Hipolit Boratyński - Aleksander Bronikowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 992 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hipolit Boratyński - Aleksander Bronikowski

Obecne wydanie zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Jedno z najwcześniejszych dzieł Aleksandra Bronikowskiego, niegdyś bardzo popularnego XIX-wiecznego pisarza i prekursora gatunku powieści historycznej. Napisana z rozmachem i wydana w 1825 roku powieść przenosi czytelnika w barwny świat dawnej Rzeczpospolitej, królów, magnatów i szlachty. A na tym tle prezentuje wydarzenia i emocje słynnego w kraju, jak i Europie romansu, rozgrywającego się na najwyższych szczeblach władzy.

Opinie o ebooku Hipolit Boratyński - Aleksander Bronikowski

Fragment ebooka Hipolit Boratyński - Aleksander Bronikowski










SPIS TREŚCI

  1. TOM PIERWSZY
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. TOM DRUGI
  13. ROZDZIAŁ XI
  14. ROZDZIAŁ XII
  15. ROZDZIAŁ XIII
  16. ROZDZIAŁ XIV
  17. ROZDZIAŁ XV
  18. ROZDZIAŁ XVI
  19. TOM TRZECI
  20. ROZDZIAŁ XVII
  21. ROZDZIAŁ XVIII
  22. ROZDZIAŁ XIX
  23. ROZDZIAŁ XX
  24. ROZDZIAŁ XXI
  25. ROZDZIAŁ XXII
  26. ROZDZIAŁ XXIII
  27. ROZDZIAŁ XXIV
  28. ROZDZIAŁ XXV
  29. TOM CZWARTY
  30. PRZEDMOWA
  31. ROZDZIAŁ XXVI
  32. ROZDZIAŁ XXVII
  33. ROZDZIAŁ XXVIII
  34. ROZDZIAŁ XXIX
  35. ROZDZIAŁ XXX
  36. TOM PIĄTY
  37. ROZDZIAŁ XXXI
  38. ROZDZIAŁ XXXII
  39. ROZDZIAŁ XXXIII
  40. ROZDZIAŁ XXXIV
  41. ROZDZIAŁ XXXV
  42. TOM SZÓSTY
  43. ROZDZIAŁ XXXVI
  44. ROZDZIAŁ XXXVII
  45. ROZDZIAŁ XXXVIII
  46. ROZDZIAŁ XXXIX
  47. ROZDZIAŁ XL
  48. ROZDZIAŁ XLI
  49. KOLOFON

TOM PIERWSZY


ROZDZIAŁ I

Już było po ite, missa est, ale jeszcze lud nie opuścił kościoła, jeszcze klerycy wstrząsali kadzielnicami przed wielkim ołtarzem, a ksiądz śpiewał w długich przeciągłych tonach Błogosławiony, co przychodzi w Imię Boże i potem postąpił naprzód na stopniach ołtarza, trzymając przed sobą starym obyczajem złotą patynę, by ją dać do pocałowania najznakomitszym osobom z obecnych w świątyni. Pierwszym, który przystąpił, był człowiek mocno zbudowany, dumnej postawy a już podeszły wiekiem; ponurość panowała na jego czole otoczonym gęstymi siwymi włosami i kiedy ukląkł, i ustami świętego naczynia dotknąwszy, znowu się podniósł – rzucił przeciągłe spojrzenie na tłum zebrany, spojrzenie dumy i pogardy, jak gdyby chciał szukać wynagrodzenia za chwilowe upokorzenie, z jakim dopiero co uchylił głowy przed Najwyższym, któremu to uniżenie się należało.

Był on w sukni podróżnej, lecz kosztowne futro broniące go przed ostrym grudniowym zimnem, liczny orszak i szlachty, i służących, co bez poruszenia za nim stali i teraz z lekkim szmerem obnażone w czasie nabożeństwa szable znowu do pochew włożyli, oznaczały wysokie tego pana dostojeństwo. A on, dopełniwszy pobożnego obowiązku, postąpił na bok ołtarza ku wolnymu krzesłu biskupa krakowskiego, do którego dzielnicy kościół iwanowicki należał i zbliżył się do jakiegoś duchownego wspierającego się na krześle, który dopiero uchyleniem głowy odprawił kleryka, co przyklękając, potrząsał przed nim kadzielnicą. Duchowny był to mąż mający około lat pięćdziesięciu, prosta odzież podróżna byłaby godność jego ukryła, gdyby krzyż diamentowy na piersiach i tylko co wyrządzony mu honor nie okazywały dostojeństwa, jakie w kościele piastował. Gdy się do niego ów stary pan przybliżył, zdawało się, że z niejakim zakłopotaniem odpowiadał na ciche, lecz żywe jego pozdrowienie, a gdy ten w nagłych gestach zwrócił wzrok swój ku odleglejszej stronie ubocznej części kościoła, schylił nieco głowę i osobliwszy, niechętny uśmiech ukazał się na jego ustach. Tymczasem inni z obecnych zbliżyli się do ołtarza. Pomiędzy nimi znajdował się młody człowiek udatnej postawy i przez cały ciąg służby bożej zajmował miejsce obok znakomitego starca, przy którym z drugiej strony stał młodzieniec około piętnastu lat mający ze wszystkimi oznakami dziecinnej niecierpliwości, to przewracając prędko kartki swojej książeczki, to rzucając ciekawe spojrzenia i po nawie, i po bocznych częściach kościoła. Młody człowiek postąpił naprzód ku ołtarzowi, potem obrócił się do starca, co z ubioru zdawał się być litewskim panem, jak gdyby chciał mu pierwszeństwa ustąpić, a gdy tamten nie ruszył się z miejsca, zdawało się jakby sobie dopiero coś przypomniał i wyciągnął rękę do młodzieńca, który skłoniwszy się nisko podeszłemu towarzyszowi, poskoczył na stopnie ołtarza. Kiedy obydwaj młodzi dopełniwszy ceremonii wracali z powrotem, mały dotknął nieznacznie ręki młodzieńca i wskazał w tę samą stronę kościoła, która najpierw zwróciła uwagę znakomitego polskiego pana i obcego duchownego, i uśmiechnął się figlarnie, a mocny, gwałtowny rumieniec okrył lica patrzącego.

Duchowny ów pan w towarzystwie męża, z którym rozmawiał, oddalił się przez drzwi zakrystii; lud zaczął cisnąć się ku drzwiom kościoła, a w wymienionej niedawno stronie podniosły się dwie osoby w czarne krepy ubrane. Pierwsza z nich, niewiasta wspaniałego wzrostu, postąpiła śmiałym krokiem i z dumną prawie postawą, a kiedy uchyliła zasłonę, oczy jej bystre rzucały baczne spojrzenia na wszystkich otaczających; druga, której talia i mniejsza, i wysmuklejsza daleko ją młodszą od towarzyszki wydawała, postępowała po kamiennej posadzce lekkim krokiem, ze spuszczoną głową i wyraźną lękliwością ku wyjściu. Tu młodzieniec z piętnastoletnim wyrostkiem zbliżył się do niewiast i pozdrowił je, podając starszej wodę święconą z niezwykłym poszanowaniem, a potem zbliżył się do młodszej i szepnął kilka wyrazów. I gdy się schylił dla odebrania odpowiedzi, która z cicha, niedosłyszana prawie przez gęste przedzierała się zasłony, wtedy w przedsionku, do którego właśnie co weszli, lud cisnący się tłumnie nagle się na dwie strony rozstąpił i z bocznych drzwi ukazał się wyżej wspomniany prałat. Zbliżył się wprost do starszej z niewiast, skłonił się nisko i mówił na wpół słyszalnym głosem:

– Pozwól Jaśnie Wielmożna Pani, bym cię odprowadził do powozu, bo przy tym rad bym jeszcze nieco z tobą pomówił.

Niewiasta spoglądała na niego bystro przez chwilę, potem na jego pokorne pozdrowienie odpowiedziała lekkim skinieniem głowy i rzekła oziębłym, choć przyzwoitym tonem:

– Wielki mi zaszczyt czynisz, Panie!

Potem przyjęła podaną sobie rękę, dała znak swojej towarzyszce, by się udała za nimi i wyszła prędko pomiędzy otwartymi szeregami ludu, co pełen ciekawości i podziwu poszeptywał sobie różne domysły względem niewiasty, której Andrzej Zebrzydowski, biskup kujawski, tak wielką cześć oddawał, a która przecież niezbyt szczególnie zdawała się to przyjmować. A młodzieniec odłączony od nich przez napływającą za odchodzącymi ciżbę ustąpił w głąb przedsionku z młodzikiem, który mu cos mówił na poły śmiejąc się, na poły żałując.

Wkrótce nadszedł także z kościoła stary pan litewski i wszyscy trzej, opuściwszy świątynią, siedli na stojące w pogotowiu konie i udali się do gospody będącej w miasteczku, gdzie służący ich w czasie mszy przyrządzili śniadanie.

W gospodzie miasteczka Iwanowice, która niedaleko od kościoła leżała, jak to jeszcze i za naszych dni w Polsce pospolicie bywa, wszystko było w wielkim ruchu. Mnóstwo wyprzężonych powozów obładowanych rozmaitymi sprzętami stało przed drzwiami domostwa, gdy tymczasem furmani i towarzysząca służba wewnątrz pokrzepiali się miodem i paloną wódką. Kiedy niekiedy ukazywał się po drodze nadjeżdżający konno szlachcic lub żołnierz na gościńcu prowadzącym z Warszawy, zatrzymywał się przed gospodą, aby czarą węgierskiego wina posiliwszy się, resztę krótkiej pozostającej jeszcze podróży dokończył, a otrzymawszy ją po długim wołaniu i z wielkim krzykiem, pokrzepiony świeżo siadł znowu na zmordowanego konia i bodąc ostrogiem w bok, poleciał cwałem pomiędzy wąwozami, którędy prowadzi droga do Krakowa. W obszernej kuchni domostwa tłoczyli się tymczasem kucharze znakomitych podróżnych wokoło wielkiego ogniska, a mimo że wypędzili czeladź domową z ich garnkami napełnionymi jarzyną i patelniami pełnymi pieczonych kiszek, nie dosyć jednakowoż jeszcze mieli miejsca, jeden drugiego odpędzał na bok i zajmował pierwsze miejsce, w imię swojego pana, którego dostojeństwem i powagą starał się upokorzyć sąsiada. Pokoje górnego piętra napełnione były podróżnymi różnego rodzaju oczekującymi obiadu po dobrym śniadaniu, po wielkiej sali wiele młodzieży przechadzało się tu i ówdzie, to z wesołym śmiechem, to poważnie rozmawiając, a dwóch bogato strojnych pachołków z długimi laskami, stojąc u drzwi, oddalało natrętnych od najwygodniejszego pokoju, który trzymano w pogotowiu dla pana marszałka wielkiego koronnego.

Z dala od wrzawy, w jednym z okien komnaty oparty o ścianę i, jak zdawało się, zaprzątnięty smutnymi myślami stał młodzieniec i nieporuszony spoglądał na plebanię nieopodal na ukos naprzeciw stojącą, nie uważając bynajmniej na to, co się działo wokoło niego, i gdy stary sługa, wyszedłszy z pobliskiego pokoju i przeszedłszy przez salę, do niego się zbliżył, a skłoniwszy się z uszanowaniem, oznajmił mu, że śniadanie już gotowe i pan wuj czeka na niego, odwrócił się tylko na chwile, by ręką dać wzywającemu znak, że jeść nie będzie i że chce sam na sam pozostać. Starzec oddalił się znowu, a wkrótce potem przybiegł do zamyślonego młody chłopczyna, którego już przy nim w kościele widzieliśmy.

– Chodźże też przecie kochany kuzynku! – prosił pochlebnie. – Ojciec chce zaraz odjeżdżać, a rad by przed wieczorem stanąć w Krakowie!

– No! No! Stasiu – odpowiedział drugi – jak będzie obiad gotowy, to przyjdę!

– O! Ho! Ja wiem, co ci tak psuje apetyt Hipolicie! – mówił wesoły chłopczyna, figlarnym tonem. – Ale długo jeszcze będziesz musiał czekać! I ojciec je także widział, i przykro mu było, że nie wiedział wcześniej, że się tu znajdują, a teraz sądzi, że podobno byłoby już za późno, gdy ksiądz biskup kujawski od ołtarza je poprowadził. A ja widziałem także, że starzec, co przy nim stał pod baldachimem, także tam się udał; ludzie powiadają, że to jest wojewoda krakowski. No! No! Chodź kochany kuzynie, wszakże ją jeszcze zobaczysz w stolicy.

– Piotr Kmita? – zawołał Hipolit tonem zdziwienia i tak głośno, że go stojący wkoło usłyszeli.

– Jeżeli macie jaką prośbę do Jaśnie Wielmożnego marszałka wielkiego – mówił jeden z dwóch pachołków, przybliżając się – to musicie z nią zatrzymać się aż do Krakowa, bo Jaśnie Wielmożny Pan nakazał, żeby nikogo nie wpuszczać, jak powróci ze mszy.

– Z drogi! Z drogi! Pan wojewoda idzie! – zawołano na zewnątrz, a przechadzający się po sali, uszykowali się przy ścianach. Młodzieniec, rzuciwszy okiem przez okno, zobaczył marszałka wielkiego koronnego, który ze swoim orszakiem wchodził do gospody i w tejże samej chwili zakryty pojazd ruszył cwałem sprzed drzwi plebanii drogą do Krakowa. Tuż za nim jechał Andrzej Zebrzydowski, biskup kujawski, w otwartej kolasie, a towarzyszący liczny orszak konnych służalców otoczył pojazdy, które prędko jak strzała pognały gościńcem zamarzłym i pokrytym śniegiem.

Wtem otworzyły się podwoje od sali i wszedł Piotr Kmita; twarz jego była jeszcze bardziej ponura aniżeli w kościele, bez żadnego ukłonu przeszedł pomiędzy szeregami pozdrawiających go z uszanowaniem i udał się do przeznaczonego sobie pokoju. Tuż przed drzwiami rzuciwszy okiem na Hipolita, zatrzymał się przez chwile i zapytał o coś po cichu gospodarza domu, który w pokornym uniżeniu, ze wszelkimi oznakami lękliwości, postępował przy nim, a usłyszawszy jego odpowiedź, zdawało się, jakby chciał kilka kroków postąpić, lecz znowu prędko inną niby myśl powziąwszy, wymuszonym uśmiechem spędził na chwilę ponurą dumę ze swojego oblicza i na ukłon młodzieńca odpowiedział z większą uprzejmością i dwornością aniżeli jego wiek, dostojeństwo, a nade wszystko powszechny odgłos niepomiarkowanej dumy, o którą Piotr Kmita, wojewoda i starosta krakowski, marszałek wielki koronny, u swoich współczesnych był pomawiany, kazały się spodziewać.

Górne piętro gospody już było puste, znakomitsi podróżni po obiedzie w dalszą udali się podróż, chcąc jeszcze przed nadchodząca nocą stanąć w mieście.

Wyprowadzono także i konie starego litewskiego pana, który z obydwoma młodymi swoimi towarzyszami podróży szedł na dół po schodach, rozmawiając żywo ze starszym; po za nimi szło wiele szlachty i sług, i Kasper Gierzanek, gospodarz domu, któremu odjazd Piotra Kmity dał czas na okazanie innym gościom tego poszanowania i ochoczej posługi, którą zdaniem jego obowiązkiem było wyświadczać stosownie do godności i wydatku podróżnych.

– Otóż jak już powiedziałem mój wuju – mówił cichym głosem Hipolit – rozumiem, że najlepiej będzie czekać tu w Iwanowicach na brata. Jak go znam i mogę sądzić o tym, co go obchodzi, dobrze podobno będzie, jeżeli się zawczasu dowie, kogo zastanie w Krakowie i co się zdarzyło.

– To powiadasz tedy – mówił Litwin, postępując zwrócony do gospodarza – wojewoda krakowski miał długą rozmowę z panią Podolską?

– Przez całą godzinę Jaśnie Wielmożny Panie starosto – zapewniał Kasper, czyniąc liczne ukłony – Jaśnie Oświecony marszałek wielki koronny był u księżnej wojewodziny w plebanii i przewielebny biskup kujawski także i podobno coś tam dosyć niespokojnego działo się między nimi, jak ksiądz wikary powiadał mojej córce Teofili, za pozwoleniem Jaśnie Wielmożnego Pana, bo słyszał, stojąc za drzwiami, że naprzód obydwaj panowie mówili coś żwawo do jasnej pani, a potem zaczęli między sobą żywo rozprawiać, a głos Jaśnie Oświeconej Pani Odrowążowej dosyć wyraźnie tam można było rozróżnić. Pannę wojewodziankę zaś wyprawili do drugiego pokoju, gdzie nieporuszona stała patrząc ciągle w okno i zapewne musiał ją bawić zgiełk i bieganina przed drzwiami mojego ubogiego domu, bo jak powiada ojciec wikary, bynajmniej nie zwracała uwagi na to, co się dzieje u matki, jakkolwiek głośno rozmawiano w oratorium wielebnego proboszcza.

Na te słowa uśmiechnął się mały Stanisław i spojrzał złośliwie na swojego kuzyna, ale stary nakazał mu surowo milczenie a potem odezwał się do młodzieńca.

– Jeżeli tedy tak chcesz mój siostrzeńcze, to czekaj tu na pana Piotra, ale przybywaj z nim niezwłocznie za nami. Znajdziecie nas, jeżeli Pan Bóg dozwoli, na ulicy świętego Floriana. A wy, Stefanie Bielawski – zawołał na jednego ze szlachty za nim idącej – zostańcie tu z czterema ludźmi przy panu Hipolicie i patrzcie, aby starosta samborski dobrą miał kwaterę, kiedy przyjedzie pod noc, bo gościniec niepusty będzie w tych czasach, a jeszcze nie wszyscy panowie sejmowi przejechali. Bądź zdrów siostrzeńcze! – Powiedział na koniec starzec, kładąc nogę w ogromne strzemię.

– Przybywaj prędko kochany Hipciu! – zawołał chłopczyna i szybkim kłusem ruszono z miejsca.

– Jeżeli tedy podoba się Wielmożnemu Panu Boratyńskiemu – mówił Kasper Gierzanek do pozostałego, co zamyślony oparłszy się we drzwiach, spoglądał za odjeżdżającymi – to ja zaprowadzę Wielmożnego Pana do jego pokoju, do tego samego, w którym stał pan Kmita, marszałek wielki, gdyż tu na dole będzie teraz więcej hałasu, bo oto już i skrzypce stroją.

Hipolit postępował w milczeniu za przyświecającym mu gospodarzem do obszernego pokoju na górze i chcąc pozostać w samotności, odprawił Bielawskiego i sługi.


ROZDZIAŁ II

Tymczasem dolne piętro gospody było placem zabawy wesołego pospólstwa, co niezbyt wiele zważając na groźną postać, jaką liczne stosunki w tym czasie przybierały, i na gęste chmury poczynające okrywać horyzont ojczyzny, a co wszystko przechodziło sferę ich pojęcia – krótki czas wytchnienia na zabawie chcieli przepędzić. Kiedy podejrzliwość i troski krążyły po pałacach, a magnaci na lśniących pokojach pod przykrym polorem hiszpańskiego obyczaju i pod udaną wesołością ukrywali bojaźń, zazdrość i przewidywanie tego, co ma nastąpić i bacznie spozierali wokoło, czy jaka niedopilnowana chwila nie zdradzi jakiego skrytego nieprzyjaciela; kiedy wszystko, co tylko miało znaczenie i u dworu, i w kraju, powoli i po cichu, ale stanowczo we dwa nieprzyjazne naprzeciw sobie stojące stronnictwa kształciło się, dobroduszni mieszkańcy miasteczka Iwanowice myśleli tylko o tym, aby wesoło przepędzić wieczór niedzielny. Już w wielkiej izbie gospody pozapalano żelazne pordzewiałe lampy, górale stroili swoje instrumenty, a młodzież obojga płci w zaszanowanym świątecznym stroju podskakiwała i rozmawiała wesoło w bezładnej ciżbie, oczekując niecierpliwie rozpoczęcia tańca; wśród tego tłumu dawał się kiedy niekiedy słyszeć głos Kaspra Gierzanka troskliwego o porządek, to nagląc na muzykantów, aby prędzej pospieszali, to pytając gości, czego żądają, a niekiedy Teofilkę, córkę swoją szesnastoletnią, upominając wyrazem przestróg, gdy ją zbyt gęsto otoczył tłum młodzieży, która upodobała sobie hożą dziewczynę i przeciw której natarczywym zalotom dziewczę zasłaniało się ową naturalną szykownością i żartobliwym odcinaniem się, które dotąd jeszcze właściwe jest dziewczętom góralskim koło Krakowa. Nieco dalej od zgiełku, blisko gorejącego komina, starsi wiekiem i jak zdawało się znakomitsi mężowie, zasiedli przy okrągłym stole uwieńczonym dzbanami i kuflami, w których przy połysku ognia jaśniał węgrzyn. Pomiędzy nimi znajdował się także Stefan Bielawski. Zwiększające się ciepło komnaty przymusiło go do zdjęcia czapki z barankiem z głowy, na której niewiele już siwych pozostało włosów. Ciemny żupan ze srebrnymi guzikami zdawał się być nie bez uszanowania widziany od zgromadzenia i od gospodarza, a pas tkany srebrem, u którego wisiał zakrzywiony pałasz okazywał, że jest z rzędu tej szlachty, co podówczas z pokolenia do pokolenia poświęcała się na usługi znakomitszych domów i po długim szeregu lat zasługi, przepędzała resztę dni swoich na dożywotnim jakim folwarku, który im wdzięczność panów do śmierci wyznaczyła. Bielawski dosięgnął już tego punktu i bardziej dawne przywiązanie do szlachetnego rodu Boratyńskich aniżeli konieczny obowiązek skłoniły go, że raz jeszcze opuścił swoją wysłużoną posiadłość i był przy boku młodszego ich syna w czasie pierwszego wstępu jego na świat oraz pocieszył się widokiem starszego, który po długim poselstwie w Rzymie, Wiedniu i Bratysławie powrócił do Warszawy, chcąc znajdować się na sejmie koronacyjnym Zygmunta Augusta. Głos powszechny uważał Piotra Boratyńskiego za marszałka stanu rycerskiego na drugim sejmie, który wkrótce przez okólniki miał być zwołany i miał stanowić w nader ważnych okolicznościach tyczących się domu królewskiego i całego kraju.

Właściwie mówiąc sam tylko Stefan Bielawski miał głos przy okrągłym stole, zgromadzenie słuchało bacznie tego, z czym szanowny starzec poważnie dał się słyszeć, ale sąsiad jego po lewej stronie zdawał się niechętnie ulegać przewadze szlachcica i, często przerywając i sprzeciwiając się, okazywał, że obecni i na jego także zasługi mieć jakiś wzgląd powinni. I w rzeczy samej strój jego był daleko świetniejszy aniżeli starego Galicjanina, zielone bogato bramowane futro ze złotymi pętlicami i kutasami okrywało przysadzistą jego postawę, na czarnej kędzierzawej głowie miał czerwoną czapkę z czarnym barankiem, a bogatą przystrojoną w pierścienie ręką szczękał często po rękojeści damasceńskiej szabli. Z niejakim lekceważeniem spoglądał na wszystkich i przeciw prostym wyrazom dobrodusznego wiejskiego szlachcica zastawiał się całą powagą dworską, przeplatając bezustannie swoją mowę poufałym odwoływaniem się do nazwisk najznakomitszych ludzi w kraju i z chytro tajemniczym uśmiechem przydając krótkie, ale zaprzeczające uwagi, z którymi ożywiał się w tylko co rozpoczętej rozmowie o teraźniejszym stanie rzeczy. Trzecim w tym małym kole był wikary. Czwarty i piąty – obywatele miasteczka. Szósty młody człowiek w żołnierskim ubiorze mało się mieszał do rozmowy, tylko poszeptywał niekiedy z hożą Teofilą, która to pod tym, to pod owym pozorem częściej podobno niż potrzeba przybliżała się do stołu, a prawie zawsze z tej strony, gdzie młody żołnierz siedział.

– A tak tedy – mówił dalej Stefan Bielawski do wikarego, podnosząc swój głos w miarę coraz bardziej wzmagającej się wrzawy – a tak tedy i nasz młody panicz wybrał się na świat ukończywszy szkoły u Benedyktynów w Haliczu, gdzie nie bez korzyści przykładał się do nauk i opuściwszy dom wojewody w Kamieńcu Podolskim, gdzie się ćwiczył w sztuce żołnierskiej, udał się teraz z dostojnym Janem Łąckim, starostą pińskim, który miał za sobą siostrę rodzoną jego matki, chcąc być przez niego przedstawiony młodemu królowi i najjaśniejszej Barbarze, która ze starym panem jest w bliskim pokrewieństwie. Przykro mi tedy było zostawać dłużej pomiędzy czterema ścianami, tym bardziej, że chciałem widzieć jak młody panicz okaże się ze swojej strony i jak stanie się godnym swoich przodków ten, którego ja niemowlęciem jeszcze na moich kolanach piastowałem.

– Za pozwoleniem, mospanie szlachcicu! – przerwał mu zielony z poważną oziębłością i szyderczym uśmiechem. – Zdaje mi się ze młody Boratyński nie bardzo trafny wybór zrobił ze swojego towarzystwa przy pierwszym wstępie na świat i lepiej byłby uczynił, czekając na przybycie swojego brata, o którym tak dobrze mówią od niejakiego czasu, aniżeli aby miał jawić się przed oczami królowej matki i miłościwego pana ze starym buntownikiem, który więcej niż dwadzieścia lat był wywołany z ojczyzny.

– Zdaje mi się – odparł Bielawski podnosząc głowę i ponuro spozierając na mówiącego – że zapomnieliście, że mówicie do szlachcica należącego do rodu, co jak dopiero powiedziałam, blisko jest spokrewniony z familią, którą tak osławiacie, i radziłbym wam, jeżeli nie chcecie, abym się inaczej wytłumaczył, lepiej zastanawiać się nad tym, co macie powiedzieć. Niech to dosyć będzie na teraz, że pan piński, którego jego miłość stary król, świeć Panie nad jego duszą, przywrócił znowu do urzędu i jeżeli nie do dziedzicznego księstwa, to przynajmniej do dostojeństw i praw, których wy ani wam podobni dotykać nie mogą. A nawet i brat mojego młodego pana, co nie bez przyczyny w dobrej sławie stoi u ludzi, jak sami powiedzieliście, bo jest dobrym hetmanem i szanowany od wszystkich potentatów chrześcijaństwa, uznał to być rzeczą przyzwoitą, a jeżeli w tym, co widzicie nie pomyśli, to możecie mu to sami powiedzieć, bo co godzina spodziewamy się tu pana starosty samborskiego.

– To pan Piotr myśli się udać do Krakowa? – odpowiedział drugi, nie dosłyszawszy niby napomnienia starca, ze wszelkimi oznakami żywego interesu. – To bardzo ucieszy mojego Pana!

– Wszystkich to będzie radowało, którzy tylko miłują słuszność i życzą widzieć ojczyznę swoją w pokoju, i jeżeli wasze serce liczy się także do tego rzędu, to możecie mu to śmiało oświadczyć. Pan Boratyński wkrótce się pojawi i nie będzie ostatnim pomiędzy tymi, co na przyszły sejm zgromadzają się.

– I dlaczegóż mówicie tak, jak gdybyście powątpiewali o chęciach mojego pana? – ozwał się popędliwie człowiek w bramowanej sukni. – Chcecie uwłaczać Piotrowi Kmicie, panu krakowskiemu, któremu służę jako pisarz i wierny sługa?

– Marszałek wielki jest możny pan – odpowiedział starzec spokojnie – i mnie zarówno nie przystoi wyrokować o nim, jak i wam płocho mówić o domu, któremu ja służę i o tych, co z nim połączeni są przyjaźnią.

– Ależ bo to – zarzucił wikary z niejakim wstrętem – ten pan Łącki jest to stary schizmatyk i nienależący do unii kacerz, a taka niezgoda w kościele bardzo wiele także klęsk ściągnęła na Wielkie Księstwo i Koronę i zapaliła bunt, który przez wiele lat srożył się, a przy którym stary pan za nadto długo obstawał.

– Jan Łącki jest już człowiek w wieku – mówił Bielawski. – Wprawdzie dziękuję ja Bogu, że mnie dał się zrodzić w chrześcijańskiej katolickiej wierze, ale gdyby przyszło do tego, żebym miał porzucić wiarę ojców moich, będąc już na brzegu grobu, to zaprawdę dobrze bym się najpierw nad tym zastanowił. Prawda, że na nieszczęście jest teraz tyle kacerstwa na świecie, że już prawie nikt dobrze nie wie, w co wierzy, i odkąd nowa nauka przybyła z Wittenbergi, to, za pozwoleniem waszmości, przy ołtarzu staje niejeden ksiądz, który... Ale co to do nas należy? Wszak jednakowoż pan piński swojego jedynego syna pozwolił wychowywać w wierze matki, jak go ona o to prosiła na łożu śmiertelnym – niech tedy jego siwa głowa spokojnie idzie do grobu!

– Zapewne! Zapewne! – mówił z westchnieniem wikary. – Świat wyboczył z prostej drogi! A jeżeli wspominacie o księżach słabego umysłu, to bez wątpienia chcecie mówić o Stanisławie Orzechowskim, który znieważył suknię duchowną przez występne małżeństwo, i o uczniu tego przeklętego Erazma Rotterdamczyka, Andrzeju Zebrzydowskim, którego Bóg w gniewie swoim posadził na biskupiej stolicy!

– O! Tak! Exempla sunt odiosa! – mówił Bielawski. – Prawda, że przykład kanonika przemyskiego jest scandalum i wcale nie jest zdolny do powrócenia obłąkanych owieczek na łono katolickiego kościoła, ale co się dotyczy nominacji wielebnego pana kujawskiego, to różnie mówią o tym i powszechnie prawie zgadzają się, że więcej do tego przyczynił się bożek tego świata zwany Mamoną aniżeli Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba. Nad brzegami zaś Dniestru, jak chodzą wieści, wielu znakomitych panów dawało Baalowi wielkie pokoje i że podobno prawowierna katoliczka, królowa matka, nie tak im bardzo to miała za złe, jakby można mniemać, a więc także i na pana litewskiego nie ma po co tak bardzo z tego względu powstawać, a osobliwie, że on w tak bliskim pokrewieństwie z królową stoi.

–Z jaką królową? – zapytał sługa marszałka wielkiego z szyderczym uśmiechem. – Ja jedną znam tylko, co nosi to imię, a to ta sama, o której wy właśnie, pomimo waszej tak sławionej skromności, nie dosyć przyzwoicie wspominacie, najjaśniejszą Bonę. Druga zaś, o której wy zapewne rozumiecie, znana jest tu nam tylko jako Barbara Radziwiłłówna, wdowa Gastolda, i ja sam na swoje własne uszy słyszałem, jak pan krakowski, pan mój, tak ją nazywał, a nie inaczej w obecności nawet samego Zygmunta Augusta.

Tu twarz starego szlachcica zapłonęła się nagłym gniewem, chciał coś gwałtownego odpowiedzieć, ale powściągnął się z wielkim trudem i pociągnąwszy mocno z kufla, spłukał to, co mu już było na języku. Wówczas jeden z mieszkańców miasteczka zabierając głos powiedział:

– O! Tak! Niech Pan Bóg broni i zachowa! To nieszczęśliwe małżeństwo nie przyniesie ze sobą żadnego błogosławieństwa, a będzie tylko jabłkiem niezgody w naszej biednej Polsce. Wielcy panowie kontenci, że znaleźli powód do kłótni i swarów, a kto będzie za to płacił, jeżeli nie my biedni obywatele?

– Ech! Nie przyjdzie to do tego! – odezwał się szlachcic w zielonej sukni, spoglądając wzgardliwie. – Już Jaśnie Wielmożny marszałek wielki dosyć wyraźnie dał się słyszeć na sejmie w Warszawie, razem z prymasem, a któż śmiałby tam jeszcze ozywać się, gdzie ci mówili?

– To bardzo źle – powiedział pan Stefan – że tak możny pan rzucił rękawicę najjaśniejszemu królowi. Zygmunt August jest to młody, ognisty pan i bardzo może ją podnieść, ale co mnie najwięcej zadziwia, to to, że przewielebny pan gnieźnieński, który jest księciem Kościoła i senatu i który chce być uważany za sługę pokoju poddyma płomień niezgody i stara się naruszyć sakrament małżeństwa!

– Ja wam powiadam, moi panowie – mówił dalej służalec Kmity chełpliwym tonem – że co pan krakowski przedsięweźmie, to koniecznie dokonać musi!

Na te słowa młodzieniec, co prawie przez cały czas po cichu rozmawiał z młodą Teofilą, obrócił się do mówcy i przerwał mu dobitnym głosem:

– Zapomnieliście widzę zupełnie o hrabi z Tarnowa? Już to po trzeci raz nazywacie waszego pana, panem krakowskim, kiedy przecież to imię należy tylko temu, któremu ja mam zaszczyt służyć. Należy, mówię, Janowi Tarnowskiemu, kasztelanowi krakowskiemu, najpierwszemu pomiędzy dygnitarzami świeckimi. Jeszcze w dzieciństwie, zwano go młodym panem krakowskim od miasta, nad którym ojciec jego był przełożonym i które było świadkiem jego chrztu, a dopóki niebo zachowuje go dla nas i dla ojczyzny, to nikt drugi nie może mu wydzierać imienia, które mu nadał król i naród – a mianowicie w mojej obecności!

– To tedy należycie do sług hetmana wielkiego? – mruknął zielony żupan rzucając na młodzieńca wzrokiem nienawiści, która podówczas zapalała wzajemnie stronników nieprzyjaznych familii. – No! My tam nie będziemy sprzeczali się o nazwiska. Tu idzie o władze i moc, a to oboje znajduje się przy Kmicie!

– A przy kimże – zawołał rozgniewany młodzieniec, odwracając się nieco zbyt twardo od mówiącej do siebie z bojaźnią dziewczyny – przy kimże ma być moc i prawo, jeżeli nie przy Janie Tarnowskim, zwycięzcy spod Orszy, którego król i naród ojcem ojczyzny nazywa? Niechaj zuchwalstwo podnosi głowę i niech pełną dłonią zasiewa niezgodę, lecz wielki hetman żyje jeszcze, a on i biskup Samuel Maciejowski, a przy tym i sam król będą wiedzieli, jak sobie począć i z Wojewodą, i z Wincentym Dzierzgowskim i z mediolańską Boną!

Kiedy ten zaś tak mówił, drugi rzucił wzrokiem na mocną budowę członków młodzieńca i na jego gniewne oczy i musiał zaiste w nich coś wyczytać, co mu doradzało być bardziej umiarkowanym, połknął bowiem zniewagę, która mu gwałtowniej nadęła żyły i odpowiedział tonem obojętnym:

– I czemuż tak się oburzasz młody towarzyszu? Wszakże my tego rozstrzygać nie będziemy... Ale może – przydał po chwili przytłumionym głosem – przyjdzie kiedy czas, że ja będę mógł na to odpowiedzieć!

Młody żołnierz nie zważając na to, co przeciwnik powiedział, odwrócił się do starego szlachcica, który z cichym zadowoleniem spoglądał, jak sobie dobrze umie poczynać.

– Widzicie, mój ojcze, że jakoś nie idzie spokojnie tu na tym świecie i że bardzo wiele rzeczy odmieniło się, odkąd zaczęliście uprawiać rolę nad brzegami Dniestru, ale uczciwość i wiara jeszcze się znajdują pomiędzy ludźmi!

– Trzymaj się ich zawsze stale, mój synu Walenty! – mówił Stefan Bielawski uroczyście – i nie żałuj ani szabli, ani języka tam, gdzie potrzeba, tak jak twój ojciec robił w swoim czasie, a dobrze ci z tym będzie, jak i jemu dobrze było, choć wszystko szło nieładem, kiedy jeszcze byłem młody!

Potem obrócił się do wikarego i rozmowa stała się powszechną, jednakowoż Wacław Siewrak, sługa wojewody Kmity, mało się do niej mieszał i tylko kiedy niekiedy zapytywał, czy koń jego się nie popasał, bo jak powiadał, z ważnymi listami ma jechać do Gomolina, niedaleko Piotrkowa, gdzie królowa Bona znajdowała się. Gdy tym sposobem ciągnęła się rozmowa przez czas niejaki, tymczasem inne stoły i ławki usunięto na stronę, a młodzież zabierała się do tańca. Wtem otwarły się drzwi izby gościnnej i weszło trzech nowych gości w futrach oprószonych śniegiem i lodem. Jeden niemłody już człowiek, blady i chorowity z wejrzenia, przeszedł prędko przez tłum, szczękając zębami od zimna, zbliżył się do komina i w zepsutej polszczyźnie pomieszanej z cudzoziemskimi przekleństwami, rozkazał kłaniającemu się nisko Gierzankowi podać sobie szklankę wina grzanego, a potem zaczął po włosku mrucząc sobie pod nosem, przeklinać brzydki klimat kraju, gdzie go jakiś los nieszczęśliwy zaprowadził. Drugi, ile można było sądzić z ubioru duchowny, uprzejmy a dosyć otyły człowiek w samym kwiecie wieku będący, kazał gospodarzowi podobnież scudzoziemczałą polszczyzną, by jak najspieszniej dał jeść jego ludziom i popasał konie, albowiem podróż jego nie cierpi zwłoki – potem zaś z uprzejmą powagą dziękował za czołobitne pozdrowienia, które mu z wszech stron oddawano. Trzeci był starzec, którego zbielałe włosy znamionowały wysoką starość, lecz wymuszenie prosta i zuchwała postawa dziwną sprzeczność okazywała z ponurym ogniem jego oczu. Poorane, twarde i wydatne rysy wydawały niepohamowane namiętności, co jeszcze niekiedy spod śniegu starości wybuchały gwałtownie; wyraz ponurej złośliwości i zdradliwej chytrości zeszpecił blade i przycięte usta, a okropna blizna, jakby od uderzenia nożem, uzupełniała przykre wrażenie, jakie jego oblicze czyniło. Zdawało się jakoby należał do rzędu służalców, trzymał pod pachą czworograniastą mocno okutą mosiądzem skrzyneczkę, na kształt apteczki podróżnej.

A wtem Stefan Bielawski obrócił się z wielka powaga do księdza i mówił do niego:

Quo modo vales reverendissime! Miror ut in frigidissimo temporo Vestra Dominatio currat per lassos et gajos?1

Si vales Stephane, ego valeo2 – odpowiedział duchowny – ale mówcie lepiej ze mną ojczystą mową, bo od tego czasu jakeśmy się widzieli w Samborzu, wielkie w niej uczyniłem postępy, a ile sądzić mogę, widzę, że wcale inaczej się rzecz ma u was z szanowną łaciną i możecie słusznie powtórzyć teraz, jak mówiliście dawniej: Nos Poloni non curamus guantitatem syllabarum3. Wszakże cieszy mnie to bardzo Mości panie Bielawski, że was w dobrym zdrowiu oglądam, bo często wspominałem o was jak o uczciwym człowieku i o dawnych dobrych czasach, kiedy jeszcze żył pan Jan Boratyński, a ja byłem ministrantem w jego kaplicy, a także kapelanem i nadwornym lekarzem!

– Nie wszyscy tak pamiętają jak wy, ojcze wielebny, o znajomych i towarzyszach, kiedy ich niebo na wyższe dostojeństwa wyniesie – odpowiedział szlachcic, któremu ostatnie wyrazy kazały zapomnieć o zawstydzeniu, jakiego doznał z przyczyny swojej łaciny, a która przecież w okolicach Halicza i Samborza wielce była ceniona – a Kościół wielkie stąd korzyści odnosi, kiedy podobni ludzie obejmują urzędy i dostępują zaszczytów. Nie tak, przewielebny ojcze?

Z tym zapytaniem odwrócił się do wikarego, wszelako nikt mu nie odpowiedział, bo poczciwy wikary, który zapewne nie bardzo sobie życzył, ażeby go pan Bartłomiej Sabinus, archidiakon katedralny krakowski i doktor nadworny królewski, spostrzegł w izbie, gdzie tańcują przy szklanicy miodu, i uznał za rzecz przyzwoitą wynieść się z gospody. A zatem Bielawski znowu obrócił mowę do księdza.

– Pozwólcie mi panie, ażebym przedstawił wam mojego syna, który od niejakiego czasu jest w służbie Jaśnie Wielmożnego pana krakowskiego. Chodź bo no tu Walenty! – zawołał na niego. – I porzuć tam te poszepty i umizgi z dziewczyną, kiedy tu oto znajduje się przewielebny archidiakon i ja.

– Jak się masz młodzieńcze! – mówił Sabinus do Walentego, który wstydem zapłoniony do niego się przybliżył. – Masz poczciwego ojca i zacnego pana i pójdzie ci dobrze, jeżeli z nich przykład brać będziesz. Nie spoglądaj na niego tak surowo panie Stefanie! To młoda krew! Dlatego tak żywy. Otóż tak! Jak już powiedziałem, masz zacnego pana jak rzadko w naszych czasach: waleczny w boju i mądry na radzie, prawowierny katolik, cierpliwy jak chrześcijaninowi przystoi. Jak powrócisz znowu do wielkiego hetmana, to pozdrów go ode mnie i powiedz mu, że przybył Bartłomiej Sabinus i będzie jutro rano służył jego dostojności, bo ma do niego interes.

Młodzieniec skłonił się w milczeniu.

– Znam ja tego pana z dawien dawna, kiedy jeszcze byłem dziecięciem, a on był rześki, młody bohater, znam go jeszcze w wielkim Głogowie, na dworze sławnej pamięci króla Zygmunta, podówczas księcia śląskiego i margrabiego łużyckiego, już wtenczas wróżył, czym będzie z czasem i czym jest teraz – wzorem chrześcijańskiej szlachty!

– Nader miło to będzie mojemu panu, kiedy mu odniosę pochwałę z ust waszych – odpowiedział na to Walenty Bielawski – i proszę was przewielebny ojcze, abyś mi raczył być życzliwym, jeżeli się stanę tego godnym, idąc za przykładem mojego ojca i służąc wiernie dostojnemu bohaterowi.

– Niech cię w tym Bóg pobłogosławi mój synu! – odrzekł na to duchowny i mówił dalej z uśmiechem. – Ale jeżeli ci mówię, ażebyś naśladował swojego ojca, to rozumie się, że wyłączam od tego humaniora, w których on nie bardzo daleko zaszedł, a masz do tego nader piękną sposobność w stołecznym mieście Krakowie, gdzie daje nauki proboszcz Czarnkowski, uczony mąż i dobry łacinnik.

– Może to być – odpowiedział nieco żywo młodzieniec – ale daruj mi przewielebny ojcze, gdy powiem, że nie jest on zbyt pobożnym księdzem, tak jak ten, którego widzę przed sobą.

Na te słowa archidiakon potrząsnął zamyślony głową i zbliżył się do komina, przy którym stali jeszcze przeziębli towarzysze. Tymczasem Wacław Siewrak przybliżył się do starego służącego i długo z nim coś po cichu i żywo rozmawiał, a ten znowu obrócił się potem do swojego pana i powiedział na wpół głośno:

– Jest tu jakiś, Mości doktorze, co ma list od marszałka wielkiego do najjaśniejszej królowej matki, czy rozkażecie, ażeby jechał?

– Od marszałka wielkiego do Najjaśniejszej Pani? – zapytał cudzoziemiec z żywością – a gdzież macie ten list? – I to mówiąc porwał papier z ręku stojącego przed nim posłańca.

– Ja nie wiem – mówił na to ów sługa – daruj mi waszmość, ale pan mój rozkazał mi, ażebym jechał do Gomolina i do rąk własnych...

– Nie masz w Gomolinie Najjaśniejszej Pani, udała się już w drogę przez Słomniki i dziś jeszcze niezawodnie będzie w Krakowie. Powiedz twojemu panu, ze doktor Monti, nadworny lekarz królowej, wziął listy sobie powierzone i patrz, ażebyś prędko powrócił do miasta.

To mówiąc schował list do wielkiego wyzłacanego pugilaresu, a gdy Wacław Siewrak ociągając się i nieukontentowany z rozkazującego tonu Włocha odchodził, Włoch wziął szklankę wina grzanego, którą mu gospodarz podał na talerzu.

– Oh! Bezeceństwo! – mruknął, kosztując i spluwając. – Oh! Co za bezecna lura! A tutaj ją za węgierskie wino sprzedają. W tym kraju widzę ani kieliszka alcatico dostać nie można, a cóż dopiero montepulciano? I to chyba tylko na stole Najjaśniejszej Pani. Assano! – zawołał głośno i niecierpliwie. – Assano! Podaj mi eliksiru do zaprawienia tego odwaru, żeby go przynajmniej można było wypić! Pozwoli sobie przewielebny prałat? – Zapytał duchownego, wyjmując ze skrzyneczki, którą mu stary sługa otworzył, szlifowaną flaszeczkę, i gdy Sabinus ozięble mu za to podziękował, chciał sobie nalać z niej kilka kropel w swój puchar. Gdy wtem Assano jakby przypadkiem, oparł rękę na ramieniu swojego pana, a ten wzdrygnął się na chwilę i zdawało się, że nagły postrach przebiegł po jego ruchomych rysach, i włożył znowu wydobytą flaszeczkę do podróżnej apteczki, i wyjmując z niej jedną flaszkę po drugiej, a bacznie przeglądając ich napisy przy świetle lampy i znalazłszy nareszcie tę, której szukał, wypił spiesznie przyrządzoną mieszaninę, i krzyknął, żeby zajeżdżały konie.

Gdy podróżni już odjechali, zgromadzenie wolne od przymusu, w jakim znajdowało się w obecności prałata i powściągnęło było swoją wesołość, tym ochotniej zabrało się do tańca. Stefan Bielawski wziął swojego syna na stronę, spojrzał mu surowo w oczy i mówił:

– I cóż to panie Walenty? Czemu to nie siadasz na konia i nie spełniasz polecenia, które ci twój pan poruczył? Nie spodziewam się, ażebyś należał do liczby tych, co to dla dwóch pięknych oczu córki gospodarza zapominają o swoich obowiązkach? Prawda, że młoda krew nie zawsze dobrze postępuje, jak powiada pan archidiakon, ale jak swoje zrobisz, to wtenczas sobie możesz pohulać. A więc kochanku do konia i dalej do Krakowa, chociaż ciemno i chmurno!

– Ach! Jeszcze to ja nie miałem czasu kochany ojcze! – mówił młody wojak trochę roztargniony, oglądając się, czy nie spotka czarnych oczu, które właśnie w tejże chwili zasłonił przed nim barczysty Siewrak, co rozgrzany zbytecznym trunkiem chciał korzystać przy Teofili z nieobecności swojego współzawodnika. – Ach! Jeszcze ja nie miałem czasu powiedzieć wam kochany ojcze, co mnie tu sprowadza w to miejsce, gdzie niespodziewanie miałem szczęście was zastać. Mam ja tu ze sobą własnoręczny list mojego pana, do pana Boratyńskiego, starosty samborskiego, podpisany i mam go oddać we własne ręce, ale kiedy się teraz dowiedziałem, że właśnie go tu spodziewają się, to najlepiej będzie, jeżeli tu na niego zaczekam, bo pan kasztelan powiedział mi, że dobrze by było, ażeby go przeczytał nim jeszcze przybędzie do Krakowa.

– A! Skoro tak, to cię przedstawię panu samborskiemu – odpowiedział ojciec – bo za kilka godzin pewnie przybędzie do Iwanowic. A tymczasem pójdę sobie cokolwiek na spoczynek, bo mi jest bardzo potrzebny w moich starych latach, a młody pan mój na całą noc mnie uwolnił; i ty byś także dobrze zrobił, żebyś użył z parę godzin spoczynku, a jutro mógł być żwawszy i rzeźwiejszy!

– Pozwól mi ojcze cokolwiek pozostać – mówił proszącym tonem młodzieniec – ja niezadługo pójdę za twoim przykładem. Wszakże uważaliście, jak pisarz Kmity daje sobie tony, a gdybym ja odszedł, to mógłby rozumieć, że może sobie śmiało grać i że ja się go boję.

Stary potrząsnął głową i wyszedł mrucząc z komnaty.

1 Jak się macie przewielebny ojcze! Dziwi mnie to bardzo, że tak zimną porą jeździcie przez lasy i gaje! (Jest to dawniej używana kuchenna łacina.)

2 Jeśliś zdrów Stefanie, jam też zdrów!

3 My Polacy nie zważamy na iloczas zgłosek.


ROZDZIAŁ III

Widząc Teofila, że się ojciec oddalił, a syn zazdrosnym na nią spoglądał okiem, szykownym ruchem odjęła się zbyt twardym pieszczotom podchmielonego Siewraka i przybliżyła się do Walentego. Tu raźniej zabrzmiały skrzypce góralskie i zaczął się taniec pospólstwa. Rześki, młody mieszczanin wziąwszy za rękę żwawą tancerkę, w pierwszą parę wystąpił. W rozmaitych obrotach dosyć powabnych, choć nieco żywych, polatywała hoża para wokoło izby, aż nareszcie stanęła przybliżywszy się po raz drugi do skrzypka. Młodzieniec silnym tupaniem takt zakończył i śpiewał mocnym głosem:

Jacy, tacy, krakowiacy,

Na cal kute buty,

Chłopcy żwawi i junacy,

Dziewczęta filuty.

Potem znowu rozpoczął się taniec, a po dwukrotnym obróceniu się wokoło izby, zaczęła tanecznica:

Świeci słonka promień jasny

Ponad Wisły wody,

U nas gdyby motyl krasny

Każdy chłopiec młody.

Wtem wystąpiła nowa para. Tancerz był to hoży i dorodny młodzieniec, któremu jeszcze mech nie oprószył jagód i jak z ubioru można było sądzić, zdawał się być góralem z okolicy opactwa tynieckiego, nosił prosto spadające włosy: szyja naga i dwa pasy pstro utkane na ciemnej opiętej koszuli. Towarzyszka jego była, jak się zdawało, sprzedawczynią ryb z Podgórza, już nie w kwiecie młodości i dobrej tuszy, która nie dozwalała jej dosyć szczęśliwie naśladować i sprostać żwawym poskokom tancerza. Z wielkim zadowoleniem spoglądali obecni na tak nierówną parę i głośny śmiech powstał, kiedy tancerz przybliżywszy się przed wiejską orkiestrę, na poły odwrócony od podstarzałej piękności, co nie bez upodobania na niego spoglądała, powłócząc tu i ówdzie figlarnym okiem i wybijając takt nogą, jął śpiewać:

Siwe oczy miała,

Siwymi patrzała,

Siwymi musiała,

Bo drugich nie miała.

Rozgniewana tancerka porzuciła taniec i wśród śmiechów całego zgromadzenia ukryła się w najodleglejszym zakącie.

Wacław Siewrak wziął za rękę piękną Teofilkę, skinąwszy poważnie głową, jak gdyby jej zaszczyt miał czynić wzywając do tańca, ale dziewczyna odwróciła się z pośpiechem i widoczną niechęcią i rzuciła przyjazne wejrzenie na młodego Bielawskiego, który natychmiast zaczął z nią taniec ochoczy. Miło było patrzeć, jak młodziuchna Teofila polatywała w pąsowym gorseciku przystrojonym guziczkami i haftem, spod którego ukazywały się prążki białej jak śnieg koszuli, z króciuchną fałdowaną sukienką i z czarnymi włosami uplecionymi we dwa warkocze przewijane kwieciem i złotymi galonkami, które to z obydwu stron spadały na piersi, to unosząc się w szybkich poskokach tańca, wiły się wokoło białej szyi, jak potem stanęła powabnie poruszając głową, jak powłócząc pięknymi oczyma, którym nawet sam stary Bielawski oddawał sprawiedliwość, to ze skromną wstydliwością na swojego tanecznika, to z figlarnym drażnieniem na blisko stojącego Siewraka, i śpiewała:

Piękniejszy jest na wojaku

Mundur zakurzony

Aniżeli na dworaku

Błyszczące galony.

Wacław zagryzł wargi i spojrzał ponuro, ale twarz jego wnet się znowu wypogodziła, kiedy Walenty z kolei zaczął śpiewać następne wyrazy:

Żeń się, kto chcesz połknąć biedę!

Gdzie pójdź, każda stroni,

Wrzeszczy żona, gdy w dom przyjdę,

A! Niech mnie Bóg broni!

Tu ręka Teofili zadrżała w ręku młodego żołnierza, łezka błysnęła w jej oku i z wejrzeniem cichego wyrzutu chciała już porzucić taniec, lecz Walenty zatrzymując ją, objął czule ręką i spojrzawszy na nią wzrokiem prośby, zaczął znowu taniec, a Teofila na poły smutnie, na poły figlarnie zaczęła śpiewać:

Za nic młodość i uroda,

Lepszy worek złota,

Kochać stale już nie moda,

Pieniądz, to jest cnota.

Walenty odpowiedział z wejrzeniem i tonem znaczącym:

Lecisz ptaszku w cudze strony,

Lecz choć nas porzucisz,

Gdy nastanie maj zielony

Znowu do nas wrócisz.

I ścisnął za rękę ciągle jeszcze zadąsane dziewczę, odprowadzając ją na miejsce i coś szepnął jej z cicha, ale ona, grożąc, podniosła palec i czy to, że jeszcze nie wyszła jej z pamięci lekkomyślna piosnka żołnierza, czy to z innego jakiego powodu, dosyć, że gdy jej dworzanin wielkiego marszałka podał znowu rękę, stanęła z nim do tańca.

Pisarz wszelkimi sposobami, to przez dziwaczne susy, to przez nieszykowne miny starał się popisać przed zgromadzeniem i choć mu się udało ściągnąć uwagę patrzących na swoją ważną personę, wszelako z tanecznicą bynajmniej mu się to nie poszczęściło, bo jej oczy odwrócone od niego w różnych kierunkach zwracały się ciągle ku miejscu, gdzie Bielawski pomiędzy zazdrością a czułością nieporuszony spoglądał na tańcujących.

Tu Wacław chcąc obudzić ku sobie podziw całego zgromadzenia, tupnąwszy mocno nogą, dał znak grającym góralom, ażeby uciszyli swoje skrzypki i piszczałki i dozwolili rozwinąć się jego głosowi, a płatającym się nieco od zbytecznego trunku językiem tak zaczął śpiewać, rzuciwszy chytrym okiem na swojego rywala:

Suty mundur z akselbantem,

A w kieszeni pusto,

Ostrożnie dziewczęta z frantem

Co żyje rozpustą.

Ale ta przestroga, ile zdawało się, żadnego wrażenia nie uczyniła na dziewczynie, bo na długiej przerwie śpiewała wzruszonym głosem, gdy gniew jej skonał w spojrzeniu kochanka:

Nie żalże ci, duszo sroga,

Widzieć mnie w rozpaczy?

Co żem winna ci nieboga?

Niech ci Bóg przebaczy!

Nowi tancerze następowali z kolei, śpiewając niezliczone strofy nieskończonej piosnki narodowej, powiększającej się z każdą uroczystością, a w której rozmaite stosunki znajdują pewny sposób udzielania wzajemnego rozmaitych uczuć; taniec stawał się coraz bardziej bezładny i zamienił się na koniec w tłumną krętaninę, zwaną osobliwszym nazwiskiem obertasów. A w tym Bielawski z roziskrzonymi oczami przybliżył się do Siewraka, co z szyderczym uśmiechem i przedrzeźniającą miną spoglądał na dziewczynę i na niego, kiedy stojąc rozmawiali ze sobą poufale.

– Mogę was zapytać, mój panie pisarzu i woźny wielkomarszałkowski – mówił do niego – czy ja to jestem ten, do którego, ile z waszego wejrzenia dorozumiewać się mogłem, była wymierzona owa piosnka wzgardliwa, w której podobało się wam szydzić ze szlachetnego wojskowego stanu?

– Wymieniając urzędy, które posiadam, tym samym wydaliście niejako wyrok panie żołnierzu – odpowiedział zapytany, starając się ukryć swoje zmitrężenie pod maską udanego lekceważenia – czy mi przystoi prawować się z wami?

– W rzeczy samej macie słuszność! – odpowiedział zapalony młodzieniec. – Jakże ja mogłem spodziewać się po was, że poczniecie sobie po męsku, kiedy jesteście lepszym rycerzem z piórem i językiem aniżeli z szablą, jak mogłem spodziewać się po was, co urzędów swoich używacie na nikczemne szpiegostwa, jak to zrobiliście ze studentami krakowskimi, których poduszczyliście do nierozmyślnego czynu, a potem ich oskarżyliście przed proboszczem Czarnkowskim? A co? Widzicie, że was znam dobrze i że tu wam nic nie nada owa przybrana otwartość, jaką oszukaliście łatwowierną młodzież i chcecie zabezpieczyć swoją skórę imieniem swojego pana, ale to nie uda się wam ze szlachcicem i sługą hrabiego Jana. A wszak wy to przechwalaliście się niedawno, że przyjdzie pora, kiedy mnie dacie odprawę. Otóż właśnie nadeszła teraz ta pora, obraziliście mnie i musicie dać zadość uczynienie, bo zdaje mi się, że nie nosicie tego pałasza na hańbę swojego pana, który go przypasał do boku tchórza.

– Teraz wysłany jestem w interesach rządowych – odpowiedział woźny z lękliwą zuchwałością – i gotów jestem dać wam zadośćuczynienie, skoro mi służba moja dozwoli.

– Służba – zawołał młodzieniec – która wam burdy po karczmach robić pozwala, może wam także dozwolić załatwić je i to nim jeszcze ten próg przestąpicie!

Wzmagająca się kłótnia przerwała taniec, wszyscy zbliżywszy się, otoczyli wkoło obydwu przeciwników.

– Broń się – wołał Walenty – jeżeli nie chcesz, bym ci napisał poselstwo na twojej plugawej twarzy nie atramentem, ale krwią twoją nikczemną!

Wyzywany przez rozgniewanego żołnierza, poduszczany szyderczym zachęcaniem obecnych Siewrak zbladły sięgnął niepewną ręką do pięknie przyozdobionej szabli. Rozstąpiło się koło i bitwa miała się już zacząć, gdy Teofila rzucając się z płaczem pomiędzy walczących, prosiła, ażeby zaprzestali, ale ojciec porwawszy ją, gwałtownie odepchnął, łając twardym wyrazem:

– Precz stąd do kądzieli niepoczciwa dziewko! Tylko biedę sprowadziłaś do mojego domu twoimi żarcikami i pieśniami – nie przeszkadzaj im teraz! Niewielka szkoda i jednego, i drugiego!

I w tejże samej chwili otwarły się drzwi od komnaty i weszło czterech Tatarów z zapalonymi pochodniami w ręku, a za nimi poważny jakiś człowiek w szeroki płaszcz obwinięty.

– Cóż to za hałas? – zapytał nowo przybywający. – Czyż wszędzie swary tylko i bitwy tak po chatach, jak po pałacach? Hej! Użyj swojego prawa! – Rzekł rozkazującym tonem do Gierzanka, któremu zjawienie się znakomitego gościa prędko przywróciło zwyczajną pokorę.

– Każ natychmiast pochować pałasze, bo inaczej dom twój porzucę. Odpraw także swoich gości, zaraz tu bowiem przybędą kobiety, które by ten hałas mógł przerazić i nabawić trwogi.

– Cicho tam panowie szlachta! – zawołał gospodarz ośmielony obecnością pana, którego poznał natychmiast. – Stulcie gęby, hej, tam muzyki! Wszak to już wieczór boży! Dobranoc wam chłopcy i dziewczęta, dosyć już tych skoków i krętaniny! Dobranoc wam gospodarze i gospodynie! No! Pora już wynosić się do swoich domów albo dokąd tam udać się macie, bo taki jest rozkaz Jaśnie Wielmożnego Pana starosty samborskiego!

Tu całe zgromadzenie w tył się cofnęło z uszanowaniem, młody Bielawski włożył pałasz do pochwy i dał spokój pisarzowi, który nie zaniedbał skorzystać z jego przykładu, a potem wziąwszy go za rękę powiedział dobitnie, choć cichym głosem:

– Zobaczymy się jeszcze drugą razem! – To mówiąc, zbliżył się do podróżnego i mówił do niego skromnie. – Daruj dostojny panie, że się ośmielam cię pozdrowić, mam bowiem interes do waszej miłości!

– Czego tam chcesz młody szaławiło? – mówił starosta surowym tonem. – Rozumiesz, że ja tu przybyłem zaspokajać twoje burdy? Ale jeżeli się nie mylę, to podobno jesteś Walenty, syn naszego poczciwego Bielawskiego? Ej! Chłopcze! Chłopcze! Co na to powie twój ojciec i twój pan Jaśnie Wielmożny kasztelan, że się tylko rąbiesz po karczmach?

– Mój ojciec – odpowiedział zarumieniony młodzieniec – nie dał sobie także za młodu deptać bezkarnie po nogach, a pan mój podobnież nie rad by sobie życzył, ażeby obelga splamiła barwę jego nadwornego żołnierza. I on to nawet przysłał mnie z tym listem, ażebym go oddał we własne ręce Jaśnie Wielmożnemu Panu. A nadto brat waszej miłości, pan Hipolit, jest tu na górze w tym domu i, jadąc do Krakowa, umyślnie się zatrzymał, aby się z miłościwym panem zobaczyć.

– Daj sam tu list Walusiu! – powiedział Piotr Boratyński i zbliżywszy się do jednej z żelaznych lamp, przeczytał go bacznie, potem wstrząsnął głową, lekki wyraz nieukontentowania mignął na jego pięknem męskim obliczu i mówił jakby sam do siebie:

 – Oby to tylko tak być mogło, jak mniemasz szanowny, szlachetny bohaterze! Jakżebym chętnie ręczył sam za siebie, bo ścieżka powinności przykra jest i niebezpieczna!

Potem nagle obrócił się do żołnierza i zapytał:

– To powiadasz, że mój brat tu się znajduje?

I kiedy Walenty potwierdził to zapytanie, zamyślił się nieco i potem znowu na wpół głośno powiedział:

– Ha! To dobrze! Pokaż mi pokój Hipolita, ale niechaj nikt ze mną nie idzie, bo ja chce być z bratem moim sam na sam.

To mówiąc, opuścił izbę gościnną z przyświecającymi sobie Tatarami, a Kasper Gierzanek jął wychwalać starostę samborskiego. Dla żołnierza był on nader uprzejmy i zbyt nadskakujący, a kiedy ten pocieszając i pieszcząc się, zbliżył się do płaczącej jeszcze dziewczyny, gospodarz zaczął krzątać się po drugiej stronie komnaty i tylko kiedy niekiedy spoglądał z ukontentowaniem na poszeptującą parę.


ROZDZIAŁ IV

Hipolit Boratyński na wpół rozebrany nie spał jeszcze w górnym pokoju gospody i siedząc przy dopalającej się świecy woskowej, trzymał w ręku kawałek zapisanego papieru, na który kiedy niekiedy to z wielka uwagą spoglądał, to znowu myślał, oparłszy głowę na ręce, jak gdyby był zajęty rozwiązaniem jakiejś zagadki. Potem powstawszy z miejsca, jął przechadzać się wielkimi krokami, lecz wkrótce znowu coś go przybliżyło do świecy i znowu patrzał na wyroczny papier. A wtem na zewnątrz pokoju dało się słyszeć stąpanie, słudzy domowi otworzyli skwapliwie ciężkie, zamkiem obwarowane podwoje i wśród sług rozstępujących się wszedł do pokoju starosta samborski. Obydwaj bracia nie widzieli się od dawna, czas i rozliczne przygody i wojenne, i podróżne spędziły kwiat młodości z oblicza starszego przyrodniego brata, a na to miejsce rozlały na nim łagodniejszą powagę dojrzałego wieku męskiego i z pięknego też wyrostka, zrobił się hoży, dorodny młodzieniec – obydwaj stali niepewni naprzeciw siebie. Tu Piotr Boratyński zaczął tonem niepewności:

– Czy to waćpan? Czy to ty bracie?

Hipolit zaledwie co głos usłyszał, wnet w duszy jego zabłysnęło słońce pierwszej młodości i wyciągając ku niemu ręce, zawołał z radością:

– Tak jest! Ja to ten sam Hipolit, a ty jesteś brat mój Piotr!

Natenczas starszy przytulił go do serca i długo trzymał, i długo się w niego wpatrywał i mówił:

– Jakżeś mi zmężniał, jaki dorodny z ciebie zrobił się młodzieniec, odkąd się rozstaliśmy, a w twojej twarzy poznaję podobieństwo do nieboszczyka ojca i wyraz familii, której zacną latorośl w tobie pozdrawiam!

– Na tobie to, na tobie mój czcigodny bracie – odpowiedział Hipolit – polega dostojeństwo i zaszczyt rodu naszego. Tylkoż młodzieniec, który dopiero zamyśla to czynić, coś ty już od dawna uczynił, prosi cię o pobłażliwość, uważając w tobie zacnego opiekuna, którym go niebo obdarowało przy wejściu na świat nieznany i obcy. Tak jest! Widzę w tobie opiekuna, poważanego od najpierwszych w narodzie, szanowanego od niższych, widzę brata i mądrego przyjaciela – widzę marszałka przyszłego sejmu, pierwszego pomiędzy zasiadającymi w rycerstwie, które ma radzić o dobru swoich współobywateli. O jakież to piękne i jak zaszczytne dostojeństwo! Zdaniem moim wyższe jest zaiste nad wszelkie dary fortuny i nad łaskę dworów!

– Takie jest powszechne mniemanie! – odpowiedział starosta samborski, zachmurzywszy nieco czoło swoje na te wyrazy. – Czyliż to cię tak cieszy, mój Hipolicie? O! Jakże ci zazdroszczę tej swobody umysłowej twojej szczerej i prostej młodości, co w obrazie przyszłości widzi samo tylko światło! Wszelako zaufanie panów i braci jest dla mnie zaszczytnym i potrzeba mu godnie odpowiedzieć – dodał z lekkim westchnieniem – chociażby to mnie wiele, nader wiele kosztować miało!

– Wiem ja to dobrze – powiedział na to młodszy z niejakim podziwem – jak częstokroć nieskażony umysł doświadczonego wojownika i polityka biegłego wiele rzeczy widzi wcale inaczej aniżeli młody człowiek, któremu wszystko jest tylko tym, czym się okazuje. Wszelako nie raz mi sam powiadałeś, że jak na polu bitwy, jak na sejmie, jak i w całym życiu w ogólności – prawego męża można tylko poznać w zapasach z nieprzyjaznymi okolicznościami! Ach! Bracie Piotrze! I ja zaczynam się przekonywać, że wcale inaczej idzie na świecie, aniżeli rozumiałem. Patrz! Oto na pierwszym wstępie zaraz mi się coś przedstawia w postaci zbyt ciemnej i zawiłej zagadki i kiedy tu wątpliwy i struchlały stoję, ty mi właśnie przybywasz w pomoc, bracie mój i ojczysty przyjacielu, abym w najpierwszej wątpliwości życia mojego pójść mógł za twoim zdaniem!

– Zagadka powiadasz? – mówił drugi. – O! Poczekaj tylko! Znajdziesz ich jeszcze daleko więcej! Lecz powiedz mi ją Hipolicie, a ja będę się starał, o ile to jest w mojej mocy, wytłumaczyć ją tobie!

– Oto jest w moim ręku! – odpowiedział młodszy Boratyński, ukazując papier, który dotąd jeszcze trzymał. – Ty wiesz – mówił potem dalej zarumieniony, spuściwszy w dół oczy – albo może jeszcze i nie wiesz, że księżna mazowiecka, Anna Odrowążowa, przejeżdżała tędy do stolicy?

– Pani Podolska? – zawołał drugi. – To źle! To bardzo źle! Widziałeś ją?

– Widziałem ja, lecz kilka tylko słów mówiłem z Heleną, bo właśnie w tej samej chwili nadszedł Andrzej Zebrzydowski i poprowadził je obie do plebanii, gdzie wkrótce potem złączył się z nimi wojewoda krakowski.

– Biskup kujawski i Kmita? – mówił zamyślony Piotr do siebie. – I cóż tu sprowadza tę kobietę, w której ponurym umyśle nienawiść i – niestety – zanadto słuszna zemsta od dawna już siedlisko sobie obrały? Cóż ją wywołało z długiej samotności i dobrowolnego wygnania w tych niebezpiecznych czasach, kiedy zamieszanie i niezgoda znowu się ocuciły i gotowe na jaw wystąpić? W jej towarzystwie nic dobrego nie przybywa do nas, bo ona…

– Bo ona niepodobna do swojej córki! – przerwał mu z żywością młodzieniec. – Tak i mnie się zdaje od jakiegoś czasu, bo patrz mój bracie! Oto znalazłem na ziemi, tu, w tym pokoju, kawałek listu, który marszałek wielki zostawił przed kilka chwilami.

Starosta wziął papier, który zdawał się być kawałkiem oddartym od całego listu i czytał następne wyrazy i zgłoski bez żadnego związku:

...lowa, również, wam wierną... plebanii ważną rozmowę z panią Podo... brzydowski przy tym... nieraz już ja wasze kro... przeciw dumnemu księdzu... wyrzekłby się korzyści niedorzeczności owych... córeczka Helena... a ja nie korzystałem z lego... ważnym pionem... zdaje się na szachów... nader niebezpie... mądra gra... mi z niej korzy... duma i zemsta są... możniejszy jest aniżeli owi Andrz... zyskać na czasie wszystko wasz... Barbara przecież nie... nic się nie wiedzie... tima ratio regum.

– Potrafisz mi rozwikłać to pismo, na które spoglądam jak na formułę czarnoksięską przynosząca nieszczęście? – zapytał niespokojny Hipolit zamyślonego brata. – I cóż na Boga! Powiedz mi proszę! Co ten uporczywy wojewoda ma począć z bogobojną Heleną? Co on może donieść o niej królowej matce? Bo to pismo wyraźnie jest do niej pisane?

– Daj pokój! – mówił starosta samborski, paląc pismo przy świecy z podniesionym ku niebu poważnym wejrzeniem. – Daj pokój! Przyjdzie czas, gdy wszystkie czyny pokątne wyjdą na jaw i tak, jak dostrzegam światła w ciemnych zakrętach, do którego ten spalony świstek prowadzi, tak na to nie powinien spoglądać wzrok nieskalany młodzieńca! Patrz! – mówił dalej, starając się z usilnością wypogodzić zasępioną twarz swoją. – Oto obmyśliłem dla ciebie urząd, pierwszą rycerska usługę przy wstępie na świat, urząd nader przyjemny, ale też niebezpieczny. Ale wszakże ty jesteś Boratyńskim! Niezadługo przybędą tu niewiasty, pomiędzy którymi znajduje się jedna – dodał, ociągając się – jedna, której nie umiem dać nazwiska, bo jeszcze nie śmiem jej tak nazwać, jakbym życzył! Jest to, tak! Jest to – Barbara, wdowa po Stanisławie Albrechtowiczu Gastoldzie, wojewodzie trockim.

– Królowa? – zapytał młodzieniec z podziwem.

– Żona Zygmunta Augusta Jagiełły! – odpowiedział ów tonem ostrym i potem mówił dalej, spuściwszy oczy ku ziemi. – Zjechałem się z nią po drodze w Opocznem. Była ona sama ze swoimi kobietami i służbą litewska, ale żadnego pana z krajów koronnych przy niej nie było, bo odkąd król wyjechał z Warszawy, opuścili ją wszyscy a wszyscy. Otóż prosiła mnie, bym jej towarzyszył, bo nie przystoi przecież, mówiła, ażeby żona króla wjeżdżała do jego stolicy bez przyzwoitego orszaku, a to jej szlachetne zaufanie tym bardziej mnie wzruszyło, bo zapewne nie musiało jej być nieznane, co ja mówiłem na sejmie warszawskim, co musiałem mówić mój bracie, nie, nie mogłem ja jej odmówić tej rycerskiej posługi. Przyjmij ją tedy na siebie, bo zauważ tylko – są rozmaite okoliczności, których jeszcze nie znasz, a które mi nie pozwalają wjeżdżać do Krakowa z Barbarą Radziwiłłówna, ale tobie wcale to przystoi, a tak przeznaczyłem ciebie jej na przewodnika. I cóż to? Masz mnie w podejrzeniu? – pytał wzruszony, biorąc za rękę młodzieńca, który z zmieszaniem na niego spoglądał. – Czy nie jestem Piotrem, twoim bratem? I gdybym co złego zamyślał, to miałbym zwalać na ciebie, synu czcigodnego ojca mojego? Może też los przeznaczył cię do rozplątania po przyjacielsku tego węzła, który zrządzenie boskie zawiązało, i do przyprowadzenia chwili, w której nakaz żelaznej powinności będzie się mógł pogodzić z łagodniejszym głosem ludzkości. Nuże okaż niewiastom, że i w Samborzu, i w Kamieńcu znają także grzeczność rycerską! – dodał, uśmiechając się. – Gdyż właśnie skrzypienie zamarzłego śniegu obwieściło przybycie wielu powozów.


ROZDZIAŁ V

Kilka wyrazów, które Piotr Boratyński w szynkarskiej izbie o przybyciu obcych niewiast powiedział, obudziły ciekawość w mieszkańcach małego miasteczka. Kiedy zajechały powozy, stangreci krzykiem i trzaskaniem z bicza musieli miejsce sobie robić przez tłum, co poszeptując i poruszając się przy słabym świetle lampy palącej się przed obrazem Panny Maryi i przy czerwonym światłem gorejących pochodniach jadących naprzód przewodników, stał uszykowany od kościoła parafialnego aż do gospody. Tu zatrzymała się przed bramą pierwsza kareta, ogromna machina, która choć była arcydziełem ówczesnej sztuki stelmaskiej, jednakowoż przy naszych dyliżansach, Carrica Celeriferach i innych utworach naszego czasu, wcale by się niekorzystnie wydała. Na czterech niekształtnych kołach jednakowej wielkości, opierało się wąskie, wysokie i długie pudło, powleczone skórą wyzłacaną, w miejscu zaś brązów – gęsto nabijane miedzianymi świecącymi się gwoździkami; po obu stronach wisiały szerokie stopnie, sięgając prawie od drzwi powozu aż do śniegu okrywającego drogę; wokoło ciężkiego pokrycia spoczywającego na ośmiu mocnych słupach zawieszone były skórzane firanki i zakrywały wnętrze tej ruchomej budowy, która we środku obita była aksamitem amarantowym bogato obszytym galonami. Ośmiu do dziesięciu jeźdźców, na których pikach powiewały chorągiewki barwy litewskiej, zrobiło gęste koło przed drzwiami domu i zasłaniało, ile tylko możności przed ciekawymi, widok młodej damy więcej aniżeli średniego wzrostu, co okryta futrami i zasłonami wspinając się na rękach sług, zstąpiła na słomiana matę, którą troskliwość Kaspra Gierzanka przed progiem, gdzie było ślisko, rozesłać kazała. Potem jeszcze pięć innych dam zeskoczyło albo wysiadło z obszernego pudła, dalej zajechały inne powozy i znaczny orszak otoczył wchodzącą, a co w owym czasie i w kraju, gdzie żaden wielki pan bez licznej służby nie jechał, kazało wprawdzie domyślać się wysokiego stopnia, wszelako jednak nie najwyższego.

– Patrz! Oto marszałek naszej podróży! – mówiła dama nader uprzejmym głosem i z przyjaznym gestem do starosty samborskiego, który ją ze swoim bratem uniżonym pokłonem pozdrowił. – Już rozumiałam – dodała potem, przyjmując jego rękę i oparłszy się na nim, wstępując na kilka schodów prowadzących do komnat naprędce przygotowanych i gdzie uszykowani pod ścianami słudzy stali pod przewodnictwem gospodarza, który głębokie oddawał ukłony, spoglądając niekiedy ciekawym okiem – już rozumiałam, że skwapliwość wasza, by jak najprędzej udać się do stolicy, wcześniej was znagliła pozbyć się niemiłego urzędu i prędzej niż sobie tego życzyłabym.

Piotr niskim ukłonem odpowiedział na to i gdy wszyscy zbliżyli się ku drzwiom pokoju, wówczas Barbara obróciła się do kobiet swojego orszaku i rzekła z łagodną powagą:

– Nie trudźcie się moje damy, ponieważ tu krótki czas tylko mamy zabawić, użyjcie tedy spoczynku, którego potrzebujecie, pani skarbnikowa niech przy mnie zabawi nieco, bo jednakowo spała prawie przez całą drogę, a także jedna z moich dam pokojowych, czego zaś będę potrzebowała, to mi poda ta miła, maleńka córka gospodarza, hoża krakowianka!

Lekki ukłon pożegnał znużone Litwinki, dała znak, aby pan Piotr pozostał, i weszła z żoną Stefana Horonostaja, skarbnika litewskiego, i obydwoma braćmi do oświeconego i ogrzanego pokoju, gdzie w kąciku stanęła Teofila, oczekując na rozkazy, jakie jej dadzą i kiedy niekiedy wlepiając ciekawie i z podziwem żywe swe oczy w obcą i znakomitą damę.

– Dziękuję wam, panie starosto, za troskliwość, jaką mi okazujecie! – Mówiła młoda żona Zygmunta Augusta wymuszenie żartobliwym tonem. – W rzeczy samej, wszystko tu jest tak dobrze, jak tylko można sobie życzyć w podróży z tak małą okazałością przedsięwziętej.

– Cieszy mnie to bardzo, dostojna pani – odpowiedział Boratyński z układną powagą i tonem – że raczysz pochwalać małe usługi w tej chwili, kiedy ja przymuszony jestem złożyć zaszczytny urząd twojego przewodnika i oddać go w inne, może pożądańsze ręce.

– To w rzeczy samej już wam sprzykrzyła się przyjęta rycerska posługa, że tak pospieszacie na kilka godzin przed celem uwolnić się od niej? – mówiła dama, starając się obrażoną swoją czułość pokryć tonem lekkiego żartu. – Przecież byłabym się spodziewała po panu Boratyńskim więcej stałości.

– Nie jest to żadna niestałość – odpowiedział on, wymawiając z dobitnością wszystkie wyrazy – która mnie od waszej miłości oddala i nigdy dostojna pani nie pomówisz mnie o nią. List wielkiego hetmana koronnego dziś jeszcze na noc wzywający mnie do Krakowa niech mi stanie za wymówkę u Ciebie, że ja nader ważne obowiązki moje przekładam nad przyjemniejszą posługę damom, ale mam zaszczyt przedstawić Ci, pani, w bracie moim, Hipolicie, wiernego i gorliwego zastępcę.

Barbara Radziwiłłówna rzuciła prędkie wejrzenie na przybliżającego się skromnie młodzieńca, potem obróciła się do starszej damy i mówiła z lekkim żartem:

– Jak rozumiecie, pani Horonostajowa, czyli my te cztery mile do stolicy będziemy mogli przebyć bez niebezpieczeństwa pod opieką paladyna, którego nam nieporównana troskliwość pana samborskiego wybrała?

Ale pani Horonostajowa zajęta była wyzwoleniem swojej długiej, suchej figury spod okrywających ją zasłon i futer i stała, szczękając zębami od zimna i chuchając przyschłymi i ogołoconymi z zębów ustami w skostniałe, pierścionkami okryte ręce, stojąc pomiędzy kominem a piecem, w których się zarazem jak w hucie paliło. Usłyszawszy te wyrazy, skłoniła się tak nisko, że aż sztywny brzeg materialnej sukni, szeleszcząc oparty na podłodze z tarcic, zgiął się, i odpowiedziała przykrym, krzykliwym głosem:

– Zaprawdę Najjaśniejsza Pani, kiedy podróż nasza i tak już bardziej podobna do jakiejś karawany aniżeli do tego, co to nazywają joyeusse entrée, to ja panu staroście wcale nie mam za złe, jeżeli nie pragnie być przewodnikiem tak nikczemnego wjazdu, Waszej zaś Królewskiej Mości nie bardzo wiele oto chodzi, równie jak i nam wszystkim, czy pan starosta wyręczy się swoim bratem, który o ile wiedzieć mogę, niczym jeszcze nie jest, czy też sam będzie, kiedy tak jeden jak i drugi nie piastują dostojeństwa, co by im dozwalało towarzyszyć królowej do jej stolicy i spełniać obowiązek, który w Wilnie do Marszałka Nadwornego Wielkiego Księstwa, a w Krakowie do marszałka nadwornego koronnego należy.

Posępny uśmiech ukazał się na ustach Barbary na to niewczesne wynurzenie uczuć starej damy, po czym odwróciła się i mówiła do Hipolita z oziębłą powaga i stałym tonem, ale bez cierpkości.

– Tak więc chcecie wyświadczyć swojej królowej posługę rycerską, której wasz brat wspaniałomyślnie nie odmówił Barbarze Radziwiłłównie?

– Spełnię wszystkie rozkazy, Najjaśniejsza Pani – odpowiedział zagadnięty – i poczytuję sobie za pomyślną wróżbę, że pierwszą usługę moją Waszej Królewskiej Mości poświęcę.

– Już jest późno – przerwał mu brat – a jej dostojność potrzebuje spoczynku, dozwoli tedy wasza miłość, abyśmy się oddalili.

– Moje dziecko! – rzekła zatem żona królewska do małej Teofilki. – Zechciej też mi przywołać jedną z moich sług, ażeby pełniła swoją powinność.

Potem postąpiła naprzód ku młodemu Boratyńskiemu i rzekła poważnym, prawie rozkazującym tonem:

– Możecie już odejść, panie Boratyński! Po upływie pięciu godzin czekajcie naszych rozkazów.

Ukłon pożegnania nastąpił po tych wyrazach, a Barbara obróciła się żywo do nadchodzącej damy.

Tymczasem Piotr Boratyński, dawszy swojemu bratu niektóre przestrogi mogące kierować go na rozpoczętej drodze, siadł na koń i ruszył do Krakowa.

Rozmowa pomiędzy obydwoma braćmi trwała prawie przez godzinę, a młody Boratyński na krótki czas przed wyjazdem nie chciał się kłaść na spoczynek – poszedł tylko do publicznej izby, gdzie żarzące się na kominie węgle rozpościerały dobroczynne ciepło, uwinął się w swój płaszcz i usiadł na krześle z poręczami, na którym zwyczajnie Kasper Gierzanek przy ogniu siadywał, chcąc zebrać pomieszane wyobrażenia, które w nim tak liczne dnia tego wydarzenia i treściwe wyrazy starosty samborskiego, jako w młodzieńcu jeszcze nieświadomym świata, obudziły, a także chcąc pocieszyć się myślą mającego wkrótce nastąpić oglądania miłej osoby. Zajmowało również jego myśli przyjacielskie i pełne godności jawienie się brata, przewidywał on ważny wpływ, jaki ten niezawodnie mieć będzie w kraju na rozmaite stosunki, co powoli, choć niewyraźnie rozwijały się przed jego oczami, i podał się nadziei, że mąż takiego charakteru jak Piotr zdatny jest silną a łagodną ręką rozwikłać zaplątany węzeł, którego nici trzymał w swojej dłoni. Mało pomału jęła natura domagać się praw swoich, ciepło komina zaczęło mocniej działać na zmordowanego, powieki jego poczęły się zwolna zamykać, gdy wtem przebudziło go lekkie dotknięcie. Spojrzał i zobaczył przed sobą stojącego człowieka wcale nieznajomego, w którym my przecież z zielonej szuby, rudej, kędzierzawej głowy i szerokich barków, pomimo słabo migającego na ognisku światła poznajemy Wacława Siewraka.

– Słuchaj no bracie! – zaczął natrętny budziciel. – Nie jesteście czasem, darujcie, że was oto zapytuję, nie jesteście czasem na usługach damy, która tu niedawno do Iwanowic przybyła?

– Tak jest – odpowiedział Hipolit – i cóż cię to ma interesować, mój przyjacielu?

– Tak właściwie mówiąc, panie żołnierzu, niezbyt wiele – mówił niezupełnie jeszcze trzeźwy pisarz, który dla ciemności komnaty nie mógł widzieć szlachetnej postawy i bogatego ubioru młodego Boratyńskiego – a jednakowoż cokolwiek. Pytałem ja tam tego hultaja gospodarza, ale on mi prawi, jakby nie wiedział, co by to była za dostojna podróżna, i dlatego chciałem was prosić, abyście mi zechcieli powiedzieć dostojeństwo waszej pani?

– I po cóż ci ta wiadomość? – odpowiedział Hipolit, przypatrując się bacznie a podejrzliwie odrażającym rysom pytającego. – Czy macie do niej jakąś prośbę?

– Pozwólcie naprzód, żebym was dalej zapytał – mówił Siewrak – wszak tam w górnych pokojach są dwie damy, nieprawdaż? Jedna stara, a druga młoda, a jedna z nich jest zapewne – bo widzicie, ja byłem tam na dziedzińcu i oglądałem powozy, i na jednym z nich pod zasłoną spostrzegłem orła z pogonią litewską – a tak więc przybyła, jest to ta, co ja rozumiem, w rzeczy samej mam do niej interes i proszę was, jeżeli możecie, wyjednajcie mi u niej natychmiast posłuchanie.

– Czy ci się śni, mój przyjacielu? – odpowiedział Boratyński. – Czy mniemasz, że miłościwa pani nie weźmie tego za złe, gdyby po długiej zimowej podróży zechciano jej przerywać krótki odpoczynek, aby jej tam kogoś przedstawiać, co ile uważam, nie bardzo może o tak niezwyczajnym czasie jawić się przed takimi damami, jak jest ta, której mam zaszczyt towarzyszyć w podróży?

– No! No! – mruknął nieukontentowany Siewrak. – Syn mojej matki już często przestawał z wysokimi osobami, a Jej Królewska Mość zna go dobrze. I żeby tam kaci wzięli tego włoskiego wiercipiętę! Że też ten naród nie umie żadnego nazwiska wymówić staropolskim językiem i nie wie, czy to jest w Słomnikach, czy w Iwanowicach! Otóż on wyłudził ode mnie list, a sam będzie winien, że później dojdzie do rąk jej miłości królowej matki, stary zaś Kmita, co nie lubi żartować, napędzi mi Piotra! I ja, co jest najgorsze, utracę dobrą nagrodę za poselstwo!

– To mieliście list od pana marszałka wielkiego do królowej Bony – zapytał młodzieniec, któremu przyszła na myśl treść znalezionego pisma – i już go teraz nie macie?

– Doktor nadworny królowej, konsyliarz Monti, żeby go tam febra porwała, powiedział mi, że Jej Królewska Mość udała się do Krakowa z księżniczką Anną innym traktem, a ja bardzo źle zrobiłem, że jemu dałem wiarę, bo ci sami najjaśniejsi właśnie tu oto przybyli, a może niecierpliwie oczekują wyżej wspomnianego listu.

– To rozumiecie, że list pana Kmity tak ważną rzecz w sobie zawiera i tak pilną?

– Bynajmniej o tym wątpić nie można – odpowiedział pisarz, chcąc swojej płaskiej twarzy i twardemu głosowi nadać wyraz tajemniczej ważności. – Owa tam już jest w drodze i wszystko jest w pogotowiu, i daleko lepiej się powiodło wszystko, aniżeli można się było spodziewać, i jeszcze ktoś także przybył, kogo najmiłościwsza pani zapewne nie spodziewa się.

– Ha! Jeżeli tak jest – odpowiedział Hipolit z udaną obojętnością – to radziłbym wam prędko jechać do Krakowa i jeżeli możecie, odebrać od doktora list wprzódy, aniżeli ta, do której jest pisany przybędzie, inaczej postradacie swoją nagrodę, co zaś do wielkiego marszałka, to nie będzie gniewał się na tak wiernego sługę. Z mojej zaś strony możecie zaufać temu, że nie zaniedbam donieść mojej pani tego, co od was słyszałem.

Siewrak namyśliwszy się nieco, powiedział:

– Ha! To dobrze! Ale słuchaj przyjacielu – ręka rękę myje, a więc sługa pański nie powinien zdradzać kolegi, nie mówcież tedy nic teraz waszej miłościwej pani i nikomu, że pan Wacław Siewrak, pomocnik pisarza wojewody krakowskiego, popełnił błąd przez swoją opieszałość. Jest to stary, gniewliwy pan – żąda on po wszystkich swoich podwładnych ścisłego posłuszeństwa i punktualności odpowiedniej obowiązkom powołania. Wprawdzie i on ze swojej strony podobnież nieosobliwie postępuje, że… Ale co to ma obchodzić sługę, jak pan żyje, chociażby można wiele powiedzieć w tej mierze. Otóż jeżeli chcecie pozyskać sobie przyjaciela w woźnym wielkomarszałkowskim, to nie mówcie o tym nikomu, bo słuchajcie tylko! Wiem ja o starym niektóre rzeczy, co on porobił wtenczas, kiedy ja jeszcze i tego, i owego nie rozumiałem na świecie! Lecz co teraz, to wcale co innego, ale niech tam kaci wezmą takiego mrukliwego niedźwiedzia!

– Nie lękajcie się! – odpowiedział Hipolit, starając się jak można najprędzej pozbyć się natrętnego gaduły. – Jeżeli sami będziecie milczeli, to żadne niebezpieczeństwo nie zagraża waszym szerokim plecom. Patrzcie tylko, ażeby wam Włoch list oddał, a zatem radzę wam – siadajcie prędko na koń i jedźcie z Bogiem w swoją drogę.

Ta rada zdawała się być najzbawienniejszą Wacławowi, wytoczył się więc za próg, chcąc kazać sobie podać konia, i wkrótce odjazd jego uwolnił młodego Boratyńskiego od obawy, ażeby zanadto prędko błędu swojego nie odkrył – okoliczność, która w tak zawikłanych stosunkach i przy tak skrytym, ale dającym się uczuć działaniu potężnych sił, nader ważną była zaiste.

Wkrótce potem wszystko zaczęło się poruszać w domostwie: zaprzężono konie do powozów, kopijnicy siedli na koń, damy pokojowe i słudzy zaczęli się krzątać i młody też przewodnik pięknej Barbary zrozumiał, że już czas udać się do swojego obowiązku.

Wszedłszy do sali służącej za przedpokój do pokoju, w którym żona królewska znajdowała się, znalazł tam cały orszak w większej części zgromadzony i usłyszał rozlegający się głos pani Horonostajowej, która już to opowiadała obecnym ze zwykłą gadatliwością niewygody, jakich doświadczyła w tej nędznej gospodzie, to małą Teofilę obsypywała licznymi upomnieniami, które biedna dziewczyna, milcząc ze spuszczonymi oczyma, słuchała. Inne damy mniej lub więcej nieukontentowane były z przepędzonej nocy i w wielogłośnej rozmowie okazywały oznaki swojej niecierpliwości, by jak najprędzej dostać się do stolicy, i przyszłe nadzieje biesiad i świetności, które na nie czekały. A wtem otwarły się drzwi i ukazała się Barbara Radziwiłłówna. Powitała obecnych z miłą uprzejmością, żałowała, że pani skarbnikowa tyle przykrości doznała (słyszała bowiem jej narzekania przez drzwi zamknięte), a potem obróciwszy się do córki Kaspra Gierzanka stojącej opodal i z trudnością zatrzymującej łzy, które jej nieoszczędna cierpkość starej damy do oczu przywołała, rzekła do niej z ujmującą słodyczą:

– Dziękujemy ci, moje dziecię, że nas tak przyjęłaś, jak tylko mały dom ojca twojego był zdolny, co do nas jesteśmy stąd nader kontenci. Jeżeli kiedy przybędziesz do Krakowa, to udaj się prosto do zamku, a tam skoro zapytasz o panią Barbarę, będziesz dobrze przyjęta. A nawet – mówiła dalej z uśmiechem – nie będziesz się z tym ociągała, ile sądzić mogę z tego, co wczoraj słyszałam o tobie.

To mówiąc schyliła się ku zapłonionej dziewczynie, która obejmowała kolana Najjaśniejszej Pani, i mówiąc wyrazy: „dodatek do posagu”, włożyła za gors Teofilki spory woreczek siatkowy i podniósłszy się prędko, powiedziała do stojącego orszaku:

– No! Moje damy! No! Panie Boratyński! Czas, abyśmy się w naszą drogę puścili!

Jeszcze dzień nie rozwidnił się zupełnie, kiedy przyjechali pod stolicę, jednakowoż śnieg okrywający pola i księżyc w pełni unoszący się po zimowym niebie okrytym gwiazdami tak oświecały okolice, że można było rozpoznać znaczniejsze przedmioty. Podróż odbywała się szybko i jak dotąd ciągle w milczeniu, nic nie słychać było oprócz skrzypienia śniegu pod ogromnymi kołami, kiedy niekiedy wołanie przewodników i szum wiatru, co od Wisły dął po równinie okrytej wzgórkami. I w powozie królewskim było także głucho, kiedy niekiedy tylko dawał się słyszeć suchy kaszel pani Horonostajowej albo stłumiony krzyk przestrachu którejkolwiek z dam, gdy powóz na nierównej drodze mocniej na którąś przechylił się stronę, a Hipolit, któremu nowy urząd kazał nie odstępować od okna najznaczniejszej karety, jechał zamyślony, przybliżając się ku widowisku, na którym marzenia młodości jego miały się ukształcić w objawienia rzeczywistego życia.

Już wierzchołek gór ciągnących się po drugiej stronie rzeki zaczął się wyraźniej kształtować, w niewielkiej odległości, po wzgórkach ukazujących się przed nimi tu i ówdzie wynurzała się wieża spośród nocnej okolicy i wkrótce ukazał się przed jego oczyma stary gród Krakusa. A wtem skórzana firanka u karety uchyliła się nieco i łagodny głos zawołał go po imieniu.

– Czy znacie dobrze te okolice, panie kasztelanicu sądecki?

– Ile przypomnienia młodości mojej dozwalają, miłościwa pani! – odpowiedział zapytany, przymykając koniem bliżej powozu i podnosząc głos tak, aby od pytającej mógł być dobrze słyszanym, bo właśnie pani Horonostajowa jęła usilnie prosić i zaklinać swoją panią, ażeby spuściła dobroczynne zasłony skórzane na swoje miejsce, bowiem nie tylko, że to Jej Królewskiej Mości będzie niechybnie szkodziło, ale nawet może narazić na śmiertelne przeziębienie

– Kilka tylko niedziel i to już bardzo dawno byłem w tych stronach – mówił dalej Hipolit, widząc, że Jej Królewska Mość pomimo przestróg ochmistrzyni zdawała się czekać odpowiedzi.

– Wszelako musicie przynamniej trochę spełnić narzuconą na was powinność marszałka podróży – mówiła królowa – i powiedzieć mi nieco o niektórych przedmiotach tej okolicy, która nadal będzie dla mnie tak zajmującą. Powiedźcie mi proszę, co to jest za wzgórek, co tak stromo i czarno wznosi się spośród okrytej śniegiem okolicy niedaleko nas po lewej tu stronie i ów drugi równy mu prawie co do wysokości i kształtu, ile przynajmniej sądzić mogę dla odległości i słabego światła księżyca?

– Ten dalszy – odpowiedział Hipolit – nazywają grobem Krakusa, którego dzieje wspominają jako najpierwszego pomiędzy królami Polaków i jako pierwszego założyciela starożytnego miasta królewskiego, które tam oto zalega na wzgórkach; a ten zaś drugi, co tak blisko przed nami i tak smutno stoi, jest to grobowiec Wandy, jego córki, która koronę rzuciła w nurty rzeki, aby uchroniła ojczyznę przed niebezpieczeństwem i zgubnym związkiem małżeńskim.

Ostatni wyraz Hipolit wymówił ciszej nieco; wszelako nie musiał on ujść słuchającej ucha, bo zasłona u powozu zasunęła się i aż dopiero po długiej przerwie Barbara zapytała znowu:

– Wandą nazwaliście tę nieszczęśliwą? O! Jak to okropna – mówiła jakby do siebie – rozłączyć się z życiem i miłością, aby pójść do zimnego grobu, a pójść jeszcze dobrowolnie! Nieprawdaż, panie Hipolicie, że ta Wanda nie musiała kochać tego, który się o nią starał? Ale jesteście tak młodzi – dodała z lekkim uśmiechem – i możecie mi najlepiej opowiedzieć tak dziwnie romantyczne wydarzenie!

– Nie tak głoszą podania! – odpowiedział Hipolit, ociągając się nieco pomny na wyrazy brata. – Miłość za młodu rozniecona, jak powiadają, połączyła serca Wandy, królowej białych Chrobatów, i Rydygiera, księcia Ankony na Rydze, gdy jednak morderstwo jednego brata i kara, która nie ominęła występnej głowy drugiego, powołały na tron córkę Krakusa, a naród Sarmatów naganiał głośno związki małżeńskie z cudzoziemcem, wówczas głos obowiązku zagłuszył mowę serca.

– I cóż uczyniła Wanda? – zapytała żywo Barbara.

– Wyrzekła się Rydygiera, Najjaśniejsza Pani!

– A on mógłże to znieść z niemiecką małodusznością, ażeby samowolność zuchwałych wasalów miała mu wydzierać kochankę?

– O nie! – odpowiedział Hipolit, jakby natchniony zapałem chwilowym, przytłumionym, jednostajnym głosem, który mógł być tylko słyszany od pytającej. – Zgromadził on wojsko i ciągnął przeciw narodowi swojej kochanki, chcąc stoczyć bitwę wówczas, czy widzisz Najjaśniejsza Pani tę oto czarną skałę po prawej stronie drogi niedaleko grobowca – w czasie letnim płynie po pod nią szumiąc bystra Wisła, którą teraz lody zimowe skrępowaną trzymają – tam wstąpiła królowa dziewica i spojrzała na ciche brzegi, co wkrótce rozlegać się miały okrzykami wojny, na spokojne chatki, co niebawem spłonąć miały i obrócić się w perzynę, jeszcze po raz ostatni rzuciła okiem na obóz kochanego nieprzyjaciela i potem skoczyła w bystre nurty, a fale zawarły się ponad młodzieńczymi członkami tej, która się poświęciła na ofiarę ojczyźnie. Nieprzyjaciel miał się do odwrotu, a odtąd ten wzgórek przypomina potomności miejsce, gdzie się czyn tak rzadki wydarzył!

Mowa Hipolita została bez żadnej odpowiedzi – Barbara skłoniła głowę na ręce, a on mówił dalej:

– Wiele podobnych wzgórków, których jeszcze oto pozostały ślady i których wieki, co ponad nimi przeleciały spożyć całkiem nie mogły, wznoszą się wokoło ciebie, Najjaśniejsza Pani, a wieś, którą tylko co ominęliśmy, od niepamiętnych czasów nosi nazwisko Mogiły.

Żona Zygmunta Augusta wciąż jeszcze zachowywała milczenie, a przewodnikowi zdawało się, że słyszał lekki zatrzymywany płacz. Tu powóz pędził pomiędzy domami przedmieścia, wtenczas podniosła się piękna niewiasta, wskazała na stronę i mówiła głosem, w którym doznany smutek zdawał się jeszcze z lekka ożywać:

– Czy ten pałac tam oto na górze z błyszczącymi oknami, tak pięknie oświecony promieniami księżyca – jest zamkiem? I co to za okrągła budowa, której dach błyszczy jak złotym?

– Jest to zamek królewski, Najjaśniejsza Pani, a ta bogato ozdobiona kapituła wznosi się na katedralnym kościele, który jest grobem rodu jagiellońskiego.

– Groby! I same tylko groby! – mówiła jakby do siebie młoda królowa, a potem rzekła po chwili przerwy. – Ale te mocno oświecone okna, w których światło tak krwawoczerwone wydaje się, przedzierając przez jedwabne purpurowe firanki, czy należy do pokojów mojego najjaśniejszego męża?

– Kiedy jeszcze dziecięciem byłem w Krakowie z ojcem – odpowiedział Boratyński – to tam królowa Bona dwór swój trzymała.

Wspomnienie tego nazwiska zdawało się przykre uczucia budzić w Barbarze – odwróciła się od swojego przewodnika i zaczęła coś mówić do jednej z towarzyszących dam rozkazującym, prawie ostrym tonem. A w tejże samej chwili kareta zatrzymała się u bramy zamkniętej miasta. Warta, co zdawała się oczekiwać podróżnej przybycia, stanęła pod bronią – dowódca zbliżył się do naczelnika tego orszaku i gdy mu Hipolit kilka słów cichym głosem szepnął, natychmiast opadł most zwodzony, otwarła się na roścież brama i pojechali pustymi jeszcze ulicami, ponad którymi się pierwszy dopiero obrzask zimowego poranku unosił. Kiedy powozy wjeżdżały przykrą, wijącą sią drogą do zamku, usłyszano z okien królowej matki huczną muzykę i miły śpiew cudzoziemski, a gdy przybywszy wstępowali po szerokich schodach, wiele bogato strojnych mężczyzn i dam spotkało się z nimi powracając z biesiady do domu. Zdawało się jednak, że żaden i żadna nie poznawali żony monarszej w osłonionej damie, która wyraźnie drżącą rękę wspierając na Hipolicie, szła przez galerię, można tylko było tu i ówdzie dosłyszeć kiedy niekiedy nieprzyjazne poszepty, którym nieśmiałe spojrzenie towarzyszyło ciekawie. Przy końcu długiego przedsionka wyszedł naprzeciw nim człowiek zaledwie miernego wzrostu, ale poważnej postawy, przyozdobiony oznakami wysokiego dostojeństwa i ukłoniwszy się z uszanowaniem mówił na pół głośnymi wyrazami:

– Jego Królewska Mość czeka na waszą miłość, ale jeżeli będzie to jej wolą, czeka bez towarzystwa.

– Odprowadźcie mnie do niego, panie Tarnowski! – zawołała Barbara i przyjąwszy podaną sobie rękę, pożegnała swój orszak i zniknęła w wewnętrznych gmachach.

A wtedy pani Horonostajowa obróciwszy się do młodego Boratyńskiego, mówiła do niego z przesadnym ukłonem:

– Dozwólcie panie Boratyński, abym wam w imieniu Najjaśniejszej Pani podziękowała za łaskawe przewodnictwo, którego nam nie raczyliście odmówić i za przyjemną rozmowę, jakiej sama byłam świadkiem! Zaprawdę! – dodała z niskim ukłonem. – Jeżeli tak zawsze starać się będziecie stosować waszą mowę do czasu i okoliczności, jak to zrobiliście tej nocy, to niezawodnie wielkiej fortuny i świetnego powodzenia spodziewać się możecie u dworu.

To mówiąc stara dama odwróciła się od niego ze wzgardliwym uśmiechem, a drugie damy śmiejąc się oddaliły się za nią, zostawiając nowego dworaka w zamyśleniu w opuszczonej galerii.


ROZDZIAŁ VI

Zaprowadzimy teraz naszego czytelnika do domu położonego na jednej z najodleglejszych ulic przy północno-zachodnim końcu Krakowa, niedaleko góry zamkowej, i wejdziemy z nim do gabinetu znajdującego się na końcu długiego szeregu pięknie ozdobionych w guście owego czasu pokoi. Ściany jego okryte są bogatą snycerska robotą z drzewa cedrowego, które od długiego czasu koloru ciemnego nabrało. W ogromnym kominie z marmuru krajowego potężne kłody wysoko nałożone na kształt stosu paliły się z trzaskiem. Wokoło ścian stały szranki z drzewa orzechowego, wykładanego słoniową kością i perłową macicą w kształcie ciężkich pęków owoców i rozmaitych ptaków, a pomiędzy nimi krzesła z wysokimi poręczami, na których wełnianej powłoczce podobne ozdoby jedwabiem były wyszywane. Pośrodku pokoju pod lichtarzem o pięciu ramionach z żółtego metalu zawieszonym za pomocą zielonego, sztucznymi kwiatami okręcanego sznura przytwierdzonego do wklęsłego sklepienia, na czterech mocnych kręconych nogach stał ogromny stół mający wierzch z czerwonego włoskiego marmuru. Z boku, pomiędzy bufiastymi firankami, otwierał się wchód do ogromnej wystawy tworzącej drugi mniejszy pokoik, do którego prowadziły dwa stopnie pokryte również jak cała posadzka bogatym srebrem i złotym haftowanym tureckim kobiercem. Mały stolik do roboty rozmaitymi zwitkami kręconego jedwabiu i kawałkami materii w różnych kolorach okryty wznosił się na rosochatych nogach, a na aksamitnej poduszce od kanapy, która pod pięciu gotyckimi oknami tej występującej wieżyczki naokoło buduaru w guście szesnastego wieku ciągnęła się, leżała niedbale porzucona lutnia i kilka książek w mocno pozłacany pergamin oprawnych. A przy okrągłym stole pośrodku wielkiego pokoju siedziała przy otwartej szkatułce powleczonej safianem dama średniego wieku mocno zajęta odczytywaniem rozmaitych papierów. Ubrana była w ciężką materię koloru czarnego, a spadające aż do dołu pasy od czepka takiegoż samego koloru i podwiązanie u podbródka na kształt zakonnic znamionowały wdowę, kilka zaś sznurów kosztownych pereł spiętych błyszczącym wysadzanym kamieniami medalem znakomity stopień pokazywały. Zdawało się, jakoby odczytywanie obudziło w tej niewieście noszącej żałobę smutne przypomnienia, czoło jej było zmarszczone i gwałtowny rumieniec płonął na licu, sprzeczne uczucia coraz bardziej zdawały się opanowywać jej umysł, wsparła głowę na ręce i z posępnym, dwuznacznym uśmiechem spoglądała na młodą kwitnącą postać, która z rozpuszczonym na ramiona i piersi spadającym ciemnobrunatnym włosem, w białym porannym stroju, roztargniona i niekiedy z lekka wzdychająca w pokoiku wieżowym przy stole robotnym to z natężoną pilnością ciągnęła dalej zaczęte haftowanie, to znowu opuściwszy ręce, niespokojnie i ukradkiem spoglądała na ulicę.

– I cóż Heleno? – pytała starsza z nich, kładąc do szkatułki tylko co odczytane pismo. – Jak ci się podoba w Krakowie? Nieprawda, że te wysokie kamienne domy i tłumy ludu tłoczące się po ulicach piękniejszy przedstawiają widok aniżeli owe drewniane chatki w Kamieńcu Podolskim i smutny widok na szańce i wały? I cóż? Nie słyszysz mnie Heleno? – zawołała głośniej, a dziewica przelękniona nieco odwróciła prędko wzrok w okno wlepiony na krosienka i w milczeniu pilniej jęła się swojej roboty. – Porzuć teraz igłę moje dziecię – mówiła dalej dama w żałobie – i przybliż się tu do mnie, bo mam z tobą pomówić nieco.

Posłuszna dziewica podniosła się z miejsca, zeszła po schodach do pokoju i usiadła na krześle, które jej matka skinieniem wskazała.

– Już urosłaś Heleno! – mówiła dalej matka tonem, jakim pospolicie zaczynać się zwykło ważna rozmowę. – I jeżeli mnie uprzedzenie macierzyńskie nie myli, jesteś urodziwa i piękna. Rozumiem, że czas już, ażeby córka Leona Odrowąża i Anny Mazowieckiej wystąpiła na świat z ukrycia, w którym młodość swoją przeżyła, i przygotowała się do postanowienia, jakie jej świetny ród na widowni światowej naznacza. W tym to ja celu przywiozłam cię do Krakowa, do tej stolicy, gdzie wszystko, co jest najznakomitszego w państwie, gromadzi się i nader świetne widowisko przedstawia oczom samotnie wychowanej dziewicy. Powiedzże mi; czy z ochotą tu ze mną przybyłaś?

– Jakże dobra jesteś kochana matko! – odpowiedziała Helena z pokorną miną, lękliwym i niepewnym głosem. – I cóżby moje zdanie miało znaczyć tam, gdzie ty rozkazujesz? Jednakowoż – jeżeli mnie pytasz – to wyznam, że Kamieniec nie jest wprawdzie tak piękny jak Kraków, ale miły jest dla mnie, tam ja młodość moją przeżyłam i tam umarł mój ojciec!

– Ach! Rzadko moje dziecię – rzekła matka wzruszonym głosem – nader rzadko zdarza się śmiertelnemu to szczęście, aby dokończył spokojnego żywota tam, gdzie żyli jego przodkowie, gdzie stała jego kolebka. I ja także – wszak ci wiadomo – w książęcym mieście, w Warszawie, byłam zrodzona; w obszernych komnatach, gdzie obrazy przodków moich, począwszy od Piasta, w długim szeregu przyozdabiały ściany, stawiałam pierwsze kroki moje na drodze życia i mnie także – mówiła dalej z większym zapałem – zbyt wcześnie los wygnał z miejsca książęcych przodków. Nie opuściłam ja go tak, jak ty, prowadzona za rękę od matki, ale wyrzuciło mnie cudze plemię na wygnanie i nędze z tych murów, które jeszcze powtarzały śmiertelne braci moich westchnienia!

– Porzuć te smutne wspomnienia matko! – prosiła przerażona dziewica. – To ciebie zawsze tak boleśnie porusza, gdy mówisz o dniach swojej młodości. Wszakże znalazłaś spokój w Kamieńcu, a ojciec nieraz powtarzał, że mu podoba się w małym mieście i że przy domowym ognisku zapomina o zbyt wysokich marzeniach, za którymi nieraz gonił i do nich wzdychał.

– Znalazłam spokój? – powtórzyła księżna mazowiecka zwolna i jakby w marzeniu. – Czy słyszałaś kiedy o górze Wezuwiuszu w Królestwie Neapolitańskim? I na cóż miał narzekać twój ojciec pochodzący z rodu szlacheckiego? Prawda, że samowola wiele mu zabrała, ale to, co on wycierpiał, czy nie cierpiał z przyczyny książęcego zaszczytu, który wniosłam do jego domu? I czymże był dla mnie Kamieniec? Oto lichym przytułkiem, który zmordowana tyrania zostawiła córce tylu królów, który zostawić musiała! Czymże mogło być dla ciebie miasto wojewody, miasto należące do korony, gdy twój ojciec był tylko lennikiem? Tak jest! Ty nie miałaś ojczystego domu! I ja pokój znalazłabym? O! Dwa tylko są miejsca, na których dziedziczka Konrada Mazowieckiego odpocząć by mogła: grób, albo... Ale – dodała po krótkim milczeniu, zebrawszy swe myśli – jest teraz czas, w którym wszystko się ciśnie wokoło nowego słońca, co zeszło dla kraju. Może tedy i krewna królewska odziana w swoje żałobne krepy znaleźć miejsce w tłumie wesołych, strojnych postaci tron nowego Salomona otaczających. Jest tam i młody Boratyński pomiędzy nimi – dodała, lekkim tonem wspominając o tym – zdaje mi się nawet, że on z tobą coś rozmawiał w kościele iwanowickim?

– Tak jest matko! Hipolit jest tu w stolicy – mówiła Helena z nagle obudzoną żywością, ale potem spuściła oczy i odwróciła się, chcąc ukryć rumieniec swojej twarzy. Nie uszło to zmieszanie bystremu oku pani podolskiej, wszelako lekki tylko i zaledwie dostrzeżony uśmiech mignął na jej twarzy, a ona wyciągnęła rękę i przybliżyła do siebie córkę:

– Heleno! – zaczęła mówić dalej z niejaką uroczystością. – Jesteś córką wojewody podolskiego, ale Anna Mazowiecka jest twoją matką. Ty moje dziecię, o, że to tak być musi! Ty jesteś ostatnią odroślą starożytnego szczepu, który niegdyś gałęzie swoje rozpościerał ponad całym narodem Sarmatów, ty jesteś w ojczystym państwie ostatnią wnuczka Piastów. Już od dawna książęta śląscy z rodu naszego idący wyrzekli się ojczyzny i prawa dziedzictwa, zostali Niemcami i hołdownikami króla czeskiego, ty sama tylko Heleno w krajach koronnych pozostałaś z Piastów plemienia. Słuchaj moja córko! Kiedym cię porodziła niegdyś w drodze, uciekając przed zgubą, kiedy córka książęca w ukrytej chatce na lichej słomie dziecię swoje do serca tuliła, wówczas w ciemnościach poniżenia mojego zabłysnęła mi gwiazda na ziemi, a ja dziecinną głowę twoją przystrajałam już myślą w wydartą mi książęcą koronę! Heleno! Przystrajałam cię w koronę moich przodków! Słuchaj! – mówiła dalej, przyciągając znowu do siebie zwolna uchylającą się dziewicę. – Słuchaj Heleno! Wielu urodziwych i książąt, i panów tron młodego króla teraz otacza! Margrabiowie brandenburscy, książęta pruscy, książęta Mołdawii i Wołoszczyzny i młody król węgierski4, a nawet i śląscy nasi pokrewni w świetnej okazałości, jak ich nigdy nie widziałaś biedne moje dziecię, ukażą się także z oddaniem hołdu, ale jeden, jeden tylko podnosi się nad wszystkich, jeden zajmuje miejsce twoich przodków – Zygmunt August. I czemuż się odwracasz Heleno? Prawda, że jest on – mówiła dalej nieukontentowana z pomieszania córki – prawda, że jest on potomkiem rodu pogańskiego, który Ziemowitowi pradziadowi twojemu tron wydarł i rękę królewskiej Jadwigi; wszelako jak powiadają, jest to oświecony książę i jeszcze w młodym wieku, a Polacy mniemają, że on znowu przywróci czasy Kazimierza Wielkiego, ostatniego z naszego rodu, co królował w Polsce. Jutro Heleno będziesz go widziała! Pilnuj twojego serca!

– Jeżeli cię tylko dobrze matko rozumieć mogę – odpowiedziała przestraszona dziewica z mocno uderzającym sercem i napełnionymi łzami oczyma. – I cóż mi do króla, który jak sama wiesz, ma żonę i kocha ją nade wszystko?

– Ma żonę? – powtórzyła księżna spokojnym, prawie wzgardliwym tonem. – Pytaj w całym państwie, pytaj nawet w zamku królewskim, a tysiące świadków powiedzą ci, że to nigdy być nie może. Córka i wdowa buntownika i poddanka nie może mieć miejsca na tronie twoich przodków.

– Poddanka? – mówiła, jąkając się Helena. – O! Matko! A ja czymże jestem, jeżeli nie córką szlachcica? I czy u mnie ma to być przyzwoitym, czego zaprzeczają Barbarze?

– Ty jesteś córką księżniczki mazowieckiej! – mówiła Anna Odrowążowa, powstając z krzesła i podnosząc głowę do góry. – I wnuczką wielu monarchów. Barbary mimowolnie wypiera się ród jej własny królewski, naród i szlachta odwraca się od niej – ale ku tobie wszyscy się skłonią, bo Sarmata nigdy nie zapomina plemienia Piasta. Lecz po cóż mam rozprawiać z niedoświadczonym dziecięciem? Taka jest wola twej matki, powinnaś jej być posłuszna, a że się to uda, to mi zaręcza moja przyjaciółka, królowa Bona!

– Bona Sforza? – wykrzyknęła Helena. – Taż sama Bona, która jak mi kiedyś mówiłaś matko w chwili gorzkiego żalu, która nie wiem, jakim sposobem twój ród śmiertelnie obrazić miała, która cię wyrzuciła na wygnanie z książęcego miasta, która wypędziła ojca z jego dziedzictwa? Bona, na którą ty w czasie niejednej bezsennej nocy wzywałaś gniewu Bożego? O! Matko! Nie ufaj jej matko! Bo tak jak Bóg i na nią, i na nas spogląda, nigdy ona szczerze tobie nie sprzyja.

– Czy tak rozumiesz dziewczyno? – mówiła z cicha Anna, jakby do siebie, gdy jakiś osobliwszy uśmiech mignął na jej ustach. – Hm! Gdyby to tak było? Tak! Albo inaczej… – mówiła wolniej po niejakiej przerwie. – Kość już rzucona!

– Moja matko! Po co my tu bawimy? – mówiła dalej Helena, z prośbą składając ręce. – Wszyscy tak dziwnie spoglądają na nas, jak gdybyśmy z grobu wyszli na światło dzienne. Powróćmy nad brzegi Dniestru, wprzód nim się zobaczysz matko z tą Mediolanką, która wprawną, zdradliwą ręką przyprawi o zgubę nienawistne odrośle nieszczęśliwego domu!

– Nierozsądne dziewczę! – odpowiedziała matka, spoglądając na nią przenikliwym wzrokiem. – Rozumiesz, że ja bezbronna wystąpiłam do walki? Nienadaremnie wywołali oni z grobu cień Samuela, patrz! – dodała, spoglądając z ponurym uśmiechem na kibić swojej córki. – Ta młodziuchna dziewczyna z wijącymi się kędziorami i z łagodnym wejrzeniem gołębia trzyma w swoim ręku losy narodu i tak jak się nadarzy, błogosławieństwo albo przekleństwo pochodzi od niej. Nie jesteś ty, miła, kochana córko, do małych rzeczy stworzona!

– Na Boga! O matko! – zawołała Helena z przerażeniem. – I na cóż mnie chcesz przeznaczyć? O! Moje przeczuwające serce powiada mi, że nie koronę królewska włożysz na moją głowę, ale wieniec śmiertelny!

– Nie wieniec śmiertelny! – odpowiedziała matka tonem surowym i rozkazującym. – Ale też ani wieniec mirtowy, o którym sobie marzy dziecinna twoja głowa. Czy mam, powiedz, mam w tej wyrocznej godzinie wzmiankować nazwisko Hipolita Boratyńskiego?

– I dlaczegóż nie miałabyś go wzmiankować? – zawołała dziewica, powstając i prędko przybrawszy ton stałości, podnosząc zapalone oczy ku niebu. – I dlaczegóż nie miałabyś wzmiankować tego, co jest mi zaręczony przed Bogiem za pozwoleniem ojca i twoim?

– Ojciec już umarł – rzekła Anna ozięble – a ja cofam to, co w innym czasie przyrzekłam!

– I odkąd to jest czas stać się niewierną swojemu słowu i rozdzierać dwa serca dziecinną wiarą i miłością przywiązane do ciebie?

– Od śmierci Elżbiety Austriackiej! – była odpowiedź matki. – Ale na teraz dosyć już tej niepotrzebnej rozmowy! Słyszę, że nadchodzi już ten, na którego oczekuję! Idź do swojego pokoju panno!

Płacząc Helena udała się na wskazanie i tylko co się zamknęły drzwi do pokoju, do którego weszła, gdy drzwiami przeciwnymi wszedł jakiś człowiek w długim płaszczu i prędkim krokiem zbliżył się do spotykającej go Anny.

– Rozkazałaś dostojna pani – mówił biskup kujawski, zrzucając z siebie płaszcz, kładąc go na krześle i ukazując się przed oczami wojewodziny w ubiorze swojego stanu – rozkazałaś dostojna pani, a ja równie ochotny jak niegdyś przed laty pospieszam na twoje usługi.

– Wczoraj – odpowiedziała pani Anna, siadając i dając znak duchownemu – Mości panie kujawski nie okazywaliście się tak ochotnymi, a wasza radość przy powitaniu mnie po długim oddaleniu nie była taką, jakiej spodziewałabym się po Andrzeju Zebrzydowskim, urodzonym wasalem księcia ojca mojego ani po tym, w którym by powinno się było obudzić niejedno wspomnienie na widok Anny Mazowieckiej.

– Przebacz mi łaskawie księżno wojewodzino! – odparł Zebrzydowski ze spuszczonymi wejrzeniem i wzruszonym głosem, jak gdyby pomieszane wspomnieniu stanęły w jego umyśle. – Jeżeli chcę korzystać z chwili, której mi pan Kmita pozwolił, bym z waszą miłością tak jak niegdyś z ufnością i uniżonością pomówił. Nie! Nie byłem ja zbyt uradowany z waszego przybycia, tak jak wojewoda krakowski, i nie mogę nim być, wspomniawszy na owe czasy, które mi widok wasz pani i wasza mowa na myśl przywodzą. I w rzeczy samej, jeżeli nie pochwalam przedsięwzięcia waszego, to nie powinno by to zarówno w rozumieniu damy tak wysokiego umysłu uwłaczać mniemaniu o wierności starego sługi, jak owe pochlebne powitanie nie powinno by was pocieszać.

– Prawdziwie nader szczerym jesteście, Mości panie kujawski! Prawda, że już niejedno lato upłynęło, jak mój widok wcale inne czynił na was wrażenie – odpowiedziała pani Odrowążowa, rzuciwszy ulotne spojrzenie na wiszące naprzeciw siebie zwierciadło – wszelako nie należałoby wspominać o kobiecie z taką niestałością.

– I cóż za niegodziwy człowiek podał wam tę zgubną radę – przerwał jej Zebrzydowski z niecierpliwością – jawienia się tu w takim czasie? Jakiż jest wasz zamiar? O! Strzeżcie się, strzeżcie! Abyście nie zanadto wiele dawali wiary zwodniczym złudom wystawianym wam przez tych, którzy ile znam świat i dwór, nie bardzo wam sprzyjają. Mówiliście wczoraj, że was królowa Bona tu wezwała, że dawna nienawiść już przeminęła i że wkrótce naród ucieszy się zgodą pomiędzy dawnym szczepem królewskim i panującą dynastią? Ale czy nieprzyjaźń więcej już aniżeli od dwudziestu lat rosnąca rozmaitymi niegodziwymi czynami jest tylko przemijającą niechęcią, która się uspokoić może? Mamże przypominać wam, że Władysław Jagiełło, przodek królów naszych, pradziadowi twemu księciu Ziemowitowi wydarł koronę i przez związek z Jadwigą wstąpił na tron, na którym plemię wasze przez sześć wieków siedziało? Mamże przywodzić wam na pamięć nowsze zniewagi, owe dni okropności, gdy dwaj najjaśniejsi młodzieńcy dotknięci niewidomą ręką z tronu książęcego zstąpili do grobu. Owe straszne podejrzenie, które z ust do ust przechodziło w poszeptach, a które wy głośno objawialiście w szaleństwie i najsłuszniejszej boleści? Czy mamże wam powtarzać, jak waszego męża wyzuto z dóbr dziedzicznych i starostw i jak przez wiele miesięcy tułaliście się bez schronienia, otoczeni, jak mniemaliście, tajemnymi zasadzkami, aż powszechny głos na sejmie lwowskim wymógł na starym królu utrzymanie Leona Odrowąża na urzędzie koronnym i aż za wstawieniem się Jana z Tarnowa miasto Kamieniec otwarło się wygnańcom? Czy zapomnieliście, że głos nienawiści waszej nie tylko się rozlegał po krainach Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale że nawet po dworach zagranicznych oskarżaliście Mediolankę i wiele innych niegodziwych postępków? Czy mniemacie, że i ona także zapomniała tego wszystkiego? O! Bardzo się mylicie, dostojna Anno Odrowążowa! Nigdy ona wam nie zapomni tego, co jej wyrządziliście, a i wy także pamiętacie jeszcze o tym! – Dodał Zebrzydowski, utopiwszy wzrok swój w damie. – Powtarza mi to wasze niespokojne spojrzenie, mówią mi wasze pałające lica! Strzeż się przejednanego nieprzyjaciela, powiada jeden ze starożytnych pisarzów, a ja powiadam wam, strzeżcie się trzykrotnie, przejednanej nieprzyjaciółki!

– Że też ja w szczególniejszym błędzie zostawałam! – mówiła pani podolska z gorzką gwałtownością. – Mniemałam, że znajdę w was księcia duchownego, który umie spełniać powołanie sługi pokoju z układnością kapłana i polityka; że znajdę przyjaciela, który się pocieszy z zakwitającego na nowo szczęścia w domu, dla którego obowiązany jest i wdzięcznością, i innymi względami; a tymczasem znajduję zagorzalca, który w poufałej rozmowie praktykuje sztukę kaznodziejską, której się nauczył w kacerskiej szkole Erazma Rotterdamczyka, co z samolubnym Febem tworzy swoje wnioski i rozwija wypadki, nie troszcząc się o to bynajmniej, że przez wyliczanie okropnych czynów rozdziera serce słuchającej, byleby mu tylko udało się piękną mowę powiedzieć! Zawieszam ja zdanie moje, Mości Księże Biskupie, względem tego, jakie mieć możecie wyobrażenie o moim usposobieniu, wszelako nie mogę wam ukryć mojego podziwu, że tak mówicie o królowej, której łaska włożyła tę mitrę na waszą o kacerstwo nieco podejrzaną głowę i że weszliście do owczarni Kościoła przez drzwi nie bardzo kanoniczne!

– Nadaremnie usiłujesz jaśnie wielmożna pani ostrym wyrazem przytłumić głos przyjaciela – odpowiedział Zebrzydowski, powściągając swoją urazę. – Rozumiem, że nie mogę lepiej okazać dawnego przywiązania do was i do waszego domu, a także wdzięczności, którą zobowiązany jestem dla królowej, jak usiłując przeszkodzić zwodniczemu, nieszczęśliwemu związkowi, który dla jednej z was będzie zgubą, bo inaczej trzeba by było – dodał powolnymi, dobitnymi wyrazami – wybrać trzecią, na ofiarę pojednawczą.

– Od tego czasu, kiedy was po raz ostatni widziałam, panie kujawski! – odpowiedziała Anna po krótkiej przerwie, w ciągu której ku ziemi spuszczone oczy trzymali – nabraliście złych wyobrażeń o kobietach. Wiele zaiste z tego, co powiedzieliście – ba, na nieszczęście nawet i wszystko – to podobno może być prawda, wszelako długa samotność i wieki cierpień potrafią i najbardziej uparte serce do milczenia przywieść; przeszłość w głąb się usuwa, przyszłość coraz się przybliża, a im bardziej jest zamglona postać tego, co przeminęło, tym bardziej serce otwiera się nadziei, że znajdzie wynagrodzenie za to, co wcześniej rozumieliśmy być niepowetowanym!

– Rozumiem cię Mości Księżno! – zawołał Zebrzydowski z wielkim poruszeniem – Ukazano wam obraz zwodniczy, a wy skwapliwą dłonią po niego sięgacie! Otwórzcie oczy, a wszak to tylko czczy cień widzicie! Bona ofiaruje wam tylko cień za tyle dóbr rzeczywistych i żeby nie wiem, jak chciała, to nic innego ofiarować by wam nie mogła. Darujcie staremu przyjacielowi – mówił dalej, widząc, że księżna bacznie na niego spogląda – że w chwili tyle ważnych skutków pociągnąć za sobą mającej zrzucam z siebie przymus stosunków i mówię do was, jak niegdyś Andrzej Zebrzydowski zwykł był mawiać do Anny Mazowieckiej. Znam ja tę przynętę, którą was tu znad brzegów Dniestru zwabiono, ale nie wierzcie jej! Ta, której chcą pozbyć się wszelkimi sposobami, stoi mocniej, aniżeli rozumieć możecie. Właśnie co powracam ze zgromadzenia, które dziś w nocy tajemnie zebrało się było w domu Samuela Maciejowskiego, biskupa krakowskiego. Domyślasz się zapewne Mości Księżno, jaki był przedmiot narady. Długo i obszernie roztrząsano go, rozmaite zbiory praw kanonicznych, pisma Ojców Kościoła, bulle papieskie, postanowienia soborów – wszystko to przywołano do porady, każde zdanie rozważano z obydwu stron, zbijano z zapałem i broniono mocno, wszelako za każdym nowym badaniem głosy przeciwników coraz były słabsze. Jeszcze przemawiał prymas Dzierzgowski, ale przemawiał raczej jako polityk aniżeli kapłan, wtenczas wystąpił biskup krakowski i czytał obronę proboszcza wileńskiego, który ślub dawał, a potem powiedział krótką, mocną mowę. Nikt mu nie odpowiedział na nią, ja zaś opuściłem zgromadzenie przeświadczony równie jak i wcześniej, że to, co w Warszawie mówiłem jako członek senatu przeciw małżeństwu króla potępiać musiałem w duszy jako kapłan Kościoła Rzymskiego. A tak tedy losy Barbary od samej tylko woli króla zależą. I czy potrafi szemranie ludu wymóc na tym uporczywym zapaleńcu to, czego mu miłość dozwala?

– Nader dowcipni jesteście, panie kujawski, w zbijaniu urojonych zagadnień! – odpowiedziała Anna z wymuszoną obojętnością. – Niechaj będzie, co chce, wszelako zawsze przecież księżniczce z rodu Piastów przystoi i wolno jest zająć miejsce u tronu młodego Salomona, ażeby pamiętał, że jego ojciec, ów sławiony Dawid północy, ród Saula pozbawił dziedzicznej korony.

– Widzę ja, że moja gorliwość o dobro wasze usunęła mi, jak się to częstokroć zdarzać zwykło, wasze zaufanie ku mnie. Wszelako proszę was, abyście jeszcze jednej rzeczy posłuchać raczyli. Gdyby rzecz niepodobna do wiary miała się kiedy wydarzyć, gdyby się jej udało z potężnej ręki kochającego króla wydrzeć żonę i zaprowadzić ją z tronu do celi jakiego klasztoru albo jeszcze do spokojniejszego mieszkania może, tak wam wcale na nic się to nie przyda. Miejsce wypędzonej nie jest zgotowane dla waszej córki, tak jak to wam wystawiają! Ta, którą jej przeznaczono za następczynię, mieszka za Alpami. Zatem zaniechajcie zamiaru, który podkopanemu szczęściu domu waszego ostateczną zagraża ruina i z którego nigdy innego owocu nie możecie spodziewać się oprócz gorzkiego ziarna omylonej nadziei.

– Dosyć Mości Księże biskupie! – zawołała księżna. – Daremnie trwonicie dla mnie wasze dowody, jakimi podobno nader łatwo udało się biskupowi krakowskiemu zastraszyć małodusznych księży, niepomnych na obowiązek senatorów i zagłuszyć ich na dobro państwa, które im powierzono, tłumem sprzecznych wyrazów wydobytych ze spróchniałych zwitków pergaminowych. Zapomnijcie o naszej rozmowie, a jeśli ją będziecie pamiętali, to niech to będzie dlatego tylko jedynie, ażeby wam przypomnieć, że to wy, a nie ja, przypisywaliście podróży księżniczki Piastów do dawnej stolicy twoich przodków powody, które tak patetycznie podobało się wam rozwinąć.

– Wszelako przyjmijcie – mówił Zebrzydowski – przestrogę przeciw porywczemu gniewowi młodego króla, na przypadek gdyby dowiedział się, że przystąpiliście do związku przeciw temu, co mu jest najmilszego na świecie. Piorun ześliźnie się z głowy matki, którą broni korona i prawo, ale w was uderzy niezawodnie i chwiejący się dom wasz zgładzi ze szczętem. Lepiej byłoby dla was powierzyć się łagodności mającej swoje siedlisko w młodzieńczym sercu, znajdziecie je, zawierzcie mi, gotowe wynagrodzić winę ojca i wasz najjaśniejszy szczep znowu podnieść z upadku.

– Dosyć! Jeszcze raz powtarzam! – zawołała Anna porywczo, powstając z krzesła. – Ja nie żądam wiedzieć od was, czego się mam lękać, a jeżeli rozumiecie, że ja od syna łupieżców wyżebrać chcę haniebna nagrodę za to, że mi przodkowie jego wszystko, co tylko najmilszego miałam na świecie, wydarli, to mało mnie jeszcze znacie!

Biskup podniósł się wówczas i z ciężkim westchnieniem stanął we framudze u okna, skąd z załamanymi rękami i ponurym wejrzeniem spoglądał na niewiastę, która mu jeszcze dotąd po minięciu tak długiego czasu była miła i która, jak mniemał, w upornym zaślepieniu leci do bliskiej otwartej przed nią przepaści. A wtem otwarły się podwoje i wszedł sługa.

– Jaśnie Wielmożny wojewoda krakowski i Marszałek Wielki – mówił z niskim ukłonem – żąda złożyć czołobitność swoją miłościwej pani!

– Powiedz, że miłe mi jest przybycie jego – rzekła pani do oznajmującego tonem rozkazującym, zwracając na biskupa tryumfujące wejrzenie. Wkrótce potem wszedł Piotr Kmita. Po zwyczajnym powitaniu nowo przybyły rzekł, obróciwszy się do Andrzeja Zebrzydowskiego:

– Wielce mnie to cieszy, że was tu znajduję przewielebny panie! Jej Królewska Mość w ciągu godziny ze trzy razy pytała się o was, a ja pospieszam udzielić wam tak przyjemnej dla was bez wątpienia wiadomości!

Kiedy zatem biskup kujawski, żegnając się, przybliżył do księżnej, ta szepnęła mu cicho:

 – Szczęśliwej podróży! I jeżeli królowej matce macie donieść coś podobnego, jak mnie donieśliście, to życzę podobnego skutku!

Andrzej Zebrzydowski ukłonił się w milczeniu i wyszedł z pokoju. Wojewoda krakowski spoglądał dosyć długo za odchodzącym biskupem i potem przybliżył się do pani Anny Odrowążowej, i mówił, wahając się:

– Znajduję w tej chwili waszą miłość zbytnio zapaloną i poruszoną; czy ma to pochodzić ze znużenia w podróży doświadczonego, czy z innej jakiejś pobudki, która od wczorajszego wieczoru taką odmianę sprawiła w waszej miłości? I cóż mam donieść królowej matce, która mnie przysyła, abym jej odniósł wiadomość o waszym zdrowiu?

– Wystąpiliśmy teraz panie marszałku wielki na widownię, na której nagłe zmiany niezbyt są rzadkie! – odpowiedziała mu Anna, nie mogąc zupełnie pomimo chęci przezwyciężyć wrażenia, jakie wyrazy Andrzeja Zebrzydowskiego uczyniły na niej. – Niech to zatem was nic zadziwia, że ja tak długo już oddalona od dworu przynajmniej na pozór naśladuję dworski obyczaj, a osobliwie tam, gdzie jak słyszałam, tyle rozmaitych odmian zmieniło tylko samą powierzchowność, gdy tymczasem grunt serca taki, jaki był dawniej pozostał!

– Wyznać muszę miłościwa pani – zabrał głos Kmita, przysłuchując się z natężoną uwagą jej mowie – że długi pobyt na Podolu nie przyniósł żadnego uszczerbku waszym tylekroć wielbionym talentom wymowy i raczej mniemałbym, że słyszę kształtne periody mędrca rotterdamskiego aniżeli wyrazy dostojnej Polki. A więc czy Jej Królewska Mość może pochlebiać sobie, że cię dostojna pani jutro na dworze swoim zobaczy?

– Skoro tylko królowej matce podoba się oznaczyć, w jakim sposobie córka księcia Konrada Mazowieckiego ma ukazać się i jakiego przyjęcia ma się spodziewać.

– Czyliż biskup kujawski nie uwiadomił cię o tym dostojna pani? To mnie mocno zadziwia, albowiem sam byłem świadkiem, jak otrzymał zlecenie w tej mierze. Wszelako wdzięczny mu za to jestem, że mi zostawił sposobność doniesienia ci pani o postanowieniu Jej Królewskiej Mości, które jeżeli się nie mylę, zadawalającym będzie dla ciebie dostojna księżno! Królowa matka życzy, aby wasza miłość we wszelkich względach odbierała honory takie, jak dostojni jej krewni, książęta z Legnicy i Raciborza, którzy w tych dniach spodziewani są w Krakowie, i widzieć chce w waszej miłości i jej córce nie wdowę i córkę Leona Odrowąża, który opuścił doczesność obciążony niełaską króla, ale jako księżniczki z najjaśniejszego mazowieckiego książęcego rodu!

– Biskup kujawski – rzekła Anna – tyle miał do powiedzenia oddalonej przez długi czas wieśniaczce, że mu nie wystarczyło dosyć czasu do oświadczenia tego, co względnie do okoliczności nader pochlebnie brzmi dla niej na dworze Jagiellonów. Kiedy zatem panie wojewodo sprostowaliście teraz pomyłkę duchownego pana, to dozwólcie, abym was zatrudniła zleceniem doniesienia Jej Królewskiej Mości, że przy teraźniejszych okolicznościach gotowa jestem z moją córką na równi z dostojnymi krewnymi śląskimi książętami być przedstawiona.

– Dwór niecierpliwie oczekiwać będzie twojego przybycia miłościwa pani – mówił Piotr Kmita tonem ceremonialnym. – Zbyt długo już i tak pozbawiony był szczęścia oglądania was i księżniczki waszej córki.

– Moja córka – rzekła Anna, uśmiechając się – jest tylko skromnie wychowaną dziewczyną, wszelako spodziewać się albo też lękać należy, że przykłady tak nauczające i tak świetne, które jej tu staną przed oczy, wkrótce to sprawią, czego samotność Kamieńca przerywana tylko czasem niezgodnym wrzaskiem palonych i pieczonych przed bramami miejskimi Turków, dokazać nie mogła.

– Czy wiadomo wam dostojna pani podolska – przerwał jej marszałek wielki, któremu już od początku wymuszona rozmowa nader była nieprzyjemna i który teraz chciał nadać jej inny nierównie ważniejszy kierunek – że wdowa po Stanisławie Gastoldzie, żona królewska, przybyła do stolicy tej nocy?

– Czy będą u niej pokoje w Krakowie? – zapytała wojewodzina, zachowując ciągle ton obojętny. – I czy też ja na jej pokojach będę miała też same prawa, jakie mi królowa Bona przyznała?

– Zapytujesz mnie miłościwa pani o więcej, aniżeli opowiedzieć mogę. Najjaśniejszy Pan oznajmił nam dziś rano o jej przybyciu, mniemać tedy można, że na jej pokojach podobnież ukaże się niejeden, który może mieć do tego powody albo któremu się podoba. Ale chociaż Jej Królewska Mość matka nie będzie się tam znajdowała, jednakowoż jeżeli wasza miłość nie zechce pójść za tym przykładem, to znajdzie tam bez wątpienia należne sobie przyjęcie, bo i król także polecił mi, abym księżnej jego krewnej oświadczył z jego strony pozdrowienie i powitanie po szczęśliwym przybyciu do jego stolicy.

– Jakże mniemacie panie wojewodo krakowski, czy nie będzie królowa mieć tego za złe, kiedy się ukażemy w miejscu, którego ona unika?

– Wszędzie, gdzie tylko król się znajduje, jest jego rezydencja – odpowiedział Kmita z udaną lekkością – a dopóki podobać się mu będzie mieć ją na pokojach Barbary Radziwiłłówny ani najjaśniejsza Bona, ani ktokolwiek nie uzna ukazania się tam waszej miłości nagannym. Jej Królewska Mość umie wchodzić w rzeczy i nie zechce pozbawiać waszej miłości, a osobliwie jej córki, przyjemnej zabawy, którą panie we wschodnim skrzydle zamku znajdziecie, a która więcej odpowiednia być może młodemu wiekowi dziewicy aniżeli poważne rozmowy na pokojach owdowiałej monarchini. Chciej tedy miłościwa pani przybrać na siebie przez niejaki czas maskę razem z innymi osobami, aż póki nie nastąpi chwila, w której ją zdjąć będzie można.

– O! Jest to nader ważna gra Mości Kmito, a nie komedia, jak się wam podobało to nazwać, i ważniejsza może, aniżeli sądziłam według listów, które mnie doszły w Kamieńcu Podolskim, a choć jestem tego zdania co i waszmość, że niejedna twarz na tym dworze będzie zamaskowana, wszelako wiedzieć by wypadało, jak wszystkie będą wyglądały w czasie zdjęcia masek?

– Jakże to rozumie wasza miłość? Czy nie jesteśmy w zgodzie od dawnego czasu i czyli Anna Mazowiecka podobnie jak i inne jej płci osoby da się powodować sykaniu zazdrości?

– Mówmy otwarcie panie wojewodo! Nie będę wam taiła, że niejedne rzecz znalazłam tu wcale inaczej, aniżeli mi doniesiono. I tak pisano mi, że król, choć niezupełnie jeszcze żałuje zawartych związków przeciw woli ojca i stanów, zaczyna już wszelako rozważać skutki, jakie ono mieć może i dla jego osoby, i dla narodu, że mniemanie powszechne głośno już i silnie dało się słyszeć na sejmie warszawskim, że...

– A któżby mógł inaczej mówić waszej miłości? – przerwał Kmita nieco gwałtowniej. – I któż zaprzeczy, że senatorowie, a mianowicie wojewodowie: sandomierski, sieradzki i poznański, tudzież kasztelan tego ostatniego miasta, oświadczyli, że związek małżeński, który król Polski zawiera bez pozwolenia stanów państwa, za nieważny powinien być uważany? I czy poważy się kto zaprzeczać, że stan rycerski przez swoich przedstawicieli, przez marszałka Sierakowskiego, Lupę Podlodowskiego i przez znajomego ci nawet pani Piotra Boratyńskiego, upomniał Zygmunta Augusta na pacta conventa, które zaprzysiągł w czasie koronacji swojej jeszcze za życia ojca? Czy można podawać w wątpliwość to, że wysokie duchowieństwo, a na jego czele książę prymas i nawet sam Andrzej Zebrzydowski – czy uważasz, miłościwa pani? – sam Andrzej Zebrzydowski osobiście i jawnie oświadczyli, że nie pochwalają tego, co się w Wilnie stało?

– Chciejcie tylko Mości Marszałku Wielki wysłuchać mnie wcześniej, nie przerywając, jeżeli śmiem o to prosić – mówiła dalej pani Podolska – i przeciw temu, co mam powiedzieć, nie wspominajcie zdarzeń, które tak oczywiście są nic nieznaczące z siebie. Pisano mi dalej, że stolica rzymska chce przychylić się do przedstawień duchowieństwa polskiego i rozwiązać małżeństwo królewskie. Zygmunt August, czując odrazę do wchodzenia w związki z księżniczką zagraniczną, aby się tylko od tego uwolnił, po śmierci pierwszej swojej żony tak prędko przystąpił do drugiego związku, łatwiej tedy zastosuje się do konieczności, jeżeli córka Piastów miejsce Barbary zajmie. Że postanowienie synodu połączy się z żądaniem sejmu i niepodobna będzie królowi tak połączonym siłom oprzeć się w takim czasie, gdy niewiara i kacerstwo po wszystkich miejscach kraju głowę swoją podnosi, i że on sam gdyby sobie bardziej uparcie począł, powiększyłby jeszcze bardziej podejrzenie, które tu i ówdzie już krąży, jakoby mniej był niechętny nowej nauce i że chce wyłamać się spod praw Kościoła. Powiedźcie mi, panie Kmito, czy nie było tego wyrażonego w liście, którego przecież treść nie jest wam tak zupełnie nieznaną?

– Chociaż wiadomo mi o liście, o którym Jaśnie Wielmożna wojewodzino wzmiankujesz – odpowiedział marszałek dumnie, urażony nieco – i który nazwać można listem prywatnym, wszelako nie mogę być odpowiedzialnym za jego treść, gdy wysoki urząd, jaki piastuję, nie dozwala mi sprawować obowiązku tajnego pisarza przy królowej, jednakowoż jeżeli istotnie tak brzmiał, jak wasza miłość powiada, jakiż powód pani mieć możesz o tym powątpiewać? Jak możesz, tak krótko będąc tu obecna, więcej wiedzieć w tym względzie aniżeli ci, co już od dosyć znacznego czasu obserwują, jakim trybem na dworze Zygmunta rzeczy idą, a niekiedy nawet są prowadzone? W czymże sądzisz się być oszukaną, miłościwa pani?

– O! W małej rzeczy, Mości wojewodo krakowski! – odpowiedziała Anna ze wzgardą. – Zauważcie tylko! W czasie podróży mojej tu do stolicy i odkąd już tu bawię w Krakowie, dowiedziałam się samych tylko nader budujących wieści, na przykład, że młoda para kocha się jak turkawki... Prosiłam, aby mi powtórzono odpowiedź, którą król z dumną obojętnością dał senatorom i szlachcie na ich tak bardzo cenione przedstawienia i zauważcie przecież, jak to w świecie jedną rzecz rozmaicie widzą; słyszałam, że stolica rzymska niechętna temu miała powiedzieć, jakoby przez rozwiązanie tego związku małżeńskiego upoważniałaby niejako mniemania, których nowa kacerska nauka broni; słyszałam, że wzmiankowano o kanonicznych przeszkodach, które jak mniema wysokie duchowieństwo, nie chcąc zatrudniać przedstawieniami swoimi Stolicy Apostolskiej, mają stać na zawadzie temu rozłączeniu. Otóż nic więcej nie słyszałam, Mości Kmito, ale to bardzo jest podobnym do prawdy i sam możesz sądzić, jak dalece zgadzać się to może z treścią owych listów, których przejrzenia przynajmniej dozwolić wam zapewne musiała jej królewska miłość!

– Bardzo obszernie doniesiono o wszystkim waszej dostojności – mówił wojewoda po krótkim milczeniu – i domyślam się, od kogo te wieści pochodzą, ale ten, co tak waszej miłości mówił, zdaje się, że albo nieosobliwie zna się na politycznych interesach, albo też nie chce ich znać w tym przypadku. Wiesz to sama dostojna pani i ja powinienem wyznać niewieście, w której od dawna już wznioślejsze uczucia wzięły przewagę nad niską próżnością, która może tylko przystawać zwyczajnym kobietom – wiesz pani to sama jak panowanie, które piękność nad nami trzyma, jest przemijającym i jak mąż po upływie dwuletniego małżeńskiego pożycia wcale inny jest aniżeli zalotnik w czasie starania się. Nasz czcigodny Zygmunt August, jak to wiele drobnych okoliczności daje poznać, bynajmniej nie jest wyjątkiem od powszechnego prawidła, a opór, który okazał na sejmie warszawskim, pochodzi raczej z uporu młodzieńczej dumy, która lubi wykonywać najwyższą władzę, i z pokonania przeciwności w tym, co kobiety nazywają miłością. Co się zaś tyczy Stolicy Apostolskiej, Mości pani Podolska, to niepodobna jest, ażeby tajne ci były związki zachodzące pomiędzy królową Boną a dworami wiedeńskim i madryckim, z których Najjaśniejsza Pani powodowana osobistym nieukontentowaniem narzuconej synowej zapewne zechce korzystać w naszym zamiarze.

– O! Ja nie wątpię bynajmniej – odpowiedziała Anna z szyderstwem – o gorliwym usiłowaniu Jej Królewskiej Mości, nie wątpię bynajmniej o powolności, jaką ta znajdzie w Madrycie i Wiedniu, i która jak wielu doświadczonych mężów chce utrzymywać, nie jest wolna od samolubstwa albo czy rozumiecie – dodała ostrym tonem, wlepiwszy wzrok badawczy w wojewodę – że pomiędzy rozmaitymi rzeczami, o których słyszałam, nie doszło do mnie imię Katarzyny Austriackiej, owdowiałej księżnej mantuańskiej?

– Katarzyny? – powtórzył marszałek wielki, wznosząc w udanym naśladowaniu ręce i oczy ku niebu. – Córki Ferdynanda, króla rzymskiego? Siostry naszej królowej? Wszakże wiadomo ci dostojna pani, że ta niewiasta obdarowana skądinąd chwalebnymi przymiotami duszy niezbyt jest uposażona urodą, a przy tym podległa rozmaitym chorobom ciała? Nie! – Dodał, śmiejąc się. – Nadzieja takiej następczyni przemieniłaby słabe węzły, które wiążą Zygmunta Augusta do Barbary Radziwiłłówny, przemieniłaby, mówię, w liny okrętowe. Lecz dostojna pani, kiedy tak bystrym okiem przeglądasz nowych swoich przyjaciół, to niech też i im wzajemnie wolno będzie zapytanie uczynić. Czy nic ze strony waszej miłości nie stoi na zawadzie pomyślnemu skutkowi naszych zamiarów albo raczej ze strony córki waszej miłości? Powiadają tu i ówdzie o jakiejś skłonności do młodego Boratyńskiego, a nawet wspominają o jakimś zaręczeniu!

– Moja córka – odpowiedziała Anna dumnie – pochodzi z rodu Piasta i potrafi okazać się godna tak świetnego urodzenia, skoro jedno słowo matki przypomni jej powinność.

– Jeżeli Wasza Książęca Mość – mówił Kmita – masz zamiar powiedzieć to słowo, to daruj, że będę cię prosił, ażeby to ani zbyt się wcześnie nie wymknęło, ani zbyt przykrym sposobem. Brat młodego rycerza, Piotr Boratyński, wysoko jest poważany od króla i od rycerstwa, a nawet jest domniemanym marszałkiem przyszłego sejmu mającego stanowić o losie Barbary. Dotąd wyobrażenia, jakie powziął o honorze i o obowiązkach obywatela, utrzymywały go wiernym partii, do której myśmy przystąpili z wyższych pobudek politycznych. Zdaje mi się tedy, że nie mam potrzeby, ażebym tak dostojnej pani miał co więcej powiedzieć w tej mierze.

– Oszczędźcie sobie pracy Mości Marszałku Wielki! – mówiła pani Odrowążowa po małej przerwie z uśmiechem zaledwie dostrzeżonym. – Co do chęci przepisywania mnie, jak mam sobie począć według waszego mniemania. Jestem ja panią w moim domu i nad moim dziecięciem i może więcej aniżeli Jej Królewska Mość pochlubić się może w tej mierze co do swoich dostojnych dzieci, zatem zostawcie to mojej pieczy, a sami chciejcie z waszej strony o to się starać, ażebym nie znalazła tego inaczej, jak zapewnialiście mnie listownie i czemu chce dać wiarę. Nie cieszcie się, nie tryumfujcie zbyt wcześnie! – dodała wznioślejszym głosem, dostrzegłszy na twarzy osiwiałego polityka wyrazu zadowolenia. – Ja tylko chce dać wam wiarę, powiedziałam, lecz gdyby nadeszła taka chwila, w której nie mogłabym już więcej wierzyć, to pamiętajcie szanowny panie Kmito, że dlatego, co mnie chciał złudzić, lepiej by było, aby się nigdy nie rodził! Tymczasem proszę was, ażebyście chcieli donieść królowej matce o moich odwiedzinach dnia jutrzejszego.

– O! Tak! Idź! – mówiła do siebie, zostawszy sama w pokoju. – Szczęście twoje i jej, jeżeli szczere ze mną macie zamiary po raz pierwszy w waszym życiu. Lecz gdyby inaczej się pokazało – mówiła dalej z dzikim poruszeniem – gdyby to oszukaństwo przyłączono jeszcze do niegodziwych czynów przeszłości, gdyby przyszło do tego, żebym stała się pośmiewiskiem u tego cudzego, wydzierającego nam tron plemienia, gdybym musiała uchodzić do mojej samotności powtórnie znowu wygnana, zhańbiona, odrzucona... O! Bono, Bono! Chętnie byś wtedy wszystkimi skarbami, które twoja chciwość zgromadziła, rada byś cofnąć tę chwilę, w której obudziłaś śpiącą lwicę!

– Najprzykrzejsze położenie polityka – mówił Piotr Kmita do siebie, opuszczając dom księżniczki Anny – jest pośrednictwo pomiędzy dwoma kobietami, z których jedna potrafiła już zakłócić połowę świata i czynić sobie igraszki z mądrości wszystkich senatorów ziemskich. Nie było wcale moim zamiarem sprowadzać ją tu znowu i zaledwie mogę mieć za złe Zebrzydowskiemu, że stara się znowu zapędzić tę megierę do jej jaskini. Lecz ona sama chciała tego, ta Włoszka, której nie dosyć jest na pojedynczej intrydze Lękam się prawie, ażeby zabity od dawna pion, który znowu wzięła na szachownicę, nie stał się kamieniem odtrącenia i ażebyśmy sił, których używamy przeciw naszym przeciwnikom, nie musieli potem użyć do pohamowania tej niebezpiecznej przyjaciółki. Lecz jeżeli nadejdzie ta chwila i spełni się to, co ona wróży? I po co żeś Piotrze Kmito wtrącił się pomiędzy te dwie furie ciskające wężami? I czemuż schylasz twoją osiwiałą głowę w pokorze i w zaparciu się siebie, kiedy ją mógłbyś wzniesioną nosić jako pierwszy pomiędzy szlachtą państwa?

Tu wzrok jego padł na szczyty pałacu świętego Krzysztofa, na mieszkanie hrabiego z Tarnowa.

– Pierwszym? Tak jest! Otóż właśnie ten dom, stamtąd to pochodzi raniące żądło, które mnie popędza do nieszczęsnych zamiarów, ale naprzód! Dalej! Żeby ten mauretańsko-hiszpański awanturnik nie rozumiał, że stary Piotr Kmita nauczył się go lękać!

4 Jan nazwany sierotą, syn Jana Zapolskiego, tytularny król węgierski.