Hallali - Wincenty Kosiakiewicz - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 230 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hallali - Wincenty Kosiakiewicz

Jedna z powieści Wincentego Kosiakiewicza (1863–1918) – dziennikarza, pisarza i publicysty katolicko-konserwatywnego. Ujawniły się w niej jego konserwatywne przekonania oraz pogląd, iż rodzina jest fundamentem społeczeństwa. Z powodu trudnej sytuacji materialnej Kosiakiewicz nie podjął studiów, pracował na kolei. Pod wpływem kontaktów z teatrami objazdowymi rozwijał zainteresowania artystyczne. Przy wsparciu znanego mecenasa artystów Dionizego Henkiela opublikował kilka powieści i zbiorów nowel: „Janek”, „Nasz mały”, „Widmo”, „Druty telegraficzne”, a wkrótce porzucił pracę na kolei na rzecz pracy literackiej. Współpracował z „Gazetą Polską”, „Biblioteką Warszawską”, „Kurierem Codziennym”, „Kurierem Warszawskim”, „Tygodnikiem Ilustrowanym”, „Ateneum”, „Krajem”, „Słowem”, „Światem”. Dużo podróżował. Angażował się w działalność antysocjalistyczną. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Hallali - Wincenty Kosiakiewicz

Fragment ebooka Hallali - Wincenty Kosiakiewicz







Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ROZDZIAŁ XIV
  15. ROZDZIAŁ XV
  16. ROZDZIAŁ XVI
  17. ROZDZIAŁ XVII
  18. ROZDZIAŁ XVIII
  19. ROZDZIAŁ XIX
  20. ROZDZIAŁ XX
  21. ROZDZIAŁ XXI
  22. ROZDZIAŁ XXII
  23. ROZDZIAŁ XXIII
  24. ROZDZIAŁ XXIV
  25. ROZDZIAŁ XXV
  26. ROZDZIAŁ XXVI
  27. ROZDZIAŁ XXVII
  28. ROZDZIAŁ XXVIII
  29. ROZDZIAŁ XXIX
  30. ROZDZIAŁ XXX
  31. ROZDZIAŁ XXXI
  32. ROZDZIAŁ XXXII
  33. ROZDZIAŁ XXXIII
  34. ROZDZIAŁ XXXIV
  35. ROZDZIAŁ XXXV
  36. ROZDZIAŁ XXXVI
  37. ROZDZIAŁ XXXVII
  38. ROZDZIAŁ XXXVIII
  39. ROZDZIAŁ XXXIX
  40. ROZDZIAŁ XL
  41. ROZDZIAŁ XLI
  42. ROZDZIAŁ XLII
  43. ROZDZIAŁ XLIII
  44. ROZDZIAŁ XLIV
  45. ROZDZIAŁ XLV
  46. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Wiatr tymczasem roznosił jego grób i z ziemią równał; ponieważ na cmentarz oddano kawałek ziemi bezużytecznej i niepłodnej, groby długo nie zarastały trawą i mały kopczyk, którym przyciśnięto trumnę z ciałem Karola, od lata do wiosny stał się już ruiną; pordzewiała i blaszana tarcza z napisem, która grób Karola odróżniała od setki bezimiennych, chłopskich, jednakowymi krzyżykami drewnianymi poznaczonych grobów; wilgoć starła już daty, imię i nazwisko – i tylko wyczytać jeszcze można było: Żył lat 28.

Napisawszy te słowa, Eustachy zerwał się z krzesła ruchem raptownym, cisnął niedbale na stół pióro, jak ciska się coś, co już nigdy człowiekowi nic będzie potrzebnym i zaczął wielkimi krokami chodzić po malutkim swoim pokoiku. Ale nie uczynił w ten sposób i dwudziestu kroków, kiedy wrócił do stołu, wziął pogardzony przed chwilą pisarski instrument znowu w rękę, umoczył go w kałamarzu i pod napisanymi tylko co wierszami napisał w pewnym odstępie słowo: Koniec.

Koniec! Jaki słodki wyraz. Wczoraj, dziś jeszcze Eustachy nie wierzył, że zdoła powieść swoją doprowadzić do tego ostatniego tryumfalnego słowa. Tyle bo już w życiu narozpoczynał był różnych dramatów, powieści, studiów literackich – w walizie skórzanej, pod brudną bielizną leży tego chyba pud cały – i zawsze pióro wypadało mu z ręki po pierwszym rozdziale, po pierwszym akcie. A teraz – po raz pierwszy w życiu nareszcie coś skończył. Zaczął znowu nerwowo biegać po pokoju... Jakiż on malusi ten pokoik! Tak blisko stoi ściana przy ścianie, tak nisko sufit zawieszony!

Był to prawdziwie studencki pokój, umeblowany tym tylko, bez czego w żaden sposób obejść się nie można; a więc łóżko żelazne z jedną poduszką, stolik papierami i książkami zawalony, przy nim jedno krzesło, drugie w kącie, a na nim umywalka i mydło; na ścianie nad stołem gabinetowa fotografia młodej pani w pozie stojącej, w kapeluszu rembrandtowskim, z parasolką w ręku, poza tym nic dla ozdoby.

Okno było otwarte i Eustachy zaspokoiwszy pierwszą potrzebę ruchu, wyjrzał na świat. Gwiazdy pogasły już i kawał miejskiego nieba zamknięty liniami dachów, niby jakiś geometryczny wielobok, bladł i światłością ranną nasiąkał. Na dole, wśród murów kamienicy, trzymał się jeszcze cień nocny, ale i ten już zrzedł i Eustachy mógł dojrzeć z wysokości swojego czwartego piętra szare asfaltowe dno podwórza. Cisza była ranna, zupełna, najgłębsza; powietrze chłodne, wilgotne trochę, rzeźwiące. Ostudziło ono rozpaloną głowę młodego autora, który popatrzywszy trochę na dół i na górę, znowu zaczął chodzić po pokoiku, ale już równiejszymi i spokojniejszymi krokami.

„I skończyłem!” – cieszył się i z dumą rzucał spojrzenia na gruby, zapisany zeszyt. „No, teraz zobaczymy”. W jego serce wstąpiła tak wielka odwaga, jakiej jeszcze nigdy nie miał. Czuł się stworzonym do rzeczy wielkich. Ta noc, która zeszła mu na pisaniu – a jak mu się pisało łatwo pod koniec! Ręka za myślą nie mogła wydążyć, pióro leciało po papierze w jakimś ognistym galopie, żadnego namysłu, wahania, pauzy, odpoczynku – ta noc jest epoką w jego życiu. Wczoraj umarł w tym pokoiku chłopiec ubogi i nieznany, niedawno jeszcze zmuszony szukać na wsi nauczycielskiej kondycji, aby żyć, ostatnio najlichszy z redakcyjnych pionków, szczęśliwy, że mu kolega niegdyś szkolny dał jako zastępstwo na dwa miesiące nikczemne zajęcie: tłumaczenie z pism niemieckich „Ostatnich wiadomości” – dziś urodził się w tymże pokoiku świetny artysta, który przynosi do ogólnej sumy cywilizacji swój dorobek, artysta, zdolny zadziwiać rzesze ludzkie, zachwycać i wzruszać, który z głową do góry podniesioną zażąda jutro miejsca dla siebie na świecie. Tak, dziś dokonał się przełom w jego egzystencji; wczoraj jeszcze cisnął się jak robak jaki przez szczelinę w podłodze do tego świata literackiego, który był marzeniem całej jego młodości, jutro wejdzie do niego przez szeroko otwarte drzwi główne i przy odgłosie wielkiego dzwonu. Przepaść, jaka leżała pomiędzy wczorajszym szaraczkiem a dzisiejszym senatorem, wypełnioną została przez dzieło Eustachego. Ze słodkiej zadumy wyrwało go energiczne pukanie do drzwi.

– Proszę! – zawołał zdumiony – że ktoś może przychodzić o tej porze niezwykłej, tym bardziej, że nie miał on prawie wcale takich znajomych, którzy by go odwiedzali.

Drzwi się otworzyły i wszedł Drewnowski.

– Co? To ty, Julek? Ja się spodziewałem ciebie za miesiąc dopiero. Kiedyś przyjechał?

Eustachy serdecznie go uścisnął.

– Świetnie wyglądasz – rzekł – poprawiłeś się, utyłeś nawet.


ROZDZIAŁ II

Julian Drewnowski mieszkał na tym samym korytarzu czwartego piętra, ale był to już literat z niejakim stanowiskiem i mieszkanie jego różniło się wielce od studenckiego pokoiku Eustachego. Składało się ono z dużego gabinetu o dwóch oknach i mniejszej sypialni. W gabinecie było porządne biurko z czerwonym suknem, fotel, otomana okryta zieloną skórą, w sypialni porządne łóżko, marmurowy stoliczek, szeroka umywalnia z garniturem całkowitym; wszędzie zaś było pełno książek, jedne oprawione porządnie, podręczniki i encyklopedie, stały w szafie oszklonej, inne nieoprawione, ale usystematyzowane i ponumerowane zajmowały półki od podłogi do sufitu, jeszcze inne mniejszej wartości, leżały kupami: w kątach, pod oknem, przy piecu, w gabinecie i sypialni. Osobna była etażerka na pisma bieżące, osobna szafa na roczniki. Eustachy miał klucz od tego mieszkania i pilnie wypełniał polecenie przyjaciela układania na swoje miejsce wszystkich pism i książek, które przychodziły. Zaraz też na wstępie rzekł mu:

– Utrzymywałem twoją bibliotekę w porządku.

– Widziałem – odpowiedział Drewnowski. – Dziękuję ci.

Drewnowski był o rok ledwie starszy od Eustachego, wyglądał jednak znacznie starzej i poważniej. Od Eustachego aż biła świeżość i brawura młodości, oczy zdawały się sypać iskry, a bujna czupryna trzęsła się ciągle od ruchu; w Drewnowskim nie było widać wcale młodości, był jakiś ciężki, ruszał się powoli i bez wdzięku, mówił tylko energicznie i z wielką pewnością; twarz miał nieładną, skąpym jasnym zarostem obrzuconą, jakby czymś płynnym nalaną, pozbawioną karnacji; cerę żółtawo-brudną, nos gruby.

– Tyś już wstał? – zapytał Eustachego.

– Nie, ja się jeszcze nie położyłem.

– Czytałeś?

– Pisałem.

Powiedział to prawie z nieśmiałością, Drewnowski bowiem powstrzymywał go zawsze od pisania.

Nie szczędził on Eustachemu rad zbawiennych i życzliwych: „Ty się nie spiesz – mówił mu – kształć się, ucz, przygotowuj, czytaj; co to wiedzy trzeba do zawodu takiego jak literacki! – wybierał dla niego książki ze swojej biblioteki, w ten sposób sam biorąc na siebie w pewnej mierze troskę o jego wykształcenie. Dawał mu różne studia literackie, historie literatur, estetyki; jego „Filozofia sztuki” Taine’a leżała w tej chwili na stole Eustachego.

– Coś pisał? – zapytał bez przekonania.

– Powieść.

Pokiwał głową, jakby żałując zmarnowanego czasu.

Eustachy znajdował się w tej chwili pod wpływem niezwyciężonej potrzeby mówienia o swojej powieści i nie był w stanie o niczym innym myśleć.

– I wyobraź sobie, żem skończył – pierwszy raz w życiu coś skończyłem. Szczególnie dziś szło mi nadzwyczajnie; czy uwierzysz, żem pisał bez przerwy przez osiemnaście godzin; samo szło jakoś, bardzo mi się smarowało. I patrz, jaka gruba.

– W literaturze – rzekł Drewnowski ostro – chodzi nie o ilość, ale o jakość.

– Oczywiście. Ciekaw jestem, co powiedzą o mojej powieści. Mam jednak, wiesz, prawie pewność, że nie jest ona zła, może nawet... (zawahał się w wypowiedzeniu tego, co rzeczywiście myślał o wartości swojej powieści). Jakiś głos wewnętrzny mi to mówi.

– Ty nie mogłeś napisać dobrej powieści – rzekł Drewnowski – za mało na to umiesz, za młody jesteś.

– Schiller napisał „Zbójców” w dziewiętnastym roku życia.

– Tak, ale Schiller był geniuszem.

Eustachy umilkł.

Drewnowski powolnym ruchem sięgnął po rękopis powieści.

– Powiedz mi przynajmniej, czyś się starał o to, aby ta powieść była z życia, rozumiesz mnie: z życia? Czyś pamiętał o tym, aby figury były realne i stosunki pomiędzy figurami realne? Czyś miał, innymi słowy, na uwadze cel uczynienia czego realnego?

Eustachy zapominał zawsze języka w gębie, ile razy wykształcony i kuty jego przyjaciel dotknął się sztuki i literatury. I teraz, choć była tu mowa o własnym jego dziele, nie potrafił na razie zdać sobie sprawy, czy powieść jego była z życia lub nie i czy stosunki pomiędzy figurami jego są realne, czy realne nie są; ale szczęśliwy, że ma z kim mówić o swojej powieści, odpowiedział:

– Owszem, z życia, bom sporo włożył tu z tego, com sam przeżył i odczul. Wiesz, materiału na bohaterkę dostarczyła mi Henrieta. Nie to, żebym ją miał opisać, ale ją miałem w oczach, kiedym opisywał moją Helenę; jej głos dźwięczał mi w uszach, kiedy moja Helena otwierała do mówienia usta.

– To i źle, mój drogi! – rzekł Drewnowski.

– Dlaczego źle? – zapytał Eustachy nieśmiało i z nieufnością.

– Gdzież bowiem obiektywność, ten pierwszy warunek sztuki, to pierwsze prawo, obowiązujące artystę? Napisałeś powieść – mówił z ironią – tylkoś zapomniał o obiektywności, to tak, jakbyś poszedł na wojnę i zapomniał wziąć ze sobą karabinu. Nie powinno się brać na bohaterkę powieści kobiety, w której się kocha...

– Ja niezupełnie...

– Wszystko jedno. Wcale! Sonet, to co innego. Tu miłość jest niejako składową częścią twórczości, choć może i dlatego sonet się przeżył, a przynajmniej przeżywa. Poczekaj... (wyjął szybko z kieszeni notesik i zanotował sobie myśl, która mu właśnie przyszła do głowy – Drewnowski notował sobie w notesiku wszystkie myśli, jakie mu w rozmowie przychodziły). Co innego powieść... „Hallali!” Tytuł dałeś „Hallali”. Niedobry tytuł. To jest słowo specjalne; wielu ludzi nie zrozumie go, zwłaszcza wśród mniej wykształconych czytelników, autor zaś powinien posiadać ambicję – jest to najszlachetniejsza z ambicji autorskich – aby dzieło jego najdalej i najgłębiej (to główne) sięgnęło. Zresztą zobaczymy, zobaczymy...

I po chwili, jakby namysłu i wahania, rzekł tonem, w którym było przeświadczenie o ważności proponowanej przysługi:

– Słuchaj, ja to przeczytam...

– Chciałem cię właśnie o to prosić – pośpieszył Eustachy.

Nie miał on wiele zaufania do sądu Drewnowskiego, przed którego wiedzą schylał głowę i nieraz go podziwiał, ale którego zupełnie nie rozumiał. Pominąć go jednak nie mógł. Drewnowski wyświadczył mu dużą przysługę. On to go zetknął ze światem literackim, on to go przeprowadził przez zaklęty próg redakcyjny, on dał mu pierwszą pracę i zarobek piórem, miał więc dla niego żywe uczucie wdzięczności.

– Przeczytam, owszem – powtórzył – i powiem ci, co to jest warte; będziesz wiedział, czy masz dalej iść tą drogą, czy nie.

– Dziękuję ci.

Drewnowski począł przerzucać rękopis, zajrzał do początku, do środka, potem ostatnią kartkę przebiegł oczyma.

– Śmierć! – rzekł – nie pokusiłeś się więc o przełamanie szablonu powieściowego. Śmierć i ślub, ślub i śmierć – oto dwie recepty, od których odstąpić nie chcą nasi aptekarze literaccy. Powieść nie może się kończyć inaczej. Jakby nieskończone istnienie, rozwijające się w nieskończonej liczbie form, nie nasuwało samo myślącemu mózgowi idei o nowych bytach artystycznych.

Wstał.

Eustachy nie chciał się natychmiast rozstawać ze swoim dziełem; jeszcze się nim dostatecznie nie napieścił i nie nasycił.

– Ja ci ją przyniosę wieczorem – rzekł – chcę jeszcze to i owo poprawić.

Drewnowski oddał rękopis.

– Ale ja o sobie tylko mówię – spostrzegł się Eustachy – i nie zapytałem cię nawet, dlaczego tak bardzo skróciłeś swój pobyt na wsi?

– Wieś nie dla mnie, mój drogi; ja się tam duszę w tym czystym powietrzu; mnie potrzebnym jest do życia miasto, ruch, atmosfera gorączkowej, intensywnej pracy mózgowej.

– Odpoczywałeś aby?

– Ja nie umiem odpoczywać. Pracowałem i dużom zrobił. Postanowiłem też zmienić tytuł mojej pracy. Nie wiesz, czy może już drukarnia odbiła kartkę tytułową?

– Chyba nie. A jakiż tytuł ostateczny?

– Najprostszy: „O determinizmie literackim słów kilka”.

Podał Eustachemu rękę, zabierając się do wyjścia.

– A zagaś lampę.

Pod mlecznym szkłem tliło się czerwone światełko, ledwie w blasku dnia widoczne.

Eustachy dmuchnął silnie w szkło lampy, popatrzał raz jeszcze na swój rękopis, przeszedł się kilka razy po pokoju ociężałymi krokami, znużony już i zrzuciwszy tylko marynarkę z rękawów, położył się na nierozebrane łóżko.


ROZDZIAŁ III

Obudził go szelest przewróconej w książce kartki. Otworzył oczy i zobaczył siedzącą przy stoliku siostrzyczkę.

– To ty, Nina?

– Ja.

– Dawno czekasz?

– Nie, niedawno.

Nina weszła cichutko do jego pokoiku, podczas gdy spał (nie zamykał nigdy drzwi na klucz) i szanując sen brata, usiadła ostrożnie na krzesełku, otworzywszy pierwszą lepszą książkę.

Była to panienka młodziutka, piętnastoletnia, szczuplutka, bardzo biała z czarnymi włosami, cerą trochę anemiczną. Patrzyła w książkę, podparłszy skronie białymi piąstkami i starała się nie poruszyć wcale.

Eustachy zaczął się wytrzeźwiać.

– Która to godzina?

– Będzie piąta.

– Hm, piąta.

Po chwili zapytał:

– Co u ciebie słychać?

– A nic.

– Prędko się zaczną lekcje na pensji?

– W przyszłym tygodniu.

– Hm, w przyszłym tygodniu...

Zeskoczył z łóżka, nałożył marynarkę, rozstawionymi palcami kilka razy przejechał po czuprynie, odsapnął, podszedł do Niny i pocałował ją we włosy. Nina, choć nie czytała już książki, zachowywała bezwładnie ciągle te samą pozę: piąstki u skroni, łokcie na stole.

– Tom się wyspał!

– A cóż ty w nocy robiłeś?

– Co? Patrz! – rzekł, biorąc w rękę „Hallali” – Ot, com robił.

– Pisałeś?

– Pisałem i napisałem powieść.

– Skończyłeś już?

– Skończyłem.

Mówiła bez ożywienia, spokojnie i apatycznie. Wiedziała, że pisze powieść, bo dość często zachodziła do brata, więcej z nudów, niż z przywiązania, mając dużo wolnego czasu w czasie wakacji. Przedsięwzięciem Eustachego nie interesowała się prawie wcale; było to jeszcze dziecko, rozwinięte i inteligentne nawet, tylko drzemała w niej jeszcze cała strona energii i duszy; nie okazywała żywszej ciekawości do niczego i brakło jej zupełnie inicjatywy i samodzielności.

Teraz po raz pierwszy zadała mu pytanie, mające związek z jego powieścią:

– Słuchaj no, co to znaczy „hallali”?

– „Hallali”, moje dziecko? Jeżeli na polowaniu jeleń zostanie osaczony przez psy i myśliwych w taki sposób, że już nie ma dla niego ratunku ani nadziei, wtedy strzelcy grają na rogach specjalne hasło, krzyk tryumfu i rozpaczy. To granie nazywa się: „hallali”.

Kiwnęła główką na znak, że zrozumiała.

Eustachy zestawił miednicę na ziemię, zyskał w ten sposób drugie krzesło, na którym usiadł i zaczął przeglądać „Hallali”, poprawiając trochę styl tu i ówdzie, i dopisując opuszczone czasem w prędkości pisania słowo.

Janince jeszcze kwestia przyszła do głowy:

– A co ty teraz zrobisz z tą powieścią?

Eustachy przespał był swój pierwszy entuzjazm i ta świetna, nowa epoka jego życia, nie wydawała mu się tak bardzo już bliską.

– Ba! Moje złoto! Żebym ja wiedział – rzekł.

Po chwili powiedział jej poważnie:

– Myślę naprzód dać temu i owemu do przeczytania; sam autor nie może sądzić swego dzieła: mnie się zdaje, iż jest to bardzo piękne, a może tym tylko warto w piecu napalić. Niech więc osądzi, kto się zna.

Przemówiło to Janince do przekonania.

– No, tak.

– Dam naprzód do przeczytania Drewnowskiemu, choć od niego nie spodziewam się mądrego słowa. A potem dam Wieńkowiczowi. Czyś czytała co Wieńkowicza?

– Nie.

– Może „Nieskończone prace”?

– A, to czytałam.

– Smarkata! Czytasz powieść, a nie rzucisz okiem na nazwisko autora.

– Co mi tam!

Milczeli przez chwilę.

– Cóż tam w domu słychać?

– Nic.

– Mama zdrowa?

– Zdrowa.

– A ojciec?

– Jak zawsze.

Po chwili dodała:

– Był list od Antka; został zatwierdzony jako pomocnik naczelnika depo.

– Maryna nie pisała?

– Nie.

Janinka miała misję dziś do spełnienia.

– Słuchaj-no – rzekła wreszcie – mama kazała się zapytać, dlaczego nie przychodzisz teraz do domu?

Wzruszył ramionami w odpowiedzi.

– Mama myśli, że ty się obraziłeś.

A kiedy na to nie dał żadnej odpowiedzi, zapytała go:

– Więc co ja mam powiedzieć mamie?

– A już co ci się będzie podobało.

I dodał życzliwym tonem:

– Przecież byłaś przy naszej rozmowie.

– Mama się bardzo martwi, że ty nie chcesz nic robić i że nie pojechałeś do Antka; on i w tym liście pisał, że ci może posadę wyrobić.

Machnął ręką.

– Widzisz, mama to inaczej, niż ty...

– Wszystko, jedno – rzekł – nie podnosi się takich kwestii bezpośrednio przed obiadem, bo obiad sam wygląda jak jakaś łaska, czy jałmużna. Co u diabła!

– I od ojca mama ma o ciebie przykrość.

– O mnie?

– Ciągle ojciec mamie dokucza, że ty się o nic nie starasz...

– Przecież nie biorę pieniędzy z domu.

– Ojciec myśli, że mama ci daje.

– Mnie ani słowa nie powie; wydaje się najsłodszy.

– A mamie dokucza.

Po chwili dodała:

– Mama prosiła, żebyś jutro przyszedł na obiad.

– Nie wiem, zobaczę.

Niezrażona jego suchą odpowiedzią, zaczęła go prosić:

– Przyjdź, Stachu, przyjdź. Widzisz, mamie będzie przykro.

I dodała z rezolutnością prawie dziecinną:

– E! Co tam będę zważała na twoje miny! Powiem, że przyjdziesz i już.

Uśmiechnął się.

– A ciastek chcesz?

– Hm! Nie pogardzę – odrzekła wesoło.

– No, to poczekaj tu chwilkę.

Zostawił ją samą w pokoiku, nakładającą rękawiczki na rączki ładne i długie, tylko szczupłe i blade zanadto, i poszedł zanieść „Hallali” Drewnowskiemu. Zastał go nad „Geniuszem” Saleilles’a.

– Ot, co powinieneś przeczytać – powitał go Drewnowski.

– Przyniosłem ci „Hallali” – rzekł Eustachy.

– Dobrze.

– I słuchaj, mój miły, zabierz się do tego... niezadługo.

– Już zrobię to dla ciebie i zacznę czytać zaraz; tylko zapiszę sobie wyciąg z pierwszego rozdziału. (Drewnowski nie przeczytał jednej książki, żeby nie uczynić z niej wyciągu).

Eustachy uścisnął mu rękę, wrócił do siebie i rzekł siostrze:

– No chodź, bębnie!

I zaprowadził ją do cukierni.


ROZDZIAŁ IV

– Odprowadzę cię kawałek – rzeki do Janinki, którą dwa ciastka z kremem i jedno tortowe ożywiły aż do wesołości.

– Kawałek? Nie chcę! Odprowadź mnie do samego domu.

– A co! Daj kurze grzędę...

– Ja nie jestem kura. Ja jestem inny ptaszek, trochę większy...

– Gąska? Jesteś dowcipna!

– Widzisz! Więc mnie odprowadzisz do domu.

– Nie, nie mam czasu – rzekł udobruchany zupełnie miłymi minkami najmłodszej siostrzyczki, którą się trochę opiekował i którą lubił najwięcej z rodziny – ale powiedz mamie, że przyjdę jutro na obiad.

– Pamiętaj! – rzekła mu z pogróżką. – A daleko mnie odprowadzisz?

– Do ogrodu Saskiego.

Ale ledwie zrobił kilkadziesiąt kroków obok niej, przystanął, szybko ją pożegnał, powiedział, że musi odejść, zawołał: „Do jutra!” – i pobiegł na drugą stronę ulicy.

– Dzień dobry, panno Anno! Kiedyż panie przyjechały? Ja zachodziłem do państwa kilka dni temu, zaraz, kiedy to? W poniedziałek...

– Przyjechałyśmy onegdaj.

– Doskonale pani wygląda!

– Dobrze? Naprawdę?

– Doskonale!

Panna Anna się uśmiechnęła. Istotnie wyglądała doskonale. Miała lat osiemnaście, figurkę niedużą, ale zgrabną, teraz w czasie kilkomiesięcznego pobytu na wsi trochę zaokrągloną; buzię świeżą, zawsze lekkim rumieńcem pokrytą, delikatną, okrągłą, z noskiem leciutko zadartym, z zębami zdrowymi i białymi, oczyma bladobłękitnymi, jasnymi włosami.

Na powitanie Eustachego odpowiedziała mocnym, prawie radosnym uściskiem ręki, kiedy zaś potwierdził, że wygląda doskonale, wydawała się szczerze ucieszoną, choć usiłowała to ukryć.

Eustachy nie był z nią nigdy naprawdę dobrze, ale przymilał się jej i znosił jej kaprysy, a nieraz i impertynencje (chwilami była słodka jak miód, a zaraz potem nieznośna jak osa) z wielką cierpliwością, bo dziewczyna była mu potrzebna. Od jej matki właśnie Henrieta odnajmowała pokój, a Eustachy, dążąc do pozyskania, jeżeli już nie jej serca, to choć sympatii i przyjaźni, starał się pozyskać wszystkich, którzy ją otaczali: panią Wolską, pannę Annę, Marcysię, Trezora, kanarka i papugę; pragnął, aby wszyscy mówili Henriecie dobrze o nim.

Z Anną jedną to mu się niezupełnie udawało – inni byli stanowczo pozyskani. Pani Wolska uważała go za wyjątkowego młodzieńca, wiedzącego, jakie względy należą się starości. Marcysia mówiła sobie o nim: „To ci dopiero hojny pan!” – i otwierając mu drzwi, wyszczerzała do niego zęby; Trezor był to jego przyjaciel; kanarek nie bał się go wcale i nie trzepotał przeraźliwie żółtymi skrzydełkami, gdy zobaczył przy klatce bujną czuprynę Eustachego; co do zielonej papugi, ta okazywała mu przywilej całkowicie wyjątkowy: jemu jednemu siadała na palcu, groźnym dziobem swoim, zdolnym przekrajać drzewo jak nożem, żadnej nie czyniąc krzywdy.

– Miała pani tam na wsi jaki instrument grający?

– Miałam fortepian.

– Rozstrojony?

– Nie bardzo; zresztą organista z sąsiedniej wsi umiał stroić fortepiany.

– I zagrywała się pani?

– Czasu nie traciłam.

– Kiedyż się zaczynają lekcje w konserwatorium?

– W poniedziałek już. To też, jeżeli pan chce, żebym panu pograła, to niech pan przyjdzie przed poniedziałkiem – jutro albo dziś...

„O jaka dobra dziś!” – z radością pomyślał Eustachy.

– Można będzie dziś? – zapytał.

– Dlaczegóż nie?

Ile razy Eustachy przyszedł do domu pani Wolskiej, a nie zastał Henriety, zawsze prosił Anny, aby mu co zagrała. Prośba ta miała skomplikowaną doniosłość; naprzód lubił muzykę w ogóle, a w szczególności granie Anny – dziewczyna miała prawdziwie artystyczne poczucia – potem uderzał w ten sposób w czułą jej strunę. Przyjaciółka Henriety była szczęśliwą, gdy mogła grać komuś, kto rozumiał muzykę. Wreszcie Eustachy miał prawdziwą słabość do rąk Anny; były to ręce duże i pełne, za duże może do średniego wzrostu dziewczyny, ale tak piękne, tak bardzo białe, tak kształtne i ponętne, z palcami wyrysowanymi w tak prawdziwie artystyczny sposób, tak klasycznymi paznokciami zakończone, że Eustachemu aż usta do nich ciągnęło, pomimo iż inną kochał. Kiedy Anna siadała przy fortepianie, sadowił się tuż przy niej, na taborecie, pod pozorem, aby lepiej mógł słyszeć i przez cały czas, kiedy te prześliczne ręce latały po klawiaturze, całował je spojrzeniami.

I teraz, idąc obok dziewczyny, rzucał spojrzenia na te duże ręce, które zdawały się rozrywać skórę cisnących je rękawiczek.

– Zagra mi pani „Sonatę patetyczną” Beethovena?

Skinęła głową.

– I dostanę szklankę herbaty?

– I bułki z masłem, i szynki, i jeszcze tam czego.

– Mamie posłużyła wieś?

– Bardzo. Tylko markotno mamie było, że kościół był daleko.

– A daleko był?

– O siedem wiorst. A pan wie, mama przyzwyczajona co dzień być w kościele.

Od początku rozmowy usta drżały mu od zapytania o Henrietę; wstrzymywał się, czekał, aż ono naturalnie wypłynie, usiłował ułożyć mu drogę i spodziewał się, że Anna sama o niej zacznie. Ale ona nie zaczynała. Trochę niepewnym głosem zapytał więc:

– Panna Henrieta nie przyjechała jeszcze?

– Nie.

– A kiedyż się panie jej spodziewają?

– Nie wiemy.

– Pewnie wróci w tych dniach. Lekcje na pensjach zaczynają się w przyszłym tygodniu; mówiła mi to siostra.

– Siostra pana na jakiej jest pensji?

Eustachy wymienił pensję.

– Ale panna Henrieta będzie nadal mieszkała u państwa?

– Będzie.

– Jej pokoik nie jest zajęty?

– Nie.

Anna zaczęła nagle przyśpieszać kroku. Eustachy chciał zapytać jeszcze, czy Henrieta pisała do niej i co mniej więcej pisała, ale zdawało mu się, że Anna nie ma już dla niego tej życzliwości, co przed chwilą. Przyśpieszył i on kroku, aby jej dorównać. Ona zaczęła iść jeszcze prędzej.

– Pani śpieszy się – rzekł.

– Spieszę.

– Ma pani interesy?

– Mnóstwo, mnóstwo: muszę kilka koleżanek odwiedzić, plan sobie przepisać...

Stanowczo mówiła to innym już tonem, suchym jakimś. I tak jej się nagle zrobiło pilnie, że zaczęła już nie iść, ale prawie biegnąć.

Eustachy usiłował jej dorównać kroku, leciał więc obok niej zły, czując, że staje się śmiesznym. W tym pędzie niepodobna było rozmawiać, słowa ginęły, frazes się nie składał. Chciał już ją chociaż pożegnać, ale nie wiedział, jak to zrobić zręcznie.

Nagle, na rogu ulicy, Anna sama się zatrzymała i prędko, niedbale podała mu rękę.

– Ja tędy... Adieu panu!

Skręciła i pobiegła.

Eustachy pozostał na miejscu, zirytowany mocno.

– Z nią tak zawsze! – gniewał się. – Nie sposób być dobrze całe pół godziny. Raz tak, raz tak! Sam diabeł chyba wie, czego się z nią trzymać.

Nie wiedział, czy ma pójść do niej na wieczór, czy nie. Tu go zapraszała, obiecała „bułkę z masłem, szynkę i jeszcze co” – a tu rzuciła go na środku ulicy, jednym słówkiem nie przypomniawszy zaproszenia.

Ma kilka koleżanek jeszcze odwiedzić... Jakiś plan przepisać, a tu przecież już wieczór! Bądź że mądry z takim czartem!

Dowiedział się jednak, że Henrieta nie wróciła jeszcze do Warszawy.

I zdawało mu się, że teraz, kiedy napisał „Hallali”, nie stoi już tak daleko od serca ukochanej dziewczyny.