Jest takie miejsce - Wojciech Zawioła - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 295 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jest takie miejsce - Wojciech Zawioła

W czasie wojny siedemnastoletnia Basia poznaje dwa lata starszego od siebie Henryka. Zakochują się w sobie i najpiękniejsze chwile przeżywają razem w okupowanej stolicy. Gdy wybucha powstanie warszawskie, tracą ze sobą kontakt. Po wojnie dziewczyna próbuje odszukać narzeczonego, który nie daje znaku życia… To historia życia Barbary opowiedziana przez nią przypadkowo poznanej osobie. Jej tłem są wydarzenia z najnowszej historii Polski. Wzruszająca, pełna ciepła powieść o miłości, przyjaźni i tęsknocie, a także o Polsce ostatniego 60-lecia.

Opinie o ebooku Jest takie miejsce - Wojciech Zawioła

Fragment ebooka Jest takie miejsce - Wojciech Zawioła





Informacje o książce


Rozdział I

Jest takie miejsce w Warszawie, które szczególnie sobie upodobałem. To ławeczka między Agrykolą a Łazienkami. Siadam na niej czasem i patrząc na górujący nade mną Zamek Ujazdowski, zatapiam się w myślach. Układam sobie w głowie przyszłość, przywołuję przeszłość i myślę o teraźniejszości. Zwykle nie ma tu warunków do dłuższej kontemplacji, ale i tak staram się wyłączyć na chwilę i uciec myślami od tego, co widzę. A co widzę? Ludzi próbujących zaczerpnąć ciszy po ucieczce z ruchu miejskiego, dzieci wrzeszczące do siebie niemal bez przerwy, psy biegające wokół swoich opiekunów i korzystające z odrobiny wody z fontanny.

Taka obserwacja daje przyjemność i odpoczynek.

Pamiętam, jak któregoś dnia na sąsiedniej ławeczce dostrzegłem parę staruszków delektujących się słońcem i ciszą. Ona: siwe włosy spięte w koński ogon, jakby miała najwyżej trzydzieści lat, twarz pokryta zmarszczkami, ale szlachetna, twarz kobiety z klasą i godnością. On: włosy przerzedzone, zaczesane do tyłu, wpatrzony w jeden punkt na ziemi przed swoimi stopami. Bez wątpienia byli już grubo po osiemdziesiątce, pewnie zmęczeni życiem i przyzwyczajeni do siebie, a jednak urzekło mnie to, w jaki sposób ona uśmiecha się do siebie, trzymając go za rękę. Czerpałem swoistą rozkosz z obserwowania tej pary. Z jego twarzy niewiele wprawdzie można było wyczytać, ale za to wyraz jej oczu był wystarczająco czytelny.

Wlepiłem w nich wzrok i ledwo zauważyłem, że staruszek zaczął się powoli pochylać do przodu. Było to jednak raczej osuwanie się niż nachylanie w jakimś konkretnym celu. Ona coraz mocniej próbowała go przytrzymać za ramię, ale skutku pożądanego to nie przynosiło. Chciałem coś zrobić, pomóc, więc wstałem i z wolna ruszyłem w ich stronę, ciągle przyglądając się sytuacji.

Nagle, w mgnieniu oka, starszy pan padł na ziemię, wysuwając się z objęć partnerki. Błyskawicznie podbiegłem i sprawnie podniosłem mężczyznę, sadzając go na ławce.

– Dziękuję bardzo – powiedziała, uśmiechając się, staruszka. – Sama chyba nie dałabym rady, choć powoli zaczynam mieć w tym wprawę.

Zaskoczył mnie ten łagodny uśmiech na jej twarzy, ten urok i spokój, który w sobie zachowała, mimo sytuacji, w jakiej się znalazła.

– Trzeba sobie pomagać, droga pani, od tego też jesteśmy na tym świecie.

I znowu uśmiech. Tym razem jednak podzielony. Część była dla mnie, ale kiedy odwróciła głowę, uśmiechała się już do niego. Patrzyłem, jak całuje go w policzek, głaszcze po głowie i mówi: – Nic się nie stało, nic się nie stało.

Stałem jak oniemiały, zafascynowany i zauroczony widokiem. Staruszkowie z miłością wymalowaną na twarzy. – Niech pan usiądzie – usłyszałem zaskoczony. – Być może będę jeszcze potrzebowała pomocy, nie będzie pan musiał podbiegać – uśmiechnęła się.

Usiadłem, choć – nie wiedzieć czemu – czułem się bardzo skrępowany. Zerknąłem na niego. Miałem wrażenie, że on także się uśmiechnął, chociaż bardziej przypominało to jakiś grymas bez wyrazu.

– Odpoczywaj – szepnęła mu do ucha, trzymając za rękę. Potem odwróciła się do mnie.

– To nie pierwszy raz… Tak jakby tracił kontrolę nad swoim ciałem. Staram się nie spuszczać go z oka.

– Musi być pani strasznie ciężko. Proszę mi wybaczyć, ale sama nie jest pani młoda – trochę żałowałem tych słów. – Mam na imię Barbara – przedstawiła się i podała mi dłoń. – Wojtek, bardzo mi miło – odpowiedziałem.

Pani Barbara spojrzała w górę, na Zamek Ujazdowski. Przez chwilę myślałem, że powinienem sobie pójść.

– Nie jest mi ciężko. – Nie zdążyłem się jednak ruszyć. Westchnęła i uśmiechnęła się. – Czekałam na niego wiele lat, choć wcale nie miałam pewności, że mam na kogo czekać. Czułem, że pani Barbara chce mówić dalej, więc już się nie odzywałem. Spojrzała na mnie badawczo. Miała niebieskie oczy, jej siwizna zdradzała, że w młodości była blondynką. Nie potrafiłem natomiast ocenić, czy była wysoka. Kiedy tak siedziała, sprawiała wrażenie kobiety raczej drobnej. Staruszek też do wysokich z pewnością nie należał. Rzuciły mi się jednak w oczy jego szerokie ramiona. Za młodu na pewno lubił sport, był dobrze zbudowany i bardzo sprawny.

– Dobrze panu z oczu patrzy – powiedziała po chwili. 

– Ma pan rodzinę?

Uśmiechnąłem się.

– Tak, żonę, syna. Myślimy z żoną o drugim dziecku.

– Mówi pan o tym z błyskiem w oku – trochę mnie zaskoczyła, nie wiedziałem. – Jest pan szczęśliwy? – Tak – odparłem bez wahania.

– Wie pan, dziś prawdziwie szczęśliwych ludzi już prawie nie ma. Zbyt wiele do szczęścia ludzie potrzebują, coraz więcej materialnych rzeczy. Dawniej było inaczej.

Mimo że drażnią mnie opowieści w stylu „za moich czasów" lub „ta dzisiejsza młodzież", to jednak pomyślałem, że trudno się z panią Barbarą nie zgodzić.

Położyła dłoń na udzie swego staruszka, spojrzała na niego, potem na mnie, a potem znów na Zamek Ujazdowski. – Z Henrykiem poznaliśmy się w czasie wojny. Dla pana to prehistoria, a my, starzy, pamiętamy takie rzeczy, jakby wydarzyły się wczoraj. Zrozumiałem, że zaczyna opowiadać.

*

Był listopad 1942 roku. Warszawa. Moi rodzice nie opływali w luksusy, wręcz klepaliśmy biedę. Dość szybko musiałam zacząć pracować. Mimo że trwała wojna, to jednak udało mi się znaleźć posadę u warszawskiego krawca na Żelaznej. Było mi tam dobrze, bo Eustachy Więckowski to chodząca dobroć. Wymagał sporo, ale ja byłam bardzo pracowita i pojętna. On odpłacał mi sercem i pensją, dzięki której życie moje i rodziców stało się nieco lżejsze.

I tak dzień za dniem. Czekaliśmy na koniec wojny, choć tego końca nie było widać. Zmagaliśmy się z trudnościami dnia codziennego, starając się nie narażać Niemcom, bo ojciec nie widział sensu w walce zbrojnej. Powtarzał tylko: „Musimy przetrwać i się podnieść". Prawdziwego końca wojny nie dożył.

Tuż przed sylwestrem ‘42 roku pierwszy raz zobaczyłam Henryka. Przyszedł z matką złożyć zamówienie na frak. Później dowiedziałam się, że między jego matką a moim pracodawcą istniała jeszcze jedna zależność. Konspiracja. Frak był tylko przykrywką.

Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Nie byłam nieśmiała, więc już po chwili rozmawialiśmy. Niechętnie wychodził z naszej pracowni, a kiedy umawiał się z Więckowskim na kolejny termin, patrzył na mnie. Spotykaliśmy się początkowo tylko w pracowni. Henrykowi chyba zabrakło odwagi, by mnie gdzieś zaprosić. Uśmiecham się na samą myśl o tym. Dopiero w lutym ‘43 roku poszliśmy na spacer. Warszawa wyglądała wtedy zupełnie inaczej. Wszędzie widać było wojnę i patrole niemieckich żołnierzy. Nam to jednak nie przeszkadzało. Chodziliśmy tam i z powrotem wzdłuż Wisły. Rozmawialiśmy o wszystkim, a kiedy odprowadził mnie do domu, pocałowaliśmy się pierwszy raz. Ziemia zadrżała jak u Hemingwaya. Do końca dnia nie mogłam o niczym innym myśleć. Serce waliło jak młot, w brzuchu te słynne motyle. Ojciec patrzył na mnie z niepokojem, mama uśmiechała się tajemniczo. Chyba wiedzieli, co się święci.

*

Przerwała. Spojrzała na Henryka, a potem wbiła wzrok we mnie.

– Nie zanudzam pana?

– Nie, absolutnie.

– Chce pan tego słuchać? Ma pan dużo czasu? – Korzystam z wolnego dnia.

– A cierpliwość do sentymentalnej staruszki pan ma? – wręcz zachichotała jak nastolatka, zadając to pytanie. – Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy – odpowiedziałem, uśmiechając się wymownie.

Obok nas przeszła rodzina z małym dzieckiem na rowerku. Chłopczyk o mało się nie przewrócił, wpatrując się w panią Barbarę. Jego rodzice w porę przytrzymali kierownicę. Chwilę później mały wystraszył się przebiegającego psa i runął na ziemię. Pani Basia głęboko westchnęła.

*

Spotykaliśmy się, kiedy tylko było to możliwe, kradliśmy wszystkie wolne chwile. Jak na ironię, przeżywaliśmy najcudowniejsze dni naszego życia akurat wtedy, kiedy wokół była wojna. Nie raz byliśmy świadkami łapanki, nie raz widzieliśmy śmierć. Zdarzało się, że ludzie umierali na naszych oczach. Któregoś dnia Henryka drasnęła w ramię kula wystrzelona w stronę niemieckich żołnierzy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że przecież możemy nie dożyć końca wojny, że nie będzie nam dane cieszyć się sobą dłużej. Żyliśmy zatem teraźniejszością. Z nim przeżyłam swój pierwszy raz, z nim układałam sobie w głowie swoją przyszłość, wyobrażałam sobie, jak będą wyglądać nasze dzieci. Wszystko było dla nas nowe, romantyczne, cudowne. Ale też bardzo poważne, nie młodzieńcze. Moi rodzice pozwalali Henrykowi u nas bywać. Były rodzinne obiady, popołudniowa kawa i dyskusje, co powinniśmy zrobić, by dotrwać do końca wojny. Podejście mojego ojca to przeczekanie, Henryk rwał się do walki, ale przez wzgląd na matkę trzymał się w ryzach. Wiedziałam jednak, że chce walczyć, że jest rozdarty. Kiedyś widziałam, jak rozprawił się ze swoim rówieśnikiem, który śmiał powiedzieć, że Polska powinna się poddać i zostać częścią Niemiec… i jeszcze całować je za to po rękach. Henryk się wściekł, nie widziałam go ani wcześniej, ani później tak wzburzonego. Złamał mu nos, zmasakrował twarz, kopnął w brzuch i zostawił krwawiącego na bruku. Podobało mi się to, że staje w obronie ojczyzny, zaimponował mi. Ale kiedy postanowił, że na jakiś czas musimy się rozstać, bo będzie walczył, serce mi stanęło. Z pomocą Więckowskiego udało mu się przedostać do ruchu oporu. Powiedział wtedy: – Być może nie wrócę, więc zapamiętaj mnie takiego, jakiego teraz widzisz i jakiego dotykałaś przez cały ten czas.

Patrzył mi długo w oczy, czułam, że nie wierzy w swój powrót, nie wierzy, że przeżyje.

– Muszę to zrobić, bo żałowałbym do końca życia.

Oboje mieliśmy łzy w oczach. Powiedziałam: 

– Idź…

Ale w duchu nie chciałam go wypuścić z ramion. Płakałam jak nigdy dotąd. Jemu też łzy spływały po policzkach. Przeżyliśmy razem półtora roku i nie mieliśmy pojęcia, co będzie dalej.

*

Przerwała. Miała łzy w oczach, ale uśmiech na ustach. Nie chciałem o nic pytać, więc siedziałem w milczeniu.

– Będzie pan tu jutro? – zapytała po chwili. – Będę przed południem.

– Jeśli ma pan ochotę słuchać dalej, to… chętnie opowiem naszą historię.

– Będę zaszczycony.

Pomogła Henrykowi wstać, chwyciła go pod ramię i wolnym krokiem zaczęli się oddalać.

*

Wróciłem do domu. Było pusto. Żona w pracy, synek z babcią na spacerze. Nawet pies zabrany do lasu.

Włączyłem komputer i usiadłem przy biurku. Wpatrzony w ekran, zastanawiałem się, czego właściwie chcę szukać. Internet to wprawdzie kopalnia wiedzy, ale trzeba wiedzieć, co chce się znaleźć. A ja o Barbarze i Henryku nie wiedziałem nic. Wpisywanie w Google ich imion nie miało sensu. Jeszcze głupszym pomysłem byłoby wpisanie w wyszukiwarkę hasła „powstanie warszawskie" czy „druga wojna światowa".

Jeszcze chwilę myślałem z głową opartą o rękę i wreszcie wpisałem: „Eustachy Więckowski".

Dość szybko uzyskałem połączenie z wikipedią.

„1890–1944. Przedwojenny warszawski krawiec, właściciel pracowni znajdującej się przy ulicy Żelaznej. W czasie wojny działacz podziemia i uczestnik powstania warszawskiego. Rozstrzelany po zakończeniu powstania".

– Cześć, kochanie! – usłyszałem trzask zamykanych drzwi i głos Moniki. Wstałem i podszedłem do niej, całując w policzek. – Gdzie Mały?

– Jeszcze pewnie z babcią na spacerze. Psa też zabrali.

– Jadłeś coś? – zapytała, kładąc siatkę z zakupami na kuchennym stole.

– Nie, dlatego arbuza z twojej torby chętnie wciągnę – z zachwytu aż mlasnąłem.

Monika śmiejąc się, wbiegła do łazienki i zniknęła na kilka minut. Kiedy wróciła, powiedziałem jej o swoim dzisiejszym spacerze, o historii opowiedzianej przez panią Barbarę. – Myślisz, że spotkacie się jeszcze i poznasz całą historię? – Nawet jesteśmy na jutro umówieni. – Opiszesz to? – Nie wiem.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem. Historia wydawała się ciekawa, ale znałem tylko jej część. I nie miałem pewności, że poznam resztę. Mocno w to zwątpiłem, kiedy przez dwa kolejne dni niemal non stop padał deszcz. Pierwszego dnia pojechałem do parku, by sprawdzić, czy ich tam nie ma. Drugiego już odpuściłem. Kolejne dni zajęła mi praca. Od rana do wieczora w redakcji, bez możliwości wyjścia nawet na godzinkę. Traciłem już nadzieję, że kiedykolwiek ich jeszcze spotkam.

A jednak się udało. Pojechałem pod Zamek Ujazdowski z psem. Wreszcie wróciło słońce i żal było Lunę zostawiać w domu. Wchodząc do parku, spuściłem ją ze smyczy, najwyraźniej uszczęśliwiając, bo błyskawicznie pognała przed siebie. Na szczęście tego dnia park nie był oblegany i nikt nie zgłaszał sprzeciwu wobec psa biegającego luzem i bez kagańca.

Szedłem powoli w stronę ławeczki, na której siedzieliśmy poprzednim razem. Kiedy pani Barbara mnie dostrzegła, pomachała do mnie ręką. Dodało mi to odwagi.

– Jak się państwo czują? – zapytałem po ucałowaniu jej w rękę.

– W naszym wieku to już nie można czuć się dobrze, panie Wojtku – zamknęła oczy. – Patrzę teraz na życie nieco inaczej: jakoś dotrwać do końca swej drogi.

– Martwiłem się, że już się tu nie spotkamy.

– A to deszcz, a to gorsze samopoczucie. Ze starszymi ludźmi tak już jest. Proszę nam wybaczyć.

– Rozumiem doskonale… – zauważyłem, że delikatnie drży jej prawa dłoń… Szybko ją schowała pod lewą, kiedy dostrzegła mój wzrok.

– Eustachy Więckowski zginął w powstaniu? – wypaliłem nagle bez uprzedzenia.

Spojrzała na mnie z podziwem, zupełnie jakby nie wiedziała, jak łatwo można taką informację zdobyć.

– Internet? Nawet o takich rzeczach tam piszą? – pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Tak, przyznaję, że szukałem informacji i znalazłem właśnie to.

– To pański pies? – ruchem głowy wskazała na Lunę spacerującą po trawce i wąchającą wszystko po drodze. Ta zaś tylko na chwilę podniosła pysk, by rozejrzeć się wokół i sprawdzić, gdzie jestem, po czym wróciła do swojego ulubionego zajęcia. – Piękna jest. W sam raz dla pana synka – powiedziała pani Barbara, westchnąwszy głośno.

Luna podbiegła do nas. Bez wahania podeszła do mojej rozmówczyni i pozwoliła się pogłaskać. Dałaby się urobić nawet złodziejom. Ale to złoty pies.

– Tak, zginął w powstaniu – zmieniła temat znienacka. – Dla mnie było to ciężkie przeżycie, bo przez ten czas zdążyłam się do niego przywiązać. Bardzo pomagał mnie i moim rodzicom. Dzięki niemu też poznałam Henryka. Przeżywałam to również z innego powodu. Nie miałam wtedy żadnych wieści o Henryku, nie wiedziałam nawet, czy żyje. Trochę mi wstyd, ale nie obchodził mnie wtedy efekt powstania, tylko to, co się dzieje z Henrykiem. Tym bardziej, że kiedy się żegnaliśmy, powiedział: „Pewnie nie wrócę".

– Ale wrócił? – zapytałem, chcąc wyprzedzić jej opowieść.

Uśmiechnęła się do siebie

– Tak, ale nie do mnie... Do życia.

*

Bardzo długo nie miałam żadnych wieści na jego temat. Zresztą wtedy nie było nawet czasu, by szukać. Niemcy z zemsty za powstanie zaczęli bombardować Warszawę, zniszczyli większość budynków, wysadzili mosty. Na Woli wymordowali Polaków, tych, co przeżyli, wywieźli do obozów przejściowych. Czy pan wie, że w ruinach Warszawy przetrwało do końca wojny niecałe tysiąc mieszkańców? Kiedy Armia Czerwona zajęła prawobrzeżną Warszawę, zastała tam tylko 124 osoby. My byliśmy przez jakiś czas w obozie pruszkowskim, ale przekupiliśmy strażników i udało nam się uciec. Ukryliśmy pieniądze w paskach od spodni, od sukienek. Przydała się praca w pracowni krawieckiej.

Kiedy zaczęły się powroty do zrujnowanej stolicy, my też ruszyliśmy spod Skierniewic. W trakcie tej podróży zmarł tata. Nie wytrzymał tego wszystkiego. Pamiętam, że jedno z ostatnich zdań, jakie wypowiedział, to: „Dotrwaliśmy, teraz trzeba się tylko podnieść".

Zostałyśmy same z mamą. Patrzyłyśmy, jak Warszawa powstaje. Szczęśliwie się złożyło, że pracownię mogłyśmy otworzyć niemal od razu. Pan Eustachy nie miał rodziny, przynajmniej nic o niej nie wiedziałyśmy, więc nikt się nie zainteresował lokalem przy Żelaznej. Początkowo było bardzo ciężko, bo kto wtedy myślał o sukienkach czy surdutach? Ludzie chcieli po prostu przeżyć.

O Henryku nadal nie było wieści. Próbowałam szukać jego matki, ale ona także przepadła jak kamień w wodę. Mieszkanie, w którym żyli, już nie istniało. Po kamienicy zostały ruiny.

– Zapomnij o nim – mówiła do mnie mama. Ale ja nie potrafiłam. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, że coś, co tak pięknie się zaczęło, zostało brutalnie przerwane. Pięknym zjawiskom powinno się dawać szansę trwać.

Niestety nie znałam żadnych przyjaciół Henryka, żadnych znajomych. Zawsze sami spędzaliśmy czas, chłonęliśmy go we dwoje. Nie wiedziałam, gdzie o niego zapytać.

I pewnego dnia, w marcu 1946 roku, zamieściłam ogłoszenie w gazecie:

POSZUKIWANY HENRYK BURZYŃSKI, LAT 25…
CZEKAM NA CIEBIE HENRYKU

Takich ogłoszeń tuż po wojnie było mnóstwo. Obawiałam się, że moje zostanie niezauważone. Jednak po tygodniu redakcja gazety przysłała mi informację, że zgłosił się ktoś, kto znał Henryka Burzyńskiego. Podano mi adres, pod który miałam się udać. Poszłam natychmiast. Wpuszczono mnie do surowego mieszkania w jednej z kamienic, potem do dużego pokoju, w którym centralne miejsce zajmowało drewniane biurko i stojące po jego obu stronach krzesła. Przy ścianach stały półki z setkami segregatorów. Okazało się, że czekał na mnie pewien człowiek, który najpierw zaczął mnie wypytywać o cel poszukiwania Henryka. – Dlaczego mnie pan o to wszystko pyta? – nie wytrzymałam po kilku minutach odpowiadania.

Mężczyzna wstał i podchodząc do okna, zapalił papierosa. Byłam już bardzo zniecierpliwiona.

– Tacy ludzie jak Henryk nie są mile widziani w Polsce, która się teraz buduje. Musimy sprawdzać, kto go szuka.

Pomyślałam wtedy, że to jakaś pomyłka. Mój Henryk niemile widziany? Co on takiego zrobił?

– Znałem go jeszcze przed powstaniem i wiem, jakie miał poglądy w związku z przyszłą Polską. Potem walczyłem z nim w powstaniu. Byłem pod ogromnym wrażeniem jego zaangażowania w walkę, ale potem poszedł w inną stronę. Nie oceniam, czy złą, ale na pewno inną. Po upadku powstania udało mu się przedostać poza Warszawę i przeżyć. Pewnie dostrzegł moją reakcję na twarzy, bo na nią zareagował. – Pani nie wie, że on żyje, prawda? Nie wiedziałam, co wtedy myśleć. – Gdzie on jest? – zapytałam.

– Tego właśnie nie wiemy, sądziłem, że dowiemy się czegoś od pani. – Nie sądzi pan, że nie szukałabym go, gdybym wiedziała, gdzie jest? – powiedziałam ze łzami w oczach.

– Miałem nadzieję, że uzyskam jakiekolwiek informacje – spojrzał na mnie badawczo i dodał: – Ale widzę, że się pomyliłem.

Przez kilka minut siedzieliśmy bez słowa. On palił, ja patrzyłam w stronę okna.

– Pani Basiu – zaczął wreszcie. – Nie mam złej woli. Odpowiedziałem na pani ogłoszenie po to, by ostrzec. Niech pani nie przyznaje się głośno do zażyłej znajomości z Burzyńskim. Władzę w Polsce przejmują wrogowie Henryka, a właściwie to on jest wrogiem owych władz. Nigdy nie zaakceptuje takiego stanu rzeczy. A oni o tym wiedzą i wiedzą też, do czego jest zdolny.

– Kim pan jest? – zapytałam, niemal krzycząc.

– Jestem życzliwy, chcę pomóc, póki jeszcze mogę. A Henryk jes opozycjonistą wobec tego, co teraz się w Polsce dzieje. Czynnym opozycjonistą.

– A co się w Polsce dzieje?

Wstał. Podszedł do okna, zapalił kolejnego papierosa i skinął na mnie.

– Proszę podejść, pani Basiu.

Wstałam z trudem, bo po tej rozmowie czułam się kompletnie wyczerpana. Głowę miałam ciężką, nogi miękkie. Kiedy stanęłam obok niego, nachylił się do mojego ucha:

– Czekają nas bardzo trudne lata, ten kraj trzeba odbudować, ale sami tego nie zrobimy. Pomoc idzie ze wschodu, i zapłacimy za nią olbrzymią cenę. Cenę wolności. Najlepiej stąd uciekać.

Nawet nie wiem, jak wróciłam wtedy do domu. Zamknęłam się w pokoju i natychmiast zasnęłam. To wszystko dotarło do mnie dopiero po przebudzeniu. Płakałam dwa dni. Mamie opowiedziałam o tym po tygodniu, wcześniej nie potrafiłam. Pominęłam jedynie ostrzeżenie tego mężczyzny, którego nazwiska wtedy nawet nie pamiętałam. Oszczędziłam mamie słów, że trzeba stąd uciekać.

*

– Nie uciekła pani? – zapytałem.

– Nie, ale spotkanie z tym mężczyzną było przełomem w moim życiu. Zaczęłam pilniej obserwować to, co dzieje się wokół mnie, co dzieje się z Polską. Wszystko sobie przemyślałam. Henryk przeżył, ale mnie nie szukał. Skończyła się wojna, trzeba było zająć się przyszłością i nie rozpamiętywać. Stałam się nieco twardsza. Rozkoszowałam się widokiem wstającej z kolan Warszawy. Płakałam jak dziecko, kiedy – latem ‘46 roku – otwarto pierwszy odbudowany most, most Poniatowskiego. Potrafiłyśmy z mamą cieszyć się z małych sukcesów. Nie klepałyśmy biedy, ludzie nas szanowali, przychodzili do pracowni nawet tylko po to, by posiedzieć i porozmawiać. Wstawiłyśmy do pracowni stolik i cztery krzesła, żeby było łatwiej napić się herbaty. – A mężczyźni?

– Unikałam ich jak ognia. Czułam się oszukana. Tyle czasu czekałam na Henryka, a on tak łatwo o mnie zapomniał. Nie chciałam mieć nic wspólnego z mężczyznami. Pewien pan rozmawiał nawet z moją mamą na temat ożenku ze mną. Chwalił się, że jest ważną personą we władzach. Pogoniłyśmy go. – Co było dalej? Kiedy się spotkaliście z Henrykiem? Jak do tego doszło? – byłem coraz bardziej podekscytowany. – Ho, ho! Do tego jeszcze daleka droga, jeśli wystarczy panu cierpliwości, to zapraszam następnym razem.

Chyba cieszyła się, że jej opowieść wzbudziła we mnie takie zainteresowanie.

– Wie pan co? – zagadnęła. – Proszę wpaść do nas któregoś dnia na herbatkę i ciasteczko, coś panu pokażę. Co pan na to? – Z przyjemnością, pani Barbaro.

Podała mi numer telefonu i adres. Schlebiło mi to zaufanie.

*

Przez kilka następnych dni nie udało mi się znaleźć wystarczająco dużo wolnego czasu, by się do nich wybrać. Często jednak moje myśli krążyły wokół wydarzeń sprzed przeszło sześć dziesięciu lat. Pytania, na które chciałem poznać odpowiedź, mnożyły się z każdym poznanym fragmentem tej opowieści. Nawet kiedy zajmowałem się bieżącymi sprawami, wracały do mnie pewne obrazy, które powstawały podczas słuchania tej historii. Zawsze kiedy przejeżdżałem obok pomnika Powstania Warszawskiego, przed oczami miałem panią Barbarę i Henryka. Czasem widziałem ich w objęciach, choć to trudno było sobie wyobrazić. Wolne chwile w pracy wykorzystywałem często na przeglądanie w sieci stron dotyczących powstania i Warszawy podczas wojny. Uświadomiłem sobie, że moja wiedza na ten temat wcale nie jest tak rozległa, jak do tej pory myślałem. Historii w szkole uczyłem się jeszcze w czasach, w których nie o wszystkim można było mówić, ale to przecież nikogo nie usprawiedliwia. Tym bardziej że zawsze uważałem się za miłośnika historii. Pewnego dnia postanowiłem nawet przespacerować się ulicami Warszawy w celach poniekąd edukacyjnych. Nie jestem rodowitym warszawiakiem, więc taki spacer mógł przynieść jedynie korzyści. Nie wymyśliłem oryginalnej trasy, przeszedłem Krakowskim Przedmieściem i stanąłem pod kolumną Zygmunta. Spojrzałem na Zamek Królewski i nie mogłem uwierzyć, że jego odbudowa nastąpiła dopiero w 1974 roku.

Kiedy wszedłem na Rynek Starego Miasta, pomyślałem, że pewnie tutaj nieraz się spotkali. Ale zaraz potem dotarło do mnie, że Stare Miasto zostało zbombardowane już 20 września 1939 roku, a Niemcy przecież nie mieli zamiaru w ogóle odbudowywać naszej stolicy. Wręcz przeciwnie, po powstaniu zniszczyli prawie całą resztę.

Pod wpływem opowieści Barbary stałem się wyczulony na wszelkie artykuły, książki historyczne, a nawet filmy o tamtym okresie. Zdawałem sobie sprawę, że ani słowo pisane, ani też najlepsze nawet dzieła naszej kinematografii nie są w stanie oddać w pełni tragizmu tamtych dni, ale choć w części chciałem się wczuć w sytuację ówczesnych mieszkańców. I zastanawiałem się, czy poradziłbym sobie, i jak ludzie z „dziś" zachowaliby się „wczoraj".

Usiadłem na ławce na Starym Mieście i obserwowałem życie toczące się w tym miejscu. Mnóstwo kawiarnianych i piwnych ogródków, pubów, kilka lodziarni. Codziennie przez Starówkę przetaczają się tłumy turystów, wsłuchanych w przewodników opowiadających dzieje stolicy. Część z tych opowieści dotyczy drugiej wojny światowej, trudno jednak poczuć to wszystko, stojąc na środku zabytkowego placu, na którym promienie słoneczne oplatają roześmiane twarze przechodniów. „Szczęśliwe te nasze czasy", pomyślałem.

Wstałem i ruszyłem w stronę samochodu zaparkowanego niedaleko. Musiałem przejść Rynek po przekątnej, po drodze mijając dwie wycieczki. Pierwsza to grupa Japończyków. Oni uwielbiają Warszawę, Polskę, Chopina. Zupełnie nie wiem, skąd im się to wzięło. Przewodnik akurat tłumaczył im coś w języku angielskim o rozbiorach Polski. Słuchali w milczeniu, rozglądając się i pstrykając zdjęcia tymi swoimi aparacikami, mieszczącymi się w malutkiej kieszonce spodni. Kilkadziesiąt metrów dalej wycieczka z polskiego gimnazjum.

– Stare Miasto zostało zbombardowane przez Niemców we wrześniu 1939 roku – mówił jedyny dorosły w tym gronie, pewnie nauczyciel historii. – Odbudowywanie Rynku zakończono w 1953 roku, a całego Starego Miasta – w 1963. – Po co? – zapytał jeden z uczniów.

– Jak to po co? – zdziwił się nauczyciel.

– Po co w ogóle ta cała odbudowa? Nie można było postawić czegoś nowego?

Nie chciałem tego słuchać i poszedłem dalej.

W domu cisza. Babcia wyszła z Małym na spacer, żona w pracy. Wyjąłem z lodówki butelkę piwa i wyszedłem na taras. Uspokajało mnie to miejsce. Gdzie spojrzeć, tam las. Ciągły śpiew ptaków, a kiedy wchodziło się w głąb lasu, spotykało się sarny.

Wróciłem do środka. Wszedłem do biblioteki i spojrzałem na półki z książkami. Sięgnąłem po Boże igrzysko Normana Daviesa. W spisie treści odszukałem lata drugiej wojny i usiadłem w fotelu. Zanim jednak zająłem się czytaniem, stanąłem przed odtwarzaczem CD, zastanawiając się, na jaką muzykę mam teraz ochotę. Stanęło na Dead Can Dance – Into The Labirynth. Nastrojowość spowodowała, że miast czytać, zacząłem przypominać sobie fragmenty opowieści Barbary i… zasnąłem. Obudziły mnie odgłosy dobiegające z kuchni. Babcia wróciła z wnuczkiem, żona z pracy. Opowieściom o tym, co robił tego dnia Mały, nie było końca. Ile zjadł, jak biegał, jak się bawił, czy coś mówił itd., itp. Wreszcie zajrzałem do książki. Norman Davies zawsze zadziwiał mnie swoim zainteresowaniem historią Polski. Akurat miałem w ręku dwutomowe dzieło o jej dziejach, ponoć niezwykle dokładne, rzetelnie napisane i pełne życzliwości dla Polski i Polaków. Wszystko w nim spójne, wyczerpująco objaśniony jest na przykład kontekst polityczny wielu wydarzeń. Żałowałem, że dopiero pod wpływem pani Barbary po tę książkę sięgnąłem. Szczególnie interesował mnie oczywiście fragment o powstaniu warszawskim oraz jego przebiegu i skutkach, choć więcej na ten temat można znaleźć w innym dziele Daviesa Powstanie 44. W głowie dopisałem ten tytuł do lektur obowiązkowych na najbliższe tygodnie.

– Widzę, że cię wciągnęło – usłyszałem tuż nad uchem. Nawet nie zauważyłem, kiedy Monika weszła do biblioteki i zbliżyła się do mojego fotela.

– Cześć – uśmiechnąłem się. – Tak, wciągnęło mnie, sporo o tym myślę.

Monika usiadła mi na kolanach.

– Wiesz, co nasz syn dzisiaj zrobił? Wszedł do stawu i sobie w nim usiadł. Cały był w błocie. – Jak to? Przecież staw jest ogrodzony!

– Mama na chwilę otworzyła bramkę i wystarczyło, że odwróciła głowę – Monika uśmiechała się, ale widziałem też w tym uśmiechu lekki niepokój.

– Trzeba coraz bardziej na niego uważać. – Ten niepokój udzielił się także mnie. – Jak było w pracy?

– Nic szczególnego. Projekt za projektem, szkoda, że wszystko musi przechodzić przez Hamburg. Już dawno bym sobie z tym wszystkim sama dała radę. Zamyśliłem się.

– Zobacz, jak historia płata figle. Pani Barbara opowiada mi o czasach, kiedy Niemcy zabijali Polaków i niszczyli polskie miasta, a ty teraz z Niemcami współpracujesz, by te miasta rozbudować i wzbogacić.

– Ale nadal robią to dla własnego zysku. Poza tym gdyby w ten sposób to oceniać, musiałbyś zwrócić uwagę także na współpracę Polaków z Rosjanami.

– Jej odpowiedź była niby banalna, ale dosyć trafna.

– Mama jeszcze może zostać? Idziemy na rower? – Na moją propozycję Monika szybko skinęła głową i po kwadransie pedałowaliśmy już w stronę Wkry.


Rozdział II

Wieczorem zadzwoniłem pod numer podany przez panią Barbarę. Zupełnie odzwyczaiłem się od numerów stacjonarnych. Już prawie zapomniałem, że istnieją numery kierunkowe. Nikt nie odebrał. Od naszego spotkania minęło już kilka dni. Właściwie nie wiem, jak Barbara spędza czas, kiedy akurat nie opowiada mi swojej historii.

Druga próba była udana. Wprawdzie odebrał jakiś młody mężczyzna, ale poprosił Barbarę do telefonu. – Czekałam na pana telefon.

– Nie chciałem być natarczywy i dzwonić od razu następnego dnia. Trochę odczekałem – odpowiedziałem, śmiejąc się głośno.

Barbara również była w dobrym nastroju. Rozmawialiśmy krótko, ale ciągle się śmiejąc.

– To kiedy pan do nas wpadnie? – rzuciła nagle.

– Nie wiem, kiedy by to państwu odpowiadało – nadal nie chciałem być natrętny.

– Pana towarzystwo sprawia mi ogromną przyjemność, więc zapraszam z egoistycznych pobudek – znów zachichotała.

– Skoro tak, to proszę w równie egoistyczny sposób wyznaczyć mi termin.

– Dopiero jutro wieczorem będziemy wreszcie sami z Henrykiem, więc może pojutrze znajdzie pan czas na przedpołudniową kawę?

– Świetnie, będę na pewno.

Kiedy odłożyłem słuchawkę, miałem wrażenie, że do tego spotkania pozostały wieki. Zaledwie jeden dzień, a mnie się wydawało, że się nie doczekam. Następnego dnia snułem się po redakcji. Wszystko, co miałem zrobić, zrobiłem bardzo szybko. Zostałem jednak jeszcze i poszperałem w sieci. Natknąłem się na przykład na plan Warszawy z 1888 roku. Widać na nim most Aleksandra (dziś Śląsko-Dąbrowski) i „Targuwek", pisany przez „u", a nie jak dziś przez: „ó". Była także „Saskaja Kempa". Całość oczywiście na zdecydowanie mniejszym obszarze niż ten z czasów obecnych. Tyle wieków historii, tyle zdarzeń znaczących dla Polski, tyle zabytków, pięknych budynków – prawie wszystko zniszczone we wrześniu 1939 roku, a potem wysadzone w powietrze w odwecie za powstanie.

*

Znałem Mokotów dość dobrze, bo wynajmowałem mieszkanie w tej dzielnicy, kiedy przywędrowałem na stałe do Warszawy. Łatwo znalazłem ulicę Wiktorską, trochę trudniej przyszło mi znalezienie numeru domu, ale i z tym sobie poradziłem. Sądząc po wyglądzie budynku, był kilka lat temu remontowany, przynajmniej z zewnątrz. Domofon też wyglądał na nowy. Na charakterystyczny dźwięk oznaczający otwarcie drzwi nie musiałem długo czekać. Wchodząc do klatki, zdałem sobie sprawę, że pewnie nie ma tu windy. Nie wiedziałem, na którym piętrze mieszka pani Barbara. Znałem tylko numer, który nie musiał wcale wskazywać, jak wysoko znajduje się mieszkanie. Kiedy jednak pokonałem pierwszy stopień schodów prowadzących na półpiętro, usłyszałem trzask otwieranych drzwi. Przyznam, że poczułem ulgę.

– Zapraszam tutaj – usłyszałem głos pani Barbary. – Proszę, proszę. – Uśmiechnięta, bardzo szeroko otworzyła drzwi i wykonała zapraszający gest dłonią. Szarmancko pocałowałem ją w rękę i wszedłem.

– Proszę nie zdejmować butów – rzuciła szybko, kiedy schyliłem się, by rozwiązać sznurowadła.

Patrzyłem wokół, spodziewając się jakichś elementów przypominających wojnę czy powstanie. Niczego takiego jednak na pierwszy rzut oka nie dostrzegłem. Potem pomyślałem, że byłoby to zbyt oczywiste, może nawet banalne. Być może tych dwoje nie chce żyć przeszłością, a zdjęcia z tamtego okresu leżą sobie spokojnie w szufladach. A było ich całkiem sporo w salonie, do którego zostałem wprowadzony. Wystrój mieszkania zupełnie mnie nie zaskoczył. Nie spodziewałem się przecież nowoczesnego wnętrza, z plazmą zajmującą honorowe miejsce w dużym pokoju. Był za to okrągły stół z pięcioma krzesłami rozstawionymi wokół. Obok mały stoliczek i sofa pokryta brązową narzutą, na której leżało kilka gazet i książka: Patrick Süskind – Pachnidło.

– Czytał pan? – pani Barbara zauważyła, że się rozglądam i zatrzymałem wzrok na książce.

– Tak, znakomita, szokująca. Polecam film.

– Jestem pod tym względem staroświecka. Najpierw książka, potem ewentualnie film, choć jeszcze chyba nikomu nie udało się dobrze zekranizować świetnej powieści.

– Tym razem się udało. Zanim zobaczyłem film, byłem ciekaw, jak reżyser pokaże zapach, który w książce jest opisany rewelacyjnie. Naprawdę polecam – miałem wrażenie, że Barbara w pewnym stopniu będzie się liczyć z moim zdaniem. – To ciekawe, co pan mówi, na razie jestem jednak zauroczona książką i z tym filmem to sobie jeszcze poczekam. Skoro długo zwlekałam, by się zabrać do jej przeczytania, to z filmem pewnie będzie podobnie – machnęła przy tym ręką z rezygnacją, ale też z zawadiackim uśmiechem. – Czego się pan napije? – zapytała, niejako kończąc temat literatury.

– Chętnie kawy, ale równie dobrze może być herbata – odparłem.

– Nie wygląda pan na człowieka, któremu jest wszystko jedno. – Znowu uśmiech zagościł na jej twarzy. Zaimponował mi jej dowcip, więc odwzajemniłem uśmiech.

– W takim razie zapytam, co robi pani lepsze: kawę czy herbatę? – usiłowałem utrzymać dowcipny ton konwersacji, ale nie byłem zadowolony z efektu, mimo że uśmiech z jej twarzy nie schodził. – Po prostu nie chcę sprawiać kłopotu – dodałem już zupełnie poważnie.

– Żaden kłopot, mam już swoje lata, ale jeszcze się jako tako trzymam. Chodzę powoli, ale zawsze docieram do celu, zwłaszcza w tej małej kuchni.

Rzeczywiście, kuchnia nie była duża, choć pewnie pozazdrościłbym takiej, gdybym mieszkał w poprzednim mieszkaniu. Tutaj również bez zaskoczeń. Pewnie podobnie jest u wielu innych par w tym wieku. No, może poza blatem opierającym się na jednej metalowej nodze, mającym stanowić stół. To już wyraz większej nowoczesności, zupełnie nieprzystającej do pozostałych kuchennych mebli.

– Mogę nawet szarlotkę panu zaproponować – rzuciła dumnie. – Wprawdzie sama już nie piekę, ale ta akurat jest jak domowa.

– Chętnie spróbuję. Stamtąd, skąd pochodzę, częściej mówi się „jabłecznik".

– Ooooo! Miałam kiedyś znajomą Ślązaczkę, która mówiła „jabłecznik" – powiedziała to pytającym tonem.

– Bo ja właśnie ze Śląska pochodzę – szybko zaspokoiłem jej ciekawość. Lubię o tym mówić. Zwykle wzbudza to duże zainteresowanie i rodzi zabawne prośby o próbkę gwary śląskiej. – I po cóż panu był ten wyjazd z pięknego Śląska?

– To potrzeba zrobienia w życiu czegoś więcej, rozwinięcia się… No i nie ukrywam, że propozycja z Warszawy była dosyć interesująca.

– No tak, można się z tym nie zgadzać, ale Warszawa to jednak centrum tego polskiego świata. Zwłaszcza w pańskim zawodzie. Chodźmy do salonu.

Zabrałem tacę z dwiema filiżankami kawy, Barbara wzięła talerz z szarlotką.

– A gdzie pan Henryk? – dopiero teraz zauważyłem jego nieobecność.

– Syn zabrał go do siebie rano. Dość niespodziewanie to zrobił, późno mnie uprzedzając, ale Henio lubi do niego jeździć.

– A jak on się czuje?

– Właściwie trudno powiedzieć, bo niewiele mówi. Zresztą, tak jak już panu mówiłam, w tym wieku samopoczucie nie bywa już świetne. Lekarze uważają, że bliżej mu do śmierci niż do czegokolwiek innego. Czasem się uśmiecha, czasem widzę łzy w jego oczach. Tyle że nie wiem, z jakiego to wszystko powodu. Mogę się jedynie domyślać.

– Przepraszam, że o to pytam, ale ile państwo mają lat? – chciałem wreszcie zaspokoić swoją ciekawość.

– Trochę już przeżyliśmy, sporo się naoglądaliśmy życia. Henio ma osiemdziesiąt siedem lat, ja dwa lata mniej. Patrzyłem na nią przez chwilę, dokonując szybkiego obliczenia. Kiedy się poznali w 1942 roku, ona miała siedemnaście, on dziewiętnaście lat. W sam raz na szaloną miłość, w miarę dojrzałą. W tamtych czasach ludzie wcześniej bywali gotowi na dorosłe życie.

– Zaskoczony? – wyrwała mnie z zamyślenia.

– Nie. Nie potrafiłem państwa umieścić w żadnych ramach wiekowych. Choć oczywiście próbowałem sobie liczyć. Barbara wstała i podeszła do drewnianej komody z olbrzymimi szufladami. Z jednej z nich wyjęła album ze zdjęciami. Przewertowała kilka stron i odwróciwszy się do mnie, położyła go na stole.

– Tak wtedy wyglądałam. 1942 rok, tuż przed tym, jak poznałam Henryka.

Baśka. Młodziutka dziewczyna, lekko kręcone, ciemne włosy, ciemne też brwi, wyraźnie widoczne rzęsy, duże oczy, pełne usta, uśmiechnięta… Ładna. To zobaczyłem na fotografii. – A to jedyne nasze wspólne zdjęcie z tamtego czasu – położyła przede mną następną fotografię. – Trochę niewyraźne i pogięte… ale jedyne.

Rzeczywiście było trochę zniszczone. Niestety najmocniej zgięte było na twarzy Henryka. Stali objęci, jej głowa spoczywała na jego ramieniu. Ona w ciemnej sukience za kolana, on w ciemnych spodniach i nieco jaśniejszej koszuli. Biorąc pod uwagę fakt, że to czarno-białe zdjęcie, trudno powiedzieć, jakiego dokładnie koloru. Stali na tle pomnika Mikołaja Kopernika. Wysnułem wniosek, że budynek za nimi to w takim razie Pałac Staszica.

– Robicie wrażenie bardzo szczęśliwych – powiedziałem, podnosząc wzrok.

– O ile można być szczęśliwym podczas wojny, to rzeczywiście tak wygląda.

– To Pałac Staszica, prawda? Trochę się różni od tego obecnego.

– Tak, zanim się urodziłam, wyglądał jeszcze inaczej. To się nazywało styl bizantyjsko-ruski. Przypominał cerkiew, ale po odzyskaniu niepodległości po raz kolejny go przebudowano. W czasie wojny zniszczony, a potem odbudowany i rozbudowany aż do ulicy Świętokrzyskiej. Cała Warszawa bardzo się zmieniła po wojnie pod względem architektury.

– Przeglądałem kilka publikacji na ten temat. Wiele ulic nawet całkowicie zniknęło, budynki zmieniły wygląd. W pewnym stopniu pod wpływem ustroju, jaki nam zafundowano. – Na pewno to miało duże znaczenie. I ten radziecki wpływ… – sądziłem, że zobaczę na jej twarzy sarkazm, ale nic z tych rzeczy.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com