Jak pokonałem wylew - Bruno Scandola, Renato Avesani - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Jedność Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2004

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 146 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak pokonałem wylew - Bruno Scandola, Renato Avesani

Jak pokonałem wylew to historia długiej "drogi krzyżowej" lekarza, który w wieku czterdziestu dwóch lat doznał ciężkiego wylewu krwi do mózgu. Książka stanowi zapis wstrząsającego doświadczenia choroby, pokonanej ogromną siłą woli i okupionej niewypowiedzianym cierpieniem. Te poruszające przeżycia zostały opowiedziane w pierwszej osobie, przede wszystkim w celu terapeutycznym, ale też po to, aby przekazać przesłanie nadziei tym, którzy obawiają się, że po chorobie nie będą w stanie wrócić do życia.

Opinie o ebooku Jak pokonałem wylew - Bruno Scandola, Renato Avesani

Fragment ebooka Jak pokonałem wylew - Bruno Scandola, Renato Avesani










Bruno Scandola, Renato Avesani

Jak pokonałem wylew


Tytuł oryginału: Cosi ho vinto il mio ictus

Paoline Editoriale Libri


© Figlie di san paolo, 2001

via Francesco Albani, 21-20149 Milano


© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Jedność, Kielce 2004


Przekład z języka włoskiego

Dariusz Chodyniecki


Redakcja i korekta

Renata Szwander


Redakcja techniczna

Anna Rzędowska-Zachara


Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych


ISBN 978-83-7660-553-1


Wydawnictwo JEDNOŚĆ

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży: tel. 41 349 50 50

Redakcja: tel. 41 349 50 00

www.jednosc.com.pl

e-mail: jednosc@jednosc.com.pl


Skład wersji elektronicznej:

Marcin Satro

© Copyright Wydawnictwo JEDNOŚĆ


Wszystkim niepełnosprawnym,

ludziom dotkniętym

paraliżem prawej lub lewej połowy ciała,

którzy na swoich wózkach

płaczą po kątach

sal gimnastycznych.

Aby wiedzieli, że można wyjść

nawet z największej rozpaczy.


Wprowadzenie

Spotkałem Brunona Scandolę, lekarza pierwszego kontaktu z przychodni w Bosco Chiesanuova, podczas zajęć rehabilitacyjnych w szpitalu Sacro Cuore di Negrar w Weronie. Przybył tam na kontrolę, której musiał się poddawać co jakiś czas. Leżał na dużym łóżku, odwrócony na bok, a ja siedziałem na wózku, jeszcze jako pacjent hospitalizowany.

Szybko zostaliśmy przyjaciółmi, właściwie już po zamienieniu ze sobą paru zdań. Wyznał mi, że usiłuje spisać „wspomnienia” o przeżywanym przez siebie cierpieniu, korzystając ze wsparcia lekarzy, którzy go leczyli. Ten pomysł wydał mi się bardziej jakimś ambitnym marzeniem niż czymś możliwym do zrealizowania. Patrzyłem na to z perspektywy barier, które narastają w człowieku, gdy dotyka go choroba redukująca życie do połowy. Tymczasem mamy przed sobą książkę, która na pierwszy rzut oka wygląda jak długa karta choroby zapisana rękoma wielu osób, jednakże, już po przeczytaniu paru stron, da się zauważyć, że spotkaliśmy wyjątkowe i niełatwe do sklasyfikowania zjawisko.

Jest to z pewnością książka niezwykła, nie wiem nawet, czy można mówić o istnieniu tego typu literatury. Wydaje się bowiem, że choroba nie jest najlepszym motywem ­pisania, może z wyjątkiem rzadkich przypadków.

Trzeba przyznać, że autorowi udało się rozwiać wszelkie nasze wątpliwości. Wspomina on zaistniałe fakty, opisując je w sposób wyrazisty i niezwykle sugestywny. Umiejętnie, z wielkim wyczuciem psychologicznym wplata w relacje z męczącego procesu fizycznej rehabilitacji zapisy swoich stanów ducha.

Wyczuwa się w nim dumę i ogromną radość z osiągnięcia tego, czego nie wszyscy dotknięci wylewem mają możliwość (albo szczęście) doświadczyć. Jest to duma i radość z tego, że może znowu chodzić i, chociaż nieco chwiejnie stawiając kroki, ponownie być istotą „dwunożną”.

Bruno Scandola opowiada o tym jak o wielkiej przygodzie, z pasją, która pomaga mu znaleźć jasność w gąszczu obiekcji, związanych z powrotem do przeszłości oraz wyobrażeniami dotyczącymi przyszłości. Poprzez interesujące, wciągające czytelnika rozważania udaje mu się przekazać nam swoje wzruszenia i emocje.

Najgłębsze znaczenie tej książki (czy jak kto woli, dziennika) odkrywamy jednak dopiero przy samym końcu lektury, w rozdziale zatytułowanym „Łazarz” i w „Zakończeniu”, gdzie czytamy: „Zaczynam patrzeć na moje nieszczęście [...] z pewnym dystansem. Potrafię dostrzec w nim także coś pozytywnego”. Aby dojść do takiego wniosku, Bruno musiał ponownie przejść przez chorobę, cierpienia, rozczarowania i nadzieje, które znaczyły drogę jego powrotu do życia. Po okresie, gdy nie czynił nic innego, jak tylko walczył o to, aby ów powrót stał się faktem, wydaje się nim zaskoczony. Porównuje ­siebie do wskrzeszonego Łazarza i chce głośno obwieszczać cud na rynku swojego rodzinnego miasteczka, rozgłaszając go zdumionym, niedowierzającym współmieszkańcom. Pragnie w pełni odkryć znaczenie swojej „przygody”, aby „o czymś nie zapomnieć i przez to nie móc w pełni radować się tym, co pozostało, oraz tym, co udało się odzyskać”.

Nie czyni tego dla własnej satysfakcji, ale by przekazać innym, szczególnie zaś swojej żonie i córeczce, że żyje i jest szczęśliwy z powrotu do domu, który bez niego nagle stał się zbyt wielki i pusty. Pisze po to, by nie czuć się niepotrzebnym, biernym, wyjałowionym przez nieszczęście, by odkryć i wydobyć ukryte w sobie wartości. Z tego punktu widzenia, wydaje mi się pożyteczne skonfrontowanie jego wyznań z obserwacjami „fachowców w białych kitlach”. Pozwoli to nam lepiej zrozumieć i zdać sobie sprawę z wysiłku, niezłomnej woli oraz ogromu trudności i cierpień, jakie przeżywał autor podczas swojej rehabilitacji. Jest to droga bardzo ciężka, przebyta przez niego ciałem i duszą: od chwili gdy mydło, wyślizgujące się z jego rąk, zapoczątkowuje długą drogę krzyżową do momentu wstania, ku zdziwieniu lekarzy i terapeutów, z inwalidzkiego wózka.

Możemy dzięki temu poznać historię człowieka, który stanął wobec śmiertelnego zagrożenia i został ocalony. Jest to opowiadanie noszące cechy dramatu z prawdziwymi, rzeczywistymi bohaterami. Uderzająca jest umiejętność autora patrzenia z odrobiną ironii na otaczające go fakty, osoby i rzeczy. Ta nutka ironii pozwala mu z pewnym ­dystansem opowiadać zarówno o chwilach trudnych, jak i szczęśliwych: o chorobie, miłości, radości i bólu, uchwyconych w ich konkretnym, fizycznym wymiarze. Właściwie chętnie nazwałbym tę książkę „Opowieścią o życiu”, „Dziennikiem odnalezionego szczęścia”, osiągniętego po przejściu przez momenty zniechęcenia oraz fizycznego i moralnego osamotnienia.

Istotną zaletą utworu jest styl – czysty, płynny, budzący sympatię. Jest to proza harmonijnie nasycona obrazami i refleksjami. Sposób, w jaki Bruno uświadamia czytelnikowi swoje pisarskie umiejętności, jest naprawdę bardzo sympatyczny: Renato, „współautor książki [...] zazdrości mi, iż mimo ciężkiej choroby tak dobrze władam piórem”. Także czytelnicy odczują na pewno, jeśli już nie zazdrość, to chociażby zaskoczenie faktem, że oto mają do czynienia z kimś, kto potrafi posługiwać się piórem z pewnością doświadczonego pisarza.

Jestem pewien, że tych, którzy go choć trochę pokochają, będzie znacznie więcej niż on sam, ze swoim charakterystycznym, wyrafinowanym poczuciem humoru, mógł przypuszczać.

Dino Coltro


Wstęp

Niniejsza książka nie jest opracowaniem naukowym: nie mam odpowiedniego przygotowania, aby napisać coś naukowego na temat tak specjalistyczny i złożony, jakim jest rehabilitacja. Jest to tylko świadectwo kogoś, kto przeszedł wylew krwi do mózgu: przez ból i cały proces rehabilitacji fizycznej i psychicznej aż do momentu, gdy opuścił wózek inwalidzki i powrócił do pracy, a co za tym idzie, do życia.

Nie jest to publikacja naukowa również i z tego powodu, że medycyna nie jest według mnie nauką ścisłą. Myślę, że jest ona raczej zawodem: najpiękniejszym na świecie, ale wciąż tylko zawodem.

Chciałbym, aby moje świadectwo mogło się do czegoś przydać. Pragnąłbym przyczynić się do tego, że zatrudnieni w tym zawodzie będą coraz bardziej i bardziej doceniać znaczenie przeżyć chorych, częściej zwracać uwagę na ich uczucia, a nie tylko na techniczną stronę każdego przypadku. Wszyscy inni zaś przestaną patrzeć na osoby niepełnosprawne z litością i uszanują cierpienie, łzy, wysiłek i pot, kryjące się za naszymi chwiejnymi krokami oraz nieskoordynowanymi ruchami.

Chciałbym ponadto wyjaśnić, że ta historia, która opowiada o mojej rehabilitacji fizycznej i psychicznej po wylewie, jest historią fragmentaryczną. Moja pamięć jest bowiem jak rozległa, gęsta mgła, którą od czasu do czasu rozjaśnia promień światła. Nie wiem, czy jest to spowodowane chorobą, która uszkodziła mój mózg, dotykając nie tylko obszaru w prawej półkuli, odpowiedzialnego za sprawność motoryczną, ale także ośrodka pamięci, czy też występuje tu zjawisko analizowane przez Freuda i nazwane przez niego wyparciem, a polegające na tym, że człowiek stara się jak najszybciej usunąć z pamięci doświadczenia, które sprawiają mu cierpienie. Zdaniem Freuda, ale również i moim, tego rodzaju zapomnienie chroni nas przed popadnięciem w obłęd. Może dlatego w pierwszych dniach po powrocie do domu budziłem się z krzykiem, wywołanym koszmarnymi snami: zdawało mi się, że znajduję się w miejscu nazywanym przeze mnie poufale „oddzialikiem”, które tak naprawdę było oddziałem szpitala, gdzie spędziłem początkowy okres rehabilitacji. Śniło mi się, że nie mogę oddychać. Pielęgniarka przybiegała z respiratorem, lecz ja mimo to dusiłem się. Mój pokój zaś miał błękitny sufit. To było okropne przeżycie.

Ta gęsta mgła została spowodowana prawdopodobnie chorobą, wyparciem i być może czasem, który przeżyłem nie troszcząc się o przezwyciężenie skutków wylewu.

Kiedy doktor Avesani zaproponował mi napisanie tej książki, starałem się przypomnieć sobie wydarzenia i przeżycia, i zauważyłem, że niewiele pamiętam. Sięgnąłem wówczas po papier i pióro, zapisując od ręki to, co we mnie pozostało, właśnie po to, aby tego już nie zagubić. Jak zawsze pamięć jest dziwną mieszanką zapomnienia i wspomnień, których proporcja ustanawiana jest subiektywnie, w zależności od przeżytych przez nas doświadczeń.

Poza tym chęć opisania moich przeżyć łączy się z potrzebą pewnego rodzaju oczyszczenia, na wzór starożytnych Greków, którzy starali się przezwyciężyć swoje cierpienia wystawiając je na scenie w postaci wielkich tragedii.

Pisanie tej książki, a przede wszystkim jej pierwszych rozdziałów, sprawiało mi wiele cierpienia. Pisałem w weekendy, siedząc na swoim wózku. Na stole kładłem trzy albo cztery chusteczki, które potem nasiąkały łzami. Moja żona, widząc mnie płaczącego za każdym razem, gdy zaczynałem pisać, namawiała mnie, abym przestał. Ale ja chciałem to robić nadal i z właściwym mi uporem (tej cechy mojego charakteru choroba nie zdołała zniszczyć) dążyłem do ukończenia swojego dzieła. Byłem przy tym przekonany, że część mojego bólu pozostanie na zawsze w tych chusteczkach mokrych od moich łez. I rzeczywiście, tak się stało: przedstawienie mojego dramatu oczyściło mnie i wzmocniło psychicznie. Mój przyjaciel i współautor tej książki, Renato Avesani, miał rację.


Refleksje

Mówi się często, że najtrudniejszymi pacjentami są lekarze. Niełatwo znieść sytuację, gdy z jednej strony na własnej skórze doświadcza się choroby i towarzyszącego jej cierpienia, a z drugiej ma się świadomość, że jest się kimś, kto zazwyczaj sam stawia diagnozę i leczy. Jest to jakby schizofrenia, swoiste rozdwojenie wynikające z samej choroby. Jeśli ponadto lekarz musi żyć ­obciążony skutkami choroby, która oprócz tego, że zmienia go fizycznie, powoduje ogromne trudności albo wręcz uniemożliwia wykonywanie zawodu, to wówczas frustracja staje się jeszcze bardziej oczywista i namacalna.

W procesie leczenia osób dotkniętych wylewem krwi do mózgu, bo o tym będzie mowa, wiele może się wydarzyć.

Kto miał do czynienia z takimi pacjen­tami, zdaje sobie sprawę z niemożności ­przewidzenia przebiegu ich fizycznej i psychicznej rehabilitacji. Czasem również trudno przewidzieć, jak będzie wyglądał ich powrót do życia w społeczeństwie. Składa się na to wiele czynników: sytuacja przed atakiem, szkody przez niego wyrządzone, sposób i przebieg leczenia, a przede wszystkim mozolna analiza przebiegu choroby, co oznacza wyczerpującą, w niektórych przypadkach oczyszczającą, pracę nad sobą, refleksję nad przyszłością własną oraz nad przyszłością osób z najbliższego otoczenia.

Rehabilitacja nie oznacza bowiem tylko aplikowania pacjentowi mniej lub bardziej wymyślnych ćwiczeń. Często za takim podejściem do niej kryje się lęk przed podejmowaniem nowych rozwiązań, niechęć do konfrontacji z oczekiwaniami pacjenta. Trzeba słuchać pacjenta. Starać się zrozumieć, jak on sam widzi swoją sytuację, jak przeżywa swoje kalectwo, jakie myśli wypełniają jego umysł, jak przyjmuje i znosi zalecone mu zabiegi. Wreszcie, jaka jest jego odpowiedź na nieuniknione pytanie: „Kim jestem teraz, z tym ciałem nie do poznania, tak różnym od tego, jakim było wcześniej, z kończynami, które nie funkcjonują tak, jakbym tego chciał? Gdy na nie patrzę, nie mogę ich poznać, nie chcę, żeby były takie, jak są, nienawidzę ich, a jednocześnie kocham i marzę o tym, aby były takie jak dawniej. Kim jestem teraz, z tym ciałem, które powierzam innym z nadzieją, że ich wiedza zastąpi moją, w tym momencie tak bezsilną i bezużyteczną?”

Moje połowiczne porażenie jest jeszcze inne: dotyka mnie osobiście. Ta sytuacja mnie blokuje, przeraża, nie pozwala mi bowiem być lekarzem, nie pomaga też w leczeniu.

Po diagnozie postawionej bardzo szybko, w jednej chwili, nadejdzie długa, nierówna walka, która będzie miała swoje trudne do przewidzenia skutki.

Przyczyny choroby, jej kliniczny obraz, terapia, o których wiem wszystko, znikają nagle w obliczu pytania: jak i kiedy się po­dź­wignę?

Rehabilitacja. Zagadkowy proces, który fascynuje, gdyż niesie w sobie nadzieję, ale też jest pełen niewiadomych. Ja, lekarz, przyzwyczajony do decydowania o przebiegu i metodach leczenia, nagle nie mogę tego czynić, nie mogę wybierać ani ustalić mego własnego leczenia. Nie mogę, ponieważ nie potrafię.

Nie mogę, ponieważ tym razem choroba dotknęła mojego mózgu, moich kończyn, które nie słuchają poleceń, a moja świadomość i cielesna tożsamość są przez to jakby przyćmione.

Zapowiada się, że proces dochodzenia do jakiej takiej sprawności, który – jak mi się wydawało – miał być krótki, będzie długi, męczący, pełen niewiadomych i gorzkich niespodzianek. W miarę upływu czasu pacjent odkrywa swoje ograniczenia, ale na szczęście również swoje możliwości. Przyzwyczajenie do pewnego typu schorzeń często wpływa na nasz sposób myślenia, a osoba na wpół sparaliżowana jawi się nam jako pacjent bierny, na tyle ograniczony, że nie może nas już niczym zaskoczyć.

Tymczasem przyjęcie do wiadomości, że jest się częściowo bezwładnym, to niełatwy proces. To długa droga, podczas której człowiek rozdarty wewnętrznie niszczy swoją dotychczasową tożsamość cielesną, aby uczynić miejsce dla innej, z którą będzie musiał żyć, doznając przy tym mieszanych uczuć: nienawidząc jej, ale jednocześnie usiłując wydobyć z tego tak dziwnego i obcego ciała, ile się tylko da.

Rozdarcie jest bardzo głębokie, nie obejmuje ono tylko problemów z poruszaniem. Odbudowa powinna dotyczyć całej osoby, we wszystkich jej wymiarach. Jest to droga, którą powinni przejść razem specjaliści od rehabilitacji, pacjenci oraz ich rodziny. Nie może być określona z góry ani sprowadzona do samych ćwiczeń fizycznych.

W książce tej chcemy przedstawić nietypową rehabilitację lekarza, który w wyniku wylewu krwi do mózgu został pacjentem, a następnie naszym przyjacielem. Obrazem tej rehabilitacji są znaczące etapy, przez które musiał przejść, oraz spostrzeżenia natury technicznej połączone z analizą przeżyć i odczuć pacjenta.

Refleksja nad tym konkretnym przypadkiem była dla nas, współautorów książki, okazją do odkrycia tajemnic choroby, która wydaje się tak znana i oczywista, a przez to uboga w rehabilitacyjne nowinki. Nowością był też kredyt niepozbawionego obaw zaufania, jakim potrafił nas obdarzyć ten pacjent. Zresztą zaufanie było obustronne i dodawało nam wiary w jakąś formę wyzdrowienia, która wykraczała poza prognozy i nadzieje oparte na czysto racjonalnych przesłankach. Podkreślamy tutaj słowa „jakaś forma wyzdrowienia”, nie dlatego że osiągnięty rezultat w pełni nas zadowala, albo jeszcze gorzej, z powodu nastawienia na byle jaki, nawet najmniejszy efekt rehabilitacji. Przeciwnie, dążyliśmy od samego początku do przywrócenia pacjentowi choćby częściowej sprawności ruchowej, gdyż już po paru tygodniach leczenia mieliśmy świadomość, że jego przypadek jest na tyle ciężki, iż jeśli nie podejmiemy wysiłku wypracowania krok po kroku nowatorskiego procesu rehabilitacji, sięgając po techniki i narzędzia na granicy medycznej ortodoksji, nie możemy się spodziewać cofnięcia skutków wylewu na tyle, aby pacjent mógł znowu chodzić1.


1 Tekst złożony czcionką prostą jest autorstwa dr. Brunona Scandoli, kursywą – dr. Renato Avesani i jego współpracowników.


13 grudnia 1992: nieszczęście

Tego roku uroczystość św. Łucji przypada w niedzielę. Moja córeczka ma prawie trzy latka i spędzenie tego dnia z rodziną to prawdziwa przyjemność.

Moje dziecko z niecierpliwością rozpakowało prezenty, które zgodnie z tradycją znalazło zaraz po przebudzeniu. To wielka przyjemność móc spędzić w rodzinie ten dzień, zawsze pełen oczekiwań, nadziei i niezmąconej dziecięcej radości. Jest godzina jedenasta. Postanowiłem wziąć prysznic i wypróbować nową kabinę w łazience. Spłukuję z siebie pianę, gdy nagle z lewej ręki wypada mi mydło, czuję mrowienie w całej ręce i mam wrażenie, że tracę czucie w lewej nodze. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem nic podobnego, ale w pamięci jawi mi się to jako coś, o czym wielokrotnie czytałem w książkach. Jestem zaniepokojony. Wycieram się pośpiesznie i udaje mi się jakoś dojść do łóżka. Tymczasem odczuwam wciąż narastający ból głowy. Staram się uspokoić i zastanowić, co mogło mi się przydarzyć, automatycznie analizuję niektóre możliwości i zawężam pole swoich przypuszczeń.

Próbuję poruszyć lewą ręką, ale ona nie reaguje i pozostaje nieruchoma.

Bardzo trudno jest postawić diagnozę samemu sobie, ale mimo to zaczynam rozumieć, co się stało: zostałem pokonany przez nadciśnienie! Wołam żonę i proszę ją, by zadzwoniła do mojego kolegi Allessandra i do Zielonego Krzyża. Giovanna, bardzo wystraszona, pyta, co mi jest, odpowiadam, że mam wylew krwi do mózgu, udar.

Blednie i drży, także dla niej zaczyna się droga krzyżowa, która będzie trwała parę lat. Pytam ją, czy mam wykrzywione usta, a ona, aby mnie jeszcze bardziej nie przerazić, odpowiada, że nie. Parę miesięcy później dowiem się, że moje usta były bardzo wykrzywione, nawet wylew nie zniszczył mojej lekarskiej dociekliwości!

Po mniej więcej dziesięciu minutach przybywa zdyszany mój kolega, przygląda mi się przez chwilę i wydaje ciężkie westchnienie, które oznacza diagnozę: „Wylew!”

„Ja, Bruno Scandola, wiek 42 lata, proszę o niezwłoczną specjalistyczną konsultację neurologiczną oraz ewentualną hospitalizację z powodu wylewu krwi do mózgu, nb. jestem nadciśnieniowcem”. – Napisz też: „mam nadciśnienie”, aby nasi koledzy ze szpitala byli zorientowani w sytuacji.

Są to ostatnie chwile, kiedy mój umysł jest przytomny. Mam czas, by podyktować mojemu zastępcy prośbę o przyjęcie mnie do szpitala i wymienić kilka uwag na temat lekarzy szpitalnych. Czasami odnoszą się do nas, „górskich konowałów”, z lekceważeniem i dają nam to odczuć. Ale usprawie­dliwia ich do pewnego stopnia fakt, że zarabiają mało i często pastwią się nad nimi gazety oraz telewizja.

To była moja ostatnia czynność lekarska w stanie pełnej świadomości: podanie o hospitalizowanie mnie samego i ostatnie uwagi normalnego człowieka.


Pustka

(styczeń 1993)

Nie pamiętam absolutnie nic z okresu spędzonego na neurochirurgii, nie pamiętam w ogóle ani operacji, ani też reanimacji neurochirurgicznej. Ogarnęła mnie wówczas całkowita ciemność, nie mgła, nie ­zamęt, ale nicość, kompletna pustka. Właściwie w tamtym czasie nie żyłem: moje ciało nadal spełniało swoje funkcje życiowe, ale one również były podtrzymywane, kontrolowane przez lekarzy. Ja sam byłem nieobecny. Nie było mnie tam, w szpitalu, właściwie nie wiem, gdzie wtedy byłem! Pierwsze, jeszcze bardzo blade, wspomnienia mam z niewielkiego oddziału, z trzeciej sali półintensywnej terapii w szpitalu Sacro Cuore – Don Calabria di Negrar w Weronie. Ta sala, nazywana także „błękitną grotą”, jest miejscem, gdzie umieszcza się „larwy” takie jak ja, przeniesione z sali reanimacyjnej i wymagające wzmożonej opieki medycznej.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com