Incognito - Katarzyna Kiepura - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 543 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Incognito - Katarzyna Kiepura

Rok 1444. Po przegranej przez Chrześcijan bitwie pod Warną cudem uratowany zostaje król Władysław. Wędrując Incognito po utraconych ziemiach w towarzystwie rozpolitykowanego mnicha, król poznaje ich mieszkańców, w których życie zostaje mimowolnie wplątany. Z czasem okazuje się, że intrygi i mroczne tajemnice prostego ludu dorównują swoją złożonością knowaniom europejskich dworów. Decydując się wyrwać z prowincji siebie i nowo poznaną dziewczynę, Vlad staje przed koniecznością dokonania trudnych życiowych wyborów.

 

 

Katarzyna Kiepura – (w rzeczywistości Katarzyna Kuśka) ur. w 1987 roku w Rybniku. Absolwentka politologii i stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Swoje dorosłe życie związała z Warszawą, gdzie na co dzień w cieniu kryzysu gospodarczego zajmuje się problemem ryzyka finansowego. W pracy zawodowej nazywana żartobliwie bulterierem nie zapomniała, skąd przyszła i kim tak naprawdę jest. Fascynacja historią, a także zdolność do wymyślania i przekazywania własnych opowieści skłoniły ją do podjęcia wyzwania pisarskiego.

Opinie o ebooku Incognito - Katarzyna Kiepura

Fragment ebooka Incognito - Katarzyna Kiepura




Strona redakcyjna


I

Władysław otworzył powoli spuchnięte oczy. Głowa bolała go tak, jakby dostał obuchem albo pił mocne wino przez całą noc. Niewiele zresztą zobaczył, bo wokół panowały nieprzeniknione ciemności. Zamroczony, starał się przypomnieć sobie wydarzenia, które miały miejsce parę godzin wcześniej.

Liczne wojska tureckie, kolorowe chorągwie, setki koni i wo­­zów... – przywoływał do siebie nieostre obrazy, które mieszały mu się w głowie. Pamiętał strach, jaki czuł, kiedy zdał sobie sprawę z miażdżącej przewagi sułtana. Wiedział, że w ostatniej ­chwili przed bitwą wzywał Boga i teraz wszystko wskazywało na to, że Wszechmogący go wysłuchał. Co prawda, monarcha nie miał pojęcia, gdzie się znajdował, ale wciąż żył.

„Może dostałem się do niewoli?” – pomyślał i aż jęknął w duchu.

Nie wiadomo, co okazałoby się dla niego gorsze: śmierć na polu bitwy czy niewola u sułtana. Z pewnością cierpienie w pierwszym z możliwych scenariuszy trwałoby o wiele krócej i przynosiło o wiele więcej zaszczytu. Tragiczna śmierć na polu bitwy była marzeniem wielu. Może on sam nie myślał jeszcze o śmierci, bo skończył ledwie dwadzieścia lat, ale z dwojga złego wolałby szybką i bohaterską śmierć.

Rozejrzał się dookoła, masując bolącą głowę.

Miejsce, w którym przebywał, wyglądało jak izba przysposobiona na tymczasową celę. Podniósł powoli rękę do oczu, przetarł je, po czym pomacał rozpalone czoło.

Mógł podnieść rękę.

Czy pojmany do niewoli nie miałby związanych rąk? Dotknął instynktownie nadgarstków: prawego, potem lewego, upewniając się, że naprawdę ma wolne dłonie. Szybko ruszył nogami, które również nie były skrępowane.

Cóż się w takim razie wydarzyło? Jak znalazł się w tym ciemnym pomieszczeniu, do którego wpadał jedynie blady snop księżyca?

Kiedy Władysław zerwał się z posłania, usłyszał z lewej strony nieznaczny ruch. Ktoś leżał w kącie. Król sięgnął pospiesznie po sztylet, który zawsze nosił u pasa, przytknął ostrze do brzucha nieznajomego i syknął wprost do jego ucha:

– Kim jesteś? Co to za miejsce, człowieku?

Postać podskoczyła mimowolnie, z przestrachem łapiąc oddech.

– Panie, to ja, brat Albert, sługa Jezusa Chrystusa oraz twój – stęknął, a Władysław rozpoznał głos franciszkanina znanego mu ze świty Jana Hunyadyego. Mnich podróżował z wielką grupą sług i doradców stratega z Siedmiogrodu, by krzewić wiarę w odleg­łych miastach południowej Europy i posługiwać rannym w polu.

– Jesteśmy tu sami? – Rozejrzał się w ciemnościach król i schował sztylet.

– Tak, mój panie, sami. Boże! Zasnąłem! Już mogliśmy nie żyć! – krzyknął nagle mnich i zerwał się z gołej ziemi.

– Albercie, do licha! Co to za miejsce? Co się stało? Co z bitwą? – zawołał Władysław, chwytając mnicha za ramiona i ściskając je z ca­­­łych sił. Czuł, jak mężczyzna drży, i zrozumiał, że prawdopodobnie sprawia mu ból. Mimo to nie puszczał, czekając na odpowiedź i wyjaśnienia jak na zbawienie.

– Panie, bitwa przegrana! Większość naszych poległa – zająknął się zrozpaczony człowiek.

– To co my tutaj robimy? Jak się tutaj dostaliśmy?! – krzyczał król wprost do ucha mnicha.

– Panie, błagam cię, ciszej. – Albert powoli zbierał się w sobie. – Musimy zachowywać się cicho – powiedział niemal stanowczym tonem. – Wszystko ci opowiem, tylko proszę, nie podnoś głosu! Od tego może zależeć nasze życie.

– Mówże, człowieku, bo dłużej nie wytrzymam...

– Panie... Jan Hunyady zrozumiał, że nie mamy szans na przeżycie. A wiesz, że nie ma stratega potężniejszego od niego... Więc kiedy zrozumiał, że czeka nas wszystkich śmierć, wezwał mnie do siebie i kazał wywieźć ciebie jak najdalej od pola bitwy...

– Co?! Niby jak miałeś wywieźć mnie z pola bitwy? – nie do­wierzał jego słowom młody król. Mnich milczał chwilę, nim podjął przerwany wątek. Wiedział, że te słowa wstrząsną Władysławem, więc starał się dobierać je ostrożnie.

– Nie miało sensu poświęcanie twojego życia – wydukał w końcu. – Zatruliśmy cię środkiem usypiającym, zdjęliśmy barwy królewskie, które na sobie miałeś, po czym ukradkiem wymknąłem się z tobą, owiniętym w płaszcz zwykłego żołdaka, na koniu jednego z naszych najemników. Zgiełk na polu bitwy był tak ogromny, że uciekliśmy niepostrzeżenie... – mówił Albert gorączkowo.

– To przecież zdrada! Zwykła zdrada! – krzyczał Władysław, zaślepiony nagłą złością. – Ty i Hunyady jesteście zwykłymi zdrajcami! Psy! – Łzy wściekłości i bezradności ściekały monarsze po policzkach. Uderzył mnicha otwartą dłonią. Najpierw raz, potem drugi, trzeci...

– Ocaliłem ci życie! – Chudy człowieczek kulił się w swoim ciemnym płaszczu. – Gdyby nie ja, dawno byłbyś martwy!

– Martwy, ale przynajmniej byłbym tam, gdzie moje miejsce!

– Korona potrzebuje żywego króla, a nie trupa!

– A teraz, kogo ma? – Władysław nie przestawał bić. – Kim teraz jestem?! Tchórzem, uciekinierem, zdrajcą! Zostawiłem swoją armię, uciekłem jak jakiś dzieciak przed tym, co przeznaczył dla mnie Bóg. Jak mam teraz wrócić, kiedy oni wszyscy nie żyją? Dobrze wiesz, robaku, że to ja zdecydowałem o zerwaniu rozejmu. Tym samym ja jestem winien temu, co się stało – zapłakał.

– Na rany Chrystusa, skończ bić... – krzyknął z mocą Albert, a ciosy króla stopniowo słabły.

Władysław trząsł się cały jak liść na wietrze lub jakby nagle nadeszła zima, która powoli zbliżała się do Europy. Oparł się z siłą o ścianę i starał uspokoić przyspieszony oddech.

– Czekałem, aż się obudzisz. Drżałem, że dawka przygotowana dla ciebie będzie za silna... – mówił Albert. – Dzięki Bogu, nic ci nie jest. Słuchaj mnie teraz uważnie, królu – powiedział z mocą, choć jeszcze chwilę temu tonął pod ciosami człowieka młodszego o trzydzieści lat. – Musimy uciec stąd jak najszybciej, bo sułtan już pewnie rozesłał swoich ludzi, żeby przekopali każdy milimetr ziemi, żeby cię odnaleźć. Żywego lub martwego – zaakcentował ostatnie słowa. – Mamy konia, na którym uciekniemy możliwie daleko stąd, póki osłania nas noc. To pewne, że od świtu każdy Turek czy Tatar, który znajduje się na europejskiej ziemi, będzie wypatrywał ciebie albo twojego truchła. Jan zajmie się tym, żeby jeden z naszych poległych, przyozdobiony w barwy królewskie, znalazł się w kolekcji sułtana, jako trofeum. Jednak to cię nie ochroni. Będą szukać, póki nie będą mieć pewności, że nie żyjesz albo jesteś w ich rękach.

Władysław stał pod ścianą, zrezygnowany. Mdliło go od podanego specyfiku, starał się zebrać myśli, ale wciąż nie mógł przypomnieć sobie tego, co tak naprawdę się wydarzyło. Nagle wstrząsnął nim skurcz. Po pierwszym przyszły kolejne, aż zwymiotował obficie pod nogi, kasłając gardłowo po tym, co miał w żołądku.

A może po tym, co usłyszał.

„Zdrada! To najprawdziwsza zdrada...” – jęknął w duchu.

– Władysławie, dziękuj Panu, że żyjesz. – Albert położył dłoń na ramieniu króla. – Musimy stąd uciekać.

– Nie chce mi się żyć – zawył monarcha, odsuwając się z obrzydzeniem od swojego towarzysza. – Rzygam życiem, jak widzisz...

– Skończ się nad sobą rozczulać. Jesteś królem, potomkiem królów – powiedział spokojnie mnich i westchnął.

– Co dostałeś za to wszystko? Czym cię przekupili?

– Dostałem to samo co ty: życie. Takich jak ja, misjonarzy wiary, nie czeka z rąk innowiercy nic więcej tylko natychmiastowa śmierć.

Władysław zadrżał ponownie i splunął wymiocinami.

– Czyż nie taka twoja rola, podły człowieku? Nie powinieneś umrzeć, wyznając wiarę?

– Może i tak... Ale cóż ciebie boli moja wiara czy tchórzostwo. Pozostaw to mojemu sumieniu, panie. Mam nadzieję, że przydam się Bogu dużo bardziej tutaj, na ziemi, żywy niż martwy.

– Dziwne to twoje rozumowanie – zawarczał król. – Targujesz się z Bogiem?

– Zbierajmy się, jeśli możesz wstać i iść – uciął ostro mnich.

– Dla mnie też niewiele masz respektu...

– To nie miejsce i pora na konwenanse. – Albert podszedł do drzwi i lekko je uchylił, wpuszczając do izby nieco więcej światła. Po niebie wciąż wędrowały chmury, raz odsłaniając, raz zakrywając błyszczący księżyc.

– Jest dostatecznie ciemno, żeby się stąd ruszyć, noc schroni nas przed oczami wrogów, królu. Ruszajmy! Nie zwlekajmy ani chwili dłużej.

Władysław otarł rękawem płaszcza twarz i wyszedł przez niewielkie drzwi na zewnątrz. Panowała noc, ale po bitwie była pełna przeróżnych odgłosów: odległego wołania ludzi, nagłych okrzyków bólu, szczęku zbieranej broni. Nad ciałami poległych z pewnością krążyły pobitewne hieny, ściągając ze zdeformowanych zwłok co tylko się dało: monety, klejnoty, broń, płaszcze, sukna... Władysław dostrzegł kilka jarzących się w oddali punktów, przy których z pewnością siedzieli ludzie.

„Polacy? Węgrzy?” – pomyślał mimowolnie. – „Boże, nie...”

Tych z pewnością już tam nie było.

Miejsce, w którym przebywali, znajdowało się nad wodą. Król nie mógł dostrzec drugiego brzegu, więc przypuszczał, że byli nad jeziorem niedaleko Warny albo nad samym morzem. Podszedł do tafli, oszczędzając siły, klęknął i przemył spuchniętą i brudną od bitewnego kurzu twarz. Zapiekło w oczy, ale szorował dalej, chcąc zmyć z siebie ostatnie przeżycia.

– To morze... – powiedział.

– Tak, panie – potwierdził jego spostrzeżenie Albert, który przyprowadził za sobą szarego rumaka przykrytego zwykłą derką. – Z pola bitwy wycofaliśmy się w stronę portu. Uciekałem z tobą dwie godziny wzdłuż brzegu, żeby nie stracić orientacji i dostatecznie oddalić się od walczących. Omdlałeś, bardzo ciężko było mnie, człowiekowi niezaprawionemu w tak długiej i męczącej jeździe, jechać i podtrzymywać ciebie, żebyś nie spadł i nie skręcił sobie karku...

– Mówisz z wyrzutem, jakbym był ci ciężarem – przerwał mu Władysław.

– Większym ciężarem były mi głosy, które za nami nie milkły. Krzyki mordowanych...

Król aż się zachłysnął.

– Skończ, przeklęty draniu, jeśli nie chcesz, żebym pieszo nie ruszył do Warny – warknął, ale w jego głosie o wiele bardziej od złości słychać było rozpacz.

Albert pogłaskał grzywę konia i wskazał królowi miejsce.

– Jedźmy, panie.

Plaża, po której ruszyli, była piaszczysta, więc kopyta szarego rumaka zatapiały się w piachu, co nie pozwalało na zbyt szybką podróż. Król czuł się na tyle źle, że każde uderzenie kopyt o ziemię potęgowało mdłości.

– Zatrzymajmy się na chwilę – jęknął w końcu i zeskoczył z ko­­­nia. – Nie mam siły, niedobrze mi. – Kolejny raz zwrócił zawartość swojego obolałego żołądka. – Czy wy zamierzaliście mnie otruć?

– Panie, nie możemy robić przerw. Musimy oddalić się stąd czym prędzej – zignorował jego pytanie Albert.

– Wiem, głupcze. Powtórzyłeś mi to ze sto razy. – Władysław oparł głowę o grzbiet konia. – Najchętniej położyłbym się i zasnął.

– To niemożliwe...

– Skończ, przecież wiem – przerwał mnichowi rozzłoszczony.

Po chwili ruszyli dalej w milczeniu. Plaża była piaszczysta i końskie kopyta zapadały się w piach. Miejscami jednak porastały ją zioła oraz trawy i na tych odcinkach rumak mógł szybciej kłusować.

Po około dwóch godzinach męczącej przeprawy wędrowcom ukazała się niewielka rybacka chata, położona niemal nad samym morzem, między pierwszymi drzewami porastającymi nadmorski piasek. Albert stwierdził, że warto przystanąć na chwilę, żeby poszukać zapasów wody i czegoś do jedzenia na dalszą podróż, na co Władysław przystał potulnie. Był na tyle wyczerpany, że nie miał siły dyskutować więcej z towarzyszem, na którego był w najbliższym czasie skazany.

– Prr, Makary! – zawołał na konia mnich, szarpiąc za uzdę.

– Makary? – zainteresował się Władysław.

– Tak go nazwałem. – Albert uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd król się obudził. – To bardzo mądre i spokojne zwierzę. Będzie nam służył przez długi czas. – Poklepał konia po chrapach i ruszył w stronę opuszczonej i licho wyglądającej lepianki.

Miejsce musiało być do niedawna zamieszkane, o czym świadczyły liczne ślady człowieka: naczynia, ciepła, choć szorstka derka, trzy suszące się nad wygasłym paleniskiem ryby. W rogu leżało trochę siana i ściółki, na której pracujący na morzu człowiek mógł spokojnie uciąć sobie drzemkę po męczącym połowie. Albert zerwał powieszone na grubych niciach ryby i schował je skrzętnie do płóciennego worka, który leżał niedaleko legowiska. Przez dłuższy czas szukał jakiegoś naczynia z wodą do picia, ale wszystkie garnki i niewielka menażka były puste. Pod małym porysowanym stołem również nie znalazł niczego ciekawego.

Opuszczając Warnę, mnich nie miał za wiele czasu na przygotowanie się do drogi, bo ucieczka z pola bitwy nie była przez nikogo zaplanowana. Zapakowano mu jeden bukłak z wodą, dwa płaszcze, kilka pszennych placków, a do ręki Jan Hunyady wcisnął mu kilka złotych monet. Uprowadzenie króla chciano zachować w jak największej tajemnicy, dopuszczając do prawdy jedynie kilka zaufanych osób. Albert, który przez jakiś czas był spowiednikiem Jana, cieszył się jego pełnym zaufaniem i to jemu pierwszemu dowódca wyjawił swój pomysł. Nawet nie pytał mnicha o zdanie, z góry zakładając, że ten nie odmówi, gdyż zechce jednocześnie ratować własne życie. Nie znaczyło to, że Hunyady miał o bracie Albercie złe zdanie, ale poznał go jako realistę i pragmatyka. Wiedział, że będzie o wiele bardziej skłonny podjąć ryzykowną, ale możliwą do spełnienia misję, niż czekać na egzekucję, która go czekała. Już po kilku pierwszych słowach Jana zakonnik pochylił nisko głowę i potrząsał nią w skupieniu, wsłuchując się w wyjaśnienia. O nic nie zapytał.

Albert zastał króla wpatrującego się w odległe punkciki światła na horyzoncie.

– Zdaje się, że podpalili część miasta – odezwał się Władysław bezbarwnym głosem. – Ruszajmy.

– Cały czas ci to powtarzam, panie.

– Wiesz o tym, że jesteś bardzo zuchwały, braciszku? – zadrwił król.

– Powiem tak: nie wiadomo, jak długo przyjdzie nam razem podróżować. – Spojrzał ostro na Władysława. – Nie wiem też, jaki będzie finał naszej podróży. Nie chcę przypominać ci trzeci już raz, że zawdzięczasz mi życie. Chcę, żebyśmy rozmawiali jak równy z równym w czasie drogi i jej niebezpieczeństw, które z pewnością nastąpią...

– Prawisz jak kaznodzieja. – Machnął z niecierpliwością król. – Czekam na puentę.

– Kiedy dotrzemy na dwór do Krakowa, wszystko wróci do normalnego stanu, do którego jesteś przyzwyczajony. Teraz radzę ci zapomnieć, kim tak naprawdę jesteś, jeśli chcesz dotrzeć do domu żywy. Na razie nikogo nie spotkaliśmy, nikt nie stanął na naszej drodze, ale nie licz na to, że tak właśnie będzie przez cały czas. – Albert wskazał na Makarego. – Radzę wymyślić jakąś przekonywującą historię na czas podróży.

Władysław umilkł, powstrzymując się od komentarza, i po ­chwili ruszyli dalej.

– Znalazłeś coś ciekawego w tej rybackiej chatce? – zapytał głośno, chcąc przekrzyczeć pęd powietrza.

– Niewiele. Trzy małe rybki – odparł mnich.

– To wszystko, co mamy? – strapił się Władysław. – ­Powoli zaczynam czuć głód. Po tym, co mi podaliście, zwróciłem niemal wszystko...

– Mamy jeszcze kilka placków, ale to nie starczy nam na zbyt długo. Mam nadzieję, że będziemy mogli kupić nieco żywności po drodze. Prędzej czy później musimy napotkać jakichś ludzi.

Dalszą drogę jeźdźcy spędzali w milczeniu, oddając się każdy własnym myślom. Władysław dumał nad haniebnym powrotem do Krakowa, gdzie będzie tłumaczył się ze łzami i wstydem z zaistniałej sytuacji. Rozmyślał o tym, co powie, widząc matkę, dostojników i swoich poddanych. Starał się ułożyć przemówienie, które uzmysłowiłoby wszystkim, że tak naprawdę on sam, Władysław, nie miał wiele wspólnego z tym, co się stało, i że nie jest winien śmierci tych wszystkich, choć sam ocalił w nikczemny sposób własne życie. Tak naprawdę wiedział, że był winny. Sumienie ­paliło go niemiłosiernie.

„To ja zerwałem rozejm. Ja dałem się namówić papieżowi, żeby znów wypowiedzieć sułtanowi wojnę” – pomyślał gorzko. – „Po czym zniknąłem... Czy powrót do Krakowa w ogóle ma sens?”

Poczucie winy trapiło go coraz bardziej. Jedynym uczuciem buzującym w młodym królu był wstyd. Wstyd przed wszystkimi po kolei. Wędrujące po jego głowie gorączkowe myśli pochłaniały go w zupełności podczas tej drogi.

Myśli Alberta również były niespokojne. Mnich martwił się coraz bardziej o pomyślność planu, który przyszło mu ­realizować. Zobowiązał się pomóc temu młodemu człowiekowi, choć teraz wydawało mu się, że był najgorszym z możliwych kandydatów do ratowania króla. Stary, słaby, niewprawiony w walce...

„Przecież z pewnością przyjdzie nam walczyć” – pomyślał gorzko. – „To tylko kwestia czasu”.

Co więcej, Albert nie znał nawet drogi do Krakowa. Wiedział, że morze przez wiele dni powinno towarzyszyć im od wschodniej strony. Wiele razy studiował mapy tej części Europy, ale drzewa, krzewy i piasek pod kopytami Makarego w niczym nie przypominały rysunków, które widywał. Wobec otaczającej ich przyrody mapa wydawała się czymś zupełnie nierealnym. Była jak malunek dziecka niedokładnie kopiujący rzeczywistość. Albert pomyślał, że może uda się za jakiś czas znaleźć przewodnika, który za opłatą wskaże im drogę. Ale równie szybko porzucił te rozważania, bo mieli jeszcze sporo czasu.

„Do celu należy dochodzić małymi krokami” – upomniał się w duchu. – „Najpierw musimy oddalić się od Warny. Póki osłania nas noc, powinienem myśleć wyłącznie o tym, żeby uciekać, a nie planować całą trasę, kiedy tylko Bóg raczy wiedzieć, jak długo jeszcze będzie nam dane żyć”.

– Myślisz, że sułtan już mnie szuka? – przerwał ciszę Władysław.

– Jestem tego pewien. Pewnie sprawdzają dokładnie każde ciało i każdego jeńca, którego pojmali. Na nasze szczęście, jest na tyle ciemno, a... Boże, wybacz mi te słowa, ciał jest na tyle dużo, że zajmie im to wiele czasu. Prawie nikt nie wie, że zniknąłeś, nim bitwa rozstrzygnęła się na dobre. Hunyady miał postarać się o śmiałka, który będzie udawał ciebie...

– Chyba nie chcę znać szczegółów...

– Nie chciałbym znaleźć się w jego skórze – przytaknął Albert. – Sułtan zrobi wszystko, by mieć twoją głowę dla siebie, wiesz o tym. To dopiero byłoby trofeum! Uświetniłbyś jego pałac, Władysławie.

– Oni wszyscy zasługują tylko na śmierć... – król zawarczał jak wściekły pies.

– Nikt na to nie zasługuje – przerwał mu mnich. – Chrześcijanie bywają tak samo okrutni...

– Chcesz mi prawić morały? Dobrze wiesz, że to święta wojna!

– Dla mnie żadna wojna nie jest święta – powiedział ostro Albert. – Zabijamy tak samo jak oni, dla nikogo nie mamy litości, wysyłamy na rzeź kolejnych ludzi, od tylu lat próbujemy...

– Zabiję i ciebie! – Król pociągnął za wodze, a zaskoczony koń stanął dęba, zrzucając mnicha z grzbietu. – Za jeszcze jedno ­słowo! Pamiętaj, kogo krytykujesz!

– Kogo? – zawołał z ziemi Albert.

– Boga.

– Boga?! To nie jest wojna Boga, ale wojna ludzi, głupcze. – Mnich mówił spokojnie, choć blisko niego uderzały kopyta Makarego. – Myślisz, że Bogu zależy na takiej wojnie? To wojna papiestwa, rycerzy, kilku władców czyhających na dobra materialne, które ta wojna może przynieść. Sam jesteś jednym z nich, mój królu.

– Mam ochotę cię zabić...

– Zabij.

– Już nie jesteś mi do niczego potrzebny. Zrobiłeś swoje. A za te słowa, które dla mnie są jak zdrada, powinieneś ponieść śmierć! – krzyczał z furią Władysław.

– To na co jeszcze czekasz? – zapytał Albert spokojnie.

– Uciekłeś z Warny, żeby ocalić swoje życie, a teraz tak szybko życzysz sobie śmierci? – pytał z niedowierzaniem król. – Nie wiem już sam, czy jesteś aż taki odważny, czy aż taki głupi!

– Po tobie widać, żeś po prostu młody...

– Nie wierzę, draniu. Ty nie masz w sobie strachu... – Złość ustąpiła zdziwieniu.

– Widzę, z kim mam do czynienia – zasępił się Albert. – Przemawia przez ciebie gorące serce. Chciałbyś nadać swojemu życiu wyjątkowy sens, chcesz być zapamiętany jako ten szlachetny i prawy władca, prawda? Chcesz być jak twój ojciec, czy może nawet chcesz przewyższyć zasługi ojca? Obrońca wiary? Tak chcesz być nazywany? Tymczasem dopiero uczysz się życia. Nie myśl, że nie mam wobec ciebie respektu. Mam i uznaję cię za mojego króla, ale w tej chwili stoi przede mną narwany młody człowiek, który sam nie wie, w co naprawdę wierzy i za co walczy. Myślisz, że w imię Boga, a tak naprawdę w imię bardziej cwanych i chciwych od ciebie ludzi...

– Radzę ci: skończ.

– Nie chcesz tego słuchać, choć pewnie to samo podpowiada ci sumienie.

Władysław pochylił się i uderzył mnicha otwartą dłonią z całej siły w chudy policzek. Potem obrócił się na pięcie, uspokoił Makarego, gładząc pospiesznie jego szarą grzywę, i poprawił derkę na grzbiecie. Wprawnym ruchem wskoczył na prowizoryczne siodło i nie spoglądając na zakonnika, powiedział:

– Nie zostawaj zanadto w tyle. – Mówiąc to, pognał konia przed siebie.

Albert nie czuł żalu do Władysława, tylko zdejmowała go litość. Sprowokował króla do tej rozmowy celowo, mając nadzieję, że prędzej czy później dotrze do niego ze swoimi argumentami. Być może uczynił to za prędko, ale jak zwykle nie potrafił trzymać języka za zębami. Wiedział, że nie do takich dysput przyzwyczajony był Władysław. Od dziecka przyklaskiwano mu i uczono, że jest kimś więcej niż wszyscy dookoła. Nie przywykł do dialogu i wymiany zdań z kimś niżej stojącym w hierarchii. Mnich nie winił młodego króla za taki stan rzeczy, gdyż zdawał sobie sprawę z tego, że takim czyniło go środowisko, w jakim się wychował i w jakim żył przez dwadzieścia lat. Miał tylko nadzieję, że dobry charakter, który u niego dostrzegał, i wielkie chęci do działania były wystarczające, żeby to zmienić.

„Dlaczego właściwie chciałbym na niego wpłynąć?” – pytał sam siebie. – „Czy nie powinienem dotrzeć z nim spokojnie i bez awantur do Krakowa, martwiąc się o to, jak zachować własne i jego życie, zamiast analizować jego charakter i pobudki? Czyżbym miał za mało zmartwień na głowie?” – W końcu wstał, czując, że policzek otrzymany od króla wciąż go piecze. – „Słusznie zrobił, że mnie uderzył. Musiał zachować królewską twarz, co jest trudne przy tej mojej niewyparzonej gębie”. – Uśmiechnął się do siebie w duchu mnich i ruszył w ślad za jeźdźcem.

Maszerował w ten sposób przez najbliższą godzinę, starając się iść równym szybkim tempem. Jednak Albert potwornie spowalniał ich ucieczkę, nie mogąc przecież równać się z Makarym. Król trzymał go na dystans, ale ukradkowe spojrzenia, które mu rzucał, pokazywały, jak bardzo jest sytuacją zniecierpliwiony.

Zakonnik modlił się w myślach, a w chwilach zadumy zaczynał analizować sytuację. Uciekali przed wrogiem nietuzinkowym. Do tego inteligentnym i okrutnym. Wrogiem, który zrobi wszystko, żeby Władysława dopaść, udowadniając tym samym całej Europie, jaka jest słaba i rozbita przy potędze sułtana. Albert słyszał do tej pory wiele historii o tureckim władcy. Wszystkie opiewały jego okrucieństwo, światły rozum, a także niezrozumiałą i odległą kulturę. Poczuł, że ogarnia go strach, szybko więc odpędził od ­siebie ponure myśli.

Zaczęło już świtać. Na horyzoncie rosło blade jesienne słońce, odsłaniając coraz więcej z otaczającego ich świata. Niedaleko szumiało głośno morze, a listopadowy wiatr smagał po twarzach. Dzień zapowiadał się pogodniejszy niż poprzedni, nie było już chmur na jeszcze ciemnym niebie. Wczorajszy deszcz był historią.

Historią stała się też bitwa pod Warną.

Zaniepokojony coraz bardziej uciekającym czasem Władysław zawrócił konia i podjechał kłusem do podążającego za nim mnicha.

– Jak będziesz szedł tak wolno, to nigdy nie dotrzemy do Krakowa – rzucił lekko.

– Widzę, że złość już ci przeszła, mój panie.

– Za to ty najwyraźniej nie przemyślałeś naszej poprzedniej wymiany zdań.

– Twój ostatni argument wywarł na mnie największe piętno. – Uśmiechnął się Albert, odsłaniając prawy policzek, w który uderzył go król.

– Darujmy sobie. Nie wytrzymam dłużej tak wolnego tempa. Coraz bardziej obawiam się pościgu – przyznał strapiony.

– Ja również – odparł zakonnik.

– Wskakuj – rzucił krótko król. – Ruszajmy w dalszą drogę.

Następne godziny minęły im w milczeniu. Oddalali się w poś­­piechu na północ, mijając kolejne podobne do siebie miejsca. Z żywych istot towarzyszyły im jedynie nieliczne ptaki, które obudziły się już i wyleciały ze swoich gniazd. Tak jak i one, wędrowcy z czasem poczuli poranny głód i zdecydowali się przystanąć, żeby go zaspokoić. Wyszli z cienia drzew na miękki piasek, który idealnie służyłby za posłanie. Albert zdjął z Makarego płócienną torbę, w której spoczywały ich skromne zapasy. Zakurzoną dłonią podał Władysławowi kawałek miękkiego placka i jedną ze znalezionych w chacie suszonych ryb. Król złapał ­pożywienie i zaczął jeść łapczywie, zabijając okropny posmak, który cały czas mu towarzyszył.

– Takie zwyczajne, a takie smaczne – mruknął między kęsami.

– Jedz oszczędnie, bo nie mamy tego wiele – upomniał go mnich, na co Władysław zaczął przeżuwać staranniej. Starał się delektować każdym kawałkiem ryby, wspominając swój ostatni posiłek w namiocie królewskim przed bitwą.

– Ta ryba smakuje mi lepiej niż prosiak przygotowany przez mojego polowego kucharza. – Uśmiechnął się gorzko. – To niedo­­rzeczne, a jednak prawdziwe – dodał, jakby bardziej do siebie. – Ciekawe, czy uda nam się wrócić... – zamyślił się.

Albert spojrzał na niego, nieco zaskoczony jego nagłą zadumą. Dojrzał w nim dojrzewający strach o swoje życie, jakby dopiero z posiłkiem wróciła królowi trzeźwość umysłu i zdrowe zmysły. Wszystkie na raz wyczuły trudność ich położenia i niepewność, która zewsząd ich otaczała, a nawet zaczęła wypełniać.

– Nie myśl w ten sposób – przerwał celowo zadumę Władysława, nie chcąc pozwolić, żeby dopadła go rezygnacja. – Mamy przed sobą kawałek drogi, ale...

W tej samej chwili do ich uszu doszedł hałas, jaki mogli wywołać jedynie pędzący na koniach jeźdźcy. Słychać było ludzkie głosy ponaglające zmęczone konie.

– Musimy się ukryć! – krzyknął Albert.

– Gdzie? – jęknął kompletnie zaskoczony król.

Mnich rozejrzał się dookoła, ale nic nie nadawało się na kryjówkę. Siedzieli na pustej plaży, której brzegi porastały niewysokie krzewy. Las gęstniał stopniowo i był jedynym miejscem, w które mogli starać się uciekać.

Czas naglił, a odgłos kopyt stawał się coraz wyraźniejszy.

– Ukryjemy się w morzu. Zdejmuj płaszcz! – Albert ponaglił Władysława i zerwał okrycie ze swoich pleców. Oba płaszcze zwinął w wielki kłąb i rzucił na najwyższe drzewo rosnące przy plaży. Kłębek spadł dwa razy, nim zaczepił się na gałęzi kilka metrów nad ich głowami. Płócienny worek z zapasami zakonnik schował w pobliskie krzaki.

– Ty chyba oszalałeś! – Król spojrzał na niego z niedowierzaniem, kiedy ten wymierzył z całych sił cios Makaremu. Zaskoczony koń otworzył szeroko oczy, a wtedy Albert uderzył go raz jeszcze ze zdwojoną siłą. Makary pogalopował przed siebie z przestrachem.

– Masz jakiś inny pomysł? – Braciszek popchnął mocno przestraszonego króla w stronę wody.

Zbliżające się głosy zmobilizowały ich obu. Podbiegli sprintem do ciemnej wody i zanurzyli w niej buty. Lniane spodnie, w które był ubrany król, przykleiły mu się do łydek, kiedy wchodził coraz głębiej w morze.

– Szybciej, szybciej! – ponaglał Albert, walcząc z jeszcze mniej wygodnym habitem.

Początkowo morze było dosyć płytkie, więc mogli szybko oddalić się od brzegu. Obaj podskakiwali na falach, ze strachu nawet nie czuli niskiej temperatury. Albert odgarniał wodę ramionami, starając się dotrzymać kroku młodszemu towarzyszowi. Kiedy woda sięgała im niemal pod brodę, na plaży od południowej strony pojawiło się czterech jeźdźców. Kolor ich strojów nie pozostawiał wątpliwości – byli Turkami z Anatolii. Ich brązowe, niemal czarne oczy przeczesywały okoliczne drzewa i zarośla. Żaden nie spojrzał do tyłu, w stronę ciemnoszarej toni.

Mnich i król, wstrzymując oddechy w płucach, starali się trzymać jak najniżej pod taflą wody. Obaj próbowali klęczeć na miękkim, podwodnym piasku, modląc się wspólnie, choć bezgłośnie, żeby pozostać dla tureckich jeźdźców niezauważonymi. Wzmagane wiatrem fale pozwalały im na wykonywanie miarowych ruchów, które miały zatrzymać ich ciała pod powierzchnią.

Obaj drżeli, tracąc powoli siły. Albert wynurzył w końcu swoją ogoloną głowę, by zaczerpnąć choć trochę życiodajnego powietrza.

Turcy, oddaleni od nich o kilkaset metrów, rozpra­wiali między sobą w nieznanym mu języku. Mówili głośno, więc najwyraźniej wciąż nie mieli pojęcia o ich obecności. Wyglądało to na naradę odbywaną przed dalszymi poszukiwaniami.

Mnich przyglądał się przez chwilę kołczanom ze strzałami przytwierdzonym do ich wygodnych skórzanych siodeł, kiedy poczuł, że Władysław również wychyla się ponad powierzchnię wody. Król spojrzał na niego wymownie i pociągnął za rękaw habitu pod wodę. Nad ich głowami ponownie zamknęła się szara bezpieczna toń.

Tymczasem na plażę wbiegł siwy rumak.

Turcy, zaskoczeni obecnością konia bez jeźdźca, zaczęli uważnie rozglądać się dookoła, a trzech z nich rzuciło się w sekundę po strzały, gotując się do ewentualnej walki. Czwarty mężczyzna, który wyglądał na ich dowódcę, podjechał wolno do Makarego kręcącego się z przestrachem przy ścianie drzew. Wyciągnął przed siebie rękę, pokazując zwierzęciu, że nie ma złych zamiarów. Podczas gdy pozostała trójka wciąż rozglądała się i mierzyła w stronę, z której przygalopował koń, dowódcy udało się dotknąć końskiej grzywy. Dłonią ukrytą w miękkiej rękawicy przeciągnął po ledwo trzymającej się na grzbiecie derce i krzyknął coś ostro do reszty. Kiedy po dłuższych oględzinach Turcy stwierdzili, że wierzchowiec najwyraźniej jest sam, cała świta wraz z Makarym przywiąza­nym grubym sznurem do lewego boku siodła dowódcy ruszyła na zachód.

Trzęsący się z zimna Albert wyciągnął po raz kolejny głowę nad wodę i oddychał zachłannie. Władysław szybko poszedł w jego ślady, kaszląc i plując jednocześnie.

– Boże. – Zatrząsł się i otarł czoło. – Ledwo żyję.

Starali się jak najszybciej wydostać z lodowatej wody. Ubrania mieli potwornie ciężkie. Albertowi ciążył nieziemsko brązowy wełniany habit, który od razu zrzucił przez głowę na piach. Oczom króla ukazała się szara skromna koszula mnicha, przypominająca chłopskie odzienia, mająca służyć za bieliznę. Odwrócił wzrok, gdyż czuł, jakby dopuszczał się świętokradztwa, gapiąc się na mnicha bez habitu. Zajął się wykręcaniem nogawek swoich spodni i koszuli,

W tym czasie zakonnik, trzęsąc się okrutnie, poszedł zdjąć ich płaszcze podróżne z drzewa, na którym je ukrył. Już po ­chwili obaj telepali się pod swoimi okryciami, nie tracąc energii nawet na wypowiadanie pojedynczych słów i rozcierając swoje skostniałe dłonie.

Nie mieli sił ruszać od razu dalej. Nawet nie myśląc o tym, że Turcy mogliby w to miejsce wrócić, siedzieli na piasku na plaży, starając się jakkolwiek rozgrzać. Bryza, która zapewniała im kryjówkę pod wodą, wzmagała teraz nieprzyjemne uczucie zimna.

– Straciliśmy Makarego – odezwał się w końcu Albert. – Nie wiem, jak mamy się przemieszczać dalej w takiej sytuacji.

– Najlepiej, gdybyśmy dotarli do jakiejś osady i pożyczyli wierzchowca – odparł na to król, dzwoniąc zębami.

– Pożyczyli?

– W końcu jestem królem. Mogę zażądać wydania mi konia – odparł butnie i ostro Władysław.

– Najlepiej byłoby, gdybyś się tym nie afiszował.

– Twoim zdaniem powinienem wędrować pieszo? Jeśli pójdziemy piechotą, to nie mamy szans na to, żeby kiedykolwiek dotrzeć do Korony.

– Zobaczymy, co przyniesie nam los – odpowiedział filozoficznie mnich.

Król poruszył się niespokojnie i rozejrzał dookoła.

– Nie wrócą tu, mam nadzieję...

– Lepiej nie ryzykować. Może wejdźmy głębiej w las, nie będzie tak wiało.

Albert podniósł się z ziemi, strzepując mokry piach, który przykleił się do połów płaszcza. Odszedł kawałek dalej, żeby wyciąg­nąć torbę ukrytą w zaroślach, i zarzucił ją sobie na ramię. Naciągnął kaptur na głowę, aby jak najbardziej się rozgrzać i osłonić przed zimnem. Słońce o tej porze roku nie grzało mocno, więc nie było różnicy, czy idą po plaży, czy między drzewami.

Władysław nie przestawał szczękać zębami, co nie wiedzieć czemu bardzo irytowało mnicha.

– Zjedz tę ostatnią rybę. Może to choć trochę cię rozgrzeje. – Wyciągnął suszony kawałek mięsa i podał Władysławowi wraz z wodą do popicia. Król przyssał się niemal do bukłaka, przepłukując zasolone wargi.

– Dziękuję. Za wodę i za pomysł z kryjówką – dodał po chwili z lekkim ociąganiem. – To uratowało nam życie. O ile nie pomrzemy po tej przygodzie na zapalenie płuc...

– Nie wiem, skąd nagle wpadło mi to do głowy. Wierzę, że większość decyzji, nagłych olśnień spada na nas po prostu z góry. Z Góry, można by powiedzieć. Niewiele wspólnego z tym ma nasz rozum. Tak też chyba było teraz. Jak o tym myślę już po wszystkim, to mam wrażenie, że to był idiotyczny pomysł. A jednak zdał egzamin. – Uśmiechnął się lekko Albert.

– Wyjątkowo się z tobą zgodzę.

Ruszyli dalej w głąb lasu, nie tracąc z oczu brzegu morza. Celowo nie wybrali żadnej przetartej przez ludzi ścieżki, żeby uniknąć spotkania z tymi, którzy ich poszukiwali. Władysław przedzierał się przez zarośla przodem, za nim podążał o wiele chudszy Albert.

– Powiedz mi, braciszku – zagaił król po dłuższym czasie – dla­­­czego wybrałeś taką drogę przez życie. Uciekałeś przed trudami codzienności, chowając się pod habitem, czy miałeś w sobie głęboką wiarę?

Albert odchrząknął.

– Ani jedno, ani drugie, mój panie.

– Jak to się w takim razie stało?

– Jestem najmłodszym synem – wyjaśnił mnich. – Nie było dla mnie miejsca, nie było więcej majątku do podziału, a co gorsza... wolałem się kształcić niż bić.

Król się roześmiał.

– Powinienem się tego domyślić po tym, co do tej pory usłyszałem. Masz w sobie odwagę, której nie znalazłbym u syna chłopskiego. I mówisz tak, jakbyś wiele wiedział o świecie.

– Jedynie na podstawie relacji innych, którzy wiedzą – sprostował Albert. – Sporo czytałem. Stąd chęć podróżowania i przekonania się na własne oczy, czy to wszystko prawda, co piszą. Ciekawość wyciągnęła mnie z naszego Krakowa, panie. Teraz widzę, że trzeba było siedzieć tam, gdzie jest bezpiecznie.

– Wszędzie jest bezpiecznie, ale tylko do czasu – przerwał mu król. – Nie wiem, jak niedługo będzie w Koronie, kiedy brakuje jej władcy. Obawiam się, że prędko znajdą się tacy, którzy zechcą sięgnąć po to, co do nich nie należy, i cały twój bezpieczny światek pryśnie. Chciałbym wrócić jak najszybciej, chociaż wiem, że wstyd będzie mnie palił przez długi, długi czas... Przeklęta Warna!

– Węgry to także twoja ojczyzna. Dobrze, że stajesz w jej obronie – powiedział Albert. – Niedobrze, że decydujesz się na odebranie jej bezpieczeństwa tylko po to, żeby dogadzać innym...

– Nie zaczynaj, dobrze ci radzę. – Król łypnął na niego groźnie. – Nie wiem, skąd w tobie tyle śmiałości, żeby krytykować mnie tak otwarcie.

– Ktoś musi być z tobą szczery. Skoro inni tylko ci przyklaskiwali...

– To ludzie, którzy znają się na polityce!

– Nie to co ja, prawda? – zapytał Albert.

– Dokładnie tak – odparł Władysław. – Zajmij się tym, co do ciebie należy. Módl się, żeby twój król wrócił cały i zdrowy do domu – uciął dyskusję.

Szli skrajem lasu przez cały dzień, nie spotykając nikogo, co było i dobrym, i złym znakiem. Byli bezpieczni, ale kończyły im się zapasy żywności i wody. Poruszali się bardzo wolno, gdyż szybko tracili siły po przymusowej kąpieli. Mokre ubrania, zarzucone luźno na ramiona, wyschły częściowo po drodze, dzięki czemu mogli założyć je wieczorem pod płaszcze.

– Najgorzej będzie nocą. Mam nadzieję, że śpiąc w namiotach w polu nieco się zahartowałeś, jaśnie panie.

– Masz mnie za delikatnego? Nie zapominaj, że od miesiąca byłem cały czas w podróży – oburzył się Władysław.

– Dobrze, dobrze! – Mnich uniósł ręce w geście pokoju. – Nic nie sugerowałem!

Kiedy niebo zrobiło się zupełnie czarne, a przemierzanie lasu niemal niemożliwe, wędrowcy zeszli z powrotem nad wodę. Szli nieosłonięci, co narażało ich na niebezpieczeństwo.

– Wiem, że widać nas z daleka. Ale lepiej przejdźmy jeszcze trochę. O tej porze roku ciemno robi się wcześnie, w rzeczywistości wcale nie jest aż tak późno. Szkoda naszego czasu.

– Może nie jest późno, ale wolałbym przeczekać ukryty w lasach niż iść tutaj, wystawiony na tacy jak mysz dla jastrzębi! – warknął podenerwowany Władysław.

– Jak sobie życzysz.

Skręcili z powrotem między czarne drzewa. Przedzieranie się przez zarośla było wyjątkowo męczące. Darnie i jeżyny czepiały się ich płaszczy, potykali się o kamienie, a pnie drzew przypominały ludzkie postaci. Raz po raz król zatrzymywał się, zlany potem, odnosząc wrażenie, że ktoś obserwuje ich zza drzewa, porusza się po cichu i napina cięciwę łuku... Gałęzie poruszały się złowrogo. Ludzie byli w lesie intruzami.

– Znajdźmy jakieś miejsce, gdzie można by przenocować – zawołał Władysław. – Nie zniosę dłużej tego wszystkiego – dodał ciszej. Wstydził się swoich słabości, ale nie miał siły dalej iść i wypatrywać wrogich sylwetek między konarami drzew. Wolał ułożyć się na swoim płaszczu, zamknąć oczy i zapomnieć o wszystkim, co stało się w ciągu ostatnich dwóch dni.

Znalezienie dogodnego miejsca do spania nie było łatwe we wszechobecnych ciemnościach. Z oddali wydawało się, że dane miejsce doskonale nadaje się na nocleg, lecz po bliższych oględzinach mężczyźni nie mogli zdecydować, czy zostać, czy próbować dalej. W końcu zrezygnowani męczącym poszukiwaniem, uło­żyli się pod sporych rozmiarów dębem, zasłonięci z jednej strony potężnym pniem. Ich płaszcze nie były aż tak grube, żeby zapewnić im miękkie podłoże, ale zmęczenie dawało się we znaki i w końcu znaleźli kawałek miejsca na spoczynek.

Władysław czuł, jak głód świdruje jego pusty żołądek. Starał się zająć myśli, by nie zastanawiać się, skąd wezmą coś na śniadanie. Wyobrażał sobie, jak po długiej wędrówce wraca na swój dwór i każe wyprawić wielką ucztę, na którą zaprasza dziesiątki osób. Zasypiał, mając przed oczami stoły uginające się od jedzenia, oświetlone kilkunastoma wielkimi zdobionymi świecznikami. U szczytu najdłuższego stołu zasiadał on sam, przyodziany w strojne, wyszywane złotą nicią szaty. Po lewej stronie miał brata Alberta w skromnym habicie. Łaskawie zezwolił mnichowi na poczęstowanie się pieczenią z dziczyzny.

„Jedz śmiało, Albercie. Wiesz, że musimy mieć siły na dalszą drogę”.

Wędrowców obudziło głośne wołanie ptaków. Przez gałęzie prześwitywało już słabe jesienne słońce, odkrywając otoczenie, w którym spali. Wieczorem okolica wyglądała całkiem inaczej. Gdyby szukali kryjówki za dnia, to miejsce pod rozłożystym dębem wydawałoby się nazbyt odsłonięte i na pewno by się na nie nie zdecydowali. Albert wstał pierwszy i stęknął, rozprostowując plecy.

– Wszystko mnie boli – poskarżył się i rozmasował sobie lewe ramię. – Prycze w mnisich celach bywają wygodniejsze, bo pozbawione są kamieni i korzeni, które wbijały się we mnie całą noc!

Władysław podniósł się w ślad za nim i przetarł rozespane oczy.

– Całą noc śniłem o jedzeniu – przyznał.

– Mamy tu ostatnie placki. – Mnich sięgnął do torby i wyciągnął dwa niewielkie kawałki. – Trzeba rozejrzeć się za czymś po ­drodze. Choć szczerze wątpię, żebyśmy znaleźli cokolwiek do zjedzenia w lesie o tej porze roku.

Zjedli w milczeniu, popijając odrobiną wody. Władysław wypłukał usta i splunął pod nogi. Potem otrzepał płaszcz z tego, co przyczepiło się do niego podczas noclegu, i zabrał torbę od zakonnika, przewieszając ją sobie przez ramię. Odruchowo sprawdził, czy jego ostry sztylet znajduje się tam, gdzie powinien. Po ­chwili ruszyli przed siebie.

Początkowo wędrowali na północ, przemierzając gęsty mieszany las, który otaczał ich ze wszystkich stron, jak palisada strzegąca obozu i jego mieszkańców. Krajobraz nie zmieniał się przez długi czas, przez co wszystkie miejsca zdawały się być do siebie podobne.

– Myślisz, że wiele grup, jak ta wczorajsza, błąka się po okolicy? – Władysław spojrzał pytająco na zamyślonego Alberta.

– Przecież wiesz, że tak jest – odparł mnich. – Niech cię nie zwodzi ten spokój, który tu panuje. Nieroztropnie postąpiliśmy, śpiąc tak blisko Warny.

– Nie miałem siły na dalszą drogę.

– Ja też. A mimo wszystko należało się mobilizować. Mogliśmy już być daleko stąd.

– Najbardziej drażni mnie to, że nie zajdziemy zbyt daleko piechotą! Podróż na Makarym albo jakimkolwiek innym wierzchowcu trwałaby cztery razy krócej – powiedział Władysław i potknął się o wystający korzeń, klnąc pod nosem.

– Możemy przeklinać, a i tak nie zmieni to naszej sytuacji, panie – odparł spokojnie mnich, omijając zręcznie przeszkody. – Jesteśmy teraz w rękach Boga i mamy dwa wyjścia: czekać tutaj bezczynnie, aż przeznaczenie samo nas odnajdzie, albo ruszyć do przodu i wyjść mu naprzeciw. Zdecydowanie nie znoszę bezczynności i tego samego spodziewałbym się po tobie jako po naszym władcy. Jeśli się mylę, to mnie popraw, mości Władysławie.

Król burknął coś niezrozumiałego pod nosem i przyspieszył nieco, oddalając się od zakonnika.

Po kilku godzinach intensywnego marszu przystanęli przy niewielkim strumieniu. Obaj przykucnęli nad wodą, nabierając trochę w dłonie i przemywając zmęczone twarze. Była lodowata, dzięki czemu bardzo ich orzeźwiła. Wypili sporo, napełniając nią skurczone żołądki, po czym Albert zapełnił prawie pusty bukłak, który nieśli na zmianę w płóciennej torbie.

– Tego było mi trzeba – powiedział Władysław, myjąc ręce i trzęsąc się od orzeźwiającego chłodu.

W dalszą drogę ruszyli pełni energii, ciesząc się z zapasu, który mieli okazję niespodziewanie zrobić.

Kiedy słońce zaczęło powoli obniżać się na niebie, Albert i Władysław zobaczyli między drzewami niewielką chatę z bali, pokrytą solidnie słomą. Wystawał z niej niezgrabny i krzywy komin, zbudowany z nierównych, znalezionych najpewniej nad brzegiem morza kamieni. Chata ukryta była pośród gęstej roślinności tak głęboko, że zauważyli ją dopiero w ostatnim momencie, kiedy od ogrodzenia dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt kroków. Topornie ociosane drewno dębowe wyglądało bardzo malowniczo na tle pomarańczowo-brązowych liści. Wokół budynku postawiony był prowizoryczny płot, zrobiony z ostrych konarów pełnych drzazg i cierni, sięgający mężczyznom piersi. W ten sposób ludzie zapewniali sobie bezpieczeństwo od zwierzyny zamieszkującej okoliczne lasy, a także chronili zwierzęta domowe, które teraz chodziły wolno po obejściu. Albert dostrzegł kilka białych kur z ciemniejszymi piórami w ogonach, które podniosły głowy i kręciły nimi bystrze, zdając sobie sprawę z obecności przybyszów. Do samotnego drzewa z boku chaty przywiązana była wychudzona krowa. Długi sznur umożliwiał jej swobodne podjadanie trawy wyrastającej kępami koło ogrodzenia.

Mnich palcem nakazał Władysławowi milczenie i przykucnął między pniami drzew. Król zrobił to samo, wyciągając szyję, by móc patrzeć swobodnie na leśny dom.

– Jest zamieszkany – szepnął. – Ciekaw jestem, kogo w nim zastaniemy.

– Poobserwujemy trochę, to się okaże.

– Są kury, to będą i jajka. – Uśmiechnął się młody król. – Nie mogę się doczekać, kiedy zjemy w końcu coś porządnego.

– Bądź cierpliwy, bo właściciel może wcale nie być nam przychylny.

– Jak będzie trzeba, to poddamy go odpowiednim naciskom. – Powiedziawszy to, Władysław uniósł się nieco z kucek.

– Nie! – Łypnął na niego groźnie Albert. – Ustalmy jedno: nie zdradzasz się ze swoim pochodzeniem i nie wykorzystujesz go. Zobaczysz, że to przyniesie nam jedynie kłopoty! Zachowamy twoją tożsamość w sekrecie tak długo, jak będzie to możliwe. Myślisz, że najuczciwszy człowiek nie zdradzi cię Turkom, kiedy przyłożą mu nóż do brzucha albo zgwałcą jego żonę? Zarówno my, jak i ci ludzie będą o wiele bezpieczniejsi, kiedy będą żyli w nieświadomości, że król odwiedził ich skromne progi. Zapytamy grzecznie o schronienie na najbliższą noc i zapłacimy za nie tak samo, jak za posiłek, o który poprosisz. – Mnich mówił cicho, zaakcentował mocniej ostatnie słowo. – Jan dał nam na drogę trochę pieniędzy, więc możemy starać się załatwić wszystko jak należy, bez zbędnej przemocy i zastraszania. Ci ludzie i tak będą w niebezpieczeństwie, jeśli Turcy zdołają tutaj dotrzeć i trafią na ich domostwo.

Patrzyli na obejście i zwierzęta, które po krótkiej ­chwili przestały zwracać na nich uwagę. Z chaty nie dochodziły żadne odgłosy, które wskazywałyby na ludzką obecność.

– Może podejdźmy bliżej i rozejrzyjmy się – niecierpliwił się Władysław.

– Uspokój się, młody człowieku! – zgromił go Albert. – Jesteś w gorącej wodzie kąpany!

– Nienawidzę bezczynności. Na cóż mam czekać? – zapytał głośno król. – Aż zapadnie noc i jak złoczyńcy podkradniemy się pod czyjś dom?

– Kim jesteście? – zapytał nagle ktoś po węgiersku, a Albert poczuł ostrze noża na szyi.

Władysław podskoczył i w sekundę dobył swojego sztyletu.

– Odłóż to albo pożegnasz się z twoim świętym przyjacielem! – krzyknął basem obcy, który zdołał podejść ich od tyłu. – Kim jesteście i co tutaj robicie?

– Spokojnie – powiedział miękko mnich, posługując się łamanym węgierskim. – Chyba nie myślisz, że grozi ci coś ze strony człowieka w habicie?

– Może z twojej strony nie, ale ten młokos byłby gotów zarżnąć mnie na miejscu.

Napastnik był wysoki i dobrze zbudowany. Chwycił Alberta wprawnie, górując nad nim wzrostem i masą.

– Czemu gapicie się z ukrycia na mój dom?

– Szukamy schronienia, gospodarzu – odparł mnich. – Mamy pieniądze, chcemy ci zapłacić – dodał spiesznie.

Władysław obserwował postawnego człowieka w napięciu. Nie odzywał się.

– Nie chcę nieznajomych pod moim dachem – odrzekł tamten. – Kim jesteście?

– Ja jestem brat Albert, franciszkanin. A to jest Vlad, najemnik. Obaj uszliśmy z życiem spod Warny, gdzie wczoraj walczyliśmy z wojskami osmańskimi w imię króla Władysława Jagiellończyka i całej chrześcijańskiej Europy. Jesteśmy głodni i przemarznięci, chcemy dostać się do ojczyzny. To wszystko. Niczym ci nie zagrażamy, dobry człowieku. Jak powiedziałem przed ­chwilą, zapłacimy za nocleg i strawę, nie chcemy nic ci odebrać: ani żadnych dóbr, ani twojego spokoju.

Obcy rozluźnił uścisk i spojrzał na obu przybyszów ze szczerym zainteresowaniem, które przewyższało niepokój. Rozmyślał jeszcze chwilę nad tym, co usłyszał od mnicha, obserwując uważnie ich twarze. Habit Alberta przekonał go ostatecznie do tego, że słowa obcego są przynajmniej po części prawdziwe.

– Mam na imię Lajos – powiedział po chwili, chowając nóż za skórzany pas. – To mój dom. Mieszkam tu z rodziną. Mogę wam udzielić schronienia. Mojej żony i dzieci nie ma, bo poszli na targ do najbliższego miasteczka.

Lajos wyglądał na czterdzieści lat, był wysoki i potężnie zbudowany. Jasnobrązowe włosy nosił splecione w cienki warkocz. Ubrany w ciepły, sporych rozmiarów płaszcz, wydawał się jeszcze większy, niż był w rzeczywistości. Jego duże jasne oczy przypatrywały się z uwagą Albertowi i Władysławowi.

– Wejdźcie do środka – powiedział, wskazując na podwórze. – Zaraz do was dołączę. Zostawiłem moją zdobycz kawałek stąd, żeby nie przeszkadzała podczas ewentualnej walki. – Uśmiechnął się słabo. – Przyznam, że rzadko miewamy gości.

Władysław schował sztylet dopiero wtedy, kiedy Lajos zniknął za drzewami, po czym obrócił się do Alberta z pytającym wzrokiem.

– Co o nim myślisz?

– Wydaje mi się, że możemy mu zaufać. To on może bardziej obawiać się nas – rzekł zapytany i ruszył ledwo widoczną ścieżką w stronę chaty. – Poza tym czy mamy jakieś inne wyjście? Jeśli nie chcesz umrzeć z głodu i zimna, musimy przyjąć z ufnością to, co samo wpadło nam w ręce. Nie wiem jak ty, ale ja chętnie odpocznę i zjem jak przyzwoity człowiek.

Kury uciekły pospiesznie na tyły podwórza, kiedy obcy weszli przez furtkę. Na głowy wędrowców spadły pierwsze krople deszczu zwiastujące nieprzyjemny i mokry wieczór. Jednak czekali przed progiem, aż Lajos dołączy do nich, nie chcąc panoszyć się w jego królestwie.

Mężczyzna ukazał się ich oczom chwilę później. Niósł na swoich barkach cztery sczepione ze sobą martwe zające, które trzymał za uszy. Zwierzęta miały ciemnoszare futra, które nawet z pewnej odległości lśniły.

– Niewiele będzie z nich mięsa, ale powinno wystarczyć na skromny posiłek dla naszej trójki – powiedział do swoich niespodziewanych gości gospodarz. – Wejdźcie.

Otworzył przed nimi spróchniałe drzwi i gestem zaprosił do środka.

Chata przedzielona była na pół jasnym, choć przykurzonym płótnem zawieszonym na grubym sznurze. Część, która ukazała się ich oczom, miała służyć głównie gotowaniu i jedzeniu. Pośrodku stał solidny stół, prawdopodobnie wykonany przez samego gospodarza, z dwiema ławami przykrytymi skórami. Nieopodal stołu, w centralnej części domu, znajdował się kominek z wielkim paleniskiem, w którym stał prymitywny gar z wodą. Pod ścianą przy kominku piętrzyły się różnego rodzaju naczynia, większe i mniejsze, głównie gliniane, wszystkie użytkowe, bez zbędnych ozdób i kolorów. Po drugiej stronie kominka znajdowało się legowisko ułożone ze słomy, przykryte miękką skórą, na której można było odpocząć w cieple bijącym od ognia. Wszystko, co posiadała ta rodzina, było proste, wręcz prymitywne, ale czyste, zadbane i piękne w swej prostocie. Najwyraźniej Lajos z żoną i dziećmi pędzili tu spokojne życie, szczęśliwi w swej samotni, czerpiąc garściami z przyrody, która ich otaczała.

– Siadajcie. – Kiwnął na nich, gdy stali niepewnie w progu jego domu. – Jest już dość ciemno, zaraz rozpalę ogień, to ­nieco się rozjaśni.

Rzeczywiście, słabe jesienne słońce zakrywały deszczowe chmury, a małe okienka ograniczały dostęp promieni.

– Bitwa przegrana? – zagadnął ich jasnooki człowiek. – A wam udało się uciec? – Tymi słowami zachęcał do streszczenia ostatnich wydarzeń, czego podróżnicy najbardziej starali się uniknąć.

– Przegrana, niestety przegrana – westchnął Albert, widząc, że król waha się zbyt długo nad odpowiedzią. – Wojska sułtana były trzy razy większe niż nasze. W dodatku zastosowały zabójczy fortel, zachodząc nas od drugiej strony. Sojusznicy nie dotrzymali swoich obietnic i tak, cóż... Bitwa przegrana. Spojrzeliśmy wczoraj śmierci w oczy.

– Za tą bitwą pójdą pewnie kolejne. – Pokiwał głową Lajos. – Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli żyć tu spokojnie pod panowaniem tureckim. To jarzmo nie rozleje się chyba w głąb kontynentu? Strach myśleć, co ci innowiercy byliby w stanie z nami zrobić – zatroskał się. – Moje dzieci zasługują na spokojne życie.

– Z pewnością! Z pewnością zasługują – przytakiwał mu Albert gorliwie. – Czym się tu zajmujecie, dobry człowieku? – zapytał, chcąc zmienić temat i przypodobać się rozmówcy.

– Ja głównie poluję – ożywił się Węgier. – W tych lasach nie brakuje na szczęście zwierzyny, dzięki czemu jesteśmy niemal samowystarczalni. Staram się uczyć tego, co potrafię, mojego syna, żeby mógł przejąć wszystko, kiedy przyjdzie odpowiednia pora. Żona wyprawia ze mną skóry, szyje... Raz na jakiś czas udaje się z dziećmi na targ do najbliższej wsi, gdzie sprzedajemy to, co dał nam las. Ot, takie jest to nasze życie.

– To nasze miejsce na ziemi – powiedział z mocą Lajos i wi­­­dać było, że mówi szczerze, z głębi serca. – Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli to wszystko utracić. Zbudowałem mój dom sam. Pracowałem, żeby móc wykarmić rodzinę, kupić zwierzęta, żyć! Żyjemy w zgodzie z przyrodą, w zgodzie z Bogiem i królem, któremu płacę podatki. Czyż nie mam prawa wymagać, żeby teraz król bronił mnie i mojej rodziny przez wrogiem, który najeżdża nasze ziemie? – zapytał z goryczą w głosie. – Ja swoje ­zrobiłem. A on? Co robi ze swoimi wojskami? Czemu nie robi tego, co do niego należy?

– Przecież wyszedł wrogowi naprzeciw! – Władysław uderzył nagle dłonią w stół, zaskakując pozostałych. – Walczy z Osmanami. Przecież widzisz nas tutaj przed sobą, ledwie ocalałych z bitwy, w której wielu zginęło, żebyście mogli żyć spokojnie! – krzyknął, a ogień płonął w jego oczach.

Albert poczuł, że ta dysputa może się skończyć awanturą i koniec końców mogą wylądować w ciemnym i zimnym lesie, z pustymi żołądkami.

– A cóż ciebie tak to obchodzi? – zdziwił się Lajos. – Czyż nie jesteś jedynie zwykłym najemnikiem, którego interesuje pieniądz, a nie polityka i bezpieczeństwo takich jak my? Wyglądasz na bardzo zaangażowanego jak na najemnika. – Gospodarz spojrzał na króla podejrzliwie, a ten zamilkł, nie chcąc zdradzić się swoim gniewem.

– Vlad jest jeszcze młody – powiedział uspokajającym tonem Albert. – Może nie jest aż tak zepsuty, jak ci się wydaje, Lajosie. Już drugi dzień przeprawiam się z nim przez te lasy i uwierz mi, porywcze serce to on ma! Jak mało kto.

– Ile wiosen ci będzie?

– Ta będzie dwudziesta pierwsza – odparł Węgrowi zapytany.

– To jesteś niemal w wieku mojego syna. – Lajos spojrzał na niego łagodniej, myśląc o własnym potomku. – To prawda, że porywczość jest głównym atutem tych lat. – Uśmiechnął się po krótkiej chwili, pełnej napięcia dla gości. – Pozwólcie, że zaparzę teraz coś do picia.

Wstał od stołu i zaczął rozpalać w kominku wygasły już niemal ogień. Po chwili rude języki lizały suche gałęzie podłożone na spód paleniska. Gdy gospodarz obrócił się do nich plecami, Albert zgromił Władysława wzrokiem, dając mu do zrozumienia, jak wiele ryzykuje, zachowując się tak nieroztropnie.

– Twój charakter i niewyparzony język to przekleństwo – syknął. – Nie ma w tobie za grosz wyczucia! – Mnich widział po minie króla, że jest oburzony sposobem, w jaki go poucza. Musieli jednak przerwać tę niemą walkę, bo Lajos postawił przed nimi dwa cynowe kubki napełnione napojem podobnym do herbaty, ­mocno ­parującym. Gospodarz przyniósł zające. Przybysze obserwowali w milczeniu, jak wprawnymi ruchami oprawia upolowane zwierzęta.

– Z ich futra moja żona robi piękne rękawiczki – powiedział mężczyzna, nie obracając się do nich. – Jeśli chcecie, możecie kupić od nas parę, mamy kilka dodatkowych. Dni będą teraz coraz zimniejsze.

– Chętnie je później zobaczymy – odparł Albert przyjaznym tonem. – Prawda, że przydałyby się takie ciepłe rękawiczki? – zapytał Władysława. – Nie wiadomo, jak długo będziemy w podróży.

– Tak, z pewnością – odpowiedział niechętnie chłopak.

– To bardzo dobrze! – Węgier nie zwrócił uwagi na ton młodego człowieka. – Dokąd w takim razie podróżujecie? Idziecie pieszo?

– Chcemy dostać się do Krakowa – powiedział szybko mnich. – Mieliśmy całkiem niezłego wierzchowca, ale... spłoszył się poprzedniej nocy i pogalopował w las. Tyleśmy go widzieli.

– Źle uwiązaliście? – pytał Lajos, wciąż oprawiając szaraki.

– Na to wychodzi. Taki szary, jak te twoje zajączki, gospodarzu.

Lajos uśmiechnął się przyjaźnie, pokazując gościom mięso gotowe do upieczenia.

– Niedługo będziemy wieczerzali.

– To całe szczęście – odezwał się milczący do tej pory Władysław.

– Głodny jesteś, prawda, chłopcze? – zapytał go Węgier, patrząc królowi głęboko w oczy. Wzrok miał przeszywający. Władca cofnął się nieco, krzywiąc w odpowiedzi na poufały ton obcego człowieka. W porę się jednak zreflektował, zmusił do uśmiechu i klepnął po brzuchu.

– Bardzo, mój panie. Jak wilk...

– Ja również! – zaśmiał się Albert. – Naprawdę jesteśmy ci wielce wdzięczni za gościnę, Lajosie! Dobry z ciebie człowiek i dobry gospodarz.

– Cóż – zasępił się Lajos. – Mamy trudne czasy, ciężkie czasy... Nie można ufać każdemu, szczególnie obcym. Ale z drugiej strony trzeba pozostać ludzkim, prawda? Miło mi jest gościć was tutaj dzisiaj w moich skromnych progach, zamiast jeść w samotności. Każde jedzenie lepiej smakuje, jak je się w towarzystwie! – Podniósł swój kubek, jak w toaście. – Jak już mówiłem, rzadko miewamy z żoną gości, na co narzekają dzieci. Dlatego też chętnie udają się na targ, gdzie można spotkać innych ludzi, usłyszeć, co się dzieje w dalekim świecie.

– Na długo wyjechali? – zapytał Albert, popijając herbatę.

– Iboyla zwykle trzy dni spędza poza domem: niecały dzień drogi tam, dzień targowy i dzień przeznaczony na powrót do naszego lasu. Lubi te swoje wyjazdy... Dzieci też za nimi przepadają. To dla nich jedyna okazja, żeby poznać się z rówieśnikami, zabawić nieco w towarzystwie, którego tutaj nie mają. Dla mnie to też nie jest czas stracony. Zwykle spędzam go w terenie, sprawdzając moje sidła albo polując. Staram się zawsze witać moją rodzinkę czymś dobrym do zjedzenia – zaśmiał się dobrotliwie Lajos. – Sarenką albo młodym danielem.

– Dzieci pomagają wam w pracy? – zainteresował się mnich, czując coraz większą sympatię do tej samotnie żyjącej rodziny.

– Tak, Gellert pomaga mi przy pułapkach. Przyznam, że całkiem zadowolony jestem z jego prac. Ma zręczne ręce – powiedział dumny ojciec. – Razem wyruszamy po zwierzynę co ­drugi dzień. Oczywiście poza targami, gdzie puszczam go z czystym sumieniem. Chłopak musi znaleźć sobie w końcu żonę! A cóż w tej naszej głuszy? Co najwyżej płochliwą łanię znajdzie! – Gospodarz zaśmiał się głośno. – Za każdym razem, kiedy jedzie z matką, mam w głębi duszy nadzieję, że pozna kogoś dla siebie i oświadczy się. Jakoś na razie nie znalazła się taka, która zechciałaby się tu do nas sprowadzić. Inna sprawa, że bałbym się puszczać ­Iboylę samą w taką drogę bez chłopa, a odkąd Gellert podrósł, doskonale mnie zastępuje.

– Sam nie miałbyś ochoty wyjść do ludzi?

– Starcza mi to, co mamy tutaj. – Zatoczył ręką koło. Albert wyczuł w jego tonie kilka fałszywych nut, jakby przemawiał przez niego niepokój. – Dni, kiedy mojej rodziny nie ma, spędzam sam ze sobą, w ciszy i w spokoju. Myślę, że kto jak kto, ale ty, bracie, powinieneś zrozumieć potrzebę obcowania sam na sam z przyrodą i Bogiem. To jedyny czas, kiedy mogę pomyśleć – położył nacisk na ostatnie słowo.

– Rozumiem cię doskonale. – Pokiwał głową zakonnik. – Każdy potrzebuje samotni.

– A coś ty taki cichy? – Lajos szturchnął przyjacielsko Władysława.

– Humoru nie mam – odparł król ozięble. Myślami był znów w okolicy deszczowej Warny, gdzie wielu jego popleczników zginęło za wiarę i za jego królestwo. – Zmęczony jestem. Wybaczcie – dodał, żeby załagodzić swoje poprzednie słowa.

– Nic się nie bój! Tutaj nabierzesz sił, a wraz z nimi wróci ci humor. No! A teraz czas na jedzenie.

Węgier wstał od stołu, zdjął zające znad paleniska i pokroił ostrym nożem na kawałki. Ułożył je niedbale na wielkim półmisku, który leżał pod ścianą w stercie naczyń.

– Palce lizać! – dodał, zachwalając kolację, którą przyszykował.

Władysław rzucił się w stronę jedzenia, ale już po pierwszym kęsie pokręcił nosem.

– Macie sól, gospodarzu? – Sięgnął po kubek z piciem.

Lajos wstał od stołu i poszperał w ciemnym kącie izby. Przyniósł małe naczynie pełne soli i podał bez słowa królowi.

– Wspaniałe! – Zajadał się Albert, starając się jak zwykle poprawić atmosferę. – Dawno nie jadłem czegoś równie dobrego!

Władysław spojrzał na niego z pobłażaniem. Niedoprawione niczym mięso miało dziwny, jałowy smak, nie wspominając o tym, że było go mało. Każdego kawalątka szukał długo pomiędzy zajęczymi kostkami. Zapychał się głównie przypieczoną mocno skórką, która przywierała na wierzchu mięsa.

– Łapiesz czasem kuropatwy albo bażanty? – zagaił Lajosa.

– Łapię – odpowiedział tamten między kęsami. – Widzę, że masz wyjątkowo rozpieszczone podniebienie jak na żołnierza. Tak dobrze was karmią? Nie sądziłem, że kucharze polowi szykują wam takie przysmaki.

– Nie jadam tego, kiedy najmuję się do walki – odpowiedział szybko król. – Zasmakowałem raz, gdy byłem przejazdem na Morawach, i miałem nadzieję, że znów będę mógł skosztować takich smakołyków.

– Naturalnie, że łapię dzikie ptactwo. – Pokiwał głową gospodarz. – Akurat dzisiaj się nie udało. To jedna z rzeczy, którą lubię w moim życiu: nigdy nie wiemy, co jutro będzie na obiad! Kiedy idę sprawdzić sidła albo wysyłam do nich Gellerta, czeka mnie niespodzianka, a czasem zawód. Nieraz bawimy się, robiąc zakłady między sobą o to, co tym razem będzie na nas czekało.

Albert zaśmiał się.

– Wybornie!

Władysław wysilił się na uśmiech, gmerając łyżką w jedzeniu, które mu zostało. Nie miał ochoty na więcej, ale obawiał się, że kolejne dni mogą być ubogie w normalne posiłki, i przez to przymuszał się do żucia niesmacznego mięsa, popijając je solidnie słabą herbatą lub tym, co miało herbatę przypominać. Była to mieszanka lokalnych ziół, nadająca naparowi jasnobrązowy kolor i słodkawy smak.

– Wybaczcie mi, ale muszę na chwilę wyjść – powiedział Lajos, wstając ociężale od stołu, który przechylił się w stronę pozostałej dwójki. – Natura wzywa – wytłumaczył i otworzył drzwi na dwór. Na zewnątrz zrobiło się już całkiem ciemno.

– Pada – powiedział krótko mnich. – Dzięki Bogu mamy zagwarantowane suche posłanie na noc. Korzystając z okazji, chciałbym prosić cię o odrobinę rozsądku, Władysławie. Narzekasz jak rozpieszczona dama dworu. Krytykujesz gospodarza, któremu zawdzięczamy wikt. Obrażasz nas swoim nastawieniem i humorem albo raczej jego brakiem. Nie wiem, jak do ciebie dotrzeć. Nie rozumiesz trudności naszego położenia?

– Rozumiem doskonale. – Król machnął ręką ze zniecierpliwieniem. – Ale coś dziwnego jest w tym człowieku. Nie czuję do niego sympatii...

– Sympatii?! – wykrzyknął zadziwiony Albert. – Czy my mamy możliwość myśleć o sympatiach i antypatiach w takiej sytuacji?

– To nie tylko to – dodał zmęczonym głosem Władysław. – Myślę ciągle o tym, co się stało, i im więcej się zastanawiam, tym bardziej strapiony jestem. Nie mam siły na to wszystko i przyznam ci się do strachu, jeśli to chcesz ode mnie usłyszeć...

Mnichowi żal się zrobiło młodego władcy. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego życie uległo niespodziewanie wielkim zmianom, co król najwyraźniej z trudnością potrafił udźwignąć na swoich barkach. Albert starał się myśleć trzeźwo i elastycznie dostosowywać do tego, co się wokół działo, ale nie każdy miał taki charakter. Zakonnik potrafił odłożyć każde zmartwienie na sposobniejszy czas, skupiając się wyłącznie na rozwiązaniu problemu. Płacz nad umarłymi będzie możliwy, ale dopiero kiedy wykona swoje zadanie i wróci z królem do domu. Strach przed nieznanym odrzucił. Strach przed tym, co znane i z czego zdawał sobie sprawę, po prostu zagłuszał, niszcząc w sobie i nie dopuszczając go do głosu. Wiedział, że jego duch jest silny i zahartowany.

– Wybacz mi, że czasem jestem zbyt surowy – powiedział, patrząc z troską na Władysława. Tego zaś zdziwił ten ojcowski ton. Zmieszał się i odwrócił wzrok, czując, że Albert ma nad nim litość.

– Nie musisz mnie żałować – powiedział ostro.

– Takie położenie wielu by przerosło... – zaczął zakonnik.

– Nie okazuj mi litości! – przerwał mu król, machając wściekle ręką. – Dobrze wiesz, kim jestem i jaki powinienem być!

– Dla mnie jesteś młodym człowiekiem, który znalazł się w nad wyraz trudnej sytuacji – powiedział spokojnie Albert. – I zamierzam ci w tej sytuacji pomagać.

Władysław nie zdążył odpowiedzieć, bo do chaty wszedł dziarsko Lajos.

– Leje jak z cebra! – powiedział, otrzepując wodę. – Nie chce się człowiekowi wyściubiać nosa w taką porę. Chyba że już naprawdę musi...

– Święta prawda! – zawtórował mu mnich.

– Może chcecie czegoś na rozgrzewkę? – zapytał wesoło gospodarz. – Nie obraź się, bracie – zwrócił się w tym momencie do Alberta – ale jeśli masz ochotę na odrobinę wina, to ja bardzo chętnie otworzę buteleczkę. Nie wiem, czy to wypada namawiać cię do picia...

– Chętnie, Lajosie! Chrystus również pijał wino, jeśli pamiętasz. I to nie raz, nie raz! – zaśmiał się. – Nie wiem, czy mogliśmy lepiej trafić, prawda, Vlad? Ty również z nami wypijesz?

– Wypiję. Tylko jeden kubek, żeby z rana nie pękała mi głowa.

– Delikatny, nie ma co! – zawołał Lajos, wyciągając zaplombowaną butelkę gronowego wina. Poprosił gości o opróżnienie naczyń z resztek poprzedniego napoju. Już po chwili wszystkie trzy cynowe kubki napełniły się po brzegi jasnoczerwonym płynem.

– Za nasze zdrowie i za zwycięstwa nad sułtanem! – wykrzyknął i wypił połowę jednym haustem. – Żebyśmy tu żyli, jak ­żyjemy, a po nas nasze dzieci i wnuki! – dokończył toast i uderzył pięścią w stół, jakby chciał go przypieczętować. Władysław i Albert unieśli swoje kubki i powtórzyli.

– Drogi Lajosie... – zaczął nowy temat mnich, trzymając kubek w obu dłoniach. – Kiedy spodziewasz się swojej rodziny z powrotem? – Po tych słowach wychylił kilka łyków, po czym otarł usta skrawkiem habitu.

– Jutro po południu winni być w domu, bracie. Może będziecie mieli okazję ich poznać.

– Niekoniecznie. – Albert zrobił zasmuconą minę. – Będziemy chcieli wybrać się jak najprędzej w dalszą drogę. Najlepiej skoro świt.

– Jak chcecie. – Lajos pokiwał głową ze zrozumieniem, pijąc do dna. – Jeśli zdecydujecie się zostać nieco dłużej, to wiedzcie, że nie będziecie mi przeszkadzać. – Nalał sobie kolejny kubek wina. – To nie problem dla mnie ani dla mojej żony.

– I tak bardzo ci dziękujemy, że zdecydowałeś się nas przyjąć. Chodzi nam głównie o przenocowanie. Ostatnią noc spędziliśmy w ciemnym lesie. Dzięki Bogu nie padało! – dodał, zerkając za siebie w zalane deszczem okno. – Mieliśmy wiele szczęścia!

Po kilku kolejkach wina mężczyźni udali się na spoczynek. Lajos zniknął za płótnem przedzielającym izbę i wrócił z dwiema miękkimi skórami. Ułożył je delikatnie na posłaniu blisko paleniska.

– Śpijcie dobrze. – I ruszył do bardziej prywatnej części chaty, chwiejąc się lekko.

– Jeszcze raz dziękujemy! – zawołał Albert, dotykając z namaszczeniem miękkich skór. – Dzisiaj będziemy spać jak królowie! – uśmiechnął się do wciąż pochmurnego Władysława.

– Taa... – mruknął król w odpowiedzi, po czym przeciągnął się i ziewnął. – Nie żartuj sobie, stary. Padam z nóg!

Zasnęli w mgnieniu oka. Wino szumiało im delikatnie w głowach. Władysław czuł, jak powoli odpływa w przyjemnym cieple słabnącego stopniowo ognia.

– Sessiz olun, ben duyuyorum... [1] – Albert usłyszał przez sen niewyraźne słowa i serce zaczęło mu bić jak oszalałe. – Kesinlikle birisi ortasýnda [2]. – Ktoś mówił przyciszonym głosem za drzwiami chaty.

Mnich zerwał się z posłania i potrząsnął śpiącym Władysławem.

– Wstawaj, czym prędzej! Wstawaj! – krzyknął mu do ucha.

– Co jest?

– Turcy! – Albert rzucił się do zasłony dzielącej izbę. – Lajosie, Turcy tu są! – obudził śpiącego gospodarza. Węgier, patrząc na niego zaskakująco trzeźwym wzrokiem, dobył długiego noża służącego oprawianiu zwierzyny, który spoczywał przy jego posłaniu.

– Weź to! – Rzucił mnichowi drugi, odrobinę krótszy nóż, stając na nogi. – Cicho! Ani słowa!

Obaj weszli do dziennej części izby, gdzie zupełnie rozbudzony Władysław czekał przy drzwiach ze sztyletem w dłoni. Ruchem głowy wskazał, by ukryli się w rogu pomieszczenia. W tym samym momencie drzwi skrzypnęły lekko, bardzo wolno się otwierając.

Wstrzymali oddech.

Czyjaś lewa stopa pojawiła się w małej szparze, która stopniowo się poszerzała. Każda najdrobniejsza cząstka ciała króla napięta była do granic możliwości. Nie oddychał, nie chcąc zdradzić swojej pozycji. Albert i Lajos wycofali się w najciemniejszy kąt izby, czekając na dogodny moment, by zaatakować. Zakapturzona postać wsunęła się w połowie do środka, a w odsłoniętej dłoni dzierżyła ostry, długi i zakrzywiony nóż. Jasna stal błysnęła w świetle księżyca.

W tej samej chwili Władysław wbił swój sztylet w nadgarstek intruza. Zrobił to z całej siły, drugą ręką pociągając Turka za szeroki rękaw.

– Tanrým! [3] – ryknął nieznajomy, zupełnie zaskoczony. Jego głos zmienił się w gulgot, kiedy sztylet przejechał po gardle. Krew trysnęła na Władysława, ale ten nawet tego nie zauważył, kiedy drugi napastnik otworzył drzwi na oścież i zaatakował z impetem. W tym momencie Albert i Lajos wyłonili się z ukrycia i podnieśli swój oręż. Uderzyli w plecy napastnika, godząc go po kilka razy, aż padł ciężko do przodu wprost na króla, który zachwiał się i przewrócił. Lajos z łatwością odciągnął ciało.

– Nikogo więcej nie ma? – zawołał dziko Albert, drżąc na całym ciele.

Lajos wyszedł ostrożnie z chaty na podwórze pełne kałuż. Rozglądał się wolno dookoła, bagatelizując fakt, że może stać się łatwym celem dla łucznika. Obserwował każdy kształt i cień tak uważnie, jak robił to codziennie podczas swoich wypraw do lasu.

– Wygląda na to, że byli tylko ci dwaj – rzucił za siebie.

Gdy gospodarz sprawdzał podwórze, Albert zbliżył się do Władysława, który wciąż nie podnosił się po ataku Turka.

– Vlad... – zaczął niepewnie, na co król jedynie zajęczał pod nosem. Mnich rzucił się do niego i po omacku chwycił jego głowę w dłonie. – Jesteś ranny?

– Tak... – zachrypiał Władysław w odpowiedzi.

– Gdzie?

– Trafił między żebra. Boli jak diabli!

– Lajosie! Szybko! Trzeba go opatrzyć! – zawołał mnich, na co potężny gospodarz pojawił się od razu w izbie.

– Potrzebujemy trochę światła. Zaraz rozpalę ogień – mówił go­­­rączkowo Lajos, a widząc, że Władysław nie może samodzielnie się podnieść, uklęknął i ostrożnie pociągnął go za ramiona do góry. – Ułożymy cię na posłaniu przy palenisku.

Król zaczął krzyczeć dziko z bólu, kiedy rana rozciągnęła się pod wpływem ruchu.

– Wytrzymaj! – zawołał strapiony Albert, pomagając go podnosić. W jego ruchach było wiele niezręczności, która sprawiała królowi dodatkowy ból. Po kilku męczących minutach Władysław leżał na posłaniu, na którym niedawno spokojnie spał. Mnich podał mu do ust pół kubka wina, które zostało po poprzednim wieczorze. – Pij! To choć trochę cię znieczuli.

Lajos zaczął rozpalać ogień, żeby oświetlić pomieszczenie i ogrzać rannego, który trząsł się konwulsyjnie. Kiedy płomienie zaczęły skakać żywo w starym kominku, ich oczom ukazał się niezbyt przyjemny widok. Przy samych drzwiach leżał człowiek w czarnym poszarpanym miejscami płaszczu, spod którego wypływała powoli ciemna i gęsta jak smoła struga krwi. Obok niego za drzwiami leżało drugie ciało. Turek, który pierwszy wszedł do chaty, miał odsłoniętą twarz. Widać było poderżnięte gardło oraz otwarte, patrzące martwo w pustkę oczy.

– Musimy tu posprzątać – powiedział z odrazą Albert, żegnając się kilka razy i dotykając czoła Władysława.

– Nie teraz. Resztę nocy będą musieli spędzić tu z nami – powiedział cicho Lajos, podchodząc do zwłok i sięgając do noży przy pasach napastników. – Piękna broń... – zamyślił się. – Nie mogę wynieść ciał na zewnątrz, bo zapach krwi zwabi tu wilki. Nie chcę, żeby podchodziły pod dom... Porządek zrobimy dopiero o świcie.

– Ale... – Albert wzdrygnął się na myśl, że mają spędzić resztę nocy w towarzystwie zwłok.

– Chyba nie boisz się zmarłych, braciszku? – spojrzał na niego Lajos.

– Oczywiście, że nie.

Gospodarz podniósł wysoko noże i oglądał je przez chwilę w blasku ognia. Oba były takie same, lekkie i zgrabne. Zdobiły je dwa małe niebieskie kamienie, umiejscowione w środku rękojeści.

– Boże! – Władysław jęknął z bólu, wyrywając Lajosa z zamyślenia. Albert odsłonił delikatnie ranę przy głośnym akompaniamencie rannego. Była bardzo głęboka, a wypływająca z niej krew przeraziła mnicha, choć starał się nie dać tego po sobie poznać.

– Jak to wygląda? – zapytał ze strachem w głosie król.

– Ciii... – uspokoił go Lajos, oglądając dokładnie zranione miejsce. – Nic nie mów, leż spokojnie!

– Jak to wygląda?!

– Źle! – zawołał przejęty do reszty Albert. – Lajosie, musimy mu jakoś pomóc!

– Niech się nie rusza i nic nie mówi. Moja żona ma tu kilka czystych kawałków materiału. Zrobimy z tego opatrunek.

Lajos powrócił z białymi prześcieradłami i misą z wodą, zanurzył w niej róg materiału i dotknął bardzo delikatnie brzegów rany. Starał się nie męczyć dodatkowo cierpiącego. Materiał od razu zabarwił się na czerwono, a Władysław syknął z bólu. Mimo to nie protestował, kiedy raz za razem rana była przemywana. Albert trzymał rannego za ramiona, modląc się w duchu. Widząc, że krew nie przestaje płynąć, uzmysłowił sobie z przerażeniem, że stan króla może się tylko pogarszać.

– Zatamuj jakoś ten potworny krwotok! Nie może aż tak krwawić, bo tego nie przetrzyma!

– Już. – Niedźwiedzie dłonie Lajosa złożyły jedno z prześcieradeł w kostkę i ułożyły je na piersiach króla. Drugi kawałek materiału miał służyć za przepaskę. – Musimy nieco go unieść. Pomóż mi!

Obaj chwycili króla pod boki i podnieśli mimo jego rozpaczliwego jęku. Lajos wsunął materiał pod plecy rannego, po czym zawiązał dwa końce z przodu.

– Wypij jeszcze wina – zalecił Albert i przechylił Władysławowi głowę do tyłu. Zobaczył, że na jego czole pojawiły się wielkie krople potu. – Boli? – zapytał, znając odpowiedź, ale nic innego nie przyszło mu w tej chwili do głowy.

– Ech... – zajęczał król z wielkim trudem w odpowiedzi, przymykając zmęczone oczy.

– Co więcej możemy zrobić? – Albert zwrócił się do Lajosa z na­­­dzieją w głosie.

– Nie wiem. – Gospodarz dołożył do ognia. – Będziemy przy nim czuwać na zmianę. Chyba najlepiej, żeby teraz zasnął. Iboyla zna rośliny uśmierzające ból i takie, które pomagają w leczeniu ran.

– Ale mówiłeś, że ona wraca dopiero jutro popołudniu. Nie wiem, czy on wytrzyma do tego czasu...

– Módl się, żeby wytrzymał. – Lajos spojrzał na niego poważnie. – To przecież twoje zadanie. Nic więcej nie możemy teraz dla niego zrobić.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.