Joy - Jonathan Lee - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 354 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Joy - Jonathan Lee

Powieść nominowana w kategorii KSIĄŻKA ROKU 2012 według brytyjskiego „The Observer”.

Zwykłe piątkowe popołudnie w kancelarii prawniczej londyńskiego City. Młoda utalentowana prawniczka Joy Stephens spada z tarasu widokowego, z kilkunastu metrów na marmurową posadzkę.

Czy skoczyła? Czy może spadła? Czy odzyska przytomność? Czy to nieszczęśliwy wypadek,

czy próba samobójstwa? Czy „Joy” zawsze oznacza radość?

Satyra na współczesne życie w biurze prawniczym, z kilkunastogodzinnym dniem pracy, olbrzymim stresem, tragikomicznymi rytuałami, flirtami i konfliktami ,ale również do bólu prawdziwy obraz życia współczesnych trzydziestokilkulatków.

Opinie o ebooku Joy - Jonathan Lee

Fragment ebooka Joy - Jonathan Lee

















JONATHAN LEE

JOY


Tytuł oryginału: Joy

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Marianna Zielińska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Jolanta Rososińska

Zdjęcie na okładce

© Charlie Schuck/Digital Vision/Getty Images/Flash Press Media

© Jonathan Lee, 2012

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Anna Rajca-Salata

ISBN 978-83-7758-655-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Dla Amy


Szczęście to światło na wodzie. Woda jest zimna, ciemna i głęboka.

WILLIAM MAXWELL


Akt I
LOGIKA SNU

…czy nie miewają koty na nietoperze ochoty…?

LEWIS CARROLL,

Alicja w Krainie Czarów,

przeł. M. Słomczyński


Godzina 1.00

Dlaczego drzwi są uchylone? Drzwi wejściowe nie powinny być otwarte o pierwszej w nocy w Angel, w centrum Londynu. Zmęczenie brzęczy w głowie Joy niczym mucha, a drzwi są niedomknięte. Na pewnym etapie życia każdy drobiazg urasta do rangi problemu.

Spogląda na swoje blackberry. Nie przyszło nic nowego, odkąd kilka sekund temu sprawdzała smartfon w taksówce. Nie ma żadnego e-maila ani SMS-a, żadnej wiadomości głosowej od Dennisa z wyjaśnieniem, dlaczego zostawił drzwi otwarte. Gdy warkot czarnej taksówki, którą przyjechała, cichnie w oddali, Joy przesuwa palcem po ząbkach klucza – nagle stał się zbyteczny. Przez myśl przebiega jej sekwencja uszczypliwości: nieodpowiedzialny – igra z niebezpieczeństwem – już wcześniej mu się to zdarzało – zostawił otwarte drzwi i położył się do łóżka – do łóżka z grzanką – pościel z egipskiej bawełny, a on je grzanki! Ogarnia ją bolesne, mrowiące uczucie irytacji, które pogłębia następny obrazek: leżący na chodniku w drwiącej aureoli księżycowego światła prezent od Zorro, spaniela sąsiadów, najwyraźniej niekontrolującego czynności fizjologicznych.

Ostatnimi czasy Joy robi wszystko, by nie nadużywać przekleństw, ale teraz czuje, jak cisną się jej na usta, a fala gorąca zalewa ją aż po uszy i oczy, potęgując woń perfum na skórze. „Jesteś zbyt surowa dla ludzi”, mawiał ojciec, i Joy pracuje nad tym, stara się być łagodniejsza dla innych i samej siebie, zamierza przecież w ostatnim dniu życia emanować pogodą ducha i rozdawać nieznajomym promienne uśmiechy, mając na nogach buty na niebotycznych obcasach. Teraz jednak, gdy w pierwszej godzinie jej ostatniego piątku drzwi są otwarte (szeroko otwarte, niemal rozdziawione, wręcz ziewające), Atkinsonom zaś, jak widać, obca jest zasada „każdy sprząta po swoim psie”, wskutek czego wokół domu unosi się smród psich odchodów, smród nabierający tandetnej słodyczy dzięki kwiatowym nutom perfum Joy, na czole kobiety formuje się głęboka zmarszczka, której powagi nie umniejszają ani wichrząca się wyżej jedwabista grzywka, ani błyszczące niżej oczy.

Tłumiąc w sobie słowa „kurwa mać” i „chuj”, Joy zadowala się wymruczeniem pod nosem wyzwiska „palant”. Nazwanie męża palantem, przyglądanie się, jak wyraz ten zmienia się w obłoczek pary rozpływający się w styczniowym powietrzu, działa dziwnie kojąco. Joy od razu czuje się lepiej. Zamroczenie mija. Frustracje z całego tygodnia nie kleją się już do skóry na podobieństwo okruchów grzanki. Po dniu spędzonym w kancelarii – ciągnącej się absurdalnie długo serii spotkań wypełnionych stresem i kofeiną, szesnastu godzinach męczących rozmów o prawie żywnościowym oraz o specyfikach, które wolno wstrzykiwać w kurze piersi, po znoszeniu niezbyt ukradkowych spojrzeń na jej własne piersi rzucanych przez mężczyzn prezentujących rozklapane miseczki B pod pożółkłymi koszulami – słowo „palant” brzmi jak idealna i cudownie zwięzła koda minionego czwartku.

Między zaparkowanymi samochodami przemyka zwierzę, połyskując rudawo w ponurym świetle latarni. W górze, na dachach wiktoriańskich domów sterczą anteny, a na nocnym niebie wisi blady sierp księżyca. Joy stoi z zadartą głową i świadoma, że robi to po raz ostatni, podziwia jego abstrakcyjną elegancję. Nagle słyszy cichy szmer kół – światło lampy rowerowej wydobywa z ciemności pysk lisa. Joy chwyta za klamkę, zmęczyło ją wystawanie na chodniku, więc muskając torebką rąbek spódnicy, zanurza się w mrokach domu. Co zamierza robić w nadchodzących godzinach? Nie myśleć za dużo, tylko metodycznie i ze spokojem realizować swój plan. Takie umiejętności pracodawca Joy określa jako kompetencje miękkie – Kreatywność, Orientacja na klienta, Kontrola emocjonalna, Asertywność – naiwnie nie zdając sobie sprawy, że pracownicy najchętniej posługują się akronimem KOKA („potrzebna ci koka”, mawiają koledzy Joy, „koka to jest to, co partnerzy lubią najbardziej”), lecz nie są one jakoś…

Skrzy-yp.

Słysząc dźwięk – cóż to takiego? – Joy przystaje.

Zapada cisza, jakby chwila zbierała się w sobie, po czym znów się rozlega: skrzy-yp, skrzy-yp. A między skrzypnięciami… zaraz, zaraz… czy to nie brzmiało inaczej?

Tak.

Inaczej.

Skrzypienie przerywa odgłos bardziej melodyjny, brzmiący trochę jak… łu-łu? Zupełnie jak chórki w piosence Stonesów, którą lubi Peter, Sympathy for the, jak mu tam – łu-łu – Devil. Dziwne. Przerażające. Tych drzwi używają tylko ona i Dennis, kawalerka nad ich dwupoziomowym mieszkaniem ma własne wejście. Nigdy nie dobiegają z niej żadne hałasy, niczego stamtąd nie słyszała. Osobliwa mieszanka dwóch dźwięków musi więc dochodzić z jej kuchni lub salonu.

Skrzy-yp.

Łu-łu.

To zapewne nic takiego… chyba że… przypuszczalnie jakieś głupstwo…

Joy zsuwa buty i zaczyna powoli skradać się korytarzem. Centralne ogrzewanie sprawia, że mimo otwartych drzwi powietrze jest ciężkie i lepkie. Zarumieniona, przestraszona obserwuje z gorączkową uwagą każdy szczegół: bladozielony dywanik, pogrążone w mroku ściany, kłęby kurzu pod grzejnikiem. Nie ma powodu do strachu. Skrzy-yp. A jeśli z jakiegoś kąta wyskoczy psychopatyczny morderca i ją zabije? Oszczędzi jej tylko kłopotu. Łu-łu. Ale jeśli ją zrani, jeśli tylko zrani…

Waha się. Czy nie lepiej zawrócić? Obudzić Atkinsonów? Przyprowadzić tu Zorro?

Lecz właśnie wtedy zalewa ją fala złości na samą siebie: daj spokój, w nadchodzących godzinach liczyć się będzie odwaga, Atkinsonowie to nauczyciele łaciny, a jedyną przerażającą częścią ciała Zorro jest jego tyłek.

Jeden krok, drugi, trzeci. Joy mija kuchenne drzwi, więc odgłosy dochodzą, muszą dochodzić, z salonu. Przystaje. Nasłuchuje w skupieniu. Woła Dennisa. Cichy ochrypły okrzyk jak błysk zapałki w ciemnościach. Zastanawia się, czy nie wyłączyć lampy z kontaktu. Użyć jej do obrony. Gdzie się podziała rakieta tenisowa? Zwykle leży pod stołem, na którym, niemal w zasięgu ręki, stoi lampa mogąca w jej zastępstwie posłużyć jako broń.

Skrzy-yp.

Jeśli przeżyje spotkanie z intruzem, ale okaże się, że mimo wszystko ukradł rakietę, nie zagra w tenisa podczas przerwy na lunch.

Łu-łu.

Bardzo niedobrze, gdyż ma to być ostatni mecz tenisa w jej życiu, a ostateczność ta czyni z niego rytuał. Dla Joy, osoby w gruncie rzeczy autentycznej i bezpretensjonalnej, wyznaczone przez tradycję rytuały – precedensy, preambuły i konwenanse będące nieodłącznym elementem kariery prawnika – są bardzo ważne, stanowią część jej osobowości. A przecież jest sobą, wciąż jest sobą, mimo nawiedzającego ją ostatnio zwątpienia – dręczącej świadomości, że tkwi w cudzej skórze i że nawet jej własne uczucia są pożyczone lub fałszywe.

Joy czuje, że w jej organizmie wzrasta poziom adrenaliny, a mimo to skupia uwagę na zaskakująco banalnych problemach. Jeżeli okaże się, że włamywacz pozbawił ją rakiety (ale nie życia), czy powinna odwołać mecz z Christine i w zamian poćwiczyć po raz ostatni w siłowni dla pracowników w asyście osobistego trenera? Tyle że nastawiła się już na towarzystwo przyjaciółki i nie chciałaby w żadnym wypadku rozczarować osoby tak życzliwej jej jak Chri…

SKRZY-YP.

Coraz głośniejszy dźwięk rozbrzmiewa z nieoczekiwaną czystością, dwa odgłosy nie są już tak splecione ze sobą, a Joy, wsłuchawszy się, stwierdza, że to całkiem zabawne, bo jeden z nich przypomina skrzypienie mebla, a drugi sapanie człowieka i – czy to możliwe…

Gdzieś w głębi otumanionego strachem umysłu rodzi się nowy pomysł.

ŁU-ŁU.

Hałasy… Hałasy mają… Hałasy mają z pewnością coś wspólnego z nową pasją Dennisa – fitnessem.

Joy wzdycha. Jezu. Świetnie. Chryste. Po wzięciu rocznego urlopu naukowego na uczelni Dennis – solidny, godny zaufania Dennis – zaczął oglądać filmy z ćwiczeniami i prężyć przy nich muskuły, popijając napoje o konsystencji mokrego cementu. Ach, ci starsi faceci. Powinni dodawać do nich ulotkę z ostrzeżeniem. Gdy wychodziła za Dennisa, był dosyć młody, ale nikt nie wyjaśnił jej, że różnica wieku zacznie się zwiększać, bo u mężczyzn po czterdziestce każdy rok liczy się jak u psa, przynosząc wzdęcia, drzemki, ataki paranoi i kręcenie się za własnym ogonem.

SKRZY-YP.

W mózgu Joy pojawia się obraz: mąż wykonuje jakieś idiotyczne, nocne, dyszące, typowe dla kryzysu wieku średniego („nie wyglądam na czterdzieści pięć lat!”) ćwiczenia na mięśnie trójgłowe ramion, wbijając pięty w kosztowny dywan, a ciężarem ciała opierając się na skrzypiącej kanapie projektu Jacobsena. Joy jest w stanie zaakceptować ten scenariusz i pogodzić się z nim, ponieważ nie wymaga on wyrywania lampy z kontaktu i mordowania włamywacza na kilka godzin przed tym, jak pracodawca oficjalnie przedstawi ją jako partnerkę, poprosi o podpisanie papierów, spróbuje zaangażować kapitałowo, by mocniej związać z kancelarią, a tym samym uczyni umieranie czymś równie trudnym jak istnienie. Joy chce zrealizować swój zamiar według planu – i jeśli to możliwe bez hałasu – jutro po południu, w rocznicę dnia, w którym rozsypało się jej życie.

W nastrojowym mroku korytarza nachodzą ją wspomnienia. Oto siedzi wraz z siostrzeńcem w namiocie rozbitym pośrodku jadalni w poprzednim mieszkaniu. Namiocie pospiesznie skleconym na dywanie po to, by dolna warga dziecka przestała drżeć. Mały tęsknił za rodzicami, którzy wybrali się z przyjaciółmi na południe Francji. Joy odkryła, że zarówno jako opiekunka do dzieci, jak i konstruktorka namiotów musi się jeszcze wiele nauczyć. Budowla, choć w zamyśle wolno stojąca, potrzebowała zaimprowizowanych podpór – przywiązanych do regałów i nóg od stołu sznurków, które luzowały się, kiedy dziecko, podniecone światłem latarki przesuwanym przez Joy po pochyłych ścianach, naruszało konstrukcję. „Ciociu Joy, czy mogę obsługiwać latarkę?”, zapytał chłopczyk, a słowa – te lub podobne – nadały jego pytaniu dziwnej precyzji. Odgrywanie roli małego boga władającego światłem i ciemnością pobudziło go do śmiechu, wkrótce jednak, znudzony, poprosił o płatki śniadaniowe.

I gdy Joy stoi tak nieruchomo w korytarzu, wśród dalszych skrzypnięć i sapnięć, wymieniając spojrzenia z parą porzuconych na konsoli okularów, jej strach zmienia się w nudę. Nie czeka ją nic gorszego od dyskomfortu przykrej rozmowy o niezamkniętych drzwiach i nocnych ćwiczeniach. Obwinianie partnera i zrzędzenie jest paskudne, lecz zwyczajne i można się w nim bezpiecznie zanurzyć. Joy przypuszcza, że podobny cel mają ćwiczenia Dennisa. Mąż wykonuje je przed pójściem spać, bo redukują dzień do dających się ogarnąć rozmiarów i kształtów. Zresztą, szczerze mówiąc, bywają gorsze nawyki. Weźmy choćby kolegów z pracy (po jej odejściu pewnie uśmiechną się szyderczo: „Nie wytrzymała! Za duża presja!”), mężczyzn takich jak Peter, który lubi pod koniec dnia wpatrywać się w lustro wiszące obok przysadzistego automatu z coca-colą, a jego miłość własna jest tak intensywna, że niemal można ją usłyszeć niczym trzaski w radiu na wysokich częstotliwościach. Dennis przynajmniej nie gapi się miłośnie w lustro. Usiłuje tylko – na swój męski, niejednoznaczny sposób – zachować formę.

Joy wyrokuje, że „palant” to określenie może trochę zbyt ostre.

Zaraz, zaraz. Dziwne. Gdy wyciąga szyję, nachyla się i mrużąc oczy, spogląda nad okularami i brzegiem stolika na pogrążony w półmroku salon, w polu widzenia pojawia się nowy obiekt. Na dywanie leży szmatka o słabo widocznym w cieniu kolorze. Czy to… czy to są majtki?


Peter

Człowiek, który miesiącami chodzi tym samym korytarzem, wsłuchując się w stukot klawiatur i siorbanie herbaty, wie, co to poczucie bezpieczeństwa. Nawet mężczyźnie o mojej wyobraźni i doświadczeniu można wybaczyć, że postrzega biuro jako azyl, miejsce, w którym otaczający nas świat zmienia się w swoją mniejszą i ulepszoną wersję. Piękne kobiety. Wygodne umeblowanie. Duży wybór smacznych ciasteczek. Tak, kancelaria Hanger, Slyde & Stein wydawała się – do zeszłego piątku – istnym rajem. Jednak wyznam panu coś niepokojącego: kiedy wszystko układa się źle, a współpracownicy zaczynają krzywdzić siebie i innych, ich wygląd pozostaje ten sam. Ludziom, którzy zmieniają się w potwory, nie rosną rogi ani nie otwierają się dodatkowe pary oczu. Nie. Dalej pachną perfumami i noszą wąskie spódnice.

Co takiego?

Ach, rozumiem. Spódnice, garnitury, kilty – dla mnie to bez różnicy. Poznałem tu moją żonę, a także, co bardziej na temat, Joy, więc jak widać, nie mam nic przeciwko kobietom pracującym w kancelarii. A swoją drogą, czy wie pan, co się dzieje z Joy? Jak się czuje?

Oczywiście. Nie musi pan nic więcej mówić. Wiem, czym jest sprawa poufna. Chociaż zdradzę panu pewien sekret: w Hanger uważa się, że poufność jest sprzeczna z interesem publicznym. Kancelarie prawnicze to zbiorowiska ludzi pragnących poznać każdy szczegół cudzego życia. Wszyscy czyhają na czyjeś upokorzenie, na najdrobniejsze kompromitujące szczegóły. W dwa tysiące ósmym przesyłano sobie nakręcony komórką film przedstawiający Nigela Beasta drzemiącego na Dorocznym Obiedzie Partnerów. Kiwał się nad ptifurkami oświetlonymi blaskiem świec, gdy nagle jego słynne nieujarzmione włosy w nosie, poskręcane i zasupłane niczym stara wstążka do pakowania prezentów, zajęły się żywym ogniem. Jak mi mówiono, był to istny fajerwerk. Świadkowie takich wydarzeń na ogół chętnie koloryzują, lecz domyśla się pan, jak to musiało wyglądać. O osmalonym nosie Nigela Beasta mówiło się potem niemal przez rok. „Zrobienie z siebie Beasta” było w Hanger synonimem kompromitacji aż do następnej wiosny, kiedy pewna kobieta z zespołu prawa nieruchomości została przyłapana nago w damskiej toalecie na czwartym piętrze, gdy pozwalała muskularnemu asystentowi z pracowni reprografii wciągać kokę z własnej łechtaczki. Oczywiście to, co przydarzyło się Joy, nikogo nie rozbawiło. Nie to miałem na myśli. Ale jej wypadek mimo wszystko jest własnością publiczną. Tak jak Afera z Beastem – tylko więcej w nim krwi, albo Afera Łechtaczkowa – tylko bez wciągania. Dobrzy pracownicy, tak samo jak dobrzy obywatele, są ciekawi. Będą rozmawiać. Porządkować po swojemu całą historię.

Muszę przyznać, że z zainteresowaniem czekałem na nasze spotkanie. Człowiek ogląda różne amerykańskie filmy – czy przynajmniej u siebie, w gabinecie, ma pan kozetkę? – nie spodziewa się jednak, że jego firma do tego stopnia zadba o zdrowie pracowników. Zresztą przypuszczałem, że z uwagi na śledztwo będę pierwszą osobą, która pana u nas powita. Lepiej, żeby to zrobił zdrowy psychicznie pracownik wyższego szczebla. Obawiam się, że od piątku niektórym osobom z personelu – i rzecz jasna Dennisowi – niewiele trzeba, by się zupełnie załamali.

Dennis.

Nikt panu nie powiedział o Dennisie?

Mogli to zrobić! Oczywiście, że mogli. Pan naprawdę traktuje zbyt poważnie prawo do prywatności.

Wyjaśnijmy więc sobie od razu: Dennis to mąż Joy. Facet z wyższych sfer, po prywatnej szkole z internatem, który powinien zasiadać w parlamencie, lecz tkwi w innej skostniałej instytucji: na uniwersytecie. Był tutaj, kiedy zdarzył się wypadek, i – proszę mrugnąć dwa razy, jeśli się nie mylę – kancelaria zaproponowała, by tak jak my skorzystał z pana usług. Wezwali go w tej sprawie wczoraj, a potem dopadł mnie podczas picia kawy w kąciku kuchennym i wygłosił jeden ze swoich jękliwych monologów na temat puszczonego w obieg materiału filmowego z kamer monitoringu. Próbowałem mu wyjaśnić, że ludzie są z natury ciekawi. Skoczyła? Wypadła? Czy się przebudzi? Tłumaczyłem, iż to uzasadnione pytania.

Nie jest pan pewien, czy są uzasadnione, czy że powinno się je zadawać?

Ależ oczywiście. Wszystko w życiu zależy od punktu widzenia. Nawet najbardziej niszowe zachowania – na przykład wykorzystywanie warzyw podczas seksu analnego z ukochaną osobą – zależą od punktu widzenia. Czy jednak nieustanne relatywizowanie pomoże w dyskusji? Sprawi, że lepiej zrozumiemy, co podniecającego kryje się w szorstkiej cukinii lub sztywnym pasternaku?

No cóż, nie. Nie przyjął mojego komentarza najlepiej. Zapadła pełna napięcia cisza, podczas której usłyszałem chyba beknięcie Damona Turnera z zespołu prawa finansowego. Damon ma zwyczaj rozstawiać szeroko nogi, gdy czuje, że zaraz mu się odbije, i urządzać całe przedstawienie. Zignorowałem zarówno ciszę na pierwszym planie, jak i beknięcie w tle, i dalej próbowałem wyjaśniać Dennisowi, na jakich zasadach działa duża kancelaria prawnicza. Widzi pan, to jedna z moich umiejętności: skuteczne objaśnianie pod presją. Należę do zespołu procesowego, ale moja specjalność to sprawy upadłościowe. Zna pan jakichś prawników od upadłości?

Nie? Tak myślałem. Inaczej wiedziałby pan, że mamy skłonność do życia na krawędzi. Wkraczam do akcji, kiedy firma zaczyna tonąć. Członkowie zarządu panikują z powodu teraźniejszości, próbują usuwać ślady przeszłości i chronić tyłki przed przyszłymi roszczeniami. Moją rolą jest dowiercić się, mimo nacisków i ryzyka, do pokładów kłamstw, w których czają się prawdziwe zeznania. Kłamstwa mają w sobie coś uzależniająco twórczego – jeśli sfałszuje się jeden szczegół, trzeba zmienić także sąsiedni – więc ich pokłady mogą być bardzo bogate i ściśle ze sobą połączone.

Gdy po nieprzyjemnej rozmowie z Dennisem wróciłem do gabinetu, nie było w nim Jess, mojej uroczej praktykantki. Mogłem więc rozpiąć suwak, uwolnić Piotra Wielkiego i zwiesić go pod biurkiem. Lubi się trochę przewietrzyć, a ja się wtedy relaksuję. Na tym polega problem dzielenia gabinetu z atrakcyjną dziewczyną: nie zawsze można się całkowicie rozluźnić. Kiedy przebywam w biurze sam i jestem trochę podniecony, bawi mnie sprawdzanie, ile gumek recepturek mogę zawiesić na moim fiucie. Rekord? Sto dwadzieścia dziewięć. Oczywiście mówimy o szerokich gumkach z szafki na trzecim piętrze. Inną przyjemną rozrywką jest przyczepianie sobie spinaczy do uszu, ale to można robić dopiero po piątej, gdy wszyscy z sekretariatu pójdą już do domu.

W drzwiach stanął Tyci Tony O. W jego przezwisku nie kryje się żadna ironia. Jest karłem. W dodatku prawdopodobnie gejem, a na pewno Azjatą – czyli spełnieniem najdzikszych fantazji działu kadr. Przeprowadził małe dochodzenie, nie będę jednak zawracał nim panu głowy. Widzę, że należy pan do ludzi, których łatwo zgorszyć, zresztą nie o tym przecież mamy rozmawiać, prawda?

O czymkolwiek, byle mi pomogło? Ma pan doprawdy dziwny sposób wyrażania się. Będę nazywał pana Doktorem Odd. Czy odpowiada panu ten przydomek? Doktor Odd?

Cóż, Doktor Who też pewnie nie był swoim zachwycony, a jednak przezwisko się przyjęło. A więc brzmiało to mniej więcej tak. Musi mi pan wybaczyć, naśladowanie głosów nie jest moją najmocniejszą stroną.

– Oj, oj – powiedział Tony. – Nie zastałem jej? Kurka wodna, musieliśmy się minąć. Szukam Super-Jess, a zastaję tylko ciebie. Pomaga mi przy sprawie elektrowni atomowej, tej, która zatrudniała jako ochroniarzy pensjonariuszy domu opieki. Sytuacja wygląda naprawdę bzzzidko. Idziesz po pracy na piwo? Słyszałem, że wywalili Sutcliffe’a. Ale ode mnie się tego nie dowiedziałeś. Facet nie ma jeszcze o niczym pojęcia. Kto wie, może wyleją więcej starszych prawników łącznie z pogrążoną w śpiączce poczciwą Joy Stephens? Brakuje mi widoku jej uzębienia. Nie ma to jak idealny garnitur zębów. Wiesz, że tymczasowo przenoszą do nas kilku młodszych obrońców? Ostatnia rzecz, jakiej nam potrzeba, to te cwele w perukach i togach. Naprawdę przydałyby mi się wakacje, choć to chyba niemożliwe w sytuacji, gdy sprawa atomowa grozi wybuchem. A mój żołądek?! Chłopie, słowo daję, że jedzenie w stołówce jest coraz gorsze. Wiecznie te kiełbasy. Próbowali mnie przekonać, że polityka firmy wymaga, aby były podawane w stanie półsurowym! Pewnie słyszałeś o Kennedym? Musiałeś słyszeć. Uważa, że jest następny w kolejce. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby Stuknięty Brian pozwolił mu odejść, skoro sprawa firmy tytoniowej jest tak paląca. O Boże, Kennedy to głupiec. Kom-plet-ny. Muszę przyznać, Peter, że krawat pasuje ci do koszuli. Jeśli szybko nie dostanę urlopu, sam rzucę się z jakiegoś wysokiego budynku. Ale fakty są takie, że Super-Jess lubi flirtować, a ty jesteś człowiekiem żonatym. Słyszałeś może coś na mój temat, no wiesz, o mojej przyszłości?

Milczałem.

– A poza tym… Jak sprawy stoją? – zapytał Tony.

Pytanie było nadzwyczaj celne, zważywszy na to, co działo się pod biurkiem.

– Nieźle – odpowiedziałem. – Jesteś zajęty?

– I to bardzo – przytaknął. Co oznaczało: liczę, że wybronię się przy kolejnej redukcji.

– Ja też – rzuciłem. – Siedzę nad Projektem Drobiowym, mam przejebane. – Co oznaczało: przyczyny mojego dyskomfortu są jawnie seksualne, przełożeni mnie pożądają i pragną, mam zapewnioną pracę do końca życia.

Potem sprawy się skomplikowały. Zapytał, jak się czuje moja żona, Christine. Widzi pan, były z Joy bliskimi przyjaciółkami. Razem zaczynaliśmy pracę w tej kancelarii. Aż do piątku nasza trójka żyła niczym jedna szczęśliwa rodzina. Co prawda, jak większość rodzin, szczęśliwa w sposób dysfunkcyjny. W późniejszych pytaniach Tony’ego naprawdę zirytowała mnie sugestia, jakoby… W każdym razie tyle mniej więcej powiedział. W impresjonistycznym szkicu. Na szczęście znudziło mu się nagabywanie mnie i przeniósł się do sekretariatu popatrzeć, jak Olivia Sullivan uzupełnia papier w kolorowej drukarce. Gdziekolwiek się ruszysz, jakieś dziewczyny pochylają się, przyklękają lub kucają. Kiedy już pana wypuszczą z tego prowizorycznego gabinetu terapeutycznego, proponuję przejść się po pokojach. W każdym kącie biura, w boksach, na schodach, nawet w kąciku kuchennym ujrzy pan rysujące się pod obcisłymi białymi bluzkami wspaniałe sutki. Jak już mówiłem, istny raj, dopóki nie okaże się, że jest inaczej.

Co mam na myśli? Po wydarzeniach z zeszłego piątku stało się jasne, że wielu tutejszych pracowników coś ukrywa. Zwłaszcza Azjata z siłowni, Barbara, a nawet Dennis – czyli osoby, które zapewne zaproszono do wzięcia udziału w tych… jak to pan nazywa?

Pogawędkach! Ha! Coraz bardziej pana lubię. Ma pan doprawdy postmodernistyczne poczucie humoru.

Otóż każdy, kto z uwagą oglądał nagrania z kamer monitoringu, zauważył, że owa trójka jako pierwsza podeszła do ciała Joy. Zaledwie przed dwoma sekundami jej kości trzasnęły o marmur, a oni już przepychali się przez tłum, by znaleźć się bliżej. I jak widać na biało-czarnym rozedrganym filmie, mają spuszczone głowy, zupełnie jakby się nie tylko bali, lecz także wstydzili.

Ja? Pewnie też podszedłem. Z kieliszkiem szampana w dłoni. Czułem się dziwnie. Nie spodziewałem się czegoś podobnego. Tego dnia Joy miała zostać partnerką w Hanger, Slyde & Stein. Uparta, odnosząca sukcesy, dość bogata, zapewne najbardziej utalentowana i najładniejsza kobieta w zespole procesowym. Na kamiennej podłodze, bez oznak życia.

W następnych dniach słyszałem, jak ludzie mówili, że jeszcze przed upadkiem na twarzy Joy malowała się pustka. Że uderzenie ciała o podłogę zabrzmiało w ich uszach jak łomot bębna. Że wydawała się roztargniona i niepewna. Że gdy tak leżała, przypominała połamane krzesło, designerski mebelek czekający, aż usunie go sprzątaczka.

Oczywiście to tylko domysły. Jednak im więcej o tym się mówi, tym bogatsze stają się wspólne wspomnienia. W tym cały problem z londyńczykami, nie uważa pan? Pleciemy bzdury, żeby jakoś sobie radzić! Nie chcemy obcować z naszymi lękami w samotności, więc spotykamy się i je omawiamy. Bez końca analizujemy trudny do opisania wyraz oczu Joy, kiedy zwracała się do tłumu: widoczny w jej źrenicach nieokreślony ból czy niesprecyzowany zamiar, strach przed zmarnowanym życiem czy namysł, co by tu przegryźć do herbaty. Niekończące się interpretacje. Uzgadniane pomrukami opinie. Opowiadane donośnym głosem historie. Bez urazy, ale tego rodzaju pseudotroskliwa psychologiczna masturbacja niewiarygodnie mnie nudzi. A mówi to panu człowiek, który raczej lubi…

Czy uważam, że była to próba samobójstwa? Chodzi o moje prywatne zdanie?

Wiem na pewno, że poprzedniego dnia Joy wyszła z kancelarii po północy. Prawdę mówiąc, wychodziła późno od wielu tygodni. Była przepracowana, choć nie bardziej niż my wszyscy. Zatem musiało się coś wydarzyć w jej życiu osobistym. Czasem, gdy wraca się do domu po całym dniu harówki, wystarczy drobiazg – skończyły się środki nasenne albo zabrakło mleka – byśmy na chwiejnych nogach zabrnęli w ciemny zakątek własnej jaźni. Oczywiście zastanawiałem się nad tym. Nad tym, co się wydarzyło, kiedy Joy wreszcie dotarła do domu w nocy z czwartku na piątek. Pewnie tym tropem pójdą policja i prasa. Spróbują zrekonstruować od początku aż do godziny piątej po południu ostatni dzień Joy.

Ten zegar dobrze chodzi?

Naprawdę?

Muszę wziąć udział w spotkaniu starszych prawników. Będziemy się zastanawiać, jak doprowadzić do tego, by więcej kobiet zostawało partnerkami. Może takich, które nie są w stanie śpiączki. W ramach krzewienia różnorodności.

Nie, powiedziałem: różnorodność. To nowe firmowe słowo na określenie sytuacji: O kurwa, tu są sami mężczyźni.

Doktorze Odd, przypomina pan moją praktykantkę. Wciąż pan robi notatki. Tylko woli pan używać luźnych kartek. Osobiście bałbym się, że mi się pomieszają. Widzi pan, dla mnie bardzo ważna jest struktura.

Co pan sądzi na temat gumek recepturek?


Peter

Pod oczami? Wcale mnie to nie dziwi. Należą do moich Dziesięciu Głównych Znaków Szczególnych, a odkąd Joy podjęła próbę rozstania się ze światem, ledwie miałem czas, żeby się przespać albo coś zjeść. Tyle jest roboty przy Projekcie Drobiowym. Jak tak dalej pójdzie, trafię do szpitala. Zgoda, ostatecznie to Joy tam wylądowała, ale kto musi teraz sprzątać ten brudny kurnik? Mięsni Muszkieterowie wystąpili w telewizji. Podobno otrzymali poufny dokument, z którego wynika, że wszystkie ich wypowiedzi na temat firmy są prawdziwe. Widział pan może ten program? Niezłe jaja, jak to podsumował „Sun”. Producent nawet się nie zagdaknął na temat tego, co pakowali do nuggetsów. Zarząd oskarżono o kurzą ślepotę.

Ceny akcji poleciały na łeb, na szyję. Jessice i mnie nie zapłacono za pracę po szesnaście godzin na dobę. A przede wszystkim cała sprawa nie miała nic wspólnego z moją specjalnością, była to bardziej przysługa niż polecenie służbowe, choć teraz wygląda na to, że w grę może wchodzić także upadłość. Stuknięty Brian oświadczył, że bardzo się ucieszy, jeśli pod nieobecność Joy zajmę się wszystkim.

„Oto dokumentacja”, powiedział mi wczoraj. Tyle od niego usłyszałem.

Co w tłumaczeniu z prawniczego na nasze oznacza: Zabierz to! Niech te cholerne papiery znikną z mojego biurka!

Kiedy wyszedł, uniosłem oczy i ponad piętrzącymi się zwałami segregatorów z tektury w marmurek ujrzałem zbliżającą się ku mnie czarującą Jessicę, jej lśniące ramiona i wielkie, błyszczące entuzjazmem oczy. Lubię tutejsze jaskrawe oświetlenie panelowe. Wydaje się prawdziwsze od światła dziennego. Ludzie nigdzie nie wyglądają tak złociście jak w Hanger. Jessica, z tańczącym wokół szyi wisiorkiem, wyglądała trochę jak Joy, gdy zaczynaliśmy tu pracę, zanim jeszcze dziesięć lat siedzenia do późnej nocy nadało jej urodzie bardziej realny wymiar.

– Cześć, Pete – powiedziała, bo pozwalam jej tak się do siebie zwracać. – Przepraszam, ale utknęłam na ważnym spotkaniu z partnerem, który ma kota chorego na AIDS.

– Z Greyem? – zapytałem.

– Nie.

– Z Harrisem?

– Właśnie, z Harrisem. Jest bardzo miły. Pytał, co sądzę o różnych sprawach. Powiedział, że bardzo sobie ceni uwagi pracowników ze wszystkich szczebli.

Jeszcze się nauczy. Jeszcze się dowie, że nie należy ufać partnerom, którzy zachęcają do współpracy. Że zatrudniono nas tu z powodu pełnowymiarowej osobowości, niezależności w myśleniu i umiejętności gry w zespole, po to, by w następnych latach uczynić z nas osoby jednowymiarowe, służalcze i zbyt zajęte, by w cokolwiek grać. Że stale rozsyłane e-mailem kwestionariusze badające równowagę między pracą a życiem prywatnym personelu są powiązane z procesem redukcji etatów, dzięki któremu osoby przepracowane już wkrótce będą miały dla swoich rodzin bardzo dużo czasu. Że co pół roku jesteśmy proszeni o wypełnienie ankiety oceniającej miejsce pracy i jeśli w rubryce Dodatkowe Komentarze ktoś wspomni o chronicznym bólu pleców, oparzeniach od promieniowania monitora lub graniczącym ze ślepotą uszkodzeniu wzroku, zostaje ukarany wymianą regulowanego fotela obrotowego na upokarzającą piłkę do ćwiczeń i rehabilitacji. Że każdy ma pomysł na scenariusz filmowy lub projekt nowego rodzaju kołdry wypełnionej kaczym puchem, ale koniec końców jakoś brakuje mu energii, by napisać tekst albo oskubać kaczkę. Że sekretarki, podobnie jak niektórzy z najbardziej szanowanych specjalistów w firmie, drobnym słowem lub gestem potrafią sprawić, iż pracownikom krew ścina się z przerażenia („Szef natychmiast chce się z tobą widzieć”; „Zebranie odbędzie się o północy”). I wreszcie, że gdy ktoś zdobędzie poufną informację, która dotyczy na przykład zdrowia brytyjskiego kota krótkowłosego należącego do pryncypała, to zachowuje ją dla siebie, nie zdradza nikomu, nawet swojemu cudownemu szefowi i mentorowi, tylko czeka, by wyjawić wszystko przed odpowiednią widownią, choćby na przyjęciu firmowym z okazji świąt Bożego Narodzenia, w nadziei na zdobycie w zamian lubieżnych plotek na temat życia seksualnego którejś z sekretarek.

Powiedziałem Jessice, że powinna mieć więcej pewności siebie i częściej nosić spódnice. Potem nakazałem, by przez następne sześć godzin zgromadziła i umieściła w segregatorze wszystkie dostępne wycinki prasowe na temat Projektu Drobiowego, na wypadek gdyby radca prawny klienta zażądał ich w celu zrobienia wrażenia na dyrektorze marketingu. Niestety, okazało się, że jest wręcz przeciwnie, więc kiedy dokumentacja była już gotowa i starannie posegregowana, z nutką żalu w głosie (lecz nie aż taką, by zagroziła hierarchii naszych stosunków służbowych), zawiadomiłem praktykantkę, że musi spędzić wieczór na opróżnianiu segregatorów i przepuszczaniu ich zawartości przez niszczarkę. Widzi pan, od czasu wycieku do prasy klient zażądał, by wszyscy jego doradcy prawni dopisali do swoich umów punkt dotyczący niszczenia zbędnych wydruków. Patrząc na minę Jessiki, wyczułem, że jestem na dobrej drodze, by stać się przykładem idealnej mieszanki arogancji i pewności siebie, której kobiety nie mogą się oprzeć.

Ostatecznie Jess i ja siedzieliśmy w biurze do trzeciej nad ranem, stąd moje podkrążone oczy. Dzisiaj znów muszę zostać do późna. Zresztą jak zwykle. W ciągu dnia życie w kancelarii jest bowiem zbyt barwne i intensywne, by marnować czas na pracę. Od wydajności mamy noc.

Co sądzi o tym moja żona? O tych aspołecznych godzinach wykonywania obowiązków?

Niech pan nie zapomina, że ona też tu pracuje. Choć akurat w tej chwili jej nie ma. Pod koniec zeszłego tygodnia pojechała do rodziców i od tamtej pory uparcie nie daje znaku życia. Christine czasem potrzebuje, że pozwolę sobie ją zacytować: „przestrzeni, by móc przemyśleć parę spraw”. Zapewne chodzi tu o jakieś drobne nieporozumienie z jej kuzynką Isabel. Isabel pracuje w reklamie. Przesadza, żeby żyć. Nowa marka tamponów to dla niej nowy styl życia dla aktywnych matek, a przyjacielskie klepnięcie lub słowa zachęty ze strony zainteresowanego szwagra to próba odbycia stosunku. Zapewne Christine wie już z wiadomości, które jej zostawiłem w poczcie głosowej, o stanie zdrowia Joy. Z pewnością potrzebuje przestrzeni, by i to przemyśleć.

Czas poszukać innego sposobu nawiązania z nią kontaktu. Przed przyjazdem tu, zanim wsiadłem do windy, wstąpiłem do toalety, przejrzałem się dla otuchy w lustrze, poprawiłem węzeł krawata i zatelefonowałem do matki.

– Peter? – zapytała. – Peter, mówi mama.

Nie ma sensu wyjaśniać mamie, że przecież ja do niej dzwonię. To bezcelowe.

– Słuchaj, Peter – powiedziała. – Bardzo przepraszam, że ci przeszkadzam, Bóg jeden wie, ile masz własnych problemów.

Odparłem cierpliwie, że nie mam żadnych, po czym rozpoczęliśmy dłuższą rozmowę na temat żarówek. Mama wyjaśniła, że musi jedną z nich wymienić po raz pierwszy, odkąd tato przestał wstawać z łóżka, i choć ostatnimi czasy nie ma z nim prawie żadnego kontaktu, to może mimo wszystko ucieszyłby się z mojej wizyty i nowej żarówki. Zapytałem, czy potrzebuje wtykowej czy wkręcanej, na co odparła, że jest jej wszystko jedno. Cała ona: zgłasza problem, prosi o pomoc, a potem okazuje całkowitą obojętność wobec rozwiązania.

Powiedziałem, że spróbuję do nich wpaść w przyszły weekend, i szybko przeszedłem do rzeczy, a mianowicie do tego, czy droga mama mogłaby mi podać numer telefonu rodziców Christine. Widzi pan, nasze matki są zaprzyjaźnione, a ich ulubionym zajęciem jest wymiana monologów na temat popularnych seriali oraz naszego doskonałego małżeństwa.

Matka zakończyła rozmowę, oznajmiając, że spróbuje odszukać latarkę, a potem notes z adresami. I się rozłączyła. Ja zaś słuchałem sygnału, dźwięku, który jest prosty, lecz – w swojej prostocie – złożony. Wie pan, co mam na myśli? Pozbawiony formy, a jednak wyrafinowany, trochę jak zły sen. Przypomina uczucie, jakiego doznaję, gdy wpadam na Dennisa.

Czy coś sugeruję? To, że jest osobą nieprzyjazną i nieprzewidywalną. Żywi do mnie jakąś irracjonalną urazę.

Nie, nic mi nie przychodzi do głowy. Chociaż… Skoro już tak panu o wszystkim szczerze opowiadam, to spałem z jego żoną. Mieliśmy krótką przygodę, zanim jeszcze pojawił się na horyzoncie. Ale nawet gdyby wiedział – a nie wie – o tym minionym epizodzie, czy byłaby to wystarczająca wymówka, by traktować mnie z taką agresją? I tak, prędzej czy później, każdy prześpi się z każdym. Chyba słyszał powiedzonko o małpach, maszynach do pisania i swoim ukochanym Hamlecie?

Ja. Joy. Moja wspaniała żona Christine. Wszyscy odbywaliśmy tu praktyki. Był rok… dwa tysiące pierwszy, tak, na pewno. Wspaniałe czasy. Chyba najszczęśliwsze lata mojego życia. My, pięćdziesiątka młodych bystrzaków po najlepszych uczelniach w kraju, mieliśmy rozpocząć pracę w Hanger, Slyde & Stein. Wielu z nas nie ukończyło prawa. Ja studiowałem historię. Joy – filozofię, nauki polityczne i ekonomię. Christine, wstyd powiedzieć, geografię. Lecz łączyło nas jedno. Wszyscy, podchodząc do końcowych egzaminów, przeżyliśmy moment paniki „kurwa, kurwa, kurwa”, bo nie potrafiliśmy określić swojego miejsca w świecie. Człowiek idzie wtedy do doradcy zawodowego, a siedzący za biurkiem błazen z kostropatą gębą, który sam nie odniósł sukcesów na żadnym polu, potwierdza nasze najgorsze obawy. Na ludzi z klasy średniej czeka tylko sześć dostępnych zawodów: bankowość inwestycyjna, księgowość, administracja państwowa, dziennikarstwo, nauczanie i prawo. Tym zaś, którzy lubią pieniądze, ale są słabi z matematyki, zostaje prawo. Nasza pięćdziesiątka dwudziestokilkulatków lubiła pieniądze, nie radziła sobie jednak z rachunkami, więc wybraliśmy ten właśnie kierunek. Jeśli nie wyszło, cóż z tego? Dla mnie otrzymanie pracy w naszej kancelarii sporo znaczyło. Było dowodem, że Peter Carlisle nie na darmo ślęczał nad książkami, gdy uczęszczał do kiepskich szkół państwowych w Swindon.

W dniu rozpoczęcia praktyk, po wymianie pozorowanych pocałunków w policzki i żelaznych uścisków dłoni oraz utrzymywaniu uporczywego kontaktu wzrokowego z rozmówcą – pantomimie w stylu szkół prywatnych, którą większość praktykantów ćwiczyła już w macicy – dziesiątka największych gorliwców udała się do pubu. Skąd, w zasadzie, nie wychodziliśmy przez następne dwa lata. Oczywiście setki godzin spędzaliśmy także gdzie indziej – sprawdzaliśmy do świtu dokumentację, dorabialiśmy się chorób żołądka od picia zbyt mocnej kawy, zapoznawaliśmy się z palpitacjami serca i atakami paniki. Lecz w miarę jak godziny pracy stawały się coraz bardziej nienormowane, a związki z dawnymi przyjaciółmi coraz luźniejsze, pub Pod Peruką i Piórem zmieniał się w koszary, do których wracaliśmy, by czekać w napięciu i szaleństwie z zarepetowanym blackberry, aż znów nas wezwą na bój.

Od razu zacząłem sypiać z Christine. Wśród praktykantek było wiele innych interesujących dziewczyn, ale z żadną nie rozmawiało mi się tak dobrze o początkach demencji u taty lub moich planach podbicia świata. Na wydawanych przez kancelarię kosztownych obiadach integracyjnych odkryliśmy, że życie Christine i moje ma wiele punktów wspólnych. Pochodziliśmy z dość biednych rodzin, a naszym ulubionym filmem był Wall Street Oliviera Stone’a. Kiedy okazało się, że Christine uważa ten film za krytykę kapitalistycznej kultury lat osiemdziesiątych, nie miało to znaczenia – zresztą, byliśmy już po ślubie. Najważniejsze, że przemawiał do nas obojga. Dobrze dogadywaliśmy się w tego rodzaju drobiazgach. Joy natomiast była seksualnie powściągliwa i zgranie się z nią zabrało mi więcej czasu.

W pierwszym dniu praktyk chętnie wdawała się w pogawędki, lecz potem przeczytała zapewne poradnik na temat zasad sypiania z mężczyznami i postanowiła odgrywać nieprzystępną. Nie wstąpiła do klubu miłośników pubu Pod Peruką i Piórem i nawet gdy wpadała tam na środowego, czwartkowego czy piątkowego drinka, rozmawiała tylko z Christine i innymi najbliższymi koleżankami. A kiedy czasem pozwoliła się zagadnąć przy barze Davidowi lub Harry’emu, stała tam niczym cudowny flaming i wysuwając stopę z kosztownego pantofelka, palcami o pomalowanych paznokciach dotykała wypolerowanych desek podłogi. Wyglądała jak znudzona piękność i była niewymuszenie elegancka. Gdy kilka lat później zaginął siostrzeniec Joy, wiedziałem, że miało to na nią głęboki wpływ, bo choć wciąż była wytworna, zachowywała się sztucznie, jak gdyby jakieś fragmenty jej osobowości gdzieś się pogubiły. W tamtym okresie zaczęła bardziej przypominać swoją siostrę, kobietę, którą spotkałem raz czy dwa, a potem oglądałem w telewizji, nerwową, ale nie zapłakaną, wyrzucającą z siebie zdania: „Intuicja nam podpowiada, że nasz chłopiec żyje. Jeśli ktoś wie o nim cokolwiek, proszę, niech się zgłosi. Wierzymy, że synek wróci do nas jeszcze przed swoimi urodzinami”. Zwykle siedział obok niej policjant trzymający portret pamięciowy podejrzanego, który z twarzy wyglądał jak każdy i zarazem nikt: podbródek prezentera telewizyjnego, włosy mężczyzny w średnim wieku, usta, które chyba gdzieś się już u kogoś widziało.

Po roku trwania praktyk, jeszcze przed historią z siostrzeńcem Joy, kiedy właśnie dotarło do nas, że wymarzony zawód to jedyna w swoim rodzaju kombinacja szarzyzny życia i stresu, wraz z kilkoma osobami wybrałem się na wakacje do Maroka. Kto wchodził w skład grupy? Ja i Christine oficjalnie byliśmy już parą. Harry spotykał się z Jennie. Mark próbował dobrać się do majtek Rachel. Joy dołączyła do nas w ostatniej chwili, David ugrzązł w jakiejś koszmarnej sprawie i musiał zrezygnować.

As-Sawira była gorąca, pusta i wietrzna. Mężczyźni w długich szatach mieli w oczach coś przerażającego. Na plaży wlatywał nam do uszu piasek, a w toaletach wylatywały nam z jelit owoce morza. W całej wyprawie kryło się wiele napięcia i samotności. W barze hotelowym nie podawano alkoholu i we wczesne wieczory, gdy w korytarzach rozlegało się trzaskanie drzwi, sączyliśmy w męskim gronie żałośnie fałszywe mojito, czekając, aż dziewczyny się wyszykują. Harry i Mark rozmawiali o nartach i polowaniach, dwóch sprawach, o których nie miałem pojęcia. By móc czerpać pełną korzyść z bycia burżujem, trzeba się nim urodzić. Jedna po drugiej zjawiały się dziewczyny. Z jakiegoś powodu zachowałem w pamięci Christine ubraną w idiotyczny żółtozielony polar. Zapytała niecierpliwie, gdzie jest Joy, a ja zaproponowałem, że pójdę powiedzieć, żeby się pospieszyła.

Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyłem, że wciąż ma na sobie perłowobiałe bikini, w którym wylegiwała się nad basenem.

– Co o tym myślisz? – zapytała.

Dopiero po chwili zrozumiałem, że chodzi jej o stroje rozłożone na łóżku.

– Trudno powiedzieć – odparłem. – Zrób miejscowym przyjemność i idź w tym, co masz na sobie.

– I tak się ciągle gapią.

– Pewnie się zakochali.

– Myślą, że jestem białą dziwką – powiedziała, a ja wymamrotałem chyba „zachwycającą” i rozpoczęliśmy flirciarski spór na temat, czy dziwki kiedykolwiek bywają zachwycające. Zarzuciła mi, że jestem pijany, odpowiedziałem, że to marzenie pieprzonej ściętej głowy, a ona, jak to leciało…?

„Jesteś lubieżnym pijakiem, Peter”. Tak właśnie powiedziała. Przysunąłem się trochę bliżej, patrząc, jak poprawia przezroczyste ramiączko stanika bikini.

– Przestań – rzuciła.

– Jesteś zachwycająca.

– Wcale nie.

– Ależ tak.

– To głupie.

Wtedy ją pocałowałem – ze szczerością, jakiej nigdy wcześniej w sobie nie czułem. Gdy przesunąłem bardzo powoli rękę w dół jej pleców, lekko gryząc szyję, mignęło mi kształtne ciało pod majtkami kostiumu, skóra tak biała, że niemal świetlista. Był to niemądry, bardzo elektryzujący pocałunek.

Ale Dennis przecież nie dowie się o Maroku i rzecz w tym… Co to dzwoni? Czy to pana telefon?

Ach, Doktorze Odd, czas w pana towarzystwie leci jak porwany samolot! Za szybko, ze zbyt wielką łatwością. Zaczynam odczuwać na naszych spotkaniach dreszczyk emocji. Fajne są, prawda? To świetna zabawa.


Peter

Pamiętam, że w piątek wydarzyło się coś dziwnego: jakiś kleptoman ukradł nowe firmowe zwierzątko.

Kryje się w tym swoista makabryczna ironia, ale dzień, w którym Joy próbowała popełnić samobójstwo, był też firmowym Dniem Zabaw z Prawem. Raz do roku, co w kalendarzu imprez zbiega się mile z przyjęciem nowych partnerów, zwozimy do kancelarii kupę niezamożnych dzieciaków z całego kraju i każemy im dla rozbudzenia ambicji słuchać wykładów na temat życia w City. Przychodzą dziennikarze, robią zdjęcia i wszyscy starają się ukryć fakt, że osiemdziesiąt procent nowych partnerów firmy chodziło do szkół prywatnych. Pogadanka Życie w prawie, którą kazano mi przygotować na tamto piątkowe popołudnie, luźno nawiązywała do tropikalnej fauny i flory. Miałem zabawiać smarkaczy anegdotkami na temat ostatniej sprawy malgaskiej i związanych z nią kwestii środowiskowych. Stuknięty Brian zadecydował też, że podczas pogadanki przyda nam się, zgadł pan, Doktorze Odd, jakieś egzotyczne zwierzątko. Pomoc wizualna, jak to bez przerwy powtarzał.

Gdy spełzły na niczym nadzieje, że uda nam się kupić zwierzę pierwszego wyboru – prawdziwego kameleona z Madagaskaru – kazałem Jessice postarać się o małą jaszczurkę. Umieściła ją w suszarni ręczników obok siłowni. Gorąco, sucho, idealne miejsce. Kiedy jednak w dogodnym momencie zeszliśmy na dół, by zabrać ją na pogadankę, a przedtem sfotografować, jak siedzi na przedramieniu Barry’ego „Bez Pokrewieństwa” White’a, który ma na nim niewiarygodnie misterny tatuaż przedstawiający poskręcaną gałąź drzewa, efekt pewnej nocy spędzonej w Utah, odkryliśmy, że gada ktoś ukradł. W każdym razie stwierdziliśmy to podczas drugiej wizyty w suszarni. Za pierwszym razem Jess i ja trochę się zagadaliśmy na temat faktur i zupełnie zapomnieliśmy o jaszczurce. Gdy wróciliśmy po kilku minutach, klatka wciąż tam stała, i to zamknięta, tyle że w środku znaleźliśmy jedynie owoc kiwi. O fotografowaniu zwierzaka na ramieniu Barry’ego można już było tylko pomarzyć.

Problem polega na tym, że są wśród nas potajemni złodzieje jaszczurek. Proponuję, żeby z tej prostej obserwacji wysnuł pan szerszy wniosek. A mianowicie, że wszyscy w naszej kancelarii mają coś – banalnego lub zaskakującego – do ukrycia. W każdym biurze tajemnice są jak elektryczność: dziwne prądy, dzięki którym lampy jasno świecą, ale w City to powiedzonko jest szczególnie prawdziwe.

Wróćmy jednak do mojego pierwszego dnia w Hanger. Tego słynnego filmowego momentu, kiedy oczy bohaterów spotykają się ze sobą. Chyba od razu w głębi duszy wiedziałem, że muszę ją mieć. Gawędziłem właśnie z inną praktykantką, wymieniając zdawkowe grzeczności i trzymając palec lub dwa na przechylonym podbródku, co w choreografii rozmowy miało oznaczać szczerość, gdy ujrzałem zabójczo piękne nogi i ruszyłem – w połowie zdania – na ich spotkanie.

– Cześć, Peter – powiedziała Joy. – Jak leci?

A ja, rzecz jasna, od razu wiedziałem, że wpadłem jej w oko. Najwyraźniej przyjrzała się uważnie małym biogramom ze zdjęciami rozdawanym przez ludzi z działu kadr. Inaczej skąd znałaby moje imię? Zrobiła nawet uwagę, że wyglądam tak samo. Uznałem to za ciekawą taktykę. Nawet nie próbowała ukryć, że gapiła się na moje zdjęcie, porównując je z rzeczywistą osobą. Jak się potem okazało, spotkaliśmy się wcześniej, w niejasnych okolicznościach, rzecz jednak w tym, że wzajemny pociąg był silny i natychmiastowy. Zbyt skondensowany, by miał się rozpłynąć w rozwodnionej rzeczywistości realnego związku. Nie, nasze uczucia w ogóle nie pasowały do starego poczciwego schematu „chłopak spotyka dziewczynę”. Tajemnice: to one są sensem istnienia. Dwie osoby żyją w najzupełniej szczęśliwym małżeństwie, wspierają się nawzajem, dają jedna drugiej aspirynę, gdy przyjdzie zima. Zakrzyknie pan: Czegóż chcieć więcej?! Odpowiedź brzmi: Czegoś innego. Tajemnic. Kłamstw. Ryzyka. Małej odmiany od tego, co znane. Oczywiście musi być mała. Przy specjalnych okazjach. Uwielbiam kąpiele – nie ma nic lepszego niż zanurzyć się w ciepłej wodzie, pozwolić jej się połknąć. Lecz gdybym brał je codziennie? Stałyby się taką samą rutyną jak prysznic.

Christine podawała mi aspirynę, była moim codziennym prysznicem. To nie znaczy, że jej nie kocham. Kocham, i to bardzo. Powiem jej o tym, kiedy wróci od rodziców, gdzie jak panu mówiłem, zaszyła się, by przemyśleć sobie parę spraw, albo odbierze w końcu ten cholerny telefon. Ale nawet w chwilach pełnych miłości, w ekstatycznych, najważniejszych momentach życia pragniemy skrycie czegoś innego. Prawdę mówiąc, zwłaszcza w takich momentach.

Dam panu przykład: mój ślub.

Wielki dzień. Christine rozpaczliwie pragnęła mieć swój wielki dzień i ja go jej ofiarowałem. Wielkie dni nie są tanie. Mój kosztował mnie pieprzony majątek. Planujesz ślub i nagle okazuje się, że nawet cena kwiatów stanowi wielokrotność dwóch tysięcy: dwa tysiące za najtańszy wystrój, cztery za przeciętny i sześć za pokrywający całą podłogę różnokolorowy dywan z kwiatów oraz dekorujące stoły stroiki ze wzmocnionymi łodygami, które nie zwiędną, nawet jeśli Alan Allan (znany jako Alan do Kwadratu) przećwiczy na nich swój popisowy występ w charakterze ludzkiego węża strażackiego. Jakaś nadęta dziwa oprowadza cię po sali, informując śpiewnym akcentem rodem z Surrey, że wszystko sprowadza się do pytania, ile możesz wydać na swój wielki dzień. Wybrałem opcję za sześć tysięcy. Oczywiście, że tak. Chciałem, żeby Christine była szczęśliwa. Chciałem uczcić nasze wejście do klasy społecznej, którą stać na kosztowne bukiety. Kiedy szła główną nawą kościoła, była rozanielona. Widziałem to: Christine nie ukrywała swojego szczęścia. A ja się cieszyłem, bo ją kochałem. Ale moje szczęście częściowo – w jednej czwartej albo jednej piątej – wynikało z czegoś innego, ze spojrzeń, jakie rzucałem ukradkiem na śliczną Joy stojącą z boku, w drugiej ławce, nerwowo obracającą w dłoniach kartkę z porządkiem nabożeństwa. Częścią mojej radości była Joy. Nie nadawała się na żonę. Nie. Joy Stephens była na to zbyt impulsywna i nieprzewidywalna – mogłaby nagle rozbić mi talerz na głowie – i okazywała innym lekceważenie w sposób typowy dla kobiet z zamożnych rodzin, mając odwagę być nielubianą, a jednak czułem się… uprzywilejowany, jeśli to właściwe słowo, utrzymując z nią sekretny związek. To był mój ślub. Setka ludzi gapiła się na mnie, gdy składałem przysięgę. Uśmiechałem się promiennie, szczęśliwy jak to tylko możliwe. I nikt z zebranych, nawet Joy, nie wiedział, że częściowo zawdzięczam to romansowi. Byłem skrycie nią, moją kochanką, przesycony, tak jak coś przesycone jest barwą, wodą lub światłem. Obecność Joy Stephens na ślubie potęgowała moje szczęście. Dziwne? Może. Ale prawdziwe. Była częścią mnie, zakazaną i autentyczną. To nie bezduszność. Tylko stwierdzenie faktu, że ludzie lub chwile mogą stać się ukrytą cząstką nas samych.

Nie przekonałem pana?

Może inny przykład. Wimbledon. Lato dwa tysiące piątego roku. Mamy wersję oficjalną i to, co wydarzyło się naprawdę. Zgodnie z wersją oficjalną Joy stała z siostrzeńcem w kolejce do toalety: ich dwoje i tłum obcych ludzi. Wyjęła z torebki blackberry. Patrzyła na wyświetlacz. Poczuła, że coś dotyka jej stóp. Myślała, że chłopiec próbuje zwrócić na siebie jej uwagę. Spojrzała w dół. To był papierek po czekoladzie. Chłopiec zniknął. Policja rozpoczęła poszukiwania na wielką skalę. Społeczeństwo było wstrząśnięte. W każdym razie część społeczeństwa. W tym samym tygodniu w okolicach Londynu zaginęła dziewczynka. Gazety najwyraźniej wolą dziewczynki. Lecz nawet jeśli drugie zaginięcie przyciągnęło większą uwagę dziennikarzy, i tak siostra Joy po powrocie z Francji zastała przed domem tłum fotoreporterów. Jedna z sąsiadek, drobna miejscowa intrygantka, z której okien widać było salon rodziców dziecka, wynajmowała pokój kilku bardziej upartym paparazzim. Dziesięć funtów za godzinę. Długie teleobiektywy czyhały na szparę w zasłonach, by sprawdzić, czy żałoba jest prawdziwa. W końcu w dzisiejszych czasach zawsze podejrzewa się rodzinę. Potem oczywiście wkroczyły do akcji wszystkie świry. Uporczywe telefony od osoby udającej ich syna, z płaczem błagającej o pomoc. Uzdrowicielka twierdząca, że ciało zakopano pod budynkiem Parlamentu. Egipski alfons, który sprzedał chłopca królowi.

Wszystkie elementy układanki – policyjne poszukiwania, paparazzi, telefony maniaków – znane są bliskim Joy. Tak wygląda oficjalna wersja wydarzeń. Jednak cała narracja opiera się na początkowym obrazie, prawda? Na tym, że byli tam tylko Joy i chłopiec, stali w kolejce, ona sprawdzała e-maile na smartfonie, coś dotknęło jej stóp i zobaczyła, że siostrzeniec zniknął. Otóż ten początkowy obraz jest fałszywy.

Doktorze Odd! Niech pan da spokój! Przecież dobrze pan słyszał. Nie jest prawdziwy. Został – z braku lepszego słowa – spreparowany.

Niech pan będzie tak dobry i odłoży pióro. Obaj wiemy, że to, co mówię, nie ma nic wspólnego z moją tak zwaną traumą. Po prostu wyjaśniam panu, jak działa świat.

Wiem o tym, bo tam byłem. Zabrałem klientów na mecz tenisa. Joy i Christine miały dzień wolny, ale ja byłem w pracy. I przypadkowo… Cóż, oto Joy biega wzdłuż kolejki, cała roztrzęsiona, wołając, że zgubiła chłopca. Lecz przecież przed chwilą z kimś rozmawiała. Nie stała tam tylko z dzieckiem. Towarzyszył jej ktoś trzeci, przyczyna dekoncentracji. Ale, jak powiedziałem jej wtedy, szaleństwem byłoby poinformowanie o tym policji. Przepraszam, panie władzo, zostawiłam pięciolatka, żeby pobawił się jakimiś śmieciami, a sama ucięłam sobie miłą pogawędkę. Daj pan spokój. Starliby ją na miazgę. Karalne zaniedbanie, tak to się nazywa. Jej siostra, jak się okazało, i tak rozjechała ją walcem, ale to inna historia. Najważniejsze, że miałem dość przytomności umysłu, by rozejrzeć się za kamerami, i gdy zobaczyłem, że żadna nie filmuje wejścia do toalet, poradziłem rzecz następującą: „Słuchaj, Joy, staliście w kolejce tylko ty i mały. Może sprawdziłaś szybko wiadomości na telefonie, lecz poza tym uważałaś na chłopca”.

Żaden ze świadków temu nie zaprzeczył. Oto dowód, jeśli go w ogóle potrzeba, że niektórzy ludzie są odrażająco zaabsorbowani sami sobą.

To takie proste. Prawda stała się tajemnicą, a kłamstwo stało się prawdą. A na tych chwiejnych podstawach zbudowano oficjalną wersję wydarzeń.

Przypuszczam, że tak samo będzie z jaszczurką Cuthbertem. Pojawi się oficjalne wyjaśnienie jej zniknięcia, potem wiele kontrwyjaśnień, aż wreszcie każdy w biurze opracuje własną wersję tego, co się stało, w której jaszczurka zejdzie na dalszy plan. Przez pewien czas będzie trochę zabawy, bo każdy spróbuje dowcipnie przedstawić swoją opowieść, odpowiednio ubarwiając kilka znanych faktów. Jak podczas powtarzanego w nieskończoność programu telewizyjnego – krokodyle łzy, ścieżka dźwiękowa z nagranym śmiechem, udawane szczęście – wytworzy się rodzaj fałszywej, napędzającej nas energii. A potem wszyscy się znudzimy i wyłączymy odbiorniki. Nawet matka, która odkąd tato nie podnosi się z łóżka, poślubiła w zastępstwie telewizor, wyłącza go, kiedy autorzy oper mydlanych o jeden raz za dużo odgrzeją swoją historię.

Czy kontaktowałem się z kimś? Z matką?

Nie. Ale słuszna uwaga. Musi mi dać ten numer telefonu. Do rodziców Christine. Bo przyznaję, zaczynam się czuć jak ofiara spisku. Christine zaszyła się w domu rodziców i nie odpowiada na telefony. Moja własna matka do mnie nie oddzwania. E-maile znikają w cyberprzestrzeni, nie wywołując żadnych widocznych efektów. Czy wszyscy coś przede mną ukrywają? W jaki sposób mam uzdrowić swoje małżeństwo?

Coś jest nie tak, czegoś tu brakuje. A ja za bardzo jestem zajęty Projektem Drobiowym, by ustalić, co to takiego. I… Jedną chwileczkę, lepiej przeczytam tę wiadomość.

Och, do kurwy nędzy.

Gówno, cholera, dupa, kurwa, chuj.

E-mail od Charlesa Jestingforda! Z propozycją wybrania się razem na kawę.

Jestingford jest najczcigodniejszym i najbardziej przerażającym z firmowych partnerów. Jeśli chce się napić ze mną kawy, to znaczy, że ma dla mnie nową sprawę, a skoro tak, to do wiosny mogę się pożegnać z wolnymi weekendami.

Tyci Tony i ja zajrzeliśmy dziś rano do gabinetu Jestingforda. Właśnie wstawił sobie nowe meble. Tony zachwycał się mahoniowym biurkiem, które wyglądało jak antyk, twierdząc, że przydałoby mu się takie na jego poddaszu – w głębi duszy Tony to poczciwe domowe zwierzę, aseksualny romantyk mający słabość do mebli – jednak mnie tak naprawdę zaniepokoiła wisząca nad owym biurkiem lśniąca, biała tablica zaopatrzona we flamastry i specjalną gąbkę. Odniosłem wrażenie, że staroświecka tablica korkowa w moim gabinecie stanowi bezczelny relikt mniej oświeconej epoki. Zamierzam poprosić sekretarkę, żeby kupiła mi to nowoczesne cudo. Na rachunek firmy jako sprzęt biurowy. Jeśli się uda, jeszcze przed spotkaniem na kawie.


Peter

Doszło do różnych nieprzyjemnych wydarzeń, Doktorze Odd. Zaczęło się od tego, że moja osobista sekretarka poszła, jak to one mają w zwyczaju, na zwolnienie, więc byłem skazany na Barbarę.

– Miałam telefon z pralni chemicznej – oznajmiła mi dziś rano.

– I? – zapytałem.

– Nie do uratowania.

Przesylabizowała te wyrazy powoli, a każda sylaba była jak cios wymierzony mi świadomie w jądra. Wspomniana rzecz nie do uratowania to mój garnitur. Został zniszczony podczas wypadku w siłowni, w czasie kiedy rozmawiałem z Joy w jej gabinecie, ubrany w głupi kostium, o którym wolałbym nie wspominać.

– To słowa pracownika pralni, nie moje – dodała Barbara. – Pewnie był drogi?

– Barbaro – odparłem – czy wyglądam na człowieka, który nosi tanie garnitury?

– Pomyślałam, że może wydał pan wszystko na opaleniznę i zęby – oznajmiła.

Jessica roześmiała się, i to dosyć głośno, a że wesołość bywa zaraźliwa, w tej samej chwili zaczął wyć alarm przeciwpożarowy. Testują go w każdy czwartek o jedenastej rano przez dwadzieścia dwie sekundy. Wśród ogłuszającego hałasu spoglądałem czule na Jess i bezgłośnie wymawiałem różne przypadkowe słowa. Potem, gdy alarm ucichł, zwróciłem się do niej:

– Wypadło mi z głowy, ale to naprawdę ważne. Musisz przygotować dla mnie szkic notatki na temat głównych aspektów uporządkowanej likwidacji.

Później, kiedy nadeszła pora lunchu, postanowiłem zaprosić Jessicę na małe co nieco do Icarusa. Czułem lekkie wyrzuty sumienia, że zleciłem jej przygotowanie notatki, której wcale nie potrzebowałem. Nie byłem też w nastroju, by jeść lunch w towarzystwie innych starszych prawników – Greena, Browna i Blacka. A już zwłaszcza nie miałem ochoty spotykać się z Michaelem Blandem, firmowym dealerem koki. W Hanger panują w tej kwestii określone zasady – koka jest w porządku – lecz ja zostawiam ją graczom w polo z wyższych sfer, absolwentom Eton mającym kasy więcej niż jest w stanie wciągnąć ich przegroda nosowa.

Było dosyć późno jak na lunch i restauracja w Icarusie świeciła pustkami. Jess i ja spędzaliśmy miło czas przy narożnym stoliku, pochłaniając panazjatyckie przysmaki, kiedy nagle zobaczyłem Dennisa. Wyłonił się – z pieprzoną prędkością – zza całkiem przyjemnej dla oka fontanny i podszedł do nas, prezentując sylwetkę mężczyzny, który nie wykupił członkostwa w siłowni, a kiedy podałem mu rękę, obdarzył mnie typowym dla niego, gruchoczącym kości uściskiem. To jedyna moc, jaką w sobie ma.

– Jak zawsze prawdziwy dżentelmen – powiedziałem do niego, obrabiając zębami przyciętą w równą kostkę i oblaną sosem wieprzowinę.

– Przez większość czasu – odparł, po czym przysunął sobie krzesło i przedstawił się Jess. Nie znoszę jego zmanierowanego sposobu mówienia. Ma głos jak pierdnięcie w wannie.

Wyjaśniłem, że to lunch służbowy. Większość ludzi zrozumiałaby aluzję, prawda? Ale nie Dennis. Powiedział tylko: „Tak myślałem, że cię tu znajdę” i zaczął się na mnie gapić, ja zaś zamówiłem jeszcze jedną butelkę pouilly-fuissé. Zapytał, czy dobre wina to jedna z moich licznych słabostek.

– Winogrona wchodzą w zakres moich kompetencji – odparłem. – Słyszałem, że ty też nie wylewasz za kołnierz. Może jednak przejdziemy do rzeczy?

Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Jessica opowiedziała anegdotkę o swoim ojcu i bufecie w restauracji Jesz-Ile-Chcesz. Słychać było, że wymawia te słowa jak napisane dużymi literami.

– Szkoda, że nie ma tu Christine – zauważył Dennis.

– I Joy – dodałem. – Moglibyśmy mieć podwójną randkę plus Jess do podziału.

– Ty! – wrzasnął i szarpnął mój talerz w swoją stronę. – Naprawdę jesteś…

– Proszę pana – powiedział kelner, odkorkowując butelkę i nalewając mi wina do degustacji.

Dennis opadł na krzesło, a jego twarz przybrała kolory mojego słodko-kwaśnego dania: papryki, ananasa i rdzawoczerwonego sosu. Punkt dla Petera.

– Pyszne jedzenie – powiedziała Jessica, ja zaś po tych słowach odesłałem ją z powrotem do biura.

Skosztowałem wina, spojrzałem na Dennisa i ziewnąłem. Wiedziałem, że wygram nasz pojedynek, więc przestało mnie to bawić. Między mną a Dużym D. doszło już do potyczki w czwartek przed wypadkiem Joy i wyszedłem z jego domu z trofeum w postaci wypasionej rakiety tenisowej. Wie pan, gdy próbuję go sobie wyobrazić z Joy, gdy zastanawiam się, o czym mogą rozmawiać, zawsze w mojej głowie pojawia się obraz jej samej, leżącej na mojej kanapie z podwiniętą spódnicą, lekko skręconym ciałem i osłaniającymi piersi długimi palcami. Kiedy ostatni raz uprawialiśmy ze sobą seks, lata temu, wiła się pode mną dzika z rozkoszy. Zawsze mnie zadziwiała…

O czym to ja…? Ach, tak.

– Słuchaj, Dennisie – zacząłem, ledwie znalazłszy w sobie na to dość energii – ty tu rządzisz, więc żeby przełamać lody, pierwszy poruszę temat niewygodny dla nas wszystkich. Ja wiem, Dennisie. Wiem, że ty wiesz.

– Mówisz o romansie – stwierdził. – Tym, który miałeś z moją żoną.

– Mądry z ciebie facet. Nigdy w to nie wątpiłem – mruknąłem. – Więc powiedz mi. Jakim cudem z niej to w końcu wydobyłeś?

– Co rozumiesz przez „w końcu”?

– Chodzi mi o czwartek przed jej wypadkiem – wyjaśniłem. – Albo piątek. Dzień, w którym ci o tym powiedziała.

Pociągnąłem łyk wina – miało przyjemny aromat palonych migdałów – i zauważyłem, że Dennis się uśmiecha.

– Nie powiedziała mi o romansie w czwartek – odparł. – Ani w piątek.

– Więc we wtorek lub w środę, cóż znaczy dla przyjaciół dzień tygodnia?

– To chyba było w środę – stwierdził.

– Właśnie – przytaknąłem.

– Ale, no cóż, w środę ponad cztery lata temu.

– Co? – zapytałem. Moja porcja ryżu zaczęła rozmiękać. Do tej pory tkwiła na talerzu nienaruszona niczym doskonała biała świątynia, lecz teraz zauważyłem, że jej fundamenty podmył sos.

– Tak – ciągnął, jakby rosnąc na swoim krześle. – Po cóż miałbym rozmawiać z nią o tym teraz, skoro całą sprawę omówiliśmy dokładnie w dwa tysiące szóstym roku.

– Nie jestem pewien, czy dobrze cię zrozumiałem – wykrztusiłem.

– Nie marnuj, a nie będziesz w potrzebie – odrzekł, nabierając na widelec porcję mojego dania. – Wieprzowina czy kurczak?

Zapytałem, czy naprawdę wiedział o naszym romansie od lat, a on w odpowiedzi tylko pokiwał głową i przeżuwał dalej.

Przełknąłem ślinę.

– Powiedziała ci o tym na… jakim etapie?

– Och – odparł niemal niedbale. – Parę miesięcy po ślubie. Obgadaliśmy porządnie cały problem i wyłożyliśmy przysłowiową kawę na ławę. Wiem wszystko, nawet to, że spotykaliście się tuż po naszym miesiącu miodowym. Lecz przecież nigdy nie chcieliśmy, żeby nasze małżeństwo było banalnym związkiem. Ostatecznie ożeniłem się z Joy, kiedy była w ciąży, i wiedziałem, że jest zbyt młoda i piękna, by zachowywać się konwencjonalnie.

– Ale… – wszedłem mu w słowo – przecież ty i ja tyle razy się spotykaliśmy przez te wszystkie lata. Ściskaliśmy sobie dłonie…

– Dosyć mocno, prawda?

Palce Dennisa przesuwały się wokół nóżki kieliszka, jakby tasując niewidzialne karty. Obraz ten tkwi w moich myślach niczym mało wyrazisty szczegół z dawno pogrzebanych w pamięci wspomnień. A przecież działo się to dzisiaj, w porze lunchu, nie w jakiejś odległej przeszłości.

Pochwycił moje spojrzenie i powiedział z namysłem:

– Bardzo mnie przygnębiło, gdy Joy usunęła moje nienarodzone dziecko. Myślałem, że już zawsze będę smutny. Potem jednak opowiedziała mi o romansie z tobą i zrozumiałem, że nie powinienem się martwić aborcją.

Zapytałem dlaczego. Chciał, żebym to zrobił, i nie zawiodłem go.

Odpowiedział ze stłumionym ziewnięciem:

– Ponieważ okazało się, że wyskrobali z niej twoje martwe dziecko, a nie moje.

Nagle odebrało mi mowę.

– Cholera – mruknął. – Chyba wiedziałeś, że było twoje, prawda?

Powiedział to tym swoim nauczycielskim tonem, zadowolony, że może dać mi nauczkę.

– Mnie powiedziała, że było twoje – wyszeptałem.

– Mój Boże – westchnął, wstając. – Wygląda na to, że całe mnóstwo spraw pozostaje poza zakresem twoich kompetencji, nieprawdaż?

Z tymi słowami wyszedł. Wyszedł. Wyszedł… Po prostu sobie poszedł…

Słucham?

Nie. To znaczy, tak. To znaczy, czemu nie?

Wie pan, że jest droga?

Ta woda. To markowy produkt.

Tak.

Tak, czuję się dobrze. Mniej więcej. Mniej więcej zupełnie dobrze. Kiedy Dennis wyszedł z restauracji, zostałem sam i dalej popijałem wino. Wychyliłem dzisiaj kilka kieliszków. Sam. Ale ja lubię pić sam. A pan? Samotność. Nikt o nic nie prosi. Niczym nie zaskakuje.

Zdrada. Oto słowo, jakiego bym użył. Muszę przyznać, że miałem je na końcu języka. Czułem jego smak, wychodząc z restauracji, i potem na dole, w naszym holu pełnym szkła, zgrabnych nóg, błyszczących butów. Cierpki smak zdrady. Jak mogła powiedzieć, że dziecko było moje – jemu, a nie mnie?

Gdy wysiadłem z windy, rozbolała mnie głowa. Światło wydawało się ostre i sztuczne, czułem się jak na planie filmowym mocno oświetlonym przez techników. Zobaczyłem własne odbicie w zasuwających się chromowanych drzwiach windy. Jego blask i dokładność mnie zaskoczyły.

Pierwszą osobą, którą napotkałem w tym stanie oszołomienia, była, niestety, Barbara. Zawiadomiła, że mam oczy podpuchnięte jak kameleon.

A potem, kiedy rozpaczliwie pragnąłem schronić się w ciszy swojego gabinetu i zrelaksować za pomocą gumek recepturek, poprosił mnie do siebie Charles Jestingford.

– Siadaj – polecił. – Mam za dziesięć minut telekonferencję w sprawie Projektu Niebeczkowego Chardonnay, musimy jednak pogadać. Nie, bardzo proszę, usiądź wygodnie. Rozgość się.

Siedzisko dla gości było, prawdę mówiąc, orzechowym szezlongiem w stylu lubianym przez ludzi pańskiej profesji. Charles wstawił go tu razem z białą tablicą. Takie ekscentryzmy są dopuszczalne u ludzi na naprawdę wysokim stanowisku.

– Słuchaj, Peter – powiedział, gdy ułożyłem się już na szezlongu. Stał gdzieś z tyłu i za każdym razem, kiedy zmieniałem pozycję, żeby go dojrzeć, usuwał się z pola widzenia. – Wolałbym, żebyśmy pogadali przy kawie, ale… Jak się trzymasz? Rozumiem, że byliście z Joy zaprzyjaźnieni?

Gdy nie odpowiedziałem, myśląc, jaki pechowy okazał się dzisiejszy dzień, zapytał mnie o Dennisa, który podobno kilka razy dzwonił do kancelarii. Charles cieszył się z tego. Było dla niego ważne, żeby Dennis czuł, iż może tu przyjść i porozmawiać, z kim będzie chciał. Nie tylko z panem, Doktorze Odd – choć Charles wspomniał o planach, by wzorem amerykańskich międzynarodowych koncernów zatrzymać pana na stałe jako oczywisty dodatek do firmowej siłowni, lekarza pierwszego kontaktu i dentysty – lecz również ze współpracownikami i przyjaciółmi Joy. Powiedział, że oczywiście nie jest to odpowiedni moment na rozmowy o reputacji firmy i jej wizerunku w prasie, ale dziennikarze z gazet prawniczych już zaczęli węszyć. Pytają o godziny pracy Joy i tym podobne sprawy. Wszelkie działania, które zapewnią kancelarii przychylność Dennisa, zostaną mi więc policzone na plus. Podobnie jak pomoc przy podnoszeniu morale zespołu i tłumaczeniu innym, że problemy Joy były natury osobistej.

– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem – bąknąłem, choć było inaczej, bo bardzo szybko pojmuję pewne sprawy. Dodałem to zdanie tylko po to, żeby wypełnić ciszę.

Nie pamiętam dokładnie, co mówił dalej Charles, lecz najbardziej utkwił mi w głowie następujący fragment: „Jeśli mam być z tobą zupełnie szczery, Peterze, muszę przyznać, że popełniliśmy błąd. Chociaż Joy jest bardzo zdolna, to ciebie powinniśmy byli przedstawić do awansu. Ale, między nami mówiąc, wiesz, jak to jest. Byłeś wyjątkowo dobrym kandydatem, jednak mogliśmy w tym roku dołączyć do zespołu tylko jednego partnera, a z uwagi na Kartę Różnorodności musieliśmy wybrać kobietę.

– Myślałem, że byłeś jej protektorem – oświadczyłem. – Kimś w rodzaju mentora.

Milczał. Ze wszystkich mrocznych sztuk biurowych najpotężniejsza jest cisza.

– Zabawne – odparł w końcu. – Niektórzy czują się zagrożeni obecnością przystojnych, inteligentnych, bogatych białych mężczyzn. Prowadzą przeciw nam wendetę. Kobieta straciła siostrzeńca i uznano ją za bohaterkę tylko dlatego, że wróciła do pracy. Cóż można na to poradzić? Może kiedyś porozmawiamy sobie na temat kultu dzielnej kobiety, bezbarwnego Murzyna i obowiązkowego Azjaty.

Pojawił się w polu widzenia, wygrzebał z szuflady biurka notes, poprawił na nosie designerskie okulary, a potem, po krótkim pożegnaniu, udał się na telekonferencję.

Poleżałem jeszcze przez minutę czy dwie i wyszedłem na korytarz. Wokół Olivii Sullivan zebrała się mała grupka osób czerpiących przyjemność z zaglądania jej za dekolt bluzki.

– Naprawdę byłeś w gabinecie Charliego? – zapytał Tyci Tony O.

– Byłeś tam z Charliem? – dodał Green.

– Charles cię wezwał? – zaciekawił się Brown.

– Zostałeś zwolniony? – chciał wiedzieć Black.

To właśnie powiedzieli, choć może w innej kolejności, lecz ja uciekłem schodami przeciwpożarowymi, zwanymi na ogół Zsypem Godziny Piątej, gdyż skrycie ułatwiają tak rzadkie i cenne wydarzenia jak wczesne wyjścia z pracy. Stałem na zimnie, za jedyne towarzystwo mając smartfon BlackBerry.

Zadzwoniłem do matki. To było mniej więcej przed piętnastoma minutami.

– Potrzebny mi numer telefonu – oznajmiłem. – Do rodziców Christine. I to zaraz.

Odparła, że chciała go dla mnie odszukać, ale wyleciało jej to z głowy, bo myślała o niewłaściwych żarówkach i moich kłopotach, więc wyjaśniłem jej po raz kolejny, że nie mam żadnych kłopotów. Zarabiam sto pięć tysięcy funtów rocznie. Mieszkam w przebudowanej kamienicy w rozwojowej części Holloway. Moja sprzątaczka ma pozwolenie na pracę.

– Jeśli naprawdę chcesz porozmawiać z Janet i Stephenem – powiedziała matka – to właśnie tutaj są.

– Naprawdę? – zapytałem.

– Tak, kochanie – odparła. – Mówią, że nie widzieli Christine od wypadku Joy Stephens. Lepiej do nas przyjedź. Oczywiście, jeśli nie jesteś zbyt zajęty innymi problemami.

Nie dosłyszałem, Doktorze Odd?

Tak. Powiedzieli, że Christine u nich nie ma.

Gdy matka przekazała mi te zdumiewające wieści, wstąpiłem do łazienki przejrzeć się w lustrze. Potem zabrałem aktówkę i powiedziałem Jessice, żeby nie zawracała sobie głowy notatką. I jeszcze jedno. Zanim tu przyszedłem – nie znoszę ludzi, którzy odwołują spotkania – wziąłem z gabinetu Charlesa Jestingforda czarny, zaskakująco ciężki flamaster, który leżał przy białej tablicy, i poszedłem z nim do kącika kuchennego. Potem policzyłem leżące na blacie gratisowe banany. Było ich czternaście. W ciągu kilku minut, omijany przez wchodzących i wychodzących pracowników, wypisałem na skórce każdego owocu jedno słowo. Potem ułożyłem banany na kształt żółtawego uśmiechu przed ekspresem do kawy, szeregując słowa w odpowiedniej kolejności.

Kiedy wszystkie były na właściwych miejscach, tworzyły napis brzmiący mniej więcej tak: Charles to kutas Charles to kutas Charles to kutas Charles to kutas kutas kutas.

Strasznie pan milczący, Doktorze Odd.

Nierozważny? Naprawdę? Cóż, taki mam dzisiaj nastrój.

Tak, tak, właśnie jadę do matki, dowiedzieć się, o co tyle hałasu.

To się rozumie samo przez się. Wszystko będzie dobrze.

Nie, nie, wcale nie jestem roztrzęsiony. A jeśli nawet, to przez kofeinę. Siedziałem do późnej nocy nad Projektem Drobiowym.

Skoro Christine nie mieszka u nich, to jest u przyjaciółki. Wcale się tym nie przejmuję. To był dziwny dzień, ale sprawy na pewno się ułożą. Jestem dobrej myśli. Czas pogodzić się z żoną. Gdy już się przed nią wytłumaczę – opowiem o Joy i innych pomyłkach – wszystko będzie dobrze.


Peter

Drogi Doktorze Odd,

minęło wiele miesięcy, odkąd omawialiśmy dodatkowe sposoby wykorzystania gumek recepturek. Miesięcy, podczas których stracił pan chyba zainteresowanie zdrowiem pracowników City. Jeśli jednak moje źródła się nie mylą, wciąż ma Pan papierkową robotę, więc dołączam do listu mały upominek.

To resztka z moich zapasów kancelaryjnych materiałów biurowych. Kiedy przestałem przychodzić na pogawędki, domyślił się Pan zapewne, że już tam nie pracuję. Niestety, afera bananowa nie spotkała się z najlepszym przyjęciem. Lecz chociaż nie znosiłem połowy współpracowników, tęsknię za firmą nieco bardziej niż przypuszczałem. W mieszkaniu dni są szare. Szare jak chmury. Jak wieloryb. Jak brudna ścierka do naczyń lub poszarzałe ze starości papiery. We Francji „być szarym” (etre gris) oznacza być podpitym. A bardzo pijanym? „Być czarnym” (etre noir). Słyszał Pan o tym?

Jestem trochę pijany, gdy to piszę. Ostatnio odkryłem, że lepiej się czuję, będąc wciąż na lekkim rauszu.

Przyzwyczailiśmy się do powtórzeń, prawda? Opieramy się na nich. Dokumenty, które w ramach papierkowej roboty sporządzałem w firmie, zeznania świadków i zawiadomienia, były zawsze przeróbką innych, przygotowanych wcześniej. Gdzie spojrzeć – wszędzie szablony. Czasem myślałem, że cała firma to jeden wielki szablon. To, co robiliśmy i mówiliśmy, można było wykorzystywać wciąż od nowa. Bo działaliśmy w martwy, powtarzalny sposób. Wyjątkowe rzeczy cieszyły się w Hanger uznaniem, pod warunkiem że były wyjątkowe w sposób zunifikowany – co drugi piątek nosiłem turkusowe spinki, lecz nigdy jaskrawsze niż te, które nosili inni. A jednocześnie nie opuszczało nas uczucie, że pewnego dnia jakiś szalony sukinsyn włamie się do systemu, wykasuje wszystkie precedensy i nie będziemy wiedzieli, co począć.

W piątek dwudziestego stycznia dwa tysiące szóstego roku o wpół do dziewiątej rano pewien mężczyzna, jadący do pracy jednym z londyńskich mostów, wyjrzał przez okno pociągu. To, co zobaczył, sprawiło, że zadzwonił na policję. Bał się, że ma halucynacje. Ale to nie były zwidy. W porze lunchu telewizja Sky News zaczęła nadawać nieprzerwaną relację na żywo. Dziesiątki tysięcy londyńczyków zgromadziły się na nabrzeżach Tamizy.

Wieloryb w Tamizie. Właśnie obejrzałem go w superszybkim szerokopasmowym internecie, by lepiej przypomnieć sobie szczegóły. Jak się okazało, mimo podobieństwa do mojego teścia, wal butelkonosy, który owego stycznia zabłąkał się do Londynu, był w rzeczywistości samicą. Wiedział Pan o tym? Bardzo dziwne, bo choć w styczniu dwa tysiące szóstego roku przez dwa dni w wiadomościach podawano wyłącznie informacje o wielorybie, a ja z uwagą śledziłem próby akcji ratunkowej, jednak w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, że patrzę na wala płci żeńskiej. Gdzieś w natłoku przeciwstawnych informacji umknął mi ten ważny fakt. Teraz wiem, jak przed laty czuł się Tyci Tony O., który, po zawarciu znajomości z osobą pracującą w tajskim barze, doznał przykrego rozczarowania. Było to w czasach, gdy miał problemy ze zdobyciem kobiety. I gdy kobiety wolały mężczyzn wyższych od siebie.

Wszystko tutaj musiało wydawać jej się obce: piaszczyste nabrzeża, półtorametrowa głębokość rzeki, helikoptery ryczące jak dinozaury, głośniki, pociągi mknące po szynach. Cały ten hałas odbijał się echem, mocno i głucho, o misterne, czułe jak kamerton kości wielorybiego ucha. Gapie wchodzili do wody, próbowali skierować wala z powrotem na głębię. Student inżynierii środowiska Edwin Timewell szeptał słowa otuchy na płyciznach.

Wykształciłem w sobie czysto ironiczne przywiązanie do pokazywanych w ciągu dnia programów telewizyjnych. Ich widz, w odróżnieniu od widza programów wieczornych, nie ma poczucia wspólnoty oglądania. Jeśli przed zmrokiem pływasz po mniej popularnych kanałach, najprawdopodobniej tylko jakaś wiekowa babcia towarzyszy ci w podziwianiu otwieracza do słoików będącego jednocześnie drzwiczkami dla kotów. Przemykacie samotnie wśród niezwykłych towarów, które są zawsze na składzie. Czasem, idąc spać, ściszam tylko dźwięk, by zza ściany dobiegało mruczenie. Włączony telewizor w pustym pokoju: większy lęk budziłby tylko z wyłączoną fonią. A następnego ranka sięgam po pilota i zaczynam wszystko od nowa, łapię program o nieruchomościach na kanale sto dwudziestym czwartym. Rzadko czuję się sam. Samotność trwa pół sekundy i już ekran budzi się do życia, maleńka plamka rośnie do rozmiarów planety.

Wokół każdego faktu powstają tysiące teorii. Skąd się tu wzięła? Choroba, zakażenie pasożytami, zanieczyszczenie środowiska? Wszystko to mogło zaburzyć poczucie orientacji u wieloryba. Łodzie podwodne, statki, wojskowy sonar? NATO szykujące się do wojny i zagłuszające sygnały przyrody? A może po prostu łowy, stary pierwotny lęk, że zabraknie pokarmu, skręt w złym miejscu w drodze na północny Atlantyk, zapędzenie się zbyt daleko na południe w pogoni za kalmarem. Nie dziwię się, że ich szukałaś. Kalmar w chili po tajsku to moje ulubione danie w Icarusie.

Kilka dni po tym, jak Christine potwierdziła, że nie wraca do domu, wpadłem w szpitalu na Dennisa. Nasze wizyty raz czy dwa zahaczyły o siebie. Przy łóżku Joy siedzieliśmy w milczeniu, ale na ulicy, jak to dwaj faceci, rozważaliśmy pójście na piwo. Był zajęty, a ja musiałem wracać do domu, więc nic z tego nie wyszło. Zresztą lepiej unikać popijawy z tym marudą. Stan Joy zaczynał się poprawiać, Dennis wrócił do normalnej pracy, jakiś pretensjonalny wydawca kupił jego książkę – krótko mówiąc, dostał wszystko, czego chciał, a jednak gdzieś po drodze coś się w nim załamało. Cały musujący entuzjazm wyparował, zmienił się w rodzaj zgorzkniałej histerii. Wyjaśniłem to siostrze Covas Callas, miłej i dość ponętnej dziewczynie, którą po rozmowie zaprosiłem na kawę. Odparła z uśmiechem, że nie pociągają jej „konwencjonalnie przystojni” mężczyźni. Bardzo mnie to ubawiło. Ciekawe, że zdaniem niektórych kobiet wady dodają kolorytu: jąkanie się, blizna, paskudne zęby. Mają rzekomo być równoznaczne z „charakterem”, nieuchwytnym, magnetycznym „czymś”. To nie jest nasz świat, Doktorze Odd. Odbieramy na innych falach.

Gdy wieloryb osiadł na krótko na mieliźnie, jego ciało wydawało się wygięte, a następnego dnia, dwudziestego pierwszego stycznia, weterynarz z morskiej ekipy ratunkowej zaniepokoił się, że zwierzę płynie „w sposób mało zdecydowany”. Bardzo spodobało mi się to określenie. Podobne słowa mógłby wypowiedzieć i Pan swoim nosowym głosem.

Zamierzałem pojechać do mamy i taty, żeby im wymienić żarówkę. Ale zaabsorbowało mnie oglądanie filmów na DVD i układanie ich na półkach. Ostatnio przygotowuję sobie listy rzeczy do zrobienia: wynieść śmieci, zmienić żarówkę, uporządkować filmy. Kiedy pracowałem, rzadko myślałem o rodzicach. Teraz często mi się to zdarza. Włóczę się samotnie po Londynie, patrzę na samoloty, które mrugając światłami we mgle, czekają, by pozwolono im wylądować na lotnisku w City, i rozmyślam o moim dzieciństwie. Tak z ciekawości spytam, czy fakt, że miewałem trudności w szkole, zmieniłby coś podczas terapii? Wstyd mi, bo zachowałem niewiele szczęśliwych wspomnień z dzieciństwa. Nie tęsknię za nim. Tu i ówdzie jakieś rozbite kolano albo mecz piłki nożnej w drużynie amatorów. Liczę na to, że po zakończeniu listu inaczej spojrzę na moje wspomnienia. Nie będą mi się wydawały tak tandetnie fałszywe. Przybiorą postać uświęconego ideału wykraczającego poza granicę ścian, ścian, które są szare jak chmury, wieloryb, brudna ścierka do naczyń czy stare szpargały.

Gdy wraz z Christine dotarliśmy do Battersea Brigde, wzdłuż brzegów stał tłum ludzi. W dole rzeki widać było nieruchome London Eye. Christine powiedziała, że Joy na pewno chciałaby to wszystko zobaczyć, więc próbowaliśmy się do niej dodzwonić, lecz bez skutku. Przepchnęliśmy się przez miękką ciżbę płaszczy i szalików i dotarliśmy nad wodę. W powietrzu wisiał zapach mokrych ubrań i bąków po fast foodzie. Było nam zimno i smutno. Weterynarze postanowili umyślnie skierować wala na płyciznę, a potem przenieść go na barkę ratowniczą. Brzmiało to ekscytująco, ale cała operacja odbywała się pod osłoną brezentowej płachty – powoli i w ciszy.

Wreszcie nadeszła oczekiwana chwila. Po upływie chyba kilku godzin w końcu na moment zobaczyliśmy to, o co nam chodziło. Siedmiotonowe zwierzę zawieszone wysoko w powietrzu.

– Jejku – powiedziała Christine.

– Jejku – powiedziałem ja.

Widok był tak dziwny, że znów poczuliśmy się jak dzieci, otworzyliśmy szeroko zdumione oczy, powtarzając wypowiedziane wcześniej słowa. Jejku. Jejku. Z miejsca, w którym staliśmy, wal wyglądał jak lśniąca czarna bomba, bezwładny pocisk czekający, by załadowano go do samolotu lecącego do Iraku lub Afganistanu, miejsc, które oglądaliśmy tylko na ekranie. Ta chwila – wieloryb wiszący w powietrzu – miała w sobie dziwną prawdę. Zamykało się w niej szaleństwo naszego codziennego życia.

Nadawano jej różne imiona, niekiedy, podobnie jak ja, myląc się co do płci. W „Sun” była Wally. W „Mirror” – Wielorybkiem. „Daily Mail” nazywała ją Willy, a „Times” Wielorybicą Wilmą i/lub Księciem albo Księżniczką Wali. Potem dziennikarzom „Sun” znudziła się Wally i razem z telewizją przechrzcili ją na Tłustą Celebrytkę. Popłynęła barką do Margate, do miejsca zwanego Shivering Sands.

Wie Pan, czego mi brak? Energii wibrującej w klimatyzowanym powietrzu. Szeptanych na ucho elektryzujących tajemnic. Piątkowych flirtów na służbowych imprezach. Spotykało się dziewczynę najlepszego przyjaciela i kradło się jej spojrzenie lub uśmiech, nic więcej, tyle wystarczało, by człowiek czuł, że żyje. Nikt nie chciał nikogo skrzywdzić. Wymiana spojrzeń nad orzeźwiającym, chłodnym winem. Wydęcie warg wydmuchujących dym z papierosa. Takie chwile pozwalały przetrwać weekend, towarzyszyły w myślach, aż nadchodził pełen spokojnej melancholii niedzielny wieczór, gdy zmywarka kończyła cykl, naprzykrzały się nieprzeczytane gazety, a gasnące światło dnia ślizgało się po niewyprasowanych koszulach. W poniedziałkowym dzwonku budzika zawsze dźwięczały panika i ryzyko, a we wtorkowym tylko ich blade echo. Budziłem się, czując wilgotny słodkawy zapach skóry Christine. Sięgała, by włączyć na budziku funkcję drzemki, co znaczyło, że jeszcze przez dziesięć minut tuliliśmy się do siebie w ciszy, szukając drogi do świata. A po zmyciu osadu z zębów, zjedzeniu suchej grzanki, podróży metrem wraz z milionami innych londyńczyków witało nas biuro – jaskrawo oświetlone i pełne życia. Każdy telefon po dziewiątej rano mógł przynieść wiadomość o cudownej sprawie, podwyżce lub fantastycznej nowej roli, której istnienia nawet nie podejrzewaliśmy. Nieważne, że to nigdy nie nastąpiło. Sama możliwość wprawiała nas w dobry nastrój.

Shivering Sands. W internecie napisano, że w nocy na barce weterynarze kontrolowali oddech wala pod kątem oznak stresu. Miałem wrażenie, że cały cyrk z ratowaniem odbywa się w przestrzeni kosmicznej, na jakiejś odległej planecie, ale to działo się w Margate, w zwykłym Margate w Anglii. A jednak było czymś niezwykłym – nie uważa Pan? – patrzeć na kołyszące się sennie strumienie światła, krzyżujące się w ciemnościach, oświetlające plamami wodę, niebo lub pokaleczoną skórę wieloryba. Reflektory na barce przygaszono. Świeciły jedynie na tyle, by unoszące się w górze helikoptery mogły prowadzić relację na żywo. Oddychała osiem razy na minutę. To dodawało otuchy. W tym samym tempie pobierała tlen w rzece. Nie można więc powiedzieć, że podróż barką jej nie służyła, raczej że nie służyła jej tak samo jak pobyt w Tamizie – wąskiej, hałaśliwej i płytkiej.

Czasem jakieś wydarzenie na nowo ustala zasady, co jest do pomyślenia, a co nie. Stało się tak tamtego lata podczas poszukiwań w Wimbledonie. Ja, Christine, czterdziestu paru policjantów i mieszkańców wędrowaliśmy ulicami i polami, a światło latarek wydobywało z ciemności owady i drobinki kurzu. Wszyscy szliśmy w milczeniu długim oświetlonym rzędem, lecz nasze poczucie celu kurczyło się z każdym kroczkiem. Wędrowałem wtedy przez noc ogarnięty dziwnym smutkiem przyćmionym ulgą, że romans pozostał tajemnicą, i trzeba było czasu, bym wczuł się do szpiku kości w los tamtego chłopca.

Tuż przed siódmą wieczór liczba oddechów wzrosła do dziesięciu, a potem dwunastu na minutę. Weterynarz patomorfolog na pokładzie barki wyjął buteleczkę środka do usypiania dużych ssaków. Czternaście, szesnaście, osiemnaście. Najlepszym wyjściem wydawała się eutanazja. Dwadzieścia. Dwadzieścia dwa. Kiedy silne, a jednak delikatne zwierzę dostało drgawek, weterynarz nabrał płynu do strzykawki i poszukał miejsca wśród ran na podbrzuszu – otarcie o dno rzeki, siniaki pozostawione przez przepływające obok łodzie – ran na szarym ciele, które wyglądały (czyż nie?) jak pęknięcia w chmurach zasnuwających brytyjskie niebo. W końcu igła przebiła grubą skórę. Odwodnienie, uszkodzenie mięśni, słaba praca nerek. Podczas sekcji w żołądku wala znaleziono mokrą plastikową torbę, wodorosty i jednego ziemniaka. Zebrane z nadzieją z dna rzeki. Oto szczegóły, jakie zostały mi w duszy. Zostały tam jeszcze długo po tym, gdy zgasły światła i zaprzestano podtrzymywania życia wieloryba.

Pewnie podoba się Panu moja wzmianka o duszy. Sam Pan o niej mówił, łudząc mnie nadzieją. Czy uśmiecha się Pan na myśl, że zapragnąłem uwierzyć, iż nuda, zdrady, seks, telekonferencje i pozbawione celu gówniane dni miały jakąś formę i wewnętrzną spójność?

Na rozpadzie mojego małżeństwa skorzystał sklep z rzeczami używanymi, który pieniądze z ich sprzedaży przekazuje na cele charytatywne. Christine stwierdziła, że nie potrzebuje starych ubrań, woli zacząć wszystko od zera z Tycim Tonym O. Tyci Tony! Co za upokarzający wybór! Poszedłem raz po kielichu na to jego obrzydliwe poddasze, trochę pokrzyczałem, strzeliłem pięścią w i tak rozwalony nos. A potem, kiedy opadły emocje, poprosiłem Christine, żeby do mnie wróciła. Błagałem ją na wszelkie możliwe sposoby, lecz usłyszałem jedynie: „Oddaj moje rzeczy biednym”. Zacząłem tłumaczyć się ze znajomości z praktykantką – jestem niemal pewien, że wiedziała tylko o niej, nie o Joy i innych zdradach, tylko o nic nieznaczącej przygodzie z Jess. Moja żona stała, nie uroniwszy ani jednej łzy, nawet nie mrugnąwszy okiem. Minęły wieki, zanim wreszcie się odezwała, a serce biło mi tak mocno, że ledwie zdołałem ją usłyszeć. „Chciałam, żebyś mnie kochał”, wyszeptała. „Chciałam tylko, żebyś mnie kochał”.

Za ladą sklepu stał przysadzisty piegowaty mężczyzna. Gdyby był muchomorem, wszyscy by go omijali, więc z zasady unikają go też jako człowieka. Oddzielenie rzeczy Christine od moich i ich uporządkowanie zajęło mi trochę czasu, już to jednak zrobiłem, no, prawie, teraz wydaje się, jakby nigdy jej tu nie było, i trochę mdli mnie na myśl, że to takie proste: pewnego dnia niebo ciemnieje, pojawiają się chmury, a ktoś, kogo kochaliśmy na swój niedoskonały sposób, rozpływa się w szarości. Znika, ale nasze porażki zostają. Nienaruszone. Człowiek może się wić i błagać, lecz wciąż towarzyszy mu ten sam cień, czarna nieforemna plama. I w końcu uświadamia sobie, że to kształt jego uczynków, jego samego, że to on jest potworem. Żadnych rogów, dodatkowych par oczu ani paskudnych zębów, jest tylko człowiek w prążkowanym garniturze, błagający i żałujący, że nie postępował lepiej. Byłem potworem, jednak kochałem ją i czasem starałem się poprawić.

Dopiero później obejrzałem relację w telewizyjnych wiadomościach, lecz tamtego wieczoru, gdy tylko zobaczyliśmy z Christine wąską kolumnę tekstu wciśniętą między wypowiedź Erikssona oskarżającego kluby piłkarskie o korupcję a reklamę sportowego biustonosza, od razu wiedzieliśmy. Z Tamizy wyłowiono szczątki dziecka. Czytaliśmy całe strony na temat wieloryba, o tym, jak ekipa z Muzeum Historii Naturalnej pojechała do Gravesend po kości wala i jak nurkowie pomagający w akcji ratowniczej znaleźli stare buty, utopione koty, paszporty, piloty, prezerwatywy – resztki po seksie, śmierci, prawdzie i telewizji. A potem przeczytaliśmy ten wąski pasek tekstu i od razu wiedzieliśmy, tak jak bez zastanowienia wiemy, że jest nam przykro lub smutno.

Policja oświadczyła, że dwa następne odpływy zmyłyby szczątki do morza. Dodała też, że odkryto na nich ślady niedawnej przemocy. A więc ciało nie leżało w wodzie od lata. Po Wimbledonie Ben gdzieś z kimś poszedł. Nie wiem z kim ani dlaczego, chociaż codziennie o tym myślę. Zabito go, włożono do worka i wrzucono do Tamizy. W takich chwilach człowiek zaczyna uświadamiać sobie, że w faktach są luki. Nawet w najbardziej zadziwiających informacjach naukowych, jak choćby w takich, że wszystko, co jemy, zawiera ślad gleby, w której wyrosło lub z której czerpało soki, że można obejrzeć czyjeś kości i znaleźć w nich resztkę nasiona truskawki, a potem porównać próbki gleb z całego świata i na tej podstawie ustalić z całą pewnością, że owoc pochodzi ze spokojnego zakątka z dala od samochodowych klaksonów i reflektorów, skąd dostarczane są truskawki na największy światowy turniej tenisa. Nawet słysząc to wszystko, wiedząc, co potrafi nauka, pojmując ogrom podejmowanych przez nią wyzwań, nawet doznając tego ponurego objawienia, wyczuwamy, że w faktach są luki. A gdy policja skończy badać kości i zrezygnuje ze schwytania mordercy, rodzina oczywiście będzie mogła je skremować i rozsypać popioły w Heath. Popioły rozwieje wiatr, zmieszają się z powietrzem. Będzie to rodzaj zakończenia.

Poustawiałem filmy na półkach według reżyserów lub daty premiery i zrobiłem sobie kanapkę. Czekałem na miękki odgłos zamykanych drzwi lodówki, jakby Christine była w domu i mogła mnie wyręczyć. Zastanawiałem się, czy nie pójść na zakupy. Zawsze można przygotować więcej list rzeczy do zrobienia: zadzwonić do rodziców, wynieść śmieci, zapłacić rachunek za wodę. Włóczyłem się po Londynie, patrząc na krążące nad miastem samoloty – w aureolach z promieni słońca, pełne nadziei, że wylądują – i coraz częściej oprócz pasażerskich odrzutowców wpadał mi w oko błyszczący złowrogo szarozielony śmigłowiec Chinook, wielki miejski owad zbudowany po to, by pilnować bezpieczeństwa na niebie.

Dziś są moje urodziny. Kupiłem nowy garnitur na Upper Street i obejrzałem film w kinie Screen on the Green. Potem błądziłem po alejkach supermarketu, szukając tego, co chciałem kupić. Wchodziłem do niewłaściwych działów, zaglądałem przez szpary do różnych opakowań. I nagle, tuż przed sobą, ni mniej, ni więcej, tylko w dziale drobiowym, zobaczyłem Joy. Siedziała na wózku inwalidzkim, miała nogę w gipsie i stukała kciukami w klawisze telefonu. Nie było to blackberry, bo Joy nie pracuje już w City, tylko jakieś niezgrabne staroświeckie urządzenie. Bardzo zbladła i schudła, ale się śmiała. Usłyszałem jej melodyjny śmiech, ten sam, którym rozbrzmiewały nasze kradzione godziny, podniosłem oczy i zobaczyłem, że to naprawdę ona. Jej siostra Annie, przykucnąwszy obok, przerzucała opakowane w folię tacki z piersiami kurczaka, obwąchując je w sposób, jakiego nie powstydziłby się poczciwy Dennis. Było też z nimi dziecko, ładna mała dziewczynka o przejmującym spojrzeniu, domagająca się, by pozwolono jej nieść koszyk. Siostra Joy zdecydowanym ruchem obróciła wózek w moją stronę – kółka na pozór stały w miejscu, choć przecież musiały się toczyć – a ja szybko odszedłem. Kupiłem nóż w innym sklepie. Do pewnych zadań potrzebujemy nowego narzędzia, nieprawdaż? Zapakowanego i czystego. Bez historii.

Próbowałem dodzwonić się do Christine, pisałem do niej, wysyłałem prezenty jej rodzicom. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Robimy, na co nas stać, ale czasem coś ucieka, gubi się albo pozostaje poza naszym zasięgiem. Uznałem, Doktorze Odd, że niektórzy ludzie są właśnie poza zasięgiem, z biegiem lat odlecieli zbyt daleko, by usłyszeć nasze wołanie. Próbujemy ich wzywać, lecz wiatr porywa słowa, nie ma sposobu, by do nich dotarły, nie stąd, nie z tego miejsca, nic nie da się zrobić. Zostaje tylko wołanie, próby wołania, nie sądzę jednak, żeby mnie ktoś wzywał. Nie słyszę nic poza szumem płynącej z kranu wody i rechotem, który jak zwykle dobiega z telewizora. Filmy DVD są uporządkowane, samoloty wciąż opadają z nieba, by zanurzyć się w Londynie, zauważyłem też przypadkowy śmigłowiec. Nie wykonałem wszystkich zadań z mojej listy, ale prezenter prognozy pogody o dziobatej twarzy twierdzi, że zbliża się lato. W lecie przepalona żarówka mniej będzie mamie przeszkadzać. I dziś wcale nie są moje urodziny – przepraszam, skłamałem – mam jednak nadzieję, że list dotrze do Pana, a Pan go przeczyta, mimo rozmazanych kropek i nierównych linijek, ponieważ czuję, iż powinienem go wysłać właśnie do Pana. Pan prawdopodobnie mnie zrozumie. Wszyscy inni zniknęli. Zniknęli, zagubili się i wygląda na to, że czekałem, aby naprawdę ich pokochać, aż do chwili, gdy nie było ich już w moim życiu. Kiedy, zostawiając list, wejdę do wanny z nożem w ręce, ubrany w nowy garnitur, kiedy moje buty będą nasiąkać wodą, postaram się nie myśleć o tym, co mnie czeka, jaka to będzie ciemność, jaki odcień nocy. Spróbuję skupić uwagę na świetle wczesnego wieczoru wpadającym ukośnie przez okno łazienki, flirtującym z powierzchnią wody, i na kolorze, jaki ta woda przybierze, gdy z moich żył wypłyną kwiaty krwi. Spróbuję koncentrować się na tym tak długo, jak długo zdołam wstrzymać oddech.


Godzina 1.10

– Cóż, Joy-Joy, wiem, że to źle wygląda. Nie żebym… chociaż może w pewnym stopniu… ale zgadzam się, nie wypadło to najlepiej.

Dennis wypowiada te słowa, stojąc z rękami na biodrach i z głową przechyloną tak, by móc patrzeć na żonę.

– W końcu jest to przecież pewne odchylenie od normy.

Mówi to wszystko nagi, nie licząc skarpetek na stopach i prezerwatywy na wiotczejącym penisie.

– Zjawiła się tutaj, mam na myśli panią nadal klęczącą na kanapie… i właśnie piliśmy niewinnego drinka, żeby nam czas szybciej zleciał (choć zleciałby i tak, co się rozumie samo przez się, a gin był z tonikiem i limonką, wybacz brak precyzji), gdy widzisz, jakoś przypadkiem…

– Wsadziłeś jej kutasa do cipki?

Dennis przełyka ślinę i jabłko Adama podskakuje mu na szyi.

– Umiesz, zawsze umiałaś, dobierać słowa, ale chciałem tylko powiedzieć, że my…

Łajdak. Nie słuchać tego łajdaka. Sterczy tu, zaciskając pośladki, i objaśnia sytuację. Łajdak o obwisłych pośladkach z dziewczyną w salonie. Apetyczna dziewczyna klęczy, opierając się na łokciach, na kanapie projektu Jacobsena – Jacobsena! – jej lśniące włosy zwisają niczym liście jakiegoś drzewa, ładnej, młodej, prześwietlonej słońcem brzózki, a pośladki, jędrne i nieskazitelne, znieruchomiały na wysokości bioder tego łajdaka i, o Jezu, fuj, tkwi między nimi czarny przedmiot w kształcie banana. Dennis nadal próbuje coś wyjaśniać, podczas gdy znudzona prezerwatywa – zużyta i pomarszczona – szykuje się do odejścia na emeryturę.

– Cały czas – ciągnie Dennis – patrzysz na hm… siedzenie tej pani. Wybacz, proszę, Joy-Joy, nie powinienem używać naszego… Chciałem tylko powiedzieć, że to niegrzecznie tak się gapić, ha, ha.

Joy wie, że każdy przedmiot pożądania wygląda paskudnie, jeśli akurat mamy apetyt na coś innego – ostrygi wydają się galaretowatym obrzydlistwem, kiedy przyszła nam ochota na ciasto – zawsze jednak uważała wibratory za odrażające pod każdym względem. Smukłość dziewczyny sprawia, że ten wygląda szczególnie złowrogo: niczym narzędzie tortur lub nadnaturalnych rozmiarów wentyl do nadmuchiwania sflaczałej lalki. Dennis nie jest jeszcze na etapie uprawiania seksu z lalkami, choć wolałaby przerwać romans z plastikiem i powietrzem niż zdecydowanie ludzką zdradę. Nigdy nie była niewolnicą konwenansów, lecz patrząc na ostatnią fazę rozwiązłości tej pary, ma wrażenie, że meble zaczynają drgać i połyskiwać w rytm bicia jej serca.

– Hm, kochanie? Może rzuciłabyś jej majtki, żeby mogła zmienić pozycję i zakryć tyłek?

– Porównuję go z twoim tyłkiem – odpowiada Joy, a poziom adrenaliny rośnie w niej, wywołując agresję. – Ostatnio wygląda grubo.

– Grubo?

– Jak u świni.

– No tak – mówi Dennis.

– Obwisłe wory.

– Ha! Powiadasz, że mimo ćwiczeń…

– Minipośladki i maksipośladki.

– Hm.

– Jak u szynszyli.

– No tak, szynszyla, akurat…

– Mięsiste. Rozrośnięte. Szare.

– Ach tak, rozumiem. Porównujesz męża z nocnym gryzoniem… Przepraszam – dodaje.

Przeprosiny, choć skromne, zaspokajają częściowo apetyt Joy na awanturę. Przedmioty tracą powoli lśniącą płynność konturów, pokój znów nieruchomieje. Czy warto kończyć pięć lat małżeństwa kłótnią? Lubi Dennisa, tak jak się lubi znoszoną sukienkę – choć straciła już połysk i urok nowości, jest całkowicie twoja, łącznie z plamami na rąbku spódnicy, i nadrabia swojskością braki w urodzie – ale on psuje nawet to, zaczyna łamać zasady, sprawia, że Joy czuje się głupio, gdyż nie skojarzyła skrzypienia i sapania z ich tajnym czwartkowym zwyczajem, wieczornym rytuałem, który mimo iż wstydliwy, powinien być (przede wszystkim) wspólny.

Dziewczyna z wibratorem, wciąż czekająca cierpliwie na czworakach, przerywa milczenie. Usypiającym głosem profesjonalistki, która potrafi uprawiać seks przez sen i pewnie czasem to robi, pyta:

– Chcecie się już rozliczyć, czy to też należy do zabawy?

Jednym posuwistym ruchem, naciągającym jej skórę na żebrach, wyjmuje z niepokojącym mlaśnięciem wibrator, po czym siada, łącząc kolana i rozstawiając stopy oraz układając z podobnie fałszywą skromnością ramiona, tak że cztery chude kończyny tworzą literę X.

– Kochanie – mówi Dennis do żony, ignorując pytanie dziewczyny. – Przyjmiesz gin z tonikiem w charakterze gałązki oliwnej? Mamy tu pokrojone limonki i lód.

– Na stoliku Noguchi. Wielkie dzięki. Prosiłam, żebyś ją odwołał, Dennisie. Miałam okropny dzień, tyle spraw na głowie. Myślałam, że to włamywacz, a potem… zdawało mi się, że wykonujesz te swoje ćwiczenia.

– Cóż, na swój sposób…

– Lepiej już nic nie mów.

– Przecież to czwartkowy wieczór. Nasza noc, Joy-Joy.

– A jeśli jedno z nas chce zrezygnować?

Zapada cisza. Dennis patrzy na topniejący lód i jakby sam tając na jego widok, mówi stłumionym głosem:

– Taką przyjęliśmy zasadę. Znam ją. Kiedy dowiedziałem się, że masz kłopoty ze sprawą, chciałem odwołać wizytę. Ale nie zrobiłem tego od razu. Gdy zadzwoniłaś do mnie po południu, byłem wytrącony z równowagi. Widzisz, spotkałem w pociągu sławną pisarkę i przyszło mi do głowy mnóstwo pomysłów, ogarnęła mnie prawdziwa gorączka twórcza. Czułem się zupełnie jak podczas ćwiczeń z hantlami, kiedy nagle otwiera się we mnie dodatkowe źródło energii i staję się nadczłowiekiem, super-Dennisem… A potem w agencji powiedzieli, że już do nas jedzie, zjawiła się o zwykłej porze i…

– Ubierz się – prosi Joy zmęczonym głosem, po czym, posłuszna nakazom etykiety, przenosi wzrok na dziewczynę. – Zwykle się tak nie zachowujemy.

Tamta wzrusza ramionami, a gest ten, tuż po werbalnej próbie rehabilitacji podjętej przez Dennisa, wydaje się zadziwiająco oszczędny w wyrazie. Pozbawiony treści, pokrętny sposób wyrażania się męża był dziwactwem nadającym mu swego czasu uroczą odmienność. W Londynie pełnym jednowymiarowych profesjonalistów, nudnych, gładkich typów z głosami brzmiącymi jak dźwięki wiolonczeli i opalenizną w kolorze jej pudła rezonansowego, Dennis robił wrażenie naukowca ze starej szkoły. Jego wahanie i opadająca grzywka czyniły go ludzkim. Ale po niemal pięciu latach małżeństwa, gdy każde dziwactwo zostało starannie zbadane, mąż Joy – w świetle tego, co dzisiaj zaszło – przypomina nie tyle Hugh Granta, ile wioskowego głupka.

Wynajęta pomoc oddala się z torebką wypchaną pięćdziesiątkami, a wioskowy głupek wraca do kuchni. W regularnie odnawianym wnętrzu, na tle czerwonej jak pomidor lodówko-zamrażarki, obrusa w zielono-żółtą kratkę i martwej natury przedstawiającej pomarańcze z Walencji, która wisi tam, gdzie kiedyś rodzinne zdjęcia, wydaje się nieco bezbarwny. Jego przybycie wzbudza jednocześnie irytację i podziw: irytację, bo tak mało się stara, i podziw, gdyż nie ma ambicji, by być doskonałym.

– Chcesz się położyć, kochanie? – pyta, nerwowo drapiąc kępkę zarostu.

– Nie.

– Może ginu z tonikiem?

– Po toniku nie mogę zasnąć. Już ci to mówiłam.

– Wina?

– Niech będzie.

– Mogę spytać, które z przepysznych…

– Czerwone.

Drogie wino, droga lodówko-zamrażarka, drogie prostytutki. Kiedy właściwie zmienili się w namiętnych konsumentów? Teraz, gdy psychika Joy jest krucha jak szkło, cały dom wydaje jej się pomyłkowym, impulsywnym zakupem, jeszcze jednym obciążającym ją błędem.

Dennis nalewa merlota, a Joy zastanawia się, czy mu nie powiedzieć. Już od wielu tygodni, leżąc bezsennie, rozmyśla o tym, jak go zawiadomić. Żaden z wyobrażonych scenariuszy nie zakładał jednak obecności prostytutek, gadżetów z sex-shopu ani kłótni nad pokrojonymi limonkami. Skłaniała się ku świecom zapachowym, wykwintnemu jedzeniu i muzyce poważnej. Opracowała nawet odpowiednią ścieżkę dźwiękową, troskliwie usuwając z niej makabryczne akordy, dźwięki przypominające wrzaski z Psychozy czy przeciąganie smyczkiem po mostku skrzypiec. Coraz bardziej pragnie wyznać Dennisowi, że od kilku lat nie czuje się dobrze. Poranek rozpoczyna się od mdlącego uczucia w głębi brzucha. Droga do łazienki przypomina tor przeszkód pełen duchów. A napotkana w lustrze twarz to przypadkowy układ rysów godnych tylko pożałowania – nos otrzymał cudzołożny pocałunek, oczy przymykały się na tyle spraw, usta zaś marszczą się i wiotczeją, jakby w mrocznej bajce codzienności zatruwało je wszystko, czego się dotkną. Joy wygładza wargi na nadchodzący dzień balsamem i błyszczykiem, wymuszonym uśmiechem napina je niczym prześcieradła w gościnnym pokoju. Ale każdego wieczoru znów są zwiotczałe i wygięte w dół. Pewnej nocy chciała powiedzieć o tym Dennisowi, wyjaśnić mu, że samobójstwo byłoby czynem racjonalnym i dużo bliższym jej naturze niż migocący płomyk codziennego życia, nie zdążyła jednak, zresztą wie, co by jej odpowiedział. Bzdura, Joy, samobójstwo nie jest ani schludne, ani estetyczne. Nie licz na to, że po wszystkim będziesz mogła sobie pogratulować. Nie zaaranżujesz idealnej śmierci, to nie odnowienie pokoju czy przeredagowanie notatki służbowej. Trafisz na łamy „Lawyera”, a nie „Timesa”. Żaden Szekspir nie napisze sztuki o twoim ostatnim dniu. Historia nie zatęskni za tobą, ale ja tak, więc postąpiłabyś egoistycznie. Może nie ująłby tego równie zwięźle, lecz takie byłoby sedno.

– Napij się, Joy-Joy – namawia Dennis. Na jego twarzy maluje się wyraz dziecięcego uporu, co wygląda, prawdę mówiąc, atrakcyjnie. – Rozluźnisz się, a mnie naprawdę jest przykro z powodu tej dziewczyny.

– Bardzo młodej dziewczyny.

– Bzdura. To dwudziestokilkulatka. Nie młodsza od tych, które mieliśmy wcześniej. Czuć korek? Można zachorować od wina, które czuć korkiem. Dziś o tym czytałem. Wiedziałaś, że to może naprawdę zaszkodzić?

Joy wzrusza ramionami i przekonuje się, że w jej własnym wykonaniu gest ten jest mniej znaczący.

– Przepraszam, że tu tak gorąco, bojler znowu nawala, musiałem otworzyć drzwi wejściowe, żeby trochę ochłodzić mieszkanie, a potem o tym zapomniałem.

– Jestem zmęczona – mówi Joy, składając mu głowę na piersi.

– Za ciężko pracujesz – odpowiada, otwierając ramiona.

– Inne kobiety w biurze muszą jeszcze zajmować się dziećmi. Są prawniczkami i matkami.

– Cóż, wspaniale, ale założę się, to znaczy zrobiłbym to, gdybym był hazardzistą, że są albo złymi prawniczkami, albo złymi matkami.

– A na czym to polega? – pyta Joy, opuszczając gniazdko z mężowskiego swetra i ramion. – Bycie złą matką?

– Joy-Joy, daj spokój, za ciężko pracujesz.

Rzeczywiście. Jest wyczerpana. Nigdy nie pyta, dlaczego Dennis od pewnego czasu nie ma ochoty uprawiać z nią seksu sam na sam. Nie zastanawia się, dlaczego wyraziła zgodę, by fantazje męża, rozbudzone przed laty na jakiejś podejrzanej imprezie, naruszały jej poczucie własnej wartości. Przed urlopem naukowym czasem skarżył się, że na kampusie czuć zapach śmierci roztaczany przez teoretyków literatury, którzy dokonują dekonstrukcji jego ulubionych książek. Tak samo musi być z Joy. Ma trzydzieści trzy lata, jej włosy pachną śmiercią, a Dennis potrzebuje kogoś, kto do sypialni wniesie życie. Kiedyś myślała, że traumatyczne przejścia zabijają od razu, z nagą brutalną siłą, niczym gwóźdź wbity w mózg, lecz teraz patrzy na swoje porażki jak na stopniowy upadek, powolne zanurzanie się w cień i chłód. To pewnie mroczny zapach śmierci sprawia, że w łóżku Dennis natychmiast odsuwa się na bok, udając, że zapada w głęboki sen. Udając, ponieważ każdego ranka po przebudzeniu Joy odkrywa po jego stronie łóżka pozlepianą chusteczkę higieniczną. Tłumaczy sobie, że to nic wielkiego: poranne chusteczki i czwartkowe dziewczyny są drobiazgiem. A jednak czujnie śledzi drżenie materaca. I coraz częściej ma wrażenie, że to ziemia się pod nią trzęsie.

– Joy-Joy, czy po wejściu zamknęłaś drzwi do mieszkania? Lepiej pójdę, bo właściwie czemu nie, i je zamknę.

Słucha kroków Dennisa, skrzypienia zawiasów i zastanawia się, ile lat miała tamta dziewczyna. Spogląda na zegarek – przypomina sobie, że nadszedł piątek. Trzaska zasuwka, a gdy wargi Joy obsychają po pierwszym łyku merlota, odwraca się i wymiotuje do zlewu.

Niewiele jest na świecie rzeczy gorszych od wymiotowania po czerwonym winie. Człowiek potem skręca się ze wstrętu do samego siebie.


Dennis

Wszystko zależy od tego, ile ma pan czasu, doktorze, ale chciałbym zacząć od dnia poprzedzającego wypadek mojej żony. Wspomnę tu o sprawach na pozór błahych, bo choć zdarza mi się czasem mieszać rzeczy ważne z mniej ważnymi (często powtarzam studentom, że powinni słuchać moich wykładów tak, jakby były zaopatrzone w lubiane przeze mnie przypisy i wtrącenia), to sądzę, że jeśli ma pan czas, moje rozważania (na temat czwartku) mogłyby rzucić światło na to, co przydarzyło się Joy-Joy w piątek, a także na to, co dzieje się ze mną i o czym teraz myślę. Jak pan uważa?

Bardzo miło z pana strony, dziękuję, chyba rzeczywiście się skuszę. Może zmuszają swoich prawników do harówki, ale zapewniają liczne udogodnienia i serwują niczego sobie poczęstunek.

A zatem. Trzykrotnie zdarzyło mi się podróżować pierwszą klasą. Za pierwszym razem nic się nie wydarzyło[1], natomiast za drugim usiadłem obok (jednakże z planu wagonu, jaki kreśli pana umysł, proszę wyrzucić przejście pośrodku) byłego przywódcy Partii Konserwatywnej Williama Hague’a, który właśnie powrócił do Izby Gmin jako zwykły deputowany[2]. Przez dwie trzecie podróży z Londynu do Yorku zastanawiałem się, jak rozpocząć rozmowę i inteligentnie zagaić, aż w końcu zabrałem głos.

– Ładna czapka – powiedziałem. – Baseballowa, prawda?

– Dzięki – odparł, spoglądając znad gazety. – Rzeczywiście.

Wiem, o czym pan myśli, doktorze, i ma pan rację, sporo racji. Tak naprawdę chciałem go (Williama Hague’a) zapytać, jak to możliwe, że choć od jego rezygnacji ze stanowiska przewodniczącego Partii Konserwatywnej minęło zaledwie kilka miesięcy, siedzi w pociągu do Yorku zupełnie sam, bez ochroniarzy lub zaufanego kręgu doradców, trzymana zaś przez niego na kolanach teczka nie jest czerwona i ma byle jaki zamek. Jednak – i w tym cała rzecz – z jego lakonicznej odpowiedzi na pytanie o czapkę (baseballową) w sposób oczywisty wynikało, że wciąż czuje rozgoryczenie po zdecydowanym zwycięstwie Partii Pracy (dwa tysiące pierwszy rok). Dlatego też – oraz z powodu grymasu niezadowolenia malującego się na twarzyczce eksprzewodniczącego – wycofałem się i przez resztę podróży udawałem, że śpię.

Gdy po raz trzeci jechałem pierwszą klasą, usiadłem dokładnie naprzeciwko sławnej pisarki. Było to w zeszły czwartek, dzień przed wypadkiem mojej Joy-Joy, kilka godzin przed tym, jak wróciła z pracy, zastała drzwi otwarte, a mnie z… cóż, nie rozpędzaj się tak, Dennisie, mów po kolei.

Nie muszę dodawać, iż całkowicie panu ufam i nie widzę żadnego konfliktu interesów – jak by to nazwała moja żona – w tym, że wchodzi pan z jednej strony w opartą na zaufaniu relację typu lekarz–pacjent ze mną, a z drugiej w oparty na przysłowiowej wręcz zależności finansowej układ z szacownymi prawniczymi orłami, w których gnieździe obecnie przebywamy. Staram się jednak nie zawieść niczyjego zaufania – „unikaj zdrady” to moja dewiza – będę więc nazywał ową sławną pisarkę: Beverley Badger. To nie jest prawdziwe imię ani nazwisko[3]. Jeśli wystarczy panu sprytu, odkryje pan, że pseudonim, który wymyśliłem, to przybliżony anagram nawiązujący do najsławniejszej bohaterki tejże autorki, a tym samym wskazówka – podana okrężną drogą – co do jej (to jest sławnej pisarki) prawdziwej tożsamości. Obawiam się, iż to jedyna podpowiedź, jakiej panu udzielę.

Znakomicie, bardzo rozsądnie, proszę zanotować tę uwagę staroświeckim doktorskim charakterem pisma!

Nie jest pan…?

A w znaczeniu osoby posiadającej doktorat?

No tak, rozumiem, czyli pański oficjalny tytuł to…?

Rozumiem, terapeuta. Zatem do rzeczy: dwa moje poprzednie przejazdy pierwszą klasą sfinansował uniwersytet, ale tego trzeciego nie chciał. Miałem do przebycia czterysta kilometrów w obie strony, lecz gdyby nawet podróż w celu wysłuchania wygłaszanego przez przyjaciela/rywala wykładu dla studentów podyplomowych dało się uwzględnić w budżecie Wydziału Literatury Angielskiej na rok dwa tysiące jedenasty (sekcja: podróże; podsekcja: kolej; paragraf drugi(b)), co prawdopodobnie i tak było niemożliwe[4], to wzięcie urlopu naukowego pozbawiło mnie wszystkich przynależnych starszemu wykładowcy przywilejów. W dniu, w którym poznałem Beverley Badger (proszę pamiętać, że naprawdę tak się nie nazywa), byłem więc w posiadaniu biletu powrotnego drugiej klasy z miejscówką kupionego po superpromocyjnej cenie w przedsprzedaży. Gdybym jednak nie wsiadł do pociągu na stacji Bristol Temple Meads i nie zastał swojego miejsca zajętego przez kobietę o przyjaznej, szczerej twarzy, która przy lekko zasłoniętej piersi trzymała wrzeszczące niemowlę, i gdyby pociąg nie był zastanawiająco jak na tę porę dnia zatłoczony, gdyby później, kiedy stałem, próbując czytać książkę, wciśnięty między rozkołysane drzwi do toalety a otwierające się okno, konduktor nie sprawdził mojego biletu i nie zlitował się, że choć zapłaciłem za miejscówkę, muszę stać, cóż, wtedy nie wylądowałbym w pierwszej klasie naprzeciwko pani Badger.

Zdecydowałem się wybrać to miejsce, ponieważ było wolne, a także dlatego, że pani Badger odznaczała się urodą, która – co typowe u pulchnych kobiet – nie wzbudzała lęku. W końcu każdy, mając wybór, usiądzie naprzeciwko najlepszej możliwej do zdobycia puli genów. Matka mojej żony mieszka w Nowym Jorku i gdy raz polecieliśmy tam, rzekomo po to, by Joy-Joy mogła podjąć próbę odnowienia kontaktu po latach separacji, a w rzeczywistości w celu picia alkoholu i jedzenia babeczek, pula genów w boeingu siedemset sześćdziesiąt siedem linii lotniczych Continental była wręcz przygnębiająca. W każdym razie, dopiero kiedy spostrzegłem, że pulchna kobieta w pierwszej klasie bazgrze ołówkiem w książce opatrzonej na okładce napisem „Egzemplarz korektorski”, dotarło do mnie, kim jest. Zrozumiałem, jak dobrze wybrałem miejsce, i nauczony doświadczeniem z Williamem Hague’em zacząłem zabawiać ją rozmową na temat jej własnej pracy (a nie na przykład czapki – choć żadnej nie nosiła).

Po nerwowym początku gawędziliśmy z ożywieniem praktycznie bez przerwy przez następną godzinę i czterdzieści pięć minut[5]. Cudownie nam się rozmawiało. Nowa znajoma opowiedziała mi mnóstwo fascynujących szczegółów na temat branży wydawniczej, które zapisałem starannie w mej doskonałej pamięci, na wypadek gdybym miał je później wykorzystać w celu zadziwienia, zaintrygowania bądź zwabienia agenta literackiego mogącego reprezentować moją powstającą obecnie prozę.

Słucham?

Owszem. Tak. Dokładnie to miałem na myśli. Trafił pan w – jak to się mówi – przysłowiową dziesiątkę. Podczas urlopu pracuję nad książką o Szekspirze, która ma być mniej naukowa niż moje poprzednie dzieła opublikowane przez wydawnictwo uniwersyteckie. Nie, chciałbym, żeby ta książka zaprezentowała Szekspira szerokiej publiczności. Będzie to całkowicie bezpretensjonalny, choć zajmujący i bardzo komercyjny hołd złożony bardowi ze Stratfordu.

Tak, to brzmi naprawdę interesująco, czyż nie? Dziękuję uprzejmie za pańską opinię. I choć nie ośmieliłbym się zgadywać, jakie jest pana zdanie na ten temat, osobiście uważam (moja żona by się z tym nie zgodziła, czynię też wyjątek dla dzieł pani Badger), że w dzisiejszych czasach literaturze pięknej zawsze, czasem, na ogół brakuje prawdy. Nie potrafi odtworzyć wiernie tego, w jaki sposób w prawdziwym życiu absurd walczy z powagą, brud z czystością, nadmiar z brakiem, tworząc niepokojący, lecz zabawny i poplątany bałagan. Oczywiście, w przypadku pewnych powieści – tych pisanych w pierwszej osobie – wszyscy podejrzewają, że czytają ukryty pamiętnik. A znowuż pamiętnik każdy automatycznie posądza o to, że jest czystą fikcją. Kiedy jednak mówię, że wolę literaturę faktu ze względu na jej pogmatwaną prawdziwość, nie chodzi mi o memuary, zresztą zawsze uważałem samą ich nazwę za nieco egoistyczną – zawiera jednocześnie słowa „me” i „memu”, czy to nie arogancja? Nie, mówiąc o rozkoszach literatury faktu, mam raczej na myśli biografie, relacje historyczne, krytykę literacką. Książka o Szekspirze – pełna dygresji, populistyczna i prawdziwa – oto czemu obecnie poświęcam swój czas.

Czy jest mi trudno? Chodzi panu o problemy z koncentracją?

Oczywiście… tak… trochę. W ostatnich dniach książka zeszła na nieco dalszy plan.

Nonsens! Czuję się dobrze, naprawdę dobrze, dziękuję za troskę.

Po prostu nie jest mi łatwo dalej pracować nad tekstem. Przedtem, zawsze gdy próbowałem dokończyć zdanie lub akapit, żona albo do mnie dzwoniła, albo nakazywała mi odebrać przesyłkę z nowym kuchennym gadżetem, albo – późnym wieczorem – brzęczała kluczami, otwierając zamek. Siły zewnętrzne napierały na ściany mojej koncentracji, wytwarzając twórcze napięcie chroniące mnie przed światem, a teraz to się skończyło, skończyło na dobre. Mam mnóstwo czasu, aby rozmyślać o mojej książce (lub sprawdzać terminy przydatności do spożycia pewnych produktów), lecz mimo to zdania wydają się płaskie, zbyt wycyzelowane, nadmiernie wygładzone, co zdaniem Lawrence’a jest zabójcze dla frazy. Nie ma w nich żadnego impulsywnego wzburzenia, buntowniczego pulsowania, nie przebijają przez nie przeżyte doświadczenia. Moje dni zaś kręcą się wokół plotek i produktów spożywczych, wypełnione samotnością, której nie potrafię wyjaśnić.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.