Jezus z mojego osiedla - Robert Wójcik - ebook
Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 476 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jezus z mojego osiedla - Robert Wójcik

Jezus z mojego osiedla” jest opowiadaniem, zawierającym wiele z
przeżyć pana Wójcika. Jego opisy „osiedla”, małych miasteczek, zwyczajów i
zaściankowości takich miejsc jest bardzo realistyczny. Opowiadanie niniejsze
nie jest żadnym kolejnym tekstem na tle religijnym. Mówi o prostocie uczuć,
zwyczajach, miłości do przyrody, wiary w dobroć człowieka i pogoni za
spokojem od cywilizacji i blichtru komercji. Jezus to szczupły chłopak, który
swoją posturą przypomina samego wielkiego proroka. Do tego okazuje się, że
ma zdolności paranormalne — może uzdrawiać ludzi. Nie chce sławy, jest
cichym, spokojnym i prostolinijnym człowiekiem. Ma wolny zawód, może
poruszać się kiedy chce i dokąd chce. W końcu trafia do miasteczka, gdzie
odnajduje przyjaciół i pierwszą swoją miłość. Jest w tej książce też element
sensacyjny, z pogranicza fantasy. A powodem tej sensacyjności jest właśnie
inność Jezusa.
Ciekawy jest sposób prowadzenia narracji trzech osób. Pozwala to na
pełniejsze poznanie historii z różnych stron. Dialogi są bardzo zwięzłe w swoim
wyrazie, nie ma przy nich opisów, co powoduje, że całość czyta się jednym
tchem.
Jezus z mojego osiedla” jest debiutem literackim pana Roberta Wójcika.

 

 

Opinie o ebooku Jezus z mojego osiedla - Robert Wójcik

Fragment ebooka Jezus z mojego osiedla - Robert Wójcik







Jezus z mojego osiedla

Robert Wójcik


Copyrights to:


Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa



Okładka:Monika Owieśna

corvux@rsb.pl

 

 

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

 

 

ISBN: 978-83-62041-19-0


 

Wydanie I


 

Warszawa, sierpień 2010

 

 

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.


Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa


Notka o autorze:

 

Robert Wójcik — podróżnik, pomieszkiwał w USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. Ale najbardziej ukochał polskie Bieszczady z ich monumentalną ciszą i wszechogarniającym wszystko spokojem.

Pan Wójcik pisze dużo. W jego twórczości przewijają się doświadczenia pokolenia wychowującego się na „socjalistycznym” podwórku — chłopaka, od dzieciństwa obowiązkowo radzącego sobie ze zjawiskiem dorosłości wieku dziecięcego, kiedy polskie osiedla w czasach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pełne były gromady umorusanych dzieciaków bawiących się nie wiadomo w co do późnych godzin wieczornych bez żadnego dozoru zapracowanych rodziców. Do tego atmosfera robotniczego osiedla niekoniecznie wielkiej aglomeracji miejskiej. Sam twierdzi o sobie, że był trochę tzw. dzieckiem ulicy, trochę ministrantem, trochę chuliganem i trochę zwykłym chłopakiem. Pewnie ta dziwna mieszanka wykształciła w nim tę pisarską wrażliwość, pozwalającą mu eksponowanie swoich marzeń poprzez pisanie. To, co go ukształtowało spowodowało również, że trzeźwo i realnie spogląda na doczesność i w taki sam sposób traktuje religię. Pan Wójcik twierdzi, że należy mieć dystans do religii, polityki i pieniędzy. Stąd to jego umiłowanie przyrody i prostych, jasnych układów międzyludzkich. Ma bardzo autoironiczne poczucie humoru.

 

„Jezus z mojego osiedla” jest opowiadaniem, zawierającym wiele z przeżyć pana Wójcika. Jego opisy „osiedla”, małych miasteczek, zwyczajów i zaściankowości takich miejsc jest bardzo realistyczny. Opowiadanie niniejsze nie jest żadnym kolejnym tekstem na tle religijnym. Mówi o prostocie uczuć, zwyczajach, miłości do przyrody, wiary w dobroć człowieka i pogoni za spokojem od cywilizacji i blichtru komercji. Jezus to szczupły chłopak, który swoją posturą przypomina samego wielkiego proroka. Do tego okazuje się, że ma zdolności paranormalne — może uzdrawiać ludzi. Nie chce sławy, jest cichym, spokojnym i prostolinijnym człowiekiem. Ma wolny zawód, może poruszać się kiedy chce i dokąd chce. W końcu trafia do miasteczka, gdzie odnajduje przyjaciół i pierwszą swoją miłość. Jest w tej książce też element sensacyjny, z pogranicza fantasy. A powodem tej sensacyjności jest właśnie inność Jezusa.

Ciekawy jest sposób prowadzenia narracji trzech osób. Pozwala to na pełniejsze poznanie historii z różnych stron. Dialogi są bardzo zwięzłe w swoim wyrazie, nie ma przy nich opisów, co powoduje, że całość czyta się jednym tchem.

„Jezus z mojego osiedla” jest debiutem literackim pana Roberta Wójcika.

 

 


 

 

 

 

Nie wiem, skąd on się nagle pojawił. To było wieczorem. Stałem jak zwykle pod sklepem spożywczym z moimi kumplami i dyskutowaliśmy zawzięcie o niczym. Wyglądał zupełnie normalnie. Średniego wzrostu, szczupły, jakiś dziwnie delikatny z długimi ciemnobrązowymi, prostymi włosami i kilkudniowym zarostem w kolorze czarnym. Obserwowałem go. Ubrany był trochę po wojskowemu — kurtka amerykańskiej piechoty morskiej, dżinsowe spodnie i brązowe trzewiki. Wszedł do sklepu, kupił parę batonów, wyszedł i spokojnie oparty o futrynę zaczął zajadać słodycze. Nagle pojawił się tak zwany osiedlowy idiota. Taki palant i recydywa, pospolity dureń, menel i pijaczyna, ale też bardzo niebezpieczny facet, dobrze potrafił się bić. Spojrzał na nieznajomego i zagadnął:

— Skąd jesteś?

— Stamtąd.

A w ryja chcesz?

Za co?

A za gówno! Dawaj szmal!

— Ile?

— Wszystko!

A dlaczego?!

Bo w mordę!

Daj spokój, idź w swoją stronę, człowieku. Nie szukam zaczepki.

Dawaj szmalec!

— Nie.

No i stało się. Gdula — tak się nazywał ten idiota — chciał dać w mordę nieznajomemu. Ten był szybki, błyskawicznie odsunął się od sklepowego okna. Napastnik, niestety, miał pecha, ponieważ jego niedoszła ofiara stała przed betonowym filarem. Rozległ się chrzęst łamanej kości i Gdula stracił rękę, padł przy tym na ziemię i tarzał się z bólu. A nowy spokojnie oparł się o wystawę i jadł dalej batona, na naszego osiedlowego bandytę nawet nie spojrzał. W końcu Gdula się podniósł i zwyczajnie uciekł. Wtedy do mnie przykuśtykał mój młodszy brat. Specjalnie mówię przykuśtykał, Marek — tak młody miał na imię — od dziecka kulał, nie wiadomo dlaczego. Było to przyczyną jego osobistych kompleksów i tragedii naszej matki, która o wszystko, co złe obwiniała siebie.

Mama cię woła na kolację.

Co? Już?

Tak. Kto dołożył Gduli?

— Chłopak z długimi włosami.

Ten pod sklepem?

Tak, ten w wojskowej kurtce.

Wtedy dokonał się pierwszy cud. Tak to dzisiaj nazywam. Młody podszedł do Jezusa — taką daliśmy mu ksywę — i podziękował za spranie Gduli. Brzmiało to mniej więcej tak:

Ty jesteś ten nowy, co dokopał Gduli?

Nikogo nie pobiłem.

— Nieważne. Ten drań od dziecka mi dokuczał. Teraz długo będzie lizał połamaną rękę. Dziękuję. Niech i on trochę się pomęczy.

To niedobrze cieszyć się z ludzkiego cierpienia.

A ja, widzisz, nie mogę dobrze chodzić od dziecka. Mało to razy się poryczałem z powodu kalectwa?

— Noga?

— Tak, całe biodro.

— Mogę obejrzeć?

— Jesteś lekarzem?

— Być może... znam się trochę na tym.

Wtedy nowy starannie pooglądał nogę, biodro, pouciskał w odpowiednich miejscach i mój brat przestał kuleć. O mało nie zwariował ze szczęścia. Nie było innego wyjścia, zaprosiliśmy Jezusa na kolację. Mamy duże mieszkanie, cztery pokoje, nas jest dwóch, mama, ojciec, wolny pokój został dla naszego nowego uzdrowiciela. Matka o mało nie oszalała ze szczęścia, ojciec również był w szoku, Jezus usiadł przy stole, wcześniej starannie umył ręce i twarz, mówił niewiele, jakby zdawkowo. Wreszcie, kiedy ochłonął pierwszy zachwyt jego cudem, spytał:

Czy jesteście państwo wierzący?

— Tak, oczywiście. Chodzimy co tydzień do kościoła.

Ale jesteście wierzący?

Zdecydowanie tak.

Wobec tego, czy mogę odmówić modlitwę przed posiłkiem?

Jak najbardziej.

Nieco zawstydzeni spojrzeliśmy po sobie. Na dobrą sprawę modlitwę przed posiłkiem odmawialiśmy dwa razy do roku, na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Teraz modlimy się codziennie. Jezus wstał, my zaraz za nim. Wtedy usłyszałem najpiękniejszą modlitwę w moim życiu. Nigdy już nikt w mojej obecności takich słów nie wypowiedział. Do dzisiaj wspominam to wydarzenie ze łzami w oczach:

— Dziękujmy stwórcy za piękny poranek utkany wiosennymi mgłami niczym obrazy doskonałości, dziękujmy Stwórcy za przyjaciół, którzy pomogą nam w trudzie życia, za radość i uśmiech na ich twarzach, na koniec podziękujmy za dar życia jaki nas otacza, za braci ludzi, za zwierzęta, ptaki i drzewa, które pomagają nam przetrwać ciężkie chwile i za to, że nasz przyjaciel został dziś uzdrowiony, on i jego młoda, czysta dusza.

— Amen!!!

Staliśmy tak oczarowani tymi słowami. Jezus potrafi mówić. Nasz proboszcz to przy nim degenerat i grubas, zresztą nieważne, do dziś modlę się tymi słowami, nie klepię już tych formułek wyuczonych w dzieciństwie. Straciły sens. Ot... tak nagle.

— Pięknie to powiedziałeś.

— Dziękuję.

— Byłeś w seminarium duchownym?

Nie. Nigdy nie miałem nawet takich planów.

— Jesteś poetą?

Sam nie wiem...

W każdym bądź razie uzdrowiłeś naszego syna.

To nie ja.

A kto?

Jego piękna i wzniosła wiara, nic więcej.

Zapanowała cisza. Ojciec przestał zadawać pytania. Chyba go już całkiem zatkało. W każdym bądź razie, starsi stwierdzili, że za uzdrowienie syna Jezus może zostać u nas nawet na zawsze. Ten spojrzał na nas tymi swoimi wiecznie zamyślonymi niebieskimi oczami i po raz pierwszy uśmiechnął się:

— Dziękuję. Z chęcią skorzystam. Chwilę tu zabawię.

Co pan chce robić?

Szukam krewnych. Mieszkają podobno w tej okolicy,

Zna pan ich nazwiska?

Niestety, nie. Ale odnajdę ich, proszę mi wierzyć.

Jaki pan ma zawód?

Jestem filozofem.

Da się z tego żyć?

Na chleb mi wystarcza.

A skąd znajomość medycyny?

Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. To takie hobby.

Jedliśmy długo kolację, rozmawialiśmy jak nigdy wcześniej, żadnych kłótni, głupich złośliwości. Chciałem, aby Jezus został z nami na zawsze, ale tak się nie stało. Nasz gość jadł powoli, starannie przeżuwając każdy kęs, patrzył na nas z uśmiechem radości. Ani razu nie wypowiedział żadnego niewłaściwego słowa. Ot... po prostu bardzo przyjemny człowiek. W ciągu jednego wieczoru odmienił naszą rodzinę, uzdrowił i pokazał, jak ważna jest miłość i radość życia. Miał przy sobie niewielki plecak. Poprosił mamę o wypranie wszystkich rzeczy, poszedł spać w samych spodenkach. Na drugi dzień była sobota, wszyscy mieli wolne. Jezus spał długo. Wreszcie do nas przyszedł ubrany w skromny popielaty dres. Włosy po wcześniejszym długim myciu starannie uczesał w długi kucyk. Usiadł w kuchni przy stole i poprosił o skromne śniadanie. Tylko suchą bułkę i herbatę:

Ale dlaczego pan tylko tak skromnie?

— Obżarstwo jest grzechem, a wczorajsza kolacja była dostatnia i smaczna. Nie wolno się przejadać i niszczyć organizmu.

Co racja to racja.

Mam do państwa małą prośbę. Proszę nikomu nie mówić, że to ja wczoraj miałem coś wspólnego z uzdrowieniem syna. Taka moja gorąca prośba. Proszę powiedzieć, że kości się naszły, to wszystko.

Ludzie w to nie uwierzą.

— Dlaczego?

Bo tak nagle...

— Proszę pani, proszę się nie martwić. Uwierzą.

Miał jak zwykle rację. Uwierzyli wszyscy. Nawet lekarze z miejscowego szpitala, którzy do dziś przypisują sobie ten sukces ku radości mojej i reszty rodziny. No, nieważne. Jezus chciał się rozejrzeć po okolicy i poprosił mnie o pomoc:

Nie ma sprawy. A co chciałbyś zobaczyć?

Interesuje mnie wszystko, a szczególnie życie ludzi.

Nie bardzo rozumiem.

To proste, pokaż mi miasteczko, szkoły, urzędy, kościół, zapoznaj mnie z nim.

Tutaj nie ma nic ciekawego.

— Jest. Zobaczysz.

— Dobra.

A przy okazji opowiesz mi trochę o sobie, o swojej rodzinie.

Jak chcesz. Młody może iść z nami?

Nie, niech odpoczywa.

— Rozumiem.

Poszliśmy wtedy na długi spacer. Jezusa interesowało wszystko. Dosłownie. Na koniec weszliśmy do kościoła:

Podoba ci się tutaj?

— Tak. Kościół jak kościół — wzruszyłem ramionami.

Kapie zlotem i przepychem.

Tak już jest.

Zgadzasz się z tym?

Czy ja wiem? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jestem zwykłym mechanikiem samochodowym. Nie mam takiego bogatego wnętrza, jak ty.

No dobrze. A gdybyś ty budował kościół, to jak on miałby wyglądać?

Przede wszystkim chciałbym, aby był funkcjonalny, wygodny, ogrzewany i z ławkami dla wszystkich. Trudno wystać godzinę na marmurowych płytach.

Masz trochę racji.

A ty, co ty byś zrobił?

Trudne pytanie.

Odpowiedz, jestem ciekawy.

Jezus milczał przez dłuższą chwilę. Wreszcie uważnie rozejrzał się dookoła i wzruszył charakterystycznie ramionami. Jakby chciał powiedzieć: „to nie ma sensu”. Zmienił temat. Mrużąc oczy od blasku słońca wpadającego do wnętrza kościoła, stwierdził:

— Piękne witraże. Musiały kosztować majątek.

— Tak. Jakiś milion nowych złotych.

Bardzo dużo.

Nasz proboszcz ma obsesję na punkcie świecidełek.

— Milion... Można by te pieniądze przeznaczyć na pomoc najuboższym parafianom, rodzinom wielodzietnym, dać fundusze na odzież, żywność, opał. Ileż dobrego by to było, ileż radości i szczęścia. A tymczasem patrzymy na kolorowe szkiełka.

Chyba rozumiem. Chcesz powiedzieć, że to marnotrawienie środków, że lepiej pomóc innym.

Wiara to miłość bliźniego, tej miłości brakuje nam wszystkim na co dzień. Nie złotych kościołów, nie pięknych domów i luksusowych samochodów, ale harmonii, ciepła, miłości i radości.

— Trochę idealizujesz problem, ale ładnie powiedziane.

Dlaczego myślisz, że idealizuję?

Ludzie to ludzie — dziwkarze, złodzieje, kłamcy i zboczeńcy.

To dlaczego chodzą do kościoła?

Nie wiem.

— Właśnie. Czasami trzeba się zatrzymać, pomyśleć, zastanowić nad życiem, nad sobą.

Nikt tego nie robi. Nie chce lub nie ma czasu.

Przestaliśmy rozmawiać. W tym momencie do wnętrza kościoła weszła staruszka, z jej oczu płynęły łzy. Jezus zostawił mnie samego podszedł do babci. Pomógł jej usiąść w ławce, po czym klęknął obok niej. Słyszałem rozmowę, niesioną przez pustą przestrzeń świątyni:

Dlaczego pani tak płacze?

Syn miał wypadek, potrącił go samochód, kiedy wracał z pracy na rowerze.

Co z nim?

Nie wiem. Cały połamany... lekarze mówią, że umrze — zaszlochała babcia.

Nieprawda — bardzo spokojnie, ale zdecydowanie odparł Jezus.

Jak to? Skąd wiesz? Kim jesteś?

Lekarzem duszy. Proszę iść do szpitala, odwiedzić syna. Ucieszy się na pani widok. Bóg usłuchał twych próśb. Idź już, syn na ciebie czeka.

— Naprawdę?

— Idź!.

Babcia pocałowała Jezusa w ręce, po czym ruszyła co sił do szpitala. To był drugi cud na naszym osiedlu. Ten chłopak wyzdrowiał. Do dzisiaj jeździ rowerem do pracy i ma się dobrze, choć lekarze dawali poszkodowanemu w wypadku jeden procent szans na przeżycie, zakładając, że i tak zostanie tzw. warzywem. Wtedy tylko spojrzałem na Jezusa, uśmiechnął się do mnie i nakazał wyjście z kościoła:

— Sądzisz, że ten chłopak żyje?

Tak, ma się nieźle.

Jakim cudem?

— Jesteś człowiekiem wątpiącym, a twoja wiara jest jak delikatna nić, która pęka pod wpływem pierwszego podmuchu wiatru.

To ty go uzdrowiłeś.

— Spójrz na mnie, jestem tylko filozofem.

— Bzdura. — Wydąłem wargi.

Trudno cię przekonać.

— Widzę i obserwuję. Według mnie jesteś cudotwórcą.

— Niekoniecznie.

Ja tam swoje wiem.

Wówczas nie wszystko rozumiałem. Traktowałem Jezusa jako coś oczywistego, normalnego. Miałem dwadzieścia kilka lat i uważałem, że świat należy do mnie, miałem pracę, zero obowiązków, żadnej żony, dzieci, a moje spojrzenie na życie było proste, wręcz bajeczne. Koledzy, dziewczyny, alkohol i radość — niczego nie przyjmowałem poważnie, nikogo nie traktowałem poważnie, tak było.

Idziemy dalej przez osiedle, wchodzimy do sklepiku. Jezusowi chciało się pić. Zdjął bluzę mundurową, został w samej koszulce z krótkim rękawem — ależ był chudy, sama skóra i kości, ale twarz miał delikatną i piękną. Podobał się dziewczynom. Dostrzegłem to wówczas w sklepie, kiedy kupował wodę mineralną. Podszedł do lady — pracowała tam wtedy Danka, młoda, całkiem niezła dziewczyna, z którą lubiłem tańczyć na dyskotece:

— Dzień dobry pani, straszny dziś upał.

— Dzień dobry, co podać?

— Dużą butelkę gazowanej wody mineralnej, smacznej i zimnej.

Mamy lodówkę pod ścianą. Proszę sobie wybrać.

— Dziękuję za ofiarowanie odrobiny wolności w zakupach.

Uśmiechnął się do Danki, a ta oczarowana gapiła się na niego jak na zjawisko tęczy. Takiego poety i filozofa na osiedlu nie było. Jezus podszedł do szafy lodówkowej i wyciągnął butelkę mineralnej. Natychmiast otworzył i zaczął chciwie pić. Jednym haustem wytrąbił ponad litr. Byłem w szoku. Spokojnie zapłacił i spytał mnie, czy mam ochotę na picie. Odmówiłem. Kupiłem sobie colę w puszce. Jezus wyszedł na zewnątrz, a między mną a Danką zawiązała się luźna rozmowa:

Co to za jeden? Ciekawie gada.

— Znajomy, porządny gość, daleki kuzyn. Mieszka u nas, wynajmuje pokój, jest filozofem.

To on wyleczył młodego?

— Tak, skąd wiesz?

— Całe osiedle o tym gada.

To sprawa lekarzy, a on tylko rozmasował nogę i nastawił kość.

— Serio?

— Tak.

E tam... wszyscy mówią, ze to cud.

— Bzdura. Cudów nie ma.

A słyszałeś o tym wypadku dzisiaj rano?

— Tak.

— Mówili, ze facet nie ma szans, a on odzyskał przytomność i okazuje się, że nic poważnego mu się nie stało. Być może, w tym tygodniu wyjdzie ze szpitala.

— Możliwe.

Przystojny i ładny ma uśmiech, oczy i białe, idealne równe zęby. Zapoznaj mnie z nim — Danka wskazała brodą Jezusa.

Daj spokój, Danka.

A co nie jest wolny?

Nie wiem.

Dowiedz się, co?

— Jasne.

Wyszedłem ze sklepu. Nasze osiedle liczy tylko siedem tysięcy mieszkańców, a może mniej, nic się nie da ukryć. Ludzie wiedzą wszystko, wieści są szybsze niż światłowody. Tak więc Jezus już nie był tajemnicą. Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę go chronić przed ludźmi. Stał oparty o drzewo i dopijał wodę. Na mój widok odwrócił głowę i uśmiechnął się charakterystycznie, nieśmiało.

To twoja znajoma?

— Tak.

— Ładna dziewczyna.

Wiem, mnie się też podoba.

— Ciekawe.

Co w tym dziwnego?

— Nic, miałem cię za idealistę. Sądziłem, że kobiety cię nie interesują.

— Przecież jestem tylko człowiekiem.

Cieszy mnie to.

Idziemy dalej. Jezus ma szczególny dar obserwacji, to znaczy widzi to i zachwyca się tym, co dla mnie jest oczywiste, wręcz niezauważalne, a to jakieś drzewo, kwiat, roślina, ptak, wszystko ma swoje piękno i urok. Dla mnie to oczywistość i tyle. Zbliżamy się do ogródków działkowych. Mamy taką niewielką czteroarową działkę z altanką. Obiecałem rodzicom, że dzisiaj ją podleję. Postanowiłem tam zaprowadzić Jezusa. Jest zachwycony, ja podlewam warzywa, a on opycha się pomidorami i kalarepą, szczęśliwy jak nie wiem co. Na końcu siadamy na wiklinowych krzesłach na niewielkim tarasie obok altanki. Proponuję Jezusowi zimne piwo. Jest chętny. W altanie mamy małą starą jeszcze sprawną lodówkę. Zawsze w niej ojciec trzyma zapasy piwa, które latem regularnie staruszkowi opróżniam. Nie gniewa się, jeśli o tym powiem i coś tam odkupię. Kiedy tak siedzimy i pijemy zimne piwo, widzę w Jezusie normalnego chłopaka, mniej więcej w moim wieku:

— Dobre, zimne, nieźle smakuje. Dawno nie piłem alkoholu.

To nasze regionalne, z dobrej wody.

— Niezłe.

— Mogę ci zadać pytanie?

— Proszę.

— Skąd ty właściwie jesteś?

— Stamtąd.

Obaj wybuchamy śmiechem. Nigdy już Jezusa o to nie pytałem. On nigdy nie wspominał, jakoś nie było to nam do niczego potrzebne. Wtedy też po raz pierwszy rozmawialiśmy jak zwykli ludzie:

Wiesz stary, mam kobietę, jestem z nią umówiony na dzisiaj, na wieczór, ale spokojnie, załatwimy jakąś koleżankę i nie będziesz się nudził.

— Nieźle, kochasz ją?

— Tę dziewczynę?

No tak,

Sam nie wiem, znamy się od dziecka, byliśmy razem na dwóch studniówkach... chyba tak. A dlaczego pytasz?

Interesuje mnie to.

— Zboczeniec. Sorry, żartowałem.

No wiesz, ja jeszcze nigdy tak na poważnie nie miałem dziewczyny.

Ale jesteś w tych tematach normalny, to znaczy hetero?

Jasne, nie martw się.

To dobrze. Teraz przyszła dziwna moda na kochających inaczej, martwiłem się o ciebie.

— Niepotrzebnie.

Spoko, teraz jestem spokojny.

Wypiliśmy już po dwa browary, zabieramy się za trzecie puszki. Ja już mam humorek, ale Jezusa nic nie bierze, zrobił się tylko jakby bardziej zamyślony, mniej się uśmiecha. Widocznie bierze go na smutasa, zdarza się. Ja tam wolę, jak ktoś się upija na wesoło, tak jak ja:

— Kończymy. Muszę wracać, wykąpać się, doprowadzić do porządku, ogolić... w końcu to randka. No i załatwić ci koleżankę.

— Dzięki,

— Wracamy, trochę mi szumi w nogach.

Zaraz ci przejdzie.

A ty?

Ja tam nic nie czuje, ale mam zaspokojone pragnienie.

Wróciliśmy do mieszkania moich rodziców. Na szczęście było puste. Mama z tatą i bratem pojechali do krewnych mieszkających w okolicznej wiosce. Wspaniale, cała chata na noc nasza. Jestem w siódmym niebie. Jezus bierze prysznic, chlapie się już chyba z pół godziny. Wreszcie wychodzi. Nie poznaję człowieka. Ma przystrzyżony idealnie zarost i rozpuszczone falowane włosy. W pokoju pachnie migdałami i dobrą wodą toaletową:

— Nieźle stary, masz niezłe kosmetyki.

— Dostałem w prezencie. Chcesz pożyczyć?

Bez przesady. Jak by to wyglądało, gdybyśmy tak samo śmierdzieli?

— Racja.

Mam dla ciebie kobietę.

— Tak?

Nie pękaj. To fajna dziewczyna. I całkiem ładna. Koleżanka mojej panienki, akurat wolna, trochę nawiedzona, wiec będziecie do siebie pasowali.

Co to znaczy nawiedzona?

Pytasz poważnie?

Jak najbardziej.

No, powiedzmy... uduchowiona. Kocha malarstwo, poezję, kończy studia na Akademii Sztuk Pięknych. Będzie dobrze.

Nie znam się za bardzo na randkach. Mam nadzieję, że sobie poradzę.

Daj spokój, jest twoja.

Co mam robić?

— Bądź sobą.

Zawsze nim jestem.

— Bzdura. Całe nasze życie to gra. Zawsze każdy człowiek chce być inny, udajemy kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy. Dlatego tak trudno być sobą. To jakby dorosła zabawa w chowanego.

Nie wiem. W każdej sytuacji staram się być sobą.

I chwała ci za to. Włącz telewizor, ja idę odwalić się na przystojniaka.

To była taka nasza gadka, teraz zdaję sobie sprawę, że Jezus zawsze był sobą. Za to go lubiłem, nikogo nie udawał, nie kombinował, nie oszukiwał, jeżeli coś myślał o rozmówcy lub zaistniałej sytuacji, mówił o tym delikatnie, lecz szczerze. Brakuje takich ludzi w naszym zakłamanym społeczeństwie, pełnym tak zwanych norm moralnych i autorytetów moralnych, gdzie nie da się żyć bez kłamstwa.

Jest jeszcze jasno, choć już po dwudziestej. Wreszcie przychodzą dziewczyny. Są odwalone nieziemsko. Pierwszy raz widzę Jezusa tak speszonego, schyla głowę i zachowuje się jak dziewica, idę ze swoją dziewczyną na balkon, zostawiamy nowo poznanych razem, niech się jakoś oswoją.

Przystojny ten twój kumpel i ciekawą ma ksywę — Jezus. Wiesz, on jest nawet do niego podobny, ma takie niezwykłe oczy, kim on jest?

Filozofem. Szuka krewnych, którzy podobno mieszkają gdzieś w tej okolicy.

To on uzdrowił młodego?

Tak, ale nie używaj tego słowa.

— Dlaczego?

— Ponieważ to nie był żaden cud. Tylko rozmasował ścięgna i nastawił staw. Ma do tego dar.

Nie obraź się, ale wygląda to jak cud.

Zbieg okoliczności.

— Nieważne. Grunt, że pomógł twojemu bratu.

— Myślisz, że spodobał się Olce?

Jasne. Jest niezły.

To dobrze. Facet jest zestresowany.

Ona również. Pasują do siebie.

— Chodźmy do nich.

Jezus i Aleksandra siedzą obok siebie w fotelach. Dziewczyna jest wniebowzięta, słucha wykładu mojego kumpla o filozofii starożytnego wschodu. Facet jest niezły, już nieco wyluzował. Nie wiem, co robić. Moja Danka też się na niego gapi okrągłymi oczami, ale raczej przez ciekawość niż seks. Przynajmniej tak się wydaje. Zapraszam wszystkich na drinki. Olka jest w nich naprawdę dobra. Mam składniki, idę z nią do kuchni. Przynajmniej wysonduję, co naprawdę sądzi o Jezusie.

Fajnego masz kumpla, inteligentny i wrażliwy. To już wymierający gatunek,

Podoba ci się?

— Jasne.

Ale tak jak mężczyzna kobiecie?

— Oczywiście. Więcej, zamierzam się z nim zaprzyjaźnić.

O rany!

Masz coś przeciw?

— Nie, skądże!

Bardzo fajny człowiek.

— Wiem, trochę go poznałem, tak niedużo. Gadaliśmy o tym i owym...

Ma dziewczynę?

Nie, jest twój.

To dobrze. Lubię wiedzieć, na czym stoję. I wiesz co?

— Słucham.

Ma fantastycznie piękne dłonie... jakby nic nie robił całe życie.

Dobra, przygotuj te drinki.

Odruchowo spojrzałem na moje wielkie dłonie, nieco przybrudzone zużytymi olejami samochodowymi. No cóż... silnik to moja pasja, nie nadaję się na filozofa. Ktoś musi naprawiać te graty, inaczej uczeni nie mieliby czym jeździć. Fakt, Jezus miał delikatne dłonie pianisty, to trzeba przyznać. Większość kobiet chciałaby mieć takie ręce. Siadamy w fotelach, wypijamy po dwa całkiem mocne drinki. Olka trochę przeholowała z wódką, ale niech jej będzie. Może chce skruszyć Jezusa, który jakby się nią nie interesuje. Przynajmniej tak mi się wydaje.

— Słuchajcie, jest piękna jasna noc, chodźmy na spacer.

— Dokąd?

Nad jezioro. Tam teraz powinno być pusto, cały pomost nasz.

No to idziemy.

Tylko dopiję drinka.

Niedaleko naszego osiedla jest ładne, duże i czyste jezioro. Niedawno zrobiono tam rezerwat, ktoś ogrodził cały teren i zrobił wąskie wejście tylko dla pieszych. Jest zamykana brama, postawiono strażnika i jest super, bezpiecznie, nie ma wariatów na motorach. A menelstwo osiedlowe musiało się wynieść, słowem, jest gdzie pójść na spacer. Wychodzimy z bloku, jest ciemno i ciepło. Idziemy parami. Ja pierwszy z Danką, przytulamy się do siebie, trzymamy za ręce, jak to zakochani. Zerkam dyskretnie na Jezusa. Wlecze się pół metra za lekko zdenerwowaną Olką i coś bredzi o gwiazdach.

Co tam?

Nic, Jezus stracił wątek. On się naprawdę nie zna na podrywaniu dziewczyn.

— Może jest teletubisiem?

— Nie. Rozmawiałem z nim. Jest okay w tych sprawach.

Olka mnie zabije.

— Muszę z nim pogadać. Tu chodzi o moją reputację.

Jak najszybciej.

— Dobra, już to załatwiam.

Teraz żałuję tej nocy, ale wtedy wszystko wydawało mi się inne. Podchodzę do kumpla i spokojnie czekam, aż dziewczyny się nieco oddalą, zaczynamy rozmawiać:

Wszystko w porządku?

Tak, jak najbardziej.

A dziewczyna?

Inteligenta, potrafi słuchać...

To może okazałbyś jej odrobinę zainteresowania?

Co masz na myśli?

Przynajmniej szedłbyś blisko niej i... no nie wiem... objął ją delikatnie, rozumiesz?

Jezus patrzy na mnie zdziwiony. Teraz ja z kolei czuję się głupio, ale muszę jakoś kumplowi wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi:

Kiepsko mi idzie?

Tego nie powiedziałem.

— Zrobię, co w mojej mocy, ale zrozum ja tu jestem tylko przelotnie. Nie mogę jej za bardzo rozkochać w sobie.

— Hm... zaskoczyłeś mnie. Ale, proszę, nie idealizuj. Dzisiaj ma być miło.

Boisz się czasu?

Nie rozumiem i nie chcę się teraz nad tym zastanawiać. Bawmy się, życie jest za krótkie na myślenie.

Masz rację.

Wracam do swojej dziewczyny. Już jesteśmy nad jeziorem. Wszyscy wchodzimy na obszerny i długi, nie do końca wykończony pomost. Brakuje barierek z jednej strony. Siadamy na brzegu minimola, nogi luźno zwisają nam nad wodą. Patrzymy na wielki biały księżyc w pełni. Dyskretnie zerkam na Jezusa. Siedzi blisko tuż przy dziewczynie. Jest nieźle. Wtedy zdarzył się kolejny cud. Może nie cud, ale coś podobnego. Kilka metrów od pomostu rosły lilie wodne. Dziewczynom bardzo się podobały ich kwiaty, które wprawdzie w nocy są zamknięte, ale dziewczynom to nie przeszkadzało. Trudno, zamierzam się wykąpać, woda jest ciepła. Ściągam koszulkę, kiedy kumpel podchodzi do mnie i spokojnie kładzie mi rękę na ramieniu, mówiąc:

Ja pójdę, tutaj jest płytko.

— Coś ty, dwa metry jak nic.

Daj mi szansę. Lilie rosną tylko na płytkiej wodzie.

Umiesz pływać?

Nie martw się.

No dobra. Jakby coś, to wyciągnę cię z wody. Kiedyś byłem ratownikiem na basenie.

— Dziękuję. Dam sobie radę.

Jezus nawet nie zdjął butów. Poszedł po jej powierzchni do samego środka lilii. Dokładnie tego nie widziałem. Tuż nad wodą unosił się niski tuman mgły. Po minucie wrócił z tym swoim dziwnym uśmiechem i całym naręczem pąków wodnych kwiatów. Wręczył je zachwyconym dziewczynom. Poszedł aż na sam koniec pomostu i długo zerkał na księżyc. Stałem jak wryty. Nasze kobiety zainteresowane były tylko kwiatami. Nawet nie zauważyły cudu. Ja za to widziałem wszystko i kiedy doszedłem do siebie, skierowałem swoje kroki również na koniec pomostu.

Jak to zrobiłeś?

— Normalnie.

To przecież wbrew fizyce.

— Dlaczego?

— Szedłeś po wodzie.

Nie, nie szedłem. Mam suche buty, spójrz.

— Jesteś cudotwórcą?

Nie, jestem normalnym człowiekiem.

Nic z tego nie rozumiem.

— Ponieważ jesteś człowiekiem małej wiary.

— Możliwe.

— Każdy z was może iść po swoje kwiaty przez wodę.

Nie sądzę.

I sam widzisz. Cywilizacja zabija wiarę. Teraz od latania są samoloty, od pływania statki, od poruszania się drogami samochody. Wszystko jest łatwe, proste i wytłumaczalne. Wystarczy mieć tylko kolorowe banknoty, i to wszystko.

— Skończmy tę rozmowę. Jestem zbyt słaby i głupi, aby z tobą dyskutować.

Nie ja to powiedziałem.

Wiem. Dobry z ciebie kumpel. Wracajmy do dziewczyn.

Idziemy w milczeniu w kierunku naszych kobiet. Są wniebowzięte. Podzieliły się już kwiatami. Chwilę rozmawiamy, obydwie całują Jezusa w policzki. Jest nieco speszony. Chcą, aby przyniósł więcej kwiatów:

Musimy coś zostawić przyrodzie.

— Urosną nowe.

Potrzeba wam umiarkowania. Lilie są dla wszystkich. Jutro tutaj przyjdą inni ludzie. Niech ich oczy cieszą piękne kwiaty. Skarbami i talentem zawsze należy się dzielić.

Racja. Wracajmy do domu.

Idę z Danką, przytulamy się do siebie. Uwielbiam jej szczupłe, pachnące i delikatne ciało oraz ten miodowy szampon na włosach, do dzisiaj czuję ich zapach. Nawet Jezus wziął Olkę za rękę i coś tam jej opowiada o drzewach i kwiatach, tyle tylko usłyszałem:

Ciekawy ten twój znajomy.

— Tak.

— Skąd wiedział, że tam jest tak płytko?

Nie mam pojęcia.

To ładnie z jego strony, że przyniósł nam kwiaty.

Ja też chciałem.

Wiem, ale teraz byłbyś cały mokry i śmierdzący mułem.

— Jasne.

Danka nawet nie zauważyła, że Jezus poruszał się po mgle, czy jakoś inaczej. Dziwne, czasami ludzie myślą, co chcą, widzą, co chcą i na dodatek wyciągają niewłaściwe wnioski. A może tylko ja miałem zobaczyć ten cud? Nic z tego nie rozumiem.

Jezus jest cudowny, chyba się w nim zakochałam od pierwszego wrażenia. Ma takie delikatne dłonie i ten jego głos... który brzmi, jakby wiecznie czytał jakąś księgę. Starą, zabytkową. Sama nie wiem. Pytam chłopaka, jaką skończył uczelnię, a on patrzy na mnie dziwnie i twierdzi, że to za granicą... mało istotne... Nie zadaję już więcej pytań, pozwalam mu mówić, opowiadać, aż wreszcie przestaje.

A twoi rodzice?

Nie mam rodziców.

Jak to?

Ojciec jest nieznany, mamy nie pamiętam, wychowali mnie krewni.

To smutne.

Tak, czasami mi brakuje ojca i matki, choć jestem już dorosły i powinienem być samodzielny, ale rodzina jest ważna.

To prawda.

Co zamierzasz robić w przyszłości?

Nie wiem. Dalej chciałbym być filozofem.

Ale z tego się nie wyżyje.

— Pieniądze nie są aż tak ważne.

Ale bardzo potrzebne.

— Czynią z nas niewolników, zabijają wolność i wzbudzają najgorsze instynkty.

Masz rację, ale jak bez nich żyć?

Nie wiem.

Postanawiam sama opowiedzieć Jezusowi o swoich rodzicach. Zwykle unikam tego tematu, ale wreszcie muszę z kimś o tym pogadać, a on wydaje mi się odpowiedni:

Mam problem. Chciałabym z tobą o tym pogadać... tak między nami.

— Dobrze, możesz mi zaufać.

— Dzięki. Muszę z kimś o tym pogadać, gryzie mnie to od dzieciństwa.

— Mów.

Mam nienormalną matkę.

To straszne oskarżenie.

— Najzupełniej szczere. Moja matka niszczy ojca, a teraz zaczyna niszczyć mnie.

W jaki sposób?

— Czytałam o tym, rozmawiałam nawet z psychologiem, według mnie matka ma schizofrenię paranoidalną. Nic dodać nic ująć... żyje w jakimś swoim dziwnym, hermetycznym świecie niezdrowych marzeń, wszędzie widzi siebie jako piękną, bogatą i sławną gwiazdę, bierze wciąż jakieś kredyty na ciuchy, fryzjerów. Odkąd pamiętam kręci sobie włosy, a wszystkim dookoła tłumaczy, że to jej naturalnie tak się kręcą. W łazience ma kilkaset zużytych opakowań po drogich kosmetykach, nie wolno ich nikomu dotykać. Mamy trzy numery stacjonarne i chyba z osiem komórek. Ta wariatka wciąż zmienia numery, gubi się w swoich kłamstwach, wyszukuje sobie choroby i ciągle znęca się psychicznie nad ojcem i mną. To smutne. Wiem, że grzeszę, ale ja mam naprawdę walniętą matkę.

To rzeczywiście bardzo smutne. Co na to ojciec?

— Całkowicie się jej podporządkował. Owinęła sobie tatę dookoła palca. Czasami nawet i on kłamie, używając jej sposobów mówienia nieprawdy. Nie wiem sama, jak długo jeszcze wytrzymam w domu. Na szczęście niedługo kończą się wakacje i wracam na uczelnię.

Jak długo trwa ten stan?

Nie wiem. Chyba odkąd pamiętam.

Dziwne, bardzo dziwne. Jak myślisz, dlaczego twoja mama żyje w tym innym świecie?

Jest nienormalna, to wszystko. A najgorsze jest to, że ciągle kłamie, zmyśla i denerwuje innych.

To znaczy, że twoja mama chce być kimś innym?

— Dokładnie tak. Ma obsesję na punkcie kolorowej prasy. Wciąż myśli, że jest gwiazdą, opowiada sąsiadom i krewnym, że niedługo ukaże się z nią wywiad, że będzie grała w telenoweli. Nikt już jej nie traktuje poważnie. Wstyd wychodzić z domu.

— Pracuje?

— Nie. Była sekretarką w państwowym urzędzie, ale mieli jej już dość i przy pierwszej okazji wygnali na wcześniejszą emeryturę. Ojciec jest szanowanym człowiekiem, był nauczycielem matematyki, radnym. Od kilku miesięcy też jest na wcześniejszej emeryturze. Ciągle ucieka z domu. Chyba nie chce do końca zwariować.

Sprawa jest poważna. Próbowałaś mamę wysłać do lekarza?

Ona sobie sama wyszukuje choroby. Ostatnio udawała, że słyszy tylko tony niskie. Oglądała taki program w telewizji. Ojciec poszedł z nią do najlepszego lekarza, znajomego zresztą, wysłuchał uważnie mamy i dał jej skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Jak to zobaczyła, to przez dwa tygodnie była prawie normalna. Boi się psychiatry.

Ciekawe. Nie wiem, jak ci pomóc.

— Słyszałam, że jesteś cudotwórcą.

Jezus spojrzał na mnie uważnie. W blasku miejskich latarń jego oczy dziwnie lśniły. Nie były niebieskie, lecz ciemnogranatowe. Miał poważną twarz, mocno chwycił mnie za rękę i o dziwo był to bardzo silny uścisk. Uśmiechnął się łagodnie i powiedział cichym głosem:

Nie jestem cudotwórcą.

To w jaki sposób uzdrowiłeś Młodego?

Nie mam z tym nic wspólnego.

— Proszę cię, przyjdź do mnie i porozmawiaj z moimi rodzicami.

Dobrze. Jak tylko będę na to gotowy.

Odprowadzisz mnie do domu?

— Tak.

To fajnie. Boję się ciemności.

To normalne. Lęk przed czymś, czego nie widzimy i nie znamy, jest naturalny.

Jezus wrócił dziwnie smutny, była trzecia w nocy, również i ja odprawiłem dziewczynę. Jakoś mi nie wypadało nocować jej u mnie, chociaż w normalnych okolicznościach pewnie by została, ale cóż, czasami trzeba się poświęcić:

No jak tam Olka, fajna kobieta?

— Interesująca. Ma bardzo bogate wnętrze. Znasz jej rodziców?

— Trochę. Stary jest w porządku, jako nauczyciel też był okay, a matka praktycznie nie wychodzi z domu, no może kilka razy w roku. Wszyscy uważają, że z nią nie jest całkiem halo, znaczy się umiarkowanie trzepnięta.

Dlaczego tak sądzisz?

Kobieta jest po pięćdziesiątce, chodzi w białej plisowanej mini i rajstopach burdelówkach, czasami boso po osiedlu ze szpilkami w rękach. Stary, to nie jest normalne. Do tego wymalowana jak osiemnastolatka i do wszystkich dziwnie się uśmiecha, Olka ma przez to przechlapane na osiedlu. Każdy uważa, że jest nawiedzona jak matka, ale dla mnie jest w porządku.

Rozumiem, jej matka musi być chora psychicznie.

Czy ja wiem? Pracowała, normalnie chodziła do pracy, zawsze targała cztery wypchane reklamówki. Sam nie wiem, co o tym sądzić. Pogadaj z Olką.

Masz rację.

Dlaczego pytasz?

Wydaje mi się, że ma z nią problem.

Stary, cholerny problem. Przez jej trzepniętą matkę nie miała z kim iść na studniówkę, choć dziewczyna jest całkiem niezła.

I jak się skończyła ta sprawa?

Wreszcie poszła z kuzynem z innego miasta, ale sprawa była przykra.

Dziwne, bardzo dziwne. Życie czasami jest niczym worek pełen prezentów, niektóre bywają nieodpowiednie, wręcz złośliwe.

Ciekawe porównanie. Powiedz mi stary, jak zerwałeś te lilie?

— Normalnie.

Nie wiedziałem, że umiesz chodzić po wodzie.

A kto powiedział, że po niej szedłem?

A co, może nie?

Trzeba uważać.

— Mgła i ciemność wszystko zasłoniły.

Kto ma oczy, niechaj patrzy.

E tam, jaja sobie robisz. Jutro, a w zasadzie dzisiaj, jest niedziela. Na którą idziemy do kościoła?

— Obojętnie.

Wiesz, z reguły unikam tej imprezy, ale obiecałem matce...

Twoja sprawa.

I tu mi się podobasz. Tolerancja, to jest to.

— Jesteś dobrym człowiekiem, szatan cię omija. Nie musisz udawać jeszcze lepszego.

— Dzięki, ciekawie powiedziane.

Normalna filozofia.

Poznasz naszego proboszcza, to dopiero filozof, a raczej bankier.

Nie rozumiem.

Wszystko w swoim czasie.

Poszliśmy w niedzielę do kościoła na mszę, na godzinę dwunastą. To był przełom. Jezus ładnie się ubrał, uczesał, wyglądał na zadowolonego. Nie wiem, dlaczego zabrał ze sobą butelkę wody mineralnej, z której popijał co jakiś czas wodę. Był dziwnie milczący. Obserwowałem kumpla podczas całej mszy. Był wyraźnie zafascynowany. Nie śpiewał, nie odpowiadał, lecz tylko patrzył i słuchał organowej muzyki, oczywiście popijając wodę mineralną ku zgorszeniu innych. No i stało się. Według mnie to był kolejny cud, choć wszyscy inni uważają, że to przypadek, a raczej wypadek. Cała sytuacja miała mocno groteskowy przebieg. Na końcu każdej mszy jest coś takiego jak ogłoszenia parafialne, podczas których nasz wielebny czyta, kto ile dał na kościół, i z którego bloku wierni mają sprzątać w danym tygodniu świątynię, i takie tam dyrdymały. Po tej czczej gadaninie proboszcz przeszedł do ataku na naszego osiedlowego Jezusa:

— Strzeżmy się fałszywych proroków, oto bowiem na naszym osiedlu pojawił się szatan w osobie człowieka, który rzekomo uzdrawia, i tworzy cuda!

Ukradkiem patrzę na Jezusa. Stoi jak zamurowany, zbladł i uważnie słuchał słów wielebnego:

To jest szatan, sam lucyfer. Przybył, aby was sprowadzić na manowce, tylko prawda was uzdrowi i prawdziwa wiara.

No i stało się. W tym momencie drewniana kazalnica pod wpływem ciężaru naszego tłustego proboszcza zawaliła się. Wielebny walnął twarzą w jej krawędź, aż chlasnęło w kościele, zalał się krwią i zgasło mu kino. Znowu spojrzałem na Jezusa. Odzyskał kolory, znów się uśmiechnął i napił duży łyk wody mineralnej. Inni księża wtaszczyli grube ciało proboszcza do zakrystii, i tak się to skończyło. Na razie Jezus wygrywał, ale wojna miała być długa. Wyszliśmy z kościoła. Jezus wyglądał na zadowolonego. Nikt na niego nie zwracał uwagi, wszyscy dookoła opowiadali o wypadku proboszcza. Większość beztrosko śmiała się z całej sytuacji:

To ty?

Nie rozumiem.

Pytam, czy ten wypadek to twoja sprawka?

Wasz proboszcz wezwał lucyfera, więc się doczekał.

Jak to?

— Zło, które wypowiedział, wróciło do niego.

— Dziwne.

Dlaczego? Bezpodstawnie obrażał innego człowieka. Tworzył więc zło, zgadza się?

Nigdy o tym w ten sposób nie myślałem.

Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

To znaczy, że to... on sam?

Tak, nikt inny. Zresztą to był tylko wypadek.

— Ale... przecież to ksiądz.

To tylko człowiek. A do tego grzesznik, cudzołożnik i zwykły złodziej, degenerat, nie święty. Tak powinieneś na to patrzeć.

— Dużo wiesz o nim.

Zawsze na każdego patrz oczami człowieka wolnego, nie niewolnika.

— Jesteś ateistą?

— Nie.

Zagadki Jezusa nie zawsze do mnie docierały. Czasami sądziłem, że wiem, o czym mówił, a czasami udawałem, że rozumiem. W każdym razie wydarzenie z proboszczem zapamiętałem na całe życie. Wielebny odzyskał przytomność w szpitalu, zeszyli mu głowę, twarz się wygoiła i zapłonął zemstą. Przysłał do nas wikarego, domagał się rozmowy z Jezusem. Ten zgodził się, lecz chciał tam iść ze mną jako bezstronnym świadkiem. Zgodziłem się chętnie, licząc na kolejny cud, na przykład złamana ręka lub noga proboszcza. Zresztą, byłem młody i lubiłem wszelkie draki, tak to już było. Jezus okazał się nadzwyczaj poważny, ale ucieszyło go zaproszenie proboszcza, stwierdził, że idziemy do paszczy lwa zmierzyć się z bestią.

Dni mijały spokojnie. Wróciłem do pracy. Jezus znikał z mieszkania na całe dnie, gdzieś wyjeżdżał autobusem lub rowerem pożyczonym od mojego ojca. W sobotę wieczorem miało się odbyć spotkanie z proboszczem na nowej plebani. Jezus, o dziwo, ubrał się normalnie, choć moja mama usilnie nakłaniała kumpla do włożenia mojego garnituru. Poszliśmy tam razem. Drzwi otworzył nam młody wikary. Nieco przestraszony zaprowadził nas do pokoju gościnnego, po czym zniknął odprawiać wieczorną mszę. Zostaliśmy sami. Plebania urządzona była z przepychem, choć — jak stwierdził Jezus — kiczowato, wymownie świadcząc o kiepskim guście właściciela. Wreszcie pojawiła się gospodyni, niosąc półmiski pełne jedzenia, ciasta, galaret i innych pyszności. Kumpel patrzył na to wszystko z nieukrywanym wstrętem. Wreszcie wniesiono wódki, wina i zakąski. Teraz to ja się mocno zdziwiłem. No i pojawił się proboszcz, ubrany po cywilnemu z koloratką pod szyją. Byłem nieco speszony całą sytuacją, ale Jezus ze spokojem wstał, wyciągnął dłoń i podziękował za zaproszenie:

— Miło mi powitać przewodnika duchowego tutejszych owieczek.

A dziękuję, choć i baranki się trafiają.

Dlaczego nas pan zaprosił?

Proboszcz na słowo pan, kłapnął kłami, ale szybko się uspokoił:

— Doszły mnie słuchy, że jesteś pan niezwykłym filozofem. Chciałem pana poznać osobiście i porozmawiać na tematy teologiczne.

Jeszcze tydzień temu byłem diabłem, czemu zawdzięczam te zmiany?

— Zostałem wprowadzony w błąd.

Kiepskich ma pan obserwatorów.

To starsi parafianie. Czasami opowiadają głupstwa.

— Rozumiem.

— Uważa się pan za lekarza?

Jedni na mnie mówią cudotwórca, jeszcze inni nazywają mnie Jezusem, a ja sam wolę, aby mnie traktować jako filozofa.

Czynisz pan cuda? Tak mi doniesiono.

— Jeśli ktoś ma mocną wiarę, uleczy się sam.

To prawda, a więc nie czynisz cudów?

— Nie, cudów nie ma. Są tylko niewyjaśnione zjawiska. Zresztą, Kościół sam nie uznaje zbyt wielu cudów.

— Jesteś człowiekiem obeznanym w temacie. Co sądzisz o naszej wspólnocie?

— Najważniejszy jest pan. Jeśli daje pan dobry przykład wiernym, jest pan człowiekiem prawym, wiernym, skromnym i posłusznym wierze, wówczas wszystko jest dobre. Ale jeśli jest pan człowiekiem kłamliwym, rozpustnym i kocha pan mamonę ponad wszystko, wówczas wspólnota zamienia się powoli w chlew, a ludzie w bezwolne grzechowi świnie.

Proboszcz poczerwieniał, długo myślał, wypił kieliszek wina, zagryzł schabowym ze śliwkami, po czym mruknął z zadowoleniem:

No cóż, niewiele sobie mogę zarzucić.

— Naprawdę?

Co masz pan na myśli?

— Nic, chciałem się tylko upewnić, czy zrozumiał pan moje słowa.

Bardzo dokładnie.

To znaczy, że się pan zmieni.

Jak to?

— Większość otrzymywanych funduszy pan przeżera, dosłownie i w przenośni. Ma pan kochankę i córkę z nią, na które pan łoży. Poza tym nowy samochód dobrej marki kosztował krocie, a wikaremu nie chce pan dać paru groszy na chorą matkę i nową sutannę.

— Skąd to wszystko wiesz?

— Przygotowałem się do rozmowy.

Wielebnego zatkało. Jezus zaś wyglądał na zadowolonego. Proboszcz uważnie obserwował mojego kumpla, wił się nerwowo na ozdobnym krześle, wreszcie mrugnął świńskimi oczkami i wypalił:

Jakim prawem mnie oceniasz? Kim ty jesteś?!

— Człowiekiem, tak jak ksiądz. Oceniam tylko prawem innego człowieka.

Co to znaczy?

— Jesteśmy tylko ludźmi, każdy z nas ma prawo czasami zabłądzić. Uważam, że ksiądz zupełnie zatracił w sobie dobroć, miłość i przyzwoitość. Chyba czas się opamiętać.

— Obrażasz mnie!

Prawda czasem bardzo boli. Przykro mi — Jezus powiedział to spokojnym, prawie smutnym głosem.

Musisz mnie przeprosić, natychmiast! W tej chwili!

Za co?

— Czuję się dotknięty! Zaprosiłem cię grzecznie na rozmowę, a nie na stek obelg i kłamstw.

— Porozmawialiśmy szczerze. Dziękuję za zaproszenie. W którym miejscu skłamałem?

— Że co?

— Proszę powiedzieć, co z moich słów jest nieprawdą?

— Wszystko!

Bzdura. Mam panu udowodnić prawdę?

Nie możesz tego zrobić.

A dlaczego?

— Ponieważ kłamiesz.

Jezus nadal był spokojny, znowu zaczął do wielebnego mówić per „pan”, ale zdaje się, że prałat nie zwracał na to uwagi. Czułem się nieswojo, chciałem już iść do domu, gdy tymczasem mój kumpel jakby zgłodniał. Ze spokojem zajadał smakołyki, nie zwracając kompletnie uwagi na księdza, który cały czerwony ze złości piorunował wzrokiem mnie i przyjaciela. Sytuacja stała się dziwna. Jezus przestał jeść, spojrzał uważnie na proboszcza, po czym stwierdził spokojnym głosem:

Bardzo smaczne jedzenie.

— Oczywiście.

Porozmawiamy jeszcze na jakieś różne tematy?

Tak, ale tylko pod warunkiem, że mnie przeprosisz?

Niczym pana nie obraziłem, powiedziałem tylko szczerą prawdę.

A masz jakieś dowody?

— Oczywiście.

Ciekawe jakie?

Mam mówić?

— Proszę, ciekaw jestem, co tam znowu nakłamiesz.

Jest pan pewny?

— Mów.

Od roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego współżyje pan regularnie z panią Adrianną Ciołek, która w lecie tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym urodziła panu córkę Weronikę, na którą pan regularnie łoży pieniądze parafian. To bardzo przyzwoite z pana strony, ale dlaczego z pieniędzy parafian? Ma pan też drugą kobietę, obecną gospodynię, z którą pan sypia od trzech lat. Kolejną pana kobietą jest siostra przełożona miejscowego zgromadzenia sióstr, z którą pan sypia od czterech miesięcy. Czy mam mówić dalej?

— Nie, nie! Skąd o tym wiesz?

— Nieważne. Wiem na pewno, że to ,co powiedziałem, jest prawdą.

Jestem słabym człowiekiem.

Wiem o tym.

— Idź już. Nie musisz mnie przepraszać.

Grzech to bardzo ludzka rzecz.

Wizyta była skończona. Proboszcz nawet nas nie odprowadził. Siedział ze zwieszoną głową. Słowa Jezusa znokautowały wielebnego całkowicie. Sam nie czułem się zbyt komfortowo. Idziemy w milczeniu. Mój kumpel ogląda niebo, wreszcie zaczyna mówić:

Jutro będzie deszcz.

A co sądzisz o naszym proboszczu?

To tylko człowiek, nieco zagubiony człowiek. Nie jest z natury zły, tylko dawno już przestał kroczyć właściwą drogą. Szkoda, że rozstaliśmy się w taki przykrych okolicznościach.

To raczej chyba przez nas.

— Nie. Myślał, że jest bogiem. Taki upadek z piedestału zawsze jest bolesny.

A był bogiem?

— Skądże! Tylko w swojej wyobraźni, ale to też wina wiernych.

— Dlaczego?

— Wmówili biednemu człowiekowi, że jest kimś superważnym. Byli ślepi i posłuszni. Tak rodzi się niesprawiedliwość.

Nie rozumiem.

Przyjdzie czas, że nie będziesz o nic pytał.

Raczej nie.

Uwierz mi, sam poznasz istotę bycia człowiekiem. Wtedy zrozumiesz wszystko.

Przeceniasz mnie.

Zobaczymy. A jutro naprawdę będzie padał deszcz.

Temat skończony. Jezus wstępuje do sklepu, kupuje butelkę wody mineralnej i chciwie pije, patrzy na mnie i uśmiecha się:

Duszno tu u was.

Mieszkamy na południu, taki klimat. Czy znalazłeś już swoich krewnych?

Nie, ale ciągle szukam. Jestem cierpliwy.

Olka pytała się o ciebie.

Tak, wieczorem do niej pójdę. Pożyczysz mi telefon komórkowy?

Jasne. Ale wiesz co, powinieneś sam zaopatrzyć się w takie urządzenie.

— Wiem.

Na kartę nie jest drogie. Ty wiele nie mówisz przez telefon.

To prawda. Jutro pójdziemy i kupimy.

— Super.

Doradzisz mi, dobrze?

Nie ma problemu.

— Dziękuję ci.

Wróciliśmy do domu. Rodzina w komplecie. Mój młodszy brat był dzisiaj na basenie, chwali się swoimi osiągnięciami sportowymi. Jest zachwycony swoją sprawnością. Wszyscy się cieszymy, nawet Jezus z nim rozmawia, często się uśmiechając. Mama jest wniebowzięta Jezusem, patrzy na niego błyszczącymi oczami. Zaczyna mnie to niepokoić. Ojciec zjada obiad i idzie do fotela na godzinną drzemkę. Natomiast ja z kumplem zaszywamy się w moim pokoju. Przyjaciel ma zadzwonić do Olki. Chyba jest zestresowany. Kompletnie się nie zna na telefonie komórkowym, ale jest pojętny i po kwadransie już wszystko wie. Taktownie wychodzę z pokoju. Za kilka minut słyszę wołanie Jezusa. Oddaje mi telefon. Jest gorący, ma chyba ze sto stopni. Jezus ma nieco speszoną minę:

— Umówiłem się.

Fajnie. Na kiedy?

Na dzisiejszy wieczór. Co ja mam robić?

Jak to co? Iść.

To moja pierwsza samodzielna randka w życiu.

— Żartujesz?

— Nie. Mówię serio.

— Idź, pogadaj z nią, przejdź się na spacer do parku, nad jezioro. To wszystko.

O czym mamy rozmawiać?

Nie mam pojęcia. Zwykle temat sam się znajduje. Olka sama będzie mówić, ty umiesz słuchać, więc o nic się nie martw. Ewentualnie dasz jej buziaka. No... wiesz... przecież jesteś już dorosły.

Tak, masz rację — westchnął z rezygnacją.

Zostawiłem kumpla samego. Wracam do swoich spraw. Nawet jestem zadowolony. Jezus mówi, że jutro będzie deszcz, a on się nigdy nie myli. Mógłby przewidywać prognozę pogody, byłby milionerem. Dzwonię do kumpla z pracy, niech przekaże szefowi, że jutro plucha, więc będziemy musieli zmienić plan pracy. Na coś ten nasz domowy Jezus się przydaje. Mam nadzieję, że wielebny nie naśle na niego rady parafialnej. Ale coś czuję, że za bardzo się boi prawdy o sobie. Jezus wychodzi na randkę. Oddaje mi komórkę, pożyczam koledze dobrą wodę toaletową i żegnamy się. Oddaję też Jezusowi swój zapasowy klucz do mieszkania. W końcu nie wiadomo, kiedy wróci.

 

 

 

Jezus przychodzi punktualnie. Jest zestresowany. Patrzy na mnie oczami bezradnego dziecka, tak naiwnie i nieśmiało. Trochę mnie to bawi, to przecież dorosły mężczyzna. Proponuję spacer nad jezioro, zgadza się, zaczynam rozmowę:

— Wydarzyło się coś ciekawego od naszego ostatniego spotkania?

W zasadzie nic. Poza tym, że byliśmy z naszym wspólnym znajomym na obiedzie u proboszcza.

— Zaprosił was?

— Tak. Chciał mnie poznać.

Niesamowite! I co?

— Nic. Poznaliśmy się, trochę rozmawialiśmy. To wszystko?

I co o nim sądzisz?

— Nic, zwykły człowiek.

Lepiej tego nie powtarzaj głośno. Miejscowe dewotki uważają naszego księdza za świętego, chodzący moralny autorytet.

Wiem o tym. To ciekawe, dlaczego ludzie najczęściej moralny autorytet tworzą z osób, które z prawdą i sprawiedliwością nie mają nic wspólnego.

To prawda. Stwarzamy mity, zamiast opierać się na prawdzie.

No tak, ale zawsze to wygodniej dla nas samych.

— Ciekawe.

Jutro będzie padać.

Dlaczego tak powiedziałeś?

Wreszcie się ochłodzi.

Nie bardzo rozumiem.

Jest duszno, a jutro się ochłodzi.

— Zależy ci na tym?

— Bardzo.

— Chciałabym, abyś poznał moją mamę. Może ją jakoś uleczysz?

Nie wiem, czy potrafię. Jestem tylko człowiekiem.

— Proszę.

To trudne zadanie, wierz mi.

— Jesteś moją ostatnia nadzieją.

Czy twoja mama chodzi do kościoła?

— Nie. Wysyła mnie i ojca. Sama całymi dniami siedzi w mieszkaniu, rzadko opuszcza jego mury.

Rozumiem. Hermetyczny mikroświat.

— Właśnie tak.

No cóż... może uda nam się jej jakoś pomóc.

Dzisiaj szef dał mi wolną sobotę. Jezus wstał rano. Jak zwykle przyszedł do kuchni na śniadanie. Był o dziwo bardzo poważny. Zjadł jak zwykle wszystko, grzecznie podziękował i poprosił mnie na rozmowę do swojego pokoju. Nieco zdziwiony i zaniepokojony udałem się do jego, jak zwykle idealnie wysprzątanego, siedliska:

Dzisiaj mam iść do mieszkania Oli porozmawiać z jej matką. Znasz ją? Co możesz o niej powiedzieć? Coś nowego, coś, co może mnie zainteresować?

Czy ja wiem? Normalna nie jest.

— Coś jeszcze?

Nic mi nie przychodzi do głowy. A ty po co się tam pchasz?

Ola prosiła mnie o pomoc. Obiecałem ją jej.

No tak. Jak ty jej nie pomożesz, to nikt tego nie zrobi.

— Skąd wiesz, że uda mi się coś zrobić?

Mam takie przeczucie. Kiedy pójdziemy po komórkę?

Nie wiem. Albo wiesz co, mam dla ciebie propozycję, kup dla mnie telefon. Tu masz pieniądze. Taki, jaki uważasz.

No coś ty?

Nie mam czasu. Dobrze?

Mam nadzieję, że będziesz zadowolony.

Z pewnością.

Kumpel daje mi pięć stuzłotowych banknotów, tak jakby mi darował łyk coli. Skąd on ma szmal? Nigdy się nie dowiedziałem:

Reszta dla ciebie.

Co ty, to kupa forsy.

To tylko papiery. Poważnie mówię, reszta dla ciebie. Jako prezent.

— Dziękuję.

Mam nadzieję, że coś zostanie.

Nie martw się.

Chowam pieniądze do portfela. Mam nadzieję, że kupię telefon, z którego Jezus będzie zadowolony. Nagle do pokoju wpada matka z przerażoną miną i wrzeszczy:

Nasz wielebny podczas kazania miał zawał. Pogotowie go zabrało, tragedia!

Nic nie będzie waszemu księdzu. Za tydzień będzie na plebani. To niegroźny stan przedzawałowy. Proszę się nie martwić.

— Skąd pan wie? Jest pan pewny?

Jeszcze dzisiaj odwiedzą księdza pierwsi parafianie.

— Bóg zapłać.

Matka szczęśliwa wybiega z pokoju. Patrzę na twarz Jezusa. Jest kompletnie spokojny, patrzy przez okno. W tym momencie zaczął padać deszcz. Wizyta matki nie zrobiła na nim żadnego wrażenia:

Martwi mnie stan proboszcza. Czuję się winny.

Daj spokój. Nic mu nie będzie.

Oby. Mam wyrzuty sumienia. W końcu byłem tam razem z tobą.

To moja sprawa. Uspokój swoje sumienie. Ktoś musiał otworzyć temu panu oczy. Od dzisiaj będzie lepszym człowiekiem.

Mam nadzieję.

— Jesteś małej wiary?

Nie rozumiem.

— Pytałem o twoja wiarę.

Wiem, ale nie potrafię ci odpowiedzieć.

— Kiedyś mi o tym opowiesz. Teraz idę do Oli.

— Powodzenia.

Martwię się. Jestem w domu sama z mamą, która jak zwykle w sobotę rano miała atak histerii sklepowej. To znaczy wygoniła mnie do sklepów odzieżowych po ciuchy, które później wszystkie oddała. Kiedy się uspokoiła, zaczęła męczyć ojca pytaniami, dlaczego on tak mało zarabia. Ten ubrał się i wściekły opuścił mieszkanie. Teraz mama popadła w stan melancholii. Włączyłam jej ogromny, nowoczesny telewizor. Leciał jakiś serial brazylijski o sławnych i bogatych. Mamuśka odleciała zupełnie. Siedzi tak wymalowana, pachnąca drogimi perfumami, obłożona jedzeniem w puszkach, ubrana w dresy i widzi siebie w innym świecie. Nigdy nie odsłania grubych kotar. Cały czas świecą się lampki. Kiedy wylądowała na tydzień w szpitalu, ojciec był szczęśliwym człowiekiem. Oboje wysprzątaliśmy całe mieszkanie, wypraliśmy wszystkie zasłony i firany. Było super. Po jej powrocie wrócił horror. Krzyki, piski i wrzaski, płacz i odgrażanie się samobójstwem. Wyrzuciliśmy masę śmieci, które uznaliśmy za nieprzydatne, ale dla mamy były bardzo wartościowe. Dzisiaj ma przyjść Jezus. Namawiam mamę, żeby odsłoniła zasłony, że przecież nie ma słońca, tylko deszcz. Odmawia. Pyta o mojego kolegę, czy jest sławny, bogaty. Kiedy słyszy, że raczej nie, jest na mnie wściekła. Boję się tej konfrontacji. Wreszcie słyszę pukanie do drzwi. Stoi w nich uśmiechnięty, przemoczony Jezus. Włosy związał w kucyk, a te które powychodziły fantastycznie się kręcą. Wygląda wręcz bosko przystojnie:

— Cześć. Nie przeszkadzam?

— Nie. Wchodź, cały jesteś przemoczony.

Nic nie szkodzi. To ciepły, letni deszcz. Samo zdrowie.

Chcesz zobaczyć mamę?

Tak. Im wcześniej, tym lepiej.

No to chodź.

— Aż tak źle?

—Sam zobaczysz.

Kolega po wejściu do pokoju grzecznie przywitał się z mamą, pocałował ją po obydwu dłoniach, zamienił kilka słów, rzucił parę komplementów, po czym nagle odsłonił szybko zasłony i wyłączył z sieci energetycznej telewizor. Jestem zszokowana, zrobił to wszystko błyskawicznie. Mama histerycznie wrzeszczy. Jezus każe mi wykręcić jej ręce. Stoję jak zahipnotyzowana. Jezus błyskawicznie siada obok mamy, wcześniej uchylił okno, położył swoje dłonie na głowie mamy i szeptał chyba jakieś modlitwy. Nagle odskoczył. Między zęby chorej włożył patyk, szybko związał jej ręce kablem od lampki i podbiegł do mnie:

— Ola, uważaj, teraz będzie najgorsze!

Co się stanie?

Uciekaj do kuchni!

— Dlaczego?

Nie ma czasu na pytania!

Zostałam wypchnięta z pokoju. Jezus wybiegł razem ze mną. Obserwowaliśmy pokój przez szparę w drzwiach. To, co zobaczyłam, było straszne. Jak na filmach. Ciałem mamy targały konwulsje, z ust ciekła piana, w pewnym momencie mama podskakiwała na podłodze jak ryba wyjęta z wody. Wreszcie po kwadransie opadła z sił. Jezus powiedział do mnie cicho:

To wszystko. Jest już zdrowa.

To... to było straszne...

Nie martw się. Chodź, musimy ją rozwiązać i wyjąć patyk z ust.

Co jej było?

Nie uwierzysz, ale była opętana przez złego ducha. To delikatna i wrażliwa kobieta.

Ale teraz jest już zdrowa?

— Oczywiście.

A zły duch?

— Odszedł i już nigdy nie wróci.

Obydwoje układamy mamę na łóżku. Jest cała spocona i zmęczona, ale oczy ma jakieś inne, weselsze, bardziej błyszczące. Odzyskuje przytomność, patrzy na nas mocno zdziwiona:

Kim jestem?

Mamo, to ja Ola, mamo poznajesz mnie?

Ale wyrosłaś, a ten pan?

To kolega, dobry człowiek.

—Co się ze mną stało?

— Straciłaś na moment przytomność... spadłaś z łóżka.

— Ojej! Muszę się wykąpać. Przepraszam was.

Obserwujemy uważnie mamę. Coś sobie cicho nuci w łazience. Cały czas stoję pod drzwiami. Jestem zszokowana, nie wiem, co robić. Nagle drzwi się otwierają i widzę moją prawdziwą mamę, tę z dzieciństwa. Jest inaczej ubrana, wymalowana, ma proste długie jasne włosy, jest ładną, szczupłą kobietą. Nie wiem, co robić. Rzucam się w jej ramiona, a z tyłu nieco dalej stoi uśmiechnięty Jezus. W pewnym momencie cichutko wychodzi, macha do mnie ręką na pożegnanie. Proszę, by został, ale on spokojnie mówi, że jego misja jest skończona i wychodzi.

 


 

*

 

 

Siedzimy wieczorem przed telewizorem — ja i Jezus, reszta rodziny pognała do krewnych na imieniny. Pijemy piwo. O dziwo, Jezus nie jest abstynentem. Lubi lekkie niemieckie browary. Ogląda nową komórkę. Jest zadowolony, wprowadził już kilka numerów. Ma zamiar zadzwonić do Oli i zrobić jej niespodziankę, gdy nagle do drzwi ktoś mocno zapukał. Nieco zdziwiony otwieram i nie wierzę własnym oczom. Stoi przede mną ojciec Olki, zadowolony jak nie wiem co:

— Gdzie on jest?

— Kto?

— Ten chłopak, co mieszka u was?

— W pokoju. Siedzi w fotelu. Stało się coś?

— Tak. Uzdrowił moją żonę! To cud!

Zrozumiałem wtedy, że coś jest nie tak. Za dużo tych przypadków. Ale na fali radości szybko o tych spostrzeżeniach zapomniałem. Przecież radość zabija inne myśli:

— Jak to uzdrowił?

— Nie wiem. Wróciłem ze spaceru do mieszkania, a ona jest normalna!

— To znaczy?

— Sam zobaczysz! Muszę mu podziękować.

—To proszę wejść i to zrobić.

Starszy człowiek wbiegł do pokoju lekko jak nastolatek i klęknął przed Jezusem, który zdziwiony spokojnie kończył pić browara. Spokojnie powiedział:

— Niech pan wstanie.

— Kim ty jesteś?

— Filozofem duszy.

— Dziękuję ci! Jak mam się odwdzięczyć?

— Proszę nie mówić o tym nikomu.

— Ale przecież ludzie poznają.

— Nie szkodzi. Proszę milczeć, jak zaklęty.

— Nie rozumiem...

— Nikt już nie wierzy w cuda. Pana żona się obudziła. To był długi sen, proszę pamiętać o tym.

— Nic z tego nie rozumiem. Przyjmij przynajmniej zaproszenie na kolację dzisiaj.

— Chętnie, dziękuję. Teraz proszę iść do domu i cieszyć się zdrowiem swojej rodziny.

— Jeszcze raz dziękuję.

— Tylko chorzy potrzebują lekarza, a nie zdrowi.

— Dzisiaj o siódmej.

— Dobrze, będę o siódmej.

Jezus wrócił z tej imprezy wyraźnie zmęczony. Dochodziła jedenasta w nocy. Usiadł na dywaniku w przedpokoju i patrzył w górę. Usiadłem naprzeciwko niego i zaczęła się jedna z bardziej fascynujących dyskusji:

— Jak było?

— Ciężko, ale ostatecznie radośnie.

—Jesteś zmęczony?

— Tak, nawet bardzo. Widzisz... takie uzdrawianie duszy bywa męczące.

— Dlaczego to zrobiłeś?

— Poproszono mnie. Zresztą... jestem lekarzem duszy. To mój obowiązek.

— Powinieneś nauczać ludzi, jak żyć, aby nie chorowali.

Po tych słowach Jezus spojrzał na mnie uważnie. Uśmiechnął się smutno i pokiwał przeczącą głową:

— Nie w dzisiejszych czasach.

— A to dlaczego?

— Postęp, komercja, media... Spójrz, każdy uczy człowieka jak ma żyć... jak ma być laikiem, ukierunkowanym na komercję... jak ma słuchać bezwartościowej muzyki, oglądać sztukę, której nikt nie rozumie, czytać książki wywracające rodzinę do góry nogami. Ocknij się! Gdzie ty tutaj widzisz miejsce na miłość w rodzinie? Jeśli rodzina jest niedobra, mają się łączyć osoby tej samej płci, adoptować dzieci i tworzyć harmonię... i to niby jest dobre? Dokąd zmierza ludzkość?

— Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

— Donikąd. To ślepy tor. Zniszczmy autorytety, zniszczmy klasykę, wzór rodziny. Aż przyjdzie dzień, kiedy powiemy, że tamto nie było takie złe. Ale wówczas będzie już zbyt późno.

— To co robić?

— Nie wiem.

— Ty musisz wiedzieć.

— Niekoniecznie. Szkoda mi tych biednych zagubionych ludzi, ofiar jednego systemu, teraz drugiego, niewolników telewizji, pieniądza i systemu niezrozumiałych wartości, płytkości, dziadostwa i kolorów.

— Dlaczego nie uratujesz tego świata?

—Jest już zbyt późno.

— Więc po co to wszystko?

— Sam nie wiem.

— Kiedy ty naprawdę uzdrawiasz ludzi. Stwórz religię, która zniszczy wszystkie przeszkody.

— To nie ma sensu. Człowiek nie jest doskonały, religia szybko zamienia się w system nakazów i zakazów. Potem pojawia się pieniądz i władza nad innymi. Szybko następuje choroba i degradacja. Po co to wszystko?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.