Hrabia starosta - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 278 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hrabia starosta - Wincenty Łoś

Wincenty Łoś, Hrabia starosta: studium współczesne Utwór autorstwa Wincentego Łosia, wydany w 1885 roku. Wincenty Łoś (1857–1918) był polskim arystokratą, a także zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej. Był bardzo płodnym autorem. Spod jego pióra wyszły także m.in. „Dzisiejsze małżeństwa”, „Jeszcze małżeństwa”, „Wilma”, „Hrabia starosta”, „Jędrek”, „Linoskoczka”, „Wczorajsi”, „Nokturn Szopena”, „Tajemnica”, „Z różnych pułków”, „Nera Pollacca” (1895), „Swat” (1895), „Hrabina” (1895), „Aktorka” (1895), „High life doktor” (1896), „Przy naszych dworach” (1895).

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Hrabia starosta - Wincenty Łoś

Fragment ebooka Hrabia starosta - Wincenty Łoś






Spis treści

  1. Tom I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. Tom II
  12. ROZDZIAŁ I
  13. ROZDZIAŁ II
  14. ROZDZIAŁ III
  15. ROZDZIAŁ IV
  16. ROZDZIAŁ V
  17. ROZDZIAŁ VI
  18. ROZDZIAŁ VII
  19. ROZDZIAŁ VIII
  20. ROZDZIAŁ IX
  21. KOLOFON

Tom I


ROZDZIAŁ I

Przed paru jeszcze laty, w jednej z najludniejszych i najżyźniejszych okolic Galicji, wysokie stanowisko zajmował hrabia Anastazy Barwałdzki.

Zawdzięczał je nazwisku nie starożytnemu, lecz uszom naszym przyswojonemu, dużej fortunie, własnej swej woli, okolicznościom a najwięcej może pysze, która mu kazała dobijać się o to, co daje stanowisko, a po co filozofowie tego świata często nie sięgają, mniej zaś sprytni jak hrabia Anastazy, często wypuszczają, lub nie chwytają.

Hrabia Barwałdzki liczył wtedy lat sześćdziesiąt i jakkolwiek zdrów, czerstwy i prawie młody umysłem, wycofał się z wiru świata i intryg politycznych, które chorobliwie opanowawszy Galicję i nim miotały.

A może zajmowały go one jeszcze o ile echa ich dochodziły do salonów Barwałdu, o ile przyśpieszały sen lub strawność, odzywające się w organach prasy Galicyjskiej, której foliałami zabazgranej bibuły hrabia otaczał się w łóżku, przy czarnej kawie po obiedzie i gdzieś i kiedyś jeszcze zapewne.

Uśmiechem ironicznym człowieka, który powiedział: „dobry wieczór” jeśli nie „dobranoc” ewenementom życia konstytucyjnego, witał sensacyjne wiadomości, czytał mowy pana marszałka i posłów, a przymrużając oczy i puszczając kłąb dymu z hawańskiego cygara, żegnał artykuły, które by nim były niedawno jeszcze poruszały, jeśli nie miotały.

Konstytucja! Opozycja! Stańczyki! Radykałowie! – były to słowa, które usta jego wymrukiwały często z tą samą wibracją głosu, z kompletną obojętnością tonu.

Hrabia owdowiał lat temu kilka, mając jednego syna tylko, który ścigał (nie szedł nią) karierę polityczną i w tej chwili był komisarzem w Zdanowie, żył życiem kawalerskim, otoczony tym wszystkim, co sam potworzył, dziełami swego gustu, swych upodobań, swej pychy.

Nie nudził się; bo wspomnienia, które migotały w kłębach dymu, szeleściły w szumie liści Barwałdzkiego parku, przemawiały z przedmiotów apartamentu, jakby życie, życie wspomnień, tworzyły w atmosferze hrabiego.

I trzeba go było widzieć, by pojąć całą potęgę, cały urok wspomnień, trzeba było go widzieć siedzącego na balkonie Barwałdzkim z „Gazetą Lwowską” opuszczoną na kolanach, rozglądającego się przymrużonymi oczami po roztaczającej się okolicy, która wyciętymi miejscami w parku pokazywała siedzącemu hrabiemu dalsze i bliższe miejscowości – folwarki Barwałdzkiego klucza, który złośliwi, a może zazdrośni sąsiedzi „szwarzgelberowską fundacją” zwali.

Hrabia był całe życie arcylojalny!

Nie nudził się, bo myślał o sobie, o swoich czynach i dziełach, o swoich chwilach tryumfu, jeśli tryumfem można nazwać uczucie bomblujące pyszne piersi, jak leżący na niej, wykrochmalony plastron koszuli.

Nie nudził się, bo wspomnienia jego były ubarwione, urozmaicone i przyjemne, jeśli takimi są wspomnienia człowieka, który dopiął celu, który całe życie, chodząc po dywanie lekko i wygodnie, rozwijał kłębek pomotany, jakim jest założenie w życiu każdego człowieka.

Temu lat czterdzieści widział się łaknącym bogactw, szpalerów wyfrakowanych istot, ukłonów stosowanych kapeluszy, oficjalnych obiadów z mowami i toastami, szpalt zapełnionych jego osobą, nazwiskiem, dzienników, czuł jeszcze szum, jaki huczał w jego głowie na samą myśl tych rozkoszy, czuł ślinę przychodzącą do ust na samo przypuszczenie cesarsko-królewskich obiadów i arcyksiążęcych przyjęć.

I te wszystkie marzenia młodości, ambicji, pychy zrealizowały się jak w ferii opery.

Dziś zmęczony nimi, jeśli nienasycony, objedzony, jeśli nie syty, rzucał myślą w przeszłość i wtedy migały jak barwy w gorączce w największym nieładzie i nieporządku, szumiące i oszołamiające obrazy i obrazki z książki jego życia.

Tłumy wyfrakowane i umundurowane napełniały, jakby powietrze, brzmiały głosy, głosy znane mówców, lał się szampan, grała muzyka, zajeżdżały ekwipaże, jakby pędzone wiatrem leciały i szeleściły akcie i guldeny, dźwięczały dukaty, błyszczały na czarnym tle, czarnego sukna niby przestrzeni, niby fraka, ordery i klucze złote – robił się szmer, hrabia spuszczał założoną nogę – to przechodził minister – robił się rumor – hrabia wstawał – gasło cygaro, wylatywała gazeta – to przesuwał się cesarz... – zjawisko znikało.

Hrabia siedział na ganku – drzemał – uśmiechał się.

Nie zmarnowałem życia – szeptał – opuszczając balkon i wolno wlokąc się trochę, dążył na poobiednią drzemkę.

Tak żył już od lat kilku; nie pragnąc najmniejszej zmiany, pogrążony w chorobie a może nie chorobie tylko cnocie, jaką jest własna siebie admiracja.

Dom parterowy, prawie pałac o wspaniałych apartamentach, przez niego wystawiony, folwarki przez niego nabyte i urządzone, ogrody według jego planu przeprowadzone.

W salonie stał jeszcze fotel, na którym siedział był arcyksiążę, mieszkający u niego przybyły na ćwiczenia wojskowe, w sali jadalnej wisiały portrety przodków i wszyscy się do niego uśmiechali i ci starzy, zaprószeni czasem, w kontuszach, o figlarnych i rozpitych minach zaściankowych i ci nowi, czy odnowieni, bo werniksem lśniący, a może dokomponowani w perukach, orderach i mundurach.

O tej galerii opowiadano dziwy.

Kasztelan Lubomirski wiszący w Podhorcach czy gdzieś, miał do siebie podobniuteńkiego w Barwałdzie, który był pradziadem hrabiego Anastazego – a więc kasztelanem Barwałdzkim, a nie Lubomirskim.

Książę raz będąc w Barwałdzie, rzucając okiem na portret rycerski i stary, pod którego wychował się okiem, zawołał:

– To!...

– To mój pradziad, kasztelan Zakroczymski – przerwał hrabia Anastazy.

W rok później hrabia był u księcia, który mu pokazywał familijną galerię – zbladł widząc swojego pradziada.

– A to, twój pradziad – zawołał książę – kasztelan...

– Zakroczymski! – dodał nie drgnąwszy hrabia Anastazy...

– Zawsze lojalny – mruknął książę do kogoś...

Takie wymyślała zazdrość anegdoty na hrabiego – zazdroszczono mu jego rosnącego majątku, powodzenia, sympatii u dworu, mów, za które gwizdali radykałowie, a którym podobno potakiwał Jego Ekscelencja, pan namiestnik...

Powoli hrabia Anastazy szedł wytkniętą drogą, która ozdobiwszy go tytułem hrabiowskim roku 57, zrobiła go członkiem dożywotnim izby panów w 70.

Razem z nim awansowali i przodkowie w sali jadalnej i 71, jak twierdzili sąsiedzi, jakiś quasimodo z XVI wieku, wiszący nad kominem, został kasztelanem, a kasztelan, podobny do Lubomirskiego, został wojewodą Zakroczymskim.

Któż nie zna słabostek? – dobrze, że pan Anastazy miał tylko takie, które mogły sprawić nieporządek w spisie portretów polskich zamierzonym przez hrabiego K. P., bo mógł mieć znaczenie gorsze.

Hrabia, jeśli pominiemy te słabostki, które wyradzał straszny szum jego pysznej natury, był człowiekiem rozumnym, czego mu nikt odmówić nie mógł, a każdy przyznać musiał, widząc go w sześćdziesiątym roku życia, odpoczywającym na laurach, po kilkudziesięcioletnich wprawdzie zabiegach, ale czyż te zabiegi mogły być przykrymi?

Zabiegi w salonach ministerialnych, polegające na słodkich uśmiechach, na zgrabnie wniesionych toastach, we właściwym czasie rzuconych kartach, na wyuczonej lojalnej mowie, na ślicznych ukłonach, a później na wspaniałym przyjmowaniu tego, czego sam tyle się naszafował...

We fraku, z uśmiechem na ustach, w lakierowanym buciku, przeszedł przez życie i siłą woli, wspartej sprytem i frazesami, doszedł do celu.

Nie tylko, że doszedł, że miał wszystkie uciechy i słodycze znane temu tylko, który gdzieś szedł i tam zaszedł, oprócz tego miał jeszcze nie każdemu z tych piechotników celu daną, wielką rozkosz, rozkosz pozostawienia komuś swego dzieła i jego historii, pozostawienia tradycji z zapewnieniem, że ta nie zaginie.

Hrabia miał syna Romana, który przejął się własnym swym ojcem, który jeszcze w bluzie i krótkich spodniach robił już wrażenie małego członka izby panów, którzy en herbe obiecywał posiadać wszystkie cechy indywidualne, osobliwe, zazdroszczone, choć obrzydliwe, pomagające do kariery i stanowiska, choć ujemne, sympatyczne i wstrętne, polegające na obłudzie i fałszu, a zarazem sprycie i przenikliwości, cechy, które by filozof mógł filozofowi XIX stulecia, żyjącemu w Galicji, określić dwoma słowy: „świeży hrabia”.

Hrabia był świeżym hrabią – tak – powtarzam i dostatecznie zrozumiale zapewnie dla tych, którzy czują, jeśli nie analizują wszystkie odcienia charakterów, tych obdarzonych nowym tytułem, konstytucyjnego tronu.

Jak ojciec, tak i syn mieli wszystkie odcienia i zarysy, wszystkie pociągi pędzla tego, malowidła, którym w zbyt wielu egzemplarzach Wiedeń zaludnia Galicję, a o których powstawaniu dowiadujemy się „z Gazety Lwowskiej” a których cicho najczęściej zwiemy „świeżymi hrabiami”, na których dawniejsi patrzą z ukosa a przyszli z zazdrością.

Zastępy te się mnożą, dopomaga im i stolica apostolska i czekać i spodziewać trzeba się chwili, w której wraz z księciem oryginałem będziemy mówić: „nowy frak, nowy hrabia”.

Hrabia Anastazy był jednym z pierwszych, utytułowanym w chwili, w której jeszcze nie wszystkie nosy miały wyżli węch kariery i w której więc ci, co go mieli, podwójnie byli oceniani i wynagradzani.

A jaki węch miał! – trudno opisać. – Trudno określić a nawet spisać wszystkie oznaki tego rodzaju powonienia, któremu torując drogę do szafarzy, torowała powoli gościniec do fortuny, nazwiska, stanowiska – stanowiska wyjątkowego, bo genialnie maskującego osobiste tylko widoki i cele, pychy, którą on i epoka zwali i jeszcze zwą ambicją i rozumem.

Rozum? – miał go, jeśli nie ten, który światy odkrywa we własnej duszy, który szczęście znajduje w swoim elemencie i z siebie go czerpie, to ten, który prowadzi do pozycji i majątku, dwu potęg, które w zgniłej epoce naszego stulecia, zdają się wielu zupełnie wystarczać.

Wystarczały one i hrabiemu, ba! Zajęły wszystkie tętna jego moralnego ustroju i kosztem wszystkich innych uczuć, opanowały jego duszę.

Zapewne nieznanymi mu były te namiętności, które miotają bohaterami romansów i które robią bohaterów myśli i czynu, idealizmu i serca, zapewne nie zaznał on pociech nieodmówionych i maluczkim świata, pociech ogniska domowego, szałów miłości, zapałów myśli, a później i tych, które jeszcze w wieku stygniejącym, odmładzają serca, ale też i znać ich nie chciał.

Z silnym postanowieniem zostania wielkim panem, wstąpił w szranki wojowników, mających zamiast szabli wolę, zamiast pistoletu, pomysły, zamiast konia, świat i ludzi – i zwyciężył.

Kosztem ilu przygłuszonych głosów duszy i serca, kosztem ilu gwałtów zadanych jeszcze niepogwałconym uczuciom i popędom, kosztem wreszcie ilu upokorzeń, doszedł do mety, to druga, druga cała historia, której bolesne nuty nie wszyscy znają, bo odzywają się one tylko w szlachetnych, wybranych, a gwałtownych naturach.

Ze wszystkich tych danych człowiekowi do uszczęśliwienia siebie, zrobił on bezdźwięczne instrumenty, pomocne do dopięcia celu.

Zapały młodości świętej stłumił, a siły jej dziewicze zużytkował na ślepym naśladowaniu pierwowzorów, z małżeństwa zrobiwszy jeden potężny stopień zbliżający go do kariery wymarzonej; z życia, jedno pasmo ukłonów i zabiegów, światowych podłości i fałszywych frazesów, którymi z obliczem stereotypowo uśmiechniętym się zasilając, dążył, biegł, pędził do mety. A doleciawszy, dopiero się spostrzegł, że próżność, którą zwał ambicją, nie ma granicy, byłby biegł dalej, gdyby go podagra nie była zmusiła do wykrzywiania się, zamiast uśmiechania, byłby biegł dalej konwulsyjnie pod uśmiechem maskując cierpienie fizyczne, a może i moralne, gdyby nie spotkał się z synem w przedsionku, z którego on wychodził, a do którego syn jego wchodził. Zamiast zawołać do niego:

– Wychodzę, ty nie wchodź! – uchylił przed niedorostkiem podwoje sal i apartamentów napełnionych uperfumowanym tłumem o obliczach, wybladłych pracą namiętną pychy i chciwości – i zawołał z przekonaniem może popsutego:

– Tu, życie, stąd dostojności płyną, tu zaszedłem ja, gdzież ty zajdziesz, stąd wychodząc.

Sam więc się wycofał, zostawiając zastępcę – syna – o ileż ten miał łatwiejszą drogę, jeśli tylko miał ojca charakter.

Jedną z pierwszych rad, jaka mu dał wprowadzając go, rzucając w świat, z którego wyszedł, magnatem udekorowanym i utytułowanym, była w tych słowach:

– Pamiętaj, że od ciebie zależy twoje życie, bądź giętkim, jak sprężyna, śliskim jak ryba, nie szczędź ukłonów, szafuj uśmiechami i frazesami, bądź wytrwały, i nie zniechęcaj się, pukaj, dopóki ci nie otworzą drzwi, które ci pod nosem zamknięto, wciskaj się, gdy się uchylą, powracaj wyrzucony, byś mógł sam później wyrzucać.

W tym rodzaju napisany był kodeks, który hrabia Anastazy chciał wpoić w rozwijającego się dopiero syna, a gdy ujrzał, iż młody Roman, czy się zdawał, czy rzeczywiście naukami i przykładem się przejął, usunął się, przekonany, że ten nie zawiedzie jego nadziei, że dalej nawet zajdzie, niż on może.

Nie przypuszczał, by w Romanie mogły tkwić lub się obudzić zarody strasznie stojące na przeszkodzie karierowym powołaniom i budzące nieraz dzieła i tradycje arcylojalne.

Z Barwałdu więc przypatrywał się i śledził ukochanego syna, któremu, że nie mógł podobnie jak jego sąsiad, książę, przekazać dziedzicznego tytułu dającego fikcyjne miejsce bez znaczenia w izbie panów, żałował.

Z Barwałdu listami podsycał te już budzące się, jak ciepłe wino szampańskie, ambicje pyszne i próżne dwudziestoośmioletniego Romana, który, jeżeli nie był duszą i charakterem, to był wszystkimi ich pozorami, karierowiczem, we śnie widzącym się namiestnikiem, lub ministrem.

Bo mógł mieć dno tej niewyczerpanej studni, jaką jest dusza, dno inne, szlachetne i idealne, ale czyż mógł być innym jak jego ojciec pod względem przekonań i zasad, aspiracji i żądz, syn hrabiego Anastazego.

Czyż mógł być w tym wieku dość wytrawnym i znającym siebie i duszę ludzką, jej potrzeby i znać dostatecznie nuty głosów, którymi odzywają się drzemiące, bo nigdy niebudzone, uśpione może, bo usypiane, szlachetniejsze struny jestestwa.

Wychowany w atmosferze, która zdawała się szumieć pychą i zadowoleniem ojca, która lodowaciła wszystko strasznym realizmem, wychowany w przekonaniach o wielkości swego ojca, w głębokiej pogardzie dla wszystkiego, co nie prowadziło do złota lub orderu; nie widział nic, prócz tego. Człowiek zapewne zaczynał się u niego od cesarsko-królewskiego szambelana, a kończył na ministrze, nie marszałku, który tak mało pobiera pensji. – Innych, ludzi skromnych, gospodarzy, filozofów, ludzi nieproszonych na oficjalne obiady, bo by na nich z nudów poumierali, nieuganiających się na wyborach, nieprzedpokujących u ministrów i szafarzy konstytucyjnych błyskotek, uważał zapewne on, tak jak i ojciec jego, za nie-ludzi.

W Barwałdzie siedział hrabia Anastazy szanując do śmieszności swoje zdrowie, które, jak sam mówił, było koniecznie potrzebnym, by mógł się doczekać chwili, w której by Roman przed sobą widział jasną, jak cesarsko-królewski gościniec – drogę.

Gdy mu podagra dokuczała, sykał z bólu i wzywał doktorów, a gdy cierpienie ustało – szeptał:

– Jeszcze będę na balu u starosty Jarczowskiego.

Starostą Jarczowskim miał być syn jego i równocześnie zawsze w wyobraźni swej zawsze bujnej, choć starej, widział się wchodzącym i przykrytym orderami na pierwszy bal u starosty w Jarczowie, a potem już ze spokojem prawie, przypatrywał się swojemu pogrzebowi, z śpiewem i piórami, pochodnią i mowami i słyszał, jak się ktoś w tłumie pyta: „Czyj to pogrzeb?” – i odpowiedź szumną: „hrabiego Barwałdzkiego”... i tytuły...

Tak marzył stary hrabia – pracując z Barwałdu nad przyspieszeniem awansu, nad uzyskaniem protekcji dla ukochanego syna, ukochanego, bo wkrótce, jak sądził, starosty – a później – namiestnika.

Odzyskiwał zdrowie i siły, wolę i ochotę, dowcip i pomysły, gdy chodziło o uzyskanie tego lub owego, dla Romana.

Rozpisywał listy, przypominał się pamięci starych książąt i hrabiów, winszował jeszcze z Barwałdu imienin i urodzin starym i dogorywającym jak i młodym i pnącym się dygnitarzom w przypuszczeniu, że mogą być synowi pomocni.

Protekcja! Wielkie słowo! Znane od wieków, ale nigdy tak popularne jak w naszym wieku.

Protekcją! Wszechwładna pani – siłą, której mali wychodzą na wielkich, i znów robią wielkich.

O! Jakże w nią ślepo wierzył – stary hrabia! Bo jak nikt, znał jej potęgę; nigdzie, choć wszędzie jaskrawą, tak błękitną, jak na drodze politycznych aspiracji.

Żebrzące niej tłumy, widział zapełniające przedpokoje ministrów i radców, burmistrzów i redaktorów gazet – często wmieszany w ten tłum o wygiętych kadłubach, o schylonych głowach i chciwym spojrzeniu, czekał pojawienia się tego, który jeszcze się nie miał czasu wyprostować – od wczoraj minister, lub radca stanu – pozawczoraj jeszcze niezmęczony piechotnik konstytucyjnej armii – tej armii, najsilniejszej w nogach niezmęczonej w wycieraniu schodów gmachów publicznych i dywanów dygnitarzy.

Protekcję! – silną protekcję! – jak najwięcej protekcji! – zapewnić swemu synowi, było celem hrabiego Anastazego, zajmującym go w samotności Barwałdzkiej.

Biegali posłańcy na pocztę i przywozili listy, na które niecierpliwie wyczekiwał eksdygnitarz Galicyjski, listy niekiedy od dawnego kolegi, czasem jeszcze o protekcję rzadko wychodzące z urzędowej strony, a często od syna.

Pięknego dnia sierpniowego hrabia puszczając kłęby dymu na balkonie, wygodnie usadowił się na fotelu, gdy wszedł lokaj, przynosząc na tacy gazety „Lwowską” i „Czas”, „Presse” i „Figaro” i dwa listy, oba eleganckie, kwadratowe, prywatne.

Puściwszy kłąb dymu, popiwszy kawą, wziął się hrabia do czytania.

Pierwszy był od syna – tej treści:

„Kochany ojcze! – Uszczęśliwił mnie. Twój list, z którego widzę, że zamiary moje małżeńskie widzisz przychylniejszym okiem, niżem przypuszczał; Marietta jest śliczna i kocha Cię podwójnie, przeczytawszy Twój list, w którym obiecujesz mieć ojcowskie czułe uczucie dla tej, którą wybrałem. – Przyspieszyliśmy zaręczyny i odbędą się dnia piątego października, naturalnie, jeśli na ten czas wygodnym Ci będzie, ojcze, przyjechać.

„Jestem szczęśliwy, i podwójnie szczęśliwy dowiedziawszy się, że małżeństwo moje, jak piszesz, odpowiada Ci pod każdym względem.

„Ożeniony, pewniejszym krokiem, będę zmierzał, piszesz, do celu, silniej utrzymam się na stanowisku zakreślonym, którego wymaga moja kariera.

Wolą starostami mianować ludzi żonatych, którzy mogą prowadzić dom otwarty, a Marietta, quelle charmante maittresse de maison!

„Oczekuję telegramu, kiedy przyjedziesz, a tymczasem całuję Twoje ręce syn Roman”.

Hrabia się zamyślił.

– Małżeństwo to konieczne głupstwo – mruknął – żeni się... zaręczyny... śpieszy się... czyżby zakochany... – machnął ręką i rozerwał drugą kopertę.

Cher ami! – Dziękuję Ci za pamięć – jestem prawie zdrowy, ale jadę do morza. Wiedeń o tej porze zaczyna się ruszać, cesarzowa już w stolicy, cesarz z Schönbrunn przyjeżdża co dzień na posiedzenia.

„Przypominam Ci kandydaturę Alfreda, dużo od Ciebie zależy. – Ale a propos, mogę Ci donieść, że mianowanie Twego syna starostą Zdanowskim jest sous nappe– jaki początek! Powszechne uznanie. – Nasz kochany minister widział go w Zdanowie i jest pod jego urokiem. Twój syn! – dość powiedzieć. – Nie wątpisz, że go ciągle mam na oku. – Jeszcze raz przypominając Ci Alfreda, ściskam Cię stary przyjacielu.

Wallmann.

Hrabia pogrążył się w zadumie.

– Roman lada dzień starostą – szeptał – to zmienia wszystko – Roman, kawaler, dziecko, starostą... Kochany Wallmann! – Roman głupio się żeni... i nie na czasie... Roman lepiej by się mógł ożenić...

Nastąpiło długie dumanie, hrabia z głową wywróconą na tył fotelu, przeciągając ręką po czole, myślał – myślał długo... – godzinę... dwie...

Otrząsł się – zadzwonił – pojawił się lokaj.

– Dziś wieczór pojedziemy do Zdanowa, Janie – wymówił spokojnie i znów jakby drzemał na fotelu.


ROZDZIAŁ II

Zdanów – miasteczko Galicyjskie podobne jak kropla wody do innych. Sącza, Wadowic, Bochni, Stanisławowa, mniejszych lub większych.

Zdanów, miasteczko powiatowe, ze swym starostwem, którego pryncypał liczył się do urzędników dostojniejszych kraju, ze swym kościołem, z którego wylęgające tłumy, co niedziela, dzieliły się na grupy i udawały, co niedziela – od lat – w tym samym kierunku.

Niedziela w miasteczku prowincjonalnym, to uroczystość, uroczystość dla wszystkich stanów, które gromadzi parafia.

Widzieć wylegający z kościoła parafialnego miasteczka powiatowego, różnobarwny tłum, to dość dla spostrzegacza, by odgadł i dokładnie poznał nie tylko miasteczko, ale i okolicę, nie tylko twarze i fizjonomie, ale uczucia i namiętności.

Niedziela w małej mieścinie, to nawet ciekawe studium dla malarza i powieściopisarza, będąc ciekawym dla satyryka i karykaturzysty.

Ileż tam można spotkać znikających typów, iluż niewychylających nosa poza parafię oryginałów, ileż prześmiesznych min i strojów, ileż żywych karykatur, karykatur i dusz i serca, bo ileż tam można odgadnąć małostek, głupstw, śmiesznostek jeszcze jaskrawych, bo cywilizacja nasza wypędziwszy je ze świata lub zakrywszy, pozwalała im się rozsiedlić po miasteczkach, by bawić się tymi parafianami strojów, chodu, głosu i mowy, parafianami myśli i uczuć.

Zdanów – to typ miasteczka Galicyjskiego.

Powiedzieliśmy, że bohater naszego opowiadania, Roman Barwałdzki, był komisarzem przy Zdanowskim starostwie.

Obraz nie malowniczy, bo malowniczą może być tylko natura lub sztuka, ani pierwszej ani drugiej przypominać nie może obrazek małomiejskiej parafii – trywialny, jak nic na świecie w swej bezmyślnej pobożności, w swym nieudolnym naśladownictwie, w swym śmiesznym a jaskrawym kolorycie.

Już Zdanowski rynek kolorował się różnymi barwami od rozpraszających się po nim ludzi, gdy jeszcze z kościoła już nie masami wychodzili ludzie – domyślić się może czytelnik – arystokracja Zdanowska.

I na części rynku przed kościołem, tworzyły się powoli i coraz to rosły gromady pobożnych, a przed frontem zajeżdżały paradne ekwipaże, których furmani bardziej świąteczne od uroczystości i godniejsze od swych panów, mieli miny.

I robił się gwar, hałas, szeptanie i coraz głośniejsze rozmowy i przywitania, w których naturalnie nie mogło się obejść bez francuskich wykrzyków i frazesów.

W zgromadzonym już towarzystwie, nie tłumie, spostrzegałeś i jakieś mundury państwowe i galowe, złociste czako ułańskie i na czarnym surducie migotał order z austriackim orzełkiem, a od kółka do kółka przechadzał się podkręcając wąsa i trzymając karabelę jaskrawy od atłasu, guzików i złocistego pasa, a niebieskich wylotów polonus.

Cóżby to być mogło? – cóż znaczyła ta gala z narodowym strojem i czakiem, ta gala w minach, w rozpromienionym obliczu pana starosty, którego obsypywała komplementami jakaś dama francuska, w tryumfujących spojrzeniach oficerów, w błogim uśmiechu księdza kanonika, którego wychodzącego ze świątyni, witali dystyngowani parafianie.

Działo się to piątego października, obchodzono więc cesarskie imieniny.

Władze i wojsko w paradzie – stąd to niedziela była uroczystszą, stąd to aż dwa w Zdanowie ze skrzyń wyszły kontusze, stąd to taki zjazd lojalnej okolicy.

Zgiełk robił się coraz większy.       

Kanonik sobie, pan starosta sobie prosili na wódkę i przekąski.

Jedni pozostawali, inni opuszczali miasto, co chwila odjeżdżał jakiś ekwipaż próżny, czy napełniony pogardzającymi, lub nieproszonymi na tradycjonalne śniadanko do kanonika, lub prawie oficjalne zebranie u starosty.

Pan starosta, człowiek jeszcze młody, stał blisko kościoła, jakby czekał jeszcze na kogoś, z miną zadowoloną, uśmiechem dowcipnym rozmawiał z przy nim stojącym młodzieńcem.

Ten ostatni ubrany według ostatniego żurnalu paryskiego, blondyn z angielskimi rzadkimi faworytami, wygolony, zresztą przystojny rysami, choć nie sympatyczny sztywną i napuszoną miną.

Wysoki, bardzo młody, ale z miną dyplomaty, a godnością czującego swą wyższość, rozglądał się po ruszającym się tłumie, rozmawiając pół-słówkami ze starostą, czesał palcami swoje rzadkie, lecz charakterystyczne angielskie i sportmańskie, bo rude faworyty.

Z kościoła już prawie nie wychodzono, wypróżnił się. Nagle lokaj w pełnej liberii, kamaszach, fraku szafirowym, kapiący niemal od złota wybiegł ze świątyni, i z pośpiechem nadzwyczajnym, z niepojętą godnością, deberdujący prawie niezrozumiałą pychę, skinął w stronę ekwipaży.

W oka mgnieniu zajechał przed front kościoła amerykan zaprzęgnięty gniadymi anglikami, osadzonymi na miejscu przez wprawną rękę kutschera mogącego się popisywać w „Praterze”, który nieruchomy, z wyprężonymi lejcami, z brodą w kołnierzyku, którego końce zakrywały czarne faworyty, z oczami wlepionymi między uszy końskie, stał na tylnym miejscu.

Ekwipaż robił niezarzucalne wrażenie; nie mieli nic do zarzucenia oficerowie.

Ganz fesch! – zawołał pułkownik.

Uśmiechał się starosta.

Ekwipaże i liberie – to Galicyjska słabostka, jeśli nie choroba. Podczas gdy za granicą zbytek ten jest przywilejem tych, dla których przestaje być zbytkiem, u nas jest niemal pierwszą potrzebą każdego, którego nazwisko zapisane w hipotece większej własności.

Tak samo z małymi różnicami jeździ milionowy dziedzic państewka terytorialnego, jak właściciel folwarku spod Zdanowa.

Ekwipaż, liberia, biały krawat, rękawiczki a nawet faworyty furmana są szczegółami, w które z równą drobiazgowością wchodzi marszałek pana namiestnika, lub księcia Sapiehy, jak i pan Parwulski spod Zdanowa.

Wyglądać na pana, jeśli nim nie być – zdaje się być hasłem galicyjskim, któremu – przyznać trzeba – echa coraz mniej głośno odpowiadają.

Ileż to fortun pochłonęły często niezgrabna na niedźwiedziowatym furmanie liberia i galon złoty na cylindrze brudnego lokaja.

A ileż kluczy zjadły angielskie sztylpy i czerwone fraki w swoim czasie.

Dziś, choć czasy się zmieniły, a jeszcze uszczerbek w dochodach czynią białe krawaty, czerwone rękawiczki, w rubrykach rozchodowych, tych, którzy sami często nie mają tego, niepokalanej świeżości dodatku toaletowego.

Nigdzie jak w Galicji, spotkasz jeszcze pana i szlachcica, wyższą przywiązujących wagę do guzika furmana, jego miny, do rodzaju liberii i doboru herbowych kolorów, jak do pooranej skiby na łanie pod pszenicę, do czystości w gospodarstwie chlebodajnym.

A szyku galicyjskiego le mot d’ordre jest od dawna ekwipaż i liberia.

Często w domu nieład i bieda, ale w stajni i wozowni zbytek, często na niezgrabnych barkach niewypłaconego lokaja, świeci kawowy frak o guzikach jak talerze.

Dobrze jeszcze, jeśli w tym nieodpowiednim do stosunków zbytku jest harmonia, ale jakież okropne na człowieku z dobrym wrodzonym smakiem, robi wrażenie często u nas spotykana rażąca dysharmonia.

Bo nie ma nic przykrzejszego i bardziej obudzającego litość, jak śmieszność w zbytku.

Gdzież częściej, jak nie w Galicji, gdzież, jeśli nie w Galicji, widzisz te połamane ugalonowane cylindry na łbach do czapy baraniej, te wiszące powycierane, z brakującymi guzikami płaszcze, wiszące na barkach, dla których nie były robione, te landary obszarpane i tyrkoczące, jak bryki rozlazłe, po miejskim bruku uwijające, ciągnione przez kaliki, które nadgania i do parady zachęca wczoraj wzięty furman, ekwipaż śmieszny i moralnie przykry, bo przypominający obrzydliwe ludzkie słabości, niesmaczny, bo gwałcący prawa zbytku, którego kodeks układa dobry smak, sztuka i pieniądz. – Ekwipaż, na którego wyszarzanych poduszkach, osiadłe resory podrzucają stare dziecko szwargocące łamaną francuszczyzną i wycierające fotele księżnych i hrabin, tych półbogiń dla galicyjskich szlachcianek, mających prawa na podstawie aliansu jakiegoś, w którymś tam pokoleniu, do tułania się po arystokratycznych salonach.

Nikt im tego prawa nie odmawia, po cóż kosztem własnej śmieszności i szczęścia nieraz, trwożne, by nie nastąpiło umorzenie, tracą czas i fortuny dla błahej przyjemności wypicia niedobrej herbaty u księżnej X. a przyjęcia hrabiny Y.

Takie nam myśli nasunął stojący przed kościołem Zdanowskim ekwipaż, którego szczegóły zdradzały owszem wytrzymałą fortunę, dobry smak i przyjemne tylko harmonii mogły robić wrażenie.

Ekwipaż długo nie czekał.

Z kościoła wybiegła młodziutka dziewczyna, śliczna, pulchna, różowa blondynka z towarzyszącym jej mężczyzną, pańskiej fizjonomii.

Szpaler utworzył się od drzwi kościoła do amerykana.

Młoda kobieta się kłaniała – znała wszystkich. Nie spostrzegała zazdrosnych wejrzeń, ścigających ją z porozrzucanych przed kościołem wianków kobiet.

Młodzieniec, któregośmy zauważyli rozmawiającego z panem starostą, podskoczył by jej, wsiadającej na wysoki kozioł, podać rękę.

A ce soir? – zapytała chwytając lejce.

A ce soir! – odparł, ustępując się, wsiadającemu za dziewczyną, mężczyźnie.

Wszystko to się odbyło szybko, zwinnie – konie wyjeżdżone, wolno z miejsca ruszyły, by wkrótce przejść w angielski kłus.

I wszyscy oczami ścigali śliczny ekwipaż, unoszący uroczą postać.

Klekot elegancki powozu i heep furmana, ułatwiającego głosem powożenie młodej dziewczynie wśród tłumu zadziwionego pospólstwa jeszcze było słychać, gdy starosta obrócił się do młodzieńca o rudych faworytach – i zawołał mrużąc oczami, tonem znawcy, miną amatora:

– Prześliczna!

Młodzieniec dyplomatycznie się uśmiechnął.

Może się czytelnik domyślił, że nie był to kto inny, tylko Roman Barwałdzki, a to urocze dziewczę, kochaną przez niego Mariettą, Mariettą Mącińską.

Jeszcze chwilkę tylko trwał ruch na Zdanowskim rynku, po czym zapanowała cisza...

Długo przed plebanią stały jeszcze ekwipaże, jak i przed starostwem, do którego bramy wchodziły wyfrakowane figury.

W cesarsko-królewskim starostwie był galowy obiad – pod domem czekały tłumy, na placu zbierała się muzyka.

Na balkonie pierwszego piętra, nad-krytym płócienną markizą, pojawiała się co chwila inna postać męska – rzucająca wejrzenie spokojne człowieka z apetytem wyczekującego obiadu, na spokojny rynek.

Przez otwarte okna, dolatywały śmiechy i głośniejsze urywane rozmowy.

Na balkonie często pojawiał się Roman i zapuszczał oczy w ulicę Krakowską, prowadzącą do dworca kolei żelaznej.

W miasteczku panowała cisza właściwa południowym godzinom i dniom świątecznym.

Za Romanem stanął starosta.

– Pociąg powinien już być w Zdanowie – zagadnął.

Roman wyciągnął zegarek.

– Czwarta! – odparł.

– Co tylko nie widać – rzekł starosta i wrócił do salonów.

Równocześnie z ulicy Krakowskiej wysunął się ekwipaż znany miastu, ekwipaż starosty.

Roman ujrzawszy go opuścił balkon, w chwilkę razem z zajeżdżającym otwartym powozem stanął w bramie gmachu powiatowego.

Z powozu wysiadał otyły, wyfrakowany, udekorowany pan.

Roman rzucił się w jego objęcia.

– Roman!

– Ojcze! – odparł zimno, całując w rękę hrabiego Anastazego Barwałdzkiego.

– Starosta czeka z obiadem – mówił Roman – podając ojcu rękę.

– Jestem gotów – odparł hrabia i opierając się na ramieniu syna, powłócząc trochę nogą, dążył na pierwsze piętro.

– Ekscelencja! – jakiż honor! – wołał czekający już na schodach starosta, witając hrabiego, którego pani starościna, uprzejma i sympatyczna kobieta, wprowadziła do salonów.

Zrobił się szmer – powstawano, kłaniano się. – Hrabia odżył, ujrzał się w swoim elemencie konstytucyjnych kadzideł.

– Ekscelencjo!

– Ekscelencji!

– Ekscelencję! – odmieniano w ukłonach to słowo.

Hrabia młodniał, zapominał o podagrze, uśmiechał się, co chwila szukając oczami Romana.

Roman, jak w Boga, wpatrywał się w ojca, którego spotykane honory podnosiły go w jego oczach i wpół na niego spadały.

Z uwielbieniem wpatrywał się w oblicze ojca, a gdy tenże na niego skinął, by mu coś powiedzieć, przybiegł Roman z galanterią Ekscelencji, nie ojcu należną, i do tego stopnia się zapomniał, iż stając przed nim, w urzędowym półukłonie, spuszczając oczy:

– Ekscelencjo! – szepnął.

Hrabia się uśmiechnął rozumiejąc powód pomyłki, Roman zmieszał się prostując.

– Zapomniałem, żeś mym ojcem – bąknął.

Parfaitement! Parfaitement!– mruczał rozpromieniony hrabia, klepiąc go po ramieniu; jesteśmy w świecie (hrabia światem nazywał tylko świat urzędowy), parfaitement... ja Ekscelencja... ty... panie komisarzu.

Pani starościna podawała rękę hrabiemu – proszono do stołu.

Wino się lało, muzyka wojskowa grała, na zimnych ścianach apartamentu starostwa, który jak wszystkie mieszkania urzędników robił wrażenie hotelu, uśmiechał się portret cesarza.

Pułkownik wniósł zdrowie monarchy.

Starosta hrabiego.

Roman starosty.

Rozpływał się w tym elemencie Ekscelencja, odzyskiwał dowcip i humor.

A Roman wpatrywał się jak w tęczę, w ojca tak honorowanego.

Oczy starego hrabiego odpowiadały mu:

– Przypatruj się, przyjmij sposób bycia dostojnika konstytucyjnego kraju, allez – vous me surpasserez mon cher fils – dodawał z uśmiechem, maczając wargi w szampanie – z uśmiechem, którego treści, niepodobna, by Roman nie rozumiał.