Jak Jan z Krystyną. Wspomnienia najdłużej urzędującego Prezydenta Szczecina  - Krystyna Pohl - ebook
Wydawca: Walkowska Wydawnictwo Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Jak Jan z Krystyną. Wspomnienia najdłużej urzędującego Prezydenta Szczecina ebook

Krystyna Pohl

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 122 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jak Jan z Krystyną. Wspomnienia najdłużej urzędującego Prezydenta Szczecina - Krystyna Pohl

Wspomnienia Jana Stopyry, najdłużej urzędującego prezydenta Szczecina.

Opinie o ebooku Jak Jan z Krystyną. Wspomnienia najdłużej urzędującego Prezydenta Szczecina - Krystyna Pohl

Fragment ebooka Jak Jan z Krystyną. Wspomnienia najdłużej urzędującego Prezydenta Szczecina - Krystyna Pohl









Copyright © by Krystyna Pohl

Copyright © for this edition by Walkowska Wydawnictwo / JEŻ

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone


Zdjęcia archiwalne zamieszczone na okładce oraz w treści książki pochodzą z prywatnego archiwum Jana Stopyry i zostały wykonane m.in. przez Stefana Cieślaka oraz Antoniego Pieńkowskiego.
Fotografie współczesne wykonał Marcin Bielecki.


Tekst: Krystyna Pohl

Korekta: Krystyna Pawlikowska


Projekt okładki: Szymon Jeż, Adrian Łaskarzewski


Opracowanie graficzne i skład: Adrian Łaskarzewski




ISBN 978-83-61805-40-3




Wydanie II (e-book)
Szczecin 2012,
na podstawie wydania I, 2010


Walkowska Wydawnictwo / JEŻ

ul. Falskiego 29/8, 70-733 Szczecin

www.walkowska.pl

Jan Stopyra i Krystyna Pohl









Dla mojej wnuczki Niny

Jan Stopyra


Wstęp

Żyjemy w czasach szalonego pędu.
Jednym z jego przejawów jest szybkie zapominanie.

Jan Stopyra gospodarzem miasta był przez prawie dwanaście lat, od czerwca 1972 roku do marca 1984.
Był najdłużej urzędującym prezydentem w powojennych dziejach Szczecina. W przekonaniu wielu szczecinian – najlepszym.

Był współtwórcą nowoczesnego, zadbanego Szczecina.

– Za jego prezydentury Szczecin rozkwitł i wypiękniał. Stał się najbardziej zielonym miastem w Polsce.

– Jednakową wagę przywiązywał do inwestycji, jak i do estetyki ulic, budynków, parków – to niektóre z opinii.

Jan Stopyra niezmiennie powtarza, że prezydent to nie urzędnik, lecz dozorca wielkiego domu, jakim jest miasto. Starał się być dobrym dozorcą.


ROZDZIAŁ 1

Opowieść o:

  • szczęśliwym dzieciństwie w Stanisławowie
  • okrucieństwie wojny
  • młodości w Nakle
  • powrocie do Iwanofrankowska (dawniej Stanisławów)

Jakie wspomnienia zachowałeś ze Stanisławowa?

To miasto mojego dzieciństwa. Tam się urodziłem w trzydziestym czwartym roku zeszłego stulecia i tam mieszkałem przez jedenaście lat. Tata Stanisław był zawodowym wojskowym, starszym sierżantem, a mama Maria, z domu Lech, nauczycielką. Ale nie pracowała. W tamtych latach pensja wojskowego wystarczała na całkiem przyzwoite życie. Mama pochodziła z Poznania, a tata z Rzeszowa, poznali się w czasie wakacji w Stanisławowie. Wzięli ślub, a w rok przed moim urodzeniem kupili dom z dużym ogrodem przy ulicy Gołuchowskiego na przedmieściach, w dzielnicy koszar. Ten ogród i pobliski park to były dla mnie i starszego o trzy lata brata Leszka najlepsze miejsca zabaw. Naszymi najbliższymi sąsiadami były rodziny żydowskie.

W domu obowiązywał wojskowy dryl?

Ależ skąd. Rodzice byli anielscy, niezwykle cierpliwi, a przecież my, chłopcy, do aniołków nie należeliśmy. Tata nigdy nie podniósł głosu, a tym bardziej ręki. Gdy coś przeskrobaliśmy, robił tylko taką bardzo smutną minę. Okropnie się wtedy czułem. Tata ciągle był na poligonach, a kiedy wracał, to spędzał z nami dużo czasu. Latem jeździliśmy nad rzekę. Zimą razem ubieraliśmy ogromną choinkę w papierowe łańcuchy, orzechy, jabłka i cukierki. Razem chodziliśmy do kolegiaty NMP, pięknego kościoła na wzgórzu, gdzie brat był ministrantem. Potem ja też służyłem do mszy, nawet myślałem, że będę księdzem. Imponował mi ksiądz Kazimierz Bochenek, który bardzo nam pomagał w czasie wojny. W latach siedemdziesiątych spotkałem go pod Opolem, gdzie był proboszczem. To było wzruszające spotkanie. Miał pamiątkową fotografię ministrantów, większość z nich już nie żyła. Przypomniała mi się jeszcze jedna historia związana ze służeniem do mszy. Jest rok 1952. Do Szczecina przyjeżdża kardynał Stefan Wyszyński. W kościele przy ulicy Bogurodzicy ogłasza, że chce się spotkać ze szczecińskimi studentami. Żeby do tego nie dopuścić, władze partyjne zarządzają koncentrację zajęć wojskowych na wszystkich uczelniach. Od rana do późnych godzin wieczornych ćwiczymy musztrę, strzelamy na poligonie. W jakiś sposób dowiedzieliśmy się, że kardynał Wyszyński powiedział, iż będzie na studentów czekał do rana. Zaraz po tych wojskowych zajęciach pieszo, bo tramwaje przestały jeździć, udaliśmy się do kościoła przy Bogurodzicy. A tam „usłużni” notowali nazwiska wchodzących. W kościele kardynał zapytał, czy ktoś z obecnych potrafi służyć do mszy. Zgłosiło się nas czterech. Byłem wśród nich. Kiedy przypomniałem to wydarzenie arcybiskupowi Kamińskiemu, powiedział, że wtedy odwaga miała wyższą cenę niż dziś.

We wrześniu 1939 roku wybuchła druga wojna światowa…

Pamiętam rozmowy rodziców, że trzeba zrobić zapasy żywności, i pamiętam tatę, który w pięknym mundurze przyjechał na koniu pożegnać się z nami. Wojna kojarzy mi się z głodem. Mama nie zdążyła zrobić tych zapasów i nie było co jeść. Gdy Stanisławów zajęli Niemcy, razem z innymi dziećmi prosiłem ich o chleb. Pierwsze słowa, jakich się nauczyłem po niemiecku, to była prośba o kromkę chleba. Chodziliśmy też do wioski pod Stanisławowem i tam mama za buty i ubrania dostawała chleb, mąkę, słoninę. Bardzo szybko w mieście zamieszkanym w większości przez Żydów Niemcy utworzyli getto. Znaleźli się tam nasi sąsiedzi. Pamiętam ich rozpacz. I pamiętam wstrząsającą scenę. Niemiec z pistoletu mierzy do chłopca, a on dłonią zasłania twarz. Kula przebija dłoń i rozłupuje czaszkę. Któregoś dnia bawiłem się na ulicy. Podszedł do mnie niemiecki oficer i zaprowadził do swojego mieszkania. Usadowił na krześle, wziął jakiś karton i zaczął mnie rysować. Strasznie się bałem i siedziałem jak zamurowany. Cały czas myślałem o tym, że mama nie wie, gdzie ja jestem, i na pewno bardzo się martwi. A potem Niemiec dał mi garść słodyczy, kiełbasę i piwo. Gdy te rarytasy przyniosłem do domu, nawet ich nie zauważono, bo najważniejsze było to, że się znalazłem, że żyję. Potem nie pozwolono mi samemu wychodzić z domu. My cierpieliśmy głód, ale w getcie był jeszcze większy. Mama w szmatki zawijała kawałki chleba, kazała nam z bratem biec szybko wzdłuż płotu getta i wrzucać je do środka. W czterdziestym drugim roku w naszym domu zostali zakwaterowani Węgrzy. Mieli mnóstwo jedzenia, którym chętnie się dzielili. Dla nas skończył się głód.

A co z ojcem?

Wrócił do domu i był palaczem w szpitalnej kotłowni. W czterdziestym trzecim do Stanisławowa wkroczył pułk wojska radzieckiego. Żołnierze, przechodząc przez stanisławowskie lotnisko, natrafili na magazyn alkoholu. Kompletnie pijani, zostali rozbici przez niemiecki batalion pozostawiony do ochrony miasta. W śmietniku stojącym w ogrodzie schował się ranny młody Rosjanin, nazywał się Woronow. Przez kilka miesięcy tata przechowywał go na strychu w sianie. Ksiądz Bochenek przynosił lekarstwa, opatrunki i żywność. Gdy Woronow wydobrzał, wyjechał w przebraniu furmana. Któregoś dnia tata został aresztowany przez rosyjski NKWD. Nie było go szesnaście miesięcy. Mama szukała go, rozpaczała, nikt nic nie chciał powiedzieć. W dodatku Rosjanie kazali wszystkim Polakom opuścić Stanisławów. Znaleźliśmy się w wiosce Uhrynów, zamieszkaliśmy u chłopa, w chacie z klepiskiem. Bieda straszna. Przeżyliśmy dzięki mamie, która potrafiła szyć. Szyła ludziom koszule, fartuchy, pościel i za to dostawała jedzenie. Pewnego dnia usłyszałem, jak woła mnie jakiś mężczyzna. Zarośnięty, zgarbiony, w łachmanach. Dopiero gdy podszedł bliżej, zobaczyłem, że to tata. To był styczeń czterdziestego piątego roku. Wszyscy bali się wywózki na Sybir i wszyscy chcieli jechać na zachód. Ostatnim sanitarnym pociągiem, stłoczeni jak sardynki w puszce, pojechaliśmy do Przeworska. A potem kilka dni szliśmy do wioski Grodzisko Dolne, gdzie była rodzina taty.

A skąd Nakło na drodze Stopyrów?

Chcieliśmy dojechać do Bydgoszczy, bo tam mieszkał brat mamy, który przed wojną był kuratorem. Dotarliśmy tylko do małej wioski Białośliwie pod Nakłem. Zamieszkaliśmy w szkole, mama przygotowywała się do pracy nauczycielki. Tam zastał nas koniec wojny. Potem przeprowadziliśmy się do Nakła, mama zaczęła uczyć w szkole. Ja kontynuowałem naukę w podstawówce, mój brat był już w gimnazjum. A ojciec wyjechał do Szczecina. W Szczecinie była siostra taty, Anna Ogórek, i razem prowadzili mały sklepik spożywczy przy ulicy Pocztowej 11. Na zapleczu było niewielkie mieszkanie. Dwukrotnie z mamą odwiedziliśmy tatę w Szczecinie. Zapamiętałem morze gruzu i opowieści o tym, jak bardzo niebezpieczne jest to miasto. Przy zrujnowanym Szczecinie Nakło jawiło się jak sielskie miasteczko ze snu. Mama cały czas przekonywała tatę, aby zostawił ten niespokojny i niepewny Szczecin i wrócił do Nakła. Wrócił na początku czterdziestego szóstego. Miał jakąś żyłkę do handlu, bo od razu otworzył w Nakle dużą restaurację przy ulicy Dąbrowskiego. Nazywała się „Zdrój”. Potem uruchomił rozlewnię piwa i wytwórnię soków.

Należałeś do bananowej młodzieży?

Nie, bo rodzice nas nie rozpuszczali, ale dobrze nam się żyło, podobnie jak wielu innym właścicielom sklepów i zakładów rzemieślniczych. Nie trwało to długo, bo pod koniec lat pięćdziesiątych rząd realizował słynną batalię o handel. Pod pretekstem zwalczania drożyzny i nadmiernych zysków likwidowano handel prywatny. Kupców i rzemieślników uznano za wrogów ojczyzny, oskarżano o spekulacje i obciążano wysokimi karami pieniężnymi lub domiarami – gigantycznie wysokimi podatkami. Tacie nakazano zapłacić półtora miliona złotych. To była kwota astronomiczna. Musiał zamknąć restaurację, choć miała już znakomitą opinię. Słynęła z doskonałych kotletów schabowych. Ich smak pamiętam do dziś. Zamknięta została rozlewnia piwa i wytwórnia soków. Tata długo szukał pracy, aż w końcu został szefem baru na targowisku. Potem, już do emerytury, do 1965 roku, kierował w Nakle kawiarnią „Pomorzanka”. Mama cały czas pracowała w szkole, uczyła biologii.

Ciebie do handlu nie ciągnęło?

W Bydgoszczy ukończyłem liceum handlowe, ale marzyłem o prawie. Na uniwersytecie w Toruniu rozpocząłem studia prawnicze. Podobały mi się, dobrze mi szło, ale po pierwszym semestrze, po zdanych egzaminach wezwał mnie dziekan i powiedział wprost, że szkoda mnie, bo nie będę po skończeniu studiów ani radcą, ani sędzią, ani prokuratorem. Zdziwiony zapytałem dlaczego. I usłyszałem: „Pana ojciec był przed wojną zawodowym oficerem. A to pana wyklucza z kariery prawnika. Radzę zmienić uczelnię”. To był szok. Po wyjściu tak po babsku rozpłakałem się. W domu odbyła się rodzinna narada i tata powiedział: „Wysyłamy Janka do Szczecina, tam jest porządna Wyższa Szkoła Ekonomiczna”. I tak się rozpoczął, trwający do dziś, rozdział szczeciński w moim życiu.

Ale zanim będziemy o nim rozmawiać, opowiedz, proszę, o powrocie do Stanisławowa.

Do Iwanofrankowska, bo tak od 1962 roku nazywa się Stanisławów. Pojechaliśmy tam z tatą cztery lata później. Wykupiliśmy w Polsce wycieczkę do Lwowa. Do ówczesnego ZSRR można było jechać z wycieczką turystyczną albo na zaproszenie. We Lwowie wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Stanisławowa. To było oczywiście nielegalne, bo mogliśmy się poruszać tylko po Lwowie. Udawaliśmy Rosjan, nie rozmawialiśmy po polsku. Przy ulicy Gołuchowskiego stał nasz dawny dom. Wydał mi się jakiś taki skurczony, mały, zaniedbany. Tam, gdzie był piękny ogród, stał nowy blok mieszkalny. Przyjechaliśmy w ostatniej chwili. Dom lada dzień miał być zburzony pod budowę kolejnego bloku. Poszliśmy pod koszary, do śródmieścia. Miasto było bardzo zaniedbane. Gdy wieczorem wracaliśmy do Lwowa, tata powiedział: „Nie ma za czym tęsknić, pożegnaliśmy przeszłość”.


ROZDZIAŁ 2

Opowieść o:

  • studiach
  • Stalinie
  • więzieniu

W 1951 roku przyjechałeś do Szczecina na studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej. Pamiętasz, jak wówczas wyglądało miasto?

Zmieniło się od mojego poprzedniego pobytu w roku 1945, ale ciągle leżało bardzo dużo gruzu. W tamtych latach i następnych powszechne były czyny społeczne. Uczestniczyli w nich także studenci. Odgruzowywaliśmy, pamiętam, ulicę Malczewskiego. To była góra gruzu z wąską ścieżką wydeptaną przez pieszych. Najwięcej czynów społecznych podejmowano przed 1 Maja.

Jak wówczas wyglądały pochody pierwszomajowe?

Odbywały się w alei Wojska Polskiego, a trybuna stała na placu Zgody. Obecność, oczywiście, obowiązkowa. Na miejscu zbiórki należało zameldować się już o siódmej rano, sprawdzano obecność, rozdawano szturmówki i ogromne portrety na stelażach. Na nich były podobizny Stalina, Lenina, Marksa i Engelsa, a także karykatury wrogów ustroju i klasy robotniczej. Ulubioną postacią karykaturzystów był jugosłowiański przywódca Tito. Przedstawiano go z toporem w ręku albo jako buldoga. Pochód zazwyczaj zaczynał się około dziesiątej. Szli przedstawiciele wszystkich zakładów pracy, szkół, uczelni, sportowcy i aktorzy. Jechały żniwiarki, traktory, ciężarowe samochody, a na nich odgrywano różne scenki związane z pracą i produkcją. Po obu stronach jezdni stały tłumy mieszkańców. Około trzynastej pochód się kończył. Na bocznych ulicach stały ciężarówki, z których sprzedawano kiełbasę, parówki, oranżadę, zdarzały się nawet owoce cytrusowe, wówczas istny rarytas.

Przyjaciele mówią, że byłeś strasznym kujonem, niewiele brakowało, a zostałbyś aktorem.

(śmiech) – Przesadzają. Należałem do studenckiego zespołu teatralnego, grałem w kilku przedstawieniach, na festiwalach nawet zdobywaliśmy nagrody. To zainteresowanie poezją i teatrem zostało mi ze szkoły średniej, gdzie byłem takim dyżurnym deklamatorem wierszy. Moje studia nie wydawały mi się tak ciekawe jak prawo, ale wiedziałem, że muszę je skończyć. Uczyłem się systematycznie, a wyniki rzeczywiście miałem dobre. Któregoś roku jako wyróżniający się student dostałem nagrodę. Był to wielki album, oprawiony w szare płótno z dwiema złotymi literami na okładce – JS. Niosłem go dumny i wzruszony, że uczelnia aż tak bardzo mnie uhonorowała, wytłaczając moje inicjały na okładce. Gdy go otworzyłem, o mało nie spadłem z krzesła. O naiwności, to nie były moje inicjały. Album poświęcono... Józefowi Stalinowi. To było w roku jego śmierci. Pamiętam dzień, kiedy spiker w radiu (telewizory pojawiły się później) poinformował, że odszedł pierwszy obywatel świata, nasz ojciec, przyjaciel polskiego narodu. W całym kraju ogłoszono tygodniową żałobę. Wielkie portrety Stalina wisiały na wszystkich gmachach publicznych, gazety w czerni drukowały na pierwszych stronach jego życiorys. Na uczelni odbył się wiec. Do dziś słyszę przejmujący szloch pięknej pani Reben, nauczycielki języka rosyjskiego. Wtórowały jej studentki. Wiece i apele odbywały się we wszystkich zakładach pracy, a z mapy Polski znikło miasto Katowice. Aż do 1956 roku nazywało się Stalinogród. Na dworcu kolega chciał kupić bilet do Katowic, nie sprzedali mu. Usłyszał, że takiego miasta nie ma.

Jeszcze przed śmiercią Stalina byłem świadkiem, jak niegroźny żart zniszczył kolegę. Podczas studiów mieliśmy obowiązkowe zajęcia wojskowe na poligonie. Jeden z kolegów, nazywał się Zygmunt Władyka, był potem tancerzem w zespole Mazowsze, strzelił drugiemu w nogę tak zwanym ślepakiem. Nic się nie stało, tylko w kombinezonie zrobiła się dziura. Do głupiego żartu dorobiono ideologię. Na uczelni zwołano zebranie całego roku z dziekanem i rektorem. Przez cztery godziny trwało potępianie Władyki. Kajał się, bardzo wszystkich przepraszał. Domagano się wyrzucenia go ze Związku Młodzieży Polskiej. Po kolejnych przeprosinach Zygmunt poprosił, aby go nie wyrzucać z ZMP, bo on nigdy do tej organizacji nie należał. Można sobie wyobrazić, co się działo po tych słowach. Władykę z hukiem wyrzucono z uczelni.

Skończyłeś studia i od razu miałeś pracę.

W tamtych czasach obowiązywał nakaz pracy. Mogli mnie wysłać na drugi koniec Polski. Na szczęście dostałem pracę w Szczecinie, w uczelnianym studium wojskowym. Skończyłem jeszcze zaocznie studia drugiego stopnia w Krakowie i był już rok 1957. W kraju trwała odwilż partyjno-społeczna. W Szczecinie do władzy, czyli miejskich i wojewódzkich struktur PZPR, doszła grupa młodych ludzi, byłych asystentów w WSE. Ci wykształceni czterdziestolatkowie zaczęli montować nową kadrę kierowniczą w przedsiębiorstwach. Stawiali na ludzi młodych, nieskorumpowanych. Wtedy i w następnych dekadach o kadrach decydowała partia.

Czy byłeś jej członkiem?

Wówczas jeszcze nie. Do partii wstąpiłem dopiero w połowie lat sześćdziesiątych, gdy pracowałem na stanowisku dyrektora Miejskiego Zjednoczenia Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej. Myślałem, że jak więcej będzie w niej ludzi rozsądnych i wykształconych, to będą mieli większy wpływ na to, co się dzieje w kraju.

Co Tobie zaproponowali ci czterdziestolatkowie?

Zostałem zastępcą dyrektora Państwowego Przedsiębiorstwa Warzyw i Owoców. Miałem dwadzieścia trzy lata. Uznali, że się na tym znam, bo kończyłem towaroznawstwo.

A znałeś się?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.