Historia Manon Lescaut i kawalera de Grieux  - Antoine Francois Prevost  - ebook
Wydawca: Literatura Net Pl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Historia Manon Lescaut i kawalera de Grieux ebook

Antoine Francois Prevost

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Historia Manon Lescaut i kawalera de Grieux - Antoine Francois Prevost

Pamiętnik "kobiety fatalnej", dręczącej romantycznych i modernistycznych mężczyzn przez wieki.

Bohaterką książki jest Manon Lescaut, typowa femme fatale, wodząca mężczyzn na pokuszenie, rozpalająca zmysły i doprowadzająca do upadku. Zakochany w niej bez pamięci młodzieniec z dobrego domu, gotów poświęcić wszystko, wyrzeka się przyjaciół i rodziny, trudni się hazardem, aby spełnić zachcianki ukochanej i w końcu trafia do więzienia.

Szokująca w chwili powstania powieść zapowiada nowe trendy w literaturze światowej, nowe spojrzenie na człowieka.

Opinie o ebooku Historia Manon Lescaut i kawalera de Grieux - Antoine Francois Prevost

Fragment ebooka Historia Manon Lescaut i kawalera de Grieux - Antoine Francois Prevost






Antoine Francois Prevost

Historia Manon Lescaut
i kawalera de Grieux

Przełożył Taduesz Żeleński (Boy )

Literatura.net.pl

Gdańsk 2000


Przełożył Taduesz Żeleński (Boy )


Tytuł oryginału
«Histoire du chevalier des Grieux et de Manon Lescaut»





Tower Press 2000


Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

Konwersja: Nexto Digital Services




PRZEDMOWA AUTORA



Przygody kawalera des Grieux mogłem był włączyć w moje pamiętniki; wydało mi się wszakże, iż wobec braku ściślejszego związku milej będzie czytelnikowi ujrzeć je oddzielnie. Opowieść tych rozmiarów stanowiłaby zbyt długą przerwę w wątku mych własnych dziejów. Daleki jestem od pretensji do tytułu wzorowego pisarza, mimo to wiem, iż należy opowiadanie oczyścić z epizodów, które by je czyniły ciężkim i zawiłym. Zasadę tę głosił już Horacy:


Ut iam nunc dicat, iam nunc debentia dici, Pleraque differat, ac praesens in tempus omittat.1


Nie trzeba nawet takiego autorytetu, aby dowieść prawdy równie prostej; zdrowy rozsądek jest źródłem tego prawidła.

Jeśli czytelnik znalazł jakiś powab i zaciekawienie w dziejach mego życia, ośmielam się przyrzec, iż niemniej będzie zadowolony z tego dodatku. W postępkach pana des Grieux ujrzy straszliwy przykład namiętności. Odmaluję tu młodego szaleńca, który depce własne szczęście, aby się rzucić w ostateczne niedole; który, przy bogatych darach dających prawo do najświetniejszych nadziei, samochcąc przekłada pokątne i niesławne życie nad wszystkie przywileje losu i natury; przewiduje swe nieszczęście nie chcąc ich uniknąć; czuje je i jęczy pod nimi, wzdragając się korzystać z lekarstw, jakie życzliwa ręka podsuwa mu bez ustanku. Jest to charakter dwoisty, mieszanina cnót i błędów, dobrych uczuć i złych postępków – oto główne rysy obrazu. Zdrowo myślące osoby nie będą uważały tego dzieła za bezużyteczną pracę. Poza przyjemnością lektury mało się znajdzie w tej powiastce szczegółów, które by nie mogły posłużyć ku poprawie obyczajów, moim zaś zdaniem, niemałą oddaje usługę czytelnikom, kto ich uczy wśród zabawy.

Zastanowiwszy się bodaj trochę nad przepisami moralnymi, nie podobna się nie zdumiewać widząc, jak równocześnie ludzie szanują je i zaniedbują. Mimo woli pytamy o przyczynę dziwactw serca ludzkiego, które każą nam smakować w pojęciach dobra i doskonałości, tak bardzo oddalając się od nich w praktyce. Niechaj osoby pewnej miary umysłu i wychowania zechcą się zastanowić, jaka jest najczęstsza treść ich rozmów, a nawet rozmyślań. Łatwo im będzie zauważyć, iż zwracają się one prawie zawsze ku jakimś roztrząsaniem moralnym. Najmilsze chwile to te, które spędza się albo samemu, albo z przyjacielem, gwarząc szczerze o powabach cnoty, o słodyczach przyjaźni, o sposobach osiągnięcia szczęścia, o słabościach natury, które oddalają nas od niego, o lekarstwach zdolnych słabości te uleczyć. Horacy i Boileau określają to zatrudnienie jako jeden z najpiękniejszych rysów tworzących obraz szczęśliwego życia. Czym dzieje się tedy, że człowiek tak łatwo osuwa się z tych wysokich dociekań i spada rychło na poziom pospólstwa? Jeśli się nie mylę, oto powód sprzeczności naszych pojęć a naszego postępowania: wszelkie przepisy moralne są to zasady nieokreślone i ogólne, bardzo tedy jest trudno zastosować je w poszczególnym wypadku do naszych obyczajów i postępków.

Weźmy na przykładzie: szlachetne dusze rozumieją, iż dobroć i ludzkość są to cnoty pełne powabu, tym samym czują się skłonne praktykować te cnoty; ale niech przyjdzie chwila działania, często znajdą się w niepewności. Czy, w istocie, jest sposobność po temu? Jak określić właściwą miarę? Czy nie zachodzi omyłka co do przedmiotu?

Sto trudności wstrzymuje nas: lękamy się wyjść na dudków idąc za porywem dobroci i hojności, uchodzić za słabych okazując zbytnią miękkość i czułość, słowem, obawiamy się przekroczyć lub nie dopełnić miary obowiązków kryjących się nazbyt mglisto w ogólnych pojęciach ludzkości i dobroci. W tej niepewności jedynie doświadczenie lub przykład mogą pokierować skłonnością serca. Owóż doświadczenie nie jest to zdobycz, którą by każdy mógł posiąść na zawołanie; zależy ono od sytuacyj, w jakie wtrącą nas koleje losu. Pozostaje więc jedynie przykład, on musi większości osób posłużyć za wskazówkę w praktykowaniu cnoty. Dla tego właśnie rodzaju czytelników dzieła takie jak niniejsze mogą się stać ogromną korzyścią, o ile kreśli je uczciwe i rozsądne pióro. Każdy fakt jest w nich promieniem światła, nauką zdolną zastąpić doświadczenie, każda przygoda wzorem; trzeba jedynie dostosować je do okoliczności. Całe dzieło to traktat moralny rozłożony na miłe i zajmujące przykłady. Surowy czytelnik zgorszy się może, iż w moim wieku podejmuję pióro, aby spisywać burzliwe przygody miłości; ale jeśli przytoczone przed chwilą uwagi są słuszne, starczą za usprawiedliwienie; jeśli błędne, omyłka moja będzie mi wymówką.








Część pierwsza






Pozwolę sobie zawrócić czytelnika do okresu mego życia, w którym spotkałem po raz pierwszy kawalera des Grieux. Było to mniej więcej na pół roku przed wyjazdem do Hiszpanii. Mimo iż rzadko opuszczałem mą samotnię, wzgląd na córkę skłaniał mnie niekiedy do małych podróży, które zresztą skracałem, ile mogłem.

Wracałem jednego dnia z Rouen, dokąd udałem się na jej prośby. Chodziło o dopilnowanie pewnej sprawy toczącej się w Normandii, a tyczącej posiadłości, jaka spadła na mą córkę po dziadku. Puściwszy się przez Evreux, gdzie stanąłem na nocleg, przybyłem nazajutrz na obiad do Passy. Wjeżdżając do miasta ujrzałem ze zdziwieniem, że cała ludność jest mocno poruszona. Kto żył, wypadał z domu, aby pędzić do bram gospody, przed którą stały dwa zamknięte wehikuły. Konie, nie wyprzężone jeszcze, dymiące od zmęczenia i upału, świadczyły jasno, iż pojazdy dopiero co przybyły.

Zatrzymałem się chwilę, aby spytać o powód zbiegowiska, ale niewiele mogłem się dowiedzieć od gawiedzi, która nie zwracała żadnej uwagi na moje pytania. Wszystko tłoczyło się do gospody, popychając się bezładnie. Wreszcie jakiś stróż bezpieczeństwa, strojny w pas skórzany, z muszkietem na ramieniu, ukazał się w progu; dałem znak, aby podszedł bliżej. Poprosiłem, aby mi wyjaśnił powód tego zgiełku.

– To nic, panie – odparł – ot, odprowadzam wraz z kompanami do Hawru tuzin ladacznic, gdzie załadujemy je do Ameryki. Jest między nimi kilka wcale ładnych, stąd zapewne ciekawość wieśniaków.

Byłbym się oddalił po tym wyjaśnieniu; zatrzymały mnie krzyki starej kobiety, która wy
szła z oberży załamując ręce i wołając, że to, co się tam dzieje, to barbarzyństwo, rzecz bu
dząca grozę i współczucie.

– O cóż chodzi? – spytałem.

– Ach, panie, wejdź pan – odparła – i spójrz, czy serce nie może stopnieć od tego widoku. Ciekawość kazała mi zsiąść z konia, rzuciłem uzdę stajennemu. Wszedłem, przepychając się przez tłum, i ujrzałem w istocie widok dość wzruszający.

Pośród dwunastu dziewcząt, związanych z sobą po sześć, znajdowała się jedna, której postać i fizjognomia tak były sprzeczne z jej stanem, iż w każdej innej okoliczności wziąłbym ją za osobę z najlepszego towarzystwa. Smutek malujący się na twarzy, zaniedbanie bielizny i odzieży tak niewiele zdołały jej odjąć uroku, iż widok ten tchnął we mnie szacunek i litość. Mimo to, o ile tylko łańcuch pozwalał, starała się odwrócić, aby umknąć twarz oczom ciekawych. Wysiłek, z jakim siliła się ukryć, był tak naturalny, że widocznie płynął z uczucia skromności.

Ponieważ strażnicy, którzy w liczbie sześciu towarzyszyli nieszczęśliwej gromadce, znajdowali się również w izbie, wziąłem naczelnika ich na stronę i poprosiłem o wyjaśnienie losów ładnej dziewczyny. Niewiele umiał mi powiedzieć.

– Wzięliśmy ją ze Szpitala – rzekł – na rozkaz naczelnika policji. Trudno przypuszczać, aby ją tam zamknięto za nadmiar cnoty. Próbowałem pytać jej w drodze; uparcie odmawia odpowiedzi. Jednak mimo że nie dostałem rozkazu, aby się z nią obchodzić lepiej niż z innymi, mam dla niej nieco względów, wydaje mi się z lepszej mąki niż jej towarzyszki. Oto – dodał strażnik – młody panicz, który lepiej ode mnie mógłby pana pouczyć o przyczynie jej nieszczęścia. Towarzyszy nam od samego Paryża, nie przestając ani na chwilę płakać. Musi to być brat albo kochanek.

Zwróciłem się w kąt, gdzie siedział ów młody człowiek, pogrążony w głębokiej zadumie. Nie zdarzyło mi się widzieć żywszego obrazu boleści. Ubrany był skromnie, ale na pierwszy rzut oka poznać było człowieka wzrosłego w przywilejach urodzenia i wychowania. Zbliżyłem się. Wstał na mój widok; w oczach, twarzy i ruchach malowało się coś tak wykwintnego i szlachetnego, iż uczułem dlań niewytłumaczoną życzliwość.

– Niech się pan nie krępuje – rzekłem siadając obok. – Czy zechce pan zaspokoić ciekawość, jaką budzi we mnie ta piękna osoba, nie stworzona zaiste do tak smutnego losu? Odpowiedział z całą uprzejmością, iż może mnie objaśnić w tej mierze, nie zdradzając wszakże własnego nazwiska; są ważne przyczyny, które mu każą pozostać nieznanym. – Mogę panu wszelako powiedzieć, co nie jest tajne tym nędznikom – ciągnął wskazując strażników – iż kocham tę osobę namiętną miłością; miłość ta czyni mnie najnieszczęśliwszym z ludzi. Użyłem w Paryżu wszystkich dróg, aby uzyskać jej wolność. Prośby, chytrość i siła okazały się daremne, postanowiłem tedy towarzyszyć jej, choćby na koniec świata. Wsiądę wraz z nią na statek. Pojadę do Ameryki.

– Ale to już ostateczna nieludzkość, te nędzne łotry– dodał mówiąc o strażnikach – nie pozwalają mi zbliżyć się do niej! Zamiarem moim było napaść ich otwarcie o kilka mil za Paryżem. Stowarzyszyłem się z czterema ludźmi, którzy za znaczną kwotę przyrzekli mi pomoc. Zdrajcy zostawili mnie w krytycznej chwili i uciekli unosząc wyłudzoną zapłatę. Niepodobieństwo użycia siły kazało mi złożyć broń. Uprosiłem strażników, aby mi pozwolili bodaj towarzyszyć konwojowi w zamian za sowitą nagrodę. Pragnienie zysku skłoniło ich do zgody. Żądali, abym się opłacał za każdym razem, kiedy mi pozwolą mówić z ukochaną. Sakiewka moja wyczerpała się rychło; i teraz, gdy jestem bez grosza, barbarzyńcy śmią mnie odtrącać, ilekroć próbuję się zbliżyć. Przed chwilą, kiedy się odważyłem podejść mimo ich pogróżek, bezczelni zamierzyli się na mnie kolbami! Aby zaspokoić ich chciwość i móc podążać za nimi bodaj pieszo, muszę sprzedać lichego konia, który mi dotąd służył.

Mimo iż młodzieniec opowiadał na pozór dość spokojnie, kończąc uronił kilka łez. Przygoda zdała mi się niezwykła i wzruszająca.

– Nie nalegam – rzekłem – aby mi pan odsłaniał tajemnice swego życia, ale jeśli mogę być w czym użyteczny, gotów jestem.

– Niestety! – odparł – nie widzę ani promyka nadziei. Trzeba mi poddać się srogości losu. Pojadę do Ameryki. Będę tam bodaj wolny obok tej, którą kocham. Pisałem do jednego z przyjaciół, przyśle mi niewielki zasiłek do Havre-de-Grâce. Trudność jedynie w tym, aby się tam dostać i aby tej biednej istocie – dodał spoglądając smutno na kochankę – przynieść jakąś ulgę w drodze.

– Dobrze więc! – rzekłem – położę koniec pańskim kłopotom. Oto nieco pieniędzy, proszę, chciej pan przyjąć. Przykro mi, że nie mogę służyć mu w inny sposób.

Dałem mu cztery złote ludwiki bacząc, by strażnicy nie widzieli; sądziłem słusznie, iż gdyby podejrzewali go o posiadanie tej kwoty, drożej sprzedawaliby swe ustępstwa. Przyszło mi nawet do głowy zawrzeć z nimi układ i uzyskać dla młodego kochanka swobodę przebywania z ulubioną aż do Hawru. Dałem znak starszemu, aby się zbliżył, i zrobiłem tę propozycję. Mimo swej czelności zawstydził się nieco.

– To nie znaczy proszę pana – odparł z zakłopotaną miną – abyśmy mu bronili rozmowy z dziewczyną, ale ten pan chciałby bez przerwy być przy niej; to nam przysparza kłopotu, słuszne jest tedy, aby płacił za ten kłopot.

– No – rzekłem – ileż trzeba, aby ten kłopot przestał wam dolegać? Bezczelnik zażądał dwa ludwiki. Dałem mu je bez targu.

– Ale strzeż się – rzekłem – niech wam nie przyjdzie do głowy jakie szelmostwo; zostawię temu panu swój adres i bądźcie pewni, iż w razie czego potrafię was ukarać. Cała przygoda kosztowała mnie tedy sześć ludwików.

Uprzejmość i serdeczność, z jaką nieznajomy mi dziękował, przekonały mnie do reszty, iż musiał to być chłopiec z dobrego domu, wart mej hojności. Nim odszedłem, zwróciłem się z paroma słowy do jego ukochanej. Odpowiedziała z tak słodką i uroczą skromnością, iż opuszczając gospodę nie mogłem się powstrzymać od tysiąca refleksji nad charakterem kobiet. Wróciwszy do mej samotni nie od razu dowiedziałem się o dalszych kolejach tej przygody. Minęło blisko dwa lata; zapomniałem o niej do szczętu, kiedy przypadek dał mi sposobność poznania wszystkich jej okoliczności.

Przybyłem z Londynu do Calais z margrabią de***, moim wychowankiem. Stanęliśmy, jeśli mnie pamięć nie myli „Pod Złotym Lwem", gdzie musieliśmy zostać całą dobę. Otóż w czasie przechadzki zdało mi się, iż spostrzegłem tego samego młodzieńca, którego niegdyś spotkałem był w Passy. Był licho odziany, o wiele bledszy niż wówczas. Dźwigał starą walizkę; widać, dopiero co przybył. Mimo to fizjognomia jego zbyt była ujmująca, abym go nie poznał z łatwością.

– Musimy – rzekłem do margrabiego – zbliżyć się do tego młodego człowieka.

Skoro i on przypomniał sobie mą osobę, okazał radość żywszą nad wszelki wyraz.

– Ach, panie! – wykrzyknął całując mnie w rękę – mogę tedy raz jeszcze wyrazić panu mą niewygasłą wdzięczność.

Spytałem, skąd przybywa. Odparł, iż przybywa morzem z Havre-de-Grâce, dokąd niedawno temu wrócił z Ameryki.

– Wydaje mi się pan kuso z pieniędzmi – rzekłem – zechciej się udać „Pod Złotego Lwa", gdzie stanąłem gospodą, a przybędę tam niebawem.

Wróciłem w istocie do domu, żądny dowiedzieć się szczegółów jego niedoli oraz owej podróży do Ameryki. Przyjąłem młodziana najserdeczniej, kazałem, aby mu nie zbywało na niczym. Nie czekał mych nalegań z opowieścią dziejów swego życia.

– Panie – rzekł – postępuje pan ze mną tak szlachetnie, iż wyrzucałbym sobie jak niską niewdzięczność, gdybym coś ukrywał przed panem. Chcę wyznać nie tylko swoje niedole i utrapienia, ale także moje zbłąkania i hańbę; jestem pewien, iż potępiając mnie nie odmówi mi pan równocześnie współczucia!

Muszę uprzedzić czytelnika, iż spisałem tę historię prawie natychmiast; tym samym może być pewien ścisłości opowiadania. Oddaje ono nawet refleksje i uczucia, jakim młody awanturnik dawał folgę, czyniąc to z nieporównanym wdziękiem.

Oto jego opowieść, do której nie przydam nic, co by nie pochodziło z jego ust:

Miałem siedemnaście lat i kończyłem studia filozoficzne w Amiens, dokąd rodzice, należący do jednego z najlepszych domów w P***, mnie wysłali. Prowadziłem tak stateczne i cnotliwe życie, iż nauczyciele dawali mnie za przykład. Nie znaczy to, bym dokładał nadzwyczajnych wysiłków dla zasłużenia ich pochwały. Mam usposobienie łagodne i spokojne; przykładałem się do nauk z dobrej woli. Poczytywano mi za cnotę to, co było jedynie naturalną odrazą do złego. Urodzenie moje, wyniki studiów i pewien powab zyskały mi sympatię i szacunek całego miasta.

Złożyłem egzamina z tak powszechnym zadowoleniem, iż obecny przy nich biskup nakłaniał mnie do stanu duchownego, gdzie jak powiadał, czeka mnie piękniejsza przyszłość niż w zakonie maltańskim, do którego przeznaczyli mnie rodzice. Z ich woli nosiłem już nawet krzyż z nazwiskiem kawalera des Grieux. Z nadejściem wakacji gotowałem się wrócić do ojca, który przyrzekł mnie wysłać niebawem do Akademii.

Kiedym opuszczał Amiens, jedynym mym żalem było, iż zostawiam tam serdecznego przyjaciela. Był o kilka lat starszy ode mnie. Chowaliśmy się razem, ale ponieważ rodzina jego znajdowała się w miernych stosunkach, zmuszony był przywdziać sukienkę duchowną i zostać po moim wyjeździe w Amiens, aby tam podjąć zawodowe studia. Był to człowiek niezmiernych zalet. Dalszy ciąg mej historii da go poznać z najlepszych stron; wierność jego zwłaszcza i ofiarność w przyjaźni przewyższają najsłynniejsze przykłady starożytności. Gdybym wówczas słuchał jego rad, byłbym pozostał rozsądny i szczęśliwy. Gdybym w otchłani, w jaką wtrąciły mnie namiętności, skorzystał choć z jego wymówek, byłbym bodaj coś ocalił z rozbicia mego losu i reputacji. Ale nie zebrał innego owocu starań prócz zgryzoty, iż patrzał na ich bezużyteczność. Ba, niekiedy nawet spotykała go twarda odpłata ze strony niewdzięcznika, który obrażał się o nie i poczytywał je za natręctwo!

Oznaczyłem porę wyjazdu. Niestety! Czemuż nie o dzień wcześniej! Byłbym zawiózł do rodzinnego domu pełnię mej niewinności. W wilię dnia, w którym miałem opuścić miasto, wybrałem się na przechadzkę z Tybercym. Widząc zbliżający się dyliżans z Arras, poszliśmy jego śladem aż do gospody, gdzie zatrzymują się wehikuły. Wiodła nas prosta ciekawość. Wysiadło kilka kobiet, które rozeszły się szybko, ale jedna, bardzo młoda, przystanęła w dziedzińcu, gdy człowiek w podeszłym wieku, wyglądający na jej opiekuna, dobywał z walizek jakąś odzież. Wydała mi się tak urocza, że ja, który nigdy nie poświęciłem ani jednej myśli różnicom płci ani też nie spojrzałem baczniej na kobietę, ja, powiadam, którego roztropność i skromność były przedmiotem ogólnego podziwu, zapłonąłem w jednej chwili aż do szaleństwa. Miałem tę wadę, że byłem nadzwyczaj nieśmiały i łatwy do zbicia z tropu; ale w tym wypadku wszystko to gdzieś się podziało; nie wahając się ani chwili zbliżyłem się do pani mego serca.

Mimo iż jeszcze młodsza ode mnie, przyjęła mą dwomość bez śladu zakłopotania. Spytałem, co ją sprowadza do Amiens i czy posiada tu znajomych. Odpowiedziała po prostu, że przysłali ją rodzice w zamiarze uczynienia z niej mniszki. Miłość, mimo iż gościła w mym sercu zaledwie chwilę, zdążyła mnie na tyle oświecić, że zamiar ten odczułem jako śmiertelny cios dla mych pragnień. Sposób, w jaki się zachowywałem, pozwalał młodej osobie domyślić się mych uczuć, była bowiem o wiele doświadczeńsza ode mnie. Oddawano ją do klasztoru wbrew jej woli, prawdopodobnie, aby położyć tamę skłonności do uciech, która objawiła się już wówczas i która później stała się przyczyną wszystkich jej i moich nieszczęść. Próbowałem zwalczać okrutny zamysł rodzicielski za pomocą obfitych argumentów, jakich rodząca się miłość i scholastyczna wymowa zdołały mi dostarczyć. Nieznajoma nie siliła się udawać srogości ani wzgardy. Rzekła po chwili milczenia, iż przewiduje aż nadto, że będzie nieszczęśliwa; ale (dodała) taka snadź jest wola nieba, skoro nie zostawia jej ono żadnego środka do uniknięcia tej doli. Słodycz jej spojrzeń, uroczy smutek towarzyszący tym słowom, a raczej może los, który ciągnął mnie do zguby, nie pozwoliły mi ani chwili wahać się z odpowiedzią. Upewniłem panienkę, że jeśli zechce polegać na mym honorze i na bezgranicznej czułości, jaką zdołała we mnie obudzić, poświęcę życie, by ją uwolnić z tyranii rodziców i uczynić szczęśliwą. Zastanawiając się później nad całym zdarzeniem, dziwiłem się tysiąc razy, skąd mi się wzięła taka śmiałość i łatwość słowa: nie uczyniono by Miłości bóstwem, gdyby nie działała cudów! Oświadczyny te poparłem mnóstwem argumentów.

Piękna nieznajoma wiedziała dobrze, że w moim wieku nie nawykło się zwodzić; odparła wręcz, iż gdybym widział jaki sposób wyrwania jej z niewoli, zawdzięczałaby mi więcej niż życie. Powtarzałem, iż gotów jestem na wszystko, ale nie mając na tyle doświadczenia, aby na poczekaniu obmyślić środki, ograniczyłem się do zaklęć, które nie mogły zdać się na wiele. Stary Argus wracał i nadzieje nasze byłyby pogrzebane, gdyby urocza istotka nie posiadała sprytu na tyle, aby zastąpić mój niedostatek w tej mierze. Skoro opiekun się zbliżył, zaczęła ku memu zdumieniu tytułować mnie kuzynem. Nie zdradzając śladu pomieszania rzekła, iż wobec szczęśliwego trafu, dzięki któremu spotkała mnie w Amiens, odłoży na jutro klasztor, dziś zaś pozwoli sobie zjeść wieczerzę w moim towarzystwie. Chwyciłem w lot nitkę tego podstępu; skłoniłem ją, aby stanęła w oberży, której gospodarz, długoletni woźnica w naszym domu, był mi zupełnie oddany.

Zaprowadziłem ją tam osobiście, mimo iż opiekun niezbyt zadowolony był z tej asysty. Tybercy, który nic nie rozumiał, szedł za mną bez słowa. Nie słyszał naszej rozmowy; przechadzał się po dziedzińcu, gdy ja prawiłem czułości mojej pięknej pani. Ponieważ lękałem się jego rozsądku, wymyśliłem zlecenie, dziwki któremu udało mi się go oddalić. Tak więc, przyszedłszy do gospody, miałem szczęście znaleźć się sam na sam z królową mego serca. Poznałem niebawem, że byłem mniej dzieckiem, niż mi się zdawało. Serce moje otwarło się dla tysiącznych uczuć, o których nie miałem pojęcia. Słodkie ciepło rozlało się po żyłach. Popadłem w oszołomienie, które odjęło mi na chwilę mowę i wyrażało się tylko oczami. Panna Manon Lescaut (okazało się, że tak brzmi jej nazwisko) była wyraźnie rada z tego działania swych powabów. Zdawało mi się, że jest nie mniej wzruszona ode mnie. Zwierzyła mi, że się jej spodobałem i że byłaby szczęśliwa, gdyby mnie mogła zawdzięczać swą wolność. Chciała wiedzieć, kim jestem; odpowiedź pomnożyła jej sympatię, ponieważ będąc sama z gminu uczuła się mile pogłaskana zdobyczą takiego kochanka. Cały wieczór zastanawialiśmy się nad sposobem połączenia naszych losów.

Ostatecznie nie znaleźliśmy innej drogi jak tylko ucieczkę. Trzeba było oszukać czujność opiekuna, człowieka, z którym musieliśmy się liczyć, mimo że był tylko sługą. Ułożyliśmy, że się postaram w nocy o konie i zjawię się w gospodzie wczesnym rankiem, nim on się obudzi; wymkniemy się potajemnie i pośpieszymy prosto do Paryża, gdzie się zaraz pobierzemy. Miałem około pięćdziesięciu talarów, owoc drobnych oszczędności. Manon posiadała mniej więcej dwa razy tyle. Wyobraziliśmy sobie, jak dzieci nie znające życia, że suma ta nie skończy się nigdy; w tej samej mierze rachowaliśmy na powodzenie innych zamysłów. Wieczerza spłynęła mi wśród rozkoszy, jakiej dotąd nie zaznałem. Wreszcie opuściłem gospodę, aby zająć się mym planem. Było to tym łatwiejsze, ile że mając zamiar wrócić nazajutrz do domu, byłem gotów do podróży. Przenieść walizę i przygotować pojazd na piątą rano nie przedstawiało trudności; była to pora, o której bramy miasta już są otwarte. Ale spotkałem przeszkodę, której się nie spodziewałem i która omal nie zniweczyła mego zamiaru. Tybercy, mimo iż tylko o trzy lata starszy ode mnie, był to chłopiec wytrawny i stateczny. Kochał mnie czule. Widok ładnej dziewczyny, skwapliwość, z jaką jej towarzyszyłem, sposób, w jaki pod błahym pozorem pozbyłem się go, wszystko to zbudziło w nim podejrzenia. Nie śmiał wrócić do gospody, gdzie nas zostawił, bojąc się obrazić mnie swym powrotem, ale czekał na mnie w domu, gdzie zastałem go wracając, mimo że była dziesiąta. Wizyta ta była mi mocno nie na rękę, czego nie mógł nie spostrzec.

– Jestem pewien – rzekł bez ogródki – że układasz jakieś plany, które chcesz ukryć przede mną; widzę to z twojej miny.

Odpowiedziałem szorstko, że nie mam obowiązku zdawać mu sprawy ze wszystkich zamiarów.

– Nie – odparł – ale zawsze odnosiłeś się do mnie jak do przyjaciela, a to uczucie pozwala żądać nieco otwartości i zaufania.

Nalegał tak usilnie, iż nie nawykły ukrywać przed nim cokolwiek, zwierzyłem się z mej miłości. Słuchał z wyraźnym niezadowoleniem, które przejęło mnie dreszczem. Żałowałem nieopatrzności, z jaką odkryłem zamiar ucieczki. Rzekł, iż nadto jest moim przyjacielem, aby mi się nie sprzeciwiać całą mocą; chce mi najpierw przedstawić wszystko, co może mnie odwieść od zamiaru; jeśli zaś mimo to nie porzucę szalonego planu, nie zawaha się ostrzec osoby, które będą go umiały udaremnić. Oracja jego trwała przeszło kwadrans i skończyła się groźbą skargi przed ojcem, o ile nie dam słowa, że będę rozsądny.

Byłem w rozpaczy, iż zdradziłem się tak nie w porę. Jednakże – jako że miłość niepospolicie rozbudziła mój dowcip – zauważyłem, iż nie wspomniałem nic o tym, że zamiar ma się spełnić nazajutrz. Postanowiłem wywieść go w pole.

– Tybercy – rzekłem – sądziłem, że jesteś mym przyjacielem, i chciałem cię wypróbować tą opowieścią. Prawda, jestem zakochany; nie zwiodłem cię, ale co się tyczy ucieczki, nie jest to rzecz, na którą bym się ważył tak lekko. Zajdź do mnie jutro o dziewiątej, zapoznam cię, jeśli możebna, z mą ukochaną. Osądzisz, czy zasługuje, abym uczynił ten krok dla niej. Zostawił mnie samego po tysiącznych zaklęciach przyjaźni.

Obróciłem noc na przygotowanie wszystkiego; pobiegłszy przed świtem do Manon zastałem ją już na nogach. Stała w oknie od ulicy, spostrzegłszy mnie zeszła otworzyć. Wyszliśmy bez hałasu. Nie miała z sobą nic prócz trochy bielizny; wziąłem jej zawiniątko, wehikuł był gotów, ruszyliśmy natychmiast.

Opowiem w dalszym ciągu, jak sobie postąpił Tybercy, skoro spostrzegł, żem go oszukał. Przyjaźń jego bynajmniej nie ostygła. Ujrzy pan, dokąd ją posunął i ile łez musiałem wylać wspominając, jaka była jej nagroda.

Uciekaliśmy z takim pośpiechem, iż przybyliśmy przed nocą do Saint-Denis. Pędziłem konno obok pojazdu, wskutek czego mogliśmy rozmawiać jedynie na postojach, ale skorośmy się ujrzeli blisko Paryża, to znaczy prawie bezpieczni, pozwoliliśmy sobie na pokrzepienie się, ile żeśmy nic nie wzięli do ust od wyjazdu. Mimo iż płomień, jakim pałałem dla Manon, nie mógł mieć równego sobie, umiała mi dać uczuć, iż serce jej niemniej mi jest przychylne. Byliśmy tak mało oględni w pojeniu się pieszczotą, że nie mieliśmy cierpliwości czekać, aż zostaniemy sami, Pocztylioni i gospodarz patrzyli na nas z zachwytem; zdumieni byli widokiem dwojga dzieciaków kochających się do szaleństwa.

Nasze matrymonialne zamysły poszły w Saint-Denis w zapomnienie; obeszliśmy przepisy kościoła i rozpoczęliśmy miodowy miesiąc ani wiedząc jak. Pewne jest, iż z moją tkliwą i stałą naturą zadowoliłbym się całe życie tym szczęściem, gdyby Manon umiała być wierna. Im lepiej ją poznawałem, tym więcej odkrywałem przyczyn do kochania. Urok jej, słodycz, piękność tworzyły tak mocne i tak powabne kajdany, iż byłbym z radością został w nich na zawsze. Straszliwa odmiana! To, co się stało mą klęską, mogło stać się mą słodyczą. Otom jest najnieszczęśliwszy z ludzi przez tę samą stałość, od której powinienem był spodziewać się najsłodszego losu i najdoskonalszych nagród miłości.

Wynajęliśmy w Paryżu mieszkanko przy ulicy V..., na moje nieszczęście obok domu pana de B ***, słynnego generalnego poborcy. Upłynęły trzy tygodnie, przez które żyłem tak wyłącznie swą miłością, iż prawie nie pomyślałem o rodzinie ani o zgryzocie, jaką musiała sprawić ojcu moja ucieczka. Ponieważ nie miałem skłonności do hulanek, Manon zaś wiodła również życie nader stateczne, spokój, w jakim pędziliśmy dni, pozwolił się obudzić pamięci o mych obowiązkach.

Postanowiłem, o ile będzie możliwe, pojednać się z ojcem. Kochanka moja była tak urocza, iż nie wątpiłem, że zdoła go sobie ująć, jeżeli znajdę sposób, aby mu dać poznać jej wartość i przymioty. Słowem, żywiłem nadzieję, iż uzyskam pozwolenie na małżeństwo; ocknąłem się bowiem ze złudzeń, bym tego mógł dokonać bez zgody rodziny. Podzieliłem się projektem z Manon dając do zrozumienia, iż poza miłością i obowiązkiem i konieczność kieruje nas na tę drogę. Fundusze nasze stopniały, zaczynałem tracić wiarę w ich wieczność. Manon chłodno przyjęła propozycję. Trudności wszakże, jakie czyniła, miały źródło w tkliwości dla mnie i w obawie postradania mnie, w razie gdyby ojciec nie przychylił się do mych zamiarów poznawszy w zamian miejsce naszego schronienia; toteż nie podejrzewałem ani trochę okrutnego ciosu, jaki mi gotowano Na wzmiankę o konieczności Manon odpowiedziała, iż zostało nam jeszcze środków na kilka tygodni, po upływie zaś tego czasu ma nadzieję znaleźć pomoc u krewnych, do których napisze. Odmowę swą złagodziła tak czułą i gorącą pieszczotą, że ja, który żyłem tylko nią i wierzyłem najzupełniej w jej serce, zgodziłem się bez oporu. Zostawiłem jej zarząd sakiewki i troskę o codzienne wydatki. Spostrzegłem pomału, że nasz stół zaczął być sutszy i że Manon sprawiła sobie jakieś kosztowne stroiki. Ponieważ wiedziałem, że wedle mego obliczenia zostało nam ledwie kilka pistolów, wyraziłem swoje zdumienie. Śmiejąc się prosiła, abym się nie kłopotał. – Czyż ci nie obiecywałam – rzekła – że znajdę środki?

Kochałem ją zbyt naiwnie, aby łatwo powziąć obawę.

Jednego dnia wyszedłem po południu, zapowiedziawszy, iż zabawię dłużej niż zazwyczaj. Zdziwiłem się, gdy za powrotem, nim mnie wpuszczono, kazano mi czekać parę minut pod drzwiami. Do usługi mieliśmy jedynie młodą dziewczynę mniej więcej w naszym wieku. Skoro otworzyła wreszcie, spytałem, czemu ociągała się tak długo. Odparła z widocznym zakłopotaniem, że nie słyszała. Pukałem tylko raz, rzekłem tedy:

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com