Inne sprawy - Michał Zioło OCSO - ebook
Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Inne sprawy - Michał Zioło OCSO

Kim jesteś?

Kim jesteś, że zajmujesz się mną?

Kim jesteś, żeby oddawać za mnie życie?!

Kim ja jestem, żeby być tak kochany?!

...I myślicie, że usłyszymy jakąkolwiek odpowiedź? Nie, nie usłyszymy. Jest najzupełniej zbędna. Fascynacja i zdziwienie Jezusem Chrystusem będą miały praktyczne znaczenie. Naprawdę będziemy inni!

Michał Zioło OCSO - urodził się w Tarnobrzegu w 1961 roku. W roku 1980 wstąpił do dominikanów. Jako duszpasterz akademicki w Gdańsku założył Fundację "Dom na Skraju" działającą na rzecz dzieci z rozbitych rodzin, prowadził Bank Otwartych Serc - akcję pomocy dla najuboższych. W roku 1995 przeszedł do zakonu trapistów. Przebywał w Maroku, Algierze i Kamerunie. Obecnie mieszka w opactwie Notre Dame d’Aiguebelle w południowej Francji. Publikował m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "W drodze", "Znaku". Wydał: Inne sprawy; Wiersze; Pchle nutki; Bobry Pana Boga; Mamo, mamo, ile kroków mi darujesz?; Lekarstwo życia; Jedyne znane zdjęcie Boga; Liście, listki, listy. We Francji opublikował także trzy książki dla dzieci niewidomych z własnymi, wykonanymi ręcznie ilustracjami do odczytywania przez dotyk.

Opinie o ebooku Inne sprawy - Michał Zioło OCSO

Fragment ebooka Inne sprawy - Michał Zioło OCSO










Niemcy ćwiczą aerobik

Hey, hey, baby (tu gromkie chóralne uuuuh, aaahh)
I
wanna know if you’ll be my girl.

Z nieba leje się żar. W basenie w akwaparku we włoskim Jesolo niemiecka wycieczka ćwiczy aerobik. Próbuję czytać Evdokimova i Inne sprawy ojca Michała. Moje dzieci bawią się w chowanego. Rabbi Baruch szuka sposobu, aby wyjaśnić, że Bóg jest towarzyszem wygnania, kimś opuszczonym i samotnym, cudzoziemcem nierozpoznanym przez ludzi – czytam u prawosławnego teologa. – Pewnego dnia wnuk Rabbiego grał w chowanego z innym małym chłopcem. Chował się, ale inny nie chciał go szukać i odszedł. Dziecko idzie z płaczem poskarżyć się dziadkowi. Wówczas, również z oczyma pełnymi łez, Rabbi Baruch wykrzyknął: ,,Bóg mówi to samo: chowam się, ale nikt nie przychodzi mnie szukać”.

Bóg się ukrył. Nikt nie chce Go szukać.

Hey, heeeey, baaaaaaby (znów chóralne uuuuh, aaahh) I wanna knoooow…

Przypominam sobie scenę sprzed dziewiętnastu lat. Zabranie na kilka dni do Bukowiny Tatrzańskiej grupki rozwydrzonych śląskich licealistów groziło śmiercią lub trwałym kalectwem. Na szczęście świeżo upieczony dominikanin o. Tomek Golonka zaryzykował. Nadeszła pora obiadu. Gdy przy stole jak zwykle zrobiło się aż gęsto od szyderki i wygłupów, dominikanin wyciągnął magnetofon i puścił jakąś słabiutko nagraną kasetę. – Twój Bóg tęskni za tobą. Wiem, wiem: rasowy teolog nigdy tak nie powie. Ale to prawda: twój Bóg tęskni. Stoi przed tobą bezbronny i nieśmiały – mówił spokojnym głosem jakiś zakonnik. – To ojciec Michał Zioło – wyjaśnił ktoś obok. W kuchni zapadła cisza, jak makiem zasiał. Nikt nie ruszał się z miejsca. – Twój Bóg jest słaby – ciągnął mnich. – Nie mocny, ale słaby. Bo nie jest trudno zamanifestować swą siłę, gdy się jest wszechmocnym. Twój Bóg to wieczny żebrak – tak mówiła o Nim Simone Weil. Jest wszechsłabością. Stoi bezradny na rozstajach dróg i woła: Tutaj jestem Izraelu, tutaj jestem. Cóżem ci uczynił? To nie jest pytanie retoryczne. To jest pytanie niewiedzy. „Nie mogłem ci niczego uczynić, bo jestem samą miłością”.

To dziwne. Po kilkunastu latach pamiętam każde słowo płynące z grundiga. Chłonąłem je jak gąbka. Te „wirtualne” rekolekcje o słabości zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. To było pierwsze w moim życiu: „Alleluja i… do tyłu”.

Uuuuh, aaahh. I wanna know if you’ll be my girl. Niemcy małpują każdy gest wytatuowanego od stóp do głów trenera. Pochłaniam pierwsze wydanie Innych spraw. Jak samowystarczalnym, zadowolonym z siebie ludziom opowiedzieć o kruchości wiary? O bezradności poszukiwań, zawirowaniach, zwątpieniach. O traceniu czasu przed Najświętszym Sakramentem? O jałowym, wypranym z duchowych fajerwerków stanie „wiecznego poniedziałku”? Przepraszam bardzo – a efekt? Jakieś tabelki, wykresy? Gotowa recepta? Jesteśmy bardzo niecierpliwi. Długi dystans wieje nudą. Droga do nabycia „habitualnej podstawy” w duszy, wejścia w nieustanność modlitwy jest żmudna i nie zawsze atrakcyjna przez swoją monotonię – czytam. – Tradycja nazywała często modlitwę ciężką pracą. Czy rozpędzone, rozedrgane pokolenie ADHD „kupi” podobny tekst?

 

Ociekający wodą Niemcy skończyli ćwiczyć. Teraz kupują lody. Wyciągają karty kredytowe. Głośniki umilkły. Nad skąpanymi w słońcu leżakami przelatuje mewa. Poza tym nie dzieje się nic.

Tęskniąc za przyjściem Jezusa, za Jego dotykiem, czekamy na jakieś wyjątkowe wydarzenie. Tymczasem – podkreśla ojciec Michał – istnieją piękne średniowieczne opowieści, w których Jezus zaskakuje cysterskich mnichów swoją mistyczną, rozpalającą serce obecnością w najbardziej zwykłych miejscach: w drewutni przy rąbaniu drzewa, w stajni, na pastwisku przy pilnowaniu wołów... W życiu monastycznym chodzi o uważność. Bóg przychodzi, kiedy chce. Często robi takie właśnie psikusy, że przychodzi, gdy kompletnie nie jesteśmy do tego przygotowani. Nie jesteśmy ani umyci, ani dobrze ubrani, jesteśmy w trakcie przebierania się na modlitwę i wtedy jest dotknięcie. Mocne dotknięcie.

Może przyjdzie teraz? Wśród basenów akwaparku
w Jesolo? W ostatnim miejscu, w którym powinno się czytać teksty o chrześcijańskiej medytacji?

Lody zjedzone. Grupka maszeruje na pokaz skoków na banji. Nie można tracić czasu. Wszystko zaplanowane, co do minuty. Nie, nie kpię z niemieckiej wycieczki. Jestem jednym z nich. Nie chcę być zależny, bezużyteczny. Nie potrafię tracić czasu. Żyję w kulcie produktywności, wśród nieustannych wyprzedaży na allegro. Chcę być Wincentym Pstrowskim Kościoła, wyrabiać 200 procent normy. Chciałbym mieć na wszystko gotową odpowiedź. Mina zadowolonego z siebie „wujka dobrej rady” rzednie, gdy czytam słowa: Podejmując temat modlitwy wcześniej czy później zostanie nam zadane pytanie o metodę spotkania z Bogiem. Współczesność wychowująca człowieka w kulcie efektywności będzie to pytanie stawiać chrześcijaństwu ostro, czasami wręcz agresywnie, dopominając się konkretnych wskazań zapewniających szybki, najlepiej bezbolesny „sukces”. Przyznać trzeba, że mistrzowie duchowi chrześcijaństwa dość niechętnie udzielają odpowiedzi na pytanie o metodę – i jeśli zagłębić się w patrystyczne tomy Migne’a, nie znajdziemy tam wskazań szczegółowych zachowań modlitewnych i kroków.

 

Nie ma metody na to, by uchwycić Boga na gorącym uczynku. Doświadczenie Jego obecności przypomina puszczanie „zajączków” lusterkiem – powiedział mi kiedyś Michał Lorenc, kompozytor filmowy. – To jest błysk. Ten „zajączek”, odbicie słońca błyszczy i znika. Przez chwilę czuję, że jestem potrzebny, kochany. – I na długo starcza? – pytam. – Starcza, by żyć.

Nie ma metody na to, by złapać Pana Boga za nogi. Nawet gdy oglądamy świat z pozycji rzemyka Jego sandałów. Chłonę Inne sprawy, ale z kartki na kartkę upewniam się, że nie znajdę w książce gotowej recepty. To nie jest (na szczęście!) podręcznik z cyklu 225 sposobów na dobrą modlitwę. To książka prawdziwa do bólu. Nie znajdziemy w niej poklepania po plecach i duszpasterskiego szczerzenia zębów. To raczej opis bezradnego człowieka, starającego się spojrzeć w twarz pokornemu Królowi królów. Czuję, że tracę grunt pod nogami. Uspokajają mnie genialne w swej prostocie słowa mistrza benedyktyńskiego ojca Johna Chapmana: Jedyny sposób na modlitwę to modlitwa. A sposób na to, żeby modlić się dobrze, to modlić się dużo. Im mniej się modlimy, tym gorzej nam to idzie. Módl się jak potrafisz i nie próbuj się modlić jak nie potrafisz.

Inne sprawy ukazały się w 1995 roku. Był to rok przełomu. Ojciec Michał – wzięty rekolekcjonista animujący prężne gdańskie duszpasterstwo akademickie – zamknął się za kratami klauzury. Dominikanin stał się trapistą. Człowiek organizujący wigilie dla najuboższych, porywające spotkania z ludźmi kultury i msze dla maluchów, na których gościły żywe zwierzaki, wybrał nieużyteczność. Kopanie ogródka, którego i tak nie widać zza klasztornego muru. Inne sprawy były pierwszą jego książką. Po latach na półkach księgarskich pojawiły się Bobry Pana Boga, Lekarstwo życia, Jedyne znane zdjęcie Boga, Listy do Lwa czy pisany w klasztorach trapistów Dziennik
Galfryda.

Siedząc na leżaku, pochłaniam rozdziały o chrześcijańskiej medytacji. Słowo po słowie. Miłosz obok św. Benedykta, Brodski i Gałczyński przy Mertonie. A obok nich Blake – dzielny pies, który po walce na śmierć i życie z większym od siebie wilczurem przez kilka tygodni nad prawym okiem nosił chwalebną ranę. Każdy detal ważny. Nie dziwię się, że przyjaciel autora ojciec Maciej Zięba (kilka lat po napisaniu tych słów zostanie prowincjałem braci kaznodziejów) zapewniał we wstępie do pierwszego wydania: Jestem głęboko przekonany, że mamy do czynienia z jedną z ważniejszych książek religijnych, jakie w ostatnich latach zostały napisane w Polsce.

 

Zagrzmiało. Koniec sielanki. Znad Adriatyku nadciągają ciemne chmury. Niemcy w popłochu pakują barwne koce i słomkowe kapelusze. Czekam cierpliwie, aż moje dzieci skończą zabawę na zjeżdżalni. Przypominają mi się słowa, które usłyszałem od ojca Michała: Kiedyś brat Łukasz z Tiberine powiedział nam genialną rzecz. Opowiadał o tym, kim jest mnich. Mnich to taki facet, który stoi sobie na peronie dworca i czeka. Ktoś czyta gazetę, inny przechadza się nerwowo, gadając przez komórkę, a on sobie stoi i czeka. Ludzie na niego patrzą i mówią: Skoro on czeka, to znaczy, że pociąg przyjedzie. A on stoi. Czeka. I nic przy tym nie robi.

Dzieci wróciły. Zaczyna kropić. Wracamy.

 

Marcin Jakimowicz


Rozdział pierwszy

MAŁE LISTY O MODLITWIE
I KONTEMPLACJI

 

List pierwszy – O braku kontemplacji

 

Niewątpliwie prawdą naczelną mistyki chrześcijańskiej jest rzeczywistość Słowa Wcielonego. Prawda ta wyzwala w człowieku stan, który rozpoczyna drogę ku Bogu i mającemu nastąpić zjednoczeniu. Parafrazując i streszczając mistrzów duchowych chrześcijaństwa, moment ten można nazwać zachwytem i zadziwieniem. Banałem będzie stwierdzenie, że człowiek poszukujący Ostatecznego przeżywa siebie i swoje problemy w pewnym kontekście tradycji i materialnych wytworów kultury. W żadnym
wypadku nie należy spotkania mistycznego od tego kontekstu oddzielać, chociaż z drugiej strony wiadomo, że Bóg posiada własne drogi i że wobec rzeczywistości – także kultury – jest transcendentny. Skoro jednak Słowo Ciałem się stało, Bóg pozostaje „przymuszony” i kultura do zbawienia staje się koniecznie potrzebna. Osobiście lękam się ludzi, którzy niejako z „marszu” przystępują do medytacji, pomijających cały system bosko-ludzkich znaków, jakimi są kultura, sztuka. Lękam się pogardzających w imię dziwnej gnosis sferą, przez którą Bóg uczy ludzkie serce wrażliwości i delikatności wobec człowieka, świata i samego
Siebie.

Kiedy zastanawiam się nad brakiem prawdziwej kontemplacji we współczesnym świecie (kontemplację rozumiem jako miłującą świadomość obecności Boga), jednego z głównych powodów upatrywałbym w wydziedziczeniu człowieka z kultury tradycyjnej, uczynionej – jak wspomina ksiądz Pasierb – na miarę uczestniczących w niej ludzi; kultury ciepłej i chroniącej, przynoszącej jasny podział świata, systematyzującej, co dobre, a co złe, co piękne i jasne, a co skłamane i szkaradne. Nie czas na to, by powracać w średniowiecze i w jego jasne podziały Summy. Ocalenie tkwi w twórczości, dobitnym przekładzie na nowy język podstawowych prawd chrześcijańskich, którymi Europa, nieświadoma już ich istnienia, chcąc nie chcąc, jest od tylu wieków przesycona w swoich najprostszych zachowaniach. Stworzenie nowego kodu komunikacji między Prawdą Jedyną a człowiekiem staje się potrzebą chwili. Problem komplikują poza tym nowe tereny ewangelizacji, które w ostatnim czasie pojawiły się jak wulkaniczne wyspy i domagają się akceptacji.

Aby jednak podjąć wezwanie do twórczości (każdy ma to uczynić na swoją miarę) i takiego uczestniczenia w kulturze, które nie nosiłoby znamion agresji, lenistwa i kiczowatości, warto najpierw zastanowić się nad naszą skrzywioną świadomością tego szczególnego „wcielenia” Boga, jakim jest kultura. W całokształcie ludzkiej twórczości widziałbym trzy takie charakterystyczne postawy.

Postawa umysłu wyzwolonego preferuje stanowisko, w którym rozum już nie odczytuje prawdy, ale ją stwarza i proponuje coraz to nowe formy zachowań. Nowe kryteria mają człowieka przede wszystkim zbulwersować i w ten sposób wyzwolić. Forma wulgarna takiego myślenia przejawia się w intelektualnych modach, których ofiarami padają sami tworzący. Hasłem takiej postawy może być zdanie: „Istnieję w pełni, o ile istnieję oryginalnie”. W rzeczywistości oryginalność przejawia się nierzadko w wielopoziomowym udziwnianiu świata. Takie wyzwolenie z kultury zastanej kończy się najczęściej uwikłaniem w jeszcze jedną formę i przywdzianiem gorsetu. Bóg – jako ostateczne odniesienie naszych wartości – przy takiej postawie staje się zbędny. Niknie Jego osobowość wymagająca przestrzeni pokory, staje się On natomiast atrybutem mody (o ile w ogóle zaistnieje), niepokojącym innych amuletem, znakiem dość mglistych „nadprzyrodzonych” przestrzeni, swoistego rodzaju sosem, którym podlewamy teorie, zyskujące tym samym przydomek „mistyczne”.

Postawa negacji ostatecznej charakteryzuje się poszukiwaniem wolności ostatecznej, „prawdziwej”, zdobywanej przez człowieka dzięki negacji zastanych tworów kultury, będących symbolami „starego porządku”, źródłem teraźniejszego zła zagrażającym tak zwanemu „prawdziwemu życiu”. Negacja kodów kultury nie uwzględnia najczęściej cielesności człowieka. Rozbudzenie namiętnych ambicji boskości ludzkiego stanu bez wiedzy o katastrofie grzechu pierworodnego prowadzi w konsekwencji do terroru – często także fizycznego, który ma zniszczyć świat i stworzyć czystego, nowego człowieka w nowym, czystym układzie wzajemnych stosunków. Bóg w takich układach jest bezwzględnie zanegowany i zepchnięty do obozu świata starego. W Jego miejsce wchodzi mistyka władzy, zastępująca Go społeczność mityczna, określana często w historii imieniem „lud” lub „klasa”.

Postawa trzecia nosi w sobie znamiona postawy biernej, małej stabilizacji, w której zostaje zniwelowany tak ożywczy dla kultury dramatyzm, napięcie między dziełem a twórcą, twórcą a odbiorcą, odbiorcą i dziełem. Posługując się nomenklaturą Stanisława Brzozowskiego, takie kulturowe zachowanie można określić dosadnie „wieprzowartością”. Jest nią wszystko, co w zachowaniach człowieka przykrawa dzieło do obiegowych wzorów (u nas kryterium: Matejko, Sienkiewicz, Kościuszko), co jest wchodzeniem w historyczne fobie, agresje lub bóle wspólnoty ludzkiej (na przykład narodu) bez prób ich przezwyciężenia. To postawa, w której – jak to świetnie nazwał Tuwim – wszystko widzi się oddzielnie: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Stąd niemoc w przeżywaniu nowych zadań i trudność w przeżywaniu znaków czasu. Bóg przy takiej postawie jest strażnikiem religijności formalistycznej i socjologicznej. Jest Kimś, nad kim można zapanować, kogo można dostosować do własnych koncepcji i wizji świata, bez formalnego zerwania z widzialną wspólnotą religijną. Jest to niewątpliwie Bóg przeszłości, który nie będzie już nosił nowych imion, gdyż Jego wyznawcy nie przejawiają ochoty, by stanąć naprzeciw Boga przepalającego każdy fałsz i martwotę. (Bóg Biblii to Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba – każdemu z patriarchów Jahwe ukazywał się inaczej).

Nie ma oczywiście jakichś gotowych recept na ocalenie człowieka przed uwikłaniem się w wyżej wspomniane postawy. Niemniej warto odwołać się do refleksji filozofów kultury, którzy jako panaceum proponują przeniknięcie życia myśleniem nad trzema ożywczymi – bo prowokującymi twórczość – nurtami: nurtem akceptacji, obrony i prawdy. W tak krótkich sygnałach zawarty jest duży ładunek ludzkich tradycji sprzeciwiających się bezsensowi, kłamstwu i złu, które natychmiast wkraczały w miejsca pozostawione przez wycofującą się kulturę.

Tak ważna w kontemplacji wrażliwość kształtowana jest w kontakcie z drugą osobą. Od momentu poczęcia człowiek, by przetrwać i ukazać się w całej osobowej pełni, musi być akceptowany przez otaczające go ludzkie środowisko. Akceptacja ta i zachowanie wkraczającego w świat człowieka różni się zdecydowanie od mechanicznego przystosowania przyrody. Jest tworzeniem przestrzeni do zaistnienia. Ten podstawowy odruch ludzkiej kultury, gdy zostaje podjęty przeze mnie i innych, intensywnie integruje naszą osobowość, to on kształtuje wyczulony wzrok, wrażliwy na głos drugiego słuch i zmysł wdzięczności wobec przyrody dostarczającej pożywienia i estetycznych przeżyć. Kontakt z drugim człowiekiem, nastawionym pozytywnie do mojego istnienia, prowadzi do akceptacji przeze mnie mojej osobowości, ciała i wszelkiego rodzaju ograniczeń, bez świadomości których nie rozpocznę nigdy prawdziwej modlitwy.

Nurt obrony człowieka związany jest z rzeczywistością poświęcania własnych egoistycznych planów na rzecz zaspokajania potrzeb drugiego człowieka, chronionego przez nas ciężką pracą, w której osoba udziela się drugiemu aż do bólu. Ta postawa nie ściąga na siebie szczególnej uwagi, zawiera w sobie błogosławiony w mistyce ascetyzm, który wychowuje do wierności raz podjętej drodze, wierności przyrzeczeniom, oraz zabezpiecza przed zdradą wspólnoty, gdyż moje życie i rozwój stanowi w układach zależności międzyludzkich „być lub nie być” drugiego człowieka. Wspaniale odzwierciedla ten układ chrześcijański obowiązek uczestniczenia w zgromadzeniu eucharystycznym. Nie jest bowiem nieważne, czy jestem, czy mnie nie ma podczas łamania i rozdzielania Chleba. Moja nieobecność rani Ciało, przerywa łańcuch wspólnoty przekazującej Chleb.

I wreszcie nurt prawdy. Jest odwołaniem się do tego, co boskie w strukturze człowieka, ukazaniem biblijnej prawdy o stworzeniu na obraz i podobieństwo Stwarzającego. Nurt ten niesie w sobie niezwykle intensywne egzystencjalnie pytanie o powołanie człowieka i jego prawdziwą ojczyznę. Podjęcie refleksji nad tym właśnie nurtem kultury ukazuje otwartość ludzkiego bytu na to, co przed nim w czasie, na szansę realizacji człowieczeństwa właśnie w czasie, który w koncepcji chrześcijańskiej jawi się jako rzeczywista możliwość. Każde wydarzenie oczekuje swojego „potem”. Nie jest to już krążenie po zamkniętym kręgu determinizmu historii, biologii, psychologii. Rzeczywista możliwość czasu wyzwala nadzieję, tak krzepiącą w momentach religijnych ciemności, i wiarę w otrzymaną szansę powrotu na drogę prawości. Czas wreszcie przez swój niewielki wycinek, przedział, który jest udziałem człowieka, uczy miłości do tego wszystkiego, co napotykamy na swojej drodze, przymuszając nas niejako do kontemplacji piękna i jego kruchości, życia i jego przemijalności, wartości ukrytych w zdarzeniach, gestach najzwyklejszych.

Brak prawdziwej kontemplacji we współczesnym świecie, traktowanie czynności modlitwy jako sposobu na stres i integrację osobowości spowodowane jest wycofywaniem się człowieka z twórczości, przekazaniem myślenia o kulturze w ręce fachowców. Brak gleby, w której może obumierać ziarno, gleby kultury, w której kształtuje się moja wrażliwość, kończy się w efekcie pleśnią ziarna lub panicznymi wyzwolinami ze zbożowych łusek wbrew naturze cielesnej ziarna. A przecież Słowo Ciałem się stało. I zamieszkało w kulturze.


List drugi – O postawie dziecka

Gdy podejmujemy temat modlitwy, wcześniej czy później zostanie nam zadane pytanie o metodę spotkania z Bogiem. Współczesność wychowująca człowieka w kulcie efektywności będzie to pytanie stawiać chrześcijaństwu ostro, czasami wręcz agresywnie, dopominając się konkretnych wskazań zapewniających szybki, najlepiej bezbolesny „sukces”.

Przyznać trzeba, że mistrzowie duchowi chrześcijaństwa dość niechętnie udzielają odpowiedzi na pytanie o metodę – i jeśli zagłębić się w patrystyczne tomy Migne’a, nie znajdziemy tam wskazań szczegółowych zachowań modlitewnych i kroków. Zapewne w tym nienazwaniu metody, uchylaniu pytania: „jak”, zawarta jest prawda o pierwszeństwie Boga w wychodzeniu do człowieka, prawda, którą streścił Jezus Chrystus słowami: „Nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem”. Można także powiedzieć, że milczenie Ojców chroni nas przed przekonaniem, iż zajęcie modlitewne wymaga specjalnej gnosis i że nie wszyscy są do niego przeznaczeni. Teologia duchowości zawsze twierdziła, że kontemplacja nie przynależy do łask szczególnych, ale może być udzielana każdemu ochrzczonemu. Na marginesie trzeba wspomnieć, że chrześcijaństwo przechowuje w swoim skarbcu różne tradycje modlitewne wspólnot zakonnych – że przywołam choćby szkołę benedyktyńską z kolejnymi etapami modlitwy: lectio, mediatio, oratio, contemplatio – ale i one bardzo intensywnie udzielają miejsca Panu modlitwy.

Jeśli w chrześcijaństwie pragniemy zadać pytanie o metodę modlitwy, to musimy się liczyć z koniecznością korekcji takiego pytania, które w nowym sformułowaniu będzie dopominać się odpowiedzi na pytanie o postawę wobec Boga.

Na tak zadane pytanie chrześcijaństwo udziela krótkiej, dobitnej odpowiedzi: wobec Boga musimy stanąć jako dzieci. W tym miejscu należy się kilka słów wyjaśnień. Nasze współczesne spojrzenie na dziecko i dziecięctwo podminowane jest dość mocno sentymentalizmem. Spojrzenie to jest w nas mniej biblijne, patrzymy raczej przez okulary XVIII i XIX wieku. Zdanie wypowiedziane przez Jezusa Chrystusa: „Jeśli się nie staniecie jako dzieci...”, tłumaczone jest raczej w kategoriach niewinności, naiwności, intensywnej inności i zaprzeczania światu dorosłych. A takie spojrzenie bierze swój początek z Jana Jakuba Rousseau, który ludzką kondycję określał przez stosunek do natury zaprzeczającej kulturze i cywilizacji. Naiwne dziecko stanowiło dla niego idealny obraz człowieka natury. Epoka romantyzmu, która także pozostawiła w naszych psychikach mocny ślad, kreowała dziecko na osobę właściwie boską, z innego świata, wyposażoną w niezwykłe potencjały, które najczęściej zaprzepaszczane przez okrutną rzeczywistość tworzyły romantyczny dramatyzm. Epoka ta uwydatniała szczególnie niewinność dziecka, która na przykład w tradycji polskiej literatury porównywana będzie z niewinnością ofiary Chrystusa (Dziady. Część III, proces wileńskich
uczniów).

Wszystko to dość mocno zaciemnia biblijną postawę dziecka, postawę tak płodną w modlitwie. Przyznać trzeba, że starożytni złudzeń co do niewinności dziecka nie żywili. I jeśli Chrystus mówi o postawie dziecięctwa, to ma na myśli przede wszystkim zależność od Ojca. Zależność zaś jest postawą, w której człowiek traktuje wszystko jako dar. Biblia na określenie dziecka używa także słówka greckiego pais i jego zdrobnienia paidion (por. Mt 19,14), oznaczającego chłopca w wieku od siedmiu do czternastu lat. Właśnie takie dziecko Chrystus uważa za ideał prawdziwego ucznia. Jego zależność przejawia się przede wszystkim w słuchaniu – szema – posłuchaj swego Pana. Uczeń, dziecko, musi wytężać całą swoją uwagę, aby nie uronić najmniejszego nawet sygnału od Nauczyciela. W tradycji judaistycznej nauczyciel zwany był często mistrzem szeptu – tak cenne były jego słowa i tak prowokująca do słuchania była jego postawa. Biblijne dziecięctwo nie jest więc sentymentalną naiwnością, niewinnością, niedojrzałością, Gombrowiczowskim „pacholęctwem”, ale przede wszystkim nauką. I to dość często nauką zależności. Trzeba jednak pamiętać, że Biblia i tradycja monastyczna chrześcijaństwa bardzo mocno integrowała osoby ucznia i mistrza. Były one na siebie skazane, powiązane niewidzialnymi nićmi, tworzące mikrowspólnotę. Ustawiczna łączność z mistrzem i jego towarzystwo tworzyły niezwykle pokrzepiającą rzeczywistość.

Jak już powiedzieliśmy, zależność, dziecięctwo nie jest czymś danym z urodzenia. Jest raczej zadaniem możliwym do zrealizowania przez współdziałanie z łaską Bożą. Właściwie można pokusić się o wyznaczenie płaszczyzn, na których rozgrywa się cała pedagogia.

Zależności uczmy się zatem od Boga.

Współczesny praktyczny pelagianizm niweluje potrzebę słuchania Jedynego, tworząc własne schematy osobowościowe – najczęściej ludzi silnych, samowystarczalnych, dobrych organizatorów z dużym ilorazem inteligencji, którzy poświęcają się wyłącznie sprawom najważniejszym i największym. Zależność od Boga przejawia się najpierw w rezygnacji z dzielenia spraw ludzkich na wielkie, godne uwagi, i małe, które nie schlebiają mojej próżnej ambicji. Raczej trzeba domyślić się, co w danej chwili chciałby zrobić ze mną Bóg, może właśnie przeznaczyłby mnie do marnotrawienia czasu z człowiekiem starym, opowiadającym historię swojego życia po raz dziesiąty. Idąc dalej, możemy stwierdzić, iż dziecko nie posiada przeszłości, uczeń nie może poszczycić się zbyt wielkim dorobkiem. Tak więc zależność od Boga będzie przejawiać się w życiu przyszłością, nadzieją, ciągłą fascynacją Bogiem. Nie Bóg wczorajszy i Jego działania mają być przede wszystkim przedmiotem rozmyślań (chociaż pamięć czynów przeszłych Boga spełnia w mistyce bardzo ważną rolę), ale moje miejsce w Historii Zbawienia, moje dopowiedzenia do zbawczego działania, moja współpraca z łaską. Z taką postawą łączy się wiara w możliwość ustawicznego nawracania się, w korekcję lotu. Nadzieję tę podtrzymuje Zmartwychwstanie Chrystusa, to wielkie przekroczenie śmierci, dziedzicznych uwikłań i złej przeszłości. „Nie bój się przyszłości mawiał brat Roger – czeka cię tam Chrystus Zmartwychwstały”. A On jest Bogiem zaskakującym człowieka, przenikającym nawet dość mocno zabarykadowane drzwi. Zależność od Boga to także rezygnacja z oblężonej umysłowości, z naukowego podejścia, które charakteryzuje się swoistą klasyfikacją zjawisk niedającą im żadnych szans. Mądrość tej klasyfikacji zawiera się w zdaniu: „Zjawisko x to nic innego jak...”. W ten sam sposób można potraktować Chrystusa, i zachwyt wraz z zadziwieniem znikają bez śladu.

Pedagogia zależności musi podjąć także moment spotkania i bycia we wspólnocie. Człowiek, po grzechu pierworodnym w swoich uczuciach mocno nadwerężony, przypomina często budzący się wulkan. Zależność od wspólnoty wykształca się z momentem uzmysłowienia sobie prawdy, iż nie wystarczę sam sobie, że do prawidłowego rozwoju duchowego potrzebny jest drugi człowiek. Bycie we wspólnocie i możliwość zadania drugiemu przykrych ran prowokuje człowieka do pracy nad podstawą integracji osobowości. U podstaw leży bowiem właściwe przeżywanie relacji między dwoma pragnieniami wyodrębnionymi przez antropologię filozoficzną – pragnieniem przyjemności (appetitus concupiscibilis) i przydatności (appetitus irascibilis), które to relacje, gdy zostaną źle ustawione, mogą być przyczyną schorzeń emocjonalnych, niedorozwoju osobowości, uwikłania w zachowania sztywne, skrupulanckie. Na przykład pedagodzy lub spowiednicy potrafią potraktować pragnienie przydatności jako grzech (penitent wyznaje, że zdenerwował się lub odczuwał gniew). Wszystkim pragnącym dogłębnie zapoznać się z koncepcją psychologii opartej na elementach filozofii św. Tomasza polecam lekturę książki Integracja psychiczna1.

W przeżywaniu otaczającego mnie świata drugiego człowieka mocne piętno odcisnęła kultura powstała z racjonalnych operacji człowieczego intelektu. Tradycyjna antropologia tomistyczna podzieliła władzę poznawczą na intelekt dyskursywny i intuicyjny. Współczesność i epoki jej najbliższe oddały rzeczywistość zabiegom ratio, czyli rozumu, który dokonuje abstrakcyjnych operacji pojęciowych: analizy i syntezy. Blokuje to w dość skuteczny sposób przemawianie rzeczywistości do mojego wnętrza, niszczy tak ważną w kontemplacji wrażliwość. Integracja osobowości będzie więc zawierać konieczność przesunięcia akcentu poznawczego z ratio na intelekt kontemplacyjny, który „zdobywa swą wiedzę, stając uważnie wobec Boga i Jego stworzeń, Jego słów zawartych w Piśmie świętym, a także wobec dzieł sztuki uczynionych ręką ludzką” (A.A. Terruwe).

Płaszczyzna ostatnia to próba nauki zależności od samego siebie. Oczywiście nie chodzi nam o jakiekolwiek hołdowanie lenistwu, niechciejstwu i łatwemu usprawiedliwieniu siebie. Prawdziwa nauka zależności od samego siebie będzie prowadzona w klimacie prawdy i miłości, rozgrywać się będzie w przestrzeni przebaczenia samemu sobie, czyli zgody na samego siebie, bo takim stworzył mnie Bóg, i widział w tym sens i możliwość zbawienia. Pokornie trzeba zadać sobie pytanie, na co aktualnie mnie stać, i zrezygnować z kabaretowej postawy: „Kiedy ja wreszcie będę mógł robić to, na co naprawdę zasługuję”. Całe nieszczęście w tym, że nie lubimy przegrywać i być cierpliwymi. Przy pierwszym modlitewnym kryzysie porzucamy na przykład praktykę jałowego spotkania z Bogiem i wolimy odgrywać tragedię niż zadać sobie pytanie – co w takim stanie jestem zdolny uczynić? Arcybiskup Bloom proponuje, by pogodzić się z sobą podczas kryzysu modlitwy i nie wyrzucać potoków słów w przestrzeń, z której – jeśli wierzyć swoim psychicznym i duchowym reakcjom – odszedł Bóg. Radzi delikatnie przemawiać do siebie, do swojej rozgoryczonej porażką duszy. Okazuje się, że wymaga to więcej wysiłku, odwagi i pokory, niż nam się wydaje.

Zależność od siebie to także pokorne przyjęcie całej fizyczności człowieka. Mądrość spotkania z Bogiem tkwi także we wdzięcznym przyjęciu snu, zmęczenia, potrzeby odpoczynku. Niektóre zgromadzenia zakonne, w poczuciu chyba winy, nawet w godzinach rekreacji „nie marnowały czasu”, przebierając guziki i nawijając złote nici do ornatów. Zależność od siebie to także zmysł humoru tak konieczny w zdrowym podejściu do samego siebie i w duchowym życiu. Pamiętajmy, że poważni i namaszczeni, w gruncie rzeczy często jesteśmy komiczni i zdrowo jest dojrzeć także ten aspekt swojej osobowości.

Postawa dziecka jest więc przestrzenią nauki słuchania, powtarzania pokornego za psalmistą: „Kim jest człowiek, że o nim pamiętasz, czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego?”. Nie jesteśmy bowiem swoją własnością. Postawa dziecka przepełniona jest wiarą w Opatrzność, wyzwalającą z nerwicy działań optymalnych, skutecznych i wielkich. Bóg bowiem widzi w ukryciu i zdolny jest w swoim miłosierdziu podnieść rangę nawet czynów ułomnych, gdyż Jego oczy patrzą inaczej na sens ludzkich działań.

Postawa dziecka ma mnie nauczyć przede wszystkim kochania – a wtedy nawet małe czyny, krótka modlitwa będą przemieniać oblicze świata. Postawa ta zawiera w sobie możliwość pogłębienia mądrości i wezwanie do dojrzałości, „aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według pełni Chrystusa” (Ef 4,13).


List trzeci – O nieobecności Boga

Można pokusić się o twierdzenie, iż w Biblii przestrzeń Boga i przestrzeń człowieka w momencie spotkania tworzą nową, nieznaną do tej pory religijną kategorię zwaną Przymierzem – berit. Przymierze jest przebywaniem Stwórcy i stworzenia wobec siebie, jest spotkaniem bliskim. Bóg dzieli losy człowieka, a ten „rozpala się gorliwością o Dom Boży” w walce o cześć dla swojego Pana. Bóg w kategorii Przymierza nie nosi w sobie cech kogoś całkowicie odmiennego, niszczącego siły, wolność i dokonania człowieka. Poczynienie tej krótkiej uwagi na temat
spotkania się w Biblii Boga i człowieka na początku rozważań o nieobecności Boga wydaje mi się szczególnie ważne. Tomasz Merton napisał kiedyś, że problem niewiary może zaistnieć dopiero wtedy, gdy człowiek spotka Boga. Przykładając to zdanie do kontekstu naszych refleksji, możemy powiedzieć, że nieobecność Boga w życiu modlitwy zakłada najpierw dialog i spotkanie, w których Bóg posiada inicjatywę. To my jesteśmy niepomiernie bardziej nieobecni niż sam Bóg. Uzmysłowienie sobie pierwszeństwa dialogu przed nieobecnością stanowi dla ludzkiej pamięci niezwykłą pociechę w momentach krytycznych dla wiary, którymi są duchowe ciemności. W tym „liście” będę próbował opisać powody tych właśnie doświadczeń.

Rozpocznijmy może od omówienia najpowszechniejszej przyczyny nieobecności Boga, którą jest grzech. Grzech nie jest złamaniem jakiejś abstrakcyjnej reguły, ale przekroczeniem przymierza i uderzeniem w osobisty kontakt Boga i człowieka. Gdyby zaryzykować próbę nazwania głównych postaci grzechu niweczących moment spotkania, to można by na początku powiedzieć o grzechu Fatum. Postawa fatalistyczna najczęściej rodzi się ze spotkania ze złem, które albo poraża siły duchowego życia przez swoją intensywność i sprawia, że używamy magicznej formuły: „tak widocznie musiało być”, albo zachęca do szybkiego reformowania rzeczywistości bez wartościowania moralnego środków, jakimi tę rzeczywistość chcemy wydobyć z błota. Ta ostatnia pokusa tkwi korzeniami w pewnej spaczonej wizji świata, w złej jego ontologii streszczającej się w przerażającym zdaniu: być naprawdę znaczy mieć siłę. Jeśli nawet wykluczymy z postaw opowiadających się za tym zdaniem wszelkiego rodzaju totalitaryzmy polityczne czy religijne – to zostanie jeszcze cała sfera pragnień osiągnięcia szybkiego sukcesu, doświadczenia natychmiastowej zapłaty za dobry czyn, niechęć do cierpliwości. Ta druga postać grzechu sprzeciwia się delikatności w modlitewnym obcowaniu z Bogiem. Człowiek, rezygnując z płaszczyzny przyjaźni, uprawia rodzaj kupiectwa – Bóg „ma dać”, ma zauważyć, zaaprobować.

Wgłębiając się w starożytne reguły ojców pustyni, możemy zauważyć, że słowa Jezusa o gadulstwie na modlitwie, które jest trzecią postacią grzechu, przyjęły one dosłownie i z powagą. Ochroną ma być milczenie, powściągliwość, często nawet zniechęcająca drugiego zagadkowość języka. Można snuć przypuszczenie, że mnichom nie chodziło tylko o mechaniczne tworzenie przestrzeni skupienia, ale o coś bardziej intensywnego. Liczyli się raczej z tajemnicą słowa – rzeczywistością dla mistyki bardzo niebezpieczną przez swoją kreacyjną moc. Ta trzecia postać grzechu, którą jest gadulstwo, mocno związana jest ze sferą wyobraźni. Cały problem można przedstawić w formie retorycznego pytania: czy wyobrażona doskonałość istnieje w rzeczywistości, czy wypowiedziane pragnienie bez wysiłku realizacji jest już spełnione? Pokusa przebywania w świecie ułudy zawsze była wielka, a zmęczonemu człowiekowi uśmiechał się wypoczynek w raju. Już ze zdechrystianizowanego świata znane są nam bardzo smakowite przykłady wiary w kreacyjną moc słowa.

Podejrzliwość i nieufność wobec samego siebie posunięta do ostatnich granic jest niewątpliwie klasyczną postawą ostatnich stuleci naszej kultury. Uprawiana w imię prawdy o człowieku i świecie, zamiast wyzwolenia przyniosła skomplikowane zabiegi i ucieczki od prawdy o sobie. Tworzenie określonych wzorców osobowych, które preferowały jednostkę silną, dobrze zewnętrznie zorganizowaną i zrelaksowaną, przekreśliło przeżywanie samego siebie, jako universum, w którym egzystują twórcze cierpienie i pokój, lęk i prawdziwa odwaga. Lęk wyrzucony ze świadomości, przyjmowany jako właściwość nienormalnego stanu umysłu, zatracił swój egzystencjalny charakter (to, że jest przypisany do naszej natury) i przeszedł w stadium patologiczne, które jak najbardziej słusznie domaga się leczenia. Piszę o tym, gdyż lęk jawi się jako jedna z przyczyn nieobecności Boga w doświadczeniu religijnym. Paul Tillich wyróżnił w naturze człowieka trzy rodzaje lęku. Jest to ogólna, ale ciekawa klasyfikacja.

Lęk przed śmiercią w wykorzenionej postaci sprowadza do świadomości obraz Boga karzącego, wiecznie niezadowolonego z naszego postępowania, instytucji represyjnej, której istnienia nie możemy zaprzeczyć, chociaż chętnie byśmy je zanegowali, by uspokoić nasze sumienia. Wykrzywiony lęk przed śmiercią budzi w nas potrzebę bezpieczeństwa za każdą cenę, zmusza do poszukiwań duchowego kierownika, do którego należy ostatnie słowo, nawet w najdrobniejszych rzeczach.

Lęk przed bezsensem niszczy wszelkie podstawowe pytania, których stawianie jest konieczne dla rozwoju wiary, spycha człowieka do getta systemów i szablonów, odbierając dramatyzm pozostawania sam na sam z Bogiem na modlitwie. Każdą trudność i wątpienie przeżywa jako grzech niewiary.

I wreszcie, lęk przed potępieniem, zamknięty w pytaniu: „Co uczyniłem z siebie?”. Ostatecznie, by uniknąć winy wypływającej z poczucia zmarnowania darów oraz szans spotkania z Bogiem, człowiek zaprzecza kryteriom, które obiektywnie mogą dokonać osądu jego wysiłków. Prawo jest przyczyną orzekania o złu, więc znieśmy prawo, a poczujemy się prawdziwie wolni. Istnieje jeszcze jedna droga ucieczki ze sfery lęku przed potępieniem – skonstruowanie nierealistycznej doskonałości. Pseudoświętość ta wymaga ciągłej akceptacji ze strony otoczenia, które jest z kolei potępiane za zbyt słabe zaangażowanie w sprawy Boże. Nierealistyczna doskonałość jest konstrukcją duchowego prymusostwa, celebracją duchowych upodobań i smaków, męczennictwem i takim poświęcaniem się dla drugich, które nosi w sobie wręcz masochistyczne znamiona.

W tej pobieżnej charakterystyce lęku Bóg jest kimś z zewnątrz, kto nie przemawia i nie dialoguje, ale milcząco wyraża akceptację lub dezaprobatę, chowając w zanadrzu karę.

Ostatnia z przyczyn nieobecności Boga nie niesie w sobie znamion grzechu i psychologicznego wykrzywienia rzeczywistości. Jest doświadczeniem religijnym ciemności, które nie niszczą, lecz uwydatniają Bożą opiekę i wzrost ufności w Opatrzność, działając na zasadzie biblijnego pieca, oczyszczającego siedmiokroć zło. Można powiedzieć, że życie modlitwy nosi nieustannie w sobie paschalną strukturę – przejście od śmierci do życia, z ciemności do światła. „Kto chciałby przeżywać bez znużenia wieczne Alleluja na ziemi – pisze św. Augustyn – dozna zawodu i będzie dreptał w miejscu”. Umieranie starego Adama, zło dziejące się wokół mnie, przytłaczające cierpienie niewinnych, powiedzieć można, że cała struktura świata, o której wspomina William Blake – sprowadza na człowieka ciemność:

 

Dla radowania się i bólu

Człowiek urodził się na ziemi.

 

Jeśli to rozumiemy dobrze,

Bezpiecznie przez ten świat idziemy.

 

Radość i ból – dla boskiej duszy

Z nich dwóch splecione jest odzienie.

 

Jedwabną nicią radość biegnie

Pod każdym jękiem i cierpieniem.

 

(tłum. Zygmunt Kubiak)

 

Sytuacja ta jest doświadczaniem człowieka przez Boga, który dokonuje go nie dla swojej wiedzy o człowieku, ale dla samego człowieka, by stworzenie doznało, czy prawdą są słowa, które o miłości wypowiedziało do Stwórcy. Jeśli Bóg często zabiera poczucie swojej obecności, to odbiera przecież poczucie, a nie obecność. Owocem takiego Bożego zabiegu jest milczenie, w którym człowiek staje może po raz pierwszy bez argumentów i racji. Poza tym sam dynamizm miłości prowokuje do zaprzeczenia stanu obecnego, wzywając do miłości większej. W pewnym momencie swojego życia Katarzyna ze Sieny usłyszała z ust Chrystusa zdanie: „Dlaczego płaczesz, czyż sądzisz, że nie potrafię ofiarować ci już nic nowego?”.

Ciemność paschalna jest także rzeczywistością ukazującą godność człowieka zaszczytnie powtarzającego drogę Jezusa Chrystusa. Postępujemy cały czas za Mistrzem, a nigdy przed Nim. Doświadczenia Jezusa niosą w sobie moment ciemności, która kondensuje w sobie przeżycia wszystkich, którzy się „źle mają” – jest ciemnością, nieobecnością Boga dla solidarności ze wszystkimi beznadziejami. W tradycji żydowskiej właśnie cichy i pokorny cadyk jest postacią, która ucieleśnia w sobie wszystkie doświadczenia i nadzieje narodu, jego mękę oczekiwania na wybawienie, ciemność ogołocenia. Jest ofiarą za innych, ocalającą przed zniszczeniem grzeszne miasta. Jest to sposób bytowania w grzesznym świecie. W chrześcijaństwie Krzyż jest metodą tryumfu dobra. I jest to jedyna skuteczna metoda egzystencji, nierozłącznie związana z krzykiem Chrystusa na krzyżu. Ciemność połączona ze światłem nadziei są opozycjami, które występują razem, uwydatniają cel Bożego działania: wzmacnianie nieustannie tęsknoty i porzucenie tego wszystkiego, co przeszkadza wejściu w spoczynek Boga.


List czwarty – O nieustannej modlitwie

Kiedy jawi się przed nami problem czasu poświęcanego modlitwie, gdzieś w dali – jak wyrzut sumienia – majaczy tekst św. Pawła Apostoła do Tesaloniczan: „Zawsze się módlcie, radujcie, nieustannie się módlcie” (l Tes 5,17). O historii adaptacji tego zwartego Pawłowego zdania do życia mogą opowiedzieć piaski Pustyni Syryjskiej – świadkowie często przemyślanych, miejscami komicznych zabiegów chrześcijańskich samotników, gdzieś od III wieku po narodzeniu Chrystusa. A i historia herezji może ukazać działalność sekt (mesalianie i euchici), które żywiły się w sposób dość oryginalny tym zdaniem. W nas budzi ono tęsknotę intensywniejszego kontaktu z Bogiem i zarazem sceptycyzm, który pożywkę znajduje w naszym ograniczonym przecież bycie fizycznym i psychicznym.

Czy modlitwa nieustanna jest możliwa? Jaką rzeczywistość oznacza owa nieustanność? Zanim skonstruujemy odpowiedź, próbujmy się przypatrzeć sposobowi pojmowania przez nas otaczającej człowieka rzeczywistości. Sposób ten skutecznie utrudnia bowiem zrozumienie Pawłowego wezwania. Wypowiem banalne stwierdzenie, ale zatraciliśmy rytmikę przechodzenia od jednej sprawy do drugiej, z pracy do wypoczynku. Trudno mówić o syntezie naszych działań – jesteśmy ludźmi przykręcającymi jedną jedyną śrubę na taśmie bez wizji całego samochodu. Nasz czas, nasza rzeczywistość jest poszatkowana – wszystko widzimy oddzielnie. Także sfera religijna bardzo często jest jedynie składową naszego światopoglądu, modlitwa działaniem w usakralnionym na moment czasie. Przypominam sobie zdarzenie z wodnej eskapady, podczas której mieliśmy szczęście napotkać rzadkie okazy ptaków. Obsada jednej z łodzi nie dzieliła naszego zachwytu i nie spoglądała w stronę pierzastych rarytasów, gdyż mozolnie odmawiała różaniec. Dopiero po ostatnim Chwała Ojcu oficjalnie zlustrowała puste już niebo. A przecież – jak napisał kiedyś ksiądz Życiński – „Nasz świat ujmowany w odpowiedniej perspektywie światopoglądowej nie jest prostą sumą rzeczy o ściśle wymiernych określonych wartościach. To my odkrywamy ukryty sens zdarzeń przez wprowadzenie odpowiedniej perspektywy”. Nie zrozumiemy nieustanności modlitwy, jeśli będziemy traktować ją jako sumę modlitewnych aktów, które pociągają za sobą uruchomienie różnych władz duchowych człowieka, czy też jako sumę czasów poświęcanych modlitewnym działaniom. Trzeba raczej – jak wspomina jeden z autorów duchowych – „nadać duszy jakąś habitualną podstawę, która w pewnym sensie sama zasługuje na nazwę modlitwy, niezależnie od modlitewnych aktów”. Sensem, perspektywą wprowadzaną w przeżywanie konkretnego zdarzenia jest osoba Jezusa Chrystusa, Jego życie tęsknoty i chwały, cierpienia i zwycięstwa. Nie można jednak w życiu modlitwy uchylać pytania o zadania, jakie mam podjąć, by taką perspektywę uzyskać, perspektywę ujętą krótko: że Bóg jest przy mnie, a ja jestem przy Nim. Pierwszorzędnym zatem zadaniem doprowadzającym nas do nieustannej modlitwy jest nauka pamięci o Bogu. Pamięć ta kształtowana jest przez cały klimat religijny, który nas otacza, w którym wzrastamy – a więc przez znaki, symbole, obrazy, liturgię eucharystyczną. W tym liście pominę ogromną wagę liturgii dla nauki pamięci o Bogu. Należy się jej oddzielne omówienie. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na modlitewne działanie utrwalające w naszych duszach tę „habitualną podstawę”, którą Jacek Woroniecki nazywa duchem modlitwy – jest nią chrześcijańska medytacja. Wyraźnie podkreślam „chrześcijańskość” omawianego działania, gdyż w praktykach Wschodu słowo „medytacja” znaczy trochę co innego – jest raczej dość wyrafinowanym metodycznie poszerzaniem ludzkiej świadomości przez niwelowanie ograniczających umysł barier, penetracją głębokiego „ja”. Tradycja duchowości chrześcijańskiej opisuje medytację jako „kształtowanie serca”. Jest to dość ogólne stwierdzenie, które historia doprecyzowała przez konkretne kroki – jednym z nich jest tak zwane rozmyślanie. Termin polski narzuca jednoznaczne skojarzenie ze spekulacją na tematy święte, która nie ma nic wspólnego z modlitwą. Otóż rozmyślanie nie było nigdy li tylko chłodnym dyskursem. Często towarzyszą mu uczucia, radość, ból. Mocno zaangażowana jest wola człowieka, która swoimi aktami przyczynia się do uaktywnienia całej struktury osobowej rozmyślającego. Tradycyjne rozmyślenie rozpoczynane było krótką modlitwą – najczęściej do Ducha Świętego. Zaraz potem następowała lectio, którą stanowiła najczęściej lektura Pisma Świętego. Tradycja prowadzenia umysłu tekstem świętym, który doskonale chronił przed psychiczną rozlewnością i zgiełkiem, była niezwykle ceniona. Reguła Pachomiusza przynosi krótki nakaz, by powtarzać coś z pism – „De scripturis aliquid meditari...”. Do momentu lectio może przystawać proces wizualizacji. Wyobraźnia w medytacji wiele może ułatwić, chociaż zdawać sobie trzeba sprawę, że jest to dość kapryśna władza. Wizualizacja to nie lepienie kiepskiego filmu ze słodkich slajdów, na których Chrystus i apostołowie oraz im współcześni występują w scenerii i szatach żywcem przeniesionych z Biblii w komiksach lub z dzięwietnastowiecznej drogi krzyżowej. Wyobraźnia ma wspomóc moje pragnienie bycia blisko Chrystusa, który delikatnie wymawia moje imię, jest ze mną w niebezpieczeństwie lub cieszy się razem ze mną. Zbytnie konkretyzowanie scenerii, przesycanie jej szczegółami może odciągnąć umysł od tego, co istotne – od momentu spotkania. Medytacyjna wyobraźnia stanowi poetycki potencjał, który jest pamięcią smaków, zapachów, klimatów miejsc i spotkań – rzeczywistości trudnych do opisu, ale łatwych do wewnętrznego przywołania. Wyobraźnia ma za zadanie wytworzyć nastrój spotkania i to w zależności od stanu duchowego i warunków zewnętrznych medytującego. W chwilach wielkiego bólu trudno jak Maria siedzieć spokojnie u stóp Chrystusa. Może będziemy jak ślepiec Bartymeusz, może jak Piotr zaprzeczający przyjaźni z Chrystusem?

W rozmyślaniu ważny jest przedmiot rozmyślań – czym chciałbym się dzisiaj modlić, jaki problem stanął przede mną na lectio? Trzeba do rozmyślań przystępować z wielką wolnością, oddając czas Bogu i poddając się Jego natchnieniom. Nie muszę kończyć – nie powinienem nawet – wybranego przeze mnie na lectio tekstu, jeśli coś w nim mnie zafrapowało. Pozwólmy sobie na zatrzymanie. Może to być jedno słowo, jedno zdanie. Właściwa bowiem medytacja rozpoczyna się z momentem pochylenia się nad jednym z refleksów danej mi prawdy, który powinien mi towarzyszyć cały dzień. Zdanie lub jedno słowo może przejść w rytmiczną ustną modlitwę, która nabierze mocy i stanie się duchowym śpiewem. Będzie podążać do wielkiego wyciszenia – silentium misticum. Do takiego modlitewnego rytmu warto również włączyć ciało. Można zastosować miarowe ruchy tułowia, uspokoić oddech i wpleść go w rytm wymawianych słów. Święty Dominik wypracował dla swojej praktyki medytacyjnej kilka postaw, które znane są jako „dziewięć sposobów modlitwy”, a spisane szczegółowo i zilustrowane zostały w życiorysie świętego przez Teodoryka z Apoldy. Posłuchajmy:

 

…widać było, że czegoś gorąco pożąda, tak jak człowiek spragniony wody, gdy zbliża się do źródła, lub jak podróżnik, gdy już jest blisko swej ojczyzny. Wtedy zdawał się zmagać ze sobą i jakby nabierał mocy i szybko zaczynał się poruszać już to wstając, już to znów klękając. Zachował przy tym wielką godność ruchów.

 

Modlitwa rytmiczna niekoniecznie musi być związana z rozmyślaniem i z niego wypływać. Może być westchnieniem w drodze, w czasie fizycznej pracy, w przerwie rozmowy. Im częstsza jest praktyka, tym łatwiejsza świadomość obecności Boga i możliwość wewnętrznego wyciszenia. Za ojca modlitwy rytmicznej, w której monotonia powtarzanych wyrazów odgrywa niezwykłą rolę, uważa się powszechnie Jana Kasjana, praktykującego tę formę słowami Deus in auditorium meum intende (Ps 70,2). Jan Klimak radzi, by Przeciwnika bić imieniem Jezus, a Vita Antonioni mówi, że św. Antoni „zapsalmował diabła”. Tradycja Wschodu posiada niezwykle piękną „modlitwę Jezusa”, w której przyzywamy Jezusa słowami: „»Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym«, w najgłębszej i najbardziej gorliwej intensywności wiary, okazanej przez skoncentrowanie całego jestestwa na modlitwie pozbawionej wszelkich nieistotnych elementów” (T. Merton). Chrześcijański Zachód nie powinien mieć kompleksów w tej dziedzinie, gdyż wykształcił modlitwę w założeniach podobną – jest nią różaniec. Wbrew opiniom i często złej praktyce, stanowi on naprawdę subtelną formę modlitwy rytmu. Śpiewy gregoriańskie, do których coraz bardziej powraca się w klasztorach, noszą również wspaniałe piętno monotonnego rytmu zmierzającego do wyciszenia. A tak radzi czternastowieczny angielski autor:

 

Jeśli pragniesz skupić całą swoją duszę w jednym prostym słowie, które byłoby łatwe do utrzymania w umyśle, wybierz raczej słowo krótkie niż długie. Słowa jednosylabowe, takie jak Bóg czy miłość [w angielskim], są najlepsze. Ale! Wybierz takie słowo, które jest znaczące dla ciebie. Potem skoncentruj swój umysł tak, żeby pozostało ono w nim, cokolwiek się zdarzy. To słowo będzie twoją obroną podczas konfliktu i pokoju.

 

Jak widzimy, droga do nabycia „habitualnej podstawy” w duszy, wejścia w nieustanność modlitwy jest żmudna i nie zawsze atrakcyjna przez swoją monotonię. Tradycja nazywała często modlitwę ciężką pracą, rzadko zaś pracę modlitwą. Czynności pracy mogą wyrażać modlitwę, ale dopiero w połączeniu z jej czystą praktyką. Tak pisał św. Bazyli w Regułach dłuższych:

 

Do modlitwy i psalmodii stosowna jest każda chwila, także podczas gdy ręce modlącego się zajęte są swoimi zadaniami, może on chwalić Boga językiem lub przynajmniej sercem [...]. W ten sposób w czasie pracy możemy wypełnić obowiązek modlitwy, dzięki składając Temu, który udzielił siły naszym rękom do spełnienia naszych zadań i zdolności umysłom do osiągnięcia poznania [...]. A zatem zdobywamy skupienie ducha, kiedy w każdej czynności błagamy Boga o pomyślność w naszych pracach i spłacamy dług wdzięczności wobec Niego [...] oraz kiedy nieustannie stawiamy sobie przed oczami umysłu cel, którym jest podobanie się Jemu.

 

Poszukiwanie stałości – monotonii zasadniczej dla całej praktyki, kreującej dyspozycyjność duszy do modlitwy nieustannej – staje się świętą prowokacją Boga. Można powiedzieć, że jeśli z pokorą i dobrze spełniamy modlitwę „westchnień”, rytmu (może to być również śpiew psalmów), to następuje niespodziewane, nagłe dotknięcie nas przez Boga, podczas którego nasz umysł, całe nasze wnętrze wspaniale zintegrowane woła do Niego nieznanym dotąd głosem. Chwile te są krótkie, a pojawiają się jako owoc naszego działania i Bożej łaski. Jan Kasjan w Collationes nazywa tę krótką chwilę oratio ignitia – czyli „modlitwą płomienną”. W praktyce cystersów po lectio i meditatio następowała oratio, która nie była prostą modlitwą słowną, ale właśnie krótkim intuicyjnym ogarnięciem Boga i świata, eksplozją radości – tak przenikającą człowieka, że jeden z autorów nie zawahał się napisać, iż „wypływa ona z brzucha”. Nieustanna modlitwa – czyli, jak to ujmuje
św. Benedykt, „chodzenie w obecności Boga” – wspomagana bywa również przez praktykę uspokojonego spojrzenia. To metoda prostego wpatrywania się w święty przedmiot, który skupia na sobie i angażuje kapryśne i niespokojne nasze władze zmysłowe, prowadząc całe nasze jestestwo do oczyszczenia, uspokojenia, prostego bycia wobec Boga zaznaczającego swoją obecność w świętym przedmiocie. Chrześcijaństwo adoruje krucyfiks, wyzbywając się przy tym słów i pragnień wzniosłych myśli. W ikonografii znane postacie kontemplatyków – św. Dominika, Teresy z Lisieux – przedstawione są albo u stóp krzyża, albo jako wpatrzone w trzymany w ręku krucyfiks. Na marginesie dodam, że wymieniony sposób znany jest w tradycji tybetańskiej buddyzmu, która w czynnościach medytacyjnych stosuje tak zwaną „mandalę” – proste lub bardziej złożone wyobrażenie wizualne (na przykład koło). Nasze proste trwanie przed tabernakulum, skupianie na nim wzroku – to „święte marnowanie czasu” – także intensyfikuje wewnętrzną ciszę i sprawia, że wychodzimy z kaplicy przepełnieni Bożą wizją świata, otuleni niejako w Jego płaszcz. Rzecz znamienna, że przy tych, zdawałoby się indywidualistycznie nastawionych, praktykach obecność drugiego człowieka jest po prostu niezbędna. Stara prawda, że zbawimy się we wspólnocie, w mistyce chrześcijańskiej jest nie do odrzucenia. Przyjaźń między ludźmi, wynikająca z niej wzajemna pomoc i rzecz najważniejsza: poczucie obecności drugiego człowieka, którego nie muszę się lękać, który kocha mnie nawet w momentach mojej niewierności, nadaje mojej wędrówce ku Bogu rys nadziei. Simone Weil wyraziła to niezwykłymi słowami: „Pośród spraw ludzkich nic potężniej nie przyczynia się do utrzymania coraz intensywniejszego spojrzenia zwróconego ku Bogu niż przyjaźń z przyjaciółmi Boga”. Autor Listu Barnaby dzieli się podobną intuicją: „Codziennie staraj się przebywać w towarzystwie świętych”. Postawa kontemplatyka chrześcijańskiego jest postawą wiary w człowieka i Bożą pomoc w zbliżaniu się do Pełni. Z jednej strony, wskazany jest dość ostry rygor w pilnowaniu godzin modlitwy i przebywaniu sam na sam z Bogiem, z drugiej zaś – mamy dążyć do swobodnego, pełnego spontaniczności bycia z ludźmi i Bogiem zarazem, uświęcając łagodnie każdą chwilę – tak jak to czyni Bóg, niewidzialnie przechadzając się pośród nas w każdym czasie. To modlitwa zbawia świat. Nieustanna modlitwa to spojrzenie na świat, na każdą czynność oczyma Chrystusa zjednoczonego zawsze z Ojcem, to świadomość, że sensem mojego życia jest Jezus. Jego imię. Wtedy, nawet o tym nie wiedząc, będę przez własne proste istnienie przynosił pociechę ludziom i miejscom. Wtedy nie będę musiał wygłaszać zdań: „Boże, jeszcze się dzisiaj nie modliłem, zaraz się do tego zabiorę” – jakby modlitwa była podobna do czyszczenia zapomnianych butów. Wyzwolimy się z poszatkowanych wizji świata, nabierzemy płynności w przechodzeniu od jednej czynności do drugiej, zachowując w sercu radość. Może po raz pierwszy w życiu będziemy wypoczęci mimo pracy i ciężkich doświadczeń, może wtedy przyjmiemy za własne słowa psalmisty: „Daremne jest wasze wstawanie przed świtem i przesiadywanie do późna w nocy, bo Pan i we śnie darzy swych umiłowanych”.


List piąty – O liturgii

Do akt dwudziestowiecznego archiwum religijnych doświadczeń, dla pełnego obrazu tego czasu, warto dopisać jeszcze jeden fenomen: konflikt między tym, co wspólnotowe, a tym, co indywidualne w modlitwie; niezdrowe napięcie między liturgią a indywidualną kontemplacją. W życiu wspólnoty ochrzczonych nie jest to tylko teoretyczny problem, raczej egzystencjalny dylemat: iść do kościoła czy nie, poprowadzić wspólną modlitwę w gronie przyjaciół czy też nie. I po co właściwie te parafialne liturgie, skoro lepiej, intensywniej modlę się sam. W rozmowach często ludzie wrażliwi i myślący przyznają, że w niedzielę wolą wyprawić się w wysokie góry i tam „trwać wobec majestatu Boga” niż tłoczyć się w dusznym kościele z fałszującym organistą. Najłatwiej oczywiście zagrozić takim osobom grzechem ciężkim, ale to sprawy nie załatwia.

Konflikt ten nie był znany wczesnej tradycji chrześcijańskiej średniowiecza. Wystarczy otworzyć Regułę św. Benedykta, by przekonać się o wielkiej płynności i duchowej swobodzie w przechodzeniu od liturgii do modlitwy indywidualnej. Modlitwa liturgiczna żywiła swoim płomieniem modlitwę w samotności, ta zaś swoje ukoronowanie osiągała w liturgii. Takie spojrzenie na to, co wspólnotowe i indywidualne w modlitwie, zatarło się we współczesności. Trudno ustalić chronologię przyczyn, ale niewątpliwy wpływ miała na to powiększająca się odległość między ołtarzem a ludem zebranym na liturgię, bardziej adoracyjny niż „czynny” charakter Eucharystii oraz niektóre sądy utożsamiające liturgię z określonym systemem praw, przepisów i praktyk. Moraliści wywodzili liturgię z obowiązku sprawiedliwości wobec Boga, co jest słuszne, ale i jednostronne, bo nie zostaje w takim sformułowaniu uwzględniona inicjatywa i dzieło Boga. Dodać jeszcze należy coraz mocniej przeżywaną indywidualność ludzką i zainteresowanie własną psychiką, której otchłanie otworzono w pewnym momencie kluczami kilku teorii. Nie bez znaczenia jest fakt zacierania się symboli religijnych, ich wzrastająca nieczytelność związana między innymi z utratą umiejętności przekładania słów na język religijnych wyobrażeń, i odwrotnie. Wzrost tempa życia, osłabienie tradycyjnych związków rodzinnych nie pozostało bez wpływu na sposób przeżywania dnia świętego. Nie jest to już dzień specjalny, w którym każda czynność otoczona jest pewnym spokojem i tajemniczym blaskiem, ale jest to dzień przede wszystkim wolny od pracy, który bardziej irytuje bezczynnością niż sprowadza w serce wierzącego pokój i radość. Pozwalamy sobie co prawda na dłuższy sen i bardziej wystawny obiad, ale daleko nam do pełnego napięcia radosnego wyczekiwania na paschalny posiłek w domach naszych starszych braci Izraelitów. Posłuchajmy dla wątpliwej pociechy tekstu przypisywanego Pseudo-Euzebiuszowi z Aleksandrii, a pochodzącego z VI wieku:

 

Wielu oczekuje niedzieli, ale nie wszyscy z tego samego powodu. Bojący się Pana oczekują niedzieli, aby modlić się i posilić Ciałem Chrystusa. Leniwi, aby zaprzestać pracy i oddać się złym zajęciom. Fakty przyznają mi rację. Wyjdźcie w niedzielę: jedni grają, drudzy tańczą przy dźwięku fletu, jeszcze inni siedzą, obmawiając bliźnich lub kłócą się. Gdzie jest orkiestra i tańce, tam śpieszą wszyscy. Herold woła do kościoła? Wszyscy wymawiają się zmęczeniem i niemożnością przybycia.

 

Przybywając do świątyni, słyszymy od progu tanią poezję z podkładem elektronicznych organów, która roznosi się po wnętrzach wielkich, bielonych i tak prześwietlonych, że przywodzą na myśl przestrzenie uniwermagów lub kolejowych dworców. Przewodniczący liturgii kapłan odziany bywa w ornat jaskrawością i wschodnimi wzorami przypominający szatę z wizyty Trzech Króli lub misternością i zagęszczeniem historycznych scen haftowaną kronikę Długosza. Z ulic przynosimy zgiełk i pośpiech – trudno w ciągu trzech kwadransów zostawić cały zaganiany świat poza sobą. Na to potrzeba całej niedzieli, a to znowu wymaga sztuki świętowania. Liturgia nas nudzi nie tylko dlatego, że jej częścią są rozwlekłe kazania. Jesteśmy ludźmi nowej, masowej pedagogii: sekundowych reklam i skondensowanego dźwięku. Spróbujmy na początku nie zgodzić się na panujące bezguście w liturgii i w wystroju przestrzeni, nie traktujmy także muzycznych hałaśliwych spektakli jako odnowienia liturgii, która przez mistrzów duchowych zaliczana jest do tak zwanej kontemplacji aktywnej. „Dusza posługuje się wtedy rozumem i wyobraźnią, wzbudzając uczucia w woli. Wykorzystuje środki, jakich dostarcza filozofia i teologia, sztuka i muzyka, aby rzucić proste, serdeczne spojrzenie na Boga. Kontemplacja aktywna wymaga myślenia, czynu i aktów woli. Jej zadaniem jest pobudzić i przygotować człowieka, aby zwrócił swoje serce
ku Bogu, i obudzić w nim pragnienie doskonalszego poznania Boga i nawiązania z Nim trwałego kontaktu” (T. Merton).

Ponieważ liturgia nie jest tylko zewnętrznym kultem podpadającym pod zmysły, ale również zaangażowaniem umysłu i woli, nasze uczestnictwo w liturgii, jego świadomość, będzie zależna od naszego serca. Precyzując jeszcze bardziej, można powiedzieć, że moje przeżywanie liturgii zależne jest od wizji Kościoła, z którą przychodzę na wspólną modlitwę. Jeśli jest to wizja konsumpcyjna, to liturgia stanie się dla mnie czasem zaspokajającym wyłącznie moje potrzeby duchowe. I tak Msza Święta może się stać w świadomości wielu sprowadzeniem Chrystusa na ołtarz, z którego później zostanie zabrany dla prywatnej adoracji. Można również zauważyć postawę konsumowania liturgii jako tradycyjnego dodatku do defilady, poświęcenia sztandaru czy statku. Bywało i tak, że organy na rozpoczęcie liturgii huczały pieśń legionową My, Pierwsza Brygada, ale to już zamierzchłe czasy. Trudność obiektywną może stanowić poczucie osamotnienia w dużej grupie ludzi. Przyzwyczajeni do słów o braterstwie i miłości bliźniego, dziwimy się doznaniu obcości stojącego obok. Mówiono dawniej: „brat w Chrystusie”. To była uczciwa formuła: „w Chrystusie”. Trudna zadana rzeczywistość, nieoparta na związkach krwi czy sympatii, ale czerpiąca siły ze wspólnego wezwania do zbawienia – ten obok nie jest ode mnie lepszy ani gorszy, jest taki sam przed oczyma Boga. Trzeba to zrozumieć. Zebrania liturgiczne noszą w sobie stygmaty specjalizacji – chemicznej, lekarskiej, leśnej, sportowej, każdy zawód ma swoją mszę, i gdzie nam teraz do płodnej starożytnej wielości, różnorodności w zgromadzeniach? Kołacze mi jeszcze po głowie sprawa, którą nazwałbym syndromem „liturgicznego przytuliska”. Zasmakowanie w scenerii liturgicznej, ciepłym półmroku, często powoduje niechęć czy strach wobec tego, co na zewnątrz. A życie jest bardziej brutalne i skowyczące o mój w nim udział niż łagodna, pełgająca oliwna lampka. Ktoś powie: zachowajmy więc proporcje. Nie, to nie jest prawdziwe rozwiązanie – trochę zaangażowania w liturgię, trochę w życie. Nie można tych dwóch spraw w żaden sposób rozdzielać. „Liturgia nie wyczerpuje całej działalności Kościoła, lecz jest równocześnie szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie źródłem, z którego wypływa cała jego moc”. Jeśli będę autentycznie, na miarę moich skromnych możliwości, szukał Boga i drugiego człowieka, coraz mniej będzie osób, którzy jak nieszczęsny Judasz będą wychodzić z uczty w ciemną noc.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.