Iwanko - Leon Kunicki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 133 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Iwanko - Leon Kunicki

Powieść Leona Kunickiego (1828–1873) – pisarza i rysownika związanego z Podlasiem. Debiut literacki umożliwił mu Kazimierz Władysław Wójcicki w „Albumie literackim” w 1848 roku. Jako pisarz i rysownik, współpracujący z czasopismami warszawskimi (zwłaszcza z „Tygodnikiem Ilustrowanym”), był przede wszystkim humorystą o nastawieniu moralizatorskim, zarówno w szkicach ukazujących obyczajowość wiejską regionu podlaskiego, jak i w obrazkach warszawskich. Wydał m.in. „Krajowe obrazki i zarysy” (1852), „Nad-Bużne obrazki i powiastki” (t. 1–3 1857), „Szkice humorystyczne rysunkowe i literackie” (1868), „Wędrówki stryjaszka” (1869). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Iwanko - Leon Kunicki

Fragment ebooka Iwanko - Leon Kunicki






Spis treści

  1. CZĘŚĆ I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. CZĘŚĆ II
  12. ROZDZIAŁ I
  13. ROZDZIAŁ II
  14. ROZDZIAŁ III
  15. ROZDZIAŁ IV
  16. ROZDZIAŁ V
  17. ROZDZIAŁ VI
  18. ROZDZIAŁ VII
  19. ROZDZIAŁ VIII
  20. ROZDZIAŁ IX
  21. Przypisy
  22. Kolofon

Kazimierzowi Władysławowi Wójcickiemu, któremu wiele światłych rad zawdzięczam w zawodzie moim piśmienniczym, pracę tę moje poświęcam

Leon Kunicki


CZĘŚĆ I


ROZDZIAŁ I

Każda okolica, każda pojedynczo wzięta cząstka okolicy, ma w sobie charakter swój odrębny, swoją właściwość, koloryt, a zatem wdzięk pewien, chociażby miała pozór pustynny i dziki. Wykrycie tego wdzięku zależy od poglądu, od zasobu poezji, jakim wymiarem ją ktoś w duszy posiada. „Patrząc na przyrodę, powiada Kraszewski, potrzeba ją opromienić pyłkiem ideału, którego zapas każdy powinien mieć w sobie, a cuda się z tego okażą”. I słusznie, bo kto umie patrzeć na przyrodę i czuć jej piękność, dla tego, najprostszy, najpospolitszy obrazek, stanie się jakby krajobrazem Poussina, Claude’a Lorraina, naszego Głowackiego i innych, którzy malowali przyrodę uduchowiając ją; dla tego, pień suchego drzewa, Dąb wzniosły, rosochaty, pojedynczo nawet wzięte, będą miały tyle wdzięku i poezji, ile ich jest w cudnych utworach Calama: słowem, takie obrazki okolic i ich pojedynczych czystek, będą dlań jako studia, jako cząstki tej wielkiej księgi przyrody, w której wszechmocność i wielkość Boga, w każdej najdrobniejszej zgłosce, w najmniejszym przebija się tworze.

Dla umiejącego patrzeć na przyrodę, strony nasze nadbużne, tym więcej będą mieć powabu, że same z siebie posiadają położenia wdzięczne; pełne właściwego im, może tęskno – smutnego, ale miłego uroku; widok tych chat starych, skleconych niedbale, tych licznych krzyżów po siołach i rozdrożach, cerkiewek unickich ocienionych lipami, stanowić będą dlań pejzażyki miłe swą prostotą. A im bliżej Bugu, tym więcej strony te nabierają rozmaitości, już to że wzgórki są liczniejsze, a przy korycie Bugu łęgi obszerne, gdzie wzrok może daleko i swobodnie pobujać, już to z przyczyny licznych jezior i rzeczułek, które do niego wpadają.

W głębokim a urwistym zwykle korycie płynie Bug cicho a szparko, fantastycznie wyginając swe łożysko; to się kryje w lasku wierzb i drżącej osiki, to swobodnie wysuwa się na łęgi obszerne, zasiane stogami i brogami wonnego siana; to znów szumi: na starym, sczerniałym, klekoczącym młynie i w zwężonym przez groble korycie pieni się, niecierpliwi, a płynie dalej i dalej... I zdaje się, że mu tak pilno, że powinien by najprostszą wybrać drogę, to on kapryśnie zwraca się w przeciwną zupełnie stronę, okrąża kępę łoziny lub piasku i znów dalej swe koryto prostuje; a nad jego brzegami widnieje gdzieniegdzie krzyż prosty drewniany, na pamiątkę świętowania flisów w tym miejscu postawiony, gdzieniegdzie dąb z pniem osmalonym stercząc korzeniami na brzegu, wierzchołek swój nurza w czarnej wodzie, która po nim kipi i wiruje... Po wzgórzach przyległych szarzeją rozsypane wioski z drzewami i krzyżami, a podobne do siebie jak siostry rodzone; gdzieniegdzie dwór lub dworek z ogrodem, cerkiewka w wieńcu lip, dodają im rozmaitości i różnią ich jedynie od siebie; a po tamtej stronie rzeki to już Wołyń z podobnymi po wzgórzach siołami, z piaszczystymi wydmy i czarnymi a gęstymi lasami. Klonowicz w swym Flisie, pisząc o rzekach naszych:

...gdzie która wpada, gdzie którą w się dzika

Wisła połyka.

tak się wyraża:

Dwaj bracia z siostrą w drogę się wybrali:

Z Litwy Niemen, Bug z Wołynia zuchwały

I Narew bystra...

I istotnie, że Bug nasz umie być zuchwałym, bo i szparko płynie i kapryśnie wygina swe koryto, a co najważniejsza, na wiosnę, gdy rozlewa (a czasem i drugi raz w jesieni), nieraz duże szkody sprawia nadbużańcom. Wprawdzie piękny to wówczas widok ze dworu lub dworku dominującego gdzieś na wzgórzu, gdy jeziora i rzeczki po łęgach snujące się, w jedną się z nim zleją całość tworząc nieraz ledwo dojrzaną okiem masę wody; ależ najczęściej zaleją grunta a czasem i wioskę, która się śmielej nad brzeg wysunęła, a siano popłynie lub zgnije, posiew się zmarnuje i z Bugiem naszym zuchwałym żartować nie można. Ale gdy woda wzbierze nie szkodliwie na wiosnę, gdy płyną długim szeregiem galary i tratwy, a raźne flisacy z fajkami bakunu w ustach, pluskają drygawkami ochoczo, a śpiewają piosenki aż się echo po nadbrzeżnych rozlega dąbrowach, wówczas to wesoło nad Bugiem! i wybiegają z chat nadbrzeżnych dzieci i mołodyce, wybiegają podywyty sia1, a nie jedna z nich, do piosnki flisa zawtóruje swoją, którą wiatr pochwyci i z wodą uniesie. A po odnogach i pobliskich jeziorkach porośniętych bańczulą, sitowiem i złotą łotocią, rechotają chóry żab bezustannie, derkacze odzywają się miarowymi głosy i kaczki dzikie z wesołym kwakaniem zapadają w sitniska, a ponad tym wszystkim latają żwawe rybitwy i czajki, muskając wód powierzchnię i powiększają tę radosną a właściwą nadwodnym miejscom wrzawę.

*

Na jednym ze wzgórz w półkole otoczonym korytem Bugu, leżała wieś Horodno zwana, o kilkudziesięciu chatach szarych, skupionych, siostrzyca sioł podlaskich rodzona. Może tylko więcej miała na swych dachach gniazd bocianich, może krzyżów więcej na swój ulicy, i odróżniała się cerkwią unicką ocienioną brzozą i lipami, nieco opodal od wioski odsuniętą. A tak jak każde sioło nadbużne, do zwyczajnego w nim gwaru, ryku bydła, beczenia owiec, szczekania psów, piania kogutów, tęsknych i jęczących piosnek mołodyc, lub odgłosu fujarek, łączyła się wieczorami szczególniej, harmonia właściwa nadwodnym miejscom, złożona z odgłosów derkaczy i kaczek dzikich, klekotu bocianów, żab grzechotania, a już nie mówić o przepiórkach, o komarach, i o świerszczach, co całoletnie noce po okolicznych zbożach i burzanach cykały.

Chaty wiejskie choć biedne i schylone a stare, wszakże prawie każda z nich otoczoną była zielenią ogródków na pochyłości wzgórza przyczepionych. Ze wzgórza ładny i otwarty odsłaniał się widok na przeciwległe a podobne wsie za Bugiem, który cicho a szparko płynąc po pod wsią, szumiał gdzieś w oddaleniu na młynie. Słowem, ładnym było i wesołym położenie Horodna, chociaż, tak jak od każdego prawie sioła podlaskiego, wiał jakiś tęskno – smutny urok, może od tych biednych szarych chat, może od tych licznych krzyży i od piosnek zawodzonych a tęsknotą przesiąkniętych. Ale najbardziej poetyckim i najwięcej uroku mającym miejscem, było to, gdzie stała cerkiewka horodeńska.

Na oparkanionym cmentarzu, pokrytym krzyżami, ocieniony olbrzymimi lipami i brzozą płaczącą, stał dom Boży, skromny jak życie ludu, który go otaczał, prosty jak modły, które lud ten do nieba zasyłał: z szarego drzewa zbudowany, z dachem dranicowym, z kopułką i krzyżem promienistym, na wschód zwrócony, cały mchem zielonym porosły i barwą właściwą starości okryty, łączył w sobie pozór skromnej prostoty i szanownej powagi. Obok, wznosiła się podobna mu dzwonnica z rozbitymi dzwony, co zwoływały w święta nabożnych, co dzwoniły na Anioł Pański wieczorem, lub też jęczały przy odprowadzaniu zmarłego na mogiłki. Tuż za jedną ścianą parkanu, strome i przepaściste zniżało się wzgórze, i Bug płynął tuż blisko tak, że kopułka nieraz i krzyż odbijały się w wodzie, a połyskując od słońca, złocistymi strugi po cichej wodzie migały. A mogiłki horodeńskie oddalone nieco od cerkwi, widniały na piasku pośród łanów rzadkiego żyta, stercząc mnóstwem krzyżów, tych jedynych pomników na mogile wieśniaka, i czerniejąc choiną szumiącą śród ciszy, jakby dla ukołysania do snu tych, którzy tam leżeli, a których dopiero trąba archanioła rozbudzi...

Niedaleko cerkwi ku siole, na pochyłości wzgórza, stała plebania, dworek o jednym kominie dranicami kryty, z ganeczkiem i krzyżykiem na jego froncie wyrzniętym. Przed nim rozciągał się dziedzińczyk z gołębnikiem i z zabudowaniami gospodarskimi, z drugiej zaś strony rozciągał się ogród nie wielki, w którym rosły wysokie grusze i lipy, stały i leżały ule, i ogródek ten zniżał się aż do koryta Bugu.

Blisko parkanu cerkiewnego, od strony pola, wklęsła i poczerniała, stała chatynka diakowa, a choć uboga, stara i niedbale sklecona, przecież malowniczo przedstawiała się oku: dach jej szary, był już grubo gdzieniegdzie omszały, zrąb pobielony z drzwiami ruskimi, spaczonymi i małymi okienkami, znacznie był pochylony; pod okienkami kłoda dębowa leżała, za ławę służąca, a całe to skromne domostwo tuliło się pod gałęzie kilku grusz dzikich, które rosły na warzywnym ogródku zasianym konopiami, makiem i słonecznikami: kilka stożków siana, daszek od brogu na słupkach i kupa tyczek, zalegały ten niby dziedzińczyk przed chatą, chruścianym otoczony płotem. Tuż, przy ścieżce, co wiodła od cerkwi, przy płocie wprost chaty, wznosił się krzyż duży na biało pomalowany z wypisem słowiańskim, u spodu którego przeczytać można było: Chwedko Sidoruk fundował dnia 1 września 183* r.

Na zewnątrz struktura tej chatynki i pozór zaniedbany a ubogi, w niczym się nie odróżniały od innych chat wiejskich; owszem, nawet niektóre domostwa gospodarzy horodeńskich były i większe, porządniejsze i nowsze, wewnątrz takoż w niczym się nie różniła od zwyczajnej wieśniaczej chaty, chyba większą ilością obrazków odpustowych. Było tu i pokucie i ławy wokoło ścian i stół dębowy i komin do gotowania w pierwszej” izbie; w alkierzu kilka tapczanów, parę bodenek, a w sionkach żarna i statki domowe; bo też mieszkańcy tej chaty byli życiem i zwyczajami prostymi wieśniakami, chociaż właściciel jej, był diakiem przy tutejszej cerkwi.

Chwedko Sidoruk był to chłop prosty jak inni w Horodnie, obowiązkami diaka tylko, cokolwiek wyższym ukształceniem (bo czytać i pisać umiał) i stosunkami z plebanią, jedynie się od nich odróżniający; a i w stroju nawet był wielce do nich podobnym, i nie nosił tych zwyczajnych diakom kapot długich, szarych, wyszywanych białymi taśmami i pasów czerwonych, ale po prostu kasztanowatą grubą sukmanę, rzemiennym pasem z dużą mosiężną klamrą przepasaną, postoły lub buty z niepoczernionymi cholewami i czapkę rogatą tegoż co sukmana koloru. Pomimo to, dość charakterystyczną była postać diaka Chwedka: lat przeszło pięćdziesięciu, średniego wzrostu, a pochyło się trzymając i ociężałych ruchów, wydawał się niższym niżeli był w istocie; włosy długie, czarne, spadając mu na czoło i po bokach twarzy aż na ramiona, rozwiewały się gdy szedł; oczy czarne, duże, zarost na brodzie i wąsy przystrzyżone i już siwiejące, twarz zmarszczkami zorana, ale dużo poczciwego w sobie mająca wyrazu: wszystko to stanowiło całość wrażającą się w pamięć gdy go się raz ujrzało. Głos jego w mowie zwyczajnej był trochę ochrypły i cichy, ale W cerkwi, gdy śpiewał przy mszy lub obrzędach świętych, wówczas górował nad wszystkimi, a pełen dźwięku po świątyni się rozchodził.

Chwedko miał za żonę wdowę po jednym z horodeńskich gospodarzy; z ubogą się ożenił, mając już lat przeszło czterdzieści, i wziął kobiecinę wprawdzie już nie młodą, ale cichą, potulną i pracowitą, z którą szczęśliwe i spokojne miał pożycie. Był on synem stróża cerkiewnego, w tejże samej urodził się chacie, i już od młodości służył diakiem przy tutejszej cerkiewce.

Cerkiew w siole, jest to świadek ważniejszych epok w pracowitym a jednostajnym życiu wieśniaka. Tu o jej ściany obija się płacz niemowlęcia do chrztu przyniesionego, tu matka uczy dorosłe już pacholę żegnać się i modlić, tu parobczak, gdy upatrzy w siole mołodyce, gdy ma się ku niej i w swaty do niej wyszły, przed ołtarzem na kawałku rozścielonego płótna, ślub z nią bierze; tu wreszcie starzec zdawszy gospodarstwo na dzieci i wnuki, dobrowolnie najczęściej wyszedłszy na dziady, w przedsionku cerkwi szepce pacierze i dłoń wyciąga o jałmużnę, dopóki ponury głos dzwonu nie zajęczy przy odprowadzaniu go na mogiłki.

Nie mało też Chwedko już oddał posług w cerkiewce, nie mało był przy chrzcie tych, którzy dziś się już pożenili i semie2 mieli; nie mało był przy ślubach tych, co się pobierali i potem szczęśliwe lub nieszczęśliwe pożycie mieli, nie mało się też nadzwonił i odprowadził na mogiłki, a krzyże niektórych już pomszały i w próchno się rozsypywały. Od każdej z tych posług miał pewną daninę od gromady, ogród warzywny i łąki kawałek od księdza miał wydzielone; a choć danina była drobna i niestała, ogród był piaszczysty i łąkę Bug często zalewał, jakoś to jednak szło dobrze i dostatek był w chacie; a trzeba mu było oddać słuszność, że znano Chwedka z jego bezinteresowności: od uboższych to często i nic wziąć nie chciał i znajomych przez przyjaźń nieraz od daniny uwalniał. Czasem nawet kiedy jaki biedny mieszkaniec dorodna skończył swój ciernisty żywot i wynosił się na mogiłki, a nie było za co sklecić trumny z prostych czterech desek i po ludzku pochować, to ksiądz proboszcz godny kapłan pomagał, a diak także ze swój strony coś dodał, podzwonił, odśpiewał za darmo i na krzyżyk mały na mogiłę co ofiarował, i jeszcze nie rzadko było można widzieć w jego oku łzę współczucia i rozczulenia. Oprócz tych obowiązków, Chwedko, jeśli było potrzeba, posługiwał w plebana księdzu proboszczowi, do którego coraz się więcej przywiązywał, czasem z nim na prażnik pobliski pojechał, to do miasteczka za interesem proboszcza, to dojrzał gospodarstwa małego w probostwie; zresztą jak był czas, w swej chatynce siedział, ogród uprawiał i siano ze swej łączki zbierał i suszył: a w chatynce diakowej ich dwoje i syn ich jedyny Iwanko, chłopię dziesięcioletnie, składali całą rodzinę i jedynych w niej mieszkańców.

Była to radość dla diaka, gdy mu się syn urodził, gdy o skromne i niskie ściany chaty obiło się pierwsze kwilenie na świat przybyłego Iwanka! Zaniósł go ojciec wkrótce do cerkwi, gdzie go Wielmożny Dobrodziej (jak nazywał proboszcza) ochrzcił, a na chrzcinach weseląc się z kumami, diak podpił sobie, bo obok poczciwości, miał tę wadę, że jak się czasem rozbawił, to i zaprószał się aż do nieprzytomności, co jednakże już coraz rzadziej się trafiało.

Potem Iwanko kołysał się w koszu zawieszonym u belki, i matula śpiewała mu do snu tęskne, smutne, jęczące ruskie piosenki, co tak jak poświst jesiennego wiatru do smutnych nastrajają myśli; a gdy trochę podrósł i już chwiejnie się chodził, to go można było widzieć boso, w koszulince grubej, z kawałkiem czarnego razowego chleba w ręku, siedzącego na ziemi przed chatą na słoiku, lub grzebiącego i bawiącego się w piasku pod krzyżem przez jego Batka fundowanym. Niedługo potem to już i po wodę z dzbankiem do źródła chodził i łomaczów na ognisko nadźwigał, bo chociaż matula chuchała nad nim i starała się nie obciążać go robotą, z którą tak prędko dzieci wieśniacze się zapoznają, to jednak Batko starał się koniecznie, aby gdy Iwanko nim do pewnych sił dojdzie, był już jaką taką pomocą w chacie: szczob chliba darmo u chati ne iw, jak mówił, utrzymując przy tym, że przez wczesne używanie swych sił, prędzej się rozrośnie i zdrowszym będzie... Nie przypomnieli rodzice także wodzić go do cerkwi, gdzie go matula żegnać się i modlić uczyła, a od niedawnego czasu, Batko w wolnych od zatrudnień chwilach. Zaczynał go już uczyć poznawać litery i sylabizować na starym a potłuszczonym elementarzu. Pomimo to jednak, w miarę wzrostu, Iwanko nie bardzo się dźwigał w pracy; matula go jako jedynaka pieściła, Batko częściej w plebanii i w cerkwi za posługami bawił, to choć już lat dziesięć miał Iwanko, to dlatego baraszkował sobie, swawolił i chleb czarny i skromną strawę zajadał z apetytem. Było to chłopię zdrowe, rumianej, pucołowatej twarzy, oczu niebieskich, dużych, ciekawie i rozsądnie patrzących, włosów jasno-blond długich i obfitych, ubrany najczęściej w koszulinkę życzką u szyi związaną i krajką w pasie przepasaną, lub sukmanke na niej, jedyną odzież chroniącą go od zimna. Chociaż od matuli pieszczone, było to dziecię posłuszne i uległe, figle jego i zabawy były niewinne, a zdrowy rozsądek i pojęcie wcześnie się w nim rozwijać zaczęły.