High-life doktor - Wincenty Łoś - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 238 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka High-life doktor - Wincenty Łoś

Powieść polskiego arystokraty z końca XIX wieku. Wincenty Łoś (1857–1918) był zapalonym literatem oraz kolekcjonerem. Reprezentował poglądy konserwatywne, które ujawniały się w jego twórczości literackiej. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku High-life doktor - Wincenty Łoś

Fragment ebooka High-life doktor - Wincenty Łoś





Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. ROZDZIAŁ XVII
  18. ROZDZIAŁ XVIII
  19. ROZDZIAŁ XIX
  20. ROZDZIAŁ XX
  21. ROZDZIAŁ XXI
  22. ROZDZIAŁ XXII
  23. ROZDZIAŁ XXIII
  24. ROZDZIAŁ XXIV
  25. ROZDZIAŁ XXV
  26. ROZDZIAŁ XXVI
  27. ROZDZIAŁ XXVII
  28. ROZDZIAŁ XXVIII
  29. ROZDZIAŁ XXIX
  30. ROZDZIAŁ XXX
  31. ROZDZIAŁ XXXI
  32. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Działo się to w Warszawie, na początku zimy roku 1889. Dnia tego pan Jan Dzierżysława-Skorupski czuł się gorzej na zdrowiu.

Siedział więc w swym gabinecie na fotelu, nogi wyciągnięte trzymał na tureckiej poduszce, a ręce obie zwieszone opierał na poręczach specjalnego krzesła. W dłoni jego, bezwładnie opuszczonej, tkwił numer dziennika „Słowo”, który w ostatniej chwili czytać przestał, gdyż mu się zrobiło słabo.

Dzierżysława-Skorupski bowiem od kilku lat bardzo chorował, jakkolwiek zdrowo wyglądał. A był to wspaniały mężczyzna lat czterdziestu i kilku, przystojny blondyn o długich angielskich faworytach, zdradzających wyszukanie, z jakim swoją osobę pielęgnował. Każdy włosek, tak zarostu tego, jak i jego fryzury, połyskiwał i musiał być z osobna, dnia tego troskliwie ułożony i przymuskany. Szczegóły inne jego osoby, jak ubranie, ręka, koszula, but i krawat zdradzały wyrafinowanego światowca, sybarytę i wielkiego, aż rażąco na wiek jego, eleganta. Zmarszczki na twarzy pana Jana sprawiały dziwne wrażenie i nikły na pierwszy rzut oka uwadze siłą wykwintnego starania, jakim swoją osobę otoczył.

Wykrzywił się i ruchem pełnym spokoju i cierpienia poruszył dzwonkiem, leżącym tuż przy nim na stole.

Na ten dźwięczny odgłos szlachetnego metalu dały się słyszeć ciche kroki po dywanie w przyległym salonie i we drzwiach stanęła pani Matylda Skorupska, osoba również lat czterdziestu i kilku, lecz tak strojna, elastyczna, tak wysznurowana, że o wiele młodszą się wydać mogła.

– Co? – zapytała trwożnie, spoglądając z wyrazem bezmiernej troskliwości na męża.

– Gorzej mi – odparł małżonek – całe śniadanie, całe, całe! – dodał przekonująco, wskazując na żołądek – czuję tu, tu, tu...

Pani Matylda zrobiła minę zrozpaczoną i wysoce zirytowaną. Usiadła na kanapce, stojącej po drugiej stronie stołu, naprzeciw męża i odezwała się:

– Ci doktorzy! Proszę cię, ci doktorzy!

– To wisielcy! – szepnął pan Jan.

– To rozbójniki, to hultaje! – podchwyciła małżonka, osoba widocznie nadzwyczaj żywego temperamentu.

Chciała dalej mówić, ale chory cicho i powoli zaczął.

– Ten osioł zapewniał mnie, że wszystko jeść mogę, że proszki te niszczą wszystkie kwasy...

– Ale cóżeś ty jadł dzisiaj? – przerwała pani Matylda – co? To się nazywa jedzenie? Dwa kotlety... kawałek szynki... trochę omletu i...

– I te kilka gruszek?... – dorzucił pan Jan.

– I te kilka głupich kieliszków wina? – dodała żona. – Ale czegóż życzyłeś sobie?

– Nic! niczego! W chwili, w której uczułem się gorzej, chciałem właśnie z tobą pomówić.

Pani Matylda skupiła się. Na twarzy jej malowały się głębokie uczucia, jakie dla swego małżonka żywiła. Wpatrywała się w jego oblicze z wyrazem pełnym wiary, zaufania, troskliwości i uczucia.

– Chciałem pomówić z tobą – zaczął Dzierżysława-Skorupski – o Wilmie. Czy ty wiesz – zapytał z pewnym przerażeniem i tajemniczością w głosie – że Wilma liczy dwadzieścia i pięć lat. Mówię ci, że na stan mój zdrowia wpływa wiele ta okoliczność, że o Wilmę nikt się nie stara. Powiedz mi, co to może znaczyć? Wytłumacz mi ten fenomen, by nikt się nie starał o taką pannę, jak Wilma?

– Taką pannę! taką pannę! – dorzuciła z naciskiem i ze zdumionym ruchem ramion pani Matylda.

Pan Jan jęknął z cicha i ciągnął:

– Śliczna! Ja nie znałem w całym mym życiu piękniejszej panny od Wilmy. Nie spotkałem tej dystynkcji, tej królewskiej postawy, tej angielskiej piękności. Wszystkie Dzierżysława-Skorupskie były przystojne i dystyngowane, ale Wilma, Wilma!!!

Chory urwał i nastało milczenie. Oboje głęboko się zamyślili nad tym fenomenem, jakim im się wydawała okoliczność, że córka ich, bywająca od lat siedmiu w świecie, nie znajdowała pretendentów.

Pani Matylda przerwała po chwili ciszę:

– Bo, bądź co bądź, Wilma jest pierwszą panną w Warszawie.

– W high-life warszawskim – poprawił słowami i tonem pan Skorupski.

– No! naturalnie! – zawołała żona – to się wie. Robimy wszystko, co możemy...

– Więcej nawet, niż możemy, bo daliśmy bal, po którym o mało nie umarłem.

– Więcej, niż możemy – podchwyciła pani Matylda – ubieram ją, jak nikt. Zawsze jest najstrojniejsza, zawsze naj... wszystko naj! Bo przecież inaczej być nie może. Kto w Warszawie umie tak wszystko urządzić, jak ty, mój Jasiu... Dajemy najpiękniejsze wieczory. Mamy najlepsze apartamenta... ekwipaże... Wilma będzie jedną z bogatszych partii wreszcie.

– Cóż to więc znaczy? – zapytał flegmatycznie z angielską zimną krwią, na którą zdawał się pozować pan Jan Dzierżysława-Skorupski, wtapiając swój wzrok w oblicze żony. Ta ruszyła ramionami w odpowiedzi, ruchem pełnym rozdrażnienia i pogardy.

Nastało długie milczenie. Oboje małżonkowie pogrążyli się w zadumie, ale ta zaduma, u każdego z nich różna, miała wspólne cechy. Oboje wyglądali na podrażnionych. To uczucie jednak wzburzało panią Matyldę i zapalało jej namiętne, duże, czarne oczy, a pokrywało tylko, jakby chmurą, oblicze pana Jana.

Po chwili zabrała głos pani Skorupska:

– Powtarzam ci, co już nieraz mówiłam, że Wilma jest tak, no tak... tak, iż nikt o nią starać się nie ma odwagi. Wiedzą przecież, że będziemy wymagający.

Pan Jan nic nie odparł, tylko dalej zdawał się myśleć. Podczas tego żona wyliczała mu okoliczności, według niej wpływające na dziwny fakt, że o Wilmę nikt się nie oświadczał. Sądziła, iż tylko człowiek bardzo majętny, doskonale – jak mówiła – urodzony, przystojny, spokrewniony, światowiec, mógł się odważyć o taką pannę pretendować. Tych ludzi było mało, a od pewnego czasu w kosmopolityzujących się salonach warszawskich, bardzo mało.

Skorupski słuchał. Gdy skończyła, odezwał się poważnie:

– A ja się boję. Czy przyczyną tego nie są Poryccy?...

Nazwisko to wywołało na obliczu pani Matyldy gwałtowną zmianę. Ściągnęła brwi, czoło jej przerżnęły dwie bruzdy, będące u niej oznaką najwyższego niezadowolenia. Czerwieniejąc, nic nie odparła, tylko zaczęła się machinalnie bawić ogromnym brylantem swego kolczyka.

– A gdyby – zapytała nagle po długim namyśle – przyczyną tego byli Poryccy?... Tu wlepiła swój wzrok w twarz męża i zdawała się z gorączką oczekiwać jego zdania.

Ten długo milczał, zastanawiając się widocznie.

– Trzeba – odezwał się wreszcie – zbadać to... Wypada, byś szczerze o tym pomówiła z Wandą... Jeśli tak jest rzeczywiście... Jeśli Porycki...

Skorupski, wymówiwszy to nazwisko, silniej i gwałtowniej pobladł i mimo właściwej sobie flegmy, wyglądał, jak gdyby się zapienił. Urwał, potem kończył:

– W takim razie wypadnie nam coś zrobić, by sparować.

– Ale co? – podchwyciła z ciekawością żona.

Pan Jan nie odpowiedział, tylko ciągnął:

– Abdykować z niczego nie możemy... Wilma musi wyjść za mąż lepiej, niż Rena... Ja się boję, czy los Poryckich, i nasze z nimi stosunki, nie płoszą świata i...

Urwał i podchwycił dalej swym spokojnym, cichym, dystyngowanym, przekonującym i jakby wyuczonym i wymodelowanym na lordzie angielskim, tonem.

– Jeśli więc Wanda, zgrabnie wybadana, powie ci to samo, co ja myślę, to... to...

– To co?

– To musimy przecież – odparł pan Jan – zrobić coś, co by świat przekonało, że nie my jesteśmy tutaj winni, tylko oni. Wilma nie może...

– Ale co? – zapytała z nieopisaną ciekawością pani Skorupska, utopiona w mężu wzrokiem, w którym się malowało ślepe i bałwochwalcze weń zaufanie. Ten lekceważąco odparł:

– Przecież taki Porycki nam w niczym zawadzać nie może. Zrobimy poświęcenie... Tu chodzi o mnie nawet. Jestem pewny, że z chwilą, z którą bym był o Wilmę spokojny, odzyskałbym zdrowie... w części przynajmniej...

– Ale co? – zawołała zniecierpliwiona czekaniem, namiętna pani Matylda.

Pan Jan się obruszył, bo nie lubił, gdy żona skalę głosu podnosiła.

– Dotąd – mówił – milczeliśmy o Poryckim. Teraz wypadnie głośno go dyskredytować. Niech świat wie, co to za ptaszek. To jedno, a drugie...

– Drugie?

– Zdwoimy posag Wilmy.

– Czy nas stać na to? – podchwyciła z gorączką.

– Zrobimy poświęcenie – odparł pan Jan. – Tu chodzi o naszą pozycję. Dzierżysława-Skorupscy nie mogą mieć córki...

Urwał, ruszył ramionami i kończył:

– Zresztą... zdrowie moje.

– Jeśli tylko...

– Wybadaj Wandę. Ja resztę biorę na siebie. Hrabia mi będzie fumy stroił...? Ja księcia znajdę dla Wilmy.

– Bo przecież za byle kogo wydać córki nie możemy.

– A jeśliby tak dalej poszło – dodał z przestrachem w głosie pan Jan – to... wiesz? Blondynki w rodzaju Wilmy prędko przechodzą...

– Co ty mówisz?

– Wszystko trzeba przewidzieć. Wilma jest jedyna, nadzwyczajna! Takiej drugiej nie ma, ale... ale może podlegać prawom natury. Młodość i piękność jej, przy jej posagu, naszej pozycji – ciągnął tonem dogmatu – przy moim savoir-faire, składają się razem na całość, z którą jesteśmy panami sytuacji. Dotąd nie myślałem o tym. Dziś czas już, by wyszła, wyszła dobrze i tak, jak nam odpowiadać będzie.

– Nie jak Rena! – dorzuciła z przekonaniem pani Matylda, wstając i przechodząc do biurka, przy którym zasiadłszy ciągnęła:

– Piszę do Wandy. Niechby przyszła... Opuszczać cię nie mogę. Pogadamy we troje... Jeśli ona powie to samo, co ty przypuszczasz...

Nie dokończyła, tylko uchwyciwszy pióro, zaczęła nim posuwać po lśniącym welinie.


ROZDZIAŁ II

Pani Wanda Choryńska była rówieśniczką pani Matyldy i przyjaciółką Skorupskich. Prowadziła dom na wielką skalę, a rywalizując z panem Janem w wykwintności przyjęć i sposobu utrzymywania tak zwanego train de vie, żyła z nim w najlepszej harmonii.

Pan Jan Dzierżysława-Skorupski przedstawiał bowiem w jej oczach prototyp dystyngowanego światowca i tego, co najwyżej ceniła w mężczyźnie, zwanym przez Francuzów un homme du monde. On też wzajemnie, nad wyraz próżny osobiście, nie uznający żadnej nad siebie pod względem salonowym wyższości, przyznawał pani Wandzie bardzo trafny sposób patrzenia na rzeczy tego świata i spomiędzy swych znajomych i przyjaciół, jej jedynie zdanie brał pod uwagę w swych rozlicznych planach i kombinacjach.

Pani Choryńska wiedziała o tym.

Dnia tego siedziała ona w swym zbytkownym buduarze naprzeciw młodego i przystojnego mężczyzny, którego sprytne oblicze pociągało bystrością, przerażając prawie równocześnie zanadto wielką jej dozą. Młodzieniec ten, mogący liczyć do trzydziestu lat, przystojny, blondyn o rudym i delikatnym zaroście, o wykwintnych manierach, sposobem zachowania się, niedostrzegalnie uniżonym, a jemu nie z natury właściwym, zdradzał jakby zależne swoje w tym salonie stanowisko. Tłumaczył on coś z zapałem swej towarzyszce, zagłębionej w poduszkach pluszowej kanapy, gdy strojny lokaj w kamaszach i aksamitnym fraku wsunął się do pokoju i na srebrnej tacy podał pani domu list, mówiąc:

– Od państwa Skorupskich.

Pani Choryńska rozerwała kopertę i z pośpiechem odczytała kilka słów, napisanych na bilecie. Rysy jej pulchne i rozkoszne ściągnęły się lekko. Pokrył je wyraz jakby troski. Rzucając niedbale bilet na saski półmisek, stojący na stole, odezwała się do towarzysza:

– Wystaw sobie, doktorze, ten nieoceniony, ten niezrównany pan Jan znowu ma się gorzej. Pisze mi żona jego, bym przyszła dzisiaj do nich.

Spojrzała na doktora. Ten ciekawy wzrok w nią wlepił, jak gdyby nie wiedział, o kim mówiła, więc zapytała:

– Doktór znasz przecież pana Jana?

– Nie.

– Pana Jana Skorupskiego – powtórzyła ze zdziwieniem dama.

– Czy może teścia hrabiów Poryckich? – zapytał ciekawie doktór.

Panią Choryńską to pytanie zelektryzowało. Żywe jej oczy zabłyszczały niezmiernym interesem.

– Czy może ich znasz, kochany doktorze? – zapytała, podnosząc się na siedzeniu.

– Znam... to jest... Brat mój sąsiaduje z nimi na Wołyniu.

– Czyż tak? – podchwyciła kobieta, ożywiając się z sekundy na sekundę i magnetyzując wzrokiem gościa. – W takim razie – ciągnęła – nie puszczę cię, aż mi nie powiesz wszystkiego, co wiesz o nich. Ja od lat trzech w gorączce czekam na kogoś, który by był u źródła poinformowany.

– Nie wiem, czy ciekawość pani zdołam zaspokoić...

– Ach! panie. Ja jestem taką przyjaciółką pana Jana, ich obojga...

– A! – wykrzyknął jakby zmieszany doktor.

Pani Wanda zrozumiała ten wykrzyk.

– Ale to nie przeszkadza – zawołała z pośpiechem osoby ciekawej – że o nim i o nich bezstronnie mówić mogę.

– Chyba... – bąknął doktor.

Oczy kobiety połyskiwały. Czuła się u źródła, mającego jej odkryć prawdziwe przyczyny różnych intrygujących ją w życiu przyjaciół, okoliczności. Pan Jan od lat trzech nie widywał się z zięciem, pani Matylda nie widywała córki. Świat różnie i zawsze inaczej o tym mówił, a ona chciała znać tę tajemnicę, pragnęła zgłębić tę jedyną ujemną i ciemną kartę świetnej egzystencji Skorupskich, jej przyjaciół i światowych rywali. Dwa wykrzyki doktora zaostrzyły jej ciekawość.

– Któż to jest ten Porycki? – zapytała po chwili.

– Jest to – odparł doktor – znany, sympatyczny, inteligentny i wyjątkowo uzdolniony człowiek.

– Tak? – szepnęła pytająco ze zdumieniem i jakby radością.

– Bezsprzecznie.

Nastało milczenie. Pani Wanda skupiała jakieś myśli, chwilę dumała i zagadnęła:

– A nie wiesz, doktorze, dlaczego Poryccy są poróżnieni z rodzicami? Pan Jan, taki zacny, taki rozumny, taki uczciwy i szlachetny... taki...

– Kto? – przerwał rubasznie doktor.

– Pan Jan Skorupski.

– Zupełnie inne mają o nim – zawołał bez namysłu – wyobrażenie w okolicy państwa Poryckich. Człowiek, który lat trzy pozostawia własną córkę prawie w nędzy i o nią się nie zapyta, wątpię, by zasługiwał na epitety, którymi go tak pani hojnie obdarzasz – dodał z lekką ironią.

– Bo pan nie wiesz, doktor nie wiesz – podchwyciła z życiem – co postępowanie jego tłumaczy...

– Czyż może być okoliczność, która by takie postępowanie ojca tłumaczyła?... Ja nie znam państwa Skorupskich, ale znam Poryckich, nie znam tego pana Jana, ale znam Poryckiego i panią Renę. To mi wystarcza.

– Mylisz się doktor – zawołała pani Wanda – Skorupscy tak się zawiedli na Poryckim, iż ich rozumiem.

– Ja zaś panią coraz mniej. Byłabyś więc zdania...

– Posłuchaj doktorze! – podchwyciła z nieopisaną werwą, zarumieniona kobieta. – Nie lubię, by pana Jana ktokolwiek mógł potępiać. Jeśli chcesz więc, to ci doktorze opowiem w krótkości, co wywołało słuszny gniew Skorupskich, na który mi twoje zapewnienie, że Porycki jest... człowiekiem, otwiera oczy...

– Słucham... choćby dlatego, że wiedzieć wszystko winno być zasadą ludzi rozumnych.

– Słuchaj! W twojej pozycji winieneś znać a fond kulisy...

Tu pani Wanda zaśmiała się, poprawiła na kanapie, odpoczęła i ciągnęła:

– Bardzo mi zależy na tym, byś doktor zmienił przekonanie o tak zacnym, tak miłym człowieku, jak pan Jan. Gdybyś go znał! Quel charmant homme!... Ale Skorupscy są w niezwykłej pozycji, która jest jedyna... Niby bardzo bogaci, nie są nimi.

– Słyszałem... owszem...

– Słyszałeś doktor, że są milionerami, tak nie jest – podchwyciła pani Choryńska. – Cały majątek należy wprawdzie do pani Skorupskiej, jedynaczki, ale rodzice jej żyją i trzymają wszystko... Skorupscy mają dochody, ale nie mają fortuny. Stąd wyrodziła się dziwna pozycja. Panny Skorupskie, partie, rzeczywiście nie są nimi na razie... To nie może jednak wpływać, by Skorupscy bardzo wysoko ich nie cenili. Wydając pierwszą córkę za Poryckiego, człowieka z tytułem, sądzili, że tym wzmocnią swoje enigmatyczne stanowisko. Tymczasem zachwiali je. Jakkolwiek wypłacili cały obiecany posag zięciowi, świat widząc go w potrzebie, sądzi... inaczej. Poryckiego stan majątkowy jest przyczyną, że młodsza córka Skorupskich nie znajduje partii i słusznie tenże ściąga gniew i oburzenie rodziców.

Doktor się uśmiechnął i podchwycił z ironiczną werwą, której widocznie ukryć nie umiał.

– Porycki więc winien, że nie jest dość bogatym, by światu co do drugiej panny Skorupskiej mydlić oczy?

– Jesteś doktorze...

– Bo – zaśmiał się młodzieniec – pretensja tych państwa do Poryckich...

– Jest najprostszym wynikiem – podchwyciła czerwieniejąc dama – ich pozycji światowej. Pan Jan, nie milioner, zdołał siłą swego savoir-faire zająć stanowisko człowieka bardzo bogatego i nieposzlakowanego. Pragnął zięcia, który by po jego myśli szedł, a tymczasem dostał człowieka widocznie nie chcącego czekać na spadki, tylko... swoimi złymi interesami chwiejącego jego stanowiskiem i światowym kredytem. Nadto trzeba panu wiedzieć, że pan Jan jest tout ce qu’il y a de plus gentil homme. Nie rozumie, jak można być w interesach, w długach, jak można...

Doktor zaśmiał się głośno.

– Pan Skorupski – zawołał – podobno wydaje rocznie do trzydziestu tysięcy rubli, to jest dziesięć razy tyle, ile mają w tej chwili Poryccy. W tych warunkach...

– Pan Jan jest geniuszem – zawołała nie pozwalając doktorowi skończyć – i wydaje może połowę, która jednakowoż ten efekt robi...

– Aaa...

– Doktor jesteś uprzedzony!

– Każdy nim byłby – odezwał się poważnie – kto by znał przejścia Poryckich w celu utrzymania się przy fortunie i słyszał o wystawnym sposobie życia państwa Skorupskich.

– Ależ oni do tego życia przywykli. To życie jest koniecznością socjalną... – zauważyła pani Wanda, usiłując przekonać doktora.

– Niechby! Ale o cóż się gniewają na Poryckich?

– O to, że im szkodzą.

– Hahaha! Czym?

– Jak to – zawołała z oburzeniem pani Choryńska – nie rozumiesz pan? pan! człowiek du monde?

– Nie! – bąknął, nagle się mieszając doktor.

– Porycki, jako dobry zięć, powinien nie ratować fortuny na Wołyniu, tylko udawać pana, jakim będzie.

– Ha! ha! Tego chcą? – zaśmiał się doktor.

– A! naturalnie! – zawołała pani Choryńska z przekonaniem. – I ja tego bym na ich miejscu wymagała. Koniec końców, rezultat jest taki, że nikt, bury pies się nie spyta o pannę Skorupską, bo każdego przestrasza los Poryckiego, a nie każdy wie, że Janowie co do grosza wypłacili to, co obiecali. Ta okoliczność nawet, jak mi pan Jan to nieraz mówił, jest przyczyną choroby jego.

– Cóż jemu właściwie brakuje? – podchwycił doktor z obudzoną ciekawością.

– Doktorzy nie wiedzą.

– Nie wiedzą? – zapytał znacząco, poprawiając się na fotelu i opuszczając oczy na swoje ręce, które zaczął zacierać.

– Nie – odparła Wanda – co jeden naprawi, to drugi popsuje. Co Karlsbad polepszy, to zima pogorszy.

– Objada się więc po prostu?

Fi donc doktorze. Co za szkoda, że nie znasz tego pana Jana...

Urwała, zamyśliła się i dodała.

– Mam myśl. Wiesz co? Czy byś ty, doktorze mu nie pomógł? Twój system, twoja metoda...

Młodzieniec spoważniał. Zaczął muskać wąsika i bystrzej się od czasu do czasu przypatrywać swej klientce.

Ona ciągnęła.

– Muszę cię zapoznać z panem Janem.

– Któż go leczy?

– Teraz Stypulski.

– Stypulski! – powtórzył doktor z dwuznacznym uśmiechem.

– On taki salonowiec, taki elegancki...

– Kto?

– Pan Jan! Pasowalibyście doskonale do siebie. On światowiec i ty doktorze, un médecin du monde par excellence. Pan Jan jest to jeden z najoryginalniejszych ludzi, jakich znałam...

– Wyglądasz pani na nim zachwyconą i on sam zaczyna mnie...

Il est charmant. Jest to jedyny człowiek w Warszawie z gruntu salonowy, a przy tym rozumny. Ślepy wyznawca form, galant, viveur, ma on swój odrębny sposób ślizgania się po wierzchu wszystkiego, że tak powiem, co mi się niezmiernie podoba. Katastrofę w jego życiu stanowiło, gdy lokaj stuknął talerzem podczas proszonego obiadu, a odchorowywał każdą nieakuratność w swym gospodarstwie, bo jest on... rolnikiem. Pojmujesz doktorze, jak dla takiego człowieka wygodnym jest zięć, walczący o utrzymanie się przy kawałku ziemi. Pan Jan nie zrozumie innych ludzi, tylko światowców, nieznających tysiąca bied i nędz życia. Ah! Jakbyś mu się doktor podobał i on tobie...

Młodzieniec słuchał i nie przerywał, bo go widocznie przedmiot rozmowy coraz więcej interesował. Pani Choryńska kończyła:

– Widzisz więc doktorze, żeś go źle osądził. Porycki powinien był żyć tak, jak żyją rodzice. Wydawać swoje, a korzystać z ich pozycji i ich dochodów, ale nie rzucać się w ratowanie dziedzicznej fortuny kosztem opinii Skorupskich, kosztem losu ich drugiej córki. Pan Jan, trzeba ci jednak wiedzieć doktorze, że Dzierżysława-Skorupscy, to nie peu de chose, a pani Janowa jest z domu... passons outre, sądził, że nazwisko i rzeczywiste stosunki zięcia wzmocnią jego światową pozycję, uzurpowaną w high-life siłą jego sprytu, uroku jego osoby i jego przyszłej rzeczywistej, a dziś pozornej fortuny, tymczasem...

Ruszyła ramionami i podchwyciła.

– Jest w fatalnym położeniu. Drugą córkę chce równie dobrze wydać, a majątkowo wydać ją już lepiej musi... Synowie rodzin boją się losu Poryckiego...

– Nie jest on do pozazdroszczenia – odezwał się doktor poważnie.

– Właśnie. I to jest przyczyna choroby pana Jana. On bowiem jest przy tym żółciowy, a tak przez życie popsuty...

– Naturalnie – podchwycił doktor – jeśli, jak pani mówisz, katastrofą w jego życiu było stuknięcie talerzem?

– O, tak! Cóż dopiero hrabia zięć, którego chcą co rok licytować.

– Więc pani wiesz wszystko? – zawołał młody mężczyzna.

– Mniej więcej. Ca se sait. Pan Jan nie rozumie takich okoliczności. On by wolał wszystko, niż tę ciągłą ruinę niemogących się już zrujnować Poryckich. Tutaj błyszczą, pani Janowa chodzi w brylantach, które warte są sto tysięcy, a tam...

– Licytują zięcia... – szepnął z uśmiechem doktor.

– Hrabiego, który – dodała dama z pośpiechem – miał olśnić nowym blaskiem ich blichtrową egzystencją. Pan Jan tak dba o te pozory, o... Ah! gdybyś mógł wymyślić coś, co by mu zdrowie przywróciło. Dziś będę u nich. Je ferai votre éloge. Ja tobie tylko doktorze zawdzięczam moje względne zdrowie. Jeśli mnie wybawiłeś od tych migren, dlaczegoż byś jego nie miał uwolnić od tych cierpień...

– Żołądkowych?

A ce, qu’il parait...

Doktor zamyślił się i dalej pomuskiwał tylko wąsika, spoglądając z ukosa na panią Wandę.

– Ona – myślał – zrobi moją karierę w tym mieście, potrzebującym widocznie doktora – un médecin du monde, jak się wyraziła.

On był takim i nie omylił się, wybierając Warszawę, jako arenę debiutu. To towarzystwo, cierpiące, jak jego klientka przy nim siedząca, jak opisywany pan Jan, potrzebowało innych doktorów, nie takich, jakim był sławny Stypulski.

– Bo cóż – zapytał po chwili pani Choryńskiej – taki Stypulski? Jestże on w stanie zrozumieć organizm tellement raffiné, jak pana Jana, sądząc z pani opisu?

Voilâ! Voilâ!! Musisz go leczyć – zawołała kobieta z radością – Ci doktorzy nie mają pojęcia o naszych organizmach.

Fin de siecle! – z uśmiechem dorzucił doktor i wstał z krzesła, zabierając się do wyjścia, ze swobodą i elegancją, właściwą tylko wielkim panom i wielkim szarlatanom.