Hotel na rozdrożu   - Debbie Macomber - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Hotel na rozdrożu - Debbie Macomber

Zatoka Cedrów

Cedar Cove to malownicze miasteczko nieopodal Seattle. Mieszkańcy kochają się, zdradzają, nienawidzą się  i rozchodzą jak wszędzie na świecie. Mają swoje historie, swoje sekrety. Tylko że tutaj nikt nie jest anonimowy. Ktoś zawsze pomoże ci rozwiązać problem, nawet gdy tego nie chcesz…

Peggy i Bob Beldon żyją spokojnie do chwili, gdy w ich hotelu ginie mężczyzna. Próbując wyjaśnić tajemnicze okoliczności jego śmierci, odkrywają, że zamordowany służył wraz z Bobem w Wietnamie. Nikt nie wie jednak, dlaczego mężczyzna przyjechał do Cedar Cove ani – co znacznie ważniejsze – kto go otruł…
Kłopoty mają również inni mieszkańcy miasteczka. Życie Olivii Lockhart Griffin po powrocie z miesiąca miodowego wcale nie jest takie słodkie. Jon Bowman i Maryellen Sherman zastanawiają się, czy na pewno powinni się pobrać. A matka Maryellen, Grace, rozstaje się z przyjacielem, ponieważ wciąż nie może uporać się ze śmiercią ukochanego męża Dana. Czy przyjaciele zdołają ją przekonać, że czas zapomnieć o przeszłości i spojrzeć w przyszłość? Pora podjąć ostateczne decyzje…

Opinie o ebooku Hotel na rozdrożu - Debbie Macomber

Fragment ebooka Hotel na rozdrożu - Debbie Macomber








Debbie Macomber

Hotel na rozdrożu

Harlequin


Tytuł oryginału: 44 Cranberry Point

Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2004

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie graficzne okładki: Kuba Magierowski

Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga

Korekta: Małgorzata Narewska, Władysław Ordęga


© 2004 by Debbie Macomber

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.


Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.


Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25


Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa


ISBN 978-83-238-8149-0


ROZDZIAŁ PIERWSZY




Peggy Beldon z przyjemnością rozejrzała się po swoim ogrodzie. Niedawno sama posadziła wszystkie rośliny, które od tego czasu już nieco podrosły. Uwielbiała to miejsce – było jej schronieniem i źródłem błogiego spokoju. Przez chwilę obserwowała prom płynący z Bremerton do Seattle, a łagodny powiew wiatru przyniósł znad Cieśniny Pugeta słonawy zapach wody. Było to typowe majowe popołudnie w Cedar Cove, w stanie Waszyngton – przyjemnie ciepłe, z lekką, orzeźwiającą bryzą.

Peggy sięgnęła po ogrodowy wąż i ostrożnie weszła między rzędy sałaty, zielonego groszku i fasolki szparagowej. Jako osoba praktyczna uprawiała warzywa, natomiast kwiatowe klomby zaspokajały poczucie piękna. Z zachwytem spojrzała na dom, który był spełnieniem jej marzeń. Wychowała się w Cedar Cove, tutaj zdała maturę i wyszła za Boba Beldona po jego powrocie z Wietnamu. Pierwsze lata małżeństwa były trudne, ponieważ Bob nadużywał alkoholu. Pił sam oraz z kolegami i stawał się wtedy innym człowiekiem. Najpewniej zrujnowałby zarówno swoje zdrowie, jak i małżeństwo, lecz na szczęście w porę odkrył Stowarzyszenie Anonimowych Alkoholików. Dzięki temu był trzeźwy od dwudziestu dwóch lat.

Peggy zaczęła delikatnie podlewać młode sadzonki. Kilka lat temu Bob przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Ponieważ otrzymał przyzwoitą odprawę, mogli kupić posesję na Cranberry Point. Od niepamiętnych czasów uwielbiała ten dom, już jako dziewczynka przychodziła tu, marzyła. Zbudowany w latach trzydziestych, piętrowy i położony blisko Zatoki Sinclaira, wydał się małej Peggy wspaniałą, zaczarowaną rezydencją. Kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk i stopniowo popadał w ruinę, ponieważ kolejni właściciele niezbyt o niego dbali, przez co stracił sporo na wartości. Dlatego właśnie Beldonów stać było na ten zakup.

Bob okazał się utalentowanym majsterkowiczem, więc już po kilku miesiącach wywiesili nad drzwiami szyld pensjonatu, który nazwali Thyme and Tide. Nie mieli pojęcia, czy biznes się rozwinie, postanowili jednak spróbować, by trochę dorobić do emerytury. Ryzyko się opłaciło i Peggy była niezmiernie dumna z osiągniętego wraz z mężem sukcesu. Tradycyjna domowa atmosfera, gościnność oraz wspaniałe jedzenie przyciągały mnóstwo gości i pensjonat szybko zdobył godną pozazdroszczenia renomę. Wspomniano o nim nawet na łamach czasopisma o ogólnokrajowym zasięgu, a autor reportażu pod niebiosa wychwalał potrawy i ciasta z kuchni Peggy. Poświęcił całe dwa zdania na opis wykwintnych babeczek z kanadyjskimi borówkami, a także pysznej szarlotki. Peggy miała w ogrodzie dwadzieścia krzaków borówek oraz osiem krzaków malin i nie szczędziła zachodu, aby wszystkie bujnie owocowały. Każdego lata zbierała mnóstwo jagód, których wystarczało na desery dla gości i rodziny. Życie nie mogło być lepsze.

I nagle zdarzyło się coś niewyobrażalnego.

Gdy na dworze szalała burza, a czarną noc rozświetlały tylko błyskawice, w hoteliku zjawił się nieznajomy. Wynajął pokój i pośpiesznie się w nim zamknął.

Później Peggy wielokrotnie wyrzucała sobie, że od razu nie poprosiła o wypełnienie stosownego formularza, ale tajemniczy gość zjawił się po północy i był zmęczony, więc zaprowadzili go do pokoju, formalności zostawiając na rano.

Ale rano przybysz już nie żył.

Od tego wydarzenia Peggy zawsze uważała, że ich dotychczasowa spokojna egzystencja została pogmatwana przez jakieś dziwne siły, na które ani ona, ani Bob nie mieli wpływu. Nie dość, że gość zmarł w ich domu, to jeszcze na dodatek jego prawo jazdy okazało się fałszywe. Wieczorem, po całym dniu rozmów z szeryfem i lekarzem sądowym, nic się nie wyjaśniło, przeciwnie, sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała.

Bob właśnie wyprowadził z garażu wielką kosiarkę do trawy. Na dźwięk silnika Peggy przerwała podlewanie i osłoniła oczy. Mimo upływu lat życie z Bobem nic nie straciło ze swej dawnej atrakcyjności. Przetrwali trudne czasy i darzyli się taką samą miłością jak w czasach młodości. Bob był wysoki i jak na swój wiek dobrze się trzymał, a w jasnobrązowych, starannie przystrzyżonych włosach nie dało się zauważyć nawet cienia siwizny. Uwielbiał swój warsztat, a Peggy podziwiała stolarskie talenty męża. Potrafił wyczarować prawdziwe cuda z kawałka dębowego lub sosnowego drewna. Peggy zakochała się w Bobie Beldonie jako nastolatka i jej serce nadal należało do niego.

Obecnie jednak poważnie się martwiła. Wolałaby nie myśleć o zmarłym mężczyźnie, lecz było to nieuniknione, zwłaszcza że niedawno został zidentyfikowany. Szeryf Davis poinformował ich, że tajemniczy nieznajomy nazywał się Maxwell Russell. Ta informacja zszokowała Boba, ponieważ wraz z Maksem walczył w Wietnamie. Bob, Max, Dan Sherman, który również już nie żył, oraz Stewart Samuels służyli w tej samej kompanii. Razem zgubili się w wietnamskiej dżungli, co skończyło się tragicznie.

Wkrótce po ustaleniu tożsamości Russella wyszła na jaw kolejna prawda. Russell nie zmarł śmiercią naturalną.

Został otruty.

W butelce z wodą, którą częściowo wypił, wykryto sporą zawartość bezzapachowego i pozbawionego smaku rohypnolu, potocznie zwanego narkotykiem gwałtu. Stężenie było tak wysokie, że spowodowało zatrzymanie akcji serca. Zmęczony po długim dniu jazdy Russell poszedł spać i już się nie obudził.

Bob przejechał po trawie w pobliżu ogrodowych grządek i pomachał ręką, a Peggy skończyła podlewać młode roślinki. Zasępiła się. Bob nawet teraz mógł być w niebezpieczeństwie, lecz wcale się tym nie przejmował. Wolał ignorować ryzyko, niż przyznać, że jej obawy są uzasadnione.

Zauważyła na drodze zbliżający się radiowóz szeryfa i natychmiast się spięła. Oby Troy Davis wreszcie zdołał przemówić jej mężowi do rozumu...

Bob także zobaczył samochód, ponieważ zgasił silnik i zsiadł z kosiarki, gdy auto skręciło na podjazd. Dawniej, gdy wszystko wskazywało na to, że Bob jest w kręgu podejrzeń w sprawie o zabójstwo, Davis nie był tutaj mile widziany.

Tęgawy szeryf podciągnął spodnie i poprawił broń, po czym ruszył przez trawnik na spotkanie Boba.

Nie zamierzała uronić ani słowa z ich rozmowy, więc zakręciła wodę i pośpieszyła w ich stronę.

– Dzień dobry, Peggy. – Davis dotknął brzegu kapelusza i lekko się ukłonił. – Właśnie mówiłem, że wszyscy troje powinniśmy pogadać.

Odpowiedziała skinieniem głowy, zadowolona z faktu, że Davis chciał, aby ona także wzięła udział w rozmowie.

Bob zaprosił szeryfa na patio. Peggy rano starannie je zamiotła i teraz z satysfakcją stwierdziła, że skąpane w słońcu miejsce wygląda bardzo ładnie. Usiedli przy okrągłym, sosnowym stole, zrobionym kilka lat temu przez Boba i pomalowanym na ciemny, szaroniebieski kolor, który przyjemnie kontrastował z białymi ścianami domu. Duży, pasiasty parasol ocieniał cały blat i wygodne, wyściełane foteliki.

– Chciałem streścić wam moją rozmowę z Hannah Russell.

Kilka miesięcy wcześniej, gdy ustalono tożsamość Maksa, jego córka poprosiła o spotkanie z Bobem i Peggy. Podczas tamtej rozmowy Peggy czuła się bardzo niezręcznie, lecz jednocześnie było jej strasznie żal młodej, głęboko strapionej kobiety. Odpowiedziała na jej pytania najlepiej, jak umiała.

Hannah ze swojej strony dodała bardzo niewiele, ponieważ wiedziała tylko to, co wcześniej usłyszała od ojca. Podobno zamierzał wyjechać w krótką podróż, ale nie powiedział dokąd. Gdy nie wrócił do Kalifornii, Hannah zgłosiła jego zaginięcie. Dopiero po roku powiadomiono ją o losie ojca.

– Tak mi przykro z jej powodu. – Peggy westchnęła. Hannah wcześniej straciła matkę i po śmierci ojca została sierotą. Nie miała też żadnej dalszej rodziny.

– Była strasznie roztrzęsiona – przyznał Troy. – Nie dość, że głęboko przeżyła utratę rodziców, to na dodatek dowiedziała się, że ojciec padł ofiarą zabójcy.

– Podejrzewała kogoś o to morderstwo?

– Nie. Prosiła, abym w jej imieniu podziękował wam za okazaną jej dobroć. Dzięki rozmowie z wami trochę łatwiej mogła zaakceptować to, co się stało. Wspomniała też o twoim liście, Peggy. Odniosłem wrażenie, że bardzo jej pomógł.

– Jak daje sobie radę? – Peggy szczerze martwiła się jej losem.

– Trudno powiedzieć – z wahaniem odparł Troy. – Stwierdziła tylko, że pewnie gdzieś wyjedzie, bo nic już jej nie trzyma w Kalifornii. Obiecała pozostać z nami w kontakcie.

Peggy rozumiała, dlaczego Hannah chciała wyruszyć w świat. Po stracie rodziców nie miała nikogo w Kalifornii, a wszystko wokół przypominało jej o życiu, które już nie istniało. Te wspomnienia musiały być bolesne.

– Dowiedziałeś się czegoś o pułkowniku Samuelsie? – Bob zmierzył szeryfa badawczym spojrzeniem, pytając o towarzysza broni Boba, Dana i Maksa.

Stewart Samuels po powrocie z Wietnamu pozostał w armii i szybko awansował. Peggy wiedziała, że szeryf niedawno się z nim kontaktował. Podobno nic nie wskazywało na jego związek z zabójstwem Maksa, lecz jej mąż widocznie miał co do tego wątpliwości.

– Aktualnie nie uważam go za podejrzanego.

– Podobno jest jakąś szychą w wywiadzie – mruknął Bob, jakby praca wykonywana przez Samuelsa automatycznie świadczyła przeciwko niemu.

– Owszem, ale co to ma do rzeczy? Poza tym mieszka na Wschodzie, w Waszyngtonie, i raczej nie było go w ostatnich latach w tych stronach. Musisz wiedzieć, że dokładnie go sprawdziliśmy. Jako oficer i w życiu prywatnym cieszy się powszechnym szacunkiem i zaufaniem. Obiecał nam pomóc, jeśli tylko będzie mógł na coś się przydać. Skoro jednak masz jakieś inne przeczucia, może byłoby lepiej, gdybyś sam pogadał z Samuelsem?

Peggy wcale się nie zdziwiła, gdy Bob przecząco pokręcił głową. Nie znosił powracania do przeszłości. Już i tak aż nadto frustrował się z powodu samobójstwa Dana i morderstwa Maksa. Źle by się stało, gdyby zaczął obsesyjnie rozpamiętywać to, co zdarzyło się wiele lat temu, gdyby zaczął spekulować w bezsenne noce na temat wpływu tamtych wydarzeń na teraźniejszość.

– Czy Bob jest w niebezpieczeństwie? – spytała bez ogródek.

– To całkiem możliwe – równie otwarcie przyznał szeryf.

Peggy marzyła o innej odpowiedzi, lecz była wdzięczna za szczerość. W trudnych sytuacjach prawda, nawet nieprzyjemna, pozwala lepiej przygotować się na zagrożenie.

– Nonsens – energicznie zaprotestował Bob. – Przecież się nie ukrywam. Gdyby ktoś chciał mnie sprzątnąć, już bym nie żył.

– Może zrobimy sobie wakacje? – Owszem, Bob miał poniekąd rację, lecz Peggy nie zamierzała ryzykować. Od lat nigdzie nie wyjeżdżali i należał im się urlop.

– Na jak długo? – spytał Bob, nie kryjąc dyzgustu wobec pomysłu żony.

– Aż sprawa się wyjaśni. – Peggy spojrzała na niego błagalnie. Dlaczego zawsze musiał zachowywać się jak bohater?

– Wykluczone. Nigdzie nie pojadę.

– Bob... – Jego stanowcza odmowa wcale Peggy nie zaskoczyła. Już taki był, że lekceważył wszelkie niebezpieczeństwa. Ależ z niego uparciuch! Ktoś wreszcie powinien przemówić mu do rozumu. Przecież im obojgu mogło coś grozić.

– Nie ma mowy, żeby ktoś wykurzył mnie z mojego domu!

– Ale...

– Nie, Peg – uciął wszelką dyskusję. – Niby jak długo mielibyśmy się ukrywać? Miesiąc? Dwa? Jeszcze dłużej? Max został zamordowany ponad rok temu, więc już wtedy ktoś dybał na moje życie, prawda?

Szeryf i Peggy wymienili zatroskane spojrzenia.

– Bob, wtedy nie wiedzieliśmy tego, co wiemy teraz – nie dawał za wygraną Davis.

– Nigdzie nie jadę! Koniec z chowaniem głowy w piasek. Jeśli ktoś chce mnie zabić, to trudno. – Gdy Peggy wzdrygnęła się, dodał szybko: – Wybacz, kochanie. – Sięgnął nad blatem stołu po jej dłoń. – Nie zamierzam uciekać jak tchórz ani nerwowo wciąż oglądać się przez ramię.

– Może pójdziesz na kompromis – zaproponował szeryf. – Nie zapraszaj tutaj potencjalnego mordercy.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał Bob.

Peggy zauważyła, że jest bardzo spięty. Choć mówił w sposób zdecydowany, najwyraźniej trochę się bał. Przygarbiona sylwetka dobitnie ujawniała obawę, do której otwarcie nie chciał się przyznać.

– Nie wiem, ile już macie rezerwacji, ale radziłbym nie przyjmować nikogo więcej.

– Możemy wszystkie odwołać – mruknęła Peggy. Wiedziała, że właściciele okolicznych pensjonatów ucieszą się z dodatkowych gości.

– Uważasz to za dobre rozwiązanie? – Bob spojrzał na żonę.

Twierdząco skinęła głową, natomiast Bob nadal nie zamierzał akceptować żadnych półśrodków, o czym świadczyła jego mina.

– Martwiłam się od dnia wesela Olivii i Jacka – szepnęła Peggy.

Zaledwie tydzień temu Bob był drużbą Jacka Griffina. A dwa dni później dowiedzieli się, że Max Russell został zamordowany.

– No dobrze – niechętnie zgodził się Bob. – Odwołamy dotychczasowe rezerwacje.

– Żadnych gości – dodała Peggy.

– Zgoda. Do czasu, aż cała sprawa zostanie wyjaśniona.

Peggy wiedziała, że uderzy ich to po kieszeni, ale bezpieczeństwo męża było najważniejsze.

– Postaram się zakończyć śledztwo jak najszybciej – obiecał Troy Davis. – Na pewno wykryjemy sprawcę morderstwa.

Ciekawe, kiedy to nastąpi, pomyślała smętnie Peggy.






ROZDZIAŁ DRUGI





Cecilia Randall stała na nabrzeżu marynarki wojennej i obserwowała wpływający do Zatoki Sinclaira lotniskowiec „George Washington''. Po sześciu miesiącach służby na wodach Zatoki Perskiej mąż Cecilii, Ian, nareszcie wracał do domu. Cecilia często słyszała, jak ludzie opisujący swoje wzruszenie mówią o sercach wezbranych uczuciem. Uważała te słowa za sentymentalną bzdurę, lecz teraz zrozumiała, że jest w nich dużo prawdy. Na widok ogromnego okrętu płynącego w stronę Bremerton czuła bowiem, że jej serce jest przepełnione miłością, dumą i patriotyzmem.

Na molo zebrały się tłumy ludzi – żony i dzieci marynarzy, krewni, przyjaciele. Na wietrze furkotały kolorowe chorągiewki i transparenty z napisem „Witamy!''. Nad wodą krążyły helikoptery stacji telewizyjnej z Seattle, kamery filmowały tę chwilę dla dziennika o piątej po południu. Mimo brzydkiej, pochmurnej pogody atmosfera była ekscytująca, ludzie nie kryli radości. Nawet ołowiane chmury zwiastujące rychły deszcz nie miały wpływu na nastrój Cecilii. Na brzegu grała orkiestra, amerykańska flaga łagodnie falowała poruszana bryzą. Była to scena jak z obrazu Normana Rockwella.

Dwie najlepsze przyjaciółki Cecilii, Cathy Lackey i Carol Greendale, stały tuż obok niej. Trzymały na rękach swoje maluchy i energicznie machały na powitanie. Cecilia miała nadzieję, że też już wkrótce znów zostanie matką.

– Chyba widzę Andrew! – Cathy pisnęła radośnie i palcem pokazała synkowi jego tatę.

Na górnym pokładzie każdy z trzech tysięcy marynarzy stał w lekkim rozkroku, z dłońmi splecionymi za plecami. Wszyscy mieli na sobie białe, galowe mundury i z tej odległości nie sposób było rozróżnić twarzy. Cecilia czuła na policzkach podmuchy wiatru, machała i krzyczała. Może Ian ją dostrzeże.

– Potrzymaj Amandę. – Carol podała Cecilii swoją trzyletnią córeczkę.

Cecilia chętnie wzięła dziecko na ręce. Dawniej nawet sam jego widok sprawiał jej ból. Allison, córeczka jej i Iana, urodziła się w tym samym tygodniu co Amanda. Gdyby żyła, miałaby teraz trzy latka. Niestety po kilku dniach umarła, a jej śmierć prawie zniszczyła małżeństwo rodziców. Gdyby nie rozsądna sędzina, która zignorowała ogólnie przyjęte zasady i nie dała im rozwodu, skończyliby tak samo smutno, jak wiele innych par.

– Ian, tutaj! – Uniosła rękę nad głowę. – Widzisz swojego tatusia? – spytała Amandę, lecz mała mocno objęła ją za szyję i ukryła buzię na ramieniu Cecilii.

– Patrz, tam jest tatuś. – Carol palcem wskazała lotniskowiec.

Dziewczynka spojrzała w tamtą stronę i się rozpromieniła. Matka wzięła ją z objęć Cecilii i przytuliła do siebie.

Wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim marynarze z płóciennymi workami w rękach ruszyli po trapie na ląd. Po chwili zaczęły się głośne powitania, płacze i śmiechy, ludzie tonęli sobie w ramionach.

Cecilia usiłowała wypatrzyć Iana. Wreszcie go zobaczyła. Był taki przystojny! Wysoki, opalony, z ciemnymi włosami widocznymi spod białego, marynarskiego nakrycia głowy, prezentował się jak model. Aż westchnęła z wrażenia i zalała się łzami radości.

Znalazła się w objęciach męża. Przylgnęli do siebie, a oczy Cecilii nadal były zamglone łzami, gdy Ian dotknął wargami jej ust.

Pocałunek był długi, zmysłowy i wyrażał nagromadzoną przez sześć miesięcy tęsknotę. Gdy się skończył, Cecilia miała kolana jak z waty i była całkiem bez tchu. Ian wreszcie wrócił. Jej życie znów nabrało sensu. Gdyby cały wszechświat nagle się rozleciał, nawet by tego nie zauważyła.

– Strasznie za tobą tęskniłam. – Czubkami palców pieściła jego kark. Pragnęła powiedzieć Ianowi tak wiele, wyjawić mu, co dzieje się w jej sercu, lecz to wszystko mogło poczekać. Na razie pragnęła tylko wtulić się w niego oraz cieszyć się jego bliskością. Nawet jeśli tylko pożyczyła go na jakiś czas od marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych.

– Och, skarbie, to było najdłuższe pół roku w moim życiu. – Nadal przyciskał ją do siebie, więc Cecilia zamknęła oczy i rozkoszowała się chwilą, której od dawna już nie mogła się doczekać.

Ian dostał trzy dni urlopu i zamierzała w pełni je wykorzystać. Zarówno dnie, jak i noce. Powrót męża wypadł w terminie najlepszym z możliwych, ponieważ wszystko wskazywało na to, że będą to jej płodne dni.

Ian zarzucił sobie na ramię worek z rzeczami, ujął ją za rękę i razem ruszyli w stronę parkingu. Otoczył żonę ramieniem, przygarnął do siebie, jakby nawet najmniejsza odległość wydawała mu się za duża. Uśmiechnął się, a jego miłość rozgrzała Cecilię jak ciepłe promienie złocistego słońca. Tylko tak mogła w skrócie opisać swoją euforię.

– Kocham cię – powiedziała bezgłośnie.

– Wkrótce ci udowodnię, jak ja cię kocham. Chyba nie musisz wracać do pracy? – spytał zaniepokojony.

Przez chwilę miała ochotę trochę się z Ianem podroczyć, lecz nie potrafiła się na to zdobyć.

– Pan Cox dał mi całe trzy dni wolne. – Podała mężowi kluczyki.

– Coraz bardziej lubię twojego szefa. – Otworzył drzwi samochodu.

Też uważała, że jej szef to miły człowiek. Zwłaszcza ostatnio to się ujawniło, gdy on i jego była żona powtórnie się pobrali, dzięki czemu atmosfera w biurze stała się mniej oficjalna. Lecz jadąc do domu z Ianem, nie myślała o pracy. Co chwilę zerkała na męża, a on odpowiadał podobnie gorącym spojrzeniem. Po dziesięciu minutach podjechali przed piętrowy bliźniak na wojskowym osiedlu. Wprowadzili się tutaj ponad pół roku temu, tuż przed wyjazdem Iana.

– Przywiozłeś wszystko, co ci wysłałam? – Głos Cecilii zabrzmiał zmysłowo. W ciągu trzech minionych tygodni wysłała Ianowi trzy małe prezenciki – co tydzień jedną z trzech części kompletu bielizny z przejrzystej tkaniny. W notatce dołączonej do ostatniej przesyłki obiecała, że po powrocie Iana zaprezentuje mu się w całym kompleciku. Niemal słyszała przyśpieszony oddech męża, gdy czytała mejla z jego odpowiedzią.

– Zafundowałaś mi prawdziwe tortury, kochana żoneczko. – Ian zmarszczył brwi.

– Mhm... – Gdyby Cecilia nie znała go tak dobrze, mogłaby pomyśleć, że ma jej za złe to, co zrobiła, lecz błysk w oczach dowodził czegoś innego.

– Czy wiesz, że tymi przesyłkami stworzyłaś bestię?

– Z rozkoszą ją okiełznam. – Pocałowała męża w usta.

– Och, skarbie... – Ian przerwał pocałunek. – Wejdźmy do domu... szybko.

– Tak jest, kapitanie. – Cecilia zasalutowała.

Pośpiesznie wysiedli z samochodu i rozbawieni pobiegli do wejścia. Ian był tak podekscytowany, że ledwie zdołał trafić kluczem do zamka.

Cecilia wysprzątała mieszkanie do połysku. Zmieniła także pościel i opuściła żaluzje w oknach sypialni. Wiedziała, że po sześciu miesiącach rozłąki będą się kochać natychmiast po przekroczeniu progu.

W holu Ian upuścił na podłogę płócienny worek, chwycił żonę na ręce i ruszył do sypialni. Tuż za drzwiami znów ją pocałował, a jego gorące, wilgotne usta natarczywie przesunęły się po jej wargach. Za moment wypuścił ją z objęć i natychmiast zaczął się rozbierać.

– Chcesz, żebym włożyła tę czarną koszulkę?

– Następnym razem. – Usiadł na brzegu łóżka i szybko zdjął buty.

– Ian... – powiedziała z wahaniem. – Powinnam coś ci powiedzieć. – Uklękła za plecami męża i oparła brodę o nagie ramię.

– To nie może poczekać?

– Może, ale pewnie jednak chciałbyś to wiedzieć jak najszybciej.

– Co takiego? – W jego głosie zabrzmiało zniecierpliwienie, gdy raptownie się odwrócił i zacisnął ręce na jej talii.

Cecilia uśmiechnęła się i z rozkoszą przesunęła dłonie po jego muskularnych ramionach.

– Chyba uda nam się dzisiaj zmajstrować dzidziusia.

– Myślałem, że jesteś na pigułce.

– Już nie. Wyrzuciłam tabletki pół roku temu – oznajmiła rozpromieniona, a po twarzy Iana przemknął cień. – Byłeś na morzu, więc nie potrzebowałam środków antykoncepcyjnych. A poza tym...

– Nie zaczęłaś ich brać, gdy się dowiedziałaś, że płyniemy do kraju?

– Nie.

– Przecież znałaś datę mojego powrotu...

– Oczywiście. – Pieszczotliwie musnęła ustami bark męża. – I już nie mogłam się doczekać, aż będziesz w domu – dodała uwodzicielskim tonem.

– Ale kochanie... dlaczego mówisz mi to dopiero teraz? Nie mam żadnych środków zabezpieczających...

– Wcale ich nie potrzebujemy, mój ty marynarzu. Ja chcę tego dzidziusia. – Gdy znieruchomiał, nie mówił choćby słowa, ponagliła cicho: – Ian...

– Nie sądzisz, że najpierw powinniśmy to omówić? – Odwrócił się do niej plecami.

– Przecież... właśnie to robimy.

– W ostatniej chwili.

– Nie chcesz mieć ze mną dziecka?

Wstał z łóżka. Miał taką minę, jakby pytanie Cecilii całkiem go przytłoczyło.

– Chcę. Ale jeszcze nie teraz.

– Myślałam...

– Jeszcze za wcześnie.

– Minęły już trzy lata! – Podczas ostatniego rejsu Iana Cecilia coraz bardziej pragnęła dziecka. Zrobiła dyplom i dostała wspaniałą pracę, mogła więc pomyśleć o powiększeniu rodziny. – Jestem gotowa, Ian.

– A ja nie. Wolę nie ryzykować, że zajdziesz w ciążę. – Zapiął spodnie i włożył koszulę.

Cecilia przygryzła wargi. Mąż miał rację, powinna wcześniej omówić z nim tę sprawę. Przecież kontaktowali się z sobą przez internet prawie codziennie, często też dzwonili do siebie. Mogła poruszyć ten jakże ważny temat już dawno temu.

– Zostań w łóżku. – Chwycił kluczyki i gwałtownie ruszył do drzwi.

– Dokąd idziesz?

– Do apteki... Zaraz wrócę.

Zdało się jej, że świat nagle pociemniał, jakby słońce schowało się za ciemnymi chmurami.

Może powinna spodziewać się takiej reakcji Iana. Bez wątpienia obawiał się tego, jak podziała na nią kolejna ciąża i jak odbije się na ich małżeństwie. Cecilia rozumiała jego obawy, bo do niedawna zmagała się z takimi samymi. Uwierzyła, że Ian, podobnie jak ona, już je pokonał. Cóż, pomyliła się.






ROZDZIAŁ TRZECI





Maryellen Sherman z radością wyniosła ciężkie kartonowe pudło z wynajmowanego mieszkania i umieściła je w bagażniku samochodu. Już wkrótce miała zamieszkać z Jonem Bowmanem – oraz zostać jego żoną.

Przez długi czas była przekonana, że coś takiego w ogóle nie jest możliwe, lecz w końcu doszli do porozumienia. Nie mogła i nie musiała już dłużej ukrywać, że go kocha, a Jon odwzajemniał jej uczucia. Nieporozumienia odeszły w niepamięć, duma i gniew przestały wchodzić w drogę.

Jon pomagał jej przy pakowaniu i przewożeniu rzeczy do jego domu. Wstawił do bagażnika kolejne pudło, ujął dłoń Maryellen i lekko ścisnął, aby tym gestem wyrazić, jak bardzo się cieszy. Nareszcie mieli być z sobą na dobre.

Katie, ich dziewięciomiesięczna córeczka, smacznie spała w swoim łóżeczku, więc pośpiesznie załadowali do samochodu jeszcze trochę rzeczy i wrócili do środka. Maryellen wiedziała, że mała za parę minut się zbudzi, a większość dobytku nadal nie była spakowana.

– To na dzisiaj wszystko? – Jon oparł ręce na biodrach i rozejrzał się po pokoju.

– Później zapakuję więcej. – Maryellen mieszkała tutaj przez dwanaście lat, nagromadziło się więc mnóstwo wszelakiego dobra. Od kilku tygodni usiłowała posortować je na trzy grupy: rzeczy potrzebne, do oddania i do wyrzucenia.

– Zostało trochę więcej czy...? – Jon nie był zachwycony tą perspektywą.

– Mam tyle różności... Chcesz spakować jeszcze kilka pudeł? – Maryellen uznała, że warto wstawić coś na tylne siedzenie jej auta, zanim pojadą do domu Jona.

– Najbardziej chciałbym, żebyś wreszcie się do mnie wprowadziła.

– Też tego chcę. – Maryellen weszła do malutkiej kuchni. Co jeszcze powinni zabrać stąd dzisiaj? Dlaczego przeprowadzki muszą być takie skomplikowane i pracochłonne?

– Rozmawiałaś ze swoją mamą na temat daty ślubu?

– Jej zdaniem koniec maja to najlepszy termin. – Była przekonana, że dla jej matki data nie ma większego znaczenia. Skoro córka już miała z Jonem dziecko, to zdaniem Grace Sherman powinni byli się pobrać dawno temu.

– Naprawdę nie chcesz wielkiego wesela?

– Nie. – Wyjęła z lodówki dzbanek mrożonej herbaty i na moment wróciła w myślach do swojego pierwszego związku. Ślub był piękny, po prostu bajkowy, niestety małżeństwo wręcz przeciwnie. Trwało tylko rok, a po rozwodzie długo nie mogła się pozbierać.

Jona poznała dwanaście lat później, lecz mimo upływu czasu nadal obawiała się emocjonalnego zaangażowania. Dlatego trzymała Jona na dystans, traktowała go źle i robiła wszystko, aby nie zaistniał prawdziwie w jej życiu. Teraz wstydziła się tego wszystkiego, co wtedy wyczyniała.

– Nie robisz wielkiego interesu, wychodząc za mnie. – Jon wyjął z szafki dwie szklanki i postawił je na blacie.

– Jeśli jeszcze raz powiesz coś takiego, to spuszczę ci lanie! – oznajmiła groźnie. – Zobaczysz!

Gdy się uśmiechnął, jego ostre rysy złagodniały. Nie zaliczał się do przystojnych mężczyzn, lecz był wysoki i długonogi, miał gęste, ciemne włosy oraz piwne oczy, w których malowała się powaga. Maryellen nie znała bardziej utalentowanego fotografa niż on. Jego prace wystawiano w jednej z najlepszych galerii Seattle, a nazwisko Bowman zyskiwało coraz większy rozgłos w kręgach artystycznych.

– Obecnie wiesz o mnie wszystko – mruknął, unikając jej wzroku.

– A ty o mnie – odparowała.

Oboje mieli swoje tajemnice i bolesne wspomnienia, lecz mieli również siebie nawzajem i po raz pierwszy od rozwodu Maryellen była gotowa raz na zawsze zamknąć rozdział nieudanego małżeństwa. Zbyt długo zadręczała się tamtym fiaskiem, Jon także wiele przeżył i właśnie z powodu przeszłości tak trudno im było dojść do porozumienia. Od początku znajomości przypadli sobie do gustu, lecz z powodu sekretów, których tak rozpaczliwie nie chcieli ujawnić, omal nie rozstali się na zawsze.

– Ty nie siedziałaś w więzieniu.

– Zanim cię poznałam, też byłam w swoistym więzieniu. Cóż, sama je sobie zafundowałam. Małżeństwo z tobą to wspaniały dar od losu, poza Katie najwspanialszy – oświadczyła melodramatycznie, lecz z całym przekonaniem, a uśmiech Jona rozświetlił całą kuchnię. – Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać, kiedy we troje zaczniemy wspólne życie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. – Objęła Jona i ukryła twarz na jego piersi.

– To śmieszne, że chcesz mieszkać tutaj aż do ślubu – oznajmił już bez uśmiechu.

– Może i tak, ale wolę poczekać. – Popełniła w życiu zbyt wiele błędów i postanowiła, że to małżeństwo zacznie się tak, jak powinno.

– Przecież mamy dziecko, więc już nie...

– Naprawdę masz mi za złe? – Spojrzała na niego, zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co czuła.

– Jeszcze jak! Ale mogę poczekać, jeśli dla ciebie to takie ważne.

Cmoknęła go w brodę w podzięce za cierpliwość. Przytuliła się do niego, a on wplątał palce w jej ciemne włosy i przycisnął wargi do ust. Jego namiętność i oczywiste pożądanie sprawiły, że omal nie zmieniła zdania. To wszystko było takie nowe i ekscytujące. Wystarczył przelotny pocałunek lub uścisk, aby natychmiast ogarniała ich fala szaleńczej namiętności.

Gdy w sypialni rozległ się pisk, Jon z westchnieniem wypuścił Maryellen z objęć, a ona pomknęła do pokoju i wyjęła córeczkę z łóżeczka. Zmieniła pieluszkę, przyniosła małą do kuchni i posadziła w wysokim foteliku. Na jego blacie już czekały na Katie sok i herbatnik.

Katie, wyspana i w dobrym humorku, chwyciła kubeczek i z głośnym chlipnięciem wyssała łyk soku, a następnie zabębniła kubkiem o plastikową tacę.

– Na jej widok zawsze mam wrażenie, że dziecko to prawdziwy cud. – Jon kucnął obok fotelika. – Jesteś tatusiową córeczką, prawda?

Katie nagrodziła ojca uśmiechem z czterema ząbkami.

Jon podniósł się, wziął z kuchennego blatu aparat i zaczął pstrykać zdjęcia.

Cały Jon, pomyślała Maryellen. Gdy zaczęła z nim współpracować w galerii sztuki na ulicy Harbor, przynaj mniej z tuzin razy odmówiła, gdy chciał się z nią umówić. Były to czasy, gdy wolała z nikim się nie wiązać. Ale Jon nie dawał za wygraną, nalegał, więc w końcu się poddała. Zaczęli się spotykać i wkrótce z przerażeniem odkryła, że jest w ciąży. Uznała wówczas, że będzie lepiej wykreślić Jona ze swojego życia oraz trzymać go z dala od dziecka.

Jak wiele innych kobiet, postanowiła być samotną matką. Dopiero po urodzeniu Katie zrozumiała, jak bardzo pragnie i potrzebuje pomocy Jona w wychowywaniu dziecka, i jak bardzo córka potrzebuje ojca. Ale ocknęła się trochę za późno. Jon oczywiście kochał Katie, ale już nie chciał mieć nic do czynienia z jej matką.

Skończył fotografować Katie i skierował obiektyw nikona na Maryellen. Dawniej, na początku ich znajomości, bywała trochę skrępowana i jednocześnie dumna, gdy robił z niej swoją modelkę. Obecnie już nawet nie protestowała, gdy Jon robił jej zdjęcia nawet w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Był znakomitym fotografikiem, nie tylko perfekcyjnym rzemieślnikiem, ale prawdziwym artystą z Bożej łaski, jednym z niewielu

Żywioł, instynkt, talent... Najbardziej swobodnie czuł się po drugiej stronie kamery, jego osobowość i emocje najlepiej ujawniały się w jego fotografiach.

– Chciałbym mieć ciebie i Katie przy sobie jak najszybciej. – Przewinął film i wyjął kasetę z aparatu.

– Jeszcze tylko dwa tygodnie. Zleci nie wiadomo kiedy.

Jon spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby zamierzał się spierać, ale odpuścił.

– Wytrzymam jeszcze trochę – stwierdził.

– Oczekiwanie to połowa przyjemności. – Gdy niewyraźnie mruknął coś w odpowiedzi, zachichotała, bo domyśliła się, co miał na myśli. – Może poprosimy pastora Flemminga, aby poprowadził ceremonię? – Rzadko cho dziła do kościoła, lecz najlepsza przyjaciółka jej matki, Olivia Lockhart, niedawno wyszła za Jacka Griffina i ślubu udzielił im właśnie pastor metodystów. Maryellen była zachwycona wzruszającą uroczystością.

– Nie chcesz skorzystać z usług pani sędzi Lockhart... lub raczej Griffin?

– Wolę ślub kościelny. – Maryellen lubiła Olivię, długoletnią przyjaciółkę rodziny, lecz już zdecydowała, że ślub cywilny to za mało. Pragnęła wypowiedzieć słowa małżeńskiej przysięgi w obliczu Boga. Wiedziała, że będzie kochać Jona do końca życia.

– Naprawdę chcesz wziąć ślub w kościele? Jesteś pewna?

– Albo w kościele metodystów, albo może lepiej na terenie twojej posiadłości? – Jon odziedziczył po dziadku działkę i zbudował na niej piękny, piętrowy dom, z którego rozciągał się widok na Cieśninę Pugeta i położony w oddali górski szczyt Rainier.

– W porządku. A co z przyjęciem?

– Też w domu. – Maryellen miała nadzieję, że nie stawia Jonowi zbyt wysokich wymagań. – Przecież nie zjawi się cały tłum gości, tylko rodzina i garstka przyjaciół. Wystarczy, że podamy tort i szampana. A jeśli pogoda dopisze, możemy nawet wziąć ślub na dworze. – Bujne rododendrony oraz azalie właśnie zaczęły kwitnąć i okolica domu wyglądała przepięknie.

– Co powiesz na trochę zakąsek? Mógłbym je przygotować dzień lub dwa wcześniej.

– Jon...

– Mój przyjaciel będzie robił zdjęcia, ale ciebie sam sfotografuję. – Coraz bardziej ekscytował się perspektywą ślubu i wesela.

Maryellen zrobiło się jeszcze cieplej na sercu.

– Zdołamy to wszystko zorganizować w dwa tygodnie?

– Oczywiście. Jeszcze jakieś pytania? – dodał na widok jej radosnego uśmiechu. – Co takiego? – spytał nieco podejrzliwie, bo wyczuł jej niepewność.

– Lista gości...

– Ile osób?

– Nie chodzi o ilość. Oczywiście zaproszę moją mamę, siostrę i kilka przyjaciółek, ale chciałabym dodać jeszcze dwie osoby, lecz nie wiem, czy się zgodzisz.

– Wiesz, że prawie niczego ci nie odmówię. – Jon pocałował jej skroń. – Kogo masz na myśli?

– Twojego ojca i macochę. – Przytuliła się do Jona, aby nie widzieć jego twarzy, gdy usłyszy jej prośbę. Dopiero niedawno wyznał, że rodzice jego kosztem ochronili młodszego syna. Podczas rozprawy sądowej złożyli kłamliwe zeznania obciążające Jona, dlatego skazano go za handel narkotykami. Jon spędził w więzieniu siedem lat, a od czasu otrzymania wyroku już nigdy nie rozmawiał ani z ojcem, ani z jego żoną.

– Nie. – Wypuścił Maryellen z uścisku. – Oni już nie należą do mojego życia. Sami ze mnie zrezygnowali i...

– Mają tylko ciebie. – Młodszy brat Jona zmarł tragicznie. Maryellen podejrzewała, że rodzice Jona żałują tego, co zrobili. Na pewno już dawno zrozumieli, że powinni byli zmusić młodszego syna do poniesienia kary za popełnione przestępstwo, zamiast wrabiać Jona.

– Nigdy więcej nie będziemy poruszać tego tematu, zrozumiałaś? – Tak mocno zacisnął dłonie na jej ramionach, że aż ją zabolało. – Mam tylko Katie i ciebie – oznajmił gniewnie i zaraz ją puścił. – Jesteście moją jedyną rodziną.

Chciała zaoponować, ponieważ pragnęła pomóc mu naprawić stosunki z ojcem i macochą, lecz Jon jeszcze nie był na to gotowy. Szkoda, bo przecież ci ludzie niedawno zostali dziadkami. Gdyby poznali malutką wnuczkę, mogłoby to zapoczątkować nowy, lepszy etap dla całej rodziny. Maryellen wiedziała jednak, że nie powinna mieszać się w skomplikowane familijne sprawy, zwłaszcza że Jon tak ostro zaprotestował.

– A co z podróżą poślubną? – spytał. – Wybierzemy się gdzieś chociaż na dzień lub dwa?

– Naprawdę tego chcesz? – Ostatnio była tak bardzo zajęta pakowaniem i planowaniem ślubu, że nawet nie pomyślała o żadnym wyjeździe.

– Jasne!

– Co powiesz na Thyme and Tide, pensjonat Boba i Peggy Beldonów? To podobno najlepsze miejsce w całym mieście.

– Nic z tego. Nie przyjmują żadnych gości aż do czasu wyjaśnienia tamtego morderstwa.

– Szkoda...

– Może spędzimy noc poślubną w Seattle? Gdyby twoja mama zgodziła się zaopiekować Katie.

– Och, będzie szczęśliwa!

– Więc jedziemy do Seattle. – Cmoknął Maryellen w czubek nosa, na co Katie zagulgotała radośnie, jakby zobaczyła coś bardzo śmiesznego. – To cię bawi, prawda? – Uśmiechnął się do dziecka. – Dobrze cię rozumiem.

– Będziemy mieć piękny ślub – z przekonaniem oświadczyła Maryellen. Dzięki tej świadomości całe to szaleńcze pakowanie i przewożenie rzeczy nabierało sensu. Już za dwa tygodnie zostanie żoną Jona. Ich trójka stanie się rodziną.


ROZDZIAŁ CZWARTY





Charlotte Jefferson była trochę zdenerwowana, wybierając się do sądu. Wiele razy obserwowała swoją córkę Olivię w roli sędziny sądu rodzinnego okręgu Kitsap, lecz dzisiaj miała stanąć przed obliczem sędziego Robsona. Wraz z kilkoma najlepszymi przyjaciółkami musiała ponieść konsekwencje zakłócenia porządku publicznego, lecz jej zdaniem cel uświęcał środki. Jeśli ceną próby zmuszenia rady miejskiej do otwarcia kliniki w Cedar Cove będzie pobyt za kratkami, to trudno.

O pierwszej miała spotkać się z Laurą, Bess i kilkoma innymi osobami przed salą rozpraw sędziego Robsona.

Włożyła najlepszą sukienkę oraz kupiony wiele lat temu żółty kapelusz z szerokim rondem i białym piórkiem wsuniętym za rypsową wstążkę. Jeśli wyląduje w więzieniu, to przynajmniej wkroczy do celi ubrana jak na mszę.

Zdaniem Olivii i Jacka osadzenie za kratkami raczej nie wchodziło w rachubę, ale Charlotte słyszała plotki o sędzim Robsonie. Podobno był bardziej surowy niż Olivia, a niektóre wyroki traktował jako przestrogę dla innych, którzy wzorem zapuszkowanego łajdaka mogliby zboczyć z drogi cnoty.

Na dźwięk dzwonka kot Charlotte, Harry, zadziwiająco energicznie zeskoczył z łóżka i pomaszerował do saloniku. Jack i Olivia wyjechali w podróż poślubną i Charlotte nikogo się nie spodziewała. Usiłowała zachować sprawę sądową w tajemnicy, ponieważ wstydziła się tego, że została postawiona w stan oskarżenia. Nawet nie poprosiła Justine, swojej wnuczki, aby pojechała z nią do sądu. Olivia oczywiście wiedziała o całej sprawie i nie była nią zachwycona.

Charlotte spojrzała przez wizjer. Za progiem stał Ben Rhodes, jak zwykle elegancki i miły dla oka. Mimo swojego wieku Charlotte poczuła, że jej serce fiknęło koziołka. Była wdową od wielu lat i do niedawna sądziła, że już za późno, aby znów mogła się zakochać, jednak Ben udowodnił, jak bardzo się myliła.

– Ben! Co tutaj robisz? – Była zachwycona jego obecnością. – Przecież mieliśmy się spotkać w sądzie.

– Wiem, ale pomyślałem, że cię podwiozę. Gotowa do wyjścia?

– Jak wyglądam? – Przygładziła fałdy kwiecistej sukni i przez moment miała nieodparte wrażenie, że jest bohaterką musicalu z lat pięćdziesiątych. Dzięki Benowi ta cała afera bardziej przypominała podniecającą przygodę niż skandal.

– Prześlicznie. – Ben uśmiechnął się z aprobatą.

Charlotte często myślała, że Ben mógłby udawać bliźniaka kubańskiego filmowego amanta Cesara Romera. Byli do siebie bardzo podobni i tacy atrakcyjni...

– Och, Ben... – Znów ogarnęło ją zdenerwowanie. – Sama nie wiem, czego się spodziewać.

– Spokojnie, kochanie. – Pogłaskał jej dłoń. – Nie sądzę, żeby rada miejska chciała zaprezentować się w negatywnym świetle. Wyobraź sobie, jak obsmarowałyby ją gazety Seattle, gdyby nasze miasteczko ukarało tutejszych emerytów za demonstrację w interesie służby zdrowia.

– To było nielegalne zgromadzenie – mruknęła Charlotte. – Ale chętnie odsiedzę swoje, jeśli za tę cenę obudzimy nasze miasteczko. – Wystarczyła sama obecność Bena, aby wstąpił w nią nowy duch.

– Zgadzam się z tobą, ale więzienie raczej nam nie grozi. Prawdopodobnie tylko zapłacimy grzywnę.

Nadal miała wątpliwości. Co będzie, jeśli zostanie uznana za prowodyra? Zdecydowanie przeciwstawiła się szeryfowi Davisowi, a przyjaciele ją poparli. Sędzia Robson może ocenić ją bardzo surowo... przecież cieszył się złą sławą.

– Wynająłem adwokata.

Wcześniej zamierzał sam reprezentować ich w sądzie. Widocznie zmienił zdanie, pomyślała Charlotte. Sama nikogo nie zatrudniła do obrony. Prawnicy kazali sobie słono płacić, poza tym należą do prawniczej branży, więc byłby to jakiś znajomy Olivii.

– Pani mecenas Sharon Castor będzie czekać na nas w sądzie – dodał Ben.

– Och, tylko nie ona! – Sharon i Olivia często spotykały się po przeciwnych stronach na sali sądowej. Niedawno były zaangażowane w sprawę rozwodową Rosemary Cox, a Olivia wydała kontrowersyjny wyrok, notabene który, jak sądziła Charlotte, skłonił Coksów do odnowienia związku. – No dobrze... – Westchnęła. – Co będzie, to będzie. – Poszła do sypialni po podręczną torbę z lekarstwami i kremem na noc. Wzięła też żakiet, tak na wszelki wypadek. Dzień był chłodny, a w więziennych celach ponoć panowały przeciągi. Po raz ostatni rozejrzała się po pokoju. W najgorszym razie będzie musiała poprosić Justine, aby zaopiekowała się kotem.

– Charlotte... – Ben na jej widok pokręcił głową. – Naprawdę nie potrzebujesz tej walizki.

– Nigdy nie wiadomo. Wolę mile się rozczarować, niż żałować, że czegoś nie dopilnowałam. – Było to jej ulubione motto.

Ben nie zdołał jej przekonać, więc w końcu włożył neseser do bagażnika. W sądzie od razu skierowali kroki do sali sędziego Robsona. Przed drzwiami już czekały Helen, Laura i Bess, przyjaciółki Charlotte.

– Słowo daję, jeśli ktoś spróbuje mnie zrewidować, to koniec z nim! – oświadczyła Bess, przybierając pozę karateki.

– Znowu oglądałaś „Karate Kid''? – mruknęła Charlotte. Kilka lat temu wszyscy z Klubu Seniora im. Henry'ego M. Jacksona uczęszczali na lekcje samoobrony i Bess nie opuściła ani jednej z nich.

– Wcale nie żartuję, Charlotte – fuknęła urażonym tonem.

– Myślicie, że sędzia pozwoli nam zabrać do więzienia robótki na drutach? – spytała Laura. – Muszę przed świętami udziać kilka prezentów i przydałoby mi się trochę wolnego czasu.

Charlotte nie zdążyła odpowiedzieć, bo podeszła do nich Sharon Castor.

– Jesteśmy w komplecie? – spytała.

– Tak – oznajmił Ben.

– Wynajął dla nas obrońcę – szeptem poinformowała przyjaciółki Charlotte. – I uważa, że najwyżej zostaniemy ukarani grzywną.

– Tylko tyle? – Laura nie kryła rozczarowania. – Chętnie poszłabym do więzienia.

– Boże, błogosław Benowi. – Bess najwyraźniej wolała zachować wolność. W dziękczynnym geście złożyła dłonie i wzniosła oczy ku niebu.

Charlotte była zadowolona, że nie musi zmierzyć się ze wszystkim sama. Czuła się odpowiedzialna za przyjaciół, ponieważ to przez nią mieli kłopoty.

– Nasza sprawa jest następna na liście – oznajmiła Sharon Castor. – Wejdźmy do sali razem.

Charlotte poprawiła kapelusz. Ben wziął ją za rękę i cała grupka podążyła za Sharon. Okazało się, że w sali zebrało się mnóstwo ludzi i wszystkie ławki były zajęte.

– Jesteśmy z tobą, Charlotte! – zawołała siedząca obok męża Peggy Beldon.

Oszołomiona Charlotte zauważyła także Justine i jej męża Setha, który trzymał na kolanach maleńkiego Leifa. Justine pomachała ręką i oczy Charlotte zamgliły się łzami wzruszenia. Wyglądało na to, że przynajmniej połowa mieszkańców miasteczka chciała zademonstrować poparcie dla oskarżonych.

Helen i Bess kroczyły z tak dumnymi minami, jakby brały udział w paradzie z okazji Dnia Niepodległości.

– Spodziewałeś się czegoś takiego? – Charlotte spojrzała na wyższego od niej o ponad głowę Bena.

– Skądże. Patrz, jest nawet Troy Davis.

Szeryf, który ich aresztował, zjawił się w sądzie, aby poprzeć ich sprawę. Charlotte lubiła Troya i była skłonna mu wybaczyć. Przecież najpierw próbował skłonić demonstrujących emerytów do rozejścia się, lecz jako zaprzysiężony obrońca prawa musiał zareagować, gdy odmówili. Lecz jego obecność dobitnie świadczyła o tym, że jest po ich stronie.

– Przyszli też Roy i Corrie McAfee – szepnął Ben.

Państwo McAfee mieszkali w Cedar Cove od niedawna. Roy kiedyś był policyjnym śledczym w Seattle, a po przejściu na emeryturę otworzył własną agencję detektywistyczną.

Grace Sherman podeszła do Charlotte, serdecznie ją uściskała i powiedziała cicho:

– Olivia prosiła, żebym tu wpadła. Zaprosiłam również kilku czytelników z naszej biblioteki, żeby też wyrazili swoje poparcie dla was.

Charlotte ścisnęła dłoń Grace, która od niepamiętnych czasów była najlepszą przyjaciółką Olivii. Córka nie mogła się zjawić, ponieważ wraz z Jackiem pojechała w podróż poślubną na Hawaje.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com