Jestem w Niebie - Krzysztof Cyraski - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 255 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jestem w Niebie - Krzysztof Cyraski

Jestem w Niebie jest moim dość późnym debiutem literackim. Jest to powieść z pogranicza wielu gatunków: fantastyki, kryminału, powieści psychologiczno-obyczajowej i romansu. Fikcja fantasy miesza się tu ze światem rzeczywistym.

Fabuła książki rozgrywa się w bliżej nieokreślonym fikcyjnym mieście, gdzieś w Europie Środkowej. Główny bohater Jan Burk to dobrze zapowiadający się artysta malarz. Niczym specjalnie się nie wyróżnia do czasu, kiedy zostaje postrzelony, a jego dusza zaczyna prowadzić własne śledztwo z Nieba równolegle ze śledztwem policji, którą reprezentuje dwójka detektywów. Efektem tego będzie rozwikłanie zagadki, dlaczego Jan stał się celem zamachu i kto za tym stał. Ale czy tylko to? Do czego doprowadzi rodzące się uczucie pomiędzy Janem i Moniką, pomimo dzielących ich światów?                                
Tłem dla rozgrywającej się fikcyjnej akcji są jak najbardziej realne i rzeczywiste problemy, z którymi boryka się współczesne pokolenie. Przestępczość zorganizowana odpowiedzialna za narkotyki, handel kobietami, niewolniczą prostytucję i to co chyba najbardziej przerażające – rozwijający się w ostatnich latach w zastraszającym tempie czarny rynek handlu organami do przeszczepów połączony z zabójstwami dawców. Pomimo poruszania spraw tak ważnych i trudnych książka z założenia nie koncentruje się na nich, a są one jedynie pretekstem dla rozwoju wypadków w prowadzonej intrydze.
Główny wątek powieści został potraktowany z przymrużeniem oka, a książka napisana w dość lekkiej konwencji, co mam nadzieję przełoży się na jej łatwy i relaksujący odbiór.

Opinie o ebooku Jestem w Niebie - Krzysztof Cyraski

Fragment ebooka Jestem w Niebie - Krzysztof Cyraski




Rozdział I

Zamach


Bz, bz, bz, bz – ostry dźwięk budzika zerwał mnie na równe nogi.

Wiedziałem, że po zakrapianym wieczorze mogę zaspać, dlatego wyczulony byłem na sygnał pobudki. Zawsze tak było jak poprzedniego dnia pozwoliłem sobie na chwilę zapomnienia. Nie zdarzało się to często, ale raz na dwa, trzy miesiące przyjaciele przypominali o swoim istnieniu i wszyscy spotykaliśmy się w którymś z pubów. Cóż zrobić, nie można się wyłamywać. Scenariusz podobny był za każdym razem. Ktoś niespodziewanie, całkowicie spontanicznie dawał sygnał do spotkania przy piwie, kończyliśmy przeważnie po kilku drinkach. Osoby, które spoza naszej paczki nieraz uczestniczyły w tych spotkaniach uważały, że jest to, zdaniem jednych dziwna, a zdaniem innych, urocza tradycja.

Faktycznie było to trochę dziwne, tym bardziej, że oprócz tych całkowicie nieplanowanych spotkań, odbywały się również i te z góry zapowiedziane. Zasada była taka, wcześniej zaplanowane przyjęcia odbywały się w soboty, przeważnie w domach lub na działkach, a nieplanowane w każdym możliwym dniu tygodnia, oprócz sobót i niedziel, w jednej z naszych ulubionych knajpek.

Wyjaśniłem już zależność między prowadzonym przeze mnie stylem życia, a trudami dzisiejszego poranka, w związku z czym czas na codzienne poranne czynności i wyjazd do pracy.

A właśnie wyjazd, czy...? – Tu sięgnąłem do szuflady z jednorazowymi alkotesterami.

Wydech i... przepustka do garażu została zabrana.

Cholera – mruknąłem pod nosem. – Kiedyś po takiej ilości nic nie wykazywało, chyba się starzeję. A może to nie wiek? Ile ja właściwie wczoraj wypiłem? – Ktoś zapewne to wiedział, ale nie ja.

Powrót do domu też pamiętałem mniej więcej z większym naciskiem na to pierwsze.

Po porannej toalecie i śniadaniu składającym się z kefiru i jeszcze jednego kefiru, zamówiłem taksówkę i wyszedłem z mieszkania. Po kilkunastu minutach oczekiwania postanowiłem zrezygnować ze spóźniającego się środka transportu i iść do pracy pieszo, co nieraz czyniłem z przyjemności, a nie konieczności. Postanowiłem i tym razem przespacerować się korzystając z ostatnich tak stosunkowo ciepłych i pogodnych dni przed zbliżającą się zimą. Wolny zawód artysty malarza nie obligował mnie do bezwzględnie punktualnego stawiennictwa w galerii, którą prowadziłem. Obsługa i tak na czas umożliwiała wejście, a uzgodnienia warunków sprzedaży i ewentualne transakcje, co było już wyłącznie moją domeną, nie były prowadzone zaraz po otwarciu galerii. Tak więc nie miałem powodu spieszyć się za wszelką cenę i mogłem sobie pozwolić na niewielkie spóźnienie.

W drodze wracały wspomnienia minionego wieczoru. Jak zwykle było fajnie, ale też jak zwykle, początkowo wygłaszane artystyczne tyrady stopniowo, z każdą kolejką, przeradzały się w coraz bardziej niewybredne komentarze. Nic nowego. Miałem nadzieję, że nie powiedziałem czegoś głupiego Beacie, którą wczoraj podrywałem. Problem w tym, że nie miałem pewności czy wszystko pamiętam. Wydaje mi się, że było OK, ale już raz przeliczyłem się w swoich kalkulacjach. Kiedyś też byłem święcie przekonany o swoim właściwym zachowaniu, do czasu jak dowiedziałem się, że tańcząc z dopiero co poznaną... – Właśnie jak ona miała na imię? – ... Kingą – niesmacznie się do niej kleiłem.

A jak było wczoraj? – zadałem sobie pytanie. – Nie, nie tańczyliśmy, musiało być dobrze.

Po chwili wątpliwości jednak wróciły.

A jak nie było?

Pocieszałem się, że lekki moralniak wynikający z dziurawej pamięci, którego jeszcze dzisiaj doświadczałem, jutro już nie będzie odczuwalny.

Wiem, bo przechodziłem to wielokrotnie i pewnie wczorajsza impreza nie będzie ostatnią w moim życiu. Jestem jeszcze przed czterdziestką, w związku z czym perspektywa dalszego bujnego życia towarzyskiego była nader prawdopodobna.

Wcześniej, pewnego rodzaju ogranicznikiem była Laura, ale od dwóch lat kiedy przestaliśmy być razem, jedynym hamulcem stał się zdrowy rozsądek, którego chroniczny deficyt odczuwam po alkoholu. Jestem trochę jak bohater Stevensona. Na co dzień Dr Jekyll, a na imprezach Mr Hyde. Ale tylko trochę zaznaczam, a może jeszcze mniej.

Atak jakiegoś fruwającego drobiu o mało co nie zakończył się przyozdobieniem mojej głowy odchodami tego czegoś. Uderzenie o chodnik wywołało rozrzut zawartości we wszystkich kierunkach, częściowo również na moje buty. Przynajmniej z grubsza pozbyłem się problemu za pomocą chusteczek i ruszyłem w dalszą drogę.

Dzisiaj miałem potwierdzić przyjęcie zaproszenia na wyjazd sylwestrowy w góry, organizowany przez przyjaciół. Z jednej strony byłem już tam tyle razy, że nie stanowiło to specjalnej atrakcji, ale z drugiej chodziło przecież o spotkanie w środowisku, w którym czułem się najlepiej, co samo w sobie było przyjemnością i stanowiło arenę ciekawych przeżyć i dyskusji. I to był główny argument do wyjazdu. Zawsze było fajnie, przyjeżdżały również osoby z poza naszej paczki, a co za tym idzie, można było poznać jakieś interesujące dziewczęta, z którymi u mnie ostatnio krucho. Nie jestem już młodzieńcem i zapewne ten trend dotyczący kłopotów ze znajomością płci odmiennej nie zmieni się na korzyść, dlatego zdecydowałem, że skorzystam z zaproszenia.

Wspomnienia cofnęły mnie do ostatniego pobytu w górach.

Ile to czasu minęło? – zastanawiałem się. – Dwa lata i dwa miesiące. Szybko ten czas leci.

Ostatni raz byłem w górskiej bacówce Marka jeszcze z Laurą. Byliśmy wtedy parą od półtora roku i wszyscy byli przekonani, że niechybnie skończymy przed ołtarzem. Zresztą, sam miałem podobny pogląd, choć jak teraz sobie przypominam swoje spostrzeżenia i przemyślenia, właśnie podczas ostatniego pobytu w górach ogarnął mnie pewien niepokój dotyczący wiązania się z Laurą na stałe. Dotychczasowa harmonia naszego związku została zakłócona. Nigdy wcześniej Laura nie okazywała w tak widoczny sposób swojego przywiązania do luksusu i wartości materialnych. Jej stałe narzekanie i fochy na warunki pobytu, ale także nadmierne zainteresowanie pewnym mocno nadzianym osobnikiem, który zawitał do bacówki jako osoba towarzysząca kuzynce Marka, Marcie, irytowało mnie i zmusiło do przemyśleń nt. naszego dalszego związku. Nigdy wcześniej nie zdarzało jej się takie zachowanie, nigdy tak dobitnie nie manifestowała odmienności stylu bycia i upodobań. Wręcz odwrotnie, wydawało mi się, że mamy podobne zainteresowania i w podobny sposób lubimy spędzać wolne chwile.

Dobre określenie, wydawało mi się – pomyślałem.

Na każdym kroku zaznaczała swoją odmienność. Kiedy z całą paczka wybieraliśmy się na wycieczkę w góry, Laura opalała się na basenie pobliskiego hotelu, kiedy do późnej nocy wszyscy bawili się przy ognisku, Laura na siłę organizowała mi atrakcje w położonym kilkaset metrów od naszej bacówki miasteczku, tak jakby chciała mnie oddzielić od przyjaciół. To co nas bawiło, np. jak Paweł beztrosko wszedł na szczyt w klapkach kąpielowych czym wszystkich rozbawił, ona uznała za pożałowania godną oznakę głupoty. Coraz częściej nadawaliśmy wtedy na odmiennych falach. Pamiętam, że nawet kilkukrotnie pokłóciliśmy się o to. Niedługo po powrocie z gór nie wytrzymałem i wypomniałem jej beznadziejne zachowanie. Na nic więcej nie było mnie stać, kochałem ją i nie chciałem się z nią rozstać. Laura była silniejsza i to ona zakończyła nasz związek. Mówię, że była silniejsza, ale tak naprawdę chyba była bardziej zakochana w sobie niż we mnie. Dotknęło mnie to dość głęboko, ale wszystko na co mogłem się zdobyć, to udawanie, że jest inaczej. Laura w końcu została żoną, niestety nie moją, a pewnego biznesmena z branży budowlanej. Po pewnym czasie, choć nie powiem że krótkim, zacząłem ponownie uchodzić za wesołego, beztroskiego młodzieńca w średnim wieku, poszukującego wybranki serca.

– Może coś ciekawego się wydarzy? – bąknąłem do siebie, mając na myśli ewentualną możliwość poznania jakiś dziewcząt, choć w moim wieku należałoby pewnie powiedzieć pań.

Coraz bardziej zaczynałem cieszyć się z możliwości wyjazdu. Ostatnio nie miałem zbyt dużo wolnego czasu. W okresie wakacji tylko jeden weekend poświęciłem na wypoczynek nad morzem, dlatego tydzień urlopu w górach był dobrym pomysłem.

– Jeżeli jadę, to muszę kupić buty do chodzenia po górach – starałem się zaplanować konieczny zakup w porze lunchu. – Czy coś jeszcze? Chyba wszystko – odpowiedziałem sam sobie.

Z zamyślenia wyrwał mnie coraz bardziej donośny dźwięk syreny jakiegoś zbliżającego się samochodu ratunkowego. Minąłem siedzibę Deutsche Banku, potem, po krótkim oczekiwaniu na zmianę świateł przekroczyłem skrzyżowanie i skręciłem w kierunku salonu Toyoty, obok którego wiodła moja droga do pracy. Nagle poczułem, że się przewracam. Dopiero po chwili dopadł mnie przeszywający ból w okolicach barku i klatki piersiowej. Leżałem na chodniku i patrzyłem na błękit nieba postrzępiony nielicznymi jasnymi chmurami oraz ludzi pochylających się nade mną.

Co się dzieje? – pomyślałem. – Zawał? Przecież to niemożliwe, aby przyczyną była wczorajsza impreza – starałem się przekonać sam siebie.

Ból nie trwał długo. Czułem, że coraz bardziej brakuje mi powietrza. Najpierw ogarnęła mnie fala gorąca, ale zaraz potem odczułem przeraźliwy chłód. Powoli to co widziałem stawało się mniej wyraźne, a głosy ludzi zgromadzonych wokół mnie coraz cichsze. Traciłem przytomność. Przez chwilę miałem wrażenie, że widzę w oddali intensywne światło, o którym wspominali ludzie po śmierci klinicznej, ale trwało to tylko chwilę, a potem zaległa kompletna cisza i ciemność.

Trwałem tak, nie wiem ile czasu, aż w końcu świadomość zaczęła powracać. Początkowo nie miałem pojęcia gdzie jestem, ale po chwili zacząłem podejrzewać, że może być to Niebo. Brzmi absurdalnie. Wiem, ale to co zobaczyłem nieodparcie przywoływało na myśl takie skojarzenie. Nie mogłem w to uwierzyć, dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie co się dzieje. Mówię po pewnym czasie, bo nie wiem ile minut czy godzin minęło. Mam wrażenie, że czas biegł tam jakoś inaczej, inaczej niż na ziemi. W każdym razie minęło go na tyle dużo, że zdążyłem ochłonąć z szoku. Nie powiem by moje powitanie w tym miejscu miało szczególną i sympatyczną oprawę. To, że byłem kompletnie zaskoczony i przerażony nie powinno nikogo dziwić, tym bardziej witającego mnie anioła. Tak mi się wydawało. Nic bardziej mylnego. Anioł był nie mniej zaskoczony ode mnie.

Co ty tu do cho...roby robisz?

Nie wiedziałem, dlatego tylko bąknąłem nieśmiało.

– Dzień dobry.

Anioł wyraźnie nie był zadowolony.

Co się mogło stać? – zapytał głośno raczej siebie.

Nie wiedziałem, co się mogło stać.

Pewnie nie żyję – pomyślałem.

Moja wizyta nie była chyba mile widziana. Czułem, że to co za chwilę powiem, zwarzywszy na okoliczności, nie będzie miało większego sensu, ale jednocześnie chciałem upewnić się, że moje podejrzenia są słuszne, a to o co zapytam nie będzie możliwe do realizacji.

To może ja już sobie pójdę?

Anioła rozbawiła moja propozycja.

Zaczekaj na autobus, bo na piechotę nie dasz rady – rzucił uśmiechając się szczerze.

Byłem tak zaskoczony całą sytuacją, że przez chwilę to co powiedział anioł, potraktowałem serio.

A o której najbliższy?

– Zależy, na którą dostaniesz bilet.

Gdzie jest kasa? – zapytałem bez sensu.

Nie oczekiwałem już wskazania kierunku, zorientowałem się, że anioł żartuje ze mnie.

Jeszcze trochę zejdzie zanim się do niej dostaniesz. A w ogóle dotarło do ciebie gdzie jesteś? – kontynuował gospodarz.

Czy to jest... – przeciągałem, bojąc się nie tyle samego potwierdzenia moich podejrzeń, ale bardziej ośmieszenia, jeżeli okazałoby się, że moje spostrzeżenia są błędne. – Czy to jest Niebo?

Tak kolego, to jest Niebo – głos anioła był ciepły, ale zarazem stanowczy. – Ciebie tu nie powinno być, przynajmniej na razie – dodał.

To czemu się tu znalazłem?

I tu jest problem – anioła wyraźnie to męczyło. – Póki co nikt tego nie wie, ... póki co.

Czy to znaczy, że ja nie żyję?

Tak to można ująć – skwitował anioł, po czym dorzucił. – Co prawda na ziemi twoje ciało jeszcze żyje.

Jak to? – dopytywałem. – To, co, ja jeszcze raz umrę?

Tak będzie, ale dla ciebie nie będzie miało to już większego znaczenia – dowcipkował anioł.

Nagle zagrzmiał potężny głos dochodzący nie wiadomo skąd.

Jeremiaszu, zajmij się naszym przyjacielem.

Anioł jak się okazało o imieniu Jeremiasz nagle znieruchomiał, po czym skinął lekko głową i wyrzekł

– Tak, Panie.

Zaległa chwilowa cisza, po czym Jeremiasz zwrócił się w moim kierunku.

– Podejdź do mnie, proszę.

Po kilku krokach byłem obok niego. Półkolistym ruchem ręki roztoczył przede mną coś na kształt niewidzialnego ekranu, na którym jedną z występujących postaci byłem ja. Osób było naprawdę dużo, słychać było krzyki i syrenę pogotowia, a może straży pożarnej.

– Podejdź bliżej.

Podszedłem, a w zasadzie wszedłem z aniołem w rozgrywające się wydarzenia. Obraz był znany. Przecież ja tu byłem niedawno, co ja mówię niedawno. Przed tym jak zawitałem do Nieba. Napięcie rosło, a mój przewodnik ponaglał.

– Chodź!

Zbliżyłem się. Przechodziliśmy obok pochylonych nad czym lub nad kimś ludzi. Pochyliłem się i ja. Zmroziło mi krew, tak to odczułem. Na chodniku leżałem ja, a parę metrów ode mnie na jezdni leżał jakiś mężczyzna.

– Boże, co się dzieje? – Czułem jak miękną mi nogi, a pot zalewa skronie. – Co się stało? Ja nie żyję!

– Spokojnie. – Anioł położył mi rękę na czole i wyraźnie odczułem ukojenie.

Uspokoiłem się. To co widziałem zacząłem odbierać z pewnym dystansem, tak jakbym nie leżał tam ja, a zupełnie ktoś inny. Wokół ciał rozlane były duże plamy krwi. Jedna z osób udzielających pomocy zakrwawionymi rękoma na przemian masowała i uderzała w moje piersi. Kobieta co chwilę ściskała mały balonik przystawiony do ust.

Nic z tego nie będzie – odezwał się mężczyzna klęczący nad moim ciałem. – Od pięciu minut nie czuję już pulsu ani oddechu.

Jeszcze nie przerywajmy – przekonywała druga z reanimujących mnie osób. – Pogotowie już słychać, zaraz tu będą.

Faktycznie, nie minęły dwie minuty jak kilka postaci w czerwonych uniformach energicznymi ruchami utorowało sobie drogę do dwóch leżących mężczyzn. Badanie pulsu, oddechu, kontrola źrenic, wszystko trwało nie dłużej jak minutę.

Jest puls i oddech – rzucił jeden z ratowników pokazując na leżącego na jezdni mężczyznę. – Pogruchotany, ale powinien przeżyć.

Gorzej z tym postrzelonym – drugi z ratowników wskazał na mnie. – Zatrzymanie akcji serca, brak oddechu, ale temperatura prawie w normie, spadła nieznacznie.

– Reanimujemy! – krzyknął badający mnie mężczyzna.

Znalazłem się w karetce. Wyładowania defibrylatora kilkukrotnie unosiły moje ciało na łóżku karetki, a ja stałem oniemiały i byłem świadkiem własnej agonii. Głos jednego z ratowników tchnął we mnie nadzieję.

Jest migotanie. Trzeba go ustabilizować.

Dobra. To podczas jazdy, teraz się stąd zabierajmy. Jedziemy do szpitala Św. Anny – rzucił do ratowników z drugiej karetki, którzy przenosili potrąconego przez samochód mężczyznę.

Jedziemy do szpitala? – Czułem, że powinienem zapytać ratowników czy mogę z nimi jechać.

Nie musisz, przecież oni nas nie widzą – na twarzy Jeremiasza pojawił się uśmiech.

Próba stabilizacji funkcji życiowych trwała nieprzerwanie przez całą drogę do szpitala.

Byłem sztucznie podtrzymywany przy życiu, a raczej na jego krawędzi. Po przywiezieniu na oddział ratunkowy szpitala Św. Anny wszystko przebiegało w iście sprinterskim tempie.

Diagnostyka i zaraz potem stół operacyjny. Znaczny ubytek krwi i rany po dwóch kulach, które przeszły na wylot przez prawe płuco i bark. Wydarzenia przebiegały szybko, a ja wciąż nie wiedziałem co się stało.

Jeremiaszu powiedz co się ze mną stało, kim był ten drugi, potrącony przez samochód mężczyzna? – Pytania cisnęły się na usta.

Zaraz się wszystkiego dowiesz. – Anioł skierował spojrzenie w stronę nadchodzących mężczyzn.

Mężczyźni okazali się policjantami. Wypytywali lekarza, który operował o stan mojego zdrowia i o to kiedy będę zdolny do złożenia zeznań.

Rany płuca i barku nie zagrażają już życiu, ale czy funkcje mózgu uda się przywrócić, tego nie mogę na tym etapie powiedzieć. Na razie podtrzymujemy pacjenta przy życiu dzięki aparaturze, a mózg niestety wykazuje cechy trwałego uszkodzenia – diagnoza nie była pomyślna.

Kolejne ekipy, prokurator, policja drogowa, powtarzające się pytania i odpowiedzi. A ja uczestniczyłem w tym wszystkim tak jakbym oglądał film ze swoim udziałem, a nie prawdziwe wydarzenia. Byłem jednak spokojny. Obecność anioła była ukojeniem.

Ruch ręki Jeremiasza przeniósł nas z powrotem do niebiańskiej sali, w której znajdowałem się wcześniej.

Jak do tego doszło?

Pytasz, jak do tego doszło? – powtórzył anioł. – Sam się nad tym zastanawiam, jak do tego doszło. Ciebie tu jeszcze nie powinno być przez długie lata. Ale skoro zdecydowałeś się wpaść do nas wcześniej, to znajdzie się miejsce dla nieproszonego gościa.

Jeremiasz nie był pewny, czy nie otrzyma kolejnej reprymendy za swoje żartobliwe wypowiedzi. Tym razem nie został upomniany, dlatego po chwili kontynuował.

Powiem ci to, co wiem, ale niestety więcej w tym wszystkim pytań niż odpowiedzi.

Ponownie otworzyła się przestrzeń, w której przemykały żywe obrazy. Miejsce było to samo co przedtem, przejście na skrzyżowaniu Lincolna i Chopina. Ten sam widoczny po drugiej stronie skrzyżowania budynek Toyoty. Tłum ludzi przemieszczający się z jednej na drugą stronę ulicy, ale niczego szczególnego.

Wchodzimy na ulicę, którą od ponad dziesięciu lat chodziłem do pracy.

Jak co dzień z Lincolna będę musiał przejść w kierunku Chopina – pomyślałem.

Przechodzimy. Na drugiej stronie jezdni słyszę krzyki przechodniów, a po chwili pisk opon i huk uderzenia hamującego samochodu. Chyba wiem, co się stało. Podbiegam. Widzę siebie leżącego na chodniku. Przestrzelony materiał marynarki tli się jeszcze na obrzeżach miejsca wlotu jednej z kul, a spod ciała rozlewa się krew tworząc szybko powiększającą się na chodniku plamę. Na jezdni stoi opel z wgniecioną maską, a przed nim w odległości kilku metrów leży ciało drugiego mężczyzny. Obok niego leży pistolet z cylindryczną lufą tłumika.

Krzyki, zamieszanie, pomoc ratowników, w końcu policja zabezpieczająca miejsce zdarzenia.

Nadal nie rozumiem, dlaczego ten człowiek strzelał do mnie? – zadałem sobie pytanie. – Na pewno go nie znałem. O co w tym wszystkim chodzi, dlaczego anioł Jeremiasz twierdzi, że jeszcze nie powinienem być w Niebie? Na czym polega pomyłka, czy ten człowiek pomylił mnie z kimś innym?

Jeremiasz widział moje zdumienie. Wiedział, że chcę zadać pytania, na które on powinien znać odpowiedź, a też jej nie znał.

Janie – zwrócił się do mnie – widziałeś przebieg zdarzeń z pozycji przypadkowego obserwatora. – Teraz przeżyjesz to jeszcze raz jako bezpośredni uczestnik zdarzenia.

– Ale… – próbowałem coś powiedzieć.

Nie martw się – uspokajał Jeremiasz. – Nie będzie bolało, nie będziesz się bał i denerwował. To już moje zmartwienie. Aha i jeszcze jedno. Będziesz miał kontrolę nad upływającym czasem. Jeżeli zechcesz, żeby czas się zatrzymał lub cofnął, wystarczy o tym pomyśleć.

Drugi raz przeżywałem to, co już raz miało miejsce dzisiejszego dnia.

Skrzyżowanie. Zielone światło. Lekko trącani mijający przechodnie. Zbliżam się do drugiej strony ulicy. Napięcie rośnie, ale tak jak mówił anioł, mam pewien dystans do mających się rozegrać za chwilę wypadków. Jestem już na chodniku. Próbuję wyłuskać z tłumu napastnika, który będzie do mnie strzelał. Kroki, jeden, dwa, trzy, czte... Lecę do przodu słysząc dwa ciche, krótkie wystrzały. Upadam.

Czy się potknąłem, czy też jest to reakcja organizmu na to co usłyszałem? – W tym momencie nie potrafię znaleźć odpowiedzi na postawione przez siebie pytanie.

Bólu nie czuję, ale obraz przemieszcza się w stronę granitowych płyt chodnika, a po chwili w zasięgu wzroku są już tylko pierzaste chmurki na błękicie nieba i pochylające się twarze przechodniów. Leżę. Z oddali dobiega pisk opon samochodu, ale już nie tak wyraźnie jak poprzednio. Obraz zaczyna się rozpływać, a głosy oddalają się.

Ciemność. Zapamiętałem powiedzenie z jakiejś komedii „… ciemność, widzę ciemność”.

Moja ciemność nie była tak wesoła i nie bawiła mnie w tym momencie.

Czy coś zauważyłem? – Przez chwilę zastanawiam się. – Nic. Trzeba się więc cofnąć.

Idę tym samym przejściem. Zaczynam poznawać twarze mijających mnie przechodniów.

Jestem już w tym samym miejscu. Cichy i krótki odgłos wystrzału.

Stop – pomyślałem.

Otoczenie zamiera jak po naciśnięciu stop klatki w DVD. Ludzie stają, zgiełk ulicy milknie.

– Żebym mógł się przyjrzeć z boku całej sytuacji – myśl przebiega równie gwałtownie jak reakcja na nią.

Wychodzę ze swojego ziemskiego ciała i zaczynam poruszać się pomiędzy znieruchomiałym tłumem. Wrażenie jest niesamowite. Można tak dopasować czas, aby móc dokładnie obejrzeć każdą sekwencję zachodzących wydarzeń.

Rozglądam się i po chwili widzę sprawcę. Dzieli nas zaledwie kilka metrów.

Z kieszeni kurtki mężczyzny wystaje tłumik pistoletu wskazujący dopiero co wystrzeloną kulę, która zawisła w powietrzu. Szeroko uchylone usta mężczyzny idącego obok zabójcy zdradzają jego krzyk przerażenia.

Widzę swojego prześladowcę dokładnie.

Dlaczego chce mnie zabić? Przecież go nie znam.

Pomyślałem – play – i akcja rusza w normalnym tempie.

Ja upadam, a mój prześladowca spłoszony okrzykami zaczyna uciekać. Po chwili leży na jezdni potrącony przez samochód. Pogotowie, policja, dużo zamieszania. Ja nadal, tak jak wcześniej, nie wiem, po co ktoś chciał mnie zabić.

Czy wiesz, dlaczego ten człowiek do ciebie strzelał? – zapytał Jeremiasz.

Nie mama pojęcia – odparłem. – Nie znam go.

– Może to szaleniec, który miał żal do wszystkich i wybrał ciebie przypadkowo?

– Może.

Powtórne uczestniczenie w wydarzeniach nie pomogło mi w wyjaśnieniu sprawy.

Co teraz? – zapytałem.

– Będziesz czekał na wejście do Raju, tak jak wszyscy, których dusze są już u nas, a ciała jeszcze pozostają przy życiu na ziemi – wyjaśnił anioł.

– Przecież, jeżeli stan zdrowia mojego ciała na ziemi się poprawi, to moja dusza wróci do niego.

Niestety, nie, Janie. Ty już w zasadzie umarłeś. Żyje tylko twoja ziemska powłoka i to tylko dzięki sztucznemu podtrzymywaniu jej funkcji życiowych. Sam organizm już by nie żył. Mózg nie funkcjonuje, dlatego dusza uleciała do Nieba, a samo ciało nie jest i nie będzie zdolne do samodzielnego życia. Musisz się z tym pogodzić, Janie. Jednak dopóki twoje ciało będzie nawet sztucznie podtrzymywane przy życiu nie możesz przekroczyć bram Raju – ciągnął Jeremiasz. – Będzie to możliwe dopiero po twojej całkowitej śmierci, czyli również śmierci ciała. Wtedy zostanie zerwana wszelka więź z ziemskim wymiarem twojego istnienia. Nowe ciało, w które przyoblecze cię Pan, da ci wymiar nieśmiertelny i nieskończony.

Co to znaczy? – zapytałem.

To znaczy, że nie będziesz ograniczony ziemskimi prawami natury, będziesz mógł robić to, co na ziemi nie jest możliwe.

To gdzie teraz będę, co będę robił?

– Chodź, Janie, zaprowadzę cię do twojego nowego domu.

Wyszliśmy z sali do ogromnego ogrodu z niespotykanymi w tej części świata, drzewami i palmami. Alejki wiły się pośród sadzawek, strumyków i licznych kaskad, po części których woda nie spadała na dół, tylko wbrew prawom fizyki płynęła do góry. Hotele, a raczej należałoby powiedzieć pensjonaty, miały niewiarygodnie fantastyczne kształty z piętrowo wiszącymi tarasami, na których pośród egzotycznych roślin wypoczywali ludzie oczekujący wejścia do Raju.

– No, nieźle – zauważyłem. – Jeżeli to jest poczekalnia to jak wygląda sam Raj?

Zobaczysz, pewnie już niedługo. Na razie musisz się tu urządzić. – Anioł wskazał jeden z budynków.

Niczego podobnego na ziemi nie widziałem – wpadłem w zachwyt – ale jak to jest zrobione, przecież to nie ma prawa się...

– Przykładasz do tego, co widzisz, ziemską miarę – przerwał Jeremiasz. – Tu nie obowiązują ziemskie prawa fizyki. Przyzwyczaisz się do tego.

A co będę tutaj robił?

To, co będziesz chciał – uśmiechnął się Jeremiasz. – To, co cię interesuje, to, co zawsze chciałeś zrobić na ziemi, ale zawsze brakowało ci czasu, samodyscypliny lub były ważniejsze sprawy. Będziesz też pielęgnował miłość do swoich bliskich i modlił się za nich. Oczywiście swoimi słowami albo tylko myślami. Jak będziesz miał ochotę, możesz zajrzeć do naszego kościoła, takiego jak na ziemi. Jest naprawdę wspaniały. Jest tam – tu wskazał na oddaloną o ładnych parę kilometrów ogromną świątynię. – Są i świątynie innych wyznań. Tak naprawdę wszędzie oddaje się część Panu Najwyższemu, tylko w różny sposób.

Daleko – zauważyłem wskazując na kościół.

– Jeśli tylko zechcesz będziesz tam natychmiast – śmiał się mój opiekun. – Będziesz mógł zgłębiać wiedzę, uprawiać sztukę, rozwijać intelekt i wszystko po to, aby pełniej zapamiętać pobyt na ziemi przed nowymi wyzwaniami, które czekają wszystkich wchodzących do Raju.

A czy będę mógł odwiedzać ziemię?

Jest to możliwe, w przeciwieństwie do już przebywających w Raju. Stamtąd tego zrobić nie można.

Ale póki co jestem w poczekalni – wypaliłem. – I chciałbym przynajmniej dowiedzieć się, dlaczego ten człowiek mnie zabił.

I co ci to da? Tak bardzo żałujesz tego życia na ziemi? – Anioła bawiło moje przyzwyczajenie do ziemskiego życia.

To też jest nauka zrozumienia mrocznej natury człowieka, czyli tego, co mnie spotkało na ziemi.

Nie przyda ci się to, Janie. Dobrzy ludzie przechodzą do Raju, a ich złe wspomnienia, cierpienia i popełnione na nich zbrodnie zostają wyparte z ich pamięci na rzecz innych wspaniałych rzeczy i wartości, które będą tworzyli dla dobra świata, tego świata w innym, nieznanym ci wymiarze.

Po chwili dodał.

Teraz chodź, pokażę ci twoje mieszkanie, abyś mógł się poczuć tak jak na ziemi. Acha, gdzie wolisz, na dolnych czy na górnych piętrach?

Jak najwyżej – odparłem szczerze ucieszony perspektywą oglądania zapierających dech w piersiach widoków.

Ruszamy – anioł skierował głowę w stronę górnych kondygnacji.

A gdzie winda? – zapytałem zdumiony.

Tutaj – Jeremiasz wskazał na nogi, po czym uścisnął mi dłoń i razem zaczęliśmy wspinać się na kilkusetmetrową konstrukcję skacząc po kilka metrów z platformy niższego tarasu na platformę wyższego.

Widząc mój strach wywołany niecodzienną sytuacją Jeremiasz uspokoił mnie trafnym spostrzeżeniem.

Nie bój się, drugi raz już nie zginiesz. Co byś tu nie robił nic ci nie grozi. Głupie myśli tutaj też ci nie przyjdą do głowy. Bądź spokojny – to mówiąc mój przewodnik ośmielił mnie tak bardzo, że od dwudziestego poziomu ścigałem się z nim do samej góry.

Na poszczególnych piętrach odrębne moduły mieszkalne zawieszone były w powietrzu jak winogrona na krzaku. W wielu widać było rozbawionych ludzi wspólnie spędzających czas na tarasach pośród bajecznych ogrodów. Z samej góry spływała woda, wijąc się po zakamarkach ogrodów, przepływała przez baseny na każdym tarasie i kaskadami spadała na coraz niższe poziomy.

Wrażenie było niesamowite. Lekkość, z jaką pokonywałem kolejne poziomy była czymś wspaniałym. Czułem się jak Piotruś Pan skaczący po rejach okrętu. Z powrotem byłem dzieckiem, które może sobie pozwolić na najbardziej nawet szalone pomysły. Zapomniałem o własnej śmierci, o tym, co dokuczało mi na ziemi. Przez tę krótką chwilę wspinaczki na setny poziom byłem szczęśliwy i rozbawiony.

Anioł Jeremiasz pozostawił mnie w mieszkaniu, a inni, tutejsi aniołowie pomogli mi w oswojeniu się z nowym miejscem i sytuacją.

Wieczorem, patrząc z najwyższego poziomu swojego hotelu na panoramę tej niebiańskiej krainy, z jednej strony byłem zachwycony widokiem, ale z drugiej nadal męczyła mnie silna chęć poznania prawdy. Pomyślałem, że póki utrzymują moje ciało przy życiu i jako duch mam jeszcze możliwość odwiedzania ziemi, to spróbuję wyjaśnić tajemnicę mojej śmierci.

Nazajutrz tak jak postanowiłem odwiedziłem mojego anioła.

Musiałem się spieszyć. Jedynym ograniczeniem dla mnie był czas. Nic gorszego już mnie nie mogło spotkać. Musiałem się jednak liczyć z tym, że w każdej chwili mógł nastąpić zgon pozostałego na ziemi ciała lub mogła zapaść decyzja konsylium lekarskiego o odstąpieniu od sztucznego i uporczywego podtrzymywania życia. Z reguły, nawet przy beznadziejnych rokowaniach konsylia lekarskie w krótkim czasie po zdarzeniu nie decydowały o odłączeniu pacjenta od aparatury podtrzymującej życie, ale żadnej pewności co do tego nie było. Czy organizm z uszkodzonymi organami, bez funkcjonującego mózgu i układu nerwowego poradzi sobie z przeżyciem było wielką niewiadomą.

Jako że żadnego zagrożenia dla mojej obecnej postaci ducha mój opiekun nie widział, początkowo niezbyt chętnie, ale w końcu zgodził się na mój powrót na ziemię.

Poinstruował mnie tylko jak poruszać się po świecie z możliwościami, które posiadałem obecnie. Widziałem, że Jeremiasz chce mi jeszcze o czymś powiedzieć.

O co chodzi? – zapytałem, czując, że ma do powiedzenia coś istotnego. – Wczoraj jeszcze raz wszystko sprawdziliśmy. Miał zginąć ten mężczyzna, który do ciebie strzelał. Przynajmniej do wczoraj tak była zaplanowana przyszłość.

– Ten, który został potrącony przez samochód?

Tak. I to on miał wczoraj umrzeć.

Jak to, miał siebie zastrzelić? – dopytywałem.

Nie wiem, czy miał siebie zastrzelić, czy ktoś miał go zastrzelić, czy też miał zginąć pod kołami tego samochodu, ale sprawdziłem, to jego dane wprowadzone były jako zmarłego do przyjęcia u nas. W ostatnim momencie nastąpiła zmiana, zamiast niego ty zginąłeś i to ciebie przyjmowaliśmy na cito.

Stałem osłupiały, a anioł kontynuował.

W chwili śmierci dusza ludzka wytwarza coś w rodzaju ujemnego ładunku, który na wzór płynącego prądu powoduje różnicę potencjałów i wygenerowanie połączenia, dzięki któremu dusza jak po kablu elektrycznym może przedostać się do Nieba. To taki niewidzialny piorun, czy może raczej piorunek.

Wiadomo, dlaczego on do mnie strzelał?

Jeremiasz wzruszył ramionami.

Tego nie wiem – zrobił krótką pauzę po czym dodał. – Spróbuj się tego dowiedzieć na ziemi.

– Czyżby wiedział, że w ten sposób wywoła zmianę w biegu wydarzeń i uniknie śmierci? – dywagowałem.

Wykluczone, nikt na ziemi o tym nie wie, nawet ci, którzy wracają – stanowczo zapewnił anioł.

Jak to wracają?

Rzadko, ale się to zdarza. Na przykład, jeżeli nie nastąpiła nieodwracalna śmierć mózgowa, a jedynie tak zwana śmierć kliniczna, zatrzymanie funkcji życiowych, akcji serca, ale o odwracalnych dla organizmu skutkach, to wtedy następuje sprzężenie zwrotne polegające na wygenerowaniu ścieżki z odwrotnym sygnałem, po której dusza wraca do ciała.

To może i...

Nie w twoim przypadku – przerwał Jeremiasz. – Taki odwrotny sygnał może być wygenerowany w przeciągu najwyżej kilkunastu, były rzadkie przypadki, że kilkudziesięciu minut od wystąpienia śmierci klinicznej, potem jest to już niemożliwe. Zapomnij o tym.

Odrobina nadziei, którą czułem przez chwilę pękła jak bańka mydlana, równie szybko jak się pojawiła.

– Janie, jeżeli będziesz mnie potrzebował będę przy tobie, kiedy pomyślisz o powrocie, znajdziesz się tu natychmiast. Jeżeli czujesz, że prawda jest ci potrzebna, ruszaj na ziemię.


Rozdział II

Przypadkowa ofiara


Do gabinetu porucznika Bazana wszedł sierżant Robert Manda.

– Masz coś? – zapytał Bazan.

– Nic szczególnego: paszport, kilka naboi, notatnik, plan miasta.

– W dalszym ciągu nie mamy punktu zaczepienia.

– Ten potrącony Edward Hard mieszka prawie sześćset kilometrów stąd – zauważył Robert. – Albo znał Burka, albo przyjechał zabić go na zlecenie.

– Pewnie się znali, ale póki co nie mamy na to żadnego dowodu. – Porucznik wstał i podszedł do okna. – Musimy znaleźć te powiązania.

– Na razie nie mamy nic. Nie bardzo wiem od czego mamy zacząć?

– Ustalmy fakty. – Porucznik Bazan starał się uporządkować rozmowę. – Co wiemy?

– Ofiara to Jan Burk, urodzony w 1974 roku w...

– Dalej – ponaglał porucznik.

– Mieszka w jednym z apartamentów na de Gaulle’a. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych, od dziesięciu lat maluje, wystawia swoje obrazy i grafiki na wystawach, tu na ostatniej wystawie z ubiegłego roku – rzucił na biurko Bazana pismo z artykułem poświeconym temu wydarzeniu. – Prowadzi galerię, której jest głównym udziałowcem. Kawaler, bez dzieci, spokojny, nie uciążliwy, sąsiedzi nic specjalnego w jego zachowaniu nie zauważyli. Normalny, dobrze ułożony, choć artysta – zażartował sierżant Manda.

– Znał Harda? – zapytał Bazan.

– Nie wiem, nic nie znalazłem, żadnego śladu, który wskazywałby, że kiedykolwiek ich coś łączyło – po chwili dodał. – Przeszukaliśmy mieszkanie i pracownię Burka. Nic. Najmniejszego śladu na temat Harda.

– Dobra. Co u tego drugiego? – przerwał Bazan.

– W Pradze był Rudawa.

– On mieszka w Pradze? – upewnił się porucznik.

– Tak, od osiemnastu lat. Ma czterdzieści sześć lat, średnie wykształcenie. Po szkole wyjechał szukać przygód w Legii Cudzoziemskiej. Od osiemdziesiątego dziewiątego do dziewięćdziesiątego trzeciego prowadził firmę budowlaną, ale bez sukcesu.

– To znaczy?

– Splajtował. Od dziewięćdziesiątego trzeciego zajmuje się szemranymi interesami. W dziewięćdziesiątym ósmym skazany na osiem lat za napad na skład celny dla odbicia przechwyconego ładunku alkoholu. Zginął jeden z strażników. Po sześciu latach wyszedł. W dwa tysiące piątym podejrzany o zabójstwo na zlecenie. Brak dowodów, tylko poszlaki.

– Ma rodzinę?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.