Humoreski i obrazki z życia - Albert Wilczyński - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 130 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Humoreski i obrazki z życia - Albert Wilczyński

W Humoreskach i obrazkach z życia Wilczyński w typowym dla siebie, dowcipnym stylu serwuje opowiadania i powiastki, w których z wnikliwością i zmysłem obserwacji przedstawia zachowania ludzi, ich charaktery i sposoby podejścia do życia, w różnych sytuacjach i okolicznościach. Albert Wilczyński (1829–1900) był prozaikiem humorystą, gawędziarzem. Związany ze Lwowem. Wśród jego publikacji znalazły się m.in. Nowe fotografie społeczne (1884), Humoreski i obrazki z życia (1884), Kłopoty starego komendanta (1885), Galeria dyletantów (1883), Medytacje kawalerskie (1883). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Humoreski i obrazki z życia - Albert Wilczyński

Fragment ebooka Humoreski i obrazki z życia - Albert Wilczyński




Spis treści

  1. REZERWISTA
  2. ZBRODNIA URZĘDOWA
  3. SKARB ANDRZEJA
  4. I
  5. II
  6. III
  7. RACHUNEK SĄSIEDZKI
  8. NA LEŚNICZÓWCE
  9. FACJENDA NA KONIE
  10. PRÓBKA TRAGEDII
  11. ZAKŁAD
  12. KASZTANIARKA
  13. KOLOFON

REZERWISTA

Staliśmy wtedy przed kościołem, my pół-lwy prowincjonalnego miasta. Kancelarie wszystkich władz rządowych, notariuszów, adwokatów i laboratoria aptek, dostarczały zwykle, co niedziela liczny zastęp zuchwało buńczucznej młodzieży, która lustrując przechodzące damy arystokracji miejskiej, pozwalała sobie dowcipnych uwag, złośliwych konceptów – mszcząc się niejako za to wyłączanie jej z grona wysoko położonych.

Co tylko miejscowe sklepy galanteryjne miały do zbycia błyszczącej biedzie – wszystko to znalazłeś rozwieszone pompatycznie na nas.

Kapelusz oryginalnej formy, ubranie kraciasto-rażące lub tygrysiego koloru, potężne łańcuszki stalowe od zegarków, sękato-wykrzywione laski, sążniste fantazję krawatów, kołnierzyki krające uszy, hafty, żaboty – słowem wszystko, wołające na przechodniów „patrzcie”. Mimo to, arystokratyczne prezesówny, sędzianki, radczanki, nawet asesorówny i inne tam jeszcze -ówny i -anki, wyłączając burmistrzanki, które były naszą wyłączną własnością, zdawały się nie widzieć nigdy romantycznej demokracji miejskiej.

Nie byliśmy dla nich partia, nie mieliśmy stałych posad lub paranteli szlacheckiej.

Powiedziałem wyżej, staliśmy tedy przed kościołem, czekając wyjścia pobożnych. Wkrótce rozpoczęła się defilada: panienki z pensji idąc parami w brązowych mundurkach, otoczone z przodu i z tyłu zastępem ochmistrzyń, bon, guwernantek, wyglądały jak kurczęta, prowadzone na kurzy spacer.

Wśród nich mieliśmy sympatia; nogi nasze na wszystkich kinderbalach były cenione; a zresztą młode podlotki pensjonarskie bywają nadzwyczaj romansowe, i bardzo rade prowadzić potajemną miłosną wcale nieortograficzną korespondencję. „Drogi aniołku”, jest zawsze początkiem takiego listu ukrywanego i przesyłanego zwykle w zadaniach, których wypracowaniem zajmują się demokratyczni kochankowie miejscy.

Pensjonarki zerknęły oczkami mimo opiekuńczych skrzydeł madamy i przeszły. Po nich nastąpiły dwójki lub trójki płci przekwitającej i najwięcej nabożnej. A na nieszczęście miasto nasze podówczas, mogło się taką kolekcją poszczycić; pary wyrastały z pod ziemi jak grzyby i podobnie jak grzyby prawdziwe zieleniały przed czasem. I tu miewaliśmy współczucie na grzeczny ukłon, następowała jeszcze grzeczniejsza, choć nabożna z paci woalki odpowiedź; mamy darzyły nas uśmiechem, mogliśmy dla nich być jeszcze deską ocalenia przed wyrwaniem się ostatnich lin z ręki. Sympatia ta na złe im nie wychodziła, choć do matrymonialnych związków rzadko przychodziło, ale za to w drobnych usługach, na balach publicznych, te więdniejące nimfy miały za swoją grzeczność odpowiednią satysfakcję, być wytrzęsionymi do woli w drżących polkach i tupiącym mazurze. Podstarzałe panienki w mieście prowincjonalnymi, uważają się jako zdeponowane akta, do których tylko ciekawy nowicjusz archiwista czasami zagląda.

Nasza młodzież nazywała je po imieniu jak w ogóle wszystkie panienki miejskie, lecz zawsze z pewnym przydomkiem, którego podstawę stanowił nos. Nos? – pomyśli sobie czytelnik. Tak, bez wątpienia nos, mówiący przeważnie w fizjonomii twarzy, a zatem człowieka. Mieliśmy tedy oddzielną terminologię nosową: koriolański, haczykowaty, zawiesisty, wietrzący, groszkowaty, wiśniowy, do tabaki itp., z pewnymi jeszcze podziałami, na jakie ta część twarzy zasługuje. Powozowe damy szły prawie na ostatku, w towarzystwie oblepionych guzami drągalów, niosących także kolosalnych rozmiarów książki do nabożeństwa. Tu już nie nasza sfera, jeżeli się, który ukłonił, to z konieczności, jako pracujący w kancelarii pana męża patrona, zwanego tu mecenasem. Panienki i panie zdawały się tego ukłonu nie widzieć, ale z pewnością widziałyby, jeśliby wypadkiem nie nastąpił.

Już to trzeba przyznać, że wolno-praktykująca arystokracja sądowa na prowincji, a szczególniej też rodzaju żeńskiego, była podówczas najnieznośniejsza. Poczciwe pszczółki swarliwej szlachty, znosiły do tych ułów miód lipiec ze swojej pasieki i pasiecznika. Było to w modzie u szlachty mieć swego adwokata; obywatelskie ręce nie mogły dotknąć się pióra dla napisania zwyczajnej prośby, do której bądź władzy. Myśmy sądzili, że nie potrafią napisać, mecenasi upewniali, że nie chcą, a kto miał rację zapewnić nie mogę, to tylko wiem, że tysiące przelewały się z obywatelskich kieszeni w ręce obrońców, którzy na podobieństwo najemnych Szwajcarów w Neapolu, bronili ich dopóty, dopóki żołd regularnie dochodził.

Wprawdzie majątki ziemskie nie zginęły, prawo rzeczowe utrzymało swoje znaczenie, tylko, co do osób zaszła ta maleńka zmiana, że zamiast bronionych, obrońcy są ich właścicielami.

Cóż robić? – taka kolej rzeczy ziemskich, która dziś pcha do urzędowania synów obywatelskich, aby nawzajem mogli powtórzyć synom swoich obrońców wzbogacony wykład prawa rzeczowego...

Dalibóg nie skończę defilady. Otóż damy powozowe zniknęły, został w kościele plebiscyt miejski, tylko proszę nie brać tego wyrazu w znaczeniu plebiscytu rzymskiego.

Doczekaliśmy się swoich, rumiane panienki sypnęły z kościoła i nasza gromadka topniała powoli, łącząc się z powracającymi grupami. Ja zostałem na końcu i dobrze zrobiłem, bo nie mielibyśmy serdecznego wyznania, o którym następnie.

Przy pani aptekarzowej, która zwykle z ośmioletnią córeczką chodziła na nabożeństwo, tym razem pokazała się wysmukła na twarzy rumiana panienka, dotąd w mieście niewidziana. Była to nowość i nowość trochę dystyngowana, a co ważniejsza z noskiem formy klasycznej.

Fiołkowe oczęta przy ciemnych włosach cudnie odbijały, a miały takiego wabika, że gdy spotkały się z moimi, poczułem w sercu prawdziwe kupidynowe ukłucie, skutkiem, którego silny prowincjonalny rumieniec wystąpił na prowincjonalnym moim obliczu.

Wprawdzie nie pierwszy to był rumieniec od spojrzeń kobiety, o co u dwudziestoletniego chłopca nie trudno, ale ten był dotkliwszy niż zwykle, czułem go, bowiem pod oczami, w oczach, a nawet i uszach – z czego wnoszę, iż musiał być czysto miłosnej natury. Audaces fortuna iuvat mówi przysłowie, lecz mój bojaźliwy temperament wytłumaczył je sobie mniej więcej tak: „śmiałków psy gryzą” – i stąd zamiast się przysunąć do znajomej mi pani aptekarzowej, zostałem jak gawron przed kościołem. Gonić nie wypadało, więc pociągnąwszy ostatniego kolegę za sobą, puściłem się w pogoń.

Serce mężczyzny jest jakby tafelka szklana, przyrządzona do fotografii; kobieta – kochanka słońcem, które na niej, ma się rozumieć na tafelce, swój obraz wytwarza, naturalnie beż prawa reprodukcji... Śliczne porównanie, prawda łaskawe czytelniczki? Nic wam nie ubliżyłem, a jednakże powiedziałem coś nowego – cieszy mnie ten koncept, a z tej uciechy musicie przeczytać opis powierzchowności mojej nimfy, opis sercowej fotografii.

Była wysmukła, jak rzekłem wyżej, a ponieważ postępowałem za nią, więc kaptur jej czarnego burnusa opatrzony angorowym kutasem, najlepiej utkwił mi w pamięci; panienka bowiem mimo natarczywego kaszlu mego obejrzeć się nie chciała, a ja znów nie miałem tej odwagi, aby jej zajrzeć w oczy. Chód lekki, zgrabny, kapelusik biały, ruchy wdzięczne, girlanda zielona przy kapeluszu, zwoje czarnych warkoczy – ot wszystko, co podówczas zwracało moją uwagę.

Panie szły wciąż – ja za nimi, nareszcie musiały wejść do domu, a wtenczas panienka znowu spojrzała mi w oczy, zamknęła drzwi za sobą i na tym się prolog mej miłości zakończył.

– A co, Józefie? – pytam kolegi – śliczna dziewczyna.

– Kto? – odpowiada zdziwiony.

– Ot, ta co szła z aptekarzową; to coś nowego u nas, śliczne stworzonko, Józefie...

– Nic szczególnego, przyznam ci się otwarcie; oczka małe, twarz jakby nabrzękła, czerwona.

– To z zimna.

– Wszystko mi jedno, ale czerwona i kwita – tak sobie...

Byłbym go rozdarł na dwoje, tak mnie jego opinia rozdrażniła, lecz, że ucywilizowani ludzie nie rozdzierają się, więc tez zemstę moją ograniczyłem do litosnych zapewnień: „albo ty się znasz na tym, co piękne” i... pożegnałem przyjaciela.

Odtąd, przyznaję, nieznajoma panna bardziej niż fura z sianem zajechała mi do głowy. Użyłem wszystkich przebiegów i stosunków, aby się dowiedzieć, co to za jedna, zachowując jednak wszelką ostrożność, zdawało mi się bowiem, że całe miasto widziało mój rumieniec przed kościołem i że o niczym tylko o niej i o mnie prowadzą się po domach rozmowy.

Tak jednak nie było; panna Konstancja, czyli Kocia, siostrzenica aptekarzowej, panienka z Warszawy, przeszła na horyzoncie miejskim niepostrzeżenie. Wiecie dlaczego? Oto: nie miała futra. Rzeczywiście czarny bumusik noszony w lutym, mógł tylko zastąpić futro tym, którzy go nie mają; a którzy nie mają futer, nie mogą stać się przedmiotem rozmowy pan tumakowych.

Lecz dla mnie Kocia była ideałem i powodem drażliwych dla mojej ambicji napomnień pana asesora sądu poprawczego, przy którym za 75 rs. rocznej pensji miałem ten honor pracować.

– Panie Franciszku, czy pan śpisz czy co? – pytał czytając akta śledcze – po dwa razy jedne wyrażenia, tu znowu całe wywody opuszczone. Tfu, u diabła z taką robotą!...

Tłumaczyłem się jak mogłem, lecz naprawdę w piśmie były takie nonsensy, że pan asesor miał rację burczeć, choć niewłaściwie pomyłki na senność moją składał. Jako inkwirent, powinien by dokładniej znać serca ludzkie i dopatrzyć miłości, lecz asesorowie podobno tylko zbrodnicze uczucia klientów znają – o czym wszystkie córki sędziów kolegów poświadczyć mogą.

Z kolei rzeczy potrafiłem się zbliżyć do pani aptekarzowej w ogrodzie publicznym. Bystra ta kobieta od razu zgadła, co się w tym świeci, widziałem to po jej szczególnym śmiechu, z jakim prowadziła ze mną rozmowę o pogodzie tak zajmującą, że nie mogłem ani na chwilę zbliżyć się do panienek na przedzie postępujących.

Nie ma co w bawełnę obwijać, nie byłem partią.

Kancelista sądu poprawczego bez kwalifikacji sądowej, z pensją 75 rs. rocznie, nie jest figurą sympatyczną dla ciotek mających młode siostrzenice na wydaniu. Mogłem stanowić wyborne otoczenie, coś, co koło panny nazywa się satelitą a w operach tłum, jak się na afiszach czyta: panowie, panie, wieśniacy itd.

I w tym zapewne celu, odprowadziwszy moje damy do progu ich mieszkania, zostałem zaproszony na herbatę. Znaliśmy wszyscy już tę aptekarską herbatę – cieniutka była jak dekokt, a jeszcze cieńsze butersznyty z zimną pieczenia, co dla osób pobierających 75 rs. rocznego traktamentu obojętnym być nie mogło. Wiedziała o tym i pani aptekarzowa, dlatego tez łatwe przyjęcie zaproszenia, powitane było tym samym uśmieszkiem, który mnie w ogrodzie już spotkał.

Tym razem herbatki nie obserwowałem, dlatego sądzę, musiała być dobrą; nalewała ją Kocia, dlatego i wieczór ten przepędziłem najrozkoszniej. Kocia była dzieckiem Warszawy, wprost z igły, czyli pensjonatu; pomimo to przy zwykłej panienkom nieśmiałości, była śmielszą ode mnie. Prowadziła rozmowę zręcznie, swobodnie o błahych przedmiotach – miasto nasze bardzo się jej podobało, nie czuła nudów i nie tęskniła za stolicą. Dla prowincjonalnego i nieotrzaskanego z towarzystwem kobiet młodzika, Kocia była szczytem doskonałości, byłem olśniony jej powierzchownością, jej wdziękiem, swobodą, słowem jak odurzony wróciłem późno do domu. Rzeczywiście jak na owe czasy, Kocię liczono do nadzwyczaj miłych panienek; naturalny wdzięk młodości, połączony z ową tyle nas ujmującą naiwnością, przy tym znajomość form towarzyskich i łatwość prowadzenia rozmowy z mężczyznami, złożyły całość nadzwyczaj sympatyczną. Strój nawet, jakkolwiek skromny, nosił cechę dobrego gustu, uwydatniając dodatnią stronę jej powierzchowności.