JAY-Z KRÓL AMERYKI - Mark Beaumont - ebook
Wydawca: Vesper Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 677 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka JAY-Z KRÓL AMERYKI - Mark Beaumont

Jay-Z to prawdziwy bohater naszych czasów. Jako hip-hopowy artysta odniósł

praktycznie bezprecedensowy sukces, ale jest również uznanym producentem nagrań i

wytrawnym biznesmenem. Jego albumy rozeszły się na całym świecie w łącznym nakładzie

50 milionów egzemplarzy, a o wadze jego dokonań świadczy aż 13 prestiżowych nagród

Grammy.

Kiedy Mark Beaumont przeprowadził z Jayem-Z wywiad, spotkanie to zaowocowało

szeregiem intrygujących rewelacji, które wzbogaciły tę bezkompromisową biografię

opowiadającą o realizacji amerykańskiego marzenia w wielkim stylu. Na jej kartach

można znaleźć nie tylko genezę muzycznego talentu i obrazki z życia młodocianego

przestępcy, ale i manifest imponująco wszechstronnej zaradności. Ta fantastyczna

książka mówi o tym wszystkim bez ogródek, a ujawniając zarówno dobre, jak i złe cechy

jej bohatera, rzuca wiele światła na imponującą już legendę fenomenu zwanego Jayem-Z.

Książka zawiera fragmenty wywiadów z Kanye Westem, Chrisem Martinem, Busta Rhymes, LL

Cool J’em, Damonem Dashem, Drem Dre, Rickiem Rubinem i wielu innymi.

Opinie o ebooku JAY-Z KRÓL AMERYKI - Mark Beaumont

Fragment ebooka JAY-Z KRÓL AMERYKI - Mark Beaumont






Podziękowania

Jak mogą zaświadczyć dotychczasowi biografowie Jaya-Z, pisanie książki o największej światowej gwieździe rapu jest przedsięwzięciem samotnym. Ponieważ jest on jedną z najważniejszych postaci w środowisku muzycznym, jedynie osoby, które chowają zastarzałe urazy, są skłonne rozmawiać o nim i jego przeszłości bez jego zgody. Zamiarem, jaki przyświecał mi przy pisaniu „Króla Ameryki”, nie było jednak odnawianie dawnych zatargów czy stwarzanie okazji do wygłaszania jednostronnych skarg. Rzecz miała traktować przede wszystkim o muzyce. Kompilując tę pierwszą wyczerpującą, dogłębną biografię wyjątkowego człowieka, finansowego potentata i artysty, przyszło mi się zatem głównie posiłkować nieświadomym wsparciem ze strony tych setek dziennikarzy, którzy przeprowadzali z nim wywiady i pisali recenzje jego dokonań, a także współpracowników stron internetowych, takich jak rapgenius.com, którzy poświęcili czas na przybliżanie znaczenia bardziej zawiłych treści w tekstach Jaya-Z.

Chciałbym podziękować Davidowi Barracloughowi i Helen Donlon z Omnibus Press, mojej wydawczyni Lucy Beevor oraz mojej wspaniałej agentce Isabel Atherton z Creative Authors Ltd. Do tej ostatniej autor uprzejmie kieruje wszelkich wydawców literatury pięknej, którym niniejsza książka przypadła do gustu.


Wstęp

Ceremonia MTV Video Music Awards, rok 2003. Prezenter Chris Rock wstępuje na podium ze słowami: Co się dzieje w przemyśle muzycznym? Otóż to samo, co zawsze. Czarny człowiek coś robi, a piętnaście lat później biały robi to samo. I zarabia znacznie więcej pieniędzy. W tym momencie kamera kieruje się na zawstydzonego Eminema, który krzywi się na swoim miejscu.

Festiwal Glastonbury, rok 2008. Na ekranie pojawiają się zakłócenia, transmisja wiadomości na fikcyjnym kanale JZTV i głos Noela Gallaghera z Oasis: Nie zabieraj się do naprawiania czegoś, co nie jest popsute. W przeciwnym razie popsujesz to i ludzie nie przyjdą. Ekran ilustruje jego dudniącą z głośników wypowiedź za pomocą olbrzymich napisów. – Wybaczcie, ale Jay-Z? Nie! Nie życzę sobie hip-hopu w Glastonbury. Nic z tego, stary. Nie, nie, nie, nie, nie-nie-nie. Kronika filmowa wyświetla następnie serię prasowych nagłówków, które dokumentowały konflikt – między innymi „Glastonbury załamuje Noela” – po czym przechodzi do potoku komentarzy z udziałem fanów, polityków, celebrytów i prezenterów. Moim zdaniem Noel Gallagher zdecydowanie ma rację… Jay-D? Nigdy o nich nie słyszałem. Czy to popowa kapela? To kolejny krok w stronę równości… Glastonbury i Jay-Z pasują do siebie jak dżem z musztardą… Noelu Gallagherze, miałeś swój moment, a teraz zrób miejsce dla kogoś innego… Jak mamy tańczyć pogo przy Jayu-Z? Słychać też wypowiedzi na zupełnie inne tematy z ust Tony’ego Blaira, prezydenta Putina, Paula McCartneya, Micka Jaggera, księcia Karola, Davida Beckhama, Kim Dzong Ila, Liama Gallaghera i Hillary Clinton, które zapożyczono dla dobra sprawy. Gwyneth Paltrow oświadczyła na przykład: Jest najlepszym raperem wszech czasów, więc myślę, że da czadu. Były tam też ujęcia, na których Noel sprawiał wrażenie upokorzonego, co podkreślał akompaniament w postaci drętwej, zwolnionej wersji „All You Need Is Love”. Kalejdoskop tych urywków nabrał w pewnym momencie rozpędu: na ekranach mignęli królowa, Gordon Brown, Kanye West, Tom Hanks, Nelson Mandela i Kate Winslet. Cały świat zdawał się rozprawiać na temat tego kontrowersyjnego wydarzenia, które komentował ostatni cytat z całego filmiku. Był to jeszcze raz Noel, podsumowujący odczucia godne otępiałego i wyalienowanego starego strażnika: Jay-Z? Nic, kurwa, z tego.

Światła zgasły.

A potem ryk, jak gdyby ziemia miała się rozstąpić.

Na scenie Pyramid w Glastonbury wyłonił się zza kulis jakiś człowiek w czarnej bluzie z kapturem i nonszalancko zarzuconym na szyję szaliku. Na ramieniu miał gitarę elektryczną. Te 180 tysięcy ludzi tłoczących się na polu, by go zobaczyć, doskonale znało kawałek, który się właśnie rozpoczął. Były to gitarowe akordy otwierające „Wonderwall” z repertuaru Oasis. Z początku poruszał tylko ustami, ale ostatecznie zdecydował się na niedbałą, acz hałaśliwą próbę śpiewu: „Today is gonna be the day that they’re gonna throw it back to yeeeeooooow…”. Po pierwszej zwrotce, odegranej przez gitarzystę z akompaniującego zespołu, dołączyła reszta instrumentów. Frontman wtórował teraz swoim zawodzeniem najlepiej jak umiał, a tłum podchwycił sławny refren. Być może niektórzy z uczestników pomyśleli wówczas, że ustąpił pod presją, skłonił się przed tradycją Glastonbury i przekwalifikował na rock dla potrzeb tego wieczoru.

A wtedy, gdy refren ucichł w ślamazarnej kodzie, Jay-Z upuścił gitarę i zamachał ramionami na znak, żeby przerwano podkład. Przez chwilę mierzył okiem bezkresny tłum, próbując się zorientować, czy w powietrzu pachniało uwielbieniem czy linczem. Doszedłszy do wniosku, że oznak uwielbienia nie brakuje, postanowił przemówić. 

Chcę tylko powiedzieć, że… – krzyknął i wskazał na swojego didżeja, który pospieszył z uzupełniającym zapowiedź podkładem: „Jeśli masz problemy z dziewczyną, to żal mi cię, synu…”.

Zareagowano na to rykiem, jak gdyby waliła się jakaś bariera.

Kiedy Jay-Z zaatakował Glastonbury surową i urzekająco gniewną interpretacją „99 Problems”, muzyczny krajobraz pękł, zachwiał się w posadach i odmienił na zawsze. Z początku wieść o kiepskiej sprzedaży biletów oraz rozczarowanie fanów i przedstawicieli tradycyjnego rocka – decyzją organizatorów, Emily i Michaela Eavisów, żeby zwerbować rapera w charakterze głównej atrakcji sobotniej nocy – zdawały się ugruntowywać uprzedzenia (przeważająco białego) rockowego środowiska, a także nieufność i poczucie odrębności od (przeważająco czarnego) hip-hopowego światka. Wtedy Jay-Z, najwspanialszy samozwańczy raper pod słońcem, podporządkował sobie festiwal za sprawą kilku energicznych rap-rockowych akordów, z miejsca wyzwalając zarazem popkulturę. Dwa pozornie sprzeczne ze sobą nurty zderzyły się z takim impetem, że doszło do zespolenia. Rockowy mainstream Wielkiej Brytanii objawił swoją aprobatę – a co tam, uwielbienie – dla najświetniejszego światowego hip-hopu, a Jay-Z potwierdził przy tej okazji uniwersalny charakter swojego międzygatunkowego statusu i autorytetu. Wprawdzie hip-hopowe płyty sprzedawały się w milionowych nakładach przez całe dekady, ale koncerty nie miały formatu i doniosłości wielkich wydarzeń, za jakie uważano występy rockowych dinozaurów. Choć ci ostatni zdawali się tłamsić nowe gatunki i młode pokolenia artystów, nie pozwalając im na zakosztowanie stadionowej chwały, Jay-Z rozprawił się wreszcie z ograniczającymi rap uprzedzeniami. Podczas Glastonbury w 2008 roku nie było już więc żadnego „my i oni” – jak to widział Noel. Teraz sprowadzało się to tylko do „nas”. A my owe „nas” uwielbialiśmy.

Uważam, że to piękne – powiedział Jay-Z, gdy spytałem go rok później o jego rolę w wywindowaniu hip-hopu do równie imponującego statusu, jakim cieszył się rock. – Nie chodzi tu o rap, bo kocham też muzykę rockową, ale uważam, że to piękne i fantastyczne. To uczy pokory, bo gdybyś spytał mnie dziesięć lat temu, czy dotarłbym na swoją obecną pozycję, pewnie odpowiedziałbym, że osiągnąłbym połowę albo i ćwierć z tego, co osiągnąłem i zrobiłem. Ale nie jestem przez to zblazowany – lubię to, kocham i cały czas doceniam.

 

* * *

 

Wydarzenie to było dla Jaya-Z kulminacją 30 lat walki z ograniczeniami. Obalał wyobrażenia na temat perspektyw kariery biednego dzieciaka z ubogiej dzielnicy. Odsłaniał też możliwości skryte w muzyce rap i poszerzał jej kulturowy zasięg. Nawiązywał do swojej niesamowitej historii, niemożliwej – zdawałoby się – wędrówki przez życie w niezliczonych tekstach, bez względu na to, czy zamierzał budzić aspiracje, podziw, szacunek i empatię, czy prowokować do weryfikacji społecznych uprzedzeń. Opowiadał więc o swoich początkach jako pozbawione ojca dziecko ubóstwa – kolejna statystyczna ofiara podłego osiedla, której przeznaczeniem było zwykle więzienie lub cmentarz jeszcze przed 21. rokiem życia. Mówił też o tym, jak został nieuchronnie wciągnięty w świat przestępczy, gdyż widział w nim jedyną szansę na ucieczkę czy przetrwanie. Jak przyniosło mu to jego najwcześniejszy, bardzo uzależniający przedsmak bogactwa, ale i pierwsze zetknięcia ze śmiercią i aresztem śledczym. Jak jego nastoletni, niepodrabialny talent raperski ocalił mu życie, odmieniając zarazem oblicze gatunku. A wreszcie, jak dzięki swojej ogromnej popularności i stanowczej, natchnionej przedsiębiorczości stanął na czele olbrzymiego multimilionowego imperium, awansując na przyjaciela prezydentów i rapera, który osiągnął bezprecedensowy sukces w historii popkultury. Sprzedał bowiem 50 milionów egzemplarzy swoich albumów, zgromadził majątek o wartości 450 milionów dolarów, zdobył 13 nagród Grammy i pobił rekord jako solowy artysta o największej liczbie albumów numer jeden. Prześcignął w ten sposób samego Elvisa, nie dorównując jedynie Beatlesom. A do tego udało mu się stworzyć jedną z najbardziej wpływowych i uwielbianych na całym świecie sławnych par, jako partner olśniewającej i wyjątkowo utalentowanej kobiety ze środowiska muzycznego.

Ale opowieść o Jayu-Z nie ogranicza się bynajmniej do tych zawrotnych liczb. Traktuje ona o dążeniach, determinacji i nieustannych wysiłkach, by poprawić swoją sytuację, a także sytuację swojej rodziny, muzyki, rasy i kultury. O bogatych, poetyckich słowach i rymach, które trafiają prosto do serc ulicznych biedaków, niosąc im nadzieję na życie wśród luksusu, a zarazem stopniowo otwierają oczy mainstreamu na uczucia, niedole i człowieczeństwo skryte za doniesieniami o zbrojnej przestępczości i narkotykowych gangach. O rozkuwaniu społecznych kajdanów, sprzeciwianiu się własnemu przeznaczeniu i nieskrępowanym poszerzaniu horyzontów życia, miłości i muzyki. O tym, że nie można spocząć, póki człowiek nie osiągnie wszystkiego, na co go stać i nie doczeka się całej sprawiedliwości i szacunku, na jakie zasługuje on sam oraz ci, w imieniu których przemawia.

Ale jest to zarazem opowieść o awansie hip-hopu, z osiągającego wprawdzie platynowe nakłady, ale elitarnego, niszowego gatunku do szeroko rozpowszechnionego fenomenu z czołówek list przebojów, który owocuje dziś widowiskami o rozmachu godnym gigantów popu i rock nad rolla. A także o człowieku, który walczył o ten awans, przewodząc szarży na pierwszej linii frontu. Będą tu strzelaniny i walki na noże. Będą kłótnie i nieporozumienia, rozpad przyjaźni i utrata bliskich. Będzie tyle koki, gliniarzy, zdrad, uraz i zatargów, że można by zapełnić nimi tuzin sequeli do „Człowieka z blizną”. Ale esencją tej historii pozostaje sama muzyka, nierzadko epokowa, i jej niebywały wpływ na kształt popkultury.

Okej, przeładowaliśmy1. Pora więc ukoronować nowego Króla Ameryki.

  1. Aluzja do zawołania „Okay, I’m reloaded!” ze wstępów do utworów „Brooklyn’s Finest” i „Intro/A Million And One Questions/Rhyme No More” w wykonaniu Pain In Da Ass, który nawiązuje z kolei do kwestii Ala Pacino z filmu „Życie Carlita” (przyp. tłum.). Uwaga: Jeżeli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy w tekście pochodzą od Autora. ?

Szkoła tęgich batów

Ujrzałem diabła w twoich oczach / Mętnych od trawy i czegoś jeszcze / Zbity z tropu zamknąłem swoje młode oczy i nacisnąłem spust… – Jay-Z, „You Must Love Me”

Pistolet szarpnął chłopięcą dłonią. Mały naoglądał się już dość programów o glinach i widział tyle paradujących z pukawkami dzieciaków z gangów w okolicach Marcy, że wiedział, jak trzymać broń. Ba, zaledwie dwa lata wcześniej był nawet świadkiem zabójstwa jednego z miejscowych. Teraz jednak miał przed sobą własnego brata, Erica, którego oczy o źrenicach rozszerzonych koką rzucały rozhisteryzowane spojrzenia, wargi drżały, a palce nerwowo majstrowały przy biżuterii. I choć silił się na ton spokojny, lecz stanowczy, choć starał się powiedzieć mu, że miarka się przebrała, że musi przestać kraść, że ma oddać mu pierścień albo będzie strzelał, zadrżała mu ręka.

Wstrząs musiał być na tyle wyczuwalny, że dziecko zacisnęło z całych sił powieki i wystrzeliło, by ratować życie brata.

Nikt nie zwrócił jednak uwagi na odgłos, który dobiegł z mieszkania 5C, przetaczając się po podwórkach Marcy, przez labirynty chodników i zaśmiecone klatki schodowe. Nie przyprawił on narkomanów na pobliskich ławkach o silniejsze niż zwykle drgawki, a dla dilerów zaprzątniętych grą w kości pod brudnymi od tagów ścianami był po prostu typowym elementem ulicznej kakofonii. Bądź co bądź, strzały słyszało się na brooklyńskich osiedlach codziennie. Dzieciaki normalnie przy nich zasypiały, a gangsterska brać odnotowywała je niejako mimochodem: ot, kolejny ziomal kopnął w kalendarz. W przepojonych koką latach 80. to właśnie w ich rytm tętniło życie w Bed-Stuy.

Na wpół ogłuszony wystrzałem chłopiec otworzył oczy. Szok sprawił, że upuścił broń, podczas gdy jego brat złapał się za pulsującą na ramieniu ranę, zatoczył i upadł. W tej chwili Shawn Carter doznał nagle uczucia, że wrota jego krótkiego życia zatrzasnęły się za nim1. Nie planował wcale strzelać do Erica, który był od niego starszy zaledwie o cztery lata. Pistolet załatwił mu znajomy – a była to łatwa zdobycz, przy wszechobecności broni na osiedlu – jedynie po to, żeby pomachać mu nim przed oczami. Chciał wystraszyć go na tyle, by przestał okradać własną rodzinę w celu podtrzymania kokainowego nałogu. Choć Shawn był najmłodszym z klanu Carterów gnieżdżących się pod 5C, zarówno długotrwała nieobecność ojca, jak i uzależnienie brata sprawiły, że czuł się głową rodziny. Uznał, że opieka nad matką i dwiema siostrami to jego obowiązek. Eric brał mnóstwo prochów – zwierzał się później Oprze Winfrey, jak czyniło to przed nim wiele innych zbłąkanych dzieci ubogich osiedli. – Wykradał z domu to i owo. Byłem co prawda najmłodszy, ale wydawało mi się, że to ja muszę ich wszystkich chronić z1. A teraz, po tym jednym nazbyt gwałtownym drgnieniu palca na czułym cynglu, objawiła mu się wizja przyszłości wśród krat i cięgów, przyszłości jednego z tych nieprzeliczonych petentów żebrzących o warunkowe zwolnienie, jakich regularnie przeżuwała paszcza amerykańskiego systemu penitencjarnego.

Kiedy wyciągnięty na oddziałowym wózku Eric znalazł się na korytarzu pobliskiego szpitala, nie wzbudzając zresztą większej sensacji niż inne ofiary osiedlowych strzelanin, przerażony Shawn schronił się w mieszkaniu kolegi. Myślałem, że moje życie się skończyło – powiedział po latach. – Myślałem, że pójdę siedzieć już na zawsze z2. Przed sobą miał bezsenną, przepełnioną strachem noc, której godziny przeciągały się na podobieństwo długiego i samotnego żywota. Gdy jednak zadzwonił wreszcie w jego sprawie telefon, nie był to ani komisarz policji z wezwaniem na przesłuchanie, ani też pracownik opieki społecznej z projektem najbardziej ponurej z możliwych wersji jego przyszłości. Przekazano mu jedynie, że skarga nie zostanie wniesiona, a brat chętnie ujrzy go przy swoim szpitalnym łóżku. I właśnie tam Eric, pełen skruchy i skłonny do pojednania, przeprosił za swoją słabość, za uzależnienie i kradzieże, za tego stwora, w którego przeistoczyła go kokaina. I stał się mężczyzną.

Młody Shawn Carter siedział przy łóżku brata z uczuciem ulgi, choć i wstrząśnięty zarazem. Dostał cenną, choć niebezpieczną nauczkę – że czasem można zrobić coś okropnego zupełnie bezkarnie. Wszak już niewiele lat później będzie wieść swój żywot w myśl założenia, że zbrodnia popłaca, a niedole Erica wytyczą szlak jego własnej wędrówki przez młodzieńcze lata. Jego życiem również zawładnie koka, z tym że doświadczenie to będzie mieć wymiar bardziej komercyjny. Co więcej, strzelając do brata, Shawn po raz pierwszy dał nura w głąb najmroczniejszych czeluści swojej jaźni. Odkrywszy drzemiący w niej gniew i żądzę wymierzania kary, zaznał przedsmaku zmarnowanego życia, do jakiego emocje te mogły go doprowadzić. A może – jak mógł wówczas mniemać – zdołał odgrodzić się od swoich co nikczemniejszych myśli i powołać do życia nową osobowość? Towarzyszącą Shawnowi Carterowi postać, która by mogła obnażać i zgłębiać zarówno panoszące się wokół niego w osiedlowych zaułkach niedole i przemoc, jak i skryte w nich frustracje, ekstrawagancje i lęki. Postać, która pomogłaby mu zrozumieć śmierć wuja, dezercję ojca, rozpad otaczającego go świata, a także przyszłość, wraz ze wszelkimi upadkami i wzlotami, jakie może ona przynieść.

Takie alter ego, nawet kogoś anonimowego. Albo supergwiazdę.

Nazywaliby go Jayem-Z. I pewnego dnia to do niego należałby świat.

 

* * *

 

Gloria Carter i Abnis Reid spłodzili mnie / Gdy w cieniu figowca kochali się / Toteż figlarny MC ze mnie dziś jest. – Jay-Z, „December 4th”

Znacznie więcej strzałów dobiegło z mieszkania nr 2337 przy West Monroe Street w Chicago 4 grudnia 1969 roku o 4:45 rano. Pierwszy z nich ugodził i z miejsca uśmiercił niejakiego Marka Clarka, który ze strzelbą na kolanach pełnił wartę przy drzwiach. Podczas całego nalotu FBI jedyną kulą, jaka pochodziła z broni obecnych tam członków ugrupowania Czarnych Panter, była ta, którą umierając, Clark wystrzelił odruchowo.

Następna seria obrała za cel ciało Freda Hamptona, świeżo mianowanego szefa sztabu i rzecznika Partii Czarnych Panter, który drzemał, tuląc się do swojej ciężarnej dziewczyny. Nieco wcześniej tego wieczora została ona odurzona barbituranami przez wtyczkę FBI wewnątrz Panter – niejakiego Williama O’Neala. Kiedy przypuszczający atak agenci stwierdzili, że po tej pierwszej serii Hampton wciąż żyje, jeśli wierzyć doniesieniom świadków, nieprzytomna nadal ofiara została dobita dwoma bezpośrednimi strzałami w głowę.

U schyłku lat 60. Czarne Pantery były ugrupowaniem kontrowersyjnym. Jako bojowy organ amerykańskiego ruchu na rzecz praw obywatelskich, oddany walce z policyjną przemocą wobec Afroamerykanów oraz egzekwowaniu praw czarnych, organizacja ta cieszyła się na ulicznych zgromadzeniach sporą popularnością wśród ubogich i poniewieranych czarnych mniejszości. Jednak stosowanie przemocy wobec policji i rewolucyjna retoryka uczyniły z niej utrapienie dla administracji Johna Edgara Hoovera. Stała się budzącym lęk, niebezpiecznym wrogiem establishmentu i niejako zarysem gangsterskiej subkultury, do której zdławienia prezydent usilnie dążył.

Wybór Hamptona na kozła ofiarnego nie był jednak najszczęśliwszym posunięciem. Ponieważ jego kryminalna przeszłość ograniczała się głównie do drobnych kradzieży, a prowadzenie przezeń przykościelnych kursów o tematyce politycznej świadczyło na jego korzyść, uważany był on powszechnie za człowieka uczciwego i usposobionego pokojowo. Jego śmierć diametralnie odmieniła więc opinię publiczną. W poświęconej mu mowie pogrzebowej Jesse Jackson utrzymywał, że gdy zastrzelono Freda w Chicago, w szczególności dotknęło to ludzi czarnych, a w ogóle ludzi po prostu przyzwoitych. Po latach dzień 4 grudnia ustanowiono nawet w Chicago Dniem Freda Hamptona. A William O’Neal, świadom roli, jaką odegrał w zajściu, popełnił samobójstwo. Bez względu jednak na to, czy Czarne Pantery można obarczyć winą za rozkwit gangów w USA, zabójstwo Freda Hamptona z pewnością uczyniło z tego ugrupowania ruch kontrkulturowy, który miał budzić respekt w niejednym buntowniczym i gniewnym amerykańskim sercu. Zarówno Public Enemy, KRS-One, jak i Tupac Shakur będą później powoływać się na Czarne Pantery oraz ich hasło „Walcz z władzą”. Można by zatem rzec, że ziarno XX-wiecznego rapu zostało zasiane w owych ponurych i krwawych godzinach porannych 4 grudnia 1969 roku.

A wiele lat później, parę godzin po świcie i ponad 1100 kilometrów dalej na wschód, narodził się rap wieku XXI.

Tego właśnie dnia przyszedł na świat Shawn Corey Carter. Uczynił to tak sprawnie, że mimo swoich ponad czterech i pół kilo nie przysporzył matce bólu, co Gloria miała później potwierdzić w piosence. Wtedy zaś wyczuła, że ten czwarty i najmłodszy owoc jej związku z Adnisem Reevesem2 zostanie kimś wyjątkowym. Podobnie jak jego starszy brat Eric i dwie siostry, Michelle i Andrea, mały Shawn został przyjęty na łono kochającej, rygorystycznie religijnej rodziny.

W tamtym okresie cała szóstka mieszkała u rodziców Adnisa w dzielnicy Bedford-Stuyvesant na Brooklynie. Ponieważ dziadek Shawna ochrzcił syna własnym imieniem, pociągało to za sobą konieczność tytułowania tego ostatniego mianem Adnisa Juniora bądź AJ. Adnis Senior był kaznodzieją w miejscowej siedzibie zielonoświątkowego Kościoła Bożego w Chrystusie, gdzie udzielała się również jego małżonka Ruby, słowo Boże miało więc niebagatelny wpływ na klan Reevesów i Carterów. Wychowany w duchu surowego chrześcijaństwa ojciec Shawna spędzał niemal cały swój wolny czas w świątyni rodziców, mając szlaban na puszczanie w domu muzyki pop. Mimo tego zakazu AJ i Gloria wyrośli na zagorzałych jej wielbicieli, kolekcjonując piętrzące się skrzynki pełne analogów ze wszelkimi dźwiękami w stylu soul, Motown, R&B czy jazzowym, jakie tylko udało im się znaleźć. Teraz potrzebowali jeszcze tylko własnego kąta, żeby móc je odtwarzać.

Te pięć lat, które Shawn Carter spędził pod dachem dziadków, wydawało się sielanką. Wzorem ojca wychodził on naprzeciw rodzicielskim oczekiwaniom, regularnie uczęszczając do kościoła. Do swoich najwcześniejszych wspomnień zalicza zatem zielonoświątkowe msze z udziałem pełnych werwy doboszy, żarliwych chórzystek i wiernych targanych przystępami glosolalii bądź świętego opętania. Po powrocie do domu wcinał taniego kurczaka niczym królewski gość na średniowiecznym bankiecie, nie zdając sobie sprawy, że już od dawna potrawa ta miała status powszedniej pożywki biedoty. Ilekroć pozwalano mu włóczyć się po osiedlu, zatracał się w dziecięcych rojeniach o życiu pełnym przygód i chwały. Kiedy wraz ze swoimi ówczesnymi druhami natknął się na porzuconą na ulicy łódź, towarzystwo zbierało się w niej co dnia, by pozwalać płynąć wyobraźni. A w wieku czterech lat był już kimś w rodzaju miejscowej supergwiazdy.

Podczas gdy większość okolicznych dzieciaków niepewnie balansowała jeszcze na trójkołówkach bądź podpierała się bocznymi kółkami, po całym Bedford-Stuyvesant rozniosła się fama o fenomenie Rowerowego Brzdąca. To niewiarygodne widowisko, te cyrkowe niemal wyczyny ściągały tłumy gapiów. Szkrab, który wdrapywał się na 10-biegowy pojazd, nie mógł nawet dosięgnąć obu pedałów naraz. Trąciwszy jednak nogą łańcuch, umieszczał ją następnie pod ramą dla zachowania równowagi i nadania kierunku, po czym ruszał, chwiejąc się ryzykownie na siodełku niczym kaskader z westernowego rodeo. Kiedy ów najmniejszy showman świata zasuwał ulicami, towarzyszyły mu owacje. I całe Bed-Stuy zgodnie przyznawało, że chłopak ma niewątpliwy talent.

Ale nawet w tak młodym wieku Shawn nie był chwalipiętą. Pobożni dziadkowie zaszczepili w nim nie tylko rodzaj pokory i skromności, ale i powściągliwość w wyrażaniu uczuć. Nie jestem typem człowieka, który potrafi usiąść i mówić o tym, co czuje – miał później wyznać. – Wychowanie nauczyło nas tłumienia silnych emocji z3. Pewnego dnia po latach odkryje satysfakcjonującą formę terapii, która pomoże mu zwalczyć tę skłonność do małomówności; odnajdzie sposób na wyrażanie uczuć na całego. Na razie jednak – i na oczekujących jeszcze wyboistych ścieżkach lat, w których kształtowała się osobowość Shawna – definiować go miał i trawić introwertyzm.

No i jeszcze ten nowy ponury świat, który miał go wkrótce wchłonąć.

 

* * *

 

W 1974 roku osiedle Marcy było dżunglą bloków z czerwonej cegły. Kiedy już ktoś znalazł się w tym swoistym więzieniu, niełatwo było się zeń wydostać.

Wielu jednak próbowało, szukając najprzeróżniejszych dróg ucieczki. Jedni nabywali bilety na codzienną podróż w zapomnienie od dilerów, którzy obstawiali większość okolicznych zaułków i skrzyżowań. Podróż ta upływała im w stanie połowicznej śpiączki na osiedlowych ławkach. Inni szukali wolności, skacząc z okien podczas policyjnych nalotów. (Okna były oznaczone numerami od strony ulicy, aby ułatwić policji obstawienie wszystkich możliwych wyjść i zlokalizowanie ewentualnego sprawcy). Jeszcze inni – w miarę rozrostu zbrojnej przestępczości, handlu narkotykami i gangsterskiej subkultury – wymeldowywali się w kajdankach bądź workach na zwłoki.

Shawn opisywał później Marcy i inne podobne mu ubogie siedliska jako olbrzymie enklawy zakładane zwykle na jakimś wygwizdowie, które projektowano w celu magazynowania istnień ludzkich. Te 27 sześciopiętrowych bloków górujących nad stacją metra dla linii J i Z przy brooklyńskiej Marcy Avenue składało się na olbrzymi kompleks, który wybudowano w 1949 roku na miejscu starego holenderskiego wiatraka. Przedsięwzięcie to miało zapewnić dach nad głową ponad 4000 mieszkańców, wśród których znaleźli się Afroamerykanie, Portorykańczycy, Arabowie i Chińczycy, ale nie – co ciekawe – biali. Okolicę cechowała bezwzględność kolonii karnej, a kiełkujące w niej nadzieje i ambicje były równie intensywne.

Rodzina Reevesów i Carterów wprowadziła się do mieszkania 5C, kiedy Shawn miał pięć lat. Malec dzielił wprawdzie pokój z bratem Erikiem, ale nowe osiedle wydawało mu się z początku przestronnym placem zabaw. Kiedy przyswoił sobie zagmatwany rozkład zaniedbanych korytarzy i kiepsko oświetlonych chodników między blokami z czerwonej cegły, ganiał po cuchnących zaułkach wraz z kolegą z przeciwka, DeHavenem Irbym, niczym szczur po labiryncie. Odkrył mroczne kąty i zakamarki służące mu za kryjówki oraz miejsca potajemnych spotkań. Miażdżył z uciechą okruchy szkła połyskujące na placach zabaw i boiskach do koszykówki. Obserwował dilerów rzucających banknotami podczas gry w kości i spychał nieprzytomnych nałogowców z ławek, po czym zaśmiewał się na widok ich przedwczesnych pobudek. W tym świecie pełnym niebezpieczeństw i niedostatku Shawn Carter w słodkiej nieświadomości figlował na całego.

Marcy Houses było dla Shawna nową krainą, której prawie nie opuszczał. Ponieważ metro docierało jedynie do dzielnicy Queens, a do Manhattanu już nie, centrum Nowego Jorku wydawało mu się miejscem bardzo odległym, które podziwiać mógł jedynie podczas szkolnych wycieczek. Ale i samo mieszkanie roztoczyło przed nim nieznane dotąd szerokie horyzonty – zwłaszcza jeśli chodzi o świat dźwięków. Wyzwoliwszy się z jarzma muzycznych ograniczeń Adnisa Seniora i Ruby, Gloria i AJ rzucili się w wir gromadzenia zalewających lokum płyt winylowych. W każdy weekend rodzina sprzątała pokoje, kołysząc się w takt soulu w wykonaniu Marvina Gaye’a, Donny’ego Hathawaya, The Blackbyrds, Average White Band czy Vana McCoya & The Soul City Symphony. Późnym wieczorem impreza rozkręcała się na całego, a muzyka płynęła z gramofonu lub magnetofonu szpulowego, który kolebał się na stercie desek i skrzynek w salonie. Młody Shawn wymykał się wówczas ze swojego pokoju w piżamie, by kucając przy drzwiach, przypatrywać się tańczącym dorosłym i chłonąć tkliwe i natchnione dźwięki z repertuaru The JacksonFive, Love Unlimited Orchestra, The Commodores, Jamesa Browna i Tavares. Kiedy tak siedział w ciemnościach, kołysząc się, czuł, jak muzyka przenika go na wskroś, upojonego słodyczą głosów i uwodzicielskimi rytmami.

W późniejszym okresie lat 70. Gloria i Adnis zaczęli też puszczać muzykę, która miała wywrzeć na Shawna bardziej bezpośredni wpływ. Mama miała też płyty z rapem – twierdził. – Kinga Jamesa 3rd, Jimmy’ego Spicera… Czasem słuchałem potajemnie płyt Richarda Pryora, na których sporo bluzgał. Ala Greena… Nasz dom był taką okoliczną siedzibą imprez, wypchaną po brzegi płytami… Prawie się w nim nie mieściły! z5

W tamtym okresie rap – podobnie jak sam Shawn – znajdował się we wczesnej fazie rozwoju. W dzielnicy Bronx coraz większą popularność zyskiwały tak zwane block partie, czyli uliczne imprezy, a DJ Kool Herc i Coke La Rock uprawiali już improwizację na tle beatów zaczerpniętych z płyt funkowych i soulowych. W 1976 roku powstał wczesny raperski kolektyw, Funky Four Plus One, podczas gdy założona przez didżeja Afrika Bambaataa formacja Universal Zulu Nation, a także Melle Mel & The Furious Five, Kurtis Blow i Grandmaster Flash cieszyli się rosnącym uznaniem i sławą wśród rozkwitającej na nowojorskich ulicach raperskiej sceny. Wprawdzie w podziemiu hip-hop przeżywał boom, wciąż jednak rzadko docierał do świadomości – oglądającego wówczas mainstreamowy telewizyjny show „Soul Train” – siedmioletniego Shawna Cartera, wyjąwszy nagrania, na które chłopiec trafiał, szperając ukradkowo w rodzicielskiej kolekcji. Poza tym malec fascynował się wtedy głównie Michaelem Jacksonem, którego piruety naśladował z zacięciem przy dźwiękach „Enjoy Yourself” i „Dancing Machine” The Jacksons z Michelle i Andreą w charakterze podkładu – taki miniaturowy gwiazdor w poszukiwaniu estrady.

W szkole podstawowej Shawn dał się poznać jako dziecko bystre i pełne zaangażowania. Ponieważ wywodził się z rodziny o sportowych zamiłowaniach – Eric miał zostać w college’u asem koszykówki, a w pokoju dziennym zainstalowano nawet kosz – grywał w małoligowej drużynie bejsbolowej. Twierdził też, że ma fotograficzną pamięć i nierzadko przewyższał intelektem kolegów z klasy jako rzadki na Brooklynie przypadek dziecięcego geniuszu. Doszło nawet do tego, że w szóstej klasie poddano go testom przeznaczonym dla klasy dwunastej. Większość najistotniejszej dla siebie edukacji chłopiec zyskał jednak na ulicy.

Jego ojciec, Adnis, był człowiekiem troskliwym. Poświęcał synowi wiele uwagi, starając się, by ten wykształcił w sobie intuicję i dbałość o szczegóły, które potrzebne mu będą do przetrwania na pełnym pułapek, bezlitosnym osiedlu. Nauczył Shawna gry w szachy, co miało zapewnić mu umiejętności planowania strategii, utrwalić w nim tendencję do wybiegania myślą naprzód. A w niektóre weekendy zabierał go do samego obskurnego serca Manhattanu – na Times Square w tym wyjątkowo odstręczającym wydaniu, w jakim plac jawił się w latach 70. – żeby obserwował. Polecał mu śledzić wzrokiem alfonsów, gangi, dziwki i włóczęgów – cały ten kipiący brud – i przywoływać to następnie w pamięci. Przy steku z frytkami w taniej knajpie Lindy’s przy Pięćdziesiątej Trzeciej ulicy Adnis kazał na przykład Shawnowi przypatrywać się przechodniom na chodniku za oknem i odgadywać rozmiary ich ubrań. A podczas powrotnego spaceru do metra nalegał, żeby syn wskazywał drogę, co miało go nauczyć przywództwa i odpowiedzialności. Później zaś indagował go na temat sformułowań z wystawowych wywieszek czy stroju mijanych przechodniów. Przyuczał Shawna, żeby zawsze miał oczy otwarte; by był świadom otoczenia, od czasu do czasu zerkając zarazem za siebie. Zupełnie jakby Adnis przewidywał, że jego synowi przyjdzie zmagać się z życiem najeżonym zasadzkami i agresją, dzielił się z nim umiejętnościami, dzięki którym chłopak mógłby się obronić.

Ojciec i syn byli ze sobą bardzo zżyci.

Shawn rychło skierował swój świeżo wyostrzony zmysł obserwacji w stronę otaczających go ciemnych mocy, co pozwoliło mu ujrzeć osiedlowe życie w nowym, a złowieszczym świetle. Zauważał teraz mężczyzn w kosztownych samochodach, wyróżniających się fasonem i dostatkiem, które odbiegały od skromnych standardów osiedlowej menażerii. Wiedział już, że to dilerzy; być może dostrzegał w nich nawet szansę na własną ucieczkę. Za sprawą dziennika „New York Post” zaznajomił się też z fascynującą postacią Vinniego Gigante, zwanego Dziwacznym Ojcem Chrzestnym. Był to znany mafioso, którego uważano za szalonego i nieszkodliwego ramola, ponieważ fotografie ukazywały go zwykle, jak przemierzał ulice Nowego Jorku w szlafroku i rannych pantoflach, mrucząc coś pod nosem. W rzeczywistości jednak postać ta była elementem wymyślnego fortelu. Choć Gigante wspiął się na wyżyny władzy i wpływów w amerykańskim światku przestępczym, przez całe lata 70. zdołał uniknąć podejrzeń i skazania, ponieważ uznawano go za zbyt niezrównoważonego psychicznie, by mógł stanąć przed sądem3. Shawn dostrzegł dzięki niemu wyjątkowe korzyści, jakie może dać udawanie kogoś, kim się nie jest.

Miewał też jednak doświadczenia, które wzbudzały w nim nieufność. Pewnego razu, 4 grudnia, siedział na ławce na Brooklynie, gdzie umówił się z ojcem na spotkanie, które upłynąć miało pod znakiem urodzinowych prezentów i ćwiczeń obserwacji. Minęła godzina, a Adnisa ani śladu. Gdy zrezygnowany Shawn ruszył wreszcie w drogę powrotną, kuląc się w zimowym chłodzie z podniesionym kołnierzem kurtki, nie dawało mu spokoju nowe spostrzeżenie na temat ojca.

Być może nie był to najlepszy przykład człowieka, na którym można polegać.

 

* * *

 

1979 to rok, kiedy zmarł Benny, a Slate zaczął żyć na całego.

Marcy ulegało przeobrażeniom, zmieniało swój charakter, zyskując na agresywności. Shawn Carter czuł to w powietrzu; dostrzegał w rozbieganych oczach nałogowców i w napięciu dłoni, które dilerzy trzymali teraz w pobliżu kabur. Osiedla zaczęła zalewać broń palna, gangi coraz częściej uciekały się do brawury i odwetu, a żniwo śmierci było coraz większe. Chodzenie po tej okolicy to była kwestia życia lub śmierci – wyznał później Shawn, który tego właśnie roku stanął twarzą w twarz z obiema stronami owej odwiecznej monety.

Benny był facetem, który zabierał dzieciaki z Marcy na grę w bejsbol. Młodzi podopieczni tego powszechnie lubianego gościa o wyjątkowej smykałce do piłki utrzymywali, że trafi do dużej ligi, jeśli tylko wyłapie go jakiś łowca talentów. To właśnie jego ujrzał pewnego razu Shawn wraz z grupą kolegów, gdy ścigany przez kogoś pędził osiedlowymi chodnikami. Przeczuwając drakę – jakiś spektakularny pojedynek, być może walkę na pięści – podekscytowany chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty, do pobliskiej klatki schodowej.

To, co tam ujrzeli, nie było jednak wcale zabawą.

Powstrzymał ich głuchy huk, który sprawił, że przestali chichotać i poczuli suchość w ustach. Ścisnął im gardła, przeszywając zimnym dreszczem lęku i mdłości. Po drugiej stronie korytarza Benny runął na podłogę. Wprawdzie Shawn często słyszał strzały z daleka, ale nigdy dotąd nie widział bezpośrednio ich następstwa.

Benny był pierwszym człowiekiem, który zmarł na jego oczach4.

Za to Slate był pierwszym dzieciakiem, który w jego odczuciu naprawdę żył.

Choć śmierć Benny’ego sprawiła, że Shawn zachowywał teraz większą ostrożność podczas swoich osiedlowych peregrynacji – nie palił się już do tego, by pędzić w kierunku ulicznych zgromadzeń w poszukiwaniu sensacji – skusiła go jednak muzyka. A konkretnie krąg znajomych, dzieciaków jeszcze, które w letnim upale klaskały i pokrzykiwały w takt beatów deep funka. Było tam też miejsce dla słów, które wypluwano w formie agresywnych rymów, obdarzonych własnym życiem, poetyką i rytmem. Shawn przedarł się zatem przez las pleców do centrum gromadki, gdzie znajdował się Slate – nieobcy mu chłopak z Marcy, którego dotąd praktycznie nie zauważał. Z tym że nie był to wcale ten Slate, jakiego ledwie znał, a istna supergwiazda.

Shawn pamięta tę scenę bardzo wyraziście: Był odmieniony, jak te kobiety z kościoła pod wpływem Ducha Świętego, a cała reszta była zahipnotyzowana. Rymował, wyrzucając z siebie po dwie linijki, jakby był w transie… Przez pół godziny nadawał prosto z głowy, ani razu nie mijając się z rytmem, zgrywał się z każdym klaśnięciem… Miałem wrażenie, że przyglądam się jakiejś walce.

Shawn był szczerze zauroczony widokiem tej metamorfozy, która na jego oczach przeobraziła skromnego dzieciaka w otaczanego uwielbieniem bohatera – i to wyłącznie dzięki potędze słów. Slate rapował o pospolitych sprzętach, jakie widział wokół siebie, komentował dostrzeżone wśród tłumu podniszczone trampki lub dżinsy albo chełpił się po prostu własnym strojem, talentami i grą słów, a publiczność czciła go za to, całkowicie wierząc jego naprędce skleconym przechwałkom, że jest najlepszym autorem rymów w całym Nowym Jorku. I właśnie tam, w sercu tego zgrzebnego koncertu, Slate był najsłynniejszym dzieciakiem w Marcy.

A Shawn, który przyglądał mu się z rozdziawioną gębą, zrozumiał, że i on może być sławny.

Zaledwie kilka godzin później zabrał się więc do klecenia pierwszych wersów w kołonotatniku, a słowa wylewały się z niego niepowstrzymanym strumieniem. Ponieważ po paru dniach notatnik był już zapełniony, matka naprędce zrobiła mu prymitywny zeszyt, łącząc spinaczem kilkadziesiąt kartek. Kiedy i ten podzielił los poprzednika, sprawiła mu brulion z czystym papierem. Nie upłynęło wiele czasu, a każdy jego skrawek jawił się jako bazgranina tekstów na nienapisane jeszcze piosenki. Umysł Shawna działał jak maszyna. Poza tym cechowały go autentyczny talent i zapał do tej ognistej, autobiograficznej poezji, do utrwalania przełomowych momentów, osiągnięć i marzeń swojego młodego życia. Oto ni stąd, ni zowąd znalazł sposób na zrozumienie samego siebie, na samookreślenie.

Następnym krokiem miało być doprowadzenie tej nowej sztuki do perfekcji.

Życie pod 5C toczyło się teraz w rytmie klepania i przytupywania. Korzystając z parapetów, blatów kuchennych, biurek, materaców i wszelkich innych przedmiotów, Shawn wystukiwał swoje beaty rozbieganymi palcami i łomoczącymi pięściami. Eric, Michelle i Andrea budzili się w środku nocy, zerwani ze snu upartym, miarowym bębnieniem, które dobiegało z kuchni, gdzie ich brat podtrzymywał rytm danej nocy. Uskuteczniał te próby od chwili przebudzenia do momentu, gdy padał ze zmęczenia. Kiedy gnany pragnieniem zostania najbieglejszym raperem na osiedlu nie był akurat zajęty dopasowywaniem swoich rymów do rytmu czy ćwiczeniem trudnych do wymówienia wokalnych akrobacji, wertował słowniki w nadziei wzbogacenia słownictwa bądź szlifował płynność słowotoku, powierzając swoje dokonania nieporęcznemu magnetofonowi. Ilekroć przyszła mu do głowy jakaś fraza, gdy znajdował się poza domem, opierał zeszyt o uliczną latarnię czy ławkę, żeby ją zanotować. Ta nowa pasja rychło udzieliła się też jego szkolnym kolegom. Niektórzy zazdrościli mu nawet talentu, zaglądając ukradkiem do jego zeszytu i wykonując podpatrzone teksty jako własne. Właśnie dlatego Shawn zaczął się posługiwać drobniutkim pismem – zbyt małym, by inni byli w stanie je odczytać – i chować notatnik pod łóżkiem. Większość znajomych i bliskich podziwiała jednak po prostu jego pasję. Matka Shawna do tego stopnia wspierała nowe hobby syna, że (ku utrapieniu jego rodzeństwa, jak należy przypuszczać) kupiła mu przenośny magnetofon, dzięki któremu mógł się wprawiać wefreestylingu, czyli rapowanej improwizacji. Wtedy to właśnie przyjęła się jego nowa „raperska ksywa” – od dziewiątego roku życia znany był w najbliższym otoczeniu jako Jazzy.

W lipcu 1979 roku The Fatback Band wydali prekursorskie nagranie hip-hopowe „King Tim III (Personality Jock)”, a we wrześniu tego roku ukazała się na płycie piosenka, którą powszechnie uważa się za pierwszą przełomową płytę gatunku rap – „Rapper’s Delight” The Sugarhill Gang. To właściwe, nadal tkwiące w podziemiu środowisko hip-hopu krzywiło się na sukces utworu w pierwszej czterdziestce amerykańskiej listy, ponieważ nie był on produktem żadnego z uznanych pionierskich MC, a do tego miał charakter przelotnej atrakcji w porównaniu z ówczesnymi dokonaniami poważniejszych nowojorskich raperów. Piosenka zawładnęła jednak sercem Shawna i całego jego pokolenia, wraz z niejakim Russellem Simmonsem, który – zainspirowany jej powodzeniem – założył własną wytwórnię płytową, Def Jam. W 1979 roku hip-hop zyskał zatem międzynarodową sławę, ale rok poprzedni odegrał równie doniosłą rolę w ostatecznym stadium dojrzewania gatunku, a także w jego międzykulturowej masowej akceptacji.

W roku 1978 narodził się bowiem Jay-Z.

 

* * *

 

Samo jego imię wystarczało, by wśród gapiów zgromadzonych podczas raperskich bitew roznosiło się szemranie, przywodzące na myśl skrytość, z jaką szeptano niegdyś w miasteczkach Dzikiego Zachodu nazwiska słynnych bandytów. Jay-Z to dzieciak, który mógł mieć co najwyżej 14 lat, ale za to jaki talent! Był najszybszym raperem w Marcy – a może i w całym Nowym Jorku – i pluł rymami niczym serią z pistoletu maszynowego. I zdawał sobie z tego sprawę. Przy każdym starciu, do jakiego się włączał, powalał rywali, którzy w porównaniu z nim sprawiali wrażenie, jak gdyby dopiero co nauczyli się mówić. Równał ich po prostu z ziemią. Spokojnie przyjmował wszelkie rzucane przez przeciwnika pod swoim adresem drwiny, przechwałki i wyzwania, po czym, bam!, wypuszczał z siebie tyradę, której słowa tańczyły i podrygiwały niczym Muhammad Ali na ringu. Jego dłonie odmierzały tempo i rytm jak batuta dyrygenta, a mikrofon topniał. No i do tego nie ściemniał – chodziły przecież słuchy, że pewnego razu wpakował kulkę we własnego brata.

W połowie lat 80. te podwórkowe batalie w Marcy przeistoczyły się z kameralnych pojedynków z roku 1978 w iście gladiatorskie spektakle w zaimprowizowanych koloseach. Z rozgorączkowanymi tłumami w roli jurorów, potyczki słowne między zawodnikami nabierały nierzadko charakteru tak dosadnego i osobistego, że dochodziło do aktów przemocy. Zawodowi didżeje, podkradając z ulicznych lamp energię na użytek swojego sprzętu, ogłuszali obecnych dudniącymi beatami, od których niemal wybrzuszały się szyby w pobliskich oknach. To właśnie za sprawą tych imprez imię Jaya-Z rozprzestrzeniało się po okolicy w atmosferze podziwu i szacunku.

Ale mówiono też, że dzieciak ten doświadczył pewnej tragedii.

W 1980 roku do mieszkania 5C dotarła wieść, która miała ostatecznie doprowadzić do rozpadu rodziny. Podczas szamotaniny przed cieszącym się złą sławą brooklyńskim barem, w której brał udział brat Adnisa, a wuj Jazzy’ego, Ray, ktoś wyciągnął nóż. Wbił Rayowi ostrze po samą rękojeść, a ten zmarł w drodze do szpitala. Wprawdzie nazwisko sprawcy kipiało na ustach osiedlowej społeczności – całe miasto zdawało się je zresztą znać – ale nikt nie kwapił się, by wystąpić w charakterze świadka, toteż policja nic nie wskórała mimo licznych przesłuchań.

Adnis Reeves nie mógł jednak przejść do porządku dziennego nad czymś tak poważnym jak śmierć brata. Źle teraz sypiał, zaczął się kłócić z Glorią, a do tego dręczyła go obsesja, żeby dopaść mordercę Raya. Ludzie dzwonili w środku nocy i mówili, że taki to a taki jest tu czy tam – twierdził Jay-Z. – Więc tato wstawał, zabierał swój pistolet i wychodził, żeby znaleźć tego gościa… To był jego młodszy brat.

Pewnego dnia Adnis wybrał się na jedno z tych bezowocnych polowań i już nie wrócił. Wałęsając się po osiedlu, rozdarty żalem i rozpaczą, sięgnął po alkohol i narkotyki i zatracił się. Mój tato cierpiał tak bardzo, że zaczął brać narkotyki i stał się innym człowiekiem – wspomina Jay-Z. – Wstrząs związany z tym wypadkiem w połączeniu z narkotykami sprawił, że zaprzepaścił duszę. Nikt nie zadał sobie trudu, żeby wytłumaczyć dzieciom, dlaczego rodzice się rozeszli, wiedziały więc tylko tyle, że rodzina była w rozsypce. Mama przygotowała nas na to lepiej niż [Adnis]. Chyba nie był gotowy na dyskusję i tak otwarte wyrażanie emocji. To facet, który zachowywał spory dystans i nie okazywał uczuć. W 11. roku życia Shawn poczuł więc nagle na swoich młodocianych barkach brzemię odpowiedzialności za rodzinę, konieczności roztaczania opieki nad matką i rodzeństwem oraz pragnienie, aby poprawić ich sytuację. Pamiętam, jak mówiłem jej: „Nie przejmuj się. Kiedy dorosnę, zajmę się tym”. Czułem wtedy, że muszę dać z siebie więcej.

Jednak po stracie ojca (a wkrótce także kuzyna z Marcy, który zmarł na skutek upadku z rozbitego okna) Jazzy – jak wciąż go wówczas nazywano – załamał się nerwowo. Dla mnie oznaczało to praktycznie koniec naszej dotychczasowej relacji – zwierzał się na temat ojca w wywiadzie dla czasopisma „Vibe”. – To właśnie wtedy zaczęło się moje cierpienie, a później dochodzenie do siebie, dokładnie tamtego dnia. Shawn zdążył już wprawdzie zyskać opinię spokojnego, acz wygadanego ucznia liceum im. Eli Whitneya, gdzie uczęszczał wraz z DeHavenem oraz dzieciakiem o nazwisku Anthony Cruz, który miał później – pod pseudonimem AZ – otrzymać nominację do nagrody Grammy jako współpracownik Nasa i The Firm. Teraz jednak jego dobre dotychczas stopnie zaczęły lecieć na łeb na szyję; osłabło też jego zainteresowanie nauką i zdolność do koncentracji. Nadal lubił lekcje angielskiego, gdyż frapowało go wszystko, co ma związek z językiem, ale na pozostałych zajęciach trudno było mu się skupić, toteż zatracał się w marzeniach o sporcie lub rapował. Ponieważ jego matka musiała teraz pracować, żeby utrzymać rodzinę, po powrocie ze szkoły Jazzy przesiadywał w domu samotnie, stopniowo zamykając się w sobie. Zaczął stronić od najbliższych, stał się gniewny i introwertyczny. Wzbraniał do siebie dostępu, odgradzając się od uczuciowych więzi w obawie, że mógłby zostać ponownie skrzywdzony.

Kiedy dorastasz, twój tato jest dla ciebie superbohaterem – tłumaczył. – Gdy już raz pozwolisz sobie na to, żeby zauroczyć się kimś tak głęboko, kiedy umieścisz tego kogoś na tak wysokim piedestale, a on cię zawodzi, to już nigdy więcej nie chcesz doświadczyć takiego bólu. Więc pamiętam, że trzymałem się wtedy bardzo na dystans i niewiele mówiłem. Nie chciałem dopuścić do tego, żeby znów zżyć się z kimś w taki sposób… Nosiłem w sobie to uczucie przez całe życie… Doprowadziło ono do tego, że nie wyrażałem już uczuć nazbyt otwarcie. Już przedtem byłem nieśmiałym dzieciakiem, a to doświadczenie zrobiło ze mnie po trosze odludka. Ale dzięki niemu stałem się też niezależny. I silniejszy. Dziwne to było zestawienie.

Lepiej jest kochać i utracić? Jaz tego tak nie widział: Jeśli twój tato zmarł przed twoim urodzeniem, to niewątpliwie boli, ale ostatecznie jest to dla ciebie coś abstrakcyjnego. Nie mówię, że tak jest lepiej, ale gdy jesteś z kimś uczuciowo związany, a później go tracisz, jest jeszcze gorzej. Mój tato był tak dobrym ojcem, że kiedy odszedł, została po nim ogromna blizna.

Jazzy uciekł się zatem do terapii, jaką był dla niego hip-hop. Gdy wkraczał w 14. rok życia, rap zalewał już nie tylko Marcy, gdzie zaplecze miejscowych talentów powiększało się z dnia na dzień, ale także bliższe i dalsze nowojorskie osiedla. Latem 1983 roku z każdego samochodowego głośnika i parku deskorolkarzy rozbrzmiewały przełomowe scratche „Rockit” Herbiego Hancocka, które zainspirowały Jaza do zajęcia się amatorskim didżejowaniem. Zabawiał się więc płytami, korzystając z dwóch gramofonów, które znajomy ustawił mu w salonie na kawałku deski. Podkład do jego najnowszych popisów tanecznych stanowił wówczas „Looking For The Perfect Beat” z repertuaru Afrika Bambaataa. W tym okresie zainteresował się też radiowymi audycjami o tematyce hip-hopowej, które prowadzili tacy uznani pionierzy sceny jak DJ Red Alert, Afrika Islam i The World’s Famous Supreme Team.

Kiedy ukazał się singel Run-D.M.C. „It’s Like That”/„Sucker MCs”, zmienił on zapatrywania Jazzy’ego na możliwości drzemiące w czarnej muzyce lat 80. Shawn poświęcał teraz mniej uwagi bohaterom swojego dzieciństwa, Michaelowi Jacksonowi i Prince’owi, skupiając się na tej właśnie grupie, która lepiej reprezentowała zarówno swoich fanów, jak i jego środowisko. W jego odczuciu – o czym drobiazgowo wspomina zresztą w swojej autobiografii, „Decoded” – większość czarnych artystów mainstreamu zdawała się wówczas bagatelizować kwestię własnego pochodzenia na rzecz masowej akceptacji na rynku R&B, bądź siliła się na ekscentryzm w celu odwrócenia uwagi od swojego koloru skóry. Tymczasem Run-D.M.C. – a w szczególności utwór „Sucker MCs” – charakteryzowała bezwstydna obcesowość, z której wyzierało pragnienie dosadnego, dumnego i adekwatnego odzwierciedlania w swojej muzyce autentycznych ulicznych przeżyć i zmagań. W ten sposób grupa stwarzała podwaliny pod muzykę rap, jaka miała dopiero nadejść. To miało być surowe i agresywne – twierdził Jazzy – ale także błyskotliwe i atrakcyjne. Było tam miejsce dla chełpliwości, współzawodnictwa i przesady. Podobnie jak rymy, w których rapowaniu Jazzy zyskiwał coraz większą wprawę, Run-D.M.C. – a także inni rozwijający się wówczas twórcy hip-hopu w rodzaju Public Enemy, Ice’a Cube’a czy Rakima – wyrażali przede wszystkim afirmację własnej tożsamości. Ale chodziło tam też o wierność korzeniom gatunku, z całą tą agresywną fanfaronadą, prześciganiem się w docinkach, swoistą ogładą ulicznego cwaniaka i popisywaniem się świeżo zyskanym bogactwem oraz symptomami wystawnego życia. W rzeczy samej, słuchając tej grupy, Jazzy dawał się ponieść tym samym aspiracjom i zachwytom, jakie towarzyszyły mu, gdy wraz z kolegami gapił się na krążące po osiedlu drogie beemki dilerów.

Tymczasem rap wnikał coraz głębiej w obszar popkultury. W roku 1981 The Funky Four Plus One zostali pierwszym hip-hopowym zespołem, który pojawił się w programie „Saturday Night Live”, wykonując piosenkę „That’s The Joint”. W tym samym roku kanał ABC News doniósł o muzycznym pojedynku Rock Steady Crew z Dynamic Rockers w hali Lincoln Center, a The Sugarhill Gang zaskoczyli Jazzy’ego występem w uwielbianym przez niego„Soul Train”. Docierało już zatem do niego, że lada moment rap miał się rozkręcić na całego. Zanim więc po zamknięciu liceum im. Eli Whitneya przeniósł się do technikum im. George’a Westinghouse’a w centrum Brooklynu, oddał się hip-hopowi ze zdwojoną energią.

Nowa szkoła pod wieloma względami stanowiła ruinę. W zadymionych jointami ubikacjach nie było światła; powybijano też większość szyb w oknach. W budynku panowała atmosfera zagrożenia, a nauczyciele bali się uczniów. Jazzy jawił się wprawdzie jako spokojny uczeń, który trzymał się zazwyczaj na uboczu, przesiadując samotnie w stołówce, ale ta cicha woda rwała tu brzegi – i to dość gwałtownie. Rychło rozeszła się fama o jego biegłości i czupurności w minizawodach, organizowanych w jadłodajni z udziałem rywalizujących z nim raperów aspirantów, przy akompaniamencie rytmów, które wystukiwano na blatach. Zyskiwał dzięki temu szacunek ze strony innych szkolnych kandydatów na hip-hopowców. Po tych samych korytarzach włóczył się wówczas Busta Rhymes, a ze dwa razy pozdrowił nawet Jazzy’ego pewien roślejszy i starszy kolega, w którym wszyscy upatrywali przyszłą gwiazdę gatunku. Dzieciak ów nazywał się Christopher Wallace, ale większość znała go pod pseudonimem Biggie Smalls.

W raperskich pojedynkach w Marcy oglądano Jazzy’ego i słuchano z równym zainteresowaniem. W 1984 roku jako najznamienitszy młody raper na osiedlu cieszył się już taką renomą, że paru znajomych próbowało zaaranżować dla niego starcie o tytuł mistrza wagi ciężkiej z królującym wówczas w okolicy, starszym o cztery lata Jonathanem„Jaz-O” Burksem. Jazzy – w przypływie brawury i wiary w siebie – przyjął wyzwanie, stawiając się na polu bitwy z głową naładowaną rymami, pełen zapału. Jednakże Jaz-O, który ujrzał w tym dzieciaku żółtodzioba raczej niż przeciwnika, poprosił go, żeby w miejsce potyczki porapował po prostu dla niego. Najwyraźniej rozpoznał w nastolatku znamiona niedoszlifowanego jeszcze talentu, ponieważ postanowił wziąć go pod swój patronat. A podczas trwającej miesiącami nauki odsłonił przed podopiecznym arkana takich zabiegów, jak licentia poetica, przesada, rozbudowana metafora i porównanie, nie wspominając już o wiciu się wokół słów na podobieństwo węża. Jaz został więc mentorem Jazzy’ego, kimś w rodzaju starszego brata, a nawet żywicielem, ilekroć jego młodszy kolega przymierał głodem. Legenda głosi, że to właśnie na cześć Jaza-O Jazzy zmienił swój pseudonim (choć sam zainteresowany temu zaprzecza, twierdząc, że skrócił po prostu swój dotychczasowy przydomek). Od owej chwili miał się tytułować Jayem-Z.

Pod tym nowym imieniem objął w posiadanie bitewną scenę Marcy. Jak to ujął DJ Clark Kent, kolejny tuz okolicznego środowiska raperskiego, któremu wpadł w tamtym okresie w oko, Jay-Z przewyższał klasą każdego rywala, mimo że miał zaledwie 15 lat.

Jaz-O był raperem, który robił to i owo na Brooklynie – wspomina Kent. – Jego producentem był Fresh Gordon, z którym trzymałem sztamę. Fresh to raper, który akurat znał się na robieniu muzyki. Siedzieliśmy na przykład u niego na chacie, wpadał Jaz-O iFresh montował jego nagrania… Pewnego razu siedzę sobie u Gordona, pojawia się Jaz-O, a wraz z nim Jay-Z. A Jay-Z był wtedy cholernie młody. Mógł mieć piętnaście, góra szesnaście lat. Zaczęli razem rapować i wypadał po prostu zabójczo. A ja powtarzałem w kółko: „To najlepszy raper, jakiego kiedykolwiek słyszałem”. A tamci patrzą na mnie, jakbym zwariował.

Kent dostrzegł szansę na przeistoczenie Jaya-Z z osiedlowej płotki w liczącego się artystę i do tego właśnie starał się doprowadzić w ciągu kolejnych kilku lat. Wówczas jednak perspektywa raperskiej kariery nie wydawała się Shawnowi szczególnie atrakcyjna, w każdym razie nie na dłuższą metę. Bądź co bądź nie widział, żeby ktokolwiek z okolicy zbił na rapowaniu wielką fortunę. Uważał też, że hip-hopowcy byli jedynie marionetkami w kosztownym wideoklipie kogoś innego.

Kto zatem robił jego zdaniem prawdziwą kasę? Kto służył mu za wzorce uosabiające jego nadzieje i dążenia? Któż inny, jak nie dilerzy?

  1. Choć powszechnie uważa się, że w czasie tego incydentu Jay-Z miał 12 lat, w rzeczywistości mógł być wtedy starszy. W piosence „You Must Love Me”, która nawiązuje do zdarzenia, utrzymuje on, że zaraz po zajściu pobiegł do mieszkania zaprzyjaźnionego rapera, Jaza-O, którego poznał dopiero w wieku 14 lat. Według biografii Jaya-Z dotyczącej jego przedsięwzięć handlowych, „Empire State Of Mind” autorstwa Zacka O’Malley Greenburga, Jay-Z miał wtedy 17 lat. ?
  2. W swojej autobiografii Jay-Z podaje dwie wersje nazwiska swojego ojca: Adnis Reeves i Abnis Reid. Tutaj zdecydowaliśmy się na tę popularniejszą opcję. ?
  3. Sprawiedliwość dosięgła Gigante w 1997 roku, kiedy skazano go na 12 lat więzienia za prowadzenie nielegalnej działalności. W 2005 roku zmarł w więzieniu. ?
  4. Ale z pewnością nie ostatnim. W wywiadzie z Alexem Blimesem z „The Observer” z 2008 roku Jay-Z wspominał, jak „pewnej niedzieli, o dwunastej w południe, minęli mnie w pędzie jacyś kolesie, którzy strzelali z uzi w pogoni za jakimś facetem. I to była norma”. ?

Białe zagrożenie

Oto twój bilet poza granice getta / Za chwilę odlecisz. – Jay-Z, „Young, Gifted And Black”

W latach 80. kokaina w formie cracku trafiała do Stanów Zjednoczonych z kilku źródeł. Do Los Angeles przemycali ją pod samym nosem Reagana nikaraguańscy Contras, na pokładach sponsorowanych przez CIA samolotów. Do Miami docierała z zalanych nią Republiki Dominikańskiej i Wysp Bahama, gdzie gwałtownie spadające ceny narkotyku zmuszały handlarzy do przetwarzania proszku na grudki, które upłynniano następnie w mniejszych ilościach. Jednak bez względu na pochodzenie używka najszybciej zadomowiła się w takich miejscach jak Marcy, rozprzestrzeniając się tam niczym wirus. Za jedyne dwa i pół dolara narkomani liczący na godzinną ucieczkę od codziennych trosk mogli kupić działkę towaru przewyższającego czystością kokainę w gramowych woreczkach po 100 dolarów, na które i tak nie było ich dotąd stać. Uzależnienie następowało prawie natychmiastowo, dlatego też okolica zaroiła się od nałogowców, nieodwracalnie zmieniając swoje oblicze. To, co się wówczas działo na osiedlach – zwłaszcza wtedy, w epoce Reagana – to wojny na tle cracku – wspominał Jay-Z. – Zawsze przypomina mi to ten kawałek Public Enemy, „Night Of The Living Baseheads” („Noc Żywych Ćpunów”). Nocami odnosiło się wrażenie, że po okolicy snują się zombi, było tam bardzo niebezpiecznie.

W wagonach metra Jay-Z widywał teraz kontrolerów napastowanych przez małoletnich graficiarzy i pasażerów okradanych przez rozdygotanych zbirów. A na ulicach rozkwitały na jego oczach nowe, coraz bardziej bezwzględne gangi: Decepticons, Lo-Lifes i składający się wyłącznie z dziewcząt oddział pod nazwą Deceptinettes. Widział, jak na skrzyżowaniach pistolety uzi, glock i związane z nimi akcesoria jawnie przechodziły z rąk do rąk – obnoszono się z nimi, jak gdyby były modnymi błyskotkami. Nawet w jego własnym domu przyjaciele rodziny snuli teraz ni stąd, ni zowąd plany szybkiego wzbogacenia się, a jego brat zaczął wykradać z mieszkania to i owo, co miał później przypłacić krwią.

Na osiedlach, które z każdym dniem coraz bardziej nabierały charakteru getta, panoszyła się przemoc: policja ścigała narkomanów, jeden gang walczył z drugim, dzieci występowały przeciwko rodzicom, a sąsiad atakował sąsiada. Budząc skojarzenia z aferą Iran-Contras, policjanci angażowali się ukradkiem w handel narkotykami, zabijając nałogowców za drobne przewinienia, a nawet za zwykłą próbę ucieczki. Jak ujął to Grandmaster Flash w tekście „The Message” z 1982 roku, przypominało to wszystko dżunglę, gdzie jedynie najbardziej rozważne i przytomne jednostki mogły się uchronić od upadku.

Ale wśród całego tego uzależnienia, śmierci i demoralizacji Jay-Z dostrzegł także swoistą okazję. Członkowie jego pokolenia, niedorostki jeszcze, stopniowo bogacili się na handlu narkotykami. Dzierżyli też dzięki temu pewną władzę – utrzymywali swoje rodziny, terroryzując zarazem starszych, którzy schodzili im z drogi. Dzieciaki te objęły teraz okolicę w posiadanie, a Jay-Z chciał uszczknąć z tego wszystkiego coś dla siebie. Bądź co bądź i tak narażał się na niebezpieczeństwo podczas codziennej drogi do szkoły, a podróżując metrem linii J, czuł się nieswojo, nie mając przy sobie broni1. Bez względu na jego poczynania, nieodmiennie unosiło się nad nim widmo śmierci – dotąd był tylko jej świadkiem, ale nazajutrz mógł stać się ofiarą – cóż więc miał do stracenia, próbując wycisnąć z tego wszystkiego trochę forsy?

Istnieje rozbieżność opinii na temat dokładnego wieku, w jakim Jay-Z zaczął handlować narkotykami. Niektórzy twierdzą, że nastąpiło to dopiero w 18. roku życia2, ale sam zainteresowany utrzymuje, że pierwsze interesy w Marcy robił, jako 13-latek. Mimo tak młodego wieku zdawał sobie sprawę z ryzyka. Bez względu na to, czy siedzisz w tym jako płotka czy gruba ryba, wystawiasz się na śmiertelne niebezpieczeństwo – twierdził. – Ryzyko pojawia się od chwili twojej pierwszej sprzedaży.

Ponieważ nie miał prawie żadnych widoków na zapewnienie sobie tradycyjnej posady, wejście w świat dilerki wydawało się naturalnym posunięciem. To takie normalne – wydaje ci się po prostu, że dorastasz. To jest wszędzie. Ten zapach – a właściwie odór – czai się tuż obok na korytarzu. Zachłystywał się też jednak poczuciem władzy, jaką zyskał dzięki epidemii cracku: Ludzie zatracili swoje poczucie dumy… Ta desperacja… Przedtem, kiedy starsi wiekiem wydawali nam polecenia, trzeba było usłuchać. Teraz jednak my byliśmy u władzy, bo ludzie, którzy mieli nam służyć podporą, brali crack i mówili nam, że zrobią wszystko, żeby go zdobyć. Byliśmy więc jak starszyzna w wiosce, gdzie cała społeczność chodziła na haju. Nie było tam nikogo, kto mógłby nas kontrolować. No i byliśmy poza kontrolą.

Nikt nie aspiruje do tego, żeby zostać handlarzem narkotyków – wyznał kilkadziesiąt lat później Oprze Winfrey, gdy oboje siedzieli na jednym z podwórek Marcy. – Nie chcesz stwarzać swojej matce problemów, mimo że robisz to tak czy owak. Ale aspirujesz do stylu życia, który widzisz wokół siebie. Widzisz to zielone bmw – najładniejsze auto, jakie w życiu widziałeś. Dostrzegasz przywileje, jakie niesie dilerka i wciąga cię to. Na mój rozum nie ryzykowałem znowu tak wiele. Myślisz sobie: „Jeśli żyję na takim poziomie, to zaryzykuję wszystko, żeby zdobyć jeszcze więcej. Jakie też mogą być najgorsze następstwa takiego życia?”.

Najgorsze następstwa? Miał ich jeszcze doświadczyć. Podczas lat, jakie spędził na dilowaniu, okna matczynego domu podziurawiono pewnego razu kulami – w charakterze przestrogi nawołującej go do ograniczenia działalności. Przeżył też śmierć paru przyjaciół i sam zaliczył niemal trzy kule. Zwracali się przeciwko niemu domniemani sojusznicy. Bankrutował, a potem się bogacił. Popadał w szaleńczą paranoję, po której przychodziła kolej na przesadną pewność siebie. Nigdy jednak nie palił cracku – co stanowiło zasadę numer jeden w podręczniku dilera – i zawsze starał się prowadzić interesy z tą samą uczciwością, jaką kierował się w swoich późniejszych handlowych przedsięwzięciach najprzeróżniejszej maści. A musiał tak postępować, bo koniec końców ulice rządziły się swoim własnym pojęciem sprawiedliwości. Jeśli nie dotrzymałeś słowa, czy zalazłeś komuś za skórę, o twoim losie nie decydował sąd, ale pistolet człowieka, którego wyrolowałeś. Ponieważ Jay-Z był bystrym dzieciakiem obdarzonym silnym instynktem przetrwania, rychło przyswoił sobie sztukę i wartość lojalności.

Bez względu na to, czy jego twierdzenia, że zajął się dilerką praktycznie jako dziecko, są wiarygodne, nie ma wątpliwości, że handlował na dość znikomą skalę, dopóki DeHaven nie sprowadził go w połowie nastoletniości do Trenton w stanie New Jersey. Ten ostatni przeniósł się tam, aby zamieszkać u ciotki i zostać gwiazdą koszykarskiej drużyny miejscowego liceum, ale ostatecznie zajął się mniej szlachetnym sportem. Ponieważ stwierdził, że dwójka ambitnych dzieciaków mogłaby nieźle zarobić, rozprowadzając po okolicy kokainę, zaprosił Jaya-Z na instruktaż, którego miał udzielić jego dostawca. Spotkanie to przypominało scenę żywcem wyjętą z „Człowieka z blizną”. Gospodarz polecił im, żeby usiedli, po czym rozpoczął wykład, podkreślając, że diler, który chce odnieść sukces, musi być czujny, przezorny, a ponad wszystko zdyscyplinowany. Następnie wręczył im towar i wysłał ich na ulicę. Czujność i przezorność samego dostawcy można by tu kwestionować, gdyż swoją dilerską karierę zakończył przywiązany do krzesła, z własnymi jądrami w gardle.

Podobne perspektywy niepokoiły wprawdzie parę młodocianych handlarzy, ale nie zniechęcały ich. Przez jakiś czas Jay-Z regularnie dojeżdżał kolejką z Marcy do Trenton, gdzie podawał się za brata DeHavena. Ostatecznie zrezygnował jednak ze szkoły im. George’a Westinghouse’a i zamieszkał na stałe u kolegi. Przyjaciele otworzyli swój „sklepik” w pobliskim zaułku, spędzając noce na upłynnianiu towaru, a za dnia uczęszczając do miejscowego ogólniaka, choć głównie po to, żeby popisywać się swoim coraz większym dobrobytem przed tamtejszymi dziewczętami. Jay-Z rychło znudził się jednak szkołą, a wreszcie zrezygnował z niej zupełnie, odpuszczając sobie maturę. Jako diler cieszył się opinią biznesmena, który nikomu nie udzielał zniżek – choćby o centa – oferował jednak konkurencyjne ceny w porównaniu z lokalnymi ekipami. Dzięki takiemu podejściu para w krótkim czasie zyskała lojalną klientelę w postaci tamtejszych nałogowców, a także przyjezdnych, którzy krążyli po okolicy w poszukiwaniu narkotyków. Były to zresztą pierwsze białe twarze, z jakimi Jay-Z miał bezpośredni kontakt.

Spędzane na ulicach noce dłużyły się, poczucie zagrożenia rosło, a zimy były szczególnie nieprzyjemne3. Ale charakteryzujący dwójkę wspólników dryg do interesów przynosił też oczywiste korzyści. Co jakiś czas Jay-Z jeździł samochodem do Marcy, gdzie podrzucał rodzinie pieniądze na utrzymanie. Wprawdzie jego matka nie aprobowała tego nowego fachu, ale przyciśnięta nieraz do muru nie potrafiła odtrącić darów w postaci jedzenia czy gotówki. Nie dociekała również nazbyt intensywnie, w jaki też sposób jej syn mógł sobie pozwolić na nowiutką atrakcyjną biżuterię. Choć w stosunku do jego sióstr zachowywała większą surowość, dochodziła do wniosku, że Jay powinien uczyć się na własnych błędach. Nie zadawała zatem zbyt wielu pytań, zakładając, że syn i tak będzie robić swoje bez względu na wszelkie wskazówki, jakie mogła mu zaoferować. W głębi duszy uważała go za szczerego, prostolinijnego człowieka, a on odwzajemniał jej zaufanie silniejszym jeszcze niż dotąd uczuciem.

Jay-Z i DeHaven urabiali sobie ręce po łokcie, starając się zrealizować swoje wielkie marzenie, które polegało na rozwinięciu interesu od porcji gramowych do uncji, a następnie kilogramów; jednocześnie zaś zażarcie walczyli o swój kawałek rynku New Jersey. Na pewnym etapie miejscowym ekipom działającym na terenie okolicznych parków nie przypadła do gustu obniżka standardowej ulicznej ceny, jaką para narzuciła na ich terytorium. Doszło więc do tego, że konkurencja zaskoczyła dwójkę w pobliskim zieleńcu, doprowadzając do zbrojnej konfrontacji, która przywodziła na myśl scenę z westernu. Jay-Z i DeHaven wytrzymali jednak nerwówkę, upierając się przy swojej cenie, toteż rywale ostatecznie się wycofali. Zyskali dzięki temu incydentowi szacunek, jaki pozwala dilerowi na zbicie prawdziwej fortuny.

Zaczęli zatem zarabiać naprawdę przyzwoicie, Jay-Z znalazł sobie dziewczynę i, ogólnie rzecz biorąc, nie mieli na co narzekać. Lecz pewnego mglistego popołudnia w Trenton Jay dostał od życia pierwszą poważną nauczkę, która miała zapisać się w jego pamięci na zawsze.

Nauczył się mianowicie, jak wyjść cało z opresji.

Ktoś trzyma dłoń na jego ramieniu, wykręcając jednocześnie rękę za plecami. Tłum uczniów i nauczycieli przygląda się, jak Jay-Z wsiada do pierwszego w swojej karierze radiowozu. To taka głupia wpadka – praktycznie sam się o nią prosił. Zakradł się właśnie do ogólniaka w Trenton, żeby odwiedzić DeHavena w popołudniowej przerwie między lekcjami. Skąd miał wiedzieć, że natknie się na szkolnych ochroniarzy, którzy odciągną go na bok za przebywanie na terenie liceum bez pozwolenia? Przewina urosła jednak do rangi kryminalnego zarzutu, kiedy został przez nich przeszukany, w jego kieszeniach znaleziono bowiem woreczki zawierające twarde narkotyki i wezwano miejscową policję. Choć wykroczenie to wydawało mu się nieporównanie mniej poważne niż postrzelenie brata, następstwa mogły być naprawdę druzgocące. Odczuł jednak swoistą ulgę, gdy wepchnięto go tylko stanowczo, acz spokojnie do radiowozu. Bądź co bądź widział w swoim życiu ludzi, którzy ginęli od kuli za banalniejsze uchybienia.

Ponieważ nie był dotąd karany, nie miał policyjnej kartoteki ani żadnych aresztowań na swoim koncie, nie zabawił na komisariacie zbyt długo. Zaledwie po paru godzinach zwolniono go za zobowiązaniem zaprzestania handlu narkotykami, ale konfiskata całych zapasów była poważnym ciosem. Dochód z ich sprzedaży miał zwrócić swojemu dostawcy, musiał więc szybko nadrobić straty. Popędził z powrotem do Marcy, poprosił jednego z tamtejszych dilerów o uregulowanie starego długu, po czym przez kolejne trzy dni uprawiał bez wytchnienia uliczny handel. Przynosił od dostawcy towar, który jego miejscowy wspólnik rozprowadzał następnie po osiedlu. Przez cały ten czas musiały im wystarczyć ciasteczka i kanapki. Po 60 godzinach tej nieprzerwanej dilerki Jay-Z ruszył w drogę do Trenton, żeby zwrócić zaległą należność. Przysiągł sobie wówczas, że już nigdy więcej nie dopuści do równie poważnej wpadki. Postanowił, że będzie trzymać rękę na pulsie swoich interesów tak w okresie nasycenia rynku, jak i posuchy4.

Gdy Jay-Z angażował się w rozwój swojej dilerskiej kariery, rapowanie zeszło wprawdzie na dalszy plan, ale nie znaczy to, że o nim zapomniał. Wraz z DeHavenem i ich coraz liczebniejszą załogą umilali sobie zimne noce, sprzeczając się na temat zalet swoich hip-hopowych idoli. Jeden lubił na przykład Drake’a, drugi Cole’a. Ktoś inny wychwalał z kolei Kane’a kosztem Rakima albo przeciwstawiał LL Cool J’a Run-D.M.C. W tym okresie Jay zaczął też doskonalić metodę zapamiętywania wymyślanych przez siebie na bieżąco rymów: upychał je mianowicie w „bezpieczny” sektor mózgu, ponieważ nie miał czasu na zapisywanie ich w trakcie pracy.

Nadal regularnie odwiedzał i wspomagał finansowo rodzinę w Marcy, gdzie docierał po długiej podróży międzystanową autostradą I-95. W drodze słuchał Rakima, zachwycając się jego uliczną poezją; Beastie Boys, których podziwiał jako międzykulturowy fenomen, albo Slick Ricka. Debiutancki album tego ostatniego, „The Great Adventures Of Slick Rick” z 1988 roku, urzekł go emocjonalną otwartością, jakiej nie słyszał dotąd w kontekście rapu. Stopniowo zaczął więc włączać więcej poruszających treści do własnych tekstów. Ilekroć zjawiał się w Marcy, zaglądał też do studia Clarka Kenta, żeby zarejestrować parę wersów, po czym szedł rapować na otwartej imprezie dla amatorów albo fundował sobie sesję wspólnej pisaniny z Jazem-O przy coli i lodach. W 1986 roku wypuścili nawet pierwszą wspólną 12-calową EP-kę z nieosiągalnym obecnie nagraniem „HP Gets Busy”. W tym okresie jego teksty coraz bardziej zdominowała tematyka niebezpieczeństw i korzyści, jakie charakteryzowały jego uliczną egzystencję.

Cały rap miał się zresztą wkrótce zwrócić w stronę podobnych tendencji.

 

* * *

 

W 1988 roku Amerykę zalewała już fala rapu spod znaku gangsta. Z getta Los Angeles wypłynęły albumy Ice’a-T,„Rhyme Pays” i „Power”, na których roiło się od fantazji o życiu alfonsa, obrazków zbrojnej przestępczości i transakcji narkotykowych traktowanych jako metafora dla muzycznych uniesień. Płyta „Straight Outta Compton” formacji N.W.A. posunęła się jeszcze dalej, definiując na nowo charakter gatunku za sprawą nacisku na bezwzględną przemoc, nieprzebierających w słowach opisów kokainowych met w podlejszych zakątkach Los Angeles, dosadnego języka i antypolicyjnej retoryki. Choć FBI puściło mimo uszu autentyczne oburzenie i zaniepokojenie policyjną korupcją i brutalnością, jakim Ice Cube dawał upust w „Fuck Tha Police”, skierowało do N.W.A. listy z ostrzeżeniami. Radiostacje odmawiały prezentacji rapu gangsta, a kościoły organizowały palenie płyt na skalę, jakiej nie widziano, odkąd Lennon oświadczył, że Beatlesi są bardziej popularni od Jezusa. Konfrontacje nasilały się, aura kontrowersji zadomowiła na dobre, a sprzedaż płyt gwałtownie wzrosła.

Na Wschodnim Wybrzeżu artyści w rodzaju Run-D.M.C. unikali dotąd w swoich piosenkach treści kryminalnych, preferując sceny z ulicznego życia i zdrową dawkę autokreacji. Ale już Public Enemy i Boogie Down Productions – grupa, której jedynym stałym członkiem był KRS-One – wnieśli do tej nowej fali rapu konfrontacyjnego elementy politycznej demagogii i wrażliwości społecznej. Choć okładkę debiutanckiego albumu tej drugiej formacji, „Criminal Minded” z 1987 roku, zdobiło zdjęcie uzbrojonych po zęby KRS-One i Scotta La Rocka, zabójstwo Scotta tego samego roku sprowokowało lidera do poświęcenia następnej płyty – „By All Means Necessary” – takim kwestiom jak bezpieczny seks, korupcja w rządzie, udział CIA w handlu narkotykami i przemoc w hip-hopie. Tymczasem Public Enemy wydali kultowe w swoim dorobku albumy „Yo! Bum Rush The Show” i „It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back”. Oba te krążki były epatującymi antyrządową polityką pociskami czarnoskórej furii, począwszy od „Don’t Believe The Hype” i „Public Enemy No. 1”, a skończywszy na małpującym Beastie Boys „Party ForYour Right To Fight”.

Wczesnym latem 1988 roku w sercu tego niespokojnego ogniska agresji i kontrowersji ukazała się płyta pod tytułem „Long Live The Kane” – debiutancki album Big Daddy’ego Kane’a. Autor dzieła, który dumnie obnosił wygolone afro, jakim miał później zasłynąć MC Hammer, był nader jaskrawą postacią z Brooklynu, a zarazem najpopularniejszym raperem okręgu. Okładka krążka przedstawiała tego showmana o zamiłowaniu do wymyślnych kostiumów w przebraniu rzymskiego cesarza, któremu usługiwała gromadka służebnych. Sama zawartość okazała się wybitnym osiągnięciem. Zręczna produkcja Marleya Marla oprawiała tam elegancką grę słów i partie wokalne o dynamice przywodzącej na myśl skakankę w takich utworach, jak „Ain’t No Half Steppin’”, co owocowało brzmieniem, które wywarło niebagatelny wpływ na raperskie dokonania u zmierzchu lat 80. Mimo całej nieufności, z jaką Jay-Z odnosił się do hip-hopowego środowiska, podziwiał jednak Kane’a za zadziorność i płynność przekazu.

No i – co istotniejsze – na horyzoncie zamajaczyła dla niego szansa.

Fresh Gordon, u którego Jay wywarł pierwsze pamiętne wrażenie na Clarku Kencie, zabrał się do produkcji nagrań innych – obok Jaza-O – artystów po umiarkowanym sukcesie, jaki odniósł za sprawą przeboju „Push It” w wykonaniu Salt-N-Pepa. Kompilował wówczas i rozprowadzał po mieście taśmy składanki – były one poważnym przyczynkiem do szumu wokół nowych talentów, o których słyszał teraz cały Nowy Jork. Kiedy nadarzyła się sposobność do wyprodukowania utworu z udziałem Big Daddy’ego Kane’a, Fresh zaprosił stosunkowo sławnego już w środowisku Jaza-O do wyrapowania gościnnej partii, a ten zasugerował także uczestnictwo Jaya-Z. Ten jego debiutancki wkład w publicznie dostępne nagranie5 okazał się sensacją. Nie tylko Nowy Jork, ale całe Wschodnie Wybrzeże umierało z ciekawości, kim też jest ów błyskawicznie rapujący gówniarz, którego zwrotka poprzedzała popisy Kane’a. Ni stąd, ni zowąd więc fama o Jayu-Z rozniosła się poza granicami Marcy. Nie wyrażał tym jednak szczególnego zainteresowania. Skoro zbijał niezłą kasę na dilerce, nie widział powodu, dla którego miałby rezygnować z obranego kursu. Zwłaszcza, że wszyscy znani mu raperzy mający kontrakty płytowe mogli co najwyżej liczyć na samochód.

Chodziliśmy na imprezy z udziałem raperów, podjeżdżając tymi ślicznymi beemkami, a oni mieli tylko bagażówki – mówił Jay-Z. – Zagadywaliśmy ich wtedy: „Jakim cudem nie jesteś bogaty? Niby jesteś słynnym wykonawcą, a gnieździsz się z siedemnastoma koleżkami w furgonetce”.

Ale wkrótce Jay miał się na własne oczy przekonać o potencjalnych korzyściach, jakie wypływały z rapowania.

Pod koniec 1988 roku Jaz-O zadzwonił do Jaya, oznajmiając mu, że podpisał właśnie kontrakt płytowy. Ale nie w zamian za samochód, a pół miliona dolarów. Umowa ta, z brytyjską wytwórnią EMI, była jak na tamtą epokę spektakularną ofertą, której ponadto towarzyszyły dość poważne premie. Firma zafundowała artyście przelot do Londynu, gdzie miał nagrać swój debiutancki album z producentem Brianem „Chuckiem” New oraz obiecującym nowicjuszem o nazwisku Irv „Gotti” Lorenzo6 Przysługiwało mu też prawo do zabrania ze sobą paru znajomych dla towarzystwa czy nawet w charakterze gościnnych raperów na jego płycie. Od razu pomyślał o byłym podopiecznym.

Jay-Z ogarnął spojrzeniem nieprzyjazne podwórko za oknem swojego lokum w New Jersey, po czym wybiegł myślami w stronę nieznanego mu szerokiego świata. Londyn. Przecież rzadko kiedy ruszał się poza granice pięciu nowojorskich okręgów, jeśli nie liczyć sporadycznych wypadów do Las Vegas w celu świętowania wzrostu zysków. Teraz natomiast miał lecieć na inny kontynent. Znienacka okazywało się, że rapowanie niosło ze sobą obietnicę i splendor, że można było na nim zarobić. Wspólnicy Jaya naśmiewali się jednak z jego podekscytowania, trwając w utartym przekonaniu, że raperzy są po prostu niewolnikami i dziwkami kontrolowanymi przez białe szychy z dużych wytwórni płytowych, dlatego nadal żywił pewne wątpliwości. Przez cały następny tydzień przygotowywał zatem grunt na swój powrót, kierując się nieodpartym przeświadczeniem, że ten muzyczny wypad spełznie ostatecznie na niczym i że ponownie zląduje na ulicznym rogu. Ale jego umysł doświadczał przemiany, horyzonty poszerzały się. Koniec końców postanowił, że poleci do Londynu, żeby przekonać się, czy życie na wysokim szczeblu hip-hopowej drabiny przypadnie mu do gustu.

I owszem, przypadło. Po sześciu godzinach lotu na wschód, 19-letni zaledwie Jay-Z siedział już w limuzynie, która wiozła go na sylwestrową imprezę z okazji ukazania się debiutanckiego albumu Jaza-O „Word To The Jaz”. Przez całą drogę w zadziwieniu pożerał wzrokiem migający za oknami powab nowych rewirów. Rozgościwszy się w przydzielonym mu luksusowym mieszkaniu w modnej dzielnicy Notting Hill, dołączył do Jaza-O, który posługiwał się obecnie pseudonimem „The Jaz”. Podczas gdy zaprzyjaźniona z grupą De La Soul Monie Love oprowadzała ich po londyńskich klubach, Jay upajał się tym wystawnym stylem życia, z dala od lodowatych klatek schodowych i zaułków New Jersey. Mimo początkowych zachwytów nie pozostawał jednak ślepy na ciemne strony wizyty. Jaz, który upierał się zrazu, żeby jego protegowany towarzyszył mu jako pełnoprawny artysta, dał mu pierwszą znaczącą szansę na zaistnienie w postaci zwrotki w przeznaczonym na singel „Hawaiian Sophie”. Utwór zasługiwał wprawdzie na uwagę ze względu na osobliwe zastosowanie ukulele w kontekście rapu, ale poza tym wkładem Jay niewiele wniósł do pracy nad albumem. Czuł więc, że marnuje się jego potencjał, a do tego rozczarowało go ostateczne brzmienie płyty, która – mimo olbrzymiego kosztu produkcji – nieznacznie tylko, jak sądził, przewyższała jakością wersję demo.

Na domiar złego spotkania, w których Jay uczestniczył, towarzysząc przyjacielowi – jego pierwsze zetknięcia z przemysłem muzycznym – wzbudzały w nim niesmak. Entuzjazm kadry kierowniczej raził go powierzchownością i swoistym zaślepieniem, a uczciwość całego tego biznesu wydawała mu się tak krucha i ulotna jak kokainowy odlot. Miał do tego świata mniej zaufania niż do swojej dilerskiej rzeczywistości. Bądź co bądź, na ulicy nie puszczało się słów na wiatr, bo można to było przypłacić śmiercią.

Teledysk promujący „Hawaiian Sophie” nie okazał się najbardziej ekstrawaganckim doświadczeniem Jaya-Zprzed kamerą. Na jego planie para przyjaciół wystrojonych w kwieciste koszule i przyozdobionych hawajskimi girlandami dokazywała wśród scenografii składającej się z piasku, palm, kartonowego wraka samolotu i – nie wiadomo dlaczego – hydrantu przeciwpożarowego. Raperzy spacerowali też na tle zielonego ekranu, który ostatecznie zastąpiły sekwencje z lądującymi na Hawajach samolotami i drżącymi na wietrze liśćmi palm. Bohaterowie filmiku traktowali całą przygodę z rodzajem komicznej nonszalancji, jakiej wymagała ta dziwacznie dosłowna interpretacja piosenki, opowiadającej o poznanej podczas wakacji hawajskiej dziewczynie i konfrontacji z jej nader postawnym chłopakiem. Jay-Z wczuwał się w rolę asystenta gwiazdy, udając, że rapuje sporadyczne wersy i pojawiając się na pierwszym planie z częstotliwością rysunkowych reklam w MTV. Przywiązano go też do lin, na których huśtał się przez całą scenę, a w pewnym momencie pozwolono, aby dyndał w tle dla komicznego efektu. W swoim najbardziej pamiętnym ujęciu sprzeczał się z plażowym kucharzem przy obracającym się na rożnie prosiaku. Ogólnie rzecz biorąc, nie było to specjalnie udane przedstawienie Jaya-Z międzynarodowej widowni, należy zatem przypuszczać, że nie wspomina on udziału w tej komiksowej i kiczowatej prezentacji hip-hopu ze szczególną dumą.

Podobne odczucia mieli zresztą przedstawiciele EMI. Wydany w 1989 roku singel okazał się komercyjną klapą, podobnie jak promowany przezeń album. Mimo porażki Jaz przystąpił do rejestracji kolejnej płyty długogrającej – „To Your Soul” z 1990 roku, na której ponownie udzielał się Jay-Z, choć tym razem w bardziej znaczącej roli. W utworze „The Originators” przyjaciele popisywali się wypracowaną przez Jaya, błyskawiczną i zawrotną werbalnie techniką rapowania na tle zdominowanego przez trąbkę jazzującego groove The Sugarhill Gang. Słowa atakowały tam słuchacza zapierającą dech w piersiach nawałnicą. Roiły się od zająknięć, wydumanych rozciągnięć w rodzaju „miggeda-more” czy „siggeda-said” i od idealnie dopasowanych rytmicznie powtórzeń typu: „I’m breaking and breaking and breaking your tongue”. Jay-Z otwarcie zakłada w tekście swojej zwrotki, że jego technika oszołomi i zachwyci słuchacza: „Może zrozumiesz dopiero po drugim przesłuchaniu / Przyznaj, nic nie załapałeś za pierwszym razem… opadła ci szczęka / Za sprawą tych moich tekstów”. Po czym duet oznajmia wspólnie: „We are the thiggita-thiggita-thiggita-the originators” („Jesteśmy pitu-pitu-pitu-pionierami”), jak gdyby opatrywał w ten sposób swój styl znakiem towarowym i prawem autorskim. Piosenka zilustrowana została kolejnym wideoklipem, w którym para rapowała swoje partie na tle zielonego ekranu, zastąpionego ostatecznie sekwencjami z akompaniującym artystom zespołem funkowym. W porównaniu z dość sztywno prezentującym się mentorem (który nawiasem mówiąc, ubrany był w tradycyjny strój muzułmański) Jay-Z w teledysku sprawiał wrażenie właściwej gwiazdy utworu. Pełen młodzieńczego wigoru, tryskał zdecydowanie większą charyzmą i wypadał na ekranie bardziej naturalnie. Filmik narobił w społeczności hip-hopowców niemało szumu i rozgłos wokół Jaya-Z przybrał na sile.

Jeśli chodzi natomiast o Jaza, po tych paru niezbyt udanych wysiłkach zainteresowanie publiczności wygasło. Ponieważ jego drugi album nie sprzedał się lepiej niż debiut, EMI zerwali z nim kontrakt. Wcześniej jednak wytwórnia, która najwyraźniej uświadomiła sobie, kto spośród ekipy Jaza krył w sobie prawdziwy potencjał, próbowała ukradkiem podpisać kontrakt z Jayem-Z. Ten miał jednak zastrzeżenia do hochsztaplerskiej natury świata muzyki, dopatrując się większej szlachetności w karierze dilera.

Ta sama firma próbowała podpisać ze mną kontrakt – wspominał – ale to Jaz mnie tam wprowadził, więc czułem, że zawarcie umowy oznaczałoby z mojej strony nielojalność wobec niego. Więc powiedziałem im „nie”. Nie chciałem mieć zresztą do czynienia z tymi fagasami z wytwórni płytowej. Nie mieli charakteru.

Jay-Z powetował sobie ową decyzję, koncentrując się na umacnianiu swojego autorytetu na Brooklynie, w czym pomogło mu zaprzyjaźnienie się z ekipą Kane’a. Znalazł się w jego autokarze już w 1989 roku, gdy zamorska kariera Jaza utknęła w martwym punkcie. Udało mu się to podczas okolicznego koncertu idola dzięki temu, że – mimo cechującej go na co dzień małomówności – powołał się na wspólne dokonania z kompilacyjnej taśmy Fresha Gordona z poprzedniego roku. Kane owszem, pamiętał go; posłuchał teraz jego rapowania i szczerze zauroczony zaoferował mu posadę. Jay miał pełnić funkcję kogoś w rodzaju zapchajdziury: zabawiać publiczność krótkim popisem, ilekroć Kane musiał zejść ze sceny w celu zmiany kostiumu, co czynił zresztą zadziwiająco często. Nowy pracodawca przedstawił go zatem reszcie towarzyszących mu w trasie gościnnych raperów. Byli to MC Serch, Queen Latifah, a także jeszcze jeden nowicjusz – dzieciak o nazwisku Tupac Shakur. Zadufany w sobie Kane nie wyobrażał sobie nawet, że ta gromadka ambitnych młodocianych amatorów, których zatrudniał za darmo, stanowiła w istocie jedną z najznamienitszych hip-hopowych grup w historii gatunku. Po latach sława tych indywidualności miała przyćmić jego własną.

Przez cztery kolejne miesiące Jay-Z podróżował autobusem Kane’a, sypiając na podłodze między piętrowymi łóżkami i dominując co wieczór na estradzie. Nie miał z tego wprawdzie pieniędzy, ale pracodawca wynagradzał go artystycznym uznaniem. Sygnałem do wkroczenia na scenę był dla niego moment, w którym Kane przerywał utwór w połowie, polecając didżejowi, żeby puścił „Spread Love” w wykonaniu Take 6. Następnie zapraszał Jaya do freestylingu, w którym młody adept demonstrował swoją technikę „turbosłowotoku” – energiczną lawinę rymów i podwójnych znaczeń.

Publiczność nieodmiennie szalała na punkcie Jaya-Z, który rychło zyskał status nieoficjalnego gwoździa programu. Kane zaczął nawet przebąkiwać o zamiarze podpisania z nim kontraktu w ramach wytwórni, którą planował założyć, choć temat umów i zaliczek napawał Jaya niepokojem. Wiele się nauczył, obserwując nowego mentora podczas tego tournée z 1989 roku. Doceniał teraz sztukę zabawiania publiczności, walory zaimprowizowanych popisów tanecznych, a także technikę budowania napięcia przez przerywanie jednego utworu po to, żeby natychmiast zastąpić go czymś jeszcze gorętszym. Podejrzewał też jednak, że handel narkotykami był daleko intratniejszą propozycją niż kariera rapera, w czym utwierdzała go swoista walka o przetrwanie, jaką toczył podczas trasy. MC Serch wspomina, że po tych czterech miesiącach bez wsparcia w postaci regularnego dochodu z dilerki zrujnowany kolega musiał błagać Kane’a o drobne na hamburgera. Jay-Z podziwiał co prawda kogoś pokroju MC Hammera za ogromny sukces komercyjny, jaki przyniosła mu masowa akceptacja, mimo że wiązało się to z utratą własnej wiarygodności i koniecznością posługiwania się głupawym czy wręcz groteskowym wizerunkiem scenicznym. Nie widział jednak szans na osiągnięcie podobnego pułapu drogą bezwzględnej harówki, jaką było rapowanie w trasie.

Stwierdził więc, że sukces w świecie hip-hopu wymagać będzie poważnego zaplecza finansowego. A to oznaczało dilowanie na jeszcze większą skalę.

 

* * *

 

Gdy lata 90. chyliły się ku końcowi, Jay-Z rozbudowywał swoje dwa imperia. Jeśli chodzi o handel narkotykami, wraz z DeHavenem upłynniał obecnie poważniejsze ilości większych od dotychczasowych gramowych porcji. Powiększyli również ekipę, zatrudniając dziewczęta, które pomagały im rozpoznawać teren pod kątem potencjalnych pozamiejskich rynków zbytu7. Stali się zatem pionierami kokainy na prowincji, unikając wielkomiejskich interesów i przemocy, jaka szerzyła się w takim choćby Waszyngtonie. Zakładali filie w małych miasteczkach stanów Maryland i Wirginia, zaopatrując je hurtowo w towar, który rozprowadzała następnie osobiście przez nich utworzona siatka dilerów.

każdym doniosłym wydarzeniu odgrywa zazwyczaj rolę jakaś dziewczyna – wyznał Jay w rozmowie z zaprzyjaźnioną dziennikarką, Dream Hampton, w 1998 roku. – Poznajesz taką i zaprzyjaźniasz się z nią. Jest ci potrzebna ona i najbardziej nadziany koleś w okolicy. Ponieważ dziewczyny plotkują, ona ci powie, kto to jest, kto ma forsę. Poznajesz go więc, masz mu coś do zaoferowania, a mianowicie lepsze ceny. A on przyprowadzi całą resztę, która ustawi się w kolejce. [Będzie] wiele takich małych punktów zaczepienia. Ale w małych miasteczkach nie możesz się wygłupiać, bo wpakują cię do pudła. Funkcjonują tam takie jakby wspólnoty, które zapuszkują cię za przeklinanie. Zaopatrywaniem miasteczka może się zająć tylko ktoś wyjątkowy. Każdy może dilować w takim Waszyngtonie**. W Waszyngtonie można stosować przemoc. Można tam strzelać do siebie nawzajem w każdy weekend.

Ponieważ Jay-Z i DeHaven znajdowali się teraz poza zasięgiem wpływów nowojorskich baronów narkotykowych w rodzaju brooklyńskiego Calvina Kleina czy Fat Cata, który „rządził” okręgiem Queens, mogli podbić cenę. A dzięki temu, że ograniczyli się niemal wyłącznie do sprzedaży cracku, ich zyski wzrosły czterokrotnie. Jay spędzał mnóstwo czasu na autostradach, przemycając towar w sekretnym schowku pod dachem samochodu. Nie przekraczał dozwolonych prędkości i starał się nie rzucać w oczy policyjnym patrolom. Ale pewnego dnia, gdy wiózł akurat tyle kokainy, że jej odkrycie mogło się skończyć długoletnią odsiadką, znalazł się w dość podbramkowej sytuacji. Policjant, który go wówczas zatrzymał, nie znalazł jednak narkotyków, mimo że wezwał oddział z psem, co stało się po latach przedmiotem hip-hopowej legendy.

W miarę jak rosła jego fortuna – a ówcześni wspólnicy szacują, że co tydzień sprzedawał ilości warte około 12 tysięcy dolarów – jego muzyczne ambicje schodziły na drugi plan. Mniej więcej w 20. roku życia podejmował sporadyczne i nieśmiałe próby porzucenia handlu narkotykami na rzecz muzycznego biznesu, montując niekiedy jakieś demo. Rychło zapominał jednak o rapie na kolejne pół roku, gdy nikt nie wyrażał zainteresowania jego dokonaniami. Nadal odwiedzał Marcy, paradując obecnie na czele konwoju lexusów, żeby wspomagać matkę i rodzeństwo gotówką. Uspokajał ją zapewnieniami, że pieniądze pochodziły z występów, choć – jak przyznawał później w „December 4th” – „nikt nie płacił Jazowi złamanego grosza”. Dzięki temu dobrobytowi czuł, że uwalnia się wreszcie od zmory niedostatku, choć nadal nie opuszczała go swoista niepewność. Nie widział więc powodu, dla którego miałby brać pod uwagę inne aspiracje, zwłaszcza gdy chodziło o trudno dostępną sferę muzycznej kariery.

A jednak w miarę, jak piął się coraz wyżej, handel narkotykami zaczynał podkopywać jego psychikę. Nieustanne zagrożenie śmiercią lub aresztowaniem; towarzysząca każdej transakcji paranoja; nieufność; konieczność zachowywania ustawicznej czujności oraz przewidywania i przetrwania przeklętych okresów posuchy; dłużące się w nieskończoność noce – wszystko to było niezwykle stresujące i wyczerpujące. W każdy pierwszy i 14. dzień miesiąca podawał teraz w wątpliwość swoje człowieczeństwo i poczucie przyzwoitości. Wtedy to bowiem wypłacano zasiłki, więc ćpuny waliły do niego drzwiami i oknami, a z ich oczu wyzierały rozpacz i zniewolenie.

Jego poczynania na terenie Maryland nabrały ryzykownego charakteru, ale zdążył się wycofać tuż przed krytycznym momentem – parę dni później policyjne naloty i strzelaniny gangów w nocnych klubach położyły kres jego tamtejszym interesom. Dało mu to do myślenia i wówczas zrozumiał, że niedługo pożyje, jeśli zamierza kontynuować uprawianie dilerskiego procederu na tak wysokim szczeblu.

Poza tym nie mógł przecież tak po prostu odpuścić sobie rapu. Miał go we krwi. Jego imię nadal żyło, rodząc podziw i uznanie, na arenach raperskich pojedynków. Współpracował też wówczas z kalifornijskim producentem zwanym Three-1-Zero i wzbudził spore zainteresowanie kilku hip-hopowych wytwórni, gdy wypadł nader korzystnie podczas potyczki z cenionym raperem Zai. Jay-Z był zatem najwybitniejszą osobowością brooklyńskiego hip-hopu, która niewiele sobie z tego statusu robiła. W rzeczy samej, gdy w 1992 roku wytwórnia Atlantic zatrudniła Clarka Kenta w charakterze łowcy talentów, Jay-Z opędzał się z początku od jego uporczywych nalegań, żeby podpisał z nią kontrakt. Twierdził, że miał pełne ręce roboty w Wirginii jako gościnny wokalista w remiksie, który montował dla raperskiego zespołu Troop8.

Kenta nie zadowalała jednak taka wymówka. Kiedy tylko dostałem robotę w przemyśle muzycznym – mówił – pierwszą osobą, którą chciałem zwerbować, był Jay-Z, ponieważ uważałem go po prostu za najlepszego. *W jego tekstach było wszystko. Umiał rapować bardzo szybko, ale świetnie nadawał też w standardowym tempie… Jego teksty były lepsze od tego, co robili pozostali. O niebo lepsze. Kiedy rapował razem z Kane’em, którego zresztą bardzo szanuję, Kane zmienił styl po tym, jak poznał Jaya-Z. A coś takiego zdarza się tylko wtedy, kiedy mówisz sobie: „O* cholera, ten facet jest niesamowity”… Toteż chciałem tego gościa zwerbować… A ten jeden powód, dla którego pragnąłem tego jeszcze goręcej, to że jego to za cholerę nie obchodziło. Mówiłem sobie, że muszę to zrobić choćby z tego względu, że on ma to gdzieś. Miał zbyt wiele forsy, żeby się przejmować i uważał raperów za pajaców. A oni usiłowali być kimś takim, jak on.

Kent nie ustawał więc w naleganiach. Błagał Jaya, żeby zajrzał do jego studia na Manhattanie i nagrał dla niego kilka kawałków demo. Tak bardzo zależało mu na popularyzowaniu go, że gotów był zagwarantować mu udział w każdym studyjnym projekcie, z jakim miał do czynienia. Ostatecznie, pod koniec 1992 roku, Jay ustąpił, godząc się na użyczenie partii wokalnych dla potrzeb supermiksu, któremu Kent poddał utwór Hi-Five „She’s Playing Hard To Get”. Drugim gościem miał być wysoce ceniony raper i producent o pseudonimie Ski, znany z powstałego na Bronksie duetu Original Flavor, który tego samego roku wydał swój gorąco przyjęty debiutancki album „This Is How It Is”. Co do Hi-Five, był to teksański kwintet spod znaku R&B, którego członkowie straszyli z okładki standardowej wersji singla niemiłosiernie krzykliwymi garniturami i cieniutkimi wąsikami, czym przypominali jakieś koszmarne, psychodeliczne wcielenie The Commodores. Nic dziwnego zatem, że na tle Jaya-Z mieli wypaść raczej blado. Gdy gładkie chłopięce trele oryginalnego nagrania zderzyły się z trzaskiem spreparowanych przez Kenta beatów, okazało się, że przepojona pewnością siebie zwrotka Jaya na temat humorzastej, acz wyraźnie zauroczonej nim dziewczyny, pasuje tu jak ulał. W rezultacie brzmiało to tak, jak gdyby on był właściwym autorem, a Hi-Five zostali – nie wiadomo dlaczego – samplowani jako dodatek. Najbardziej przypadła wszystkim do gustu [wersja remiksu] z udziałem Jaya – wspomina Kent. – Sam podkład był dobry, ale Jay dawał tam po prostu czadu.

W ten sposób, krok po kroku, Kent osłabiał upór Jaya-Z. By wskórać jednak więcej w tej kwestii, potrzebował pośrednika – negocjatora, który przemówiłby niechętnemu raperowi do rozsądku.

I tak się składa, że kogoś takiego znał.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.