Ja, on i ona, Stacja kataryniarzy, Zaliczka - Władysław Książek - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 103 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ja, on i ona, Stacja kataryniarzy, Zaliczka - Władysław Książek

Władysław Książek, Ja, on i ona. Stacja kataryniarzy. Zaliczka. Władysław Książek (1857–1897) używał pseudonimu Julian Łętowski. Był prozaikiem, dramaturgiem, poetą i dziennikarzem. Od 1879 roku mieszkał w Warszawie, pracował w redakcji „Echa”, a od 1882 roku – w „Słowie”. Był związany ze środowiskiem młodych konserwatystów. Popularność zyskał postromantycznym dramatem „Izrael na puszczy” (1880), wyrażającym uczucia patriotyczne przez metaforę biblijną. W dramacie „Firduzi” (1884), którego bohaterem jest poeta perski, autor usiłował rehabilitować poezję romantyczną. W swej twórczości nowelistycznej pod wpływem naturalizmu umieszczał akcję w środowiskach nizin społecznych, przede wszystkim warszawskiego Powiśla. Do najciekawszych należą nowele ze zbioru „Nowocześni bohaterowie” (1888). W późniejszych zbiorach nowel: „Na Bożym świecie” (1890), „Robakiewicz” (1892), „Stary mąż” (1893) czy w powieściach „Rywale” (1890), „Rogata dusza” (1893) zabrakło realiów społecznych, zamiast prawdy ukazywał pisarz idylliczne sielanki. Zainteresowanie tematyką orientalną, zaznaczone w dramatach, znalazło też wyraz w tomiku „Sonety i ghazele” (wyd. pośm. 1899), w którym autor posłużył się orientalną zwrotką – gazelem.

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Ja, on i ona, Stacja kataryniarzy, Zaliczka - Władysław Książek

Fragment ebooka Ja, on i ona, Stacja kataryniarzy, Zaliczka - Władysław Książek




Spis treści

  1. JA, ON I ONA
  2. STACJA KATARYNIARZY
  3. ZALICZKA
  4. KOLOFON

JA, ON I ONA

...Chcecie – wierzcie, a jednak ja w tej całej sprawie byłem tylko kozłem ofiarnym...

Bo trzeba wam wiedzieć, że ten Stach miał zawsze ogromne do kobiet szczęście. Pamiętam, że już w gimnazjum, w Lublinie, zwracał na siebie oczy podlotków i dorosłych panien, ale dopiero tu, w Warszawie, gdyśmy się na uniwersytet dostali, począł naprawdę tym swoim szczęściem wojować.

O co jego nie pomawiano?!...

On sam jednak nigdy nie przechwalał się swoim powodzeniem. Nawet ze mną, mimo żem przecie znał go od dziecka i żeśmy razem tu zamieszkali, bywał dość skrytym i nie wywnętrzał się nigdy. Trudno mi jednak było nie dostrzec czasem tego lub owego, choćbym nawet chciał być ślepym koniecznie.

A najpierw – te listy i bileciki...

Nie przyszło to nagle i nie zaraz z przyjazdem naszym do Warszawy, ale już po dwóch latach rzadkim bywał dzień, żeby, wracając do domu, nie zastał jakiegoś liściku. Adresów zaś na nich nie kreśliła jedna ręka – tom dobrze zauważył.

Raz też, mimowolnie jakoś, wyrwałem się z zapytaniem:

– Co ty, Stach, tyle tych listów odbierasz? Spojrzał na mnie przez ramię.

– Ach – rzekł, to w sprawie moich lekcji. Wiesz przecie, że mam aż cztery lekcje... Koniec roku się zbliża... Rodzice niespokojni...

– Ja też przecie mam lekcje – zacząłem.

– Eh, twoje lekcje! – przerwał.

Miał słuszność. Jego lekcje były bowiem o wiele popłatniejsze.

Mimo zaś, żem z końcem drugiego roku naszych studiów postanowił rzucić medycynę, z którą jakoś nie mogłem się pogodzić, pozostaliśmy nadal przyjaciółmi.

Pochwalił mój zamiar, mówiąc: „Istotnie, medycyna nie dla ciebie” – i sam zaproponował, abyśmy jeszcze razem mieszkali.

– Przywykliśmy – mówił. – Dobrze nam z sobą...

Przystałem z ochotą. Imponował mi właśnie swoją rozwagą i zimną krwią, która go w najkłopotliwszych chwilach nie opuszczała. Zdawało mi się zresztą, że bez niego nie byłbym dał sobie rady na świecie.

Zmieniliśmy mieszkanie, biorąc tym razem dwa małe pokoiki, przedzielone wspólnym przedpokojem, z którego każdy z nas miał teraz oddzielne do siebie wejście, po czym on na wakacje wyjechał na wieś, znowu za popłatną lekcją, a ja zostałem sam w całym mieszkaniu.

Jakże mi pusto, jak źle było bez niego!

Wrócił nareszcie w połowie września, ale zauważyłem zaraz, że był bardzo zmieniony. Zmizerniał, zbladł, zamyślał się teraz często, a dawna jego pewność i humor, które się i mnie zwykły były udzielać, przepadły bez śladu. Powietrze wiejskie nie posłużyło mu wcale. Miał widocznie jakieś kłopoty, żarła go jakaś troska, ale nie był z tych, co to lubią i potrafią zwierzyć się przed przyjacielem.

Znałem go dobrze i nie starałem się badać jego tajemnicy.

Zauważyłem tylko, że bileciki wkrótce się urwały, a natomiast, wróciwszy pewnego wieczora wcześniej niż zwykle do domu, usłyszałem stłumione szepty i szelest sukni kobiecej w jego pokoiku.

Stanąłem, jak wryty, nie wiedząc, co z sobą począć.

Na szczęście, on zaraz wyszedł do mnie, do wspólnego naszego przedpokoju.

– Mam gościa! – rzekł. – Siostra moja przyjechała do Warszawy... Ta, wiesz, która się wychowywała u babki na Podolu... no, wiesz przecie... Mówiłem ci o niej nieraz...

– Wiem, wiem – szepnąłem.

I biorąc ze stolika pierwszy lepszy zeszyt, dodałem:

– Ja tylko wpadłem po skrypt... zaraz wychodzę...

– A to szkoda! – powiedział Stach. – Byłbym cię zapoznał... No, ale jeśli musisz uciekać.

– Muszę!

Wymknąłem się czym prędzej, zauważyłem bowiem, że głos jego brzmiał nieszczerze, kłopotliwie. Nie chciałem mu się narzucać.

Odtąd też, jeśli tylko z rana chodził zamyślony i zapędzał się, jakby chciał się do mnie z czymś odezwać, zaczynałem pierwszy:

– Słuchaj no, Stachu... Nie zobaczymy się pewnie aż wieczorem. Nie wrócę przed dziesiątą...

Słyszałem, że wówczas oddychał swobodniej, jakby zbył się jakiegoś ciężaru, a przy pożegnaniu ściskał mi rękę serdeczniej, niż zwykle.

Pewnego wieczora, gdy to już dość długo trwało, zastałem go w jakimś dziwnym usposobieniu. Rzucił mi się na szyję i – dalibóg! – pocałował mię w usta. Byłem tym oszołomiony. On bowiem, co wyśmiewał zwykle wszelkie czułości, nigdy dotąd tak „miękki” nie bywał.

Wyznał mi wtedy wszystko.

Kochał i był kochanym...

– Tyś i tak przecie w tę „siostrę” nie wierzył! – przerwał sam sobie.

Przyznałem, że istotnie nie wierzyłem, alem zaraz dodał, że do zwierzeń ani chcę, ani śmiałbym go przymuszać.

– Owszem! – zawołał – owszem! Muszę ci się z tego wyspowiadać. Bo, widzisz, to już nie zeszłoroczne listy i bileciki! To uczucie poważne. Wypierałem się zawsze miłości, ale dziś powiem głośno, że kocham i że to mię uszczęśliwia... Ta albo żadna!... To moja narzeczona! Za taką ją uważaj!

I mówił w ten sposób długo, a zdaje mi się, że tym razem zupełnie szczerze. Niczego wówczas nie utaił.

Poznał ją na wsi, w domu, gdzie pojechał jako korepetytor na wakacje. Ona pełniła tam obowiązki nauczycielki przy dwóch młodych chłopczykach. Dom był bogaty, prowadzony prawie na książęcą stopę. Zbliżyła ich ku sobie wspólność pozycji, jakie oboje w domu tym zajmowali. Ona sama zresztą pochodziła z dobrej rodziny. Dzieckiem wywieziona z kraju, chowała się w Paryżu i byłaby tam może na zawsze została, gdyby nie wiadomość o schedzie, jaka spadła na jej ojca. Niestety, owa scheda okazała się bajecznie małą i ojciec, który rzucił w Paryżu korzystne przedsiębiorstwo, zamartwił się i umarł, zostawiając ją samą na świecie. Dzięki stosunkom i wybornemu akcentowi paryskiemu, pozyskała miejsce w owym domu i już czwarty rok na tym jej schodzi. Bo i co ma robić, nie chcąc przejeść pozostałego jej po ojcu małego kapitaliku?

– Wiesz? – kończył Stach, opowiadając mi to wszystko. – Ona jest nawet starsza o rok ode mnie. Ale to nic, bo ja ją naprawdę kocham... szalenie kocham!... Ma dwadzieścia cztery lata. Sama mi się do tego przyznała... O! bo ona jest dziwnie szczera... wyznałaby grzech śmiertelny!... Wiesz, ona mi imponuje tą swoją swobodą i szczerością... To nie gąska! To prawdziwa kobieta!

I unosząc się w ten sposób, obiecał zapoznać mię z nią przy pierwszej sposobności.

Niedługo na to czekałem.

W tydzień jakoś, gdym przyszedł z lekcji nad wieczorem, Stach sam otworzył mi drzwi i odezwał się natychmiast:

– No, zrzuć płaszcz! I przyjdź tam do nas, mój kochany! Ona jest znowu właśnie i chce cię poznać koniecznie. Wie, żeś moim najlepszym przyjacielem. Przyjdź zaraz!

W kilka chwil później poznałem śliczną istotnie kobietę. Takiego owalu twarzy, takich delikatnych rysów, nie widziałem dotąd nigdy. Oko i włosy ciemne, płeć cokolwiek śniadawa, ale przebijająca nadmiarem krwi i zdrowia, uśmiech czarujący, głos pełen dźwięku i słodyczy, a przy całej swobodzie, na jaką się siliła, jakaś powaga i zażenowanie dodawały jej niewypowiedzianego wdzięku.

– Tyle już o panu słyszałam! Znam już pana tak dobrze! – szepnęła, wyciągając ku mnie rączkę.

To pewne jednak, że wyglądała już na swoje lata. Nie miała w sobie nic z „dzieweczki” – owszem, była to dama – dama prawdziwa. Stach, mimo całej swojej piękności, wprost śmiesznie i młokosowato przy niej wyglądał.

Ubrana była skromnie, czarno, ale wykwintnie; rączki trzymała w mufce, a na głowie miała kapelusik. Widocznym było, że wpadła tylko na chwilę i nie mogła dłużej pozostać.

Jakoż wkrótce poczęła zabierać się do wyjścia. Miała jednak czas powiedzieć mi jeszcze, że nie przesadzała, mówiąc, iż zna mnie dobrze.

– Poprzewracałam kiedyś panu wszystkie książki w pańskim pokoiku...

Wtedy dopiero spostrzegła, że się zdradza, iż była tu już nieraz. A Staś właśnie przed chwilą mówił z naciskiem, że korzysta z pierwszej jej bytności w naszym mieszkaniu, aby nas wzajemnie zapoznać.

Uśmiechnęła się sama z tego, co się stało.

– Nie umiem jeszcze kłamać! – szepnęła tak jakoś szczerze, z rozpaczliwym dźwiękiem w głosie, żem mimowolnie skłonił przed nią głowę.

*