Happy End - Marcin Podlewski - ebook
Wydawca: Studio Truso Grzegorz Gortatewicz Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Happy End - Marcin Podlewski

Zamarzną serca, staną stare zegary. Wyczerpią się baterie, zmatowieją lustra. Wzrosną czarne katedry i umrą komputery.

Świat się rozpada, a na ulicach pleni się zło. Ziemia została dotknięta plagą zagadkowych zakłóceń rzeczywistości. Nikt nie zna ich przyczyny. Nikt nie wie czym się zakończą. I wszyscy dążą do prawdy. Poznaj ją razem z uzależnionym od leków dziennikarzem i ogarniętą obsesją na punkcie „prawdy „ jego koleżanką po fachu. Mówi się, że prawda wyzwala. Ale czy na pewno?

Powieść Podlewskiego to książka o końcu, choć trudno ją nazwać stricte katastroficzną. W tej ciekawej mieszance fantastyki i horroru znajdziemy przede wszystkim opowieść o ludziach: depresyjnym redaktorze usiłującym uratować zamkniętego przez rząd ojca, dziennikarce z przerośniętą ambicją i nadużywającej alkoholu anorektyczce. To także książka o tajemnicy. Warto ją poznać, by zdecydować samemu czym właściwie jest „Happy End”.

Opinie o ebooku Happy End - Marcin Podlewski

Fragment ebooka Happy End - Marcin Podlewski







Marcin Podlewski

Happy END

Warszawa 2013


Copyright © Marcin Podlewski & Studio Truso 2013

Projekt okładki: © Zuzanna Podlewska, Bakcyl Studio

Korekta i redakcja: Paulina Szymborska-Karcz

Skład: Prasosfera.pl

ISBN ePub: 978-83-63966-04-1

ISBN mobi: 978-83-63966-05-8

Wydanie elektroniczne: Studio Truso, Warszawa 2013

www.studiotruso.pl, facebook.com/StudioTruso


I. Prolog

W więzieniu szybko zaczynasz skupiać się na pierdołach.

Nagle interesuje cię zatem grzyb na ścianie, liczba podłogowych klepek, krzak rosnący na podwórzu, żwir pod butem, sam but i jego sznurowadło, odłupany fragment cembrowiny otaczającej wyschniętą fontannę, dziura w ścianie, martwa żarówka, kurek nieczynnego kranu, trup muchy na parapecie i tak dalej, i tak dalej. W głowie rysuje ci się mapka zapchana przez tysiące pierdół i pół biedy, jeśli są to tylko szczegóły otoczenia. Niestety, z czasem zaczynają interesować cię inni: istne panopticum osobliwości. Ten bowiem stęka, tamten patrzy jakoś krzywo, kolejny ma chropowate łapy, a ostatni – fafluni spomiędzy warg i straszy cię kataraktą.

Pierdoły zaczęły męczyć mnie jesienią, mniej więcej rok po moim przybyciu. Zapewne gdyby to było prawdziwe więzienie, miałbym co innego do roboty. Cóż to bowiem za ciupa: pełna starców i z jednym tylko strażnikiem? Czy raczej: z naszym najdroższym skarbem. Wciąż drepczemy wokół niego jak przerażone kruki i zerkamy: czy za moment nie spowije go bladość, czy nie chwyci się dramatycznie za serce? Czy nie padnie nagle ze szklistymi oczami… w których odbiją się jeszcze pękające mury naszego sanktuarium.

Jeszcze pół roku temu nie obchodziło mnie, czy tak się stanie. Tysiąc razy podchodziłem do zardzewiałej bramy, chwytałem mosiężną klamkę… i tysiąc razy wracałem. Wygląda na to, że nadal chcę żyć. Zabawne.

Zacząłem pisać. Tydzień temu padł mi laptop: działał jeszcze siłą rozpędu i resztkami zasysanego prądu. Zdołałem – na szczęście – wydrukować niemal wszystko co wklepałem na klawiaturze przez te ostatnie miesiące, korzystając z pamiętającej lepsze czasy drukarki HP LaserJet 1200, i teraz wytrzeszczam w zdumieniu oczy. Druk w ostatniej chwili! Czysty cud! Poezja.

Co do reszty: wszystko leży w samochodzie tak, jak to zabrałem feralnego dnia naszej ucieczki. Gazety, kserokopie, zdjęcia, nagrania. Jest nawet pięknie wydrukowana i nigdy nie otwierana książka, wersja w twardej oprawie. Ocalał i stary maszynopis. Nie wiem, po co zabrałem te wszystkie śmieci. Po śmierci laptopa wytrzymałem dzień bez pisania, patrząc na otaczające mnie starcze gęby, słuchając jęczeń i próśb o pomoc. Chodziło rzecz jasna o pierdoły, bo o cóż by innego? Tego krzyż bolał, tamta płakała o zmianę pieluchy, a kolejna zadręczała mnie ględzeniem na temat córki, którą myliła z siostrą a obie – z własnym mężem.

Szybko zauważyłem, że nie ma przed nimi ucieczki. Jeśli widzieli, że kręciłeś się bez zajęcia, zaczynali włazić ci na głowę.

Robili to podstępnie i niby małym, nieśmiałym kroczkiem – uczepiali się jednak z niesamowitą siłą, przylegając jak wygłodzone niemowlęta. Niewielu ich zresztą zostało. Części nie upilnowałem: ci uciekli z naszego więzienia sami, wcześniej pakując mizerny dobytek do waliz lub wychodząc radośnie w pidżamach za wciąż otwartą bramę. A pozostali? Zdwoili wysiłki i stali się podwójnie męczący. Natura nie znosi próżni.

A zatem: pisanie. Na początku wmawiałem sobie, że to z ich powodu, że trzeba czymś się zająć… ale prawda jest taka, że męczyła mnie jakaś gorączka. Pisać, pisać.. trzeba opisać to wszystko! Udokumentować! Dla potomności! Z tą potomnością to oczywiście przesada. W każdym razie: pisać! Tylko na czym?

Po laptopie dorwałem się do starych kalendarzy. Znalazłem je w szafie pokoju dyrektorskiego. Obwoluty ze sztucznej skóry pokrywała gruba warstwa kurzu – nikt z nich nie korzystał, tak samo jak z długopisów i ołówków leżących w jednej z szuflad. Najwidoczniej, zanim personel zwiał, preferował komputery: na biurku stał, nieco już pożółkły i teraz martwy, Macintosh. Niepotrzebny szmelc. Złapałem za najsolidniej wyglądający terminarz, chwyciłem w garść ołówek i wyszedłem na zewnątrz.

Na dziedzińcu o tej porze dnia było pusto. Gdyby któryś ze starców mnie zauważył to pewnie zostawi w spokoju widząc, że mam zajęcie. Usiadłem więc na ławce i wziąłem się do roboty. Ale ręczne pisanie okazało się potworną mordęgą. Litery wychodziły mi jakieś koślawe: zanikała litera „a”, „n” wyglądało jak „r”, a znaków interpunkcyjnych zupełnie nie mogłem dostrzec. Krótko mówiąc: nie potrafiłem się rozczytać. Uwsteczniłem się przez wieloletnie stukanie w klawiaturę. Rzuciłem kalendarze w kąt, a potem, tknięty dziwnym przeczuciem, zszedłem do piwnic.

Okazały się prawdziwym grobem przestarzałych sprzętów. Wśród pudeł, paczek, zapomnianych choinek z plastiku, pojemników, tektur i foliowych worów znalazłem wreszcie to, czego szukałem: czarną maszynę do pisania marki Olivetti i trzy ryzy papieru. Podniecony znaleziskiem, ekshumowałem te zapomniane szczątki do swojej celi. Byłem uratowany!

Pół ostatniej ryzy nieco zamokło, ale nie sądzę bym zapełnił te wszystkie strony. Dziś w każdym razie zacząłem, a – biorąc pod uwagę wydruki – jestem już w połowie! Świetna sprawa. Jest nawet zapas barwiącej taśmy! Prawie dziesięć pudełek i to zupełnie suchych! W trakcie żmudnej procedury instalacji maszynowych wałków, upaćkałem sobie dłonie. Ale kiedy wkręciłem białą kartkę, poczułem, że to jest TO.

Po pierwsze: metalowe pałeczki z literkami wydają niesamowity dźwięk. Słuchając go, zaczynam rozumieć, co pisarze cenili w tym charakterystycznym trzasku powstałym przy uderzeniu metalu o papier. Po drugie: niesamowity jest sam proces pojawiania się słów. Litery po prostu są w-y-b-i-j-a-n-e i przez to jawią się jako coś trwalszego niż piksele. I po trzecie: papier i farba PACHNĄ.

Cudowny zapach! To uspokaja.

Piszę zatem, do końca nie wiedząc, czy to ma sens. Dobrze chociaż, że wszystko tu pamiętam. Piszę o nich, o niej. I o nim. To pewnie bezcelowe zajęcie. Po co to robię? Nie wiem.

To chyba wina mojego zawodu. Pan dziennikarzyna i pisarzyna. Ale nie tylko. Jest we mnie jakaś śmieszna potrzeba powkładania określonych fragmentów do odpowiednich pudeł i szuflad. Pragnę przybić stemple, pyknąć zszywaczem, nakleić karteczki z adnotacją. Wierzę, że tak jest bezpieczniej: gdy wszystko popakuję i wrzucę w ciąg liter, określę i zamknę. Jak stary, wychudzony chomik chcę ładować informacyjne graty do kartkowej dziury, a wszystko w szalonym amoku porządkowania i segregowania.

Zabawnie to musi wyglądać z zewnątrz: zupełnie jakbym biegał w kółko z naręczem papierów, pocąc się nad maszyną. Wzrok mam błędny, krok nerwowy, dyszę z wyczerpania. Co teraz będzie, co będzie, olaboga. Cóż pocznę?! Co teraz, co teraz. A teraz – już nic. Tylko nerwowa krzątanina przed końcem balu karzełków.


W dniu dzisiejszym odszedł profesor Pierre Leon. Znany z prac prognostycznych na temat Aberracji (znanych także pod nazwą Zdarzeń bądź Osobliwości) wybitny naukowiec, zmarł w swoim paryskim mieszkaniu o godzinie 15.35. Miał 99 lat.

Jak wiadomo z jego licznych publikacji, obliczenia profesora umożliwiły mu dokładne przewidzenie daty i czasu swojej śmierci. Uczeń profesora i kontynuator jego dzieła, doktor Jean Fabric powiedział w krótkim wywiadzie dla „Le Point”, że czas śmierci pokrył się z wyliczeniami profesora niemal w 100 procentach. „Ten niewątpliwy sukces prof. Leona wyraźnie wskazuje, że struktura tak zwanych Aberracji da się ująć w matematyczne karby” – oznajmił doktor Fabric. Nie odpowiedział on jednak na pytanie, czy można się spodziewać ewentualnego powrotu profesora, wyliczonego przez niego na około dwieście godzin po czasie jego odejścia.

źródło: Le Point

II. Spotkanie z królem

Tydzień przed spotkaniem z królem odwiedziła mnie trzyosobowa delegacja. Wizyta była niezapowiedziana i z początku nie wiedziałem z kim mam do czynienia. Przez wizjer zobaczyłem tylko ładną, rudowłosą, bardzo chudą kobietę o zaciętych, cienkich ustach, jakiegoś grubasa w popielatej marynarce i faceta, który machał legitymacją. To przez tę legitymację ich wpuściłem, chociaż nawet się jej nie przyjrzałem. Wystarczyło zobaczyć dwie litery „Z”. ZetZet. Zespół Zapobiegawczy.

W mieszkaniu był pieprznik, nie zdążyłem nawet pościelić łóżka. Wydawali się nie zwracać na to uwagi, wymienili tylko nazwę instytucji. Zaproponowałem kawę, herbatę. Gruby powiedział, że „wypije herbateczkę”, więc poszedłem nastawić wodę.

– O czym zamierza pan rozmawiać z królem? – spytała anorektyczna kobieta, kiedy już rozsadziłem ich na pufach przy ławie.

Wzruszyłem ramionami. Kobieta trzymała w rękach niewielki brulion i ołówek, najwidoczniej zamierzali notować.

– To administracja króla wystosowała zaproszenie… – zacząłem, ale przerwał mi ten od legitymacji. Miał niewielkie, cienkie i okrągłe okularki, przez które bacznie mi się przyglądał.

– To wiemy – chrząknął. – Napisał pan książkę.

– No tak, nawet dwie. Ale pewnie chodzi o drugą, co?

– Myśli pan, że to o niej król chce rozmawiać?

– Myślę, że tak – odparłem. Głupio było stać, kiedy tak siedzieli i wpatrywali się w moje nogi. Podstawiłem sobie krzesło z pokoju. Teraz było jeszcze niezręczniej – chcąc nie chcąc, górowałem nad nimi. Na szczęście czajnik zaczął piszczeć, przeprosiłem, wyszedłem, zacząłem zalewać herbatę dla grubego. Coś tam poszeptywali, słyszałem chłodny głos kobiety. Kiedy wróciłem, zauważyłem, że ma jeszcze bardziej zaciśnięte usta.

– Panie Lebański – odezwała się – jest pan jednym z niewielu ludzi, którym dane będzie zobaczyć króla. Nie będziemy się tu na razie wdawać w dyskusje o protokołach bezpieczeństwa. To spoczywa na naszych barkach. Jeśli jednak zgodzi się pan na spotkanie, podpisze pan odpowiednią klauzulę tajności. Jest także kilka kwestii, które muszą być z panem omówione – skinęła głową na okularnika. Ten splótł palce i zaczął, patrząc na mnie z dobrotliwym uśmieszkiem.

– Podejrzewamy, że to Jego Królewska Mość ofiarował panu stypendium za napisaną przez pana pozycję.

– Ale nie mają państwo pewności? Ja słyszałem o jakiejś organizacji i pieniądze są podobno od nich.

– Jeśli był to król, to decyzja Jego Wysokości, to rzecz jasna, jego kaprys i jego sprawa. Wie pan jakie jest stanowisko Zespołu wobec pańskiej książki. Teraz jednakże nie chodzi o tamtą starą sprawę lecz o to, że pragniemy, by nie poruszał pan pewnych tematów z królem.

– Pewnych tematów?

– Króla nie interesuje tematyka polityczna ani w ogóle żadna sytuacja poza obszarem jego wyspy. Od takich informacji są wykwalifikowani ludzie, których praca polega na dostarczaniu Jego Wysokości odpowiednich danych. Dlatego, jeśli będzie pan rozmawiać z królem… na przykład o swojej książce, to wolelibyśmy, aby nie poruszał pan zawartych w niej… kwestii politycznych – okularnik uśmiechnął się szerzej. – Nasze pytanie jest zatem takie: czy potrafi pan rozmawiać o swojej książce bez poruszania tych elementów w trakcie rozmowy?

A więc o to chodziło.

– To chyba… niemożliwe – odpowiedziałem. – Treść… nie, to się nie da. Ta książka miała być w sumie esejem, ale potem to się rozrosło… Nie widzę możliwości, żeby… W końcu chodzi o abery, prawda?

– Panie Lebański – przerwała mi kobieta. – Jest pan człowiekiem inteligentnym. Dlatego pokładamy w panu pewną dozę zaufania.

– Dziękuję – prychnąłem. Ruda anoreksja zmarszczyła brwi.

– Myśli pan, że to zabawne? Wcale tak nie jest. Nasze warunki są proste i może pan na tej całej sprawie skorzystać – dodała.

– To znaczy? – zaciekawiłem się.

– Po pierwsze, z pewnością nie chce się pan narażać na dalsze konsekwencje. A my jesteśmy skłonni przekonać niektórych polityków do zmiany zdania w pańskiej sprawie – zapauzowała, pewnie dla lepszego efektu. – Nie muszę chyba dodawać, że dotyczy to nie tylko napisanej przez pana książki, ale także pańskiego ojca.

– Wypuścicie go?

– O tej sprawie na razie nie wolno mi się wypowiadać – zastrzegła. – Po drugie, czy chce nam pan powiedzieć, że taka inteligentna osoba jak pan nie poradzi sobie z ominięciem tematów dotyczących Aberracji w trakcie rozmowy?

– Nie miałem tego na myśli, ale…

– Zatem to załatwione – znowu mi przerwała. Zauważyłem, że grubas pokiwał z zadowoleniem głową. – Mamy jeszcze kilka uwag do pańskiej wizyty – kobieta zerknęła w notatnik. – Z królem nie należy rozmawiać o śmierci, chorobach i w zasadzie o wszelkich zagrożeniach.

– A od kiedy zdrowie króla interesuje ZetZet?

– Od momentu kiedy Jego Królewska Mość, jeszcze nie piastując swej funkcji, miał, jak pan wie, bezpośrednią styczność z jedną z Aberracji, i to Pierwszego Stopnia, a więc zogniskowaną dokładnie wokół jego osoby. Aberracja dała mu pewne… możliwości.

– I zakończyło się to tytułem królewskim, jak rozumiem… Po to, by nikomu łba nie urwał?

– To w tym momencie nieistotne. A pański komentarz… – skrzywiła się. – Wracając do sprawy: w trakcie dyskusji na temat twórczości, gdyż jak zakładamy w tej sferze ma toczyć się dysputa, respektowane są tylko te rodzaje sztuki i kreacji, które nie wzbudzą niepokoju Jego Wysokości – kontynuowała, niezrażona. – Musi pan także ograniczyć się do omawiania obszarów… mówiąc wprost, wystarczy, że będzie pan mówił tylko o wyspie, na której król przebywa. Ufamy, że będzie pan w stanie sam osądzić, które z tematów mogłyby wywrzeć niekorzystne efekty.

– Świetnie, że mam, jak widzę, możliwość wyboru…

– Dowiemy się, czy zastosował się pan do naszych zaleceń. Proszę o tym pamiętać.

– To mnie akurat nie dziwi. Rozumiem, że jeśli zdenerwuję Jego Wysokość, to dla kaprysu może wysadzić nas w powietrze?

Nie zareagowała.

– To są papiery związane z klauzulą tajności – podała mi jakąś teczkę. – Jeśli chce pan, abyśmy… cóż… wykreślili pewne uwagi na pański temat z naszych rejestrów, musi pan to podpisać. Zgadza się pan?

– Pozostaje jeszcze kilka kwestii technicznych – kontynuowała, gdy kiwnąłem głową i zacząłem przeglądać dokumenty. Kartki były jaskrawobiałe, przed oczami wirował mi drobny druk. – Na wyspę króla poleci pan samolotem w piątek o ósmej trzydzieści. Przyjedziemy po pana… nie wiem… koło szóstej? – ponownie spojrzała w notatki. – Proszę założyć coś luźnego, król przyjmie pana w swoim domu na plaży. Może być sportowa marynarka, dżinsy, coś takiego. To nie jest oficjalna wizyta, a król ma już dość garniturów i krawatów… Powinien pan zjawić się u niego w trakcie obiadu, na który jest pan zaproszony. Proszę nie brać ze sobą żadnych urządzeń nagrywających czy robiących zdjęcia. Jeśli będzie miał pan przy sobie komórkę, będzie pan musiał zostawić ją w depozycie. Sprzęt zostanie zwrócony po wizycie. To samo tyczy się dokumentów i w ogóle wszelkich przedmiotów. Nosi pan zegarek?

– Nie.

– I bardzo dobrze.

Odchyliłem się na krześle.

– Obawiacie się, że zrobiłbym coś królowi zegarkiem?

– Nie – wtrącił się okularnik. – Po prostu Jego Wysokość nie życzy sobie żadnych czasomierzy. W świetle ostatnich Aberracji i tego, co go spotkało, niepokoi go upływ czasu.

– Nie rozumiem…

– Wystarczy, jeśli się pan dowie, że król trzy lata temu rozkazał pozbyć się z wyspy wszelkich urządzeń rejestrujących czas.

Parsknąłem, ale patrzyli na mnie zupełnie poważnie. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć i w końcu wymamrotałem coś o ciastkach, może chcieliby się poczęstować. Gruby popatrzył na mnie z rozbawieniem.

* * *

Tej nocy, pomimo piguł, źle spałem. Nie miałem żadnych snów, ale wierciłem się i dusiłem w łóżku. Obudziłem się o wpół do trzeciej. Paskudna pora, za oknem chłód i ciemnawa szarość. Gardło miałem suche jak pieprz, poszedłem napić się wody. Serce waliło mi ciężko, zbyt leniwie.

Może lepiej, że żadnych snów nie było? Ostatnio śniły mi się koszmary: trupy palone w krematoriach, a wcześniej sztucznie ożywione i poddane drobiazgowym przesłuchaniom. Ten sen akurat świetnie rozumiałem, choć nie mogłem o nim zbyt długo myśleć. Ale śniłem też o wielkich falach zielonej wody zmiatających olbrzymie połacie miasta, o zdziczałych psach atakujących ludzi w wątłym, jesiennym lesie, o starcach smaganych elektrycznym biczem… i o prawdziwych wydarzeniach, takich jak choćby utrzymujący się nad południową częścią miasta oleisty, chmurny wir.

Woda zdawała mi się kwaśna, przełykałem z trudem. Oto moje życie. Kręcę się po nocy, piję wodę z zakurzonej szklanki. Nigdy nie miałem żony, dzieci. Nie ma już też Anity. I proszę – gdyby zdarzyło mi się paść w nocy na wylew czy zawał, to – pomimo tak niewielkiego znaczenia – miałbym gwarancję bycia znalezionym. W końcu byłem umówiony z królem. Gdyby nie król, ciało znalazłaby sprzątaczka w przyszłym tygodniu, dokładnie we wtorek. Ewentualnie ktoś z redakcji – wciąż nie dosłałem obiecanych felietonów. Ci z Zetów, którzy swojego czasu narobili mi takiego smrodu (rzecz jasna na polecenie rządowe), odnotowaliby tylko, że zbyt kontrowersyjny autor książki na temat społeczno-strukturalnych konsekwencji aberów (to potoczne określenie Aberracji szybko się przyjęło), nie stanowi już zagrożenia. Gdyby nie król, znikłbym zatem powoli, skromnie. Człowiek nie przestaje być nagle – raczej powoli się rozpuszcza. Chyba, że spocznie na nim królewskie oko.

Kręciłem się jeszcze jakieś pół godziny. Telewizor nie działał – to było do przewidzenia. W zeszłym miesiącu podano, że wystąpią problemy z odbiorem sygnału na całym kontynencie. Zbliżała się zmarzłoć, ciągnęło chłodną entropią skuwającą lodem całe miasteczka, fale płynęły po niebie. To sunął lód, kręciły się powietrzne wiry. Nikt nad tym nie panował i nikt się też nie starał. Aber Pogodowy i tyle. Doktorowie w grubych pinglach znów wysmażą serię artykułów, ktoś dostanie profesorski tytulik, odbędą się kongresy i sympozja. A wszystko będzie poza mną. Może to i lepiej.

Coś trzeba było zrobić. Z nudów odpaliłem komputer i wszedłem w wyszukiwarkę. Informacji o królu była cała masa, ale nigdzie nie mogłem znaleźć jego zdjęcia. Czy je też kazał usunąć? Owszem, trafiały się niewyraźne fotki, ale ich jakość była zbyt kiepska, by wyczytać coś z królewskiej twarzy.

Zabrałem się za lekturę. Jeden z artykułów szczególnie mnie zaciekawił, może dlatego, że był to atak na funkcję Jego Wysokości. „Niekwestionowane możliwości Jego Królewskiej Mości, powstałe tuż po Aberracji Pierwszego Stopnia z października dwa lata temu i gwarantujące mu otrzymanie „królewskiego statusu”, pozwalają trzymać mu w szachu państwa ościenne, z konieczności tylko godzące się na monarchistyczny ustrój swojego sąsiada. Król dobrze zadbał o swój tron: nikt nie przeciwstawi się otwarcie jego władzy, pod groźbą nieuniknionych konsekwencji. Pozostaje pytanie, czy Jego Miłość jest istotnie „miłością”, czy też szacunek do niego jest raczej podszyty strachem i obawą przed człowiekiem, którego możliwości mogą stanowić o losach oponentów? To prawda: jego „poddani” mogą wyemigrować. To prawda, że król im na to pozwala. Ale nie zmienia to faktu, że tyrania pozostaje tyranią.”

Dalszą część artykułu przeleciałem pobieżnie. Kliknąłem na kilka odnośników do kolorowych czasopism. Gdzieś tu były informacje o historii króla, jego pierwszej i nieżyjącej już żonie, politycznych sympatiach i ulubionych zajęciach. „Król – pisał autor kolejnego materiału – to zapalony myśliwy, choć znana jest sytuacja, w której Jego Wysokość po ustrzeleniu nadzwyczaj dorodnej kaczki, zapadł na długotrwałą i niezrozumiałą depresję”. Sprawa depresji króla na tyle mnie zainteresowała, że zacząłem szukać więcej informacji na ten temat. Niestety znalazłem tylko niepewne doniesienia medialne i niewyraźne zdjęcia. Jakaś rozentuzjazmowana dziennikarka napisała artykuł o „niespodziewanych królewskich łzach”, a popularny tabloid zamieścił obszerny tekst na temat rodzajów i objawów depresji. Była jeszcze zapowiedź książki Człowiek, który został królem. Podobno publikacja została wstrzymana. I zdjęcie. Jedno jedyne zdjęcie Jego Miłości znalezione w otchłaniach Google.

Przypominał mi trochę mojego ojca.

Nic więcej nie było. Nie czytałem już, kleiły mi się oczy, zapadałem w sen. Przebudził mnie dopiero grad: normalna rzecz w środku gorącego lata.

* * *

W dniu odlotu padało. Przyjechali po mnie tak, jak zapowiadali. Samochód wyglądał tak, jak zawsze wyobrażałem sobie wóz tajnych służb: przepisowo czarny i nienagannie czysty. W środku pachniało jakimś chemicznym środkiem symulującym wanilię. Okularnik nie przyszedł, spytałem nawet co z nim, ale anorektyczna, ruda kobieta spojrzała tylko na mnie i nic nie powiedziała. Wyglądała na solidnie zmęczoną. Grubas znów coś żarł, nie zareagował.

– Napije się pan kawy? – spytała ku mojemu zdziwieniu kobieta. Okazało się, że miała ze sobą termos. – Jest tylko czarna – usprawiedliwiła się – dość mocna.

– Dziękuję.

– Źle trochę zaczęliśmy – powiedziała, gdy upiłem łyk. – Ale rozumie pan, panie Tomaszu… procedury.

Zdawało mi się, że usłyszałem parsknięcie grubasa.

– W każdym razie bardzo zależy nam na pańskiej współpracy – oznajmiła kobieta. – Nie ma co wchodzić w dodatkowy konflikt z Zespołem, prawda? Ma pan już wystarczająco dużo kłopotów. A król… Króla po prostu nie wolno denerwować, rozumie pan?

Za szybą przesuwało się miasto. Zawsze lubiłem patrzeć na mijany w trakcie podróży krajobraz.

– A czym miałbym zdenerwować króla? – spytałem. Grubas kiwnął głową, jakby się ze mną zgadzał.

– To co panu powiem, jest w gruncie rzeczy utajnione – powiedziała kobieta. – Pewnie słyszał pan o… pojawiały się takie artykuły…

– Czytałem coś wczoraj o depresji.

– To nie była tak naprawdę depresja. Jego Wysokość przeżył ciężkie załamanie nerwowe – wytłumaczyła. – Lekarze twierdzą, że wciąż jest roztrzęsiony i niespokojny. Dlatego nie chcemy, aby cokolwiek go zdenerwowało. Kiedy ostatnio Jego Królewska Mość stracił nad sobą panowanie… powiedzmy, że odbiło się to na kilku niewinnych osobach.

– I jak to się wam udaje?

– Do króla nie docierają żadne… niepokojące informacje ze świata zewnętrznego. Oczywiście, ogląda on serwisy informacyjne czy przegląda gazety, ale są one… To znaczy… – zaplątała się i uśmiechnęła dziwnym grymasem złapanej myszy. – Oficjalnie brzmi to tak: wszystko, co robimy we współpracy z królewskim rządem, robimy dla dobra Jego Wysokości.

Nic na to nie powiedziałem.

* * *

Boję się latać samolotami. Jest coś nienaturalnego w fakcie lecącego ponad chmurami metalowego pudła. W prywatnym samolocie króla było jednak inaczej, bezpieczniej. Tuż po dokładnym sprawdzeniu, czy nie mam przy sobie niepotrzebnych i zakazanych przedmiotów usadzono mnie na wygodnej sofie. Na ścianach machiny dostrzegłem błyszczące monitory. Głos był wyłączony, leciał serwis. Byłem ciekaw, czy to wcześniej nagrany przekaz. Skoro ograniczali królowi dostęp do informacji, to może robili to i w samolocie.

Przed sofą stał okrągły stolik, a na nim karafka wypełniona do połowy wodą i jakieś czasopisma. Żadne nie traktowało o tematach politycznych. Było coś poświęconego zabytkom, rasom psów i najnowszym doniesieniom ze świata kultury. Przeglądając tytuły, wyciągnąłem z kieszeni fiolkę uspokajających piguł. Wcześniej liczyłem na to, że obejdzie się bez ich zażywania. Nic z tego. Zdecydowałem się na ćwiartkę diazepamu. Nie chciałem być kołowaty w trakcie wizyty.

Leki na uspokojenie zażywam od dość dawna. Jeśli nie łyknę piguły na wieczór i potem z rana, to wszystko zaczyna mnie drażnić. Ludzie jawią mi się jako ględzące i upierdliwe stwory, otacza mnie elektryczny szum, denerwują odgłosy z ulicy. Na wszystko jest rada: jedni poświęcają się pracy, inni strzelają sobie wieczornego drinka lub ogłupiają się telewizją. Ja – nie licząc drinków – łykam piguły i nic nie wskazuje na to, bym kiedykolwiek przestał.

Oczywiście wszystko przez Anitę. I ojca. Przede wszystkim ojca. Oraz ciotkę – skoro już się rozkręcam, to dlaczego nie? Po śmierci matki i problemach z nieobecnością ojca, to ona mnie wychowywała przez krótki czas i – patrząc z perspektywy – była świetną matką, choć, jak w pewnym momencie się okazało, kwalifikowała się do zakładu. Wciąż gderała do siebie, chomikowała przedmioty i była święcie przekonana, że pewnego dnia do naszego domu wejdą Cyganie, aby nas okraść. Wierzyła, że chroni nas przed nimi jedynie święty Paweł, który od dawna obserwuje nasze mieszkanie. W obecnych czasach jej zachowanie nie byłoby czymś dziwacznym. Na szczęście ani Cyganie, ani święty nigdy nie zjawili się z wizytą. Wykręciła co prawda pewien wariacki numer… ale tylko raz. Potem odeszła. I to właśnie wtedy zostaliśmy w dwójkę. Ja i ojciec.

– Jeszcze piętnaście minut – kobieta usiadła naprzeciwko mnie. W ręku trzymała szklankę z przezroczystym płynem. – Napije się pan czegoś?

– Dziękuję. Może tonik?

– Jasne – machnęła ręką w kierunku stewarda. – Wie pan co? – zaczęła, kiedy się oddalił. – Pomyślałam, że nawet pan nie wie, jak się nazywam… To całe zamieszanie… Patrycja Staw – wyciągnęła do mnie dłoń, potrząsnąłem. – Staw, jak zbiornik wodny – zachichotała sztucznie, widocznie dowcip był stale powtarzany. – Współpracuję z królem z ramienia ZetZet, tylko przy tej sprawie. Oddelegowano mnie do niej, ponieważ wcześniej należałam do rządowej administracji.

– A pani kolega? – spytałem, mając na myśli grubego.

– Różycki. Jan Różycki. On jest z Zespołu Zapobiegawczego.

– Miło mi.

– Wie pan co, panie Tomaszu? – zaczęła, poprawiając garsonkę – Nawet się cieszę, że to właśnie pan spotka się z królem. Pan sprawia wrażenie bardzo spokojnego… nie to co my wszyscy tutaj. Wszystkie te sytuacje…

– Abery – skorygowałem, zupełnie niepotrzebnie. Spięła się lekko. W zasadzie o Aberracjach się nie rozmawia, chyba że jest to naprawdę konieczne. Nie ma co dyskutować o czymś, nad czym nie sposób zapanować i co rozwala z wolna, tak pięknie uporządkowany świat. Nawet ze współpracownikami Zespołu próbującego uchwycić je w ochronne karby.

– Chyba wcześniej wylądujemy – powiedziała. – Widzę już cypel, a pan?

Spojrzałem przez mydłowate okienko, ale niczego nie zauważyłem. Ciągle padał deszcz. Zanim przyjąłem przyniesiony przez stewarda tonik, w odbiciu samolotowej szyby zauważyłem szczupłą – i na swój sposób ładną – twarz pani Patrycji – patrzyła na mnie z napięciem. Nawet powieka jej nie zadrgała.

* * *

Wszystko odbyło się w nerwowym pośpiechu. Tuż po wylądowaniu zapakowano mnie do czarnego vana, nie zdążyłem się przyjrzeć lotnisku. Przez szyby wozu widziałem, że wszędzie jest mokro i szaro. Wiał wiatr. Szofer włączył wycieraczki na maksymalną prędkość, ale miałem wrażenie, że nic nie widzi. Zauważyłem, jak nachyla się do przodu i wytrzeszcza oczy. Van jechał powoli, pani Staw rozmawiała przez komórkę. Przytakiwała komuś po drugiej stronie tak ochoczo i z takim zaangażowaniem, że nie sposób było tego nie pomylić z entuzjastycznym wchodzeniem do tyłka. Dopiero po chwili zorientowałem się, że nie było z nami grubasa – pewnie został w samolocie, a może miał jechać drugim wozem.

Przez całą tę sytuację, a może przez nerwowość Staw i jej świty, sam zacząłem się denerwować. Tabletki uspokajające jeszcze nie zaczęły działać: zawsze mam problem z ich przyswajaniem. Cała ta jazda wozem, w deszczu i w sumie po ciemku, zaczęła mi dodatkowo przypominać podróż z ojcem do szpitala. Pamiętam, że wtedy też tak lało, a ojciec milczał. W pewnym momencie chwycił mnie za rękę i powiedział:

– Ale nie zostawisz mnie tam, Tomek?

– Jesteśmy na miejscu – odezwała się pani Patrycja. Szofer coś mamrotał, wjeżdżaliśmy na podjazd. Przez mgłę deszczu dostrzegłem jakieś klomby, opony zachrzęściły na żwirze. Zamrugałem oczami: rozstawiono tu lampy. Widziałem cały wielki, oświetlony dziedziniec. Zauważyłem też dom. Był z brązowego drewna zmieszanego z kamieniem i wyglądał jak wielki półprodukt Ikei. Składał się z kilku kwadratowych segmentów o spadzistych dachach. Całości dopełniały naprawdę wielkie okna – zastanawiałem się, czy niektóre nie mają spełniać funkcji ścian.

– No włącz to, Robercie – powiedziała pani Staw. Szofer naciskał coś przy kierownicy i klął cicho. W końcu odniósł sukces: uniosła się jakaś brama, to był drugi wjazd prowadzący do części garażowej.

– Duży budynek – zauważyłem. Pani Staw niemal podskoczyła.

– Prawda? Poszło na niego wiele milionów, zapewniam pana – wyrecytowała. – To świetna konstrukcja, nie pamiętam architekta, ale był z Niemiec. Teraz pan tego nie widzi, bo leje, ale tam gdzie opada ziemia, są kolejne kondygnacje.

– Jak to: opada ziemia?

– Dom jest częściowo na urwisku, całkiem niedaleko linii granicznej wyspy. Z uwagi na niestabilność podłoża, trzeba było go wzmocnić. Z początku miały być stalowe pale konstrukcyjne, ale architekt powiedział, że dom będzie podpierać się domem i zrobił wielką dobudówkę. Teraz mieszka tam służba. Pan też dostanie pokój. Król chce, żeby został pan kilka dni.

– Ale nikt mi o tym nie powiedział…!

– Decyzję Jego Wysokość podjął wczoraj wieczorem. Nie było już czasu… zapewniam, że otrzyma pan stosowną rekompensatę. O, już wjeżdżamy – poinformowała. I w ten sposób znalazłem się w posiadłości króla.

* * *

Pokój był nieco w stylu artdeco, z pewnością włożono w niego kupę forsy. Czułem się nieswojo – najpierw to całe zamieszanie, teraz zbyt sterylna przestrzeń. Na szczęście piguły zaczynały już działać. Zawsze mogłem je zmieszać z alkoholem, pod ścianą stał niewielki barek. Efekty bywały całkiem niezłe, płynęło się w otępieniu, z lekko rozchyloną życzliwie facjatą, oczy zachodziły dobroduszną mgłą. Widoczny za nią świat zdawał się przyjazny, pełen ludzi wypełnionych ciepłym, bąblującym powietrzem.

Mój ojciec był, między innymi, lekomanem – dzielnie szedłem więc w jego ślady. W sumie nie mogłem go winić – żarcie kupionych w aptece specyfików, choćby ponad miarę, było znacznie bezpieczniejsze od jego pseudolekowych eksperymentów, które prowadził z naiwnością małego dziecka. Pamiętam, kiedy jako mały szczeniak dorwałem się do jego Szafy Skarbów: stały tam dziesiątki butelek, które drobiazgowo opisał chemicznymi drzewkami. Jako profesor medycyny znał się dobrze na opiatach i chemii usypiającej mózg: wiele razy przeprowadzał drobne eksperymenty, podgrzewając i rozlewając jakieś ciecze, krusząc proszek w moździerzu, ubijając tabletki. Dopóki żyła matka, próbowała kontrolować jego zapędy. Pamiętam, jak goniła go po domu, krzycząc coś o niekontrolowanym żarciu pitraszonych leków. Ciotce było wszystko jedno. Pozwalała mu na wszystko, tym bardziej, że jego nałóg – w jej mniemaniu – był zupełnie niegroźny. Nie przepadał też za dużą ilością alkoholu. Kiedy wysączył dwusetkę koniaczku, zmieniał się w cierpiące, ciche zwierzę. Ze spokojem znosił życiowe razy, sunął po pokoju jak duch, kładł się i usypiał.

Zapukali, kiedy poszedłem do łazienki. Akurat przeglądałem się w lustrze: wiecznie zmęczona, nieco wychudzona twarz, przedwczorajszy zarost. Duchowo stara, zrezygnowana małpa. Zupełnie jak ojciec.

– Jest pan już gotowy? Jego Wysokość…

– Zaraz wychodzę! – krzyknąłem, przemywając fizjonomię. Skóra wsysała wodę, wytarłem się białym ręcznikiem. Nie chciałem nigdzie iść. – Chwileczkę!

* * *

Spotkanie miało odbyć się w czymś, co nazwali salą obiadową.

Prowadziła mnie pani Staw. Szedłem po miękkim linoleum oświetlonym przez fantazyjne kandelabry. Deszcz uderzał o wielkie szyby: to było akwarium, a ja byłem kolejnym okazem. Płynęliśmy do drzwi z ciemnego szkła pozbawionych klamek. Rozsuwały się po naciśnięciu srebrnego przycisku. Pani Staw uśmiechnęła się do mnie bez wyrazu: dalej miałem wejść sam.

Król siedział za wielkim stołem. Wyglądał gorzej niż na znalezionych przeze mnie fotkach – łysy, stary i drobny, w ciemnym ubraniu. To miała być ta ucieleśniona groza? Jadł palcami, przeżuwał powoli. Na stole rozstawiono tylko kilka potraw. Ten, kto spodziewałby się przepychu, byłby zawiedziony. Jego Wysokość nie spojrzał na mnie. Salę spowijał półmrok, tu także były okna, za którymi szalała wyciszona burza. Nieliczne lampy ledwo się żarzyły miodowym światłem, przypominającym płomień świecy. Podszedłem krok bliżej. Król wciąż jadł, nie podniósł nawet głowy. Teraz, gdy go już widziałem, w niczym nie przypominał mojego ojca.

– Pan jest tym pisarzem? – spytał. Mówił cicho, odrobinę ochryple. Kiwnąłem głową.

– Poniekąd, Wasza Wysokość.

– Miał pan przyjść… – powiedział do siebie. Machnął ręką. – Niech pan siada. Lubi pan małże?

– Tak, dziękuję.

– Małże to świństwo – oznajmił król. – Nie da się tego jeść bez sosu. Ciągle dostajemy tu owoce morza, czyli to całe wodne robactwo. Nieważne zresztą. Wie pan, dlaczego pana wezwaliśmy?

– Nie, Wasza Wysokość.

– Jutro – westchnął, wypluwając coś do miski. – Jutro się pan dowie.

Spojrzał na mnie mętnymi oczami.

– Napisał pan tę książkę… tak? – upewnił się. – Chodzi nam o tę, w sprawie której jest to całe stypendium. To stypendium – nachylił się konspiracyjnie – nie jest nasze.

– Naprawdę?

– Bynajmniej. W każdym razie chodzi o tę książkę, w której pisze pan o tym, jak utrzymać ustrój społeczny. Pisze pan o Aberracjach. Pan to słowo wymyślił?

– Niezupełnie. Ale jakoś trzeba nazwać to, co się dzieje. Wcześniejsza nazwa – „Zdarzenie”– była… nieadekwatna. Zbyt ogólna.

– Wykluczyli pana ze środowiska uniwersyteckiego, tak? I zablokowali pańską działalność publicystyczną? Po tej książce?

– Tak.

– Dlaczego?

Odchrząknąłem. No to cudownie. Omijanie tematu szło mi jak z płatka.

– Wasza Królewska Mość z pewnością rozumie, że część poglądów zamieszczonych w książce nie była zbyt popularna. Lepiej pojmować abery jako chwilowy wybryk natury, który przeminie i wszystko wróci do normy.

– A pan uważa, że nie wróci?

– Nie, Wasza Wysokość. Ale Wasza Wysokość zapewne sam doskonale to wie.

Król wziął do rąk chustę i zaczął niezgrabnie wycierać ręce z tłuszczu.

– Może pan mówić – oznajmił. – Nie musi pan czekać, aż zapytamy. Darujemy sobie te wszystkie protokoły. Nigdy za nimi nie przepadaliśmy. I niech pan coś sobie nałoży.

Zastosowałem się do królewskiego polecenia. Na lewo stał talerz z wędlinami i serem, wziąłem kilka zwiniętych w kulki sztuk mięsa.

– A zatem stał się pan ekspertem od aberów – powiedział król. Głos dziwnie mu się podniósł, ale nie odebrałem tego jeszcze jako czegoś niepokojącego.

– Niezupełnie… Jak Wasza Wysokość wie, to, co się dzieje od kilku lat, wymyka się naukowym definicjom. Z jednej strony mówi się o miejscowych zachwianiach struktury rzeczywistości. Z drugiej o mutacji, osobliwościach czy nawet o strukturalnej entropii. Po słynnej Wielkiej Fali, która zmiotła między innymi Paryż, przestano używać określenia „cuda”. Ja pozwoliłem sobie tylko zasugerować wcześniej używaną nazwę „Aberracje” i wytyczyłem pewne kierunki. Szybko zaczęto nazywać mnie „ekspertem”, ale to oczywiście przesada. Nie jestem ekspertem w sensie naukowym. Zaproponowałem tylko pewne rozwiązania dla społeczeństw i dla struktur państwowych. Nigdy nie udawałem, że rozumiem te zjawiska w sensie fizycznym. A że moje poglądy okazały się bardzo niepopularne…

– Tak? – wychrypiał dziwnie król. Uniosłem głowę. Wpatrywał się we mnie chciwie. Coś zaszurało, chyba za drzwiami.

– Dalej już Wasza Wysokość wie – powiedziałem. – Samo oskarżenie o terroryzm polityczny wystarczyło. Działanie wbrew polityce państwa i tak dalej. Sianie zamętu. Wprowadzanie „anarchii pseudodemokratycznej” w momencie „największego zagrożenia”.

– Największe zagrożenie… – Król zaśmiał się piskliwie. – A tu nic nie dojdzie, co? Zapewnili nas, że nic tu nie dojdzie. Nic z tego, czego sami nie chcemy. To miejsce jest nasze! Tu my jesteśmy królem!

– Skoro Wasza Wysokość jest takiego zdania…

– Nic tu nie dotrze – zapewnił mnie. Głos trząsł mu się lekko. – Nikt tu nie przyjdzie. Jeśli by coś przylazło, coś nadpłynęło… są na to sposoby… Mamy na to sposoby. Jesteśmy tu MY.

Pokiwałem głową. Król podskoczył na krześle. Coś zdecydowanie było nie tak.

– Które z Aberracji uważa pan za największe? Czy właśnie to, co się stało z Paryżem? – wypiszczał Jego Królewska Mość. Odwróciłem wzrok, ale kątem oka dostrzegłem, że skulił się w krześle, jakby szykował się do skoku. Zawahałem się.

– Fakt, tak myślałem na początku. Ale teraz… chyba najgorsze są perturbacje czasowe, te czasowe dziury…

– Absurd! – zdenerwował się król. Uderzył pięścią w stół i wytrzeszczył na mnie oczy. No i masz. – Absurd, absurd, absurd!!!

Niemal od razu, kiedy zaczął krzyczeć, otworzyły się drzwi. Wbiegła wściekła pani Staw, za nią pędził grubas. Król jęczał uderzając dłońmi o blat. Grubas chwycił go wpół, odciągnął. Pani Patrycja złapała mnie za ramię. Pomimo swojej niemal anorektycznej aparycji, była nadspodziewanie silna. Prawie ściągnęła mnie z krzesła.

– Co mu pan powiedział?! – wysyczała, wyprowadzając mnie z sali. Król jęczał, parskał i płakał. – Co mu pan powiedział, do cholery?!

* * *

Tej nocy myślałem o ojcu.

Pamiętam, jak – tuż po tym, co się wydarzyło – poszliśmy do supermarketu. Ojciec z widoczną fascynacją przechadzał się wśród półek. Dotykał niepewnie pudeł z kolorowymi rysunkami, nachylał się nad plastikowymi workami z makaronem.

– Tomek, zobacz… – pokazywał mi pudełko płatków. Ich skład i sposób wytworzenia był dla niego źródłem fascynacji. – Tak się tnie kukurydzę? Tak się podgrzewa? – Szedł wolno pomiędzy wąskimi alejkami pełnymi produktów, ubrany w swój ulubiony, jesienny płaszcz. Na szyi prężył się dumnie szalik, który pomogłem mu zawiązać.

Najbardziej podobał mu się metalowy wózek. To było niesamowite pchać go przed sobą, w świetle elektrycznych świateł, zapełniać go przedmiotami. Powtarzał, jaka to wygoda.

I szum. Pamiętam, że też mu się podobał. Dookoła kręcili się ludzie, słychać było rozmowy. Wszystkie dźwięki nakładały się na siebie przetykane pikotaniem kas fiskalnych. Do tego dochodził jeszcze odgłos kroków. Ojciec przystawał, uśmiechał się niepewnie, patrzył na mnie. Wsłuchiwał się we własne kroki.

Była niedziela, a na niebie żadnych chmur.

* * *

Następne spotkanie z królem miało być krótkie i ostatnie. Burza przeminęła, powietrze nasączone było wilgocią. Jego Wysokość czekał na mnie na skalistym wybrzeżu. To miało być pożegnanie. Po serii wrzasków i oskarżeń, stanowczo zabroniono mi poruszać kwestie aberów. Zastanawiałem się, po co w ogóle mnie tu ściągnęli.

Szedłem przed siebie w kierunku pluskających i szumiących fal. Po ostrych kamieniach, którymi usłana była cała plaża, skakały małe, białe ptaki. Niebo miało stalowosiwy kolor.

Król był widoczny z daleka: niewielka figurka odziana w gruby pulower, skulona na rozkładanym leżaku. Rozrywał kawałki bułki, by rzucić je ptakom. Nie bały się go i podchodziły dość blisko. Odważniejsze skrzeczały ponaglająco w oczekiwaniu na kolejną porcję.

– Dali nam tylko pięć minut – powiedział król. – Tam stoją. Widzisz ich? Są z tego tam. Zespołu. Pilnują.

Obejrzałem się. Trudno było nie dostrzec czarnych garniturów. Stali obok naturalnego nasypu. Świetny punkt obserwacyjny.

– Chcieliśmy, żebyś nam podpisał swoją książkę – powiedział król. – Osobiście. Ale zabrali nam egzemplarz. Przychodzą nocą i zabierają… – rzucił bułką w ptaka, który zerwał się z wrzaskiem. – Boją się.

– Boją się Waszej Wysokości?

– Tak.

Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Fale uderzały o brzeg.

– Gdybyśmy chcieli, zrobilibyśmy porządek – odezwał się król. – Oni boją się… Królewskiego gniewu. Umiemy zrobić wiosnę – dodał scenicznym szeptem. – Albo, że ludzie umierają.

– Bardzo mi przykro.

– Ale nie będziemy już nic robić, przynajmniej przez jakiś czas. Rozumiesz?

– Tak, myślę że rozumiem.

– Możesz tu przyjść. Na wyspę. Jak się zacznie walić, a pewnie zacznie. Pozwalamy ci. To właśnie chcieliśmy ci powiedzieć.

Nie miałem pojęcia po jaką cholerę miałbym tu wracać, ale kiwnąłem głową.

– Dziękuję, Wasza Wysokość.

– Masz przy sobie wódkę?

– Niestety. Nie wiedziałem, że… Nie mam.

– Trudno. Możesz już odejść. Wrócisz kiedyś?

– Postaram się, Wasza Wysokość.

– Gówno tam – król wyrzucił resztki bułki. Ptaki, skrzecząc, zaczęły walczyć o okruchy. – Zawsze tak mówicie i nigdy nie wracacie. Do widzenia.

Ukłoniłem się. I to wtedy, odchodząc, postanowiłem zabrać ojca do domu.


Dwudziestego szóstego listopada bieżącego roku, w godzinach porannych, na terenie Białorusi miała miejsce kolejna Aberracja o zasięgu sferycznym Trzeciego Stopnia (ok. dwóch kilometrów średnicy). Aberracja odbyła się w trzech etapach. W pierwszym zauważono nagły spadek temperatury o około piętnaście stopni Celcjusza wraz z towarzyszącym mu, częściowym zlodowaceniem okolicy. W etapie drugim, już w trakcie ewakuacji miejscowej ludności, zaobserwowano silne wyładowania elektryczne. Dały się także usłyszeć niesprecyzowane dźwięki o nieustalonej jeszcze częstotliwości, charakteryzujące się wszakże wysokim stopniem rezonansu. Etap trzeci, nazwany przez postronnych obserwatorów „rosnącą plamą cienia”, zamknął się w sferze Aberracji. Białoruska ekipa Zespołu Zapobiegawczego ujawniła, że brak jest jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi znajdującymi się w strefie Aberracji oraz z członkami ekipy analitycznej ZZ, którzy znaleźli się w jej obrębie.

http://ru.routers.com

III. Ludzie i małpy

Kasjerka ze stacji benzynowej miała mocno umalowane oczy i tępe spojrzenie. Przekrzywiała głowę lekko w lewo, zastygała.

– Ma pani wzrok tęskniący za wolnością – zażartowałem. Ożywiła się.

– Dokładnie! – zgodziła się. Nie dodałem już, że ma także wzrok mętny, skryty pod zbyt grubą warstwą tuszu. Wyglądała jak rzeźba odziana w zgrzebny fartuch. Oto nimfa etyliny, władczyni napojów energetycznych rozmieszczonych na blacie i czekolad sprzedawanych w promocji.

Nie podrywam kobiet. Nie chodzi o to, że nie mam ku temu okazji. Po pierwsze: nie jestem wyleczony do końca po ostatnim związku z Anitą. Po drugie: męczy mnie sama myśl o tym, że trzeba będzie się starać, robić z siebie idiotę. Grać w ustaloną grę damsko-męską, odtwarzać role wpajane młodym damom przez telewizyjne seriale. Jeśli już coś ma być, to niech po prostu będzie. Bez starania, bez podchodów, bez mizdrzenia i nabzdyczania bażancich piór. Po trzecie i ostatnie: jestem beznadziejny w odczytywaniu „sygnałów”.

– Stanowisko czwarte – powiedziałem i wyciągnąłem kartę. Kasjerka złapała za plastik i przeciągnęła go przez czytnik. Wciąż była rozbawiona.

– Żartowniś z pana – oceniła.

– E tam.

– Naprawdę! – powiedziała, wystukując cenę. – Dowcipniś taki, co? Ale dlaczego pan tak powiedział? – dopytywała się. – Tak to widać, że mam już dosyć?

– Może dlatego, że sam taki wzrok widzę w lustrze.

– Mówię panu, ja tu już nie mogę przychodzić – zwierzyła się, podając mi czytnik. – Niech pan wpisze kod – dodała. I zaraz zaczęła się rozkręcać: – Jak widzę te ściany tutaj, te szafki… Jak okolicę widzę, to nie mam już na to wszystko siły. I to, co się dzieje na świecie… abery te, no wie pan. Dobre jest chociaż to, że tu człowiek się wyłącza po prostu, rozumie pan.

Zawsze to samo. Pokiwałem głową. Nigdy się nie nauczę. Zaczepiam ludzi sporadycznie, nie będąc w stanie oduczyć się tego, że jedno słowo nie wystarczy. Ludzie zaczynają gadać. Im są starsi lub bardziej znudzeni, tym więcej mówią. Dowiaduję się z konieczności o ich życiu, pracy, dzieciach i wnuczętach, problemach ze zdrowiem. Gadają mi o planach na przyszłość, narzekają na współpracowników. Gadają, gadają i gadają.

Okazało się zresztą, że na tym nie koniec.

– Ja chyba pana skądś znam – zauważyła kasjerka. – Pracuje pan może w telewizji?

– Nie.

– Na pewno był pan w telewizji – stwierdziła. Trzymała wciąż moją kartę, najwidoczniej nie śpieszyła się z jej oddaniem. – Był pan tam i jeszcze był taki jeden facet. Taki z brodą.

Uśmiechnąłem się kiwając głową i wyciągnąłem rękę po kartę. Nie zareagowała.

– Tak, to był pan! Mówił pan o… o tym wszystkim, co teraz się dzieje – oznajmiła. – W zasadzie nie oglądam telewizji. Odmóżdża, wie pan? Ale to było akurat dobre, co pan powiedział, tylko nie pamiętam, co pan powiedział… – zmartwiła się.

– Nie ma sprawy. Może to wcale nie byłem ja.

– Może… Myśli pan, że to nie był pan? – spytała. – Pewnie ma pan rację… Mam kiepską pamięć, mogę nie pamiętać.

– Naprawdę? – spytałem, waląc się w duchu po łbie.

– Tak. W kółko czegoś zapominam. Mama mówi, że niedługo zapomnę kim jestem i będę chodzić od drzwi do drzwi, pukać i pytać: „Ludzie, kim ja jestem? Pomóżcie mi, powiedzcie kim ja jestem!”. Będę szła przed siebie i płakała.

– Przerażająca wizja.

– Prawda? – uśmiechnęła się i zaraz speszyła. Zauważyła w końcu, że chcę dostać kartę.

– Rany, przepraszam. Już oddaję.

– Dziękuję.

– Pewnie myśli pan, że jestem głupia, prawda?

– Wcale tak nie myślę.

– Ciągle gadam jakieś głupoty – zmartwiła się.

– Proszę się nie przejmować, mnie się to często zdarza.

– Czyli jednak gadam głupoty?

– Nie mam pojęcia. A gada pani?

– Już samo pytanie o to, czy gada się głupoty, jest głupie – zauważyła.

– Wręcz przeciwnie – zaprzeczyłem, kierując się do wyjścia i przekazując w jej stronę jeden ze standardowych, uspokajających uśmiechów. Żałowałem, że na stacji nie było jakiegoś innego klienta, który uratowałby mnie od tego nagłego wylewu. Kasjerka patrzyła na mnie tęsknie. Stacja benzynowa blisko domu: kolejne miejsce, do którego nie będę mógł szybko wrócić. Ludzie ze sobą nie rozmawiają i oto skutki.

– Paragon! – krzyknęła jeszcze, ale zamachałem lekceważąco dłonią i uciekłem na zewnątrz.

* * *

Konferencja miała odbyć się w jednym z hoteli w centrum miasta. Ze zniechęceniem myślałem o czekającym mnie splendorze. Już za moment miałem pojawić się w towarzystwie skrojonych na miarę garniturów, błyszczących zegarków, smartphonów i podgrzewanego w półmiskach żarcia. Miały otoczyć mnie podgryzające mikrociastka kobiety i dziennikarze w wyświechtanych swetrach. Uderzy mnie kwaśny chłód klimatyzacji i sztuczne światło. Nie przepadam za hotelami, choć z drugiej strony budzą we mnie fascynację. Myśląc o konferencji, już czułem się zmęczony.

Sama jazda komunikacją miejską okazała się męcząca. Oleisty wir nad miastem powoli się rozrzedzał, ale niedaleko Centrum zaobserwowano drobne zmiany grawitacji. Tak jak większość pasażerów, tak i ja nie patrzyłem przez okno. Słaby, rozpraszający się aber – chyba Drugiego Stopnia, rozświetlony jeszcze resztkami AI – Aberracyjnej Iluminacji, jak nazywano poblask towarzyszący otwieraniu się i zamykaniu aberów. Tak czy owak, nie patrzyłem w tamtą stronę. Nie zamierzałem psuć sobie humoru widokiem grawitacyjnego rozkładu.

Na wejściu wręczono mi materiały prasowe w papierowej torbie. Przejrzałem: dali nieco niezwiązanych z tematem reklam i streszczenie wykładu profesora plus wydruk prezentacji. W gruncie rzeczy nie powinno mnie tu być. Jako persona non grata nadal przyciągałem nieufne spojrzenia. „To ten, co nagadał”. „Ten co, nabruździł i namieszał”. W najlepszym wypadku: podejrzany pseudointelektualista z anarchistycznymi ciągotami. Podobno nadal publikuje. I tak dalej. I tak dalej. W kółko Macieju.

Nieważne. W trakcie konferencji miałem nadzieję na złapanie kilku starych znajomych, którzy mogliby mi pomóc w wyciągnięciu ojca. O ile uda mi się ich przekonać. Szanse były marne, ale kto wie.

Niestety rzeczywistość miała inne plany.

Pierwsze starcie czekało mnie już na krótkiej przerwie. Mea culpa, chciałem napić się serwowanej kawy. Z początku myślałem, że wytworzona dookoła mnie mikropróżnia wystarczy, ale ona była innego zdania. Przedarła się przez mój bąbel i niemal chwyciła za rękaw marynarki.

– Pan Tomasz Lebański? – spytała. Spojrzałem. Niewielka i szczupła, wyglądała jak dziecko. Czarne i krótkie włosy, w zasadzie cała ubrana na czarno. Skórzana, nieco buntownicza w kroju, czarna kurtka. I ona sama: jakaś taka dziwnie ni to brzydka, ni to ładna. Chochlikowata? – Anna Krajec, jestem dziennikarką.

– Miło mi. Też byłem. W sumie nadal trochę jestem.

– Tak, wiem. Pije pan to?

– Kawę?

– Niech pan tego nie pije – zdecydowała. – To świństwo jest. Wlewają jakąś wodę z kubła do tego, sama widziałam.

Do widzenia, kawo.

– Mój szef mówił, że pan przyjdzie. Podobno wciąż pan przychodzi – oznajmiła. – A ja chciałam powiedzieć, że robią panu draństwo, moim zdaniem. – Oblizała wargi i chyba wtedy załapałem, że nie odpuści. Ona miała już wszystko poukładane, to było widać.

– Naprawdę? – spytałem. Wyszło całkiem szczerze. Kiwnęła głową.

– Naprawdę. Wie pan, każdy ma prawo do poglądów. To, że pańską książkę zaatakował rząd w sytuacji gdy, oczywiście, posiada większe uprawnienia… i ten zarzut, że wstrzymana publikacja wywołała te niepokoje… ale to nie powód, by spotykał pana ostracyzm. Rozumiem, że ludzie się boją. Ale pańska książka wyszła już w prawie osiemnastu językach! Słyszałam, że, nie licząc profitów z racji jej wydania, dostał pan stypendium. Podobno od jakiegoś króla?

– Nie. Nie od króla. Nie wiadomo skąd, jeśli chodzi o ścisłość.

– Fantastyczna sprawa. Usiądziemy? Chciałam z panem porozmawiać. Albo teraz, albo po wykładzie profesora Zajca.

– Może po?

– Super – powiedziała, ale nawet brew jej nie drgnęła. Kiwnęła jeszcze potwierdzająco głową i wystartowała gdzieś w lewo, w szepczący tłumek. Taka była właśnie, jak miałem się wkrótce dowiedzieć, Anna Krajec. Wpadała, strzelała z grubej rury, kiwała głową lub robiła inne potwierdzające gesty, by przekonać mimicznie rozmówcę, że jest już urobiony, po czym startowała i już jej nie było.

* * *

Profesora Zajca znałem z wykładów poświęconych aberom. Zajmował się nimi jako jeden z pierwszych specjalistów w tej dziedzinie. Wcześniej, jeszcze przed Aberracją, którą ochrzczono później Numerem Pierwszym albo Aberracją Kopenhaską, i – mniej więcej w trakcie – Aberracji Paryskiej stanowiącej część Wielkiej Fali, czepiał się tysiąca różnych tematów. Jak większość wykładowców dawał się wynajmować firmom i klepał formułki tematyczne podkładane pod konkretny produkt. Od tego czasu sporo się zmieniło. Trafił podobno do Zetów, czyli Zespołu Zapobiegawczego, który oczywiście niczemu nie zapobiegał.

Profesor był wyraźnie podniecony, kręcił się jak fryga, parskał, piszczał, machał laserowym wskaźnikiem. Użył potocznego słowa „aber” chyba z cztery razy, kompletnie nie zważając na kaszlnięcia z sali.

– Strefa abera objęła zaledwie półtora kilometra i proszę zauważyć, nikt niczego nie spostrzegł przez prawie dwa tygodnie! – profesor nerwowo pukał spacją w laptopie, przeskakując dwa, trzy wykresy. – Deewolucję dostrzeżono mniej więcej pod koniec drugiego tygodnia – oznajmił, zatrzymując się na zdjęciu mężczyzny z powiększonym nienaturalnie czołem. – Ale to nie zagadnienia fizyczne nas interesują, choć są – same w sobie – niezwykle ciekawe! Chodzi nam o poziom agresji! I jak państwo myślą? Jak państwo myślą?

Na sali zapadła cisza. Postukałem długopisem w notatnik.

– Spadła! – pisnął triumfalnie Zajc. – Spadła i to zauważalnie! Proszę państwa, zadaje to kłam definicjom, jakoby agresja była koniecznym warunkiem przetrwania i stanowiła podstawowy składnik zachowań naszych przodków! Wręcz przeciwnie! Deewoluowane osobniki stały się łagodniejsze, bardziej skłonne do koegzystencji w grupie, podporządkowane (nie narzucającej się, notabene) woli samic w stadzie! Nie zaobserwowano gwałtów, walk o terytorium czy o dominację. Jednym z deewoluowanych był… momencik… – po raz kolejny nacisnął spację i ujrzeliśmy jakiegoś owłosionego zbira trzymającego policyjny numer identyfikacyjny – …ten oto, notoryczny przestępca, często zatrzymywany przez policję za różne wykroczenia! Po deewolucji kręcił się po stadzie, pomagając poszczególnym osobnikom przy różnych czynnościach. Iskał nawet mniejsze od siebie jednostki, a na widok ekipy Zespołu Zapobiegawczego przybiegał, wyraźnie uradowany, dawał się głaskać i drapać. Bywało także – Zajc chrząknął – że przynosił Zespołowi pieczołowicie gromadzone przedmioty, zapewne jego skarby, głównie kawałki gruzu i plastiku. – Na ekranie pojawiły się kolejne zdjęcia. – Dalsze testy wykazały, że krzywił się na widok krwi i płakał, gdy zaobserwował przemoc.

– Czy ewolucja – ciągnął, wyraźnie ukontentowany, Zajc – jest efektem postępującej agresji? Od wielu lat zadajemy sobie pytanie, czy agresywne zachowania mogły wpłynąć na rozwój inteligencji będącej dla ewolucji formą podstępnej, a może nawet zdradzieckiej, nagrody… Oto odpowiedź! Podsumowując: dążenie w kierunku społeczeństwa składającego się z ludzi obdarowujących się wzajemnie dobrocią i zrozumieniem, niekoniecznie może oznaczać świat, w którym pragnęlibyśmy żyć – zakończył, kiwając się na rozstawionych dumnie nogach.

* * *

– Zawsze się tak ekscytuje?

– W zasadzie tak. Ale to była antropologia – zauważyłem. – To zawsze był jego konik.

– Naprawdę? Chwileczkę… gdzie to miałam… Mogę zapalić? – spytała Anna Krajec. – Mam mentolowe. Pan pali?

– Bardzo rzadko.

– Bohater z pana – oznajmiła, szukając papierosów w torebce. Byłem pewny, że kliknęła przyciskiem, ukrytego tam, dyktafonu.

Po kilku żałosnych próbach wciągnięcia w rozmowę na temat mojego ojca obecnego na konferencji znajomego polityka, dałem za wygraną i pozwoliłem się jej złapać. Siedzieliśmy w niewielkiej, przyhotelowej kawiarni. Brązy, przytłumione światło, srebrne ekspresy. Nie było tłumów: jakiś facet obok pukał palcami w klawiaturę netbooka. Anna pstryknęła zapalniczką i zaciągnęła się dymem.

– Czytałam pańską książkę – powiedziała. – I uważam, że ma pan rację.

– Dziękuję.

– To prawda, że wycofali cały nakład? Książka jest na indeksie zakazanych pozycji! To nas cofa do średniowiecza, nie sądzi pan?

– Cóż… W dzisiejszych czasach to nic nowego. To się zdarzało nawet w XX wieku. Słyszała pani o Szatańskich wersetach?

– Kiedy to było! Zresztą to zupełnie inna sprawa. Chodziło o religię.

– Polityka to w sumie nowa forma religii, prawda?

– Wymiguje się pan – wycelowała we mnie papierosa. – A w gruncie rzeczy nie do końca chodzi o politykę, prawda?

Zaśmiałem się.

– Wie pani, ja już nie dyskutuję o polityce. To mi zdecydowanie szkodzi.

– Ale ja chciałabym o niej podyskutować. Między innymi.

Westchnąłem.

– „Podyskutować”? Po co to pani? Pani Anno… nie chciałbym pani urazić, ale sądzę, że wcale nie chodzi o „dyskusję”.

– Nie rozumiem. – Zmieszała się. Szeroko otwarte oczy, cofnięcie podbródka. Poruszyłem tekturowym kubkiem z mokką.

– Pani to nagrywa, co? Włączyła pani dyktafon.

– Okej, wyłączam – powiedziała natychmiast. Nawet się nie speszyła. Wyciągnęła sprzęt, chyba cyfrowy Olympus, i postawiła go na stole. – Przepraszam, zawodowy odruch. Ale naprawdę chcę z panem porozmawiać. Ludzie mają prawo wiedzieć.

– Ale ludzie doskonale wiedzą. Wiedzą, tylko nie chcą wiedzieć.

– Wiele to nie wyjaśnia, nie sądzi pan?

– Wszystko zostało wyjaśnione w wyroku o nawoływanie do działań terrorystycznych i działaniu na szkodę interesu publicznego.

– Przecież pan wie – zaciągnęła się papierosem – że to bzdury.

– Przecież pani wie, że to, co ja wiem, nie ma żadnego znaczenia – odparowałem. – Proszę mnie zrozumieć – powiedziałem przepraszająco – dla pani to sympatyczny materiał na pół kolumny. Prosty wywiadzik z kontrowersyjnym publicystą w sąsiedztwie artykułu o kolejnym sztucznym biuście. Dla mnie to paragraf i konsekwencje, z którymi nie mam ochoty się mierzyć.

– Tak pan myśli? Że chcę napisać mały artykulik do tabloida o biustach?

– A nie chce pani?

– Nie. Chcę napisać materiał. Może nawet książkę – wystrzeliła. – Mam pewien… pomysł. Jestem na tropie czegoś interesującego. Powiedzmy, że czegoś większego.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Ale byłaby to publikacja nie tylko o aberach, ale częściowo o panu. O tym, co panu zrobili. Książka to zresztą nie wszystko. Chcę wiedzieć. – Znowu zaciągnęła się papierosem. Oczy jej zabłysły. – Naprawdę WIEDZIEĆ. Czy nie chciałby pan poznać prawdy?

– O czym?

– Jak to o czym? O aberach. Czym naprawdę są.

Upiłem kawy i uśmiechnąłem się.

– To wszystko brzmi ciekawie… – powiedziałem, odstawiając kubek – … ale mam zakaz udzielania wywiadów jak i tworzenia jakichkolwiek publikacji związanych ze sprawą aberów. Wie pani, że mój wyrok jest w zawieszeniu? I w zasadzie tylko dzięki interwencji Amnesty International.

Anna Krajec wzruszyła ramionami.

– To, że chciałam pana nagrać, nie znaczy, że chciałam robić z panem wywiad. Będę z panem szczera. Jak mówiłam, mam pewne… koncepcje, ale moglibyśmy to tak załatwić, że pan mnie zatrudni w tym, co teraz pan robi. A na pewno pan coś pisze. Wiem, że może pan publikować… chociaż bez poruszania tematyki Aberracji. Niech mnie pan, nie wiem, zatrudni do tworzonej przez pana książki na temat żab. To, że będę w istocie pana szpiegowała i potem napiszę książkę, w której znajdzie się kilka rozdziałów na pański temat, i to bez pańskiej wiedzy, to już moja sprawa.

– Strasznie to śliskie – uśmiechnąłem się. – Dziękuję, ale nie. Niestety, nie mogę się na to zgodzić.

Myślałem, że się skrzywi, ale nie zrobiła tego.

– I tak o panu napiszę, jeśli będę chciała.

– Niech pani pisze. Nie mogę tego pani zabronić. W celi we dwójkę weselej. Może pani sobie robić, co się pani żywnie podoba. Ale proszę to robić beze mnie. Przepraszam – dodałem, wstając. – Będę się zbierał.

– Ucieka pan? – prychnęła. Sympatycznie wyglądała w udawanej złości. Zgasiła papierosa i patrzyła na mnie z drwiącym uśmieszkiem chochlika.

– Powiedzmy, że wycofuję się chyłkiem. I lepiej niech się pani w to nie pakuje. Jest pani inteligentna. A to śmierdzi.

– Czasem trzeba się uświnić, kiedy mdli od perfum – palnęła na pożegnanie. Pomyślałem, że zabrzmiało to dość pretensjonalnie. Uśmiechnąłem się krzywo i wyszedłem z kawiarni.

* * *

Tak jak się spodziewałem, przyszła do mnie następnego dnia. Okazała przynajmniej tyle przyzwoitości, że nie nawiedziła mnie w domu, tylko trafiła od razu do wydawnictwa. Do mojego pokoju wprowadził ją Robert, nazywany za plecami przez współpracowników Kapuśniakiem. Kapuśniak bezczelnie wpatrywał się w jej pośladki. Chyba o tym wiedziała, bo nawet nie spojrzała w jego stronę.

– I co? – powiedziała, gdy zostaliśmy sami. – Pracuje pan tu? Nie wyrzucili pana?

– Nie mogli. Dochrapałem się członkostwa w związkach kilka lat temu – skłamałem. Tak naprawdę z wydawnictwa nie wywalił mnie szef, stary kumpel jeszcze z czasów studenckich. Zmienili tylko moje zatrudnienie na bardziej freelancerowskie i czekali teraz, aż sprawa przyschnie, choć po tak długim czasie nikt już w to nie wierzył.

– No to gratuluję. I tak słyszałam, że przy tym stypendium nie musi pan pracować. Całkiem dobra renta. No i co?

– No i nic – odpowiedziałem. – Niech pani siada. Czym mogę służyć? Napije się pani czegoś? Kawy, herbaty?

Zamiast odpowiedzi rzuciła mi na biurko to, co trzymała w rękach – jakąś teczkę wypchaną papierami.

Uniosłem brwi.

– To ostatnie zapisy aberów z trzech, czterech miesięcy – wyjaśniła. – Mam to od wtyki w Zetach.

– A przyniosła to pani, ponieważ…?

– I tak to zrobię, mówiłam panu – ostrzegła. – O, tu… – otworzyła teczkę i wyciągnęła jakąś pomiętą kartkę. – Podział aberów w zależności od krajów. Albo tu mam podział na sektory… nawet nie wiem jakie. Są w każdym razie rozpiski czasowe i terytorialne. Czytał pan pracę Brabena?

– Tego z Harvardu? Jasne.

– On twierdził, że jest pewien wzór w następujących po sobie aberach, co pan zresztą przewidział, prawda?

– Może.

– Jest pan nieznośny – zawyrokowała, siadając na krzesło po drugiej stronie biurka. Wykonała dłonią jakiś niesprecyzowany gest. – Siedzi pan tu sobie na rencie od jakiejś organizacji, o której nawet nic pan nie wie… i śle mi tu pan jakieś tanie „wali mnie to” – palnęła. – Tak się pan boi?

Chrząknąłem.

– Wie pani co, pani Anno? Chyba lepiej będzie, jeśli pani już sobie pójdzie.

– Boi się pan! – Parsknęła, wstając. Tym naprawdę mnie wkurzyła. Bezczelna! Poderwałem się, chwyciłem papiery i wcisnąłem jej do ręki.

– Nie ma pani prawa – powiedziałem. Stała, nawet nie drgnęła. Chyba zorientowała się, że przeholowała. – Wpakowuje się pani z butami w moje życie i próbuje mnie namówić do przestępstwa. A co pani ma do stracenia w tym interesie? Włazimy na szczyt po trupach?

– Nic pan o mnie nie wie.

– Niech pani da spokój. Siedzę w tym biznesie nie od wczoraj. Nie mamy już ochoty podawać kawki redaktorowi naczelnemu? Dała pani jakieś obietnice bez pokrycia, żeby dostać pracę? Wiem, jak to wygląda. Trzeba napisać dobrze płatny artykulik, żeby zaistnieć w środowisku, kosztem kogoś, kto już oberwał po dupie? Co z nim będzie, już pani nie obchodzi. Niech się umoczy do końca. Ważne, że…

– Mówi pan tak dlatego, bo załatwili pana na cacy – przerwała mi. – A zresztą powiedziałam panu, że niczym pan nie ryzykuje. Wszystko wzięłabym na siebie. Wie pan co? Jest pan jak ci deewoluowani Zajca, tylko że panu deewoluwało nie w tym kierunku, co trzeba.

Poczerwieniałem.

– Przykro mi, że pomimo sprawdzonej taktyki rzucania chamskich epitetów, nie udało się pani ustrzelić kolejnego jelenia. Do widzenia.

– Do widzenia – odpowiedziała mi chłodno. Najwidoczniej jednak zabolało. – Widzę, że prawda pana nie interesuje. – Zabrała swoje papiery i wyszła.

Zostałem sam. Serce mi waliło. Nie znoszę takich sytuacji. Może gdybym spotykał się z nimi częściej, to załapałbym jakąś odporność. Ale po całej aferze z podejrzeniami o „terroryzm publiczny”, nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Dziennikarze, oczywiście, czaili się za węgłem, by strzelić fotkę z gatunku „Lebański jak szczur, chyłkiem wyrzuca śmieci”, „Publicysta–terrorysta znowu chleje, znaleźliśmy butelki!”, „Pudełka po proszkach? Tomasz, opamiętaj się!” czy tym podobne cuda, ale żaden nie próbował wdać się ze mną w dyskusję.

Zacząłem kręcić się po pokoju. Podparłem się pod boki, ciężko się oddychało. Wyjrzałem przez okno: Anna Krajec stała tam, żywiołowo tłumacząc coś komuś przez komórkę. „Nie udało się, szefie. Nie łyknął. Napiszemy o myślących biustach”. Albo coś w tym guście.

Nie miała zresztą racji. Nie jestem już agresywny, nie dążę do konfrontacji. Jestem spokojną, uciszoną małpą uczepioną resztek godności. Zgodną i życzliwą. Ale brzytwy do łapy nie dam sobie wcisnąć.

* * *

Tej nocy znowu nie mogłem spać.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.