iCon Steve Jobs - Jeffrey Young - ebook
Wydawca: Studio Emka Kategoria: Specjalistyczne Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 565 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 16 godz. 45 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka iCon Steve Jobs - Jeffrey Young

Według F. Scotta Fitzgeralda, w życiu Amerykanina nie ma żadnych drugich aktów. Najwyraźniej zapomniał o przypadku Steve'a Jobsa. Z wyobcowanego maniaka elektrotnicznego, którym był w szkole średniej, Jobs stał się siłą napędową Apple oraz awatarem rewolucji komputerowej. Wraz z niezwykłym sukcesem iPoda, zdobył reputację prawdopodobnie największego innowatora wieku cyfrowego.

iCon przedstawia najbardziej zdumiewającą postać ery biznesu, zwracającą uwagę swoimi niestereotypowymi, dziwacznymi i obrazoburczymi czynami. Czerpiąc z wielu różnych źródeł w Dolinie Krzemowej i w Hollywood autorzy rzucają nowe światło na powstanie w jednym z garaży Doliny Krzemowej legendarnej już dziś firmy Apple. Jest także lekturą obowiązkową dla każdego, kto chce zrozumieć, jak współczesny wiek cyfrowy powstawał, kształtował się i doskonalił.

 

Opinie o ebooku iCon Steve Jobs - Jeffrey Young

Fragment ebooka iCon Steve Jobs - Jeffrey Young

iCon

Steve Jobs

JEFFREY YOUNG I WILLIAM L. SIMON

Tytuł oryginału: iCon. Steve Jobs, the Greatest Second Act in the History of Business

Projekt okładki: Łukasz Pawlak

Redakcja: Hanna Jaworowska-Błońska

Przekład: Dorota Piotrowska

Copyright © 2005 by Jeffrey S. Young and William L. Simon

Copyright © for the Polish Edition by Wydawnictwo Studio EMKA

Warszawa 2006

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub w części, w jakiejkolwiek formie zastrzeżone.

Informacji udziela:

Wydawnictwo Studio EMKA

Al. Jerozolimskie 101, 02-011 Warszawa tel./faks (022) 628 08 38

E-mail: wydawnictwo@studioemka.com.pl

Internet: http://www.studioemka.com.pl

ISBN 83-88931-93-8

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

  • Dedykacja
  • Prolog
  • CZĘŚĆ PIERWSZA Wzloty i upadki
    • 1 Korzenie
    • 2 Narodziny firmy
    • 3 Bądźmy piratami!
    • 4 Gorzki smak porażki
  • CZĘŚĆ DRUGA Nowe początki
    • 5 Kolejny krok
    • 6 Showbiznes
    • 7 Mistrz ceremonii
    • 8 ikona
  • CZĘŚĆ TRZECIA Definiowanie przyszłości
    • 9 Magnat
    • 10 Wkraczanie na nowy teren
    • 11 iPod, iTunes, iEgzystencja
    • 12 Starcie tytanów
    • 13 Showtime
  • Epilog
  • Podziękowania
  • Przypisy

Dla Janey, Alyssy, Fiony i Alistaira

Dla Arynne, Sheldona, Victorii i Davida

Prolog

Charyzma, dar nielicznych, to zawiły motek wielu nici. Natura ofiarowała Steve’owi Jobsowi ten dar. Dała mu też urzekającą umiejętność fascynowania tłumów, cechę charakterystyczną dla głosicieli idei i demagogów. Ci, którzy byli świadkami któregokolwiek z jego wielogodzinnych wystąpień, mieli możność obserwowania, jak mistrz estrady wykonuje improwizowany, niereżyserowany monolog na temat technologii, przedstawiając świat według Steve’a Jobsa.

Kiedyś, gdy Jobs był młodszy i mniej doświadczony, sceptycy twierdzili, że te jego brawurowe wystąpienia wszystkim, na co go stać. Gdy jako młody książę technologii po raz pierwszy dzierżył władzę w Apple, była w nim arogancja, która sprawiała, że wydawał się zimny i pusty. Nawet wówczas, kiedy stał się prekursorem w dziedzinie komputerów osobistych. Przyciągał ludzi, ale takich, dla których wyzwania były niczym kult.

15 lat wygnania po odrzuceniu przez własną firmę spowodowało, że Steve Jobs zmienił się. Stał się bardziej ludzki.

Nigdy nie było to bardziej oczywiste, niż podczas MacWorld Expo, zjeździe, który odbył się w San Francisco, w Moscone Convention Center w styczniu 2005 roku. Wówczas, tamtego mroźnego poranka, Steve Jobs przeżył emocjonalny przełom. Niewielu sądziło, że kiedykolwiek mu się to przydarzy. Podobnie jak wszystkie inne wydarzenia w jego niezwykłym życiu, także i to miało tysiące obserwatorów.

Wszyscy, którzy uważnie słuchali słów Steve’a Jobsa, mogli dostrzec, jak bardzo się zmienił. Jego wyznanie, prawie zagłuszone przez oklaski i krzyki, nastąpiło w pewnym nieprzewidzianym i mało znaczącym momencie pod koniec prezentacji.

Dokonywanie prezentacji podczas corocznej wystawy handlowej Macintoshy i „spotkania dzieci kwiatów” w San Francisco jest ważnym zadaniem dyrektora naczelnego Apple. Steve wykonywał je lata wcześniej; gdy został wykopany z firmy, jego następcy kontynuowali tradycję. Lecz nikt nie robił tego tak jak Steve po powrocie do Apple doprowadził wystąpienia do perfekcji, czyniąc je prawdziwą sztuką krasomówstwa i aktorstwa.

Łysiejący już, noszący okulary, Steve dotarł do końca swej prezentacji. Czarny golf i znoszona para jeansów demonstrowały jego lekceważenie dla korporacyjnych uniformów. Z nieśmiałym i skromnym uśmiechem pokazał ostatni slajd na ogromnym, piętnastometrowym ekranie umieszczonym za jego plecami. Widniał tam tytuł Steve’a Jobsa: tymczasowy dyrektor naczelny.

Stojąc samotnie w blasku jupiterów, robiąc to krok do tyłu, to do przodu, przyznał, jak ciężko wszyscy pracowali w Apple od jego powrotu oraz wspomniał o swojej podwójnej posadzie, kierującego Apple’em i Pixarem. „Po tych dwóch i pół latach” powiedział „mam nadzieję, że udowodniliśmy naszym udziałowcom w Pixarze i w Apple, że z powodzeniem mogę pełnić podwójną rolę dyrektora naczelnego. Dlatego nie mam zamiaru dokonywać jakichkolwiek zmian w zakresie moich obowiązków w Pixarze czy w Apple.

Jednak mam przyjemność ogłosić, że porzucam tytuł „tymczasowy”.

Na sali zawrzało: „Steve! Steve! Steve!” Na początku skandowała grupa zagorzałych miłośników Apple’a, potem przyłączyli się inni. Okrzyki wzmogły się, tempo oklasków przyspieszyło, ludzie zaczęli wstawać i sala zgotowała owację na stojąco.

„Steve! Steve! Steve!” Poziom hałasu osiągnął maksimum. Stojący na scenie książę w pierwszej chwili nie bardzo zrozumiał reakcję sali. Przyłożył dłonie do uszu, by lepiej słyszeć i nagle uświadomił sobie, co się dzieje: tysiące fanatyków Apple’a, właścicieli, developerów i zwolenników mówiło mu coś, co pragnął usłyszeć. Ci wszyscy ludzie dawali wyraz swojej miłości do niego.

Po raz pierwszy w historii swojego życia publicznego, tam, na tej scenie, po wyjątkowo dobrze przeprowadzonym dwuipółgodzinnym show, Steve wyglądał na prawdziwie wzruszonego. Z uśmiechem zażenowania odbierał miłość, która obficie na niego spływała.

Być może nie był już arogancki i pewny siebie. Może czworo dzieci oraz całkowita porażka jednej firmy i bliska porażka drugiej czegoś go nauczyły. Tam, na scenie Moscone Center, Steve był szczerze poruszony. Ze ściśniętym gardłem powstrzymywał łzy i mamrotał coś, co dawało do zrozumienia, że tak, każdy może się zmienić. Tak, nawet Steve Jobs przeszedł do świata, w którym uczucia i pasja mogą towarzyszyć interesom i technologii.

„Naprawdę dziwnie się przez was czuję” zaczął. „Co dzień przychodzę do pracy i pracuję z najbardziej utalentowanymi ludźmi na świecie, zarówno w Apple jak i Pixarze. Najlepsza robota pod słońcem. Lecz jest to sport zespołowy”.

Jego oczy zaszkliły się. Sport zespołowy. 15 lat temu nie powiedziałby tego. Lecz czas, który wszystko równa, podkopał jego poczucie niezwyciężoności i elitarności, uświadomił mu, ile ma w życiu szczęścia; mógł teraz stanąć przed tysiącami i szczerze, uczciwie podziękować wszystkim, którzy przez długie godziny pracowali na jego sukces.

Prawie wyszeptał: „Przyjmuję wasze podziękowania w imieniu wszystkich ludzi Apple’a”.

I oto był on, nowy Steve Jobs. Spokorniały z powodu porażki, podniesiony dzięki narodzinom swoich dzieci, złagodniały upływem czasu. Jednak nadal tak samo niezłomny i może nawet bardziej pewny swoich decyzji, niż kiedykolwiek przedtem. Ale rozumiał już, że bez pracy mnóstwa innych osób nie byłoby tego wszystkiego. Apple to sport zespołowy.

Był kimś, kto bardziej niż ktokolwiek inny, sprawił, że technologia zdawała się nieść obietnicę dla każdego. Dzięki mistrzowskiemu stworzeniu kolekcji marginalnych, lecz zdobywających coraz większą popularność technologii, wszystko zdawało się nabierać nowego znaczenia, napełnione jego zaraźliwym entuzjazmem, pasją dla Macintosha oraz prawdziwym dreszczem emocji, który towarzyszył jego procesowi stawania się kimś lepszym dla samego siebie, dla Apple’a, dla branży komputerów osobistych.

Jego urok, sposób bycia, delektowanie się zwycięstwem chwili przypomniały wszystkie stare hasła, których był twórcą: „Obłędnie wspaniali!”, „Niech cały świat popamięta!”, „Podróż jest nagrodą!”, „Bądźmy piratami!”. I nowe, które je zastąpiły: „To będzie kolosalny sukces!”, „Więcej niż pudło” i w końcu: „Ponowne tworzenie Apple’a”, „Think different” („Myśl inaczej”). A także hałaśliwą paradę postaci, począwszy od Buzza Lightyeara, poprzez rybę błazenka Nemo, po rodzinę Iniemamocnych.

Steve nie był jedynym, który uległ tego dnia wzruszeniu. Na końcu sali siedział samotnie, ledwo rozpoznawalny drugi Steve, Wozniak, znany jako Woz, niegdysiejszy partner i genialny twórca Apple II, który zapoczątkował kult Apple’a, dzięki natchnionym i niezwykłym cudom inżynierii.

Woz patrzył, jak jego były partner łagodnie, a nawet pokornie przyjmuje aplauz i pochwały, a łzy ciekły mu po policzkach. Wychodząc z sali, powiedział pewnemu dziennikarzowi, że „czuł się jak za dawnych czasów, gdy Steve wygłaszał oświadczenia, które wstrząsnęły jego [Woza] światem”. Jeśli Woz mógł wybaczyć Steve’owi, to mógł i każdy inny. Minęło sporo czasu, odkąd po raz pierwszy Steve doprowadził go do łez. Lecz wiele się od tamtej pory zmieniło.

Gdy Steve Jobs rozkoszował się chwilą, ożyły ogromne głośniki. Zszedł ze sceny, wierni kibice Macintosha zaczęli opuszczać audytorium, wciąż pod wrażeniem jego wystąpienia, a wokół rozbrzmiewały dźwięki piosenki jednego z jego bohaterów. Było to „Imagine” Johna Lennona, zabitego zaledwie kilka dni przed wejściem Apple’a na giełdę w grudniu 1980 roku.

You may say I’m a dreamer

But I’m not the only one

(Może powiesz, że jestem marzycielem

Ale nie jestem jedynym)

Jednak nikt nie mógł sobie wyobrazić, jak ułoży się dalsze życie Steve’a.

CZĘŚĆ PIERWSZA
Wzloty i upadki

1
Korzenie

Według mnie to oczywiste, że Steve zawsze był w pewnym stopniu przewrażliwiony. Gdzieś w głębi tkwiła w nim jakaś niepewność, która popychała go do wychodzenia naprzód i sprawdzania swoich możliwości. Myślę, że sieroctwo odcisnęło na nim piętno, którego większość z nas nigdy nie zrozumie.

Dan Kottke, jeden z najbliższych przyjaciół Steve'a

Amerykanie mają skłonność do zapominania, jak wielu zmian, dotyczących ich kraju, społeczeństwa i postępu cywilizacyjnego, doświadczyli w XX wieku: szok i chaos dwóch wojen światowych, nadzieja i niepewność lat 50., wstrząsy lat 60., przemiany lat 70. i 80. oraz zamęt lat 90. wywołany wpływem technologii. Ciąg wydarzeń tych dekad zmienił sposób, w jaki Amerykanie pracują, myślą, bawią się, a nawet kochają. Z perspektywy czasu dostrzegamy nieuniknione zmiany w tym, co uważamy za zachowania społecznie dopuszczalne i jesteśmy zaskoczeni, jak bardzo one sprzeczne z naszymi obiegowymi osądami.

Ale jedna sprawa od czasu narodzin Steve’a Jobsa pozostała niezmienna: zwyczaj adoptowania dzieci. W połowie zeszłego wieku i wcześniej był on nawet znacznie bardziej rozpowszechniony niż teraz. Ta różnica da się łatwo wyjaśnić: w tamtych czasach wychowywanie dziecka przez samotną kobietę uznawano za hańbę, a aborcja nie tylko była nielegalna, ale także jeżeli w ogóle dostępna często dla kobiety zabójcza. Pojawienie się w latach 60. powszechnej kontroli narodzin na zawsze to zmieniło. Poza penicyliną pigułka antykoncepcyjna jest zapewne największym medycznym wynalazkiem XX wieku. Razem z ruchem kobiecym kontrola narodzin zmieniła nasz moralny kompas. Jednak w latach 50. samotna kobieta, która zaszła w ciążę, miała tylko jedno przyzwoite wyjście: oddanie nowo narodzonego dziecka do adopcji. Agencje zajmujące się kojarzeniem bezdzietnych par z kobietami, które „popadły w kłopoty”, zaczęły tworzyć coś w rodzaju sieci chałupniczej.

Steve Jobs urodził się 24 lutego 1955 roku w San Francisco w stanie Kalifornia. Poza tym faktem na temat swojego biologicznego pochodzenia nie wiedział praktycznie nic do czasu, gdy był już dorosły i sławny. Po kilku tygodniach od jego narodzin matka „małego Johna Doe” zrzekła się praw do opieki nad synem na rzecz małżeństwa z San Francisco, Paula i Clary Jobs, które prawie od 10 lat bezskutecznie starało się o potomstwo.

Paul zajmował się wieloma rzeczami, zanim w końcu zamieszkał na zachodzie. Był mężczyzną o imponującej posturze, synem farmera wychowanym w rozsądnym, środkowozachodnim kalwinizmie. Trwający 10 lat wielki kryzys gospodarczy zmusił go do przedwczesnego wkroczenia w świat dorosłych i określenia swojej drogi życiowej. W szczytowym okresie kryzysu porzucił szkołę średnią i przez kilka lat przemierzał środkowy zachód, szukając pracy i żyjąc prawie jak włóczęga. W końcu wybrał względną stabilność życia w armii, zapisując się do U.S. Coast Guard (Straż Przybrzeżna Stanów Zjednoczonych), w żargonie zwanej „marynarką wojenną chuliganów”, gdzie doskonalił swoje umiejętności operatora silnika. Pobyt w straży przybrzeżnej zostawił widoczne ślady w jego wyglądzie tatuaże na ramionach, ścięte na jeża włosy. Miał świadomość braku formalnego wykształcenia, ale nie wywoływało to w nim kompleksów. Był serdeczny i otwarty, miał dumę produktywnego amerykańskiego robotnika.

Paul Jobs znalazł się w San Francisco, gdy jego statek straży przybrzeżnej zawinął do portu, gdzie miał być zdjęty ze służby. Wówczas, po doświadczeniach wojny i wielkiego kryzysu, Paul szukał tego samego, co wszyscy jego rodacy: nowego początku. Założył się z kolegą ze straży, że „w cieniu Golden Gate” znajdzie sobie narzeczoną. Już niedługo potem zaczął umawiać się z pewną miejscową dziewczyną i wkrótce poprosił o rękę. Paul i Clara pobrali się w 1946 roku i powrócili na ziemię przodków Paula, do Indiany, gdzie zdobyta na statku znajomość mechaniki pomogła mu w znalezieniu pracy w International Harvester.

Zdolności do majsterkowania Paul wykorzystywał również, oddając się swojemu hobby. Najbardziej relaksującym i satysfakcjonującym dla niego zajęciem było kupowanie starych, zajeżdżonych samochodów i spędzanie weekendów pod ich podwoziami. Reperował i przywracał te gruchoty do stanu używalności. Gdy samochód był gotowy, sprzedawał go i kupował następny. Zawsze osiągał niezły zysk. Surowe wychowanie uczyniło z niego twardego negocjatora.

Jednak chęć powrotu do Kalifornii była zbyt silna. W 1952 roku Paul i Clara spakowali się i wrócili do San Francisco, wprowadzając się do mieszkania z widokiem na Ocean Spokojny. Wkrótce Paul dostał pracę w spółce finansowej. Z uwagi na swoje warunki fizyczne pomagał w egzekucji należności od osób, które pożyczyły pieniądze na zakup samochodu był kimś w rodzaju komornika. Jego mocna budowa i zdecydowany sposób postępowania były bardzo przydatne w tym niebezpiecznym zajęciu, a smykałka do mechaniki umożliwiała mu otwieranie samochodów, które w imieniu firmy przejmował i w razie konieczności uruchamiał przez zwieranie kabli.

W trzy lata po adopcji małego chłopca, którego nazwali Steven Paul, państwo Jobsowie przenieśli się do południowej, przemysłowej części San Francisco i zamieszkali w jednym z domów dla powracających weteranów wojennych. Steve już w wieku trzech lat ujawniał trudny charakter, który dzisiaj kulturalni ludzie nazywają „nadpobudliwością ruchową”. Często wstawał o czwartej rano i miał wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty. Pewnego razu wraz z kolegą wylądowali w szpitalu, gdyż chcieli się dowiedzieć, jak smakuje trucizna na mrówki. Innym razem Steve wepchnął spinkę do włosów w gniazdko elektryczne i swoją ciekawość przypłacił ciężkim poparzeniem. Niemniej jego wybryki nie zdołały odwieść Jobsów od decyzji adoptowania kolejnego dziecka, dziewczynki o imieniu Patty, dwa lata młodszej od Steve’a.

Być może Steve potrzebował trochę większego nadzoru niż większość dzieci, jednak nie ulegało wątpliwości, że jest bystry i pod wieloma względami wydawał się taki sam jak każde inne amerykańskie dziecko z lat 50. Wygłupiał się przed kamerą, gdy któryś z sąsiadów robił pamiątkowy rodzinny film na superośmiomilimetrowej taśmie, hałasował na swoim czterokołowcu, pedałując po okolicy. Spędzał jednak zbyt dużo czasu przed telewizorem, co być może zapowiadało, że wyrośnie na młodzieńca, który niełatwo nawiązuje przyjaźnie.

W rok po narodzinach Steve’a John Bardeen, Walter Brattain i William Shockley otrzymali Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za wynalezienie tranzystora. Paul i Clara Jobs nawet sobie nie wyobrażali, jak wynalazek ten zmieni życie ich syna i umożliwi mu wpływ na życie milionów ludzi.

* * *

Gdy Steve miał 10 lat, jego zainteresowanie elektroniką stało się oczywiste. Był zafascynowany możliwościami praktycznego wykorzystania gadżetów elektronicznych, dostrzegając w swojej dziecięcej wyobraźni ich niemalże nieograniczony potencjał. W tym czasie jego ojciec przeniósł całą rodzinę w dół Półwyspu Kalifornijskiego, do Mountain View, miejscowości, będącej sypialnią dla pracowników firm elektronicznych. Wyrastały one jak grzyby po deszczu wokół Palo Alto, gdzie Paul nadal pracował jako egzekutor należności. Miejsce, które wybrali państwo Jobsowie, było dla Steve’a szczególnie korzystne zamieszkiwali je inżynierowie, pracujący dla różnych firm elektronicznych, w tym dla Hewletta-Packarda. Weekendy spędzali w swoich garażowych warsztatach i z chęcią witali samotnego chłopca, który chciał się czegoś nauczyć i czymś zająć. To właśnie jeden z sąsiadów dał Steve’owi do zabawy prosty mikrofon węglowy, który przyniósł z laboratorium. Zafascynowany urządzeniem Steve zadawał mnóstwo wnikliwych pytań. Już wkrótce spędzał z tym mężczyzną tak dużo czasu i wywarł na nim tak wielkie wrażenie niezwykłą jak na swój wiek dojrzałością, że otrzymał mikrofon na własność.

Z rówieśnikami jednak Steve miał same kłopoty. Już wówczas był buntownikiem. Znacznie później jego szkolny kolega miał o nim powiedzieć, że był „typem samotnika, takim trochę beksą”. Należeli do jednej drużyny pływackiej, jedynego zespołu sportowego, w jaki Steve się zaangażował. „Gdy przegrał wyścig, odchodził gdzieś sam i płakał. Nie do końca pasował do grupy. Nie był jednym z kumpli” twierdził ów kolega.

Dziecięca skłonność Steve’a do psot i upór szybko przekształciły się w coś bardziej nieprzyjemnego. Kilka razy zawieszano go w prawach ucznia za złe zachowanie, ignorowanie nauczycieli i odmawianie wykonywania prac domowych lub zadań, które określał jako „stratę czasu”. Kiedyś wyznał: „Szkoła mnie nudziła i zacząłem trochę rozrabiać”. Przewodził grupie, która podkładała ładunki wybuchowe i wpuszczała węże do klas. „Trzeba było nas widzieć w trzeciej klasie” opowiadał. „Nauczyciel miał już nas kompletnie dość”. Te słowa, świadczące o poczuciu dumy i satysfakcji z zadawania bólu, kolejną wskazówką, kim Steve miał się stać. Nic dziwnego, że w końcu wydalono go ze szkoły.

W czwartej klasie Steve znalazł się pod wpływem nauczycielki, Imogene „Teddy” Hill, która zmieniła jego życie. „Była jedną ze świętych w moim życiu” zwierzył się. „Prowadziła zaawansowany kurs dla czwartoklasistów i już po miesiącu wiedziała, z kim ma do czynienia. Przekupywała mnie, żebym się uczył. Mówiła: ‘Bardzo chcę, żebyś skończył te ćwiczenia. Jeśli to zrobisz, dam ci pięć dolarów’. Naprawdę rozbudziło to we mnie pasję do nauki”.

Tego roku Steve nauczył się więcej niż w jakiejkolwiek innej klasie. Nauczyciele proponowali nawet, by przeskoczył piątą klasę i poszedł od razu do gimnazjum. Ostatecznie jego rodzice z niechęcią wyrazili na to zgodę. Tak więc Steve o rok wcześniej wstąpił do gimnazjum Crittenden. Nie troszczono się tam jednak o społeczne przystosowanie utalentowanych uczniów, umieszczając ich w jednej klasie ze starszymi kolegami.

Tymczasem dla Paula Jobsa sprawy nie układały się najlepiej. Zrezygnował z posady egzekutora należności i zatrudnił się jako pośrednik sprzedaży nieruchomości. Był to wówczas świetny interes ze względu na dynamiczny rozwój Półwyspu. Ale szorstka osobowość Paula nie pasowała do tej profesji, w której aby się odnaleźć, trzeba być agresywnym i służalczym jednocześnie. Pewnego dnia, gdy Steve był jeszcze w czwartej klasie, Teddy Hill zapytała swoich uczniów: „Co takiego jest na świecie, czego nie rozumiecie?” Pamięta, jak Steve natychmiast podniósł rękę i powiedział: „Nie rozumiem, dlaczego tak nagle zostajemy bez grosza!”

Paul Jobs, po 15 latach przerwy w swoim fachu, wrócił do pracy na stanowisku operatora maszyn. Chociaż musiał zaczynać od najgorzej płatnych zajęć i na nowo torować sobie drogę kariery, szybko awansował i już wkrótce rodzina Jobsów odpoczęła od kłopotów finansowych. Następnie zatrudnił się w Spectraphysics, gdzie w końcu zaczął pracować nad rozwojem systemu luster, które odczytują kody na produktach niemal w każdym supermarkecie na świecie.

Jednak Steve był w swojej nowej szkole zupełnie nieszczęśliwy. W Crittenden Junior High w Mountain View było znacznie ciężej niż w podstawówce, a przy tym skupiała się tu młodzież z biednych dzielnic. Często wzywano miejscową policję, by interweniowała w bójkach, w porównaniu zaś z tym, co wyprawiali chuligani z Mountain View, wybryki Steve’a były tylko niewinną zabawą.

Jego wolny duch i ogromna inteligencja pozostawały na tym tle niezauważone, przez co rosło jego poczucie nieszczęścia i frustracja. Wreszcie sytuacja stała się tak tragiczna, że postanowił nie wracać po wakacjach do Crittenden. Latem poinformował ojca o swojej decyzji. Po długiej dyskusji Paul i Clara musieli uwzględnić możliwość, że ich syn, mający do tej pory problemy z dyscypliną, jest o krok od zostania zwyczajnym młodocianym przestępcą. Wiedzieli, że konieczne jest dokonanie wyboru.

„Powiedział, że po prostu nie wróci [do tej szkoły]” wspomina Paul Jobs. „Dlatego się przeprowadziliśmy”.

W wieku 11 lat Steve wykazał taką siłę woli, że przekonał swoją rodzinę do przeprowadzki. Cechujące go zdecydowanie i determinacja, dzięki którym mógł pokonać każdą przeszkodę na drodze swojego rozwoju, już wtedy stały się oczywiste.

W 1967 roku rodzina Jobsów przeniosła się na równiny Los Altos. Trafili w nietypowe środowisko. Los Altos i pobliskie miasta Cupertino i Sunnyvale zdominowane były przez fachowców w dziedzinie inżynierii elektrycznej i ich rodziny; nigdzie, od czasów Manhattan Project, nie było w jednym miejscu tylu pasjonatów nauki co właśnie tu. Najwięcej zatrudniał ich Lockheed, jako główny zaopatrzeniowiec NASA w wyścigu kosmicznym. Oprócz niego działało mnóstwo innych firm elektronicznych, chcących mieć swój udział w locie na Księżyc. Był to również początek ery miniaturyzacji elektronicznej, zapoczątkowanej wynalezieniem pierwszego półprzewodnika, a następnie zintegrowanego obwodu czy układu scalonego, które umożliwiły zmieszczenie setek półprzewodników na pojedynczym chipie. W każdym garażu Steve spotykał znawcę elektrotechniki, chętnego do podzielenia się swoją wiedzą, oraz pudełko lub dwa pełne części zapasowych do przestarzałego sprzętu, które po szkole mógł rozkładać na czynniki pierwsze. W porównaniu z szamotaniną w Mountain View był to raj na ziemi.

W gimnazjum w Cupertino poznał Billa Fernandeza, wrażliwego syna miejskiego adwokata, który, podobnie jak młody Jobs, miał problemy z przystosowaniem się do rówieśników. Obaj byli chudzi, wątli i mało wysportowani. Cechowała ich pewna odrębność, z powodu której w opinii kolegów z klasy uchodzili za nieco dziwnych. Elektronika była idealnym wyjściem dla tych outsiderów. Mogli oddawać się swojej pasji w samotności i zaciszu sąsiedzkich garaży i warsztatów. Zagłębiając się na wiele godzin w inny świat, odsuwali od siebie dylematy i problemy nastolatków związane z akceptacją rówieśników, sprawnością w sporcie czy kontaktami z dziewczętami. Przez szkolnych kolegów uznawani byli za dziwaków, natomiast coraz mocniej wtapiali się w otaczającą ich społeczność inżynierów i naukowców.

„Bardzo wyraźnie pamiętam jedno zdarzenie związane ze Steve’em Jobsem” wspomina Bruce Courture, który przez sześć lat chodził ze Steve’em do gimnazjum w Cupertino i liceum w Homestead. W ostatniej klasie Courture’a uznano za „Pewniaka Sukcesu”, potem został partnerem w jednej z najlepszych i najnowocześniejszych firm prawniczych w Dolinie Krzemowej. „Nigdy nie zapomnę tamtego mglistego dnia. Byliśmy wtedy w pierwszej klasie i na jednej z lekcji wf… trener zlecił nam zrobić dwa okrążenia wokół boiska. W pewnym momencie Steve, który biegł przede mną, zauważył, że trener, znajdujący się na przeciwległym końcu boiska, nie może nas dostrzec. Zatrzymał się i usiadł. Stwierdziłem, że to całkiem niezły pomysł i zrobiłem to samo. Siedzieliśmy i patrzyliśmy na mijających nas chłopaków, a kiedy skończyli okrążenie i zaczęli kolejne, dołączyliśmy do nich.

Koledzy trochę sobie z nas pożartowali, ale najlepsze było to, że Steve znalazł sposób, jak wykonać tylko połowę zadania i zyskać takie samo uznanie, jak za wykonanie całości. Podziwiałem jego odwagę, tym bardziej że był zaledwie pierwszoklasistą. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby zrobić coś takiego”.

Naprzeciw domu Fernandezów mieszkała rodzina Wozniaków. Ojciec, Jerry Wozniak, był inżynierem w Lockheed. Państwo Fernandez nie mieli nic wspólnego z elektroniką, Jerry stał się wiec mentorem i nauczycielem Billa w tej dziedzinie. Syn Jerry’ego, Steve, również miłośnik elektroniki, pomagał czasem Billowi w realizacji projektów na wystawy naukowe, chociaż był od niego o pięć lat starszy.

W ważnym dla Ameryki 1968 roku Steve Jobs zaczął chodzić do Homestead High School. W kraju wybuchały konflikty związane z wojną w Wietnamie i prawami obywatelskimi. Studenci organizowali protesty i demonstracje, których centrum znajdowało się na północnokalifornijskich uniwersytetach Berkeley i San Francisco State.

Tymczasem Steve Wozniak, student pierwszego roku Uniwersytetu Kolorado, zapisywał się w pamięci miasteczka uniwersyteckiego. Serią swoich wyczynów ten zdolny i odważny komputerowy dowcipniś wystawiał na próbę szkolną administrację. W dniu wyborów prezydenckich na uczelnianym komputerze zaczęła bez końca powtarzać się pewna prześmiewcza wiadomość. Szybko zidentyfikowano winowajcę. W opinii dziekana była to kropla przepełniająca czarę. Wozniak mógł zostać na uczelni tylko do końca bezbarwnego już i nieciekawego dla niego roku akademickiego. Opuścił kampus wiedząc, że nigdy tam nie wróci.

Afera z uczelnianym komputerem mogłaby wskazywać, że Wozniak odznaczał się inwencją, tryskał energią i niespodziewanymi pomysłami. Ale jego matka uważała, że to „stary nudziarz”. Nie zwracał uwagi na dziewczyny, nie miał też talentu do sportu.

Woz, jak nazywano go od czasów szkoły podstawowej, był raczej posłusznym dzieckiem, choć niekiedy upartym. Miał też zdolność do głębokiego i całkowitego skupiania się na tym, co go akurat interesowało. W pewnych sytuacjach matka, aby zwrócić jego uwagę, musiała stukać go ołówkiem w głowę. Poza elektroniką i nierozerwalnie związaną z nią matematyką niewiele rzeczy go obchodziło. Najchętniej całe dnie spędzałby na projektowaniu płytek obwodu drukowanego do różnych gadżetów. Natomiast literatura czy nauki społeczne nudziły go i nie odrabiał nawet najprostszych zadań domowych z tych przedmiotów. Miał osobowość geniusza: w jednej dziedzinie błyskotliwy, w każdej innej znudzony. W ostatniej klasie liceum omal nie oblał angielskiego i historii.

W każdym razie Woz był świadom swojej znajomości elektroniki i na tyle pewny siebie, że przed nikim tego nie ukrywał. Na lekcjach elektroniki dyskutował z nauczycielem, sprawdzając na forum klasy jego wiedzę i wychwytując błędy. Takie demonstracyjne poczucie wyższości nie przysparzało mu sympatii nauczycieli i uczniów. Pozostawał więc raczej na uboczu i nie miał zbyt wielu przyjaciół. Doceniano jednak jego poczucie humoru.

Zawsze przyjaźnił się z młodszymi od siebie. Było w nim coś precyzja, zdeterminowanie, hojność w dzieleniu się wiedzą z innymi co przemawiało do młodszych chłopców, szukających wzoru do naśladowania. Jego najlepszy przyjaciel ze szkoły średniej, o dwa lata młodszy Alan Baum, również był geniuszem elektroniki i ostatecznie zatrudnił się w MIT (Massachusetts Institute of Technology). Umiejętności „wycinania numerów” przez dowcipnisia Woza doskonaliły się w miarę, jak rozwijał się jego talent do tworzenia projektów elektronicznych.

Mimo niedociągnięć w nauce szybko zyskał w Cupertino sławę najlepszego specjalisty od spraw technicznych, a także stał się obiektem uwielbienia ze strony dzieciaków w rodzaju Billa Fernandeza.

Latem 1969 roku Woz i Alan Baum przez kilka miesięcy tworzyli katalog schematów postępowania i dokumentację techniczną komputera. Po odejściu Bauma do MIT Woz postanowił sam zająć się konstrukcją komputera. Potrzebne części wyszukiwał w magazynach gromadzących niewykorzystaną w produkcji nadwyżkę materiałów, lub uzyskiwał je bezpośrednio od firm przychylnych jego projektowi. Zwerbował do pomocy Billa Fernandeza, zwłaszcza że metodyczny Bill posiadał przyzwoity, starannie zaprojektowany warsztat w swoim garażu po drugiej stronie ulicy.

„Chciałem stworzyć maszynę, która umiałaby coś wykonać” powiedział po latach Wozniak. „W odbiorniku telewizyjnym przekręcasz gałkę i coś się zaczyna dziać. W moim komputerze naciskałeś kilka przycisków i przełączników i zapalały się światła”. To był jego cel i udało mu się go osiągnąć: maszyna działała. Przynajmniej do czasu, eksplodowało źródło zasilania. Zdarzyło się to w momencie, gdy chłopcy demonstrowali pracę swojego urządzenia pewnemu reporterowi z „San Jose Mercury News”. Być może urządzenie nie było zbyt wyrafinowane, ale zostało skonstruowane pięć lat przed ukazaniem się na rynku pierwszych zestawów komputerowych dla hobbystów.

Nazwali je „komputer Flair Pen albo Cream Soda” („Pióro Flair albo Napój Śmietankowy”). Jak zdradził Fernandez: „Woz zawsze używał takiego pióra, gdy rysował schemat jakiegoś projektu. Twierdził, że prawdziwego inżyniera poznasz po piórze Flair w kieszeni jego koszuli. Tamtego roku podobał nam się kolor fioletowy. I nie piliśmy nic innego poza butelkowanym napojem śmietankowym. Byliśmy tak spłukani, że odnosiliśmy puste butelki do sklepu i za kaucję kupowaliśmy następne”.

Pewnego dnia Fernandez zaprosił Steve’a Jobsa, by zobaczył komputer, który on i Woz zbudowali. To pierwsze spotkanie Jobsa z Wozem nie udało się. Osiemnastoletni wówczas Wozniak był już prawdziwym specem od elektroniki, podczas gdy o pięć lat młodsi Jobs i Fernandez, byli tylko parą dzieciaków, które nie miały szczególnych umiejętności praktycznych w tej dziedzinie. Oczywiście lubili bawić się gadżetami, ale interesowało ich raczej robienie sztuczek z wykorzystaniem laserów i luster, niż zajmowanie się czymś bardziej praktycznym i pożytecznym. Tymczasem Wozniak projektował już płyty układu do bardziej złożonych komputerów i regularnie odwiedzał stanfordzką bibliotekę Linear Accelerator, gdzie studiował najnowsze teksty, jakie udało mu się znaleźć.

Jobs był pod wielkim wrażeniem możliwości, które krył w sobie przedstawiony mu projekt. Od dłuższego czasu uważał, że pod względem znajomości elektroniki nie ma sobie równych, ale teraz nagle otrzeźwiła go świadomość, że Woz jest od niego lepszy.

Słyszał o Wozniaku już wcześniej od Fernandeza i wiedział, że ma on opinię wielce zasłużonego w dziedzinie robienia kawałów. Jego najsłynniejszy wyczyn miał miejsce w szkole średniej w Homestead. Pewnego dnia dyrektor szkoły wybiegł na boisko, trzymając w ręce złowieszczo tykającą torbę gimnastyczną, wyciągniętą z szafki jednego z uczniów. Okazało się, że w torbie znajdowały się cegły i budzik. Epizod ten zakończył się dla Woza spędzeniem nocy w izbie zatrzymań dla nieletnich. Ale gdy następnego dnia wrócił do szkoły, uczniowie zgotowali mu wielką owację.

Steve Jobs i Steve Wozniak wydawali się ulepieni z tej samej gliny. Obaj byli typami skupionych na sobie, wyizolowanych z otoczenia samotników. Pięć lat różnicy nie miało znaczenia wobec wspólnej pasji. Zapał do elektroniki Wozniaka był tak duży, że gdy chciał wyjaśnić jakiś pomysł, który w danej chwili chodził mu po głowie, wyrzucał z siebie zdania z szybkością karabinu maszynowego.

Podobnie zachowywał się Jobs. Kiedy opowiadał o czymś, co go akurat interesowało, stawał blisko rozmówcy, naruszając jego przestrzeń osobistą, i bombardował go informacjami na temat swojego najnowszego odkrycia. A gdy już postanowił z tobą porozmawiać, było prawie niemożliwe, byś mógł uniknąć z nim spotkania. Znacznie później pewien jego znajomy powiedział: „Rozmowa ze Steve’em Jobsem przypominała próbę pociągnięcia łyka wody z węża strażackiego”. Steve miał cięty dowcip, ale śmiał się rzadko i wówczas, kiedy był chłopcem, i później, gdy miał już świat u swoich stóp. Czasami uśmiechał się, ale prawdziwy, nieskrępowany śmiech prawie mu się nie zdarzał.

To zawsze ich od siebie różniło. Steve Wozniak śmiał się często i lubił opowiadać dowcipy była to jedna z tych niewielu rzeczy, dla których robił sobie przerwę w pracy (kilka lat później prowadził w San Jose darmowy serwis Joke-a-Day i prawie co dzień przesyłał wybranym przyjaciołom dowcipy i śmieszne historyjki obrazkowe). Woza pochłaniały komputery i elektronika, a tym, co naprawdę pochłaniało Jobsa, był on sam.

Jobs wiedział już, że został adoptowany i wiedza ta zdawała się napędzać poszukiwania czegoś, co nadałoby jego życiu znaczenie. Odczuwał jakąś próżnię i szukał możliwości jej wypełnienia. Maszyna, którą konstruowali Wozniak i Fernandez, mogła stanowić jedną z takich możliwości.

Woz dużo wiedział o elektronice, ale bez wątpienia to Steve Jobs miał łeb na karku i odwagę. Gdy wyznaczył jakiś cel, nic nie mogło przeszkodzić mu w jego osiągnięciu. Z właściwym sobie tupetem zawsze atakował sam szczyt docierał do najważniejszych ludzi, decydentów. Po przeprowadzce do Los Altos zaczął obmyślać plan zbudowania licznika częstotliwości urządzenia śledzącego występowanie danej częstotliwości elektrycznej w obwodzie. Gdy stwierdził, że potrzebuje więcej części, po prostu zadzwonił do Billa Hewletta, jednego z założycieli i szefów firmy Hewlett-Packard. „Jego numer znalazłem w książce telefonicznej Palo Alto” opowiadał. „Hewlett odebrał telefon i był bardzo uprzejmy. Gawędziliśmy około 20 minut. Nie znał mnie, ale skończyło się na tym, że dał mi kilka części i zaproponował wakacyjną pracę w swojej fabryce przy montażu liczników częstotliwości… Cóż, ‘montaż’ to może niezbyt ścisłe określenie. Dokładnie chodziło o przykręcanie śrub. To nie miało zresztą znaczenia; byłem wniebowzięty”.

Jednak w okresie dojrzewania, gdy hormony rozpoczęły swe magiczne dzieło, Jobs zaczął zdawać sobie sprawę, że życie to chyba coś więcej niż tylko elektronika. „Pamiętam swój pierwszy dzień przy linii montażowej u Hewletta-Packarda” wspomina. „Mojemu przełożonemu, facetowi o imieniu Chris, okazywałem najwyższy entuzjazm z powodu możliwości pracowania tam przez lato. Mówiłem, jak bardzo się z tego cieszę. Zapewniałem go, że zajmowanie się elektroniką uważam za najfajniejsze na świecie. Zapytałem, co on lubi robić najbardziej na świecie, i usłyszałem: Pieprzyć!

Wiele tamtego lata się nauczyłem”.

W okresie dojrzewania Steve zetknął się też z marihuaną. „Pierwszy raz w życiu się naćpałem; odkryłem twórczość Dylana Thomasa, Szekspira i innych klasyków. Przeczytałem „Moby Dicka” i zacząłem brać lekcje twórczego pisania”.

Szedł przez życie swoim własnym tempem. Gdy Ameryka przechodziła przemiany od konformizmu lat 60. po indywidualizm lat 70., szybko przyswoił sobie te wartości kontrkulturowe, które mu odpowiadały indywidualizm, sprzeciw wobec podporządkowywania się regułom i przepisom ograniczającym swobodę jednostki. A także entuzjazm dla narkotyków halucynogennych. Opowiedział się za ideologią hipisów, jednak bez naśladowania hipisowskiej postawy robienia tylko tego, co koniecznie niezbędne.

Homestead High School składała się z przysadzistych budynków, postawionych w czasie ożywienia gospodarczego, które ogarnęło Dolinę Krzemową po wojnie. Szkoła, położona między dwiema autostradami, nie różniła się od innych typowych miasteczek studenckich w Kalifornii. Ziemi było pod dostatkiem, więc kolejne pomieszczenia dydaktyczne po prostu dobudowywano do już istniejących. Steve Jobs i Bill Fernandez zostali przyjęci w poczet pierwszoklasistów we wrześniu 1968 roku.

Łączyło ich zamiłowanie do technologii, lecz obaj zdawali sobie też sprawę, jak niekorzystne jest dla ich rozwoju, że nie pochodzą z rodzin o głębokich zainteresowaniach naukowych. Szkoła umożliwiała uczestnictwo w zajęciach z elektroniki elektronika dla początkujących Johna McColluma na które postanowili chodzić razem.

Zostali „kablarzami”. Tym przezwiskiem młodzież z liceum w Dolinie Krzemowej ochrzciła członków klubu miłośników elektroniki. Nawiązywało ono do subkultury hipisów. „Kablarz” to ktoś, kto łączył popularne w tamtym czasie zainteresowanie narkotykami z zamiłowaniem do elektroniki. Ale na pewno nie był niewydarzonym maniakiem narkotyków. Gdy zajmowałeś się elektroniką w Dolinie Krzemowej, byłeś w porządku.

Cztery lata wcześniej w autorytarnym i praktycznym reżimie szkolnego wydziału naukowego rozwijał się Steve Wozniak. Był nagradzanym uczniem elektroniki, zwycięzcą konkursów na piknikach naukowych, twórcą niezliczonej ilości schematów elektronicznych, przewodniczył kółku matematycznemu i elektronicznemu. Dla Jobsa zagadnienia naukowe nigdy do końca nie stały się pasją, a z upływem kolejnych lat w liceum interesował się nimi coraz mniej.

„Słabo pamiętam Jobsa” wspomina McCollum. „Nie rzucał się w oczy. Na zajęciach siedział na uboczu i coś tam robił, nie wykazując szczególnego zainteresowania tematem.

Pamiętam jednak pewne zdarzenie. Steve coś składał i potrzebował części, których nie miałem. Jedynym ich dostarczycielem była firma Burroughs. Poradziłem mu, żeby skontaktował się z public relations miejscowego oddziału firmy i poprosił o udostępnienie jednej lub dwóch części do jego szkolnego projektu.

Następnego dnia przyszedł ogromnie zadowolony. Oznajmił, że Burroughs zgodziła się przysłać potrzebne części i wkrótce je dostarczy. Zapytałem, jak udało mu się tego dokonać. Okazało się, że zatelefonował na koszt rozmówcy do głównej siedziby firmy i wyjaśnił, że pracuje nad nowym projektem elektronicznym. Powiedział, że testuje różne części i rozważa możliwość wykorzystania części Burroughs.

Byłem wściekły. Nie takiego postępowania oczekiwałem od moich uczniów. I rzeczywiście. Na drugi dzień części zostały przysłane pocztą lotniczą. Nie podobał mi się sposób, w jaki je zdobył, musiałem jednak uszanować rezultaty jego zabiegów”.

Pod koniec drugiej klasy Jobs coraz rzadziej pojawiał się na zajęciach McColluma. Miał już 14 lat i zaczynał podążać w innym kierunku. Nie tylko elektronika przestała go tak bardzo pociągać. Uznał też, że treningi w drużynie pływackiej Moutain View Dolphins zajmują zbyt dużo czasu i zamienił je na piłkę wodną. Ale był to tylko krótki epizod. Stwierdził, że brakuje mu agresywnego instynktu zabójcy, niezbędnego, by „zostać zapalonym sportowcem”. „Zawsze był samotnikiem” podsumowuje McCollum. Szukał czegoś, w co mógłby się zaangażować. Czegoś naprawdę interesującego.

Pewien sklep w Mountain View o nazwie Haltek był po brzegi wypełniony niepotrzebnymi i nieposortowanymi częściami elektronicznymi. Trafiały tam z różnych firm w Dolinie Krzemowej. Mogły zostać odrzucone z wielu powodów: skazy na emalii, zbyt wysokiego wskaźnika wadliwości w danej partii, pojawienia się nowszego modelu itp. Do Halteka przychodzili przede wszystkim garażowi twórcy i młodzi ludzie ze szkół średnich, pracujący nad własnymi projektami lub eksperymentami. W czasach licealnych Steve’owi udało się załatwić w sklepie pracę weekendową.

Gdy Fernandez opowiadał mu o komputerze, który on i Wozniak konstruowali, Steve właśnie pracował u Halteka. Znał się już trochę na częściach elektronicznych, orientował się w ich cenach, co miało zostać mu już na długie lata. Projekt Fernandeza i Wozniaka wzbudził jego zainteresowanie, coraz więcej czasu spędzał w garażu Fernandezów. Między nim a Wozem zaczęła rodzić się przyjaźń.

Niewątpliwie łączyło ich zamiłowanie do „wycinania numerów”. Woz obmyślał plan, a Jobs się rwał, by go wykonać. Dzięki przyjaźni ze znanym kawalarzem Wozniakiem zyskał pewien prestiż wśród rówieśników.

W wieku 16 lat Steve Jobs nosił włosy do ramion i coraz rzadziej pojawiał się w szkole. Znajdował się gdzieś na peryferiach grupy elektronicznie uzdolnionych hipisów, którzy odkryli, jak oszukać sprzęt operatora telefonicznego AT&T i łączyć się za darmo z odległymi miejscami w kraju i na świecie. „Złodzieje impulsów telefonicznych”, jak ich nazywano, znaleźli sposoby przeprowadzania rozmów telefonicznych dzięki emisji pewnych częstotliwości sygnałów do słuchawek telefonów.

Jednym z najbardziej niesławnych „złodziei” był gość o ksywce Cap’n Crunch. Odkrył, że gwizdek, dołączany do pudełek płatków, może oszukać komputery operatora telefonicznego. Steve bardzo chciał go poznać. W końcu doszło do spotkania i Crunch wprowadził dwóch amatorów, Steve’a i Woza, w świat „darmowych” rozmów telefonicznych. Spędzał z nimi długie wieczory na łączeniu się z całym światem. Przyjaciele postanowili, że zbudują własne urządzenie elektroniczne, które zastąpi gwizdek Cruncha.

Wykorzystali własnoręcznie wykonane urządzenie o nazwie blue box. Po wielu nieudanych próbach i godzinach spędzonych w bibliotece Stanford Linear Accelerator, Woz stworzył projekt blue boxa znacznie skuteczniejszego od urządzeń używanych dotychczas przez „złodziei impulsów”. Jedno z ulepszeń polegało na tym, że nie miał przełącznika on/off (włączony/wyłączony), lecz uruchamiał się po wciśnięciu któregokolwiek z klawiszy. Tego typu innowacyjność będzie wyróżniała projekty Wozniaka w nadchodzących latach.

„Byliśmy zachwyceni” wspomina Jobs. „Wydawało nam się absolutnie niewiarygodne, że można złożyć jedno małe pudełko i rozmawiać za darmo z całym światem”. I żaden z nich nie brał pod uwagę, że darmowe rozmowy telefoniczne to kradzież nabitym w butelkę był tu operator telefoniczny zaliczany do tzw. establishmentu. A co, argumentowali, może być bardziej zaszczytne niż nabicie w butelkę kogoś należącego do establishmentu?

Pokazali prototypy znajomym, zainteresowanie było ogromne. Każdy natychmiast chciał mieć coś takiego. Dwaj twórcy znaleźli się w centrum uwagi.

Wykorzystując umiejętność perswazji, którą przekazał mu ojciec, Jobs przekonał Woza, że powinni sprzedawać swoje urządzenia. Wiedział, jak tanio kupić części, więc na złożenie pierwszych blue boxów wydali tylko 40 dolarów. Woz, który był już studentem Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, montował urządzenia w swoim pokoju w akademiku. Jobs sprzedawał je na terenie kampusu. Brał 150 dolarów za sztukę, a dla zachęty dawał gwarancję darmowej naprawy, gdyby pojawiły się jakieś problemy. W miarę wzrostu popularności blue boxów rosła też ich cena. Jobs żądał nawet 300 dolarów za sztukę. Ale tylko od tych, których było stać, by zapłacić taką sumę. Studentom nadal sprzedawał boxy po 150 dolarów.

Zawrotne dochody stały się główną przyczyną spadku zainteresowania Jobsa ukończeniem liceum. Poznał koleżankę ze szkoły, Chris-Ann Brennan, która pracowała nad własnym filmem animowanym. By uniknąć jakiegokolwiek nadzoru nad projektem, większość pracy wykonywała poza lekcjami. Dzięki tej niechęci do poddawania się zwierzchnictwu Jobs dostrzegł w Chris-Ann bratnią duszę. Wkrótce zostali kochankami. Południowe godziny spędzali spacerując, pijąc wino i paląc skręty. Pewnego dnia Jobs udał się na pole pszenicy, które uznał za interesujące miejsce do zażycia LSD i, jak wspomina, „pole nagle zaczęło grać Bacha. Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś tak wspaniałego. Czułem się jak dyrygent symfonii, która dochodziła wprost z pola”.

Wozniak zupełnie tego nie rozumiał. Jego pomysłem na fajne spędzenie czasu była rozmowa o ezoterycznych aspektach elektroniki.

Handel blue boxami na początku był całkiem niezłą zabawą, jednak sytuacja zaczęła się zmieniać. Operator telefoniczny wszczął zdecydowane kroki, by przeciwdziałać przekrętom, w związku z czym działalność Jobsa i Woza stała się niebezpieczna. Pewnego wieczoru, gdy Steve ubijał interes na parkingu przed pizzerią, poczuł jak w ciało wbija mu się lufa pistoletu jakiś oszust postanowił okraść artystów oszustwa. „Mogłem zareagować na 1800 sposobów, ale w każdym mieściło się ryzyko, że dostanę kulkę w brzuch. Dlatego oddałem mu towar” mówił potem.

Wkrótce entuzjazm Jobsa opadł. Chciał poszerzyć swoje perspektywy i zarabiać pieniądze, ale ciągle czuł jakiś wewnętrzny niepokój, ciągle dręczyły go pytania, na które nie znajdował odpowiedzi. Handel blue boxami nie łagodził tego napięcia.

Dwa lub trzy razy w tygodniu jeździł do Berkeley, centrum hipisowskiej subkultury. Podobała mu się panująca tam atmosfera. Podróżował przez Bay Area, zgłębiając idee i praktyki, spotykał ludzi zupełnie innych niż mieszkańcy Doliny Krzemowej. Niedługo miał rozpocząć studia. To, z czym miał do czynienia w Berkeley, wywarło głęboki wpływ na jego wybór.

Zdecydował się na główną uczelnię humanistyczną okręgu Pacific Northwest, czyli Reed College w Portland w stanie Oregon. Drogą szkołę prywatną, która od zawsze szczyciła się opinią przyciągającej i popierającej wybitne talenty i indywidualności. Rodzice byli przerażeni nie tylko z powodu kosztów, ale i odległości uczelni od domu. Jak wspomina matka, „Steve zakomunikował, że jest to jedyna uczelnia, do której chce pójść i albo tam będzie studiować, albo wcale”. Po raz kolejny swoim uporem pokonał rodziców. Zgromadzili pieniądze i wysłali go do Reed.

Steve’a zapamiętano w Reed nie ze względu na sukcesy w nauce, ale dzięki sile jego osobowości. Studia były dla niego sprawą drugorzędną wobec innych zajęć. Jesienią 1972 roku postanowił porzucić eksperymenty ze środkami halucynogennymi i poszukać metod osiągania stanów wyższej świadomości w filozofiach Wschodu. „Zainteresował mnie wschodni mistycyzm, który wówczas dotarł do Stanów. Przez Reed nieustannie przewijało się mnóstwo ludzi od Timothy’ego Leary’ego i Richarda Alperta, po Gary’ego Snydera”.

Nie zaliczył pierwszego semestru. Beztrosko porzucił więc szkołę i postarał się o zwrot kosztów nauki. Pozostał jednak w kampusie. Mieszkał w pokojach studentów, którzy z jakichś powodów przebywali akurat poza kampusem. Administracja tak dobrej i liberalnej uczelni jak Reed nie miała nic przeciwko temu, szczególnie odkąd Jobs zaprzyjaźnił się z dziekanem Jackiem Dudmanem. „Steve miał bardzo dociekliwy umysł, co było niezwykle pociągające” wspomina Dudman. „W dyskusji z nim nie mogłeś wykręcić się ogólnikowymi stwierdzeniami. Nie przyjmował bezwiednie powszechnie akceptowanych prawd. Chciał sam wszystko sprawdzić”.

Dzięki decyzji porzucenia nauki i życia poza szkolnymi strukturami zyskał wśród studentów status kogoś wyjątkowego. W następnym roku akademickim nadal mieszkał w Reed. „Bardzo sprytnie spostrzegł, że może zdobyć równie dobre wykształcenie bez wpisów w indeksie” wyjaśnia jego wieloletni przyjaciel Dan Kottke, który poznał Jobsa właśnie w Reed. „A komu potrzebne zaliczenia?” dodaje Kottke. Jednak Jobs miał już dosyć bycia biednym i bezczynnym. Nadal czuł się jak outsider, nawet w gronie bliskich przyjaciół. Coś innego ciągle zaprzątało jego umysł.

„Według mnie to oczywiste, że Steve zawsze był w pewnym stopniu przewrażliwiony” mówi Kottke. „Gdzieś w głębi tkwiła w nim jakaś niepewność, która popychała go do wybiegania przed innych i ciągłego sprawdzania swoich możliwości. Myślę, że sieroctwo odcisnęło na nim piętno, którego większość z nas nigdy nie zrozumie”.

Wiosną 1974 roku, po aferze Watergate i zakończeniu wojny w Wietnamie, Steve wrócił do domu rodziców. Gdy bez większego zainteresowania kartkował „San Jose Merkury News”, zauważył ogłoszenie w sprawie pracy w Atari. Firma, która nawet w patrzącej w przyszłość Dolinie Krzemowej uważana była za zbyt nowatorską, poszukiwała pracowników. Atari odniosła oszałamiający sukces dzięki swojej przełomowej grze wideo o nazwie Pong jej zainstalowanie w pewnej tawernie w Sunnyvale przyciągnęło rekordowe tłumy. Teraz potrzebowała techników elektroniki. Ogłoszenie wzbudziło wielkie zainteresowanie wśród ludzi zajmujących się wysoko zaawansowanymi technologiami. Proponowano możliwość „dobrej zabawy i niezłych zarobków”. Steve Jobs złożył podanie i ku swemu zaskoczeniu został przyjęty.

Atari rozwijała się w postępie geometrycznym. Wspomina Al Alcorn, naczelny inżynier: „Przychodzili do nas młodzi ludzie i z typową dla Doliny Krzemowej arogancją mówili: Cześć, będę dla was pracować. Potrzebowaliśmy pracowników, więc pytałem o umiejętności kandydata i przeważnie mówiłem: To wystarczy, jesteś świetny, zostajesz przyjęty.”

Pewnego dnia u Alcorna zjawił się szef działu zatrudnienia. „Mam tu dziwnego gościa” powiedział. „Mówi, że nie pójdzie, dopóki go nie zatrudnimy. Możemy albo wezwać gliny, albo dać mu pracę”. Na co Alcorn: „Dawaj go tu”.

Wprowadzono Jobsa „ubranego w jakieś hipisowskie łachmany. Osiemnastolatka, który porzucił naukę w Reed College. Nie wiem, dlaczego go zatrudniłem” wyznaje Alcorn. „Był zdeterminowany, by dostać pracę. Dostrzegłem w nim jakąś iskrę, jakąś wewnętrzną energię. Sprawiał wrażenie, że jest w stanie pokonać każdą przeszkodę na drodze do celu, który sobie wyznaczył. No i był wizjonerem. Miał wspaniałe pomysły i prawie nic, czym mógłby je wesprzeć. Poza wewnętrzną siłą, która kazała mu wierzyć w ich realizację, niezależnie od okoliczności zewnętrznych. Na tym polegało jego wizjonerstwo.

Posłałem go do Dona Langa, który zapytał: ‘Po co mi go tu dajesz? To jakiś cholerny niedomyty hipis’. Jednak ostatecznie zawarliśmy z nim umowę. Jobs miał pracować wieczorami i nikomu nie wchodzić w drogę”.

Otrzymywał różne niewielkie zadania. Któregoś dnia zjawił się u Alcorna z prośbą o urlop, bo chciał jechać do Indii, by „spotkać się ze swoim guru”. Firma akurat miała jakieś problemy z produkcją swoich gier w Niemczech. Alcorn zgodził się na wyjazd Steve’a. Postawił jednak warunek, że po drodze na wschód odwiedzi Niemcy i rozwiąże problemy, z którymi tam sobie nie radzą. Szybko zapoznał go z sytuacją w niemieckiej fabryce i wysłał tam, gdzie na pewno nikt nie spodziewał się spotkać młodocianego hipisa w charakterze eksperta. Alcorn komentuje sytuację: „Oto Niemcy z całym tym swoim: ‘Uwaga! Baczność!’, zamiłowaniem do porządku i dobrej organizacji. A oto wychodzący z samolotu Jobs, oberwaniec i niechluj. Przeprowadziłem z nim dwugodzinne szkolenie i tyle samo czasu zajęło mu rozwiązanie ich problemów”.

Steve zaproponował Danowi Kottke, żeby towarzyszył mu w podróży do Indii. Podobnie jak Steve Kottke także zwykł chadzać własnymi drogami. Mówiący przyciszonym głosem, skromny i łagodny, z kaskadą bujnych kręconych włosów, tworzących wokół głowy coś w rodzaju grzywy, był znakomitym pianistą (jego kuzynem jest gitarzysta popowy Leo Kottke). Był też dostatecznie bystry, by zdobyć stypendium National Merit (Zasłużonym dla Narodu). Nie pochodził z Kalifornii, ale z Nowego Jorku.

Głębokie zainteresowanie Steve’a filozofiami Wschodu pasowało do jego dążenia poznawania innych prawd absolutów i luk w nauce i elektronice oraz własnej tożsamości. „Steve był zdecydowany, żeby tam pojechać” powiedział Kottke o planowanej podróży do Indii. „Nosił w sobie jakiś nieugaszony ból spowodowany świadomością, że jest dzieckiem adoptowanym. Wynajął nawet prywatnego detektywa, by odszukał jego biologiczną matkę. Miał na tym punkcie wręcz obsesję”.

Propozycja Steve’a stwarzała pewien problem. „Byłem bez grosza” mówił Kottke. „Steve miał świetną pracę w Atari, zarabiał tysiące dolarów. Okazał się bardzo hojny, powiedział, że zapłaci za mój bilet lotniczy. Chciał mieć towarzysza podróży. I rzeczywiście, gdyby tego nie zaproponował, podróż prawdopodobnie by się nie odbyła. Zatelefonowałem więc do rodziców i poinformowałem ich: Jadę z kolegą do Indii i on płaci za moją podróż. Rodzice, obawiając się, że już nigdy stamtąd nie wrócę, kupili mi bilet w obie strony i dali pieniądze na inne wydatki”.

Po przystanku w Niemczech Jobs przyleciał do Indii boso, w starym, wytartym ubraniu. Taki wizerunek swojej osoby kreował świadomie miał on wyrażać pewne ideały i estetykę. W Indiach po raz pierwszy spotkał ludzi, którzy byli biedni nie z własnego wyboru, jak kalifornijscy hipisi, ale z powodu okoliczności losowych. Doznał wstrząsu. Podobnie jak wielu innych przed nim, po raz pierwszy odwiedzających ten kraj. Kontrast między Indiami a wygodą życia w Ameryce był tak szokujący, że podważył całą jego wiedzę o życiu.

Nosił zniszczone ubrania, ale były to ubrania z Zachodu. A Steve’owi chodziło o coś więcej niż o „udawanie tubylca”. Swoją podróż miał zamiar odbyć jako nędzarz, uduchowiony żebrak, zależny od uprzejmości obcych. Natychmiast zamienił swój T-shirt i dżinsy na lunghi, przepaskę na biodra, tradycyjny indyjski strój tego typu ludzi. Wszystko, co miał, oddał innym. Wraz z Kottkem zmierzał z Delhi na północ, w kierunku Himalajów, legendarnego centrum duchowości w Indiach.

Spali w opuszczonych budynkach, żywili się tym, co udało się kupić w mijanych po drodze wsiach. Wierny swoim nawykom Jobs ostro negocjował. „Porównywał ceny u różnych sprzedawców i targował się. Nie chciał dać satysfakcji zdziercom” wspomina Kottke. Pewnego razu był tak agresywny wobec kobiety, która sprzedała im rozwodnione mleko bawole, że musieli niemal uciekać z miasta.

W górach spotkali przypadkiem pewnego guru i jego wyznawców. Oto relacja Jobsa:

„Będąc w Himalajach, rozglądałem się po okolicy i trafiłem na jakąś uroczystość. Okazało się, że jest to święto religijne. Był tam baba, święty człowiek, ku którego czci odbywał się cały ten festiwal, zgromadziła się wielka rzesza jego wyznawców. Poczułem smakowity zapach. Od dłuższego czasu nie miałem szczęścia czuć żadnych smakowitych zapachów, więc podszedłem bliżej. Chciałem złożyć wyrazy uszanowania i nieco się posilić.

Siedziałem i jadłem, gdy zobaczył mnie baba. Natychmiast podszedł, usiadł obok i wybuchnął śmiechem. Nie znał zbyt dobrze angielskiego, podobnie jak ja języka hindi. Próbował jednak prowadzić rozmowę i wprost tarzał się ze śmiechu. Potem wziął mnie pod ramię i poprowadził ścieżką w góry. Trochę zabawna sytuacja. Były tam setki Hindusów, którzy przemierzyli tysiące kilometrów, żeby choć przez 10 sekund pobyć z tym człowiekiem, a ja wpadam na moment coś zjeść i już za chwilę facet ciągnie mnie gdzieś górską ścieżką. Pół godziny później docieramy na szczyt góry i widzę, że jest tam mała studnia i sadzawka. Guru zanurza moją głowę w wodzie, wyciąga z kieszeni brzytwę i zaczyna golić mi głowę. Stoję oszołomiony. Mam 19 lat, jestem w obcym kraju na jakiejś górze w Himalajach, z dziwnym hinduskim babą, który przed chwilą wyciągnął mnie z tłumu i właśnie goli moją głowę”.

Jobs odkrywał swoje własne prawdy: „Nie mieliśmy zamiaru spędzać w jednym miejscu zbyt dużo czasu, czekając na oświecenie. Wtedy po raz pierwszy zacząłem zdawać sobie sprawę, że być może Thomas Edison znacznie bardziej przysłużył się ulepszeniu świata, niż Karol Marks i Neem Kairolie Baba razem wzięci”.

Po miesięcznym pobycie w Kainchi dwaj podróżujący nędzarze ruszyli w dalszą drogę. Była pełnia lata, najgorętszy sezon w Indiach. Wszędzie unosił się kurz i obaj byli coraz bardziej znużeni panującą wokół biedą. Już na zawsze mieli zapamiętać ten kraj jako miejsce wiecznych trudów i udręk. Opowiada Kottke:

„W Indiach znana jest opowieść o pewnym guru o imieniu Baba Ji. To mniej więcej taki tamtejszy Davy Crockett, jogin, który żyje już setki lat, ulegając ciągłym inkarnacjom.

Obecnie żyje w postaci niejakiego Harikan Baba. Postanowiliśmy go odwiedzić. Była to niezła wyprawa 10 mil w górę wyschniętym korytem rzeki, po głazach, wzdłuż szlaku, który był tak trudny, że prawie nie do przejścia. Szliśmy w sandałach, stopy mieliśmy poobcierane do krwi. Ubrani byliśmy tylko w lunghi, więc słońce paliło nas niemiłosiernie. Wreszcie dotarliśmy do urwiska z wykutymi w górę schodami, gdzie znajdowała się aśrama.

Szliśmy tak długo i tak wiele wysiłku nas to kosztowało, że nie zamierzaliśmy teraz odejść. Nawet gdy po dostaniu się do aśramy obaj stwierdziliśmy, że facet jest trochę stuknięty. Mieliśmy dość już na drugi dzień. Z pewnością gość był bardzo awangardowy, ale miał lekkiego hopla na punkcie swojej garderoby. Niezwykle gustował w kolorowych sari i bez przerwy się przebierał. Mowę też miał dość kwiecistą. Całe to jego ‘esencją egzystencji jest to i to’… Na nas nie robiło to najmniejszego wrażenia.

Po południu wynieśliśmy się stamtąd, chociaż wiedzieliśmy, że czeka nas długa droga. W nocy, gdy spaliśmy w wyschniętym korycie rzeki, nadeszła burza z piorunami. Takiej burzy w życiu nie widziałem. My w lichych sandałach i cienkich bawełnianych przepaskach na biodrach, deszcz smaga po skórze, huczą grzmoty, błyskawice raz za razem rozrywają niebo tuż nad naszymi głowami. Byliśmy w takim szoku, że postanowiliśmy schować się w piasku.

Tak właśnie było. Pamiętam, jak prawie nadzy kucaliśmy w piasku i chcąc obronić się przed strugami deszczu, usiłowaliśmy wykopać dziurę, do której moglibyśmy wpełznąć, by ratować się przed całkowitą zagładą. Jestem pewien, że był to przełomowy moment naszej podróży. Pamiętam, że zaczęliśmy się modlić. W wyschniętym korycie rzeki, gdzieś w sercu Indii, zupełnie zdezorientowani i wytrąceni z równowagi, całkowicie pewni, że zaraz zginiemy w odmętach gwałtownej powodzi, modliliśmy się do jakiegokolwiek boga, który mógł nas usłyszeć.

Drogi Panie Boże, jeżeli uda mi się z tego wyjść, będę dobrym człowiekiem. Obiecuję”.

Przeżyli i kontynuowali podróż. Żywność kupowali na bazarach. A strach przed wszami, pchłami i brudem sprawił, że Kottke także zgolił włosy. Chcieli zobaczyć Tybet, więc ruszyli w góry. W Menali, mieście słynącym z uzdrowiska wodnego, obaj złapali świerzb; przez jakiś czas cierpieli na czerwonkę. Wtedy właśnie Kottkemu ukradziono czeki podróżne, a bank w New Delhi odmówił ich refundacji. Jobs wyjeżdżał za kilka dni i oddał Kottkemu wszystkie pieniądze, jakie mu zostały 300 dolarów.

Pobyt w Indiach był poruszającym doświadczeniem, zupełnie odmiennym od wszystkiego, czego Jobs się spodziewał i co przeżył w rozwijającej się Dolinie Krzemowej. Jednak nie dostarczył mu odpowiedzi, której szukał. Wewnętrzny ogień nie został ugaszony. Jobs opuścił Indie zdecydowany dotrzeć do sedna rzeczy w inny sposób.

Po powrocie chodził półprzytomny i jakby nieobecny. W szafranowych szatach, z demonstracyjnie ogoloną głową, „przydryfował” do Atari z prośbą o ponowne przyjęcie do pracy. W większości firm na widok dzieciaka w pomarańczowej todze, pogrążonego w jakimś euforycznym stanie, natychmiast wezwano by ochronę. Lecz było to przecież Atari, w Kalifornii lat 70. Dlatego usłyszał: „Nie ma sprawy”.

Steve był rozdarty między wspomnieniami o swoim poszukiwaniu prawdy na Wschodzie, a nową rzeczywistością, w której rozwijała się inżynieria elektroniczna i gry wideo. Pozostał wierny swojej hipisowskiej estetyce, co nie było trudne, gdyż Dolina Krzemowa leżała dość blisko San Francisco i Berkeley, głównych ośrodków hipisowskiej subkultury. Odnowił kontakty z Wozem i już wkrótce zaczął sprytnie ustalać nowe zasady rządzące ich relacją, przebijając wiedzę techniczną Woza swoim talentem do interesów.

Woz, pracujący teraz u Hewletta-Packarda, skorzystał na powrocie swojego kumpla do Atari. Firma wypuściła na rynek grę o nazwie Gran Track, jak wyjaśnia Jobs: „pierwszą grę motoryzacyjną, sterowaną za pomocą kierownicy”. „Woz był nałogowym graczem w Gran Tracka, dlatego wieczorami wpuszczałem go do fabryki, a on grał tam do rana” opowiadał. „A gdy natrafiałem na jakiś problem techniczny, wołałem Woza, żeby przerwał na 10 minut swój drogowy rajd i pomógł mi. Zapewniałem sobie wysokiej klasy darmową pomoc techniczną.”

Był to idealny układ. Woz nie pragnął chwały; chciał tylko zajmować się czymś fajnym, jak projektowanie i składanie komputerów czy granie w jeszcze więcej gier wideo. Jobs był kombinatorem, tym, który miał plan. I wiedział, jak zarabiać pieniądze.

Jobs miał w sobie coś, co przemawiało do Nolana Bushnella, założyciela Atari. „Kiedy chciał zrealizować jakieś zadanie, dawał mi plan na dni i tygodnie, a nie na miesiące i lata. Odpowiadało mi to” mówił Bushnell.

Jak wynika z relacji Alcorna, pewnego dnia Bushnell „wziął Jobsa na stronę i zawarł z nim układ. Na tablicy narysował schemat nowej gry o nazwie Break-Out i szczegółowo objaśnił jej zasady”. Potem Alcorn, szef wydziału inżynieryjnego, powiedział, że jeżeli uda się w projekcie zejść poniżej 50 [komputerowych układów scalonych], czy coś koło tego, da mu 1000 dolarów premii. Jobs mógł pracować wieczorami, gdy wszyscy inni inżynierowie poszli już do domu.

Gra polegała na tym, że gracz starał się zburzyć ceglany mur, usiłując uwolnić się („break out”) z jego okopów. Uwolnienie oznaczało wygraną. Dokonanie tej sztuki wymagało całkowitej koncentracji na tym, co dzieje się na ekranie, determinacji w dążeniu do zwycięstwa i uporu na drodze do celu. Wszystko to Jobs i Woz mieli we krwi.

Projekt Break-Out powstał w ciągu 48 godzin. Nie był jednak dziełem Jobsa, jak sądzili ludzie w firmie, lecz w stu procentach Woza. „Do zadań Steve’a należało dostarczanie pracującemu nad projektem Wozowi słodyczy i napojów” powiedział Randy Wigginton, ich bardzo młody naśladowca, który w przyszłości znajdzie się w gronie pracowników Apple’a.

Opierając się na swych dotychczasowych osiągnięciach, Woz zdołał wykonać zadanie przy użyciu bardzo małej liczby układów scalonych. Alcorn był pod wrażeniem i zapłacił Steve’owi obiecane 1000 dolarów. Lecz Steve powiedział Wozowi, że Atari wypłaciło tylko 600 dolarów i dał mu połowę tej sumy. Woz, który wykonał całą robotę, otrzymał 300 dolarów, a Steve zgarnął 700.

Pojawił się jednak problem. „Nie mogliśmy rozgryźć tego projektu” -mówi Alcorn. „Jobs tak naprawdę też nie rozumiał o co chodzi w projekcie, ale nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się, że to nie on jest jego autorem. Skończyło się na tym, że musieliśmy go nieco przerobić, zanim trafił do produkcji”.

Dopiero rok później Woz poznał prawdę dotyczącą tej transakcji i stała się ona kością niezgody między nim a Jobsem. Pewnego razu, będąc na pokładzie samolotu, Woz dostrzegł Ala Alcorna i podszedł, by z nim porozmawiać. Minęło sporo czasu, uznał więc, że może już przyznać się, że to on zaprojektował obwód do gry Break-Out przy użyciu tak małej liczby układów scalonych. Podczas rozmowy Alcorn mimochodem wspomniał o 1000 dolarów premii, którą zapłacił za projekt. Wtedy Woz uświadomił sobie, że przyjaciel i partner go wyrolował. Pewne źródło podaje, że wiedza ta była tak bolesna, że doprowadziła go do łez.

Całą historię opisał w „On the Firing Line” Bill Simon (współautor niniejszej publikacji). Według Alexa Fieldinga, długoletniego przyjaciela obydwu Steve’ów, bardzo to Jobsa wkurzyło. Zawołał Woza i żalił się: „Nie pamiętam, żeby tak było”. Jakby to jego „nie pamiętam” znaczyło „to się nigdy nie wydarzyło”.

Pieniądze od Atari nieważne już, ile Steve przeznaczył na urlop i pojechał na pewną plantację jabłek w Oregonie. Przebywali tam jego newage’owscy kumple z Reed. Jechał na północ w doskonałym humorze. Oto spełnił się jego wieloletni sen pracował w przemyśle elektronicznym. W końcu naprawdę coś robił, pomagał coś tworzyć. Dzięki orientacji w cenach komponentów nabytej podczas pracy w Halteku przy składaniu blue boxów, a także przejętej od ojca, zajmującego się remontem i sprzedażą samochodów, oraz dzięki niezwykłym zdolnościom Woza, czekała ich świetlana przyszłość. Już raz udało im się zrobić niezły interes, składając i sprzedając blue boxy. Więc może znowu coś zbudują i znajdą na to nabywców. Tylko co by to mogło być?

W styczniu 1975 roku, wraz z publikacją w „Popular Electronics” artykułu obwieszczającego stworzenie zestawu komputerowego o nazwie Altair, na rynku pojawił się pierwszy rzekomo „osobisty” komputer. Wszystko, do czego był zdolny, to zapalanie szeregu umieszczonych na froncie żarówek w odpowiedzi na binarne zapytania arytmetyczne, ręcznie zakodowane w pamięci maszyny za pomocą serii przełączników. Jednak pewien przewidujący miejscowy nauczyciel, Bob Albrecht, postanowił, że pora wezwać wszystkich zainteresowanych miłośników komputerów do założenia klubu. Zainicjował ruch „Free University” („Wolny Uniwersytet”), którego centrum znajdowało się w Menlo Park, rozwijając go z biur „Whole Earth Catalogue” (rodzaj manifestu New Age i przewodnika dla pasjonatów ekologii). Wraz z grupą entuzjastów założył Homebrew Computer Club, klub miłośników komputerów. Ze względu na wysoką cenę zestawów komputerowych jego członkowie postanowili, że szczęśliwi posiadacze maszyn udostępnią je tym, którzy ich nie mieli. Klub szybko rozrósł się z 30 członków do ponad 100. Spotkania odbywające się w szkole w starej kamienicy w Menlo Park zostały przeniesione do audytorium Stanford Linear Accelerator Center, znajdującego się na terenie kampusu Uniwersytetu Stanforda.

Na początku 1975 roku, gdy na rynku pojawiało się coraz więcej zestawów komputerowych, Steve Jobs zastanawiał się, jak on i Wozniak mogliby zaistnieć na tym nowym polu. Musiał znaleźć jakiś sposób. Znalazł go. Choć niezwykłe rezultaty, jakie osiągnął, były w dużej mierze dziełem przypadku.

2 Narodziny firmy

2Narodziny firmy

Znałem już wtedy jedną zasadę, dotyczącą branży elektronicznej: nie można oceniać nikogo po tym, ile ma lat czy jak wygląda.Najlepsi inżynierowie nie pasują do żadnych stereotypów.

Dick Olson, w wypowiedzi z 1976 roku na temat Steve'a Jobsa.

Brak spójności wewnętrznej Steve’a Jobsa – początkującego biznesmena i wyznawcy zen – szczególnie mocno ujawnił się w 1975 roku. Steve był wówczas wielkim zwolennikiem owocowej diety z Ehretu, stosował ją na przemian z okresami postów. Tak jak ostatni nonkonformiści ery dzieci kwiatów.

Gdy pracował w Atari, zaczął chodzić na spotkania medytacyjne. Jego uwagę zwróciło pobliskie Centrum Zen w Los Altos – uznał je za właściwe do oddawania się praktykom zen. Podczas pobytu w Reed przeczytał wiele książek o tematyce religijnej. W buddyzmie pociągało go podkreślanie wagi doświadczenia, intuicji i samospełnienia, które można było osiągnąć na drodze wewnętrznego samopoznania. Ciągle nie znał zadowalających odpowiedzi na wiele pytań, dotyczących jego biologicznych rodziców, poszukiwał prawd duchowych. Zen dostarczał pewnych satysfakcjonujących odpowiedzi. „Chris-Ann [dziewczyna Steve’a z liceum] mieszkała w namiocie, w Centrum Zen” – opowiadał Dan Kottke. „Był tam też taki jeden mistrz zen, nazywał się Kobin Chino. Steve i ja często się z nim spotykaliśmy, przeważnie w jego domu, niedaleko Centrum. Piliśmy herbatę i rozmawialiśmy.

Kobin był naprawdę niesamowitym facetem, ale dopiero co przyjechał z Japonii i jego znajomość angielskiego była tragiczna. Siedzieliśmy, słuchaliśmy go i nie rozumieliśmy połowy tego, co do nas mówił. Dla mnie spotkania te były zabawnym, niefrasobliwym przerywnikiem w codzienności. Ale Steve traktował wszystko bardzo serio. W tym okresie życia stał się bardzo poważny i zadufany w sobie. Na ogół był po prostu nie do wytrzymania.

Pamiętam, jak pewnego razu siedzieliśmy tam i nagle Steve mówi do Kobina: ‘Co myślisz o pośpiechu? No wiesz, o robieniu wszystkiego szybko?’ Zapytał całkiem serio, bo był zwolennikiem poglądu, że im szybciej jesteś w stanie coś wykonać, tym jesteś lepszy. Ale Kobin tylko na niego spojrzał i zaczął się śmiać. Zawsze tak się zachowywał, gdy uznał jakąś rzecz za mało istotną. Mnie też wydawało się to całkiem bez znaczenia”.

Steve dał się wciągnąć. Spotykał się z Chino przez kilka lat, a znajomość z nim uznał za jedno z doświadczeń, które miały największy wpływ na jego życie (wiele lat później, kiedy Steve kierował NeXT, Chino został oficjalnym roshi i w końcu celebrował ślub Steve’a). Sekret mistrzów zen – umiejętność odpowiedzi na pytanie impulsywnie, tak jak się akurat myśli – stał się wieloletnim nawykiem Jobsa. Można przypuszczać, że właśnie wtedy zaczął się formować jego styl zarządzania – po roku spotkań z Chino założył Apple. Filozofia zen, odwołująca się do spontaniczności i intuicji, łatwo połączyła się z chaotycznym stylem zarządzania Nolana Bushnella z Atari. Firmy, która była jedynym miejscem, w jakim Jobs naprawdę pracował.

Zen był ogromnie pociągający dla nieokiełznanej i nie poddającej się jakiejkolwiek cenzurze osobowości, dla kogoś szukającego sensu w szaleństwie wszechświata i odpowiedzi na pewne istotne pytania. Proponował skupienie na samym sobie – to odpowiadało niezwykle zadufanemu w sobie młodemu człowiekowi, nie potrzebującemu żadnego przewodnictwa. Przedkładał intuicję i spontaniczność ponad racjonalne, analityczne myślenie – to było ważne dla kogoś, kto w gruncie rzeczy nie miał żadnego formalnego wykształcenia. A poza tym zen był filozofią mistyczną, zajmującą się sprawami najwyższej wagi – hasła typu „podróż jest nagrodą” przemawiały do Steve’a i jego wyczucia prawdy. Szybko stał się wyznawcą zen, a Kobin Chino został jego mistrzem.

Jednak Steve chciał być też biznesmenem. Chciał mieć własny biznes.

Był młody i miał zbyt mało doświadczenia, by poznać swoje ograniczenia i przewidzieć, jakie problemy i pułapki może spotkać na swojej drodze. Uważał, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ciągnęło go do zadań, które innym wydawały się niewykonalne. Miał tak silną osobowość, że wszelkie „przeciw” po prostu nie istniały.

Pod tym względem on i Wozniak byli do siebie podobni. Obaj mieli ambicję mierzenia się z tym, co mało prawdopodobne lub wręcz niemożliwe do osiągnięcia. Woz lubował się w doskonaleniu swej pracy, ciągle zmniejszał ilość wykorzystywanych części i poprawiał elegancję wykonania. Nawet wówczas, gdy wydawało się, że nic więcej już nie da się zrobić. Chodził na odbywające się raz na dwa tygodnie spotkania klubu Homebrew, łapał jakiś pomysł lub podejmował postawione przez kogoś wyzwanie, po czym gorączkowo pracował nad nowym schematem, by omówić go na następnym spotkaniu.

Jesienią 1975 roku mógł się pochwalić z dumą fragmentami nowej płyty układu, a pod koniec tego roku złożył drugą ze swoich dwóch płyt, obu zaprojektowanych do obsługi monitorów kolorowych. Zrobiło to na Jobsie duże wrażenie. Może właśnie to był produkt, którego szukał, wokół którego mógłby zbudować firmę? W klubowej wylęgarni młodych talentów Woz był tylko jednym z zapalonych entuzjastów. Gdy inni członkowie Homebrew Club zaczęli zakładać firmy, konstruując komputery osobiste, surowe „płyty makietowe” Woza budziły nikłe zainteresowanie.

Steve wiedział jednak więcej i wierzył w przyjaciela. Przedstawił mu pomysł na wykorzystanie jego talentu w biznesie, a Woz zgodził się na współpracę. Uzgodnili, że będą wytwarzać płytki obwodów drukowanych dla hobbystów, którzy sami będą uzupełniać je komponentami, tworząc komputer. Wozniak nadal miał pracować w HP, a Jobs w Atari na swojej nocnej zmianie.

Gdy robili interes na blue boxach, nazwa urządzenia nie sprawiała problemów. Teraz jednak nie tylko oni sprzedawali płytki obwodów drukowanych. Potrzebowali jakiejś nazwy, a jej wymyślenie okazało się trudniejsze, niż im się początkowo wydawało. Wozniak nie miał głowy do niczego poza projektowaniem płytek, a Steve Jobs nie mógł wymyślić niczego, co by im obu odpowiadało. Rozważał pewien rezerwowy pomysł – „Apple” („Jabłko”), który wywodził się z jego zainteresowania tekstami muzyki rozrywkowej oraz z sentymentu do czasu, który wraz ze swoimi hipisowskimi przyjaciółmi spędził na plantacji jabłek w Oregonie. Odpowiadało mu, że Apple znajdzie się w książce telefonicznej przed Atari. Zbliżał się, ustalony przez nich samych, termin dostarczenia do publikacji w lokalnej gazecie dokumentów określających spółkę, poprzestali więc na łagodnej i mało poważnej nazwie Apple Computer (w przyszłości Apple miało stoczyć długą bitwę o nazwę z Beatlesami, bitwę, która przybrała na sile, gdy pojawił się iPod, a Apple zaczęło dominować w przemyśle muzycznym).

Wozniak zaakceptował nazwę, ale wciąż miał pewne wątpliwości co do spółki. Steve Jobs, surowy głównodowodzący, musiał wzbudzić w swoim partnerze więcej entuzjazmu do pomysłu. Woz nie chciał zrezygnować z pracy w HP. Jego rodzice zaś nie byli przekonani, czy ich syn w ogóle powinien zadawać się z kimś takim jak Steve Jobs, a tym bardziej wchodzić z nim w spółkę. Jerry Wozniak nie mógł zrozumieć, dlaczego jego syn ma godzić się na układ fifty-fifty z dzieciakiem, „który nic nie zrobił”. Kilka miesięcy wcześniej, w wieku 25 lat, Woz ożenił się. Zona, Alice, miała dość zamieniania ich mieszkania w magazyn części zapasowych.

1 kwietnia 1976 roku – w prima aprilis – Wozniak w końcu się poddał i podpisał dziesięciostronicowy dokument, który dawał jemu i Steve’owi Jobsowi równe udziały w firmie. 10% przypadło Ronowi Wayne’owi, kumplowi Jobsa z Atari, który zgodził się im pomóc. Zaden z nich, nawet sam Steve Jobs, nie postrzegał spółki jako naprawdę poważnego przedsięwzięcia. Nie myśleli o podboju świata; wszystko, czego oczekiwali, to złożyć płytę komputerową kosztem 25 dolarów, sprzedać za 50 dolarów i przy odrobinie szczęścia sprzedać dostatecznie dużo takich płyt.

Nie byli jednak ślepi na możliwości, jakie niosła przyszłość. Swój pierwszy produkt nazwali Apple I, jasno dając do zrozumienia, że pojawią się kolejne jabłka, które spadną niedaleko od jabłoni.

Pierwsze wyzwanie, przed którym stanęli, było takie samo, z jakim musiała się zmierzyć większość przedsiębiorców w całej historii biznesu: konieczność zgromadzenia kapitału. W sumie dysponowali 1000 dolarów w gotówce. Woz sprzedał kalkulator elektroniczny Hewletta-Packarda, model 65, za który dostał 500 dolarów. Steve Jobs sprzedał volkswagena busa za dwa razy tyle, ale nabywca zapłacił mu tylko połowę, bo po kilku tygodniach od transakcji nawalił silnik. Kwoty te tworzyły fundusz bardzo wątły. Gdy w pewien kwietniowy czwartek przynieśli swój produkt na jedno ze spotkań Klubu Homebrew, sytuacja wcale się nie poprawiła. Woz wstał, zaprezentował płytkę, opowiedział o jej cechach, po czym usiadł wobec kompletnego braku zainteresowania.

Potem nagle sytuacja się zmieniła, otwierając drogę wszystkiemu, co miało wydarzyć się w przyszłości. Jak później opisał to Steve Jobs, „człowiek, który założył jeden z pierwszych sklepów komputerowych, powiedział nam, że mógłby sprzedawać [nasze płyty układów], ale w formie gotowych produktów. Powinniśmy więc zająć się montażem i dostawą. Aż do tamtej chwili nie przyszło nam to do głowy.” Gdyby nabywcy nie musieli sami lutować poszczególnych części, płyty miałyby lepszy zbyt. Oferta była tym bardziej zaskakująca, że złożył ją Paul Terrell, założyciel Byte Shops, pierwszej detalicznej sieci sklepów komputerowych. Poznał Steve’a na spotkaniach Klubu Homebrew, ale zwykle go unikał. „Zawsze rozpoznasz tych, przez których będziesz mieć problemy” – powiedział później Terrell.

Jednak Byte Shop potrzebował dobrego produktu. Terrell był pod wrażeniem pewnej prezentacji na spotkaniu Klubu i powiedział Steve’owi, by „się odezwał”. Następnego dnia bosy Steve pojawił się w Byte Shop. Chciał sprawdzić poziom zainteresowania Terrella. To, co usłyszał, było porażające. Terrell oświadczył, że zapłaci 500 dolarów za komputer Apple. Chciał pięćdziesiąt sztuk. Złożył zamówienie o wartości 25 000 dolarów.

„Było to największe pojedyncze zamówienie w całej historii firmy” – wspominał Wozniak. „W późniejszych latach nie zdarzyło się już nic tak wspaniałego i niespodziewanego”.

Biznes zaczął się kręcić!

Albo prawie zaczął. Bo żeby rozpocząć produkcję, musieli mieć części. A żeby kupić części, musieli zdobyć gotówkę lub kredyt. Z zamówieniem w kieszeni Steve niestrudzenie przemierzał Dolinę Krzemową w poszukiwaniu funduszy. Po wielu odmowach trafił do dużej hurtowni o nazwie Kierulff Electronics. Menedżer Kierulffa, Bob Newton, zapamiętał Steve’a jako „agresywnego dzieciaka, który nie zaprezentował się zbyt profesjonalnie”. Jego zapał zrobił jednak na nim duże wrażenie. Obiecał więc, że skontaktuje się z Terrellem, by potwierdzić prawdziwość zamówienia.

Każdy mniej zdeterminowany niż Steve odparłby: „W porządku, odezwę się za kilka dni” i poszedłby sobie. Ale Steve uparł się, powiedział, że nie wyjdzie, dopóki Newton nie zatelefonuje do Terrella. Terrell był akurat na zjeździe elektroników, Newtonowi w końcu jednak udało się do niego dotrzeć. Otrzymał potwierdzenie, że ten chudy młodzieniec, który siedzi przy jego biurku, rzeczywiście dostał zamówienie na towar o wartości 25 000 dolarów. To wystarczyło. Newton otworzył Steve’owi linię kredytową na zakup produktów Kierulffa o wartości do 20 000 dolarów. Ale był to kredyt tylko na 30 dni. Steve musiał w ciągu jednego miesiąca albo dostarczyć gotowe komputery, by zdobyć pieniądze na spłacenie części, albo znaleźć inne źródło sfinansowania kredytu. Był zbyt lekkomyślny, by zrozumieć ogrom ryzyka, lub zbyt beztroski, by przejmować się, że może nie będzie w stanie zdobyć pieniędzy na czas. Zgodził się na postawione mu warunki.

Być może, najlepszy opis ludzi zajmujących się w tamtych czasach wysokimi technologiami przedstawił Dick Olson, którego firma montowała płyty układu przez mocowanie do nich elementów elektronicznych. Pewnego dnia przyszedł do niego Steve Jobs, bosy, w wytartych jeansach, by kupić na kredyt jego usługi. Olson nie przejął się wyglądem Jobsa. „Znałem już wtedy jedną ważną zasadę dotyczącą branży elektronicznej – nie oceniać nikogo po wieku czy wyglądzie. Najlepsi inżynierowie nie pasują do żadnych stereotypów” – komentował później.

Wkrótce Steve pojawił się w Byte Shop w Palo Alto z tuzinem roboczych płyt komputerowych – jedną czwartą zamówienia Terrella. Terrell nie był zadowolony. Zaszło pewne nieporozumienie: zamówił komputer, a Steve próbował wcisnąć mu same płyty. Bez obudowy, źródła zasilania, klawiatury, monitora. Jednak w mniemaniu Woza i Jobsa kompletna płyta układu to był właśnie „komputer”.

Mimo nieporozumienia płyty były dla Terrella jakimś produktem, który mógł zaoferować klientom. Przyjął towar i wystawił czek na 6000 dolarów. Dla spółki oznaczało to zysk w wysokości 3000 dolarów.

Do końca roku początkująca firma dostarczyła około 150 sztuk Apple I, osiągając dochód w wysokości prawie 100 000 dolarów. Wozniak zarabiał w Apple niemal tyle samo co w HP. Nie myślał jednak o rezygnacji z bezpieczeństwa regularnych wypłat, jakie tam otrzymywał.

Jesienią 1976 roku Steve Jobs pracował 24 godziny na dobę, szukając najkorzystniejszych umów, dotyczących handlu sprzętem komputerowym i promując swój towar u nowych detalistów. Poszukiwał też inwestorów i godnych zaufania ludzi, którzy pomogliby w rozwoju firmy. Znów zaczął spotykać się z Chris-Ann, swoją dziewczyną z liceum. Oboje nadal byli wyznawcami zen. Chodzili na spotkania do pewnego ośrodka buddyjskiego, gdzie czasami widywali gubernatora Kalifornii, Jerry’ego Browna, który również był buddystą.

W tym okresie sprzedaż Apple I w Byte Shops nie szła zbyt dobrze i Paul Terrell zastanawiał się nad rezygnacją z produktu tej linii. Jednak Steve’a to nie zniechęciło. Konkurencja parła do przodu, a on stanowczo postanowił, że nie da się pokonać. Tymczasem Woz, ku wielkiemu niezadowoleniu swojej żony, pokrył każdy skrawek ich kuchni częściami do nowego komputera, nad którym pracował i który ostatecznie miał stać się Apple II. Znalazł sprytny sposób na przesłanie kolorowego sygnału do odbiornika telewizyjnego i postanowił, że zaopatrzy swój nowy komputer w mnóstwo dodatkowych gniazd rozszerzających, które pozwolą użytkownikowi rozbudować funkcjonalność maszyny przez dodawanie kolejnych kart. Okazało się, że pomysł był rzeczywiście wspaniały, ale z innego powodu, niż sądził Woz. Z sukcesu Apple II skorzystali developerzy, dostarczając do niego karty, dzięki którym rosła wartość nabytych komputerów. Rosły też dochody kolejnych firm.