Jan Maria Vianney - Marc Joulin - ebook
Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 122 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jan Maria Vianney - Marc Joulin

Około 1830 roku, w wiosce Ars, leżącej w odległości mniej więcej 40 kilometrów od Lyonu i liczącej w przybliżeniu 230 mieszkańców, powstaje centrum pielgrzymkowe, przyciągające każdego dnia rzesze pątników. W 1834 roku było ich 30 tysięcy. Skąd ten tłum? Wszak Ars nie jest miejscem objawień Najświętszej Panienki, jakich świadkiem staną się La Salette (w 1846 roku) lub Lourdes (w 1858)… Nic z tych rzeczy. Jest tam po prostu pewien ksiądz, a napływający pielgrzymi mają tylko jeden cel: spotkać go i - nade wszystko - móc się przed nim wyspowiadać. Aby to osiągnąć, godzą się na długie godziny oczekiwania. Bywa, że czasem wyczekują nawet całą noc. Kapłanem, o którym mowa, jest żyjący w skrajnej ascezie Jan Maria Baptysta Vianney, który zbuduje w swojej parafii przykładną i żarliwą wspólnotę religijną. W ciągu kilku lat Proboszcz z Ars stanie się najsłynniejszym kapłanem Francji, wzorem dla kapłanów na całym świecie. Za swoje zasługi w 1925 roku, na mocy decyzji Piusa XI, zostanie wyniesiony na ołtarze.

Marc Joulin, dominikanin, dzieli swoje życie pomiędzy głoszenie słowa Bożego i pisanie. W niniejszej książce podkreśla ludzki wymiar, prostotę i serdeczność Jana Marii Vianneya

Opinie o ebooku Jan Maria Vianney - Marc Joulin

Cytaty z ebooka Jan Maria Vianney - Marc Joulin

Pierwszy egzamin – oczywiście także po łacinie – do którego przystępuje po miesiącu nauki, okazuje się absolutną porażką. Oblewa go z oceną „d”, co w języku profesorów oznacza „dwójkowy dyletant do dyskwalifikacji”.

Fragment ebooka Jan Maria Vianney - Marc Joulin









Pamięci ks. Bernarda Nodeta, archiwisty Ars, który napisał do mnie w związku z pierwszym wydaniem niniejszej książki: „Spośród wszystkich publikacji o świętym Proboszczu, przeczytanych przeze mnie w ciągu ostatnich miesięcy, pańska jest niewątpliwie najlepsza”.

Marc Joulin



Wstęp do wydania polskiego

XIX wiek jest we Francji czasem niezwykle burzliwych przemian. Rewolucja francuska zdążyła już zebrać krwawe żniwo, a wojny napoleońskie nadal wykrwawiają i tak wycieńczony już i obolały naród.

Zapoczątkowane w 1789 roku laicyzacja i dechrystianizacja Francji, wprowadzony przez Robespierre’a kult Najwyższej Istoty oraz krwawe represje wobec kapłanów, którzy odmówili składania kolejnych przysiąg na wierność rewolucji (na mocy tzw. Konstytucji cywilnej kleru ogłoszonej 12 lipca 1790 r.), wywarły głębokie piętno na życiu religijnym Francuzów, którzy – skuszeni nową wizją świata – masowo odwracają się nie tylko od Kościoła, ale – przede wszystkim – od Boga.

Duchowieństwo straciło nie tylko przywileje ekonomiczne i status społeczny sprzed Rewolucji, lecz także autorytet, o czym świadczą słowa Robespierre’a, wypowiedziane w Konwencie 7 maja 1794 roku:

„Ambitni kapłani, nie oczekujcie zatem, iż będziemy pracować nad odtworzeniem waszego imperium; tego rodzaju przedsięwzięcie byłoby nawet ponad nasze siły. Sami siebie zabiliście, a do życia moralnego nie da się powrócić, podobnie jak do fizycznego istnienia”[1].

Dzieciństwo, a następnie działalność duszpasterska Jana Marii Vianneya przypada właśnie na ten trudny, porewolucyjny okres. Kraj jest biedny i wyniszczony wojną, a ludzie zagubieni, pozostawieni sami sobie lub oddani w ręce kapłanów, którzy – z obawy o własne życie lub z konformizmu – opowiedzieli się po stronie Rewolucji. Przez wiele lat tajną posługę duszpasterską zapewniają tzw. „oporni” księża, którzy nie zdecydowali się na kolaborację i – z narażeniem życia – organizują misje i zapewniają wiernym dostęp do świętych sakramentów.

Oto atmosfera, w jakiej dorasta Jan Maria Vianney. Tym bardziej wielki wydaje się dziś fenomen osoby Proboszcza z Ars, który na tak zdeprawowanym, jałowym gruncie zdołał od podstaw odbudować zasady życia religijnego, przywracając rzeszom wiernych nie tylko wiarę, lecz także nadzieję i miłość.

Niniejsza książka – oparta na relacjach naocznych świadków oraz na innych dokumentach archiwalnych[2] – jest próbą rekonstrukcji wydarzeń z życia świętego Proboszcza, który całe swoje istnienie podporządkował służbie Bogu i człowiekowi, którego pragnieniem jest powrót do domu Ojca. Biorąc ją do rąk, czytelnik odkryje świadectwo niezwykłej miłości, oddania i poświęcenia, a także zapis życia człowieka, który w swej skromności i prostocie tak bardzo zapomniał o sobie, że – żyjąc w Bogu – zdołał doprowadzić do Niego tysiące wiernych.

Sylwia Filipowicz


Dziwny proboszcz

Około 1830 roku w wiosce Ars, leżącej w odległości mniej więcej 40 kilometrów od Lyonu i liczącej w przybliżeniu 230 mieszkańców, powstaje centrum pielgrzymkowe, przyciągające każdego dnia rzesze pątników. W 1834 roku było ich 30 tysięcy.

Skąd ten tłum? Wszak Ars nie jest miejscem objawień Najświętszej Panienki, jakich świadkiem staną się La Salette (w 1846 roku) lub Lourdes (w 1858)… Nic z tych rzeczy. Jest tam po prostu pewien ksiądz, a napływający pielgrzymi mają tylko jeden cel: spotkać go i – nade wszystko – móc się przed nim wyspowiadać. Aby to osiągnąć, godzą się na długie godziny oczekiwania. Bywa, że czasem wyczekują nawet całą noc.

Kapłanem, o którym mowa, jest żyjący w skrajnej ascezie Jan Maria Baptysta Vianney[3]. Krążą słuchy, że często jest on prześladowany przez szatana. Niektórzy utrzymują, że jest władny dokonywać cudownych uzdrowień. Inni twierdzą, że ukazuje się mu Najświętsza Panienka. Jednak jedno jest pewne. Jego przykładne życie i głoszone Słowo stały się fundamentem, na którym Proboszcz zbudował w swojej parafii przykładną i żarliwą wspólnotę religijną.

Jak doszło do tego, że sława Jana Marii Vianneya wydostała się poza granice Ars i rozeszła się po kraju? Być cenionym proboszczem małego miasteczka to jedno, jednak zupełnie inną rzeczą jest stać się w ciągu kilku lat najsłynniejszym kaznodzieją Francji… To kwestia wiary, modlitwy i łaski…


Dzieciństwo i Rewolucja

(1786-1806)

Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 roku w Dardilly, wiosce leżącej około dziesięciu kilometrów na północ od Lyonu. Jego ojciec, Mateusz Vianney, był właścicielem dwunastu hektarów ziemi, które uprawiał własnymi siłami. Wraz z żoną Marią doczekali się siedmiorga dzieci. Jan Maria ochrzczony w dniu swoich urodzin, przyszedł na świat jako czwarte z nich.

W 1793 roku w Lyonie wybucha powstanie[4]. Przez dwa miesiące wojska republikańskie oblegają miasto. Po kapitulacji Lyonu przedstawiciele Konwentu: Collot d’Herbois i Fouché, topią ludową rewoltę we krwi. Zima 1793-1794 roku to czas straszliwych represji. Ostrze gilotyny opada dzień w dzień.

W Dardilly panuje względny spokój. Ksiądz Jakub Rey, od czterdziestu lat sprawujący obowiązki proboszcza tamtejszej parafii, wygłasza kazania pod dyktando ówczesnych władz. Nie spotyka się to z protestami wiernych.

Jednakże rok 1794 przynosi nasilenie represji religijnych i zamknięcie kościoła.

Według świadectwa siostry Jana Marii Vianneya, Małgorzaty, przyszły kapłan już w wieku czterech lat lubi chodzić do kościoła. Mimo zamknięcia świątyni nie przestaje się modlić, i czyni to tak często, jak to tylko możliwe. Wraz z innymi wiejskimi dziećmi pilnuje trzód, jednak często odłącza się od innych, by oddawać się modlitwie. W jego rodzinnym domu co wieczór odmawia się pacierz. Później Jan Maria powie: „Byłem bardzo szczęśliwy w domu mojego ojca, kiedy pasłem moje owieczki i osiołka; miałem czas na rozmowę z Panem Bogiem, rozmyślania i troszczenie się o własną duszę. W przerwach pomiędzy pracami polowymi udawałem, że wypoczywam i śpię jak inni, gdy tymczasem z całego serca modliłem się do Boga. To był dobry czas i byłem wtedy bardzo szczęśliwy!”

Po tragedii Lyonu niezliczona liczba nędzarzy i wysiedleńców żebrze o chleb, pukając od drzwi do drzwi. Są mile widziani u Vianneyów. Jan Maria bardzo chętnie pomaga rodzicom, gdy ci udzielają uciekinierom schronienia. Jeden z jego ówczesnych kolegów opowiada: „Widziałem kiedyś, jak rozwoził drewno ubogim. Objuczał osiołka, a ten pracował dopóty, dopóki starczało mu sił”.

Latem 1795 następuje ponowne otwarcie kościoła. Stary ksiądz Rey znowu może odprawiać mszę. Jednak wśród jego parafian nastąpił rozłam. Księża, którzy odmówili złożenia przysięgi na wierność Rewolucji, krążą potajemnie po okolicy, przekonując wiernych, że ich proboszcz jest „bluźniercą” i schizmatykiem. Rodzina Vianneyów wyrzeka się uczestniczenia w sprawowanych przez niego mszach i podejmuje u siebie prześladowanych kapłanów. To u jednego z nich Jan Maria odbędzie swoją pierwszą spowiedź. Pragnąc, aby przygotował się do Pierwszej Komunii Świętej, rodzice wysyłają go do oddalonej o sześć kilometrów wioski Écully, do wuja Humberta. Tam dwie byłe zakonnice prowadzą tajną katechizację dzieci, udzielając im jednocześnie lekcji czytania i pisania. Jan Maria ma trzynaście lat i nie tylko nie umie czytać i pisać, lecz także nie zna francuskiego, ponieważ w gospodarstwie rodziców mówiło się miejscowym dialektem.

Latem 1799 roku pewien odważny kapłan, ks. Groboz, który z narażeniem życia pełni posługę kapłańską w całym kraju, dopuszcza do Komunii Świętej grupkę piętnaściorga dzieci, w tym Jana Marię. Uroczystość odbywa się w pokoju jednego z domostw w Écully. Z obawy przed represjami przed okno przyciągnięto olbrzymią furę siana. Jan Maria pozostaje pod wielkim wrażeniem tych groźnych okoliczności, a przykład ks. Groboza i jego niezłomnej odwagi porusza do głębi. Nieco później pierwszy biograf proboszcza z Ars, ks. Monnin, napisze: „Powiedział kiedyś, że pragnienie zostania kapłanem zrodziło się w nim bardzo wcześnie, na skutek spotkania z pełnym wiary spowiednikiem”.

W 1802 roku decyzją nowego arcybiskupa Lyonu, kardynała Fescha – wuja przyszłego cesarza, ks. Jakub Rey zostaje prawowitym proboszczem Dardilly. Rodzina Vianneyów wraca na drogę życia parafialnego. Wkrótce ks. Reya, który z uwagi na podeszły wiek przechodzi na emeryturę, zastępuje nowy proboszcz, ks. Jakub Fournier. Troską inteligentnego i żwawego księdza Fourniera staje się kwestia edukacji dzieci: od wybuchu rewolucji wspólnota nie ma nauczyciela. Z pomocą władz miasta otwiera szkołę, do której zgłaszają się nie tylko dzieci, lecz także młodzież. Wśród nich także Jan Maria Vianney. Przez dwie zimy, zapewne nie więcej niż dwa razy po cztery miesiące w roku (z racji uczestniczenia w pracach polowych, gdy tylko pogoda jest sprzyjająca) przyszły kapłan pobiera nauki czytania, pisania, wysławiania się w języku francuskim oraz rachunków. W zupełnie naturalny sposób zaprzyjaźnia się z księdzem Fournierem i z wolna pielęgnuje w sobie pragnienie zostania księdzem. Z początku jego ojciec stanowczo przeciwstawia się temu pomysłowi: gospodarstwo potrzebuje silnych rąk do pracy. Poza tym kto pokryje koszt studiów i utrzymania młodzieńca?

Jednak Jan Maria nie ustępuje i w końcu ojciec ulega jego namowom. „Widząc, że mój brat trwał w swym postanowieniu, [ojciec] udzielił mu przyzwolenia, a mając na względzie ograniczenie wydatków, zaproponował mu podjęcie nauki u księdza Balleya, proboszcza Écully” – relacjonuje Małgorzata.

Jesienią 1806 roku Jan Maria opuszcza Dardilly i przenosi się do Écully, do wuja Humberta. Ma dwadzieścia lat. Umie czytać, jednak umiejętność pisania posiadł w stopniu znikomym i ledwo ledwo posługuje się francuszczyzną. Teraz musi opanować łacinę, język, w którym w owym czasie nie tylko sprawuje się liturgię, lecz także odbywa się studia teologiczne, konieczne, aby zostać księdzem.

Wejście do domu rodzinnego Jana Marii Vianneya


Trudności z łaciną

(1806-1809)

Ksiądz Karol Balley, były zakonnik w Zgromadzeniu Kanoników Regularnych Świętego Augustyna, zostaje proboszczem Écully w 1803 roku. Po przymusowym rozwiązaniu zakonu dołącza w Lyonie do grupy tzw. „opornych” księży, odważnie podejmując tajne duszpasterstwo. Jest to człowiek wykształcony, żarliwy i surowy.

W 1806 roku przyjmuje na naukę młodego liończyka, piętnastoletniego Mathiasa Lorasa, podejmując się uzupełnienia braków w jego wykształceniu i przygotowania go do wstąpienia do seminarium. Ojciec Mathiasa został zgilotynowany, a matka chłopca ukrywała ks. Balleya podczas rewolucyjnej zawieruchy. Proboszcz czuł więc wobec niej dług wdzięczności i nie mógł jej odmówić wyświadczenia przysługi. W tamtych czasach sytuacja, kiedy proboszcz podejmował się przygotowania kandydatów do kapłaństwa, nie należała do rzadkości. Jednakże proboszcz Écully miał w parafii bardzo dużo obowiązków i nie bardzo widział możliwość przyjęcia kolejnego ucznia. Mathiasowi, młodemu, zdolnemu mieszczaninowi, wszystko przychodziło z łatwością – zresztą został później profesorem, przełożonym seminarium i biskupem. Tymczasem biedny Jan Maria był tylko z grubsza ociosanym chłopem. Miał już dwadzieścia lat i był prawie kompletnym analfabetą. Czy miało sens kierować go na drogę, która – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – skończyłaby się dla niego ślepym zaułkiem? A jednak ks. Balley wyraża zgodę na spotkanie. Katarzyna Lassagne, późniejsza powiernica Proboszcza z Ars, tymi słowy relacjonuje finał tej rozmowy: „Przez kilka chwil ks. Balley mierzył go badawczym spojrzeniem, po czym rzekł: «Przyjmę go. Jeśli będzie trzeba, poświęcę się dla niego»”.

Przez trzy lata Jan Maria studiuje przede wszystkim francuski i łacinę. Ma kiepską pamięć, nauka przychodzi mu z trudem, jednak jest niegłupi i w lot chwyta to, co ks. Balley cierpliwie wykłada mu w języku przypominającym jego własną gwarę.

Daje z siebie wszystko. Niestety osiąga nader mierne rezultaty. Postanawia więc udać się z pielgrzymką do La Louvesc, aby pomodlić się przy grobie świętego Franciszka Regisa – apostoła diecezji Viviers – o którym mówi się, że ma moc uproszenia u Boga wszelkich łask. Jan Maria ma zamiar prosić go o otwarcie umysłu na naukę, a w szczególności o pomoc w przyswojeniu sobie łaciny. Pragnąc nadać swemu przedsięwzięciu tym większą rangę, nie tylko ślubuje przebyć sto kilometrów, jakie dzielą Écully od La Louvesc, pieszo, lecz także pielgrzymować o żebraczym chlebie. Niestety! Młodzieniec nie jest zbyt biegłym w fachu żebrakiem… Dociera do celu swej pielgrzymki w stanie skrajnego wycieńczenia, wręcz umierając z głodu. Wiele lat później powie: „Lepiej jest dawać, niż brać… Żebrałem tylko jeden raz w życiu, idąc do grobu Franciszka Régis. Czułem się okropnie”[5].


Dezerter

(1809-1811)

Jesienią 1809 roku wypełnione pracą życie Vianneya zostaje brutalnie przerwane: młodzieniec zostaje powołany do wojska.

Podlegał poborowi w 1806 roku, jednak wówczas los okazał się dla niego łaskawy i Jan Maria uniknął konskrypcji[6]. Jednakże w 1809 roku Napoleon jest zagrożony ze wszystkich stron. Prowadzi wojnę z Hiszpanią, wojując jednocześnie z Prusami i Austrią – rok 1809 jest rokiem Eckmühl i Wagram. Cesarz żąda żołnierzy. Poborowi z poprzednich lat, których los wówczas oszczędził, zostają powołani do wojska.

Dla wielu ówczesnych młodych katolików pobór stanowi prawdziwy konflikt sumienia. Wzrasta liczba dezerterów, a Departament Rodanu[7] jest jednym z tych, w którym jest ich najwięcej. Tymczasem narasta konflikt pomiędzy Piusem VII i Napoleonem: cesarz najeżdża na Państwo Kościelne, papież okłada najeźdźcę ekskomuniką, a ten z kolei wydaje rozkaz aresztowania głowy Kościoła. Czy katolicy mogą służyć świętokradczemu, ekskomunikowanemu cesarzowi? W Departamencie Liońskim większość chłopów wciąż jest zwolennikami monarchii, a wielu opornych kapłanów – jak na przykład ks. Balley – jest wrogo nastawionych do cesarstwa. Kwestie te poruszano wielokrotnie na plebanii w Écully: ks. Balley wiele lat przeżył jako człowiek wyjęty spod prawa. Dlaczego jego uczeń, w razie konieczności, miałby się obawiać pójść w jego ślady?

Tuż po wcieleniu do armii szeregowy Vianney zapada na ciężką chorobę i spędza piętnaście dni w szpitalu Hôtel-Dieu w Lyonie.

Po odzyskaniu zdrowia wyrusza wraz z oddziałem ze swego regimentu do Roanne. W grudniu ponownie dostaje gorączki i trafia do szpitala w Roanne, gdzie przebywa do 6 stycznia 1810 roku – notabene do końca swych dni zachowa życzliwą pamięć o tym, jak siostry opiekowały się nim i podtrzymywały na duchu. To właśnie one namawiają go do dezercji. „Ależ moje drogie siostrzyczki, muszę być posłuszny prawu!” – odpowiada. Jednakże jest zdruzgotany, zagubiony i pełen wątpliwości. Ma dołączyć do swojego korpusu w Bayonne, by stamtąd wejść do Hiszpanii, gdzie wojska francuskie napotykają zaciekły opór.

Po wyjściu ze szpitala Jan Maria odbiera skierowanie do jednostki. On i jeszcze jeden towarzysz broni muszą wspólnie dołączyć do regimentu, który wyruszył kilka dni wcześniej. I co się wówczas dzieje? Oto relacja Jeremiasza Fayota, u którego będzie się ukrywał młody Vianney: „Po dotarciu do Roanne pan Vianney rozchorował się. Kiedy tylko wyzdrowiał, wydano mu skierowanie do jednostki, z rozkazem dołączenia do regimentu; towarzyszył mu niejaki Guy z Saint-Priest-la-Prugne – rekrut jak on sam. Doszli do wniosku, że nie dołączą do swojego korpusu. Pan Vianney obawiał się aresztowania. Guy uspokajał go, mówiąc: «Znam okolicę: jest tu dużo lasów; znajdziemy kryjówkę i zatrudnienie; nie bój się i chodź ze mną» – po czym zaprowadził go prosto do osady les Robins, w gminie Noës”.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.