjścia jest Pismo Święte i inne chrześcijańskie teksty. Na jakiej duchowej scenie rozgrywa się ten dramat? Z ilu aktów się składa? Jaką rolę odgrywa w nim Jezus? W jaki sposób chrześcijańskie wspólnoty mogą pomóc osobie uzależnionej wydostać się z bagna nałogu?

Etapy procesu przemiany nie są wytyczone prostymi zaleceniami w rodzaju: „Aby dotrzeć do celu zrób to, a następnie zrób tamto”. Nie wystarczy zastosować się do szeregu praktycznych wskazówek, jak kulturysta przestrzegający określonego programu ćwiczeń. Przemiana to organiczny proces, który wymaga aktywnego działania duszy, nawiązywania kontaktu z Bogiem, obejmujący momenty załamania, gniewu, ale także zadziwienia i niewysłowionej wdzięczności. I jest to proces niemający końca.

Dzięki świadectwu Ryana mogą go poznać osoby, które same nie są chore, ale współuczestniczą w uzależnieniu innych lub chcą im pomagać. Co więcej, autor w swoim opracowaniu uwzględnia również działanie całych wspólnot. Jego teologiczne rozważania mają niezwykłą wartość dla każdego chrześcijanina, ponieważ doświadczenie osoby uzależnionej staje się metaforą, która podkreśla znaczenie ważnych aspektów duchowego życia każdego człowieka.

Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek mógł opisać złamaną duszę lepiej niż Ryan – człowiek oczytany i obdarzony nieprzeciętną inteligencją, a jednocześnie pełen miłości duszpasterz, któremu przebaczono i który sam w pełni przebaczył.

Walter Wangerin Jr


Wstęp

Ponad czterdzieści lat spędziłem na pustyni. Odniosłem wprawdzie sukces jako założyciel Kościoła, byłem też dobrym pastorem i kaznodzieją, ale nie te aspekty najlepiej charakteryzują moją życiową drogę. Znajdowałem się na pustyni błądzenia, nieustannych zmagań i dróg na skróty, ale właśnie tam Bóg zaszczepił we mnie pragnienie pełni. I w swojej łasce pozbierał rozsypane kawałki mojego życia, dokonując – jak w wielu innych przypadkach – cudownego dzieła przemiany.

Moja konkretna pustynia miała wiele różnych cech, ale w jej krajobrazie na plan pierwszy wysuwały się kompulsywne zachowania seksualne. Fakt, że byłem (i jestem) uzależniony od seksu, bardzo utrudnił moją życiową drogę i uczynił ją bardziej samotną. Opowiadanie mojej historii to bardzo ciężkie i deprymujące doświadczenie, chciałbym jednak podzielić się nią z tymi, którzy właśnie teraz umierają na podobnej pustyni. A jest ich bardzo wielu.

Ameryka ma naprawdę olbrzymi problem. Mniej więcej dziesięć lat temu ogólnoświatowy przemysł pornograficzny przynosił zyski szacowane na pięćdziesiąt siedem miliardów dolarów. Dwanaście miliardów z tej kwoty to dochody wygenerowane w USA. Jeżeli – tak jak mnie – takie wielkie liczby nic wam nie mówią, ponieważ trudno je do czegokolwiek odnieść, to spróbujmy ująć to nieco inaczej. Te dwanaście miliardów dolarów, które Amerykanie każdego roku wydają na pornografię, to więcej niż łączne dochody wszystkich zawodowych spółek amerykańskiego futbolu, bejsbolu i koszykówki. Więcej niż łączne dochody trzech głównych sieci telewizyjnych w USA: ABC, CBS i NBC1.

Z tych dwunastu miliardów dolarów w 2003 roku Amerykanie dwa i pół miliarda wydali na pornografię internetową. W tamtym okresie 25% pytań wpisywanych w wyszukiwarki internetowe dotyczyło pornografii, a 12% stron internetowych miało pornograficzny charakter. Pornografia dziecięca każdego roku daje dochody w wysokości trzech miliardów dolarów, a 90% dzieci w wieku od ośmiu do szesnastu lat miało styczność z pornografią w Internecie (na ogół podczas odrabiania pracy domowej)2. Obecnie te statystyki są już najprawdopodobniej nieaktualne, a przemysł pornograficzny rozwinął się jeszcze bardziej.

Liczby te jednoznacznie wskazują na pewną wyjątkowo nieprzyjemną cechę kultury konsumpcyjnej. Koniecznie musimy odpowiedzieć sobie na następujące pytania: Dlaczego konsumujemy tak wiele różnych form seksualnej ekspresji? oraz: Jaki wpływ na jednostki i na całe społeczeństwo ma rosnący apetyt na seks?

Część ekspertów od zdrowia psychicznego wciąż zastanawia się, czy kompulsywne nadużywanie własnej seksualności należy zaliczyć do uzależnień, a komicy z nocnych programów wyśmiewają osoby publiczne przyłapane na problemach z niekontrolowanymi zachowaniami seksualnymi. Tymczasem frontalny atak na Amerykę trwa. Patrick Carnes, pionier badań nad uzależnieniem od seksu, wiele lat temu szacował, że seksoholicy stanowią 6 do 10% dorosłej populacji Stanów Zjednoczonych. Obecnie nie ulega wątpliwości, że liczba ta sięga nawet 40%3. To naprawdę bardzo, bardzo dużo. Mamy więc do czynienia z wyniszczającą epidemią na skalę narodową. Jakby tego było mało, zjawisko, które dawniej uważano za wyłączną domenę mężczyzn, obecnie dotyczy obu płci. Dostęp do pornografii w Internecie sprawia, że coraz więcej kobiet uzależnia się od seksu.

Mogłoby się wydawać, że osoby, które pracują nad rozwojem swojej duchowości – na przykład ludzie związani z Kościołem – powinny lepiej sobie radzić z tak trudnym wyzwaniem. Niestety tak nie jest. Wyniki pewnego badania pokazały na przykład, że 53% mężczyzn z chrześcijańskiej organizacji Promise Keepers przyznało się do oglądania pornografii w minionym tygodniu4. Marnie Ferree w doskonałej książce zatytułowanej No Stones (Bez kamieni) ujawnia fakty dotyczące uzależnienia od seksu wśród kobiet. Autorka powołuje się na wyniki sondażu przeprowadzonego w 2006 roku, w którym 20% chrześcijanek deklarowało nałogowe korzystanie z pornografii5.

We współczesnym, stechnicyzowanym świecie coraz bardziej wyniszczający wpływ wywiera zjawisko korzystania z tak zwanych „czatów”. Ferree pisze, że kobiety, które od oglądania pornografii internetowej przechodzą do rozmów „na czacie”, bardzo często nawiązują relacje w cyberprzestrzeni. Prawie 80% kobiet, które korzystają z chatroomów o tematyce seksualnej, rzeczywiście spotyka się z partnerami poznanymi przez Internet6. Ameryka ma więc ogromny problem i wygląda na to, że nikt nie wie, jak go rozwiązać.

Jako mężczyzna zmagający się z pożądaniem i uzależnieniem od pornografii pragnę przeprosić kobiety w ogóle, a zwłaszcza kobiety, które uczestniczą w moim życiu. Pornografia, pożądliwość oraz niekontrolowane zachowania seksualne przesłaniają wspaniałą prawdę, zgodnie z którą kobieta jest istotą stworzoną na obraz Boga i otrzymała od Stwórcy takie wspaniałe cechy i zdolności jak opiekuńczość, delikatność, piękno, matczyne ciepło, inteligencję czy umiejętność nawiązywania więzi.

Kolejnym obiektem ataku jest młode pokolenie. Właśnie dzisiaj dziewięciolatek otrzyma na swój telefon komórkowy przesłany pocztą elektroniczną obraz, na którym kobieta i mężczyzna wzajemnie wykorzystują się seksualnie. Nie będzie wiedział, co z tym zrobić, ale do jego świadomości dotrze komunikat: „tak zachowują się dorośli; na tym polega seks”. Właśnie dzisiaj jedenastolatka wykona czynność seksualną ze starszym chłopakiem, ponieważ kultura, w której żyje, uczy, że jej wartość zależy od tego, czy wykorzystuje swoją osobę i seksualność do usługiwania innym. Przykłady, które podałem, bynajmniej nie należą do wyjątków. Do podobnych sytuacji dochodzi wielokrotnie każdego dnia.

Nie zamierzam udawać, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie roszczę sobie prawa do reformowania Kościoła w obszarze ułomności seksualnej. Mam natomiast do opowiedzenia historię, która w większym stopniu jest opowieścią o Bogu niż o mnie. Jest to raczej opowieść o nadziei w beznadziei niż historia mojego życia. Jest to opowieść o łasce i mocy Boga, który wkracza w życie człowieka i zmienia je, kiedy wszystkie ludzkie nadzieje zawodzą.

Dzielę się więc swoją historią – i wynikającymi z niej przemyśleniami – po to, aby dodać otuchy ludziom, którzy zmagają się z ogromnymi osobistymi problemami i zaczynają tracić nadzieję. Część czytelników zapewne ma już swoje lata (tak jak ja), a nieustanna walka tak bardzo wyczerpała ich siły, że mają ochotę się poddać. Inni – młodsi – nie są jeszcze tak zmęczeni i przerażeni, ale czują już, że znaleźli się w poważnych tarapatach. Jest też prawdopodobnie grupa, która zawodowo pełni duszpasterską posługę lub przygotowuje się do niej, a świadomość rozdźwięku pomiędzy powołaniem a uzależnieniem zżera ją od środka.

Jeżeli zaliczyłeś siebie do jednej z opisanych wyżej grup, to znaczy, że zmagasz się ze skrywanym poczuciem wstydu i – tak jak ja przez wiele, wiele lat – nie wiesz, co robić. Piszę tę książkę po to, by ci powiedzieć, że nawet w chwilach najcięższych zmagań nie powinieneś tracić nadziei. Owszem, czasami jej źródło nie od razu jest widoczne, a nawet jeżeli je dostrzeżemy, bardzo często nie jesteśmy gotowi go przyjąć. Ale ono istnieje; i jest dostępne dla wszystkich. Jeżeli więc napotkasz trudności na swojej życiowej drodze, pamiętaj, że nie jesteś sam. I nie zawsze będziesz w tym miejscu, w którym znajdujesz się obecnie.

Mam nadzieję, że moje słowa przyniosą korzyść również innym ludziom. Część z was na pewno ma przecież znajomych lub krewnych, którzy toczą walkę z uzależnieniem; i zapewne wy również nie wiecie, co robić. Jeżeli należycie do wspólnoty Kościoła, zaliczacie się do tej kategorii, nawet jeżeli nie zdajecie sobie z tego sprawy. Kieruję tę książkę również do osób, które odpowiadają za seminaria, szkoły biblijne i instytucje zarządzające posługą Kościoła. Mam nadzieję, że służąc innym pomocą i radą, skorzystają z moich doświadczeń i spostrzeżeń.

Jestem człowiekiem, który przez większą część dorosłego życia dokonywał złych wyborów, trwał w złym postępowaniu i pielęgnował niewłaściwe wzorce. Wszystko to zaowocowało bardzo negatywnymi skutkami, na które ciężko sobie zapracowałem. Jednak mimo mojej ułomności i mimo mojego uporu, Bóg nieustannie okazywał mi życzliwość. Dzięki Jego miłości i łasce, jak również dzięki wytrwałemu wsparciu żony i najbliższych przyjaciół, dzisiaj jestem człowiekiem pełnym pokory, który przeważnie dokonuje dobrych wyborów, powtarza dobre zachowania i utrwala właściwe wzorce.

Kilka miesięcy od chwili, kiedy porzuciłem duszpasterską posługę i odszedłem z Kościoła, który razem z żoną założyliśmy dziewiętnaście lat wcześniej, przechodziłem najintensywniejszą psychoterapię, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić. Obnażyłem swoją duszę i odsłoniłem uczucia. Kiedyś przez znaczną część dnia leżałem na podłodze, usiłując przypomnieć sobie, jak się nazywam. Pewnego ranka siedziałem w naszej pracowni przed ikoną Chrystusa oświetlaną małą, wotywną świeczką. Po kilku wprowadzających modlitwach zacząłem czytać teksty przeznaczone na dany dzień. Był wśród nich 22 rozdział Ewangelii według św. Łukasza. Mój wzrok padł na słowa wersu trzydziestego pierwszego. Nie mogłem oderwać spojrzenia od drukowanych liter. Czułem, że Duch Święty pragnie, abym zwrócił szczególną uwagę na ten fragment:

Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci (Łk 22,31–32)7.

Książka Już się nie wstydzę powstała w wyniku działań zmierzających do okazania posłuszeństwa powyższym słowom. Podczas przesiewania, którego doświadczyłem w życiu, wyszła na jaw okropna ułomność mojej natury, ale jednocześnie okazało się, że jestem obiektem szaleńczej miłości. Piszę więc dla moich braci i sióstr, którzy właśnie teraz doświadczają strasznego cierpienia; piszę dla ludzi, którzy cierpią razem z nimi, oraz dla tych, którzy mogą sprawić, że osoby podejmujące autentyczną walkę poczują się bezpieczniej we wspólnocie Kościoła. Bóg nie pozwoli, by nasze cierpienie poszło na marne, jeżeli tylko zechcemy z Nim współpracować.


Rozdział 1

Podwójne życie

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni
i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie
na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo
jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie
ukojenie dla dusz waszych.  Albowiem słodkie jest
moje jarzmo, a moje brzemię lekkie (Mt 11,28–30).

Siedziałem na powalonym drzewie w pobliżu jakiegoś strumienia i byłem nieszczęśliwy. Dobrze wiedziałem, że jest właśnie jeden z tych ciepłych, słonecznych dni, które nadają wiośnie niepowtarzalnego uroku, ale ja czułem tylko pustkę, przygnębienie i nienawiść do samego siebie. Poczucie beznadziei było obezwładniające.

Siedziałem w parku i oglądałem porno. Od szesnastu lat usiłowałem uwolnić się od kompulsywnych zachowań seksualnych i oto – po dziewięciu latach terapii, po wielu latach spotkań w grupach i pracy ze sponsorem, po ciężkich zmaganiach i wytężonej pracy – oglądałem porno. Wiele lat wcześniej zablokowałem strony pornograficzne na moim laptopie. A mimo to oglądałem porno w parku. Byłem w takim dołku, że nie widziałem drogi naprzód ani wstecz. Nie widziałem żadnej drogi.

Zwróciłem twarz w stronę nieba i modliłem się: „Boże, nie mogę uwierzyć, że po tym wszystkim, co udało mi się zrobić, i mimo łaski, którą mi okazałeś, jestem w tym miejscu i powtarzam wszystko od nowa, wszystko od nowa. Nie zniosę dłużej takiego życia. Nieważne, czego ode mnie zażądasz – zażądaj czegokolwiek, czegokolwiek – po prostu dłużej nie mogę tak żyć. Nie obchodzi mnie, co ze mną zrobisz, ale zrób coś. Proszę”.

Nie straciłem wiary, ale straciłem nadzieję. Utknąłem beznadziejnie.

***

Życie jest trudne. Bardzo trudno jest dobrze żyć. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Owszem, czasami może się wydawać, że jednym życie stawia więcej wymagań niż innym. Nie ma jednak człowieka, któremu trudności nie komplikowałyby życia w ogóle.

Nie piszę tego po to, by obnosić się z moimi zmaganiami albo ukazywać siebie jako ofiarę okrutnych okoliczności. Nie mam też zamiaru obwiniać innych za własne kłopoty. Moja historia nie jest bardziej wyjątkowa niż historia wielu innych ludzi. Uważam jednak, że jest warta opowiedzenia, ponieważ przez bardzo długi czas żyłem bez poczucia nadziei, a teraz tę nadzieję mam.

Przez ponad czterdzieści lat moje życie naznaczone było codzienną, wyniszczającą walką z kompulsywnymi zachowaniami seksualnymi. Byłem uzależniony od dopaminy i adrenaliny. Aby dostać dawkę „narkotyków”, wykorzystywałem swoją seksualność. Ale seks nie był moim jedynym problemem. Każda osoba uzależniona, która naprawdę wychodzi z nałogu, prędzej czy później dowiaduje się, że jej prawdziwym problemem nie jest uzależnienie. Nałóg i kompulsywne zachowania są tylko objawami głębszych trudności.

Moje życie było trudne i chaotyczne. Miałem talent i byłem kochany. Czułem złość i byłem kapryśny. Czułem rozpacz i byłem przygnębiony. Czułem niepohamowane potrzeby i byłem porywczy. Odnosiłem sukcesy i byłem skuteczny, ale nie radziłem sobie ze sobą. Czasami sam sobie utrudniałem życie i potęgowałem chaos, chociaż na ogół w danej chwili nie zdawałem sobie z tego sprawy. Znajdowałem się w potrzasku i – mimo nieustannych starań – bardzo długo musiałem szukać wyjścia z pustyni kompulsywnych zachowań i chaotycznego życia.

Najdłużej – czyli mniej więcej przez pierwsze dwadzieścia pięć lat pobytu na pustyni chaotycznej egzystencji – trwałem w mocnym postanowieniu rozwiązania problemów własnymi siłami. Nie znaczy to, że nikt inny nie wiedział o moich kłopotach. Ja po prostu byłem zdeklarowanym izolacjonistą. Jak to często bywa, po prostu odziedziczyłem tę skłonność. Dziwne (a może wcale nie ma w tym nic dziwnego), ale ludzie zranieni lub rozczarowani na ogół bardzo ostrożnie dobierają osoby, którym opowiadają o swoich problemach i nigdy nikomu nie powierzają najgłębszych tajemnic. Są bowiem przekonani, że pewnymi sprawami trzeba zajmować się w murach głębokiej samotności, ponieważ jakiekolwiek inne podejście z pewnością wyrządzi dodatkowe szkody i pogłębi poczucie wstydu. Ja też tak uważałem.

Fascynująca dynamika cienia

Wszyscy mamy jakieś wyobrażenie o sobie: o swoich preferencjach i najlepszych cechach charakteru. Jest to twarz, którą pokazujemy na zewnątrz. Gdzieś głęboko we wnętrzu – często pod poziomem świadomości – istnieje jednak mroczna część naszej natury, która wcale nam się nie podoba. Niejednokrotnie wiele wysiłku wkładamy w to, aby ją ignorować, negować jej istnienie lub ukrywać ją zarówno przed sobą, jak i przed otoczeniem. Tymczasem o wiele więcej byśmy skorzystali, gdybyśmy wykorzystali tę energię na porozumienie się z ciemną stroną naszego ja.

Najłatwiejszą i najszybszą drogą do zrozumienia natury naszego cienia jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, kto nas denerwuje i dlaczego. Sporządzając listę cech, które najbardziej nam przeszkadzają u innych ludzi, zarysujemy dość wierny obraz swojej ciemnej strony.

Dlaczego jest to takie ważne? Ponieważ samoświadomość jest zasadniczym elementem duchowego rozwoju. Samoświadomość i zrozumienie siebie nie są warunkiem wystarczającym, ale koniecznym. W ostatecznym rozrachunku wszystkie ludzkie problemy mają bowiem duchowy charakter. Amerykański kaznodzieja, William A. Miller, pisze: „Poznając swoje ukryte „ja”, człowiek robi krok w kierunku przejęcia nad nim kontroli. (…) Możemy być panem siebie tylko wtedy, kiedy poznamy dynamikę swojego cienia”8. Bardzo często się zdarza, że zachowanie i cechy charakteru przysparzają danej osobie (i jej otoczeniu) wielu problemów, a ona sama nie ma pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Żyje w poczuciu ciągłej frustracji, czasami przyjmuje postawę obronną i stanowczo zbyt często godzi się na oczekiwania innych, zmagając się z uczuciem porażki. W takich sytuacjach pierwszym krokiem do uzdrowienia jest poznanie swojej prawdziwej natury. Dopiero bowiem wtedy, gdy przyjmiemy do wiadomości, że istnieje mroczna strona naszego charakteru, możemy wejść na drogę osobistego rozwoju, zmieniając swoje życie na lepsze.

W moim przypadku poznanie cienia było bardzo trudnym doświadczeniem. Mój cień mnie przeraził. Był ogromny i ciemny, a ja naprawdę, ale to naprawdę nie chciałem się do niego zbliżać. Wtedy jeszcze nawet nie znałem terminu „kompulsywne zachowania seksualne”. Nie znałem etapów procesu wychodzenia z nałogu ani zasad funkcjonowania cyklu uzależnienia. Musiało upłynąć wiele lat, zanim doświadczyłem przemiany, której tak bardzo pragnąłem.

Już pierwsze spotkanie z moją mroczną stroną było bardzo zniechęcające. Zapisałem wówczas w dzienniku, że konfrontacja z cieniem była doświadczeniem zimna, ciemności i naprawdę mnie przeraziła. Czy rzeczywiście chciałem dotrzeć w te mroczne zakamarki własnej duszy? Czy naprawdę miałem dość sił (i w ogóle wszystkiego, co było mi potrzebne), aby zmierzyć się z myślami, impulsami, działaniami i popędami, które ukrywałem przed wszystkimi, dokładając wszelkich starań, aby zbagatelizować ich znaczenie? Czy naprawdę chciałem, aby światło dnia rozjaśniło mroki mojego cienia?

Czym jest uzależnienie od seksu?

Mój pierwszy terapeuta zapoznał mnie z pojęciem seksualnego uzależnienia. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy w ogóle słyszałem ten termin wcześniej. Polecił mi książkę Patricka Carnesa Out of the Shadows9. Właśnie od tej lektury zacząłem powolną, trudną drogę prowadzącą do zmiany sposobu życia.

Poleconą książkę znalazłem w pewnej popularnej księgarni. Kiedy stałem przy kasie, myślałem sobie, że gdyby przypadkowo zobaczył mnie ktoś ze znajomych, powiedziałbym, że chcę pomóc pewnemu parafianinowi. Wkrótce zresztą okazało się to prawdą, tyle że to ja byłem tym parafianinem. Dosłownie pochłonąłem tę książkę, nie mogąc się nadziwić, że autor opisuje tak wiele aspektów mojego życia. Czytając o systemie przekonań osób uzależnionych oraz o automatycznie powtarzającym się cyklu uzależnienia, byłem zaintrygowany, a jednocześnie odczuwałem pewną ulgę. Część mojego życia zaczynała nabierać sensu.

Uzależnienie seksualne to wykorzystywanie seksu w celu polepszenia nastroju, które rozwija się do chwili, kiedy dana osoba nie jest w stanie kontrolować swoich zachowań seksualnych, doświadcza negatywnych konsekwencji swojego postępowania i dokonuje czynów sprzecznych z jej wolą i pragnieniem. Ten nałóg ma charakter postępujący, wywołuje poczucie zaabsorbowania, staje się substytutem zdrowych relacji, przejmuje władzę nad wolą osoby uzależnionej i ma patologiczną naturę. Krótko mówiąc, zawsze niszczy ludzkie życie.

Większość ludzi, którzy zmagają się z kompulsywnymi zachowaniami seksualnymi, nie zdaje sobie sprawy z uzależnienia – przynajmniej na początku. Może się, na przykład, zdarzyć, że ramy kontaktów interpersonalnych, w których się poruszają, obejmują pewną otwartość na seksualne eksperymenty. A nawet jeśli tak nie jest, to trzeba stwierdzić, że ludzie w ogóle są skłonni do bagatelizowania pewnych zachowań, które co najwyżej uznają za błędy lub pomyłki w ocenie sytuacji. Jeśli zdarzy im się przyznać, że są złe, to nie przykładają do nich większej wagi.

Każdy człowiek racjonalizuje schematy zachowań, które wykształciły się w jego życiu. Jeżeli chodzi o ludzkie zachowanie i pragnienia, wszyscy – w mniejszym lub większym stopniu – cierpimy na syndrom żaby, która pozwala się ugotować w powoli podgrzewanej wodzie. Znam wielu bardzo bogatych ludzi, którzy żyją wygodnie i dostatnio, a prawdopodobnie nawet nie przyjdzie im do głowy, że nadmiar bogactwa mógłby sprawiać im radość. Mają tak wiele, że stracili zdolność właściwej oceny sytuacji. Tak bardzo przyzwyczaili się do swojego stylu życia, że nie dostrzegają coraz wyraźniejszej rozbieżności pomiędzy ich osobistymi wydatkami a wyznawanym systemem wartości. W większości wypadków podobnie rzecz się ma z uzależnieniem od seksu. Pozornie niewinne zachowanie przeradza się w ogromny problem, a dana osoba nawet nie zdaje sobie sprawy, że dzieje się coś złego.

Gerald May, w klasycznej już książce Uzależnienie i łaska pisze, że „uzależnienie jest stanem kompulsji, obsesji lub zaabsorbowania, które zniewala ludzką wolę i pragnienia”10. Definicja zaproponowana przez Maya jest dość obszerna i obejmuje szeroki zakres zachowań, które znacznie wykraczają poza uzależnione od alkoholu lub narkotyków. Są w niej uwzględnione wszystkie istotne aspekty nałogu.

Co ma na myśli May, kiedy pisze, że osoba uzależniona żyje w „stanie” kompulsji? Otóż, chodzi o to, że uzależnienie stało się dla niej sposobem na życie. Większość ofiar nałogu potrafi na pewien czas całkowicie odstawić swoją używkę. Często zresztą tak robią, aby udowodnić sobie i innym, że nie są uzależnione. Zawsze jednak powracają do nałogowych zachowań. Zawsze.

Kompulsja, obsesja i zaabsorbowanie to bardzo ważne elementy, które koniecznie trzeba brać pod uwagę, kiedy zastanawiamy się nad swoim uzależnieniem lub uzależnieniem kogoś z otoczenia. Kompulsja, czy też przymus, to zachowanie, któremu osoba uzależniona nie może się oprzeć, nawet wtedy, gdy jego wykonanie wydaje się całkowicie absurdalne. Obsesja to niechciane odczucie lub myśl, która jest tak mocno zakorzeniona w świadomości danej osoby, że nie da się jej uniknąć ani odrzucić poprzez racjonalną argumentację. Obsesyjnym myślom niejednokrotnie towarzyszy poczucie lęku, które dodatkowo wzmacnia ich działanie. Zaabsorbowanie to stan, w którym jakaś myśl lub bodziec tak bardzo pochłania daną osobę, że przez dłuższy czas dosłownie nie jest ona w stanie skupić uwagi na czymś innym.

May pisze, że o uzależnieniu można mówić wtedy, gdy dochodzi do zniewolenia woli i pragnień. Osoba uzależniona nie jest wolna. Nie jest bowiem w stanie postanowić, że zmieni swoje zachowanie. Jest więc niewolnikiem, ma jakiegoś pana, który sprawuje władzę nad jej życiem. W latach osiemdziesiątych XX wieku pewna znana osoba11 wspierała kampanię, której celem było zmniejszenie poziomu zażywania narkotyków przez Amerykanów. Kampania promowana była dobrze rozreklamowanym hasłem: Just say No (Po prostu powiedz „Nie”). Jeżeli chodzi o osoby, które korzystały z używek dla celów rekreacyjnych, hasło to mogło (ale nie musiało) je w pewnym stopniu przekonać, że powinny poszukać alternatywnych sposobów spędzania czasu i wydawania pieniędzy. Jeżeli jednak chodzi o nałogowych narkomanów, trudno wyobrazić sobie mniej skuteczne i bardziej bezsensowne podejście. Osoba uzależniona nie może tak po prostu powiedzieć „Nie” swojej kompulsji.

Osoba uzależniona nie może po prostu powiedzieć „Nie”, kiedy przekroczyła granicę kompulsywnego zachowania. Ludziom o nałogowej osobowości potrzebne jest coś więcej niż tylko proste hasło. Dla osoby uzależnionej takie hasło jest odpychające, ponieważ opiera się na fałszywym założeniu oraz implikuje jej potępienie. Zakłada mianowicie, że nałogowiec może zerwać z nałogiem, i wyraża potępienie, jeżeli tego nie zrobi.

Na zakończenie May odnosi się do wolnej woli oraz do pragnień człowieka. Pragnienia mogą mieć źródło w różnych obszarach psychiki, które nastawione są na przypodobanie się innym, robienie tego, co należy lub postępowanie zgodnie z powszechnie akceptowanym systemem wartości. Sterownią duszy jest jednak serce, czyli centralne miejsce ludzkiej istoty, w którym zapadają decyzje. Nawet jeżeli osoby uzależnione starają się na wszelkie sposoby odwrócić uwagę od uzależniającego bodźca, angażując do tego wszystkie swoje uczucia i wyznawany system wartości, ich serce pozostaje zniewolone.

Na pokładzie znajduje się inny kapitan, który wydaje rozkazy, a wszelkie próby sprzeciwu okazują się nieskuteczne. Tak zwana Wielka Księga Anonimowych Alkoholików, która została wydana przez tę organizację, zawiera stwierdzenie, że alkoholik „nie jest absolutnie w stanie przestać pić na podstawie uświadomienia sobie swojego stanu i w oparciu o własną siłę woli”12. Ta prawda odnosi się do wszelkiego rodzaju uzależnień. Świadomość problemu nie jest wystarczająca, ponieważ ktoś (coś) inny sprawuje władzę nad sercem osoby uzależnionej.

Nałóg nie jest wymówką

Uzależnienie pod żadnym pozorem nie może usprawiedliwiać niczyjego zachowania. Uświadomienie sobie mechanizmu uzależnienia nie zwalnia nikogo z wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Z drugiej strony, poznanie tego mechanizmu jest podstawą zrozumienia, z jakimi wyzwaniami musi się zmagać osoba uzależniona, wyjaśnia bowiem, dlaczego w tym przypadku wszelkie typowe próby samokontroli okazują się nieskuteczne. Działanie mechanizmu uzależnienia tłumaczy, dlaczego osoba uzależniona nie reaguje – a w zasadzie nie może reagować – tak jak większość ludzi, którzy starają się dostosować do powszechnie akceptowanych standardów.

Gdybym sam nie był uzależniony, czytając kilka ostatnich akapitów, mógłbym pomyśleć: „Ci nałogowcy po prostu szukają wymówek”. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Chociaż samoświadomość nie wystarczy do uzdrowienia, to jednak bez niej droga prowadząca do zdrowia i trzeźwości praktycznie nie byłaby możliwa. Musimy wiedzieć, co nas czeka i dlaczego. Kiedy ludzie zmagający się z kompulsywnymi zachowaniami wychodzą z uzależnienia, przestają zasłaniać się poczuciem wstydu i nie szukają wymówek. Próbują natomiast odnaleźć wewnętrzne źródło swojego zranienia. Niemal każdy nałóg ma bowiem tę niezwykłą cechę, że chociaż osoby uzależnione usilnie starają się chodzić na skróty w sferze uczuć i blokować ból, to jednak zawsze towarzyszy im poczucie winy i wstyd.

Miałem w życiu okazję spotkać kilka osób, które sprawiały poważne problemy sobie samym i/lub otoczeniu swoim wysokim poziomem narcyzmu. Otóż, trzeba powiedzieć, że każdy uzależniony ma do pewnego stopnia skłonności narcystyczne. Kiedy znajdowałem się w fazie ulegania impulsom, moje zachowanie niewątpliwie miało cechy narcystyczne. Przejawiało się to w następujący sposób: za każdym razem, kiedy ulegałem kompulsji, ignorowałem potrzeby mojej żony, dzieci, znajomych i wspólnoty kościelnej. Zachowywałem się egoistycznie. W Wielkiej Księdze jest napisane, że „alkoholizm jest krańcowym przykładem rozpasanego egocentryzmu”13. Jest jednak ogromna różnica między zachowywaniem się w sposób narcystyczny a narcystyczną osobowością. Są to zupełnie inne zaburzenia. Wszyscy ludzie, w mniejszym lub większym stopniu, zachowują się egoistycznie (narcystycznie), ale na ogół poziom takich zachowań jest zmienny. W najgorszych okresach ulegania nałogowi moje zachowanie znajdowało się dość wysoko na skali egoizmu, ale poza tymi okresami byłem naprawdę wyczulony na potrzeby innych. Natomiast działania człowieka cierpiącego na narcystyczne zaburzenie osobowości są motywowane głęboko zakorzenioną, wyniszczającą potrzebą uznania ze strony innych ludzi. Osoby takie – nawet jeżeli są inteligentne, mają znaczne osiągnięcia i są czarujące – zawsze w subtelny sposób wykorzystują innych i manipulują nimi, aby zyskać uznanie i wysoki status społeczny. W ich przypadku poziom egoizmu nie podlega zmianom, jak u większości ludzi. Osoba narcystyczna ma w duszy jakiś zablokowany przełącznik, który całkowicie uniemożliwia dostęp do cierpienia, jakie powinno łączyć się z poczuciem wstydu. Natomiast osoba uzależniona w ogóle nie ma żadnych przełączników, dlatego nigdy nie jest całkowicie wolna od poczucia winy i wstydu.

Nigdy w życiu nie uznałem, że moje zachowania związane z nałogiem są dobre. Nigdy nie przyszła mi do głowy myśl, że jest to tylko cena za moje uzdolnienia lub że należy mi się chwila wytchnienia za to wszystko, co robię dla innych. Oddawanie się niewłaściwym praktykom seksualnym zawsze uważałem za stan niepożądany. Dlatego właśnie przez ponad czterdzieści lat wstyd i nienawiść do samego siebie nie odstępowały mnie ani na krok.

Ludziom, którzy nie muszą zmagać się z kompulsywnymi zachowaniami, trudno jest zrozumieć tych, których ten problem dotyczy. To naturalne – oni po prostu nie mogą zrozumieć, dlaczego osoba uzależniona nie może tak po prostu postanowić, że chce się zmienić. Wszyscy uzależnieni, których poznałem, z którymi pracowałem, którzy wyszli z nałogu lub ostatecznie wpadli w przepaść samozagłady – wszyscy jak jeden mąż – chcieli się zmienić. Dlaczego więc nie potrafili uwolnić się od uzależnienia lub musieli wybrać inną drogę prowadzącą do uzdrowienia? Każdy uzależniony musi odpowiedzieć sobie sam na to ważne pytanie.

Byłem więc człowiekiem, który nie panował nad gniewem, miał depresję, stany lękowe i poważny problem z kompulsywnymi zachowaniami seksualnymi. To wszystko składało się na monstrualny cień mojej osobowości. Moją drogę dodatkowo utrudniał jeszcze jeden aspekt życia, chociaż ostatecznie to on właśnie pomógł mi zapanować nad chaosem egzystencji.

Pierwsze kroki ku wyzwoleniu

Byłem mężem i ojcem. Byłem też chrześcijaninem. Pracowałem z młodzieżą w chrześcijańskiej organizacji Young Life. Uzyskałem dwa stopnie naukowe w seminarium, dwukrotnie pełniłem funkcję moderatora w regionalnych władzach naszego Kościoła. Naprawdę wierzyłem w to, co głosiłem. I z wielu powodów miałem ogromne poczucie winy. Nigdy w życiu nie bagatelizowałem zachowań wynikających z mrocznej strony mojej natury, nigdy nie uznałem, że można je ignorować lub tolerować. Nigdy nie uważałem, że to ukryte życie jest dla mnie dobre. Nigdy nie odgrywałem farsy, usiłując wmówić sobie, że skoro jestem takim dobrym nauczycielem, tak natchnionym mówcą, tak troskliwym i uczynnym człowiekiem, to mrok mojej duszy trzeba uznać za cenę za otrzymane dary. Nigdy nie uznałem, że tak jest dobrze.

Wstyd i wstręt do samego siebie towarzyszyły mi przez całe życie. A odczuwałem je najintensywniej właśnie wtedy, kiedy głosiłem kazania, służyłem innym i pełniłem duchową posługę.

W 1990 roku Kościół, który założyliśmy z Pam, miał dopiero rok. Mieliśmy czworo małych dzieci. A ja byłem wyczerpany. Pewien przyjaciel zaprosił mnie wtedy na czterodniowe rekolekcje w milczeniu. Wzięło w nich udział pięć osób, wliczając w to pisarza i oratora Brennana Manninga. Zarówno same rekolekcje, jak i okoliczności, w jakich się odbywały, uznaję za cudowną interwencję Boga w moje życie. Wtedy właśnie zrobiłem pierwsze kroki w stronę wyzwolenia z samotności i wejścia na drogę uzdrowienia.

Przez następne kilka lat miałem możliwość poznać Brennana znacznie lepiej i teraz wiem, że nie było na świecie osoby, której mógłbym bezpieczniej powierzyć moją historię. Wtedy jednak nie znałem go tak dobrze, a poza tym byłem zbyt przerażony, żeby opowiedzieć mu o wszystkim. Brennan był moim kierownikiem duchowym. Podczas rozmów w cztery oczy otwarłem się na tyle, że udało mu się zrozumieć, jak bardzo cierpię.

Rekolekcje odbywały się w domu należącym do klasztoru benedyktynów, położonym na wiejskich obszarach północnej części stanu Missouri. Jakieś trzy kilometry od domu znajdowało się znane opactwo benedyktynów – Conception Abbey. Brennan zaproponował, abym rozpoczął burzenie otaczającego mnie muru od spowiedzi.

Poszedłem do opactwa w zimny, słoneczny grudniowy dzień. Ksiądz – nie pamiętam już, jak się nazywał – zaprowadził mnie do jakiegoś pokoju i wysłuchał starannie przygotowanej dzień wcześniej listy spraw, które w życiu zrobiłem i których bardzo żałowałem. Był uprzejmy i delikatny. Powiedział, że nie może udzielić mi sakramentu pojednania, ponieważ nie jestem katolikiem. Mimo wszystko powiedział jednak kilka słów i pomodlił się za mnie. Udzielił mi też błogosławieństwa. W tamtej chwili był dla mnie Chrystusem, a ja doświadczyłem Bożej łaski w nowy, głębszy sposób.

Na pożegnanie serdecznie mnie uściskał. Kiedy wyszedłem z głównego budynku opactwa, skierowałem się do niewielkiej groty, gdzie ustawiono figurę Najświętszego Serca Pana Jezusa, pod którą widniał napis: „Oto serce, które tak bardzo umiłowało ludzi”. Właśnie tak. Upadłem na trawę i bardzo, bardzo długo płakałem.

To doświadczenie nie rozwiązało wszystkich moich problemów, nie rozwikłało też większości krepujących mnie więzów. Poprzez Brennana, poprzez rekolekcje i katolickiego księdza, Bóg ukazał mi jednak swoją łaskę i dodał otuchy, której raz po raz potrzebowałem na drodze wychodzenia z uzależnienia od seksu, prowadzącej do autentycznej przemiany.

Dwa lata później, przez pierwsze miesiące 1992 roku, nadal byłem wyczerpany, przerażony i zawstydzony; i wciąż miałem poczucie winy. Uparcie prowadziłem ukrytą walkę z kompulsywnymi zachowaniami seksualnymi. Żonie powiedziałem, że powinienem chyba iść do psychologa w związku z napadami złości. Zgodziła się od razu, co dowodzi, że naprawdę źle radziłem sobie z gniewem. Ponieważ byliśmy młodym małżeństwem, które godziło obowiązki duszpasterskie z wychowywaniem czwórki dzieci, nie stać nas było na opłacenie terapii. Zebrałem się jednak na odwagę i poszedłem na umówione wcześniej spotkanie z szanowanym chrześcijańskim psychologiem.

Opowiedziałem mu szczerze o wszystkich moich problemach, nie wyłączając kwestii związanych z seksualnością. Bardzo obawiałem się jego reakcji. Znaczną część życia poświęciłem przecież na to, aby kontrolować opinie innych osób o mnie, a teraz dobrowolnie zrzekałem się tej kontroli. Byłem pewien, że każdy, kto dowie się, jak złym człowiekiem jestem i jak źle postępuję, poczuje do mnie odrazę.

Także tym razem – jak przy spotkaniu z kapłanem u benedyktynów – Bóg dał mi poczucie ulgi. Moja opowieść nie wywołała u terapeuty cienia dyskomfortu czy potępienia. Był to człowiek bardzo wrażliwy i wyrozumiały. Zadał mi wiele pytań, a ja udzieliłem wielu szczerych odpowiedzi. Pod koniec pierwszej sesji powiedział, że nie ma wątpliwości, iż mam depresję i prawdopodobnie powinniśmy omówić wiele spraw z mojego dzieciństwa.

Kwestia chrześcijaństwa

Przypuszczam, że ludzie przyjmują święcenia kapłańskie z bardzo różnych powodów. Ja jednak zostałem pastorem w odpowiedzi na głębokie wewnętrzne poczucie powołania. W szkole średniej i przez większą część studiów byłem przekonany, że zostanę nauczycielem angielskiego. Kiedy kilku przyjaciół wyraziło opinię, że posiadam zadatki na dobrego duszpasterza, zacząłem baczniej przyglądać się mojej pasji do Bożych spraw oraz pragnieniu niesienia pomocy ludziom, którzy chcieli nawiązać i pogłębiać kontakt z Bogiem.

U mnie w domu chodziło się do kościoła raz w tygodniu. Nigdy jednak nie rozmawialiśmy o Bogu, o Jezusie czy o osobistych aspektach wiary. Od czasu do czasu mama wspominała o kościelnym chórze lub o innych formach uczestniczenia w życiu wspólnoty, ale o wierze nie rozmawialiśmy nigdy. Mimo to wykształciła się u mnie ostra świadomość Boga. Kilkukrotnie, podczas młodzieżowych obozów organizowanych przez kościelną wspólnotę i podczas nabożeństw, wyraźnie poczułem Jego obecność. Ta świadomość stała się dla mnie bardzo ważna. Uważałem, że Bogu trzeba oddawać cześć, trzeba dążyć do poznania Go i trzeba robić to, co dla Niego miłe. Naprawdę wierzyłem w Boga. Był dla mnie ważny, ale wtedy jeszcze nie traktowałem Go jako Osoby.

A potem zacząłem Go tak traktować. Głęboką osobistą relację z Bogiem nawiązałem w szkole średniej. W 1972 roku odwiedziłem ze znajomymi duszpasterstwo młodzieży prowadzone przez kościelną wspólnotę innego wyznania. Wtedy właśnie, pewnego letniego wieczoru, podczas rozważania Pisma Świętego, doświadczyłem głębokiego duchowego przebudzenia. Wprawdzie język, którym się posługiwano w tej ewangelicznej subkulturze, jak również omawiane zagadnienia były mi obce, ale moja wiara znalazła w niej oparcie i sposób wyrazu.

Słowa ewangeliczny używam na określenie takiej postawy wobec wiary, która wyraża się w czci do Boga i Biblii oraz uznaniu, że Jezus Chrystus jest jednocześnie realną, historyczną postacią i pełnym wyrazem Boga, a Jego misja ma na celu zbawienie zagubionego, umiłowanego rodzaju ludzkiego. Życie według zasad takiej wiary oznacza, między innymi, przekazywanie jej prawd innym oraz okazywanie im autentycznej miłości w codziennym życiu. Takie ujęcie chrześcijaństwa ma głęboko trynitarny charakter, ponieważ wyraża wiarę w niewyobrażalną koncepcję, według której Bóg daje się poznać człowiekowi jako trzy odrębne, ale nierozerwalnie ze sobą związane osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego.

Piszę to wszystko dlatego, że bycie chrześcijaninem pod pewnymi względami utrudniało moją walkę z uzależnieniem. Zrozumiałem, że kiedy naśladujemy Jezusa, liczy się to, co robimy ze swoim życiem. Ważne jest również to, co robimy ze swoim ciałem. Bardzo wcześnie zdałem sobie sprawę, że moje kompulsywne zachowania seksualne nie są ani właściwe, ani akceptowalne. Prawie cały czas odczuwałem pożądanie, a myśli i pragnienia seksualne rozpraszały mnie nieustannie. Wiedziałem, że to nie w porządku, ale nie mogłem przestać. Naprawdę nie mogłem. Nie miało znaczenia, jak bardzo się starałem, nie było ważne, co robiłem i jak gorliwie się modliłem – w końcu znowu podejmowałem przymusowe zachowania. Wpadałem w nałóg, byłem uzależniony. Obecnie termin ten jest nadużywany, co moim zdaniem ogranicza jego przydatność. W moim przypadku uzależnienie oznaczało, że przytłaczające poczucie euforii, którego doświadczałem podczas krótkotrwałej gratyfikacji, dawało mi poczucie ulgi i uwalniało mnie od przemożnego wrażenia wewnętrznej pustki. Mój mózg, który rozpoznawał odurzające połączenie ulgi i podniecenia, chciał odczuwać je częściej, aby ustabilizować stan dobrego samopoczucia. Dążąc do utrzymania względnej równowagi w moim organizmie, uzależniłem się od nawyków, które wywoływały u mnie poczucie winy i wstyd. Wpadłem w nałóg. Uzależnienie i wiara toczyły ze sobą wojnę, a polem bitwy była moja dusza.

Dlaczego piszę, że była polem bitwy? Ponieważ wiedziałem, że moje prywatne życie nie odzwierciedlało tego, w co szczerze wierzyłem, a taka sytuacja była nie do zniesienia. Nie potrafiłem jednak zmienić swoich zachowań. Z życiowego kontekstu, w którym funkcjonowałem, odebrałem następujący komunikat: O pewnych sprawach się nie mówi, z pewnymi sprawami trzeba się uporać samemu. Miałem głębokie poczucie winy, które moim zdaniem było właściwe i zdrowe. Wiara dawała mi obietnicę autentycznego przebaczenia. Ja jednak nieustannie podejmowałem zachowania, których nie rozumiałem i nie potrafiłem przerwać, a mój kontekst wiary nie oferował w tej kwestii żadnej formy pomocy. Czułem się bardzo, bardzo osamotniony w mojej walce. Poczucie samotności wzmacniało kompulsywne pragnienia, natomiast nieprzerwane poczucie winy wzmagało wrażenie przepełnienia wstydem, na który we własnym mniemaniu zasługiwałem.

Teraz już wiem, że nie jestem sam. I uważam, że jest to jedna z najcenniejszych lekcji, jakie odebrałem. Tysiące osób duchownych toczy podobną walkę, setki tysięcy uczciwych chrześcijan zmaga się z poczuciem winy, wstydem i strachem, prowadząc podwójne życie. Czy tego właśnie pragnął Chrystus dla swojego Kościoła? Z pewnością nie.

Uważam, że duszpasterze zmagający się z uzależnieniami są w stanie odnaleźć drogę do uzdrowienia i odzyskać wolność. Uważam, że w większości przypadków nie muszą przy tym rezygnować z posługi. Uważam, że nie są w stanie zrobić tego własnymi siłami, ukrywając się i odsuwając od świata. Potrzebują pomocy. Potrzebują wspólnoty. Potrzebują Kościoła, któremu służą. Uważam też, że w najlepszym interesie Kościoła leży zmiana podejścia do problemu seksualnego uzależnienia i sposobów pomocy wszystkim, którzy się z nim zmagają.


Rozdział 2

Seksualność i duchowość

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. 
Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem:
ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód,
a Duch Boży unosił się nad wodami (Rdz 1,1–2).

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.