Grobowiec zapomnianych - Agnieszka Krzesinska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 414 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Grobowiec zapomnianych - Agnieszka Krzesinska

Ines, Anne, Nea i Michael to czwórka nastolatków, którzy chodzą do jednej klasy gimnazjum. Ich wielka przygoda zaczyna się niespełna tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego, kiedy podczas spotkania odkrywają istnienie magii. Kolejne dni przynoszą coraz więcej niespodzianek – w różnych sytuacjach każde z nich odkrywa swoją własną, niepowtarzalną moc. Bohaterowie testują swoje nowe możliwości, nie wiedząc, że to dopiero początek.

 

Pewnego dnia postanawiają zbudować domek na drzewie. Przez całkowity przypadek okazuje się, że Michael potrafi telepatycznie rozmawiać z drzewami. Stary buk mówi przyjaciołom o kimś, kto od dawna na nich czeka. Tą osobą okazuje się Lori – sosna-opiekunka, która wprowadza ich w tajemniczy świat shua – ludzi magicznych, strzegących dobrobytu i pokoju we wszystkich wymiarach i odległych krainach na przestrzeni wieków. Rozpoczyna się opowieść o pierwszych shua, potężnym artefakcie o niespotykanej mocy, zwanym Berłem Przemiany, a także o straszliwych siłach ciemności, które nieustannie próbują przejąć władzę. A jednak Lori nie chce wyjawić im wszystkiego…

Opinie o ebooku Grobowiec zapomnianych - Agnieszka Krzesinska

Fragment ebooka Grobowiec zapomnianych - Agnieszka Krzesinska







Strona redakcyjna


Prolog

Wilczy zwiadowca zwęszył trop uciekiniera. Zjeżył czarne futro na grzbiecie i obnażył rzędy połyskujących białych kłów. Sprawiało to wrażenie złowieszczego uśmiechu, pełnego żądzy krwi i zemsty, do której został powołany. Najskuteczniejsza broń sprawdza się tylko poprzez możliwość całkowitej kontroli nad jej mózgiem. Bezlitosna bestia nie zawaha się przed wypełnieniem rozkazu ani tym bardziej nie będzie marnować czasu na błaganie o litość.

Wilk odwrócił łeb i skinął na dwójkę towarzyszy. Popędzili poprzez leśną ścieżkę, przemykając bezszelestnie między grubymi pniami dostojnych, smukłych sosen. Od wielu długich i monotonnych godzin wykonywali swoje zadanie – niepodlegającą sprzeciwowi wolę ich Panów. A został tylko jeden. Ostatni. Właśnie jego śmierć stanowiła ostatni element ich diabolicznej układanki, której celem było całkowite przejęcie kontroli.

Cała okolica była skąpana w gęstym mroku. Nie było widać gwiazd, jedynie wysoko na niebie majaczył bladozłoty zarys księżyca. Czerwone oczy wilków błyszczały niebezpiecznie, rzucając migotliwe, złowieszcze plamki światła na zmarszczone pyski, z których wydobywał się przerażający warkot. Nagle jeden z wilków przystanął. Przymknął oczy, raz jeszcze sprawdzając kierunek, z którego dochodził świeżo zwietrzony zapach. Otworzył krwistoczerwone ślepia i szczeknął na towarzyszy, dając im znak, że jest całkowicie pewien jego źródła.

– Idą tutaj! – W jego głowie zabrzmiał lekki, kobiecy głos. – Uciekaj!

Nieopodal na wzgórzu, całym pokrytym miękką trawą, siedziało wysokie stworzenie o dostojnej sylwetce. Brązowe pióra szerokich skrzydeł muskały podłoże, spoczywając obok końskiego ogona i ugiętych tylnich nóg, które były zakończone kopytami. Pomarańczowe orle oczy osadzone na pierzastej głowie obserwowały z uwagą rosnącą naprzeciwko sosnę. Ostre pazury na ptasich łapach i mocny, zakrzywiony dziób mogłyby okazać się bardzo niebezpieczne w bezpośrednim starciu.

– Lori... – wyszeptał w myślach, delikatnie i z czułością gładząc korę obserwowanego drzewa. – Nie mam po co uciekać. Zginę. Nie mam już więcej sił. Upadłem, najdroższa. Upadłem. Jestem... jestem już zmęczony... Bardzo zmęczony.

– A co z następcami? – przerwała mu niecierpliwie, poruszając czubkami iglastych gałęzi. – Jak odkryją swoje moce? Musisz zrozumieć, że twoi przyjaciele już nie wrócą.

Cicho westchnął. Chwilę wsłuchiwał się w zwyczajny szum lasu. Kochał drzewa – był członkiem ich ogromnej rodziny.

– Nie potrafię... – Przez chwilę pogrążył się w myślach. W tej samej chwili oboje zobaczyli, jak trzy rozwścieczone bestie zbliżają się szybko w stronę wzgórza. Reagel spojrzał poważnie na Lori. – Muszą poznać prawdę. Wiesz, co musisz zrobić. Kimkolwiek będą, prowadź ich, tak jak kiedyś poprowadziłaś mnie.

Postukał pazurem w blaszany wisior zwisający z opierzonej szyi.

– Reagel! Nie...! Proszę... Nie...! – krzyczała na próżno Lori. W tej samej chwili na wzgórzu pojawiły się trzy upiorne wilki i rzuciły się na Reagela, przyszpilając go do ziemi. Czuł, jak rozdzierają jego ciało, ale nie zwracał uwagi na ból. Nagle ogarnął go przerażający chłód... Przez chwilę pomyślał, że zasypia. Zdążył zerwać wisior z szyi i rzucić go ponad głowami wilków. I wtedy poczuł się wolny. Niezwykle lekki, pozbawiony wszelkich trosk. Zalała go fala światła, która jak zwiewny, złoty szal pochłonęła jego skarb. Serce biło coraz wolniej. Nie mógł zobaczyć już niczego więcej. Uśmiechnął się w duchu i poczuł, jak chwytają go łagodne ramiona ciemności.


Rozdział 1

„...i jutro idę do nowej szkoły”. Ines ze złością zatrzasnęła pamiętnik i położyła się na plecach na łóżko. Od pewnego czasu dręczyły ją wątpliwości związane z nowym gimnazjum, w którym miała rozpocząć naukę.

Ines była młodą dziewczyną o nietypowym usposobieniu. Miała postrzępione czarne włosy i duże szare oczy, w których zawsze można było dostrzec tajemniczy błysk zwiastujący jakiś nowy pomysł, który zrodził się jej w głowie. Myślała o zupełnie innych rzeczach niż powinna – o rzeczach dziwnych i niespotykanych. Dlatego też bała się swojej nowej klasy, gdyż potrafiła sobie wyobrazić, do czego są zdolni ludzie w tym wieku, poza tym obawiała się odrzucenia. Ines nie lubiła być sama, dlatego zawsze ktoś musiał być obok niej. Jednak nigdy jeszcze nie znalazła się w towarzystwie ludzi, którzy naprawdę chcieliby ją zrozumieć. Dlaczego? Czasem woleli z góry założyć, że po prostu zwariowała, kiedy zdarzało się jej wspomnieć o rzeczach, takich jak magia, która istnieje w życiu codziennym, albo zaczynali się śmiać, kiedy próbowała opowiadać im o stworzeniach fantastycznych. Tylko że Ines nie potrafiła zwątpić w to wszystko, w co przywykła wierzyć. Jej wielką pasją była fantastyka, a za szczególnie majestatyczne stworzenia uważała smoki, które stanowiły prawdziwą część jej osobowości.

Jednak czy zdoła zaklimatyzować się w nowym otoczeniu? Szczerze w to wątpiła, a na samą myśl o skrywaniu swojej prawdziwej osobowości pragnęła uciec gdzieś daleko. Jednak następny dzień nieuchronnie nadchodził i- zanim zdążyła się zorientować – już zapakowano ją w strój galowy i posłano na rozpoczęcie roku.

***

Ines wsiadła do samochodu z niewyraźną miną. Jej mama natychmiast zorientowała się, o co chodzi.

– Nie martw się kochanie – powiedziała do córki. – Nowa szkoła to nowi znajomi i nowe przygody. – Spojrzała na Ines w środkowym lusterku samochodowym. Jej córka nieznacznie kiwnęła głową, a potem, wciąż smutna, patrzyła w przeciwną stronę.

– Wiesz, jak to jest – odezwała się do mamy, nadal wbijając wzrok w dal za szybą samochodu.

– Wiem – odpowiedziała. Jej głos zawsze potrafił uspokajać ludzi. Tak ciepły i miękki, że mimowolnie zmusiła się, żeby mu zaufać.

– Może masz rację – powiedziała Ines po chwili zastanowienia się. Z nową nadzieją spojrzała w przyszłość.

Tymczasem skręciły w główną ulicę. Niedługo potem znad niewielkich domków jednorodzinnych rozsianych po okolicy wyłonił się budynek szkoły. Kiedy podjechały bliżej, Ines zauważyła, że jest całkiem spory.

– Tam, to chyba twoja nowa klasa – powiedziała mama Ines, wskazując grupę uczniów gromadzących się przy tabliczce z napisem „1 AA”.

– Tak – westchnęła w odpowiedzi córka. – No to idę. – Uśmiechnęła się po chwili, starając się być dobrej myśli. Pocałowała mamę na pożegnanie i ruszyła w stronę grupy.

Musiała przyznać, że serce zaczęło bić jej w piersi jak oszalałe. Straciła całe opanowanie. Stanęła po prostu w samym środku tłumu, z nikim nie rozmawiając.

– Cześć – powiedziała nagle jakaś dziewczyna z boku. Ines odwróciła się pospiesznie w jej stronę. Miała oliwkowozielone oczy, które wyrażały głęboki spokój i życzliwość, a także długie kasztanowe włosy splecione w gruby warkocz, natomiast na sobie złoto-zieloną sukienkę do kolan. Wyglądała naprawdę pięknie...

– Hej – odpowiedziała Ines z uśmiechem. – Będziemy w jednej klasie...

– Zgadza się – odparła tamta z uśmiechem, po czym wyciągnęła do Ines rękę. – Mam na imię Anne, a Ty?

– A ja Ines – odpowiedziała i ścisnęła rękę nowo poznanej dziewczyny. Chociaż nigdy wcześniej się nie spotkały, czuła się tak, jakby znały się od lat. Od Anne biło tyle wewnętrznego ciepła i wydawała się być taka życzliwa, że Ines aż zdrętwiała ze szczęścia, że będzie odtąd spotykać ją codziennie. Kiedy patrzyła jej w oczy, czuła coś, czego nie potrafiła określić – jakąś niewypowiedzianą bliskość i pewność, że jest to ktoś, kogo spotkała nieprzypadkowo.

– Czym... czym się interesujesz? – zapytała wprost.

– Ja? No cóż, różnymi rzeczami. Magią, fantastyką... – zaczęła Anne. – Nie lubię wprawdzie czytać, ale czasem sięgam po dobrą książkę pełną magicznych stworów...

– To tak samo, jak ja! – Ines nie mogła uwierzyć własnym uszom. Czyżby miała rację? Może nie będzie tak źle. – Uwielbiam fantastykę! Kocham smoki – przyznała z uśmiechem od ucha do ucha.

– Grunt to poznać bratnią duszę – zaśmiała się Anne.

– Do ostatniej chwili myślałam, że nikogo takiego tu nie spotkam! – wyznała Ines z radością.

– Myślę, że jeszcze spotkamy tu więcej takich osób – stwierdziła jej nowa koleżanka. – Tylko musimy je odszukać. – Nagle umilkła i wskazała ręką w stronę małej grupki dziewczyn, które ubrane były tak krzykliwie, że aż chciało się odwrócić wzrok. Obok nich widniała tabliczka z napisem „3 CD”.

– Cóż, takich też tu nie brakuje. – Uśmiechnęła się porozumiewawczo do Ines. Obie roześmiały się pod nosem. – Masz rację – dodała po chwili. – Jak też człowiek może wyglądać... – Nagle jednak owa grupka dziewczyn zaczęła iść w ich stronę. Natychmiast umilkły i spojrzały na siebie. Jedna z nich, ubrana chyba najbardziej wyzywająco, podeszła do Ines i zlustrowała ją wzrokiem od stóp do głowy, po czym oparła dłoń na biodrze.

– Siema – zaczęła, patrząc na Ines lekceważącym wzrokiem. Żuła miętową gumę, której zapach dziewczyna intensywnie poczuła. – Fajne... „ciuchy” – powiedziała sarkastycznie, na co jej towarzyszki parsknęły śmiechem.

– A sama spojrzałaś dzisiaj w lustro? – odparła już nieco podenerwowana Ines.

– Spojrzałam, w przeciwieństwie do ciebie – odparła. – Aż żal mi z tobą gadać, mała. To jest gimnazjum, wiesz? A nie przedszkole! Rzuca się, smarkula jedna.

Ines już chciała dociąć wrednej dziewczynie, kiedy odezwała się za nią Anne:

– Gratuluję odwagi. Zaczepiasz młodszych?

– Ja zastanowiłabym się, co mówię – prychnęła „Różowa Landrynka”. – Jaka żenada. Widzicie je? Kto by chciał z nimi gadać? Widziałam cię, jak dolatywałaś do każdego! Może chcesz się podlizać, co? I tak nikt nie zechce się tobą zainteresować! – odparowała, wskazując na Anne.

Tamta zagryzła wargę i odwróciła twarz w druga stronę.

– Odczep się! – warknęła Ines.

– Bo co mi zrobisz? Już się boję. Ach! Trzymajcie mnie!

W tej samej chwili podeszła do nich jakaś rudowłosa dziewczyna. Jasnozielone oczy zdradzały, że od jakiegoś czas przysłuchiwała się rozmowie i że wcale jej się ona nie podobała.

– Szukasz zaczepki? – powiedziała do przywódczyni grupy.

– Zaczepki? Ja tylko uświadamiam niższych umysłowo, co to znaczy gimnazjum. Ej, idziemy. Szkoda czasu na te dzieci, a chyba Jack mnie woła – odparła „landrynka” i skinąwszy na towarzyszki, przepchnęła się przez dziewczyny, uderzając barkiem Ines.

– Dzięki – bąknęła Anne, wyraźnie poruszona docinką.

– Nie martw się – powiedziała nieznajoma dziewczyna. – W każdej szkole się takie zdarzają. A ta to już w ogóle, jakaś idiotka. Nie warto się tym przejmować, słyszysz?

– Ona ma rację... to znaczy... jak masz na imię? – zapytała Ines.

– Nea, miło mi was poznać – odpowiedziała.

– Ja jestem Ines, to jest Anne – powiedziała czarnowłosa dziewczyna.

– No, to już kogoś znam. – Uśmiechnęła się Nea. – Chodźmy, wołają już na apel.

W trójkę, razem z resztą grupy, która stanowiła ich nową klasę, ruszyły w stronę wielkiego placu przylegającego do wysokiego budynku szkoły. Apel trwał niecałą godzinę, potem wszyscy udali się do swoich sal.

Kiedy cała klasa już się rozsiadła w ławkach, wychowawczyni rozpoczęła tradycyjne przemówienie.

– Witam was, kochani, w nowym roku szkolnym – zaczęła mówić, krążąc wzrokiem po klasie, od jednego do drugiego ucznia. Była bardzo szczupłą i wysoką kobietą, która rzucała się w oczy głównie ze względu na opadające kaskadami złote włosy, niespotykane w takim wieku – na pierwszy rzut oka była już grubo po czterdziestce. Na nos opadały jej okulary połówki z błękitną oprawką podkreślającą ciemnoniebieskie oczy. – Mam nadzieję, że będziemy współpracować ze sobą i się nawzajem wspierać. To bardzo ważne w... – nie zdążyła dokończyć, bo niespodziewanie do sali wpadł zdyszany chłopak. Wszyscy odwrócili głowę w jego stronę. Ktoś zachichotał z pogardą.

– Prze... przepraszam bardzo... za... za spóźnienie – wysapał, nie mogąc złapać oddechu. Przetarł dłonią spoconą grzywkę długich ciemnych blond włosów i kiedy nauczycielka skinęła głową, usiadł na najbliższym wolnym miejscu... obok Ines.

– Cześć – powiedziała szeptem, żeby nie przeszkadzać nauczycielce. Anne i Nea odwróciły się nieznacznie, żeby też uczestniczyć w „rozmowie”.

– Cześć – odpowiedział z uśmiechem, nadal dysząc. – Jestem... jestem Michael.

– Ja jestem Nea, to są Ines i Anne – przedstawiła je Nea, wskazując na każdą z osobna.

– Miło mi... nie... nie mogę złapać tchu, całą drogę biegłem – przyznał Michael. – Zaspałem, a potem... – umilkł, widząc karcący wzrok nauczycielki. – Przepraszam – bąknął zakłopotany.

Wychowawczyni jeszcze krótką chwilę mierzyła go wzrokiem, a potem znów zaczęła mówić. Kiedy spotkanie dobiegło końca, wszyscy tłumnie wybiegli ze szkoły. Nowo poznani przyjaciele postanowili pójść razem.

– Więc wszyscy w czwórkę interesujemy się tym samym? – zapytała z rozbawieniem Ines.

– Na to wygląda – odpowiedział Michael. – To dobrze już w pierwszy dzień się z kimś zaprzyjaźnić.

– Dokładnie – zabrała głos Anne. – Chyba żadne z nas nie przewidywało takiego obrotu wydarzeń.

– Nawet o tym nie marzyłam, dajcie spokój – zachichotała Nea.

W przyjemniej atmosferze wrócili do swoich domów. Okazało się, że każde z nich mieszka na tej samej lub sąsiedniej ulicy, więc odprowadzili się nawzajem, rozmawiając o wspólnej pasji.

W pewnym momencie Michael i Anne skręcili w swoją ulicę, żegnając się radośnie z pozostałą dwójką.

– Dziwne, że nigdy się nie spotkałyśmy – zauważyła Ines, idąc dalej, do następnej ulicy.

– Ja mieszkam tu dopiero od niedawna – wytłumaczyła Nea. – Wprowadziliśmy się jakiś miesiąc temu.

– Faktycznie! Przypominam sobie! Ale i tak jakoś nigdy nie udało nam się zaznajomić.

– Ciekawe, prawda? Przynajmniej dzisiaj się udało. – Uśmiechnęła się Nea. – To... do jutra!

– Do zobaczenia! – odpowiedziała Ines.

Dziewczyny we wspaniałych nastrojach rozeszły się do swoich domów, a Ines spojrzała z nową nadzieją w przyszłość.


Rozdział 2

Następny tydzień w szkole również minął w miłej atmosferze. Każda chwila, którą wspólne spędzali ze sobą Anne, Ines, Nea i Michael sprawiała, że zaprzyjaźniali się ze sobą coraz bardziej. Rozmawiali na wspólne tematy, śmiejąc się i świetnie się przy tym bawiąc. Ponieważ tak dobrze układało im się w przyjaźni, często zapraszali się do swoich domów, na przykład żeby odrobić wspólnie lekcje albo po prostu spędzić trochę czasu razem.

– Może wpadlibyście do mnie dzisiaj na obiad? Moi rodzice wychodzą na jakąś konferencję, więc mamy cały dom dla siebie – powiedziała pewnego dnia Ines.

– Myślę, że to super pomysł! – odpowiedział Michael.

– Ja chyba też będę mogła – stwierdziła Anne. – A ty, Nea?

– Też – odpowiedziała z radością. – Tylko... co będziemy jeść na obiad?

– Coś sobie odgrzejemy. – Ines uśmiechnęła się.

– A może lepiej zamówimy pizzę? – podsunął Michael.

– Okej. Czy to jakaś różnica? Pogadamy sobie, pobędziemy razem – dodała czarnowłosa dziewczyna.

– W sumie tak... nie mówiłam wam tego wcześniej, ale... jestem wegetarianką – wyznała Nea.

– Nie ma problemu, może być przecież wegetariańska – odpowiedziała Anne. – A to niespodzianka!

Uzgadniając szczegóły spotkania, poszli od razu do domu Ines. Piękna pogoda dodatkowo sprawiła, że byli w fantastycznych nastrojach. Pół godziny później dostarczono zamówienie – pyszną i intensywnie pachnącą pizzę wegetariańską z dodatkiem ananasa i podwójnym serem. Przyjaciele zabrali się do pałaszowania jej, siedząc przy stole w kuchni.

– Ale pycha – powiedział Michael, kończąc swój kawałek. – Eee, Anne? Mogłabyś podać mi kubek?

– Jasne – odpowiedziała i sięgnęła po kubek. W tej samej chwili wszyscy zamarli w bezruchu. Jakimś dziwnym, niewytłumaczalnym sposobem kubek uniósł się do góry i popłynął w powietrzu wprost do ręki zaskoczonego Michaela. Chłopak złapał kubek i wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami.

– C-co to było?! – krzyknął zduszonym głosem. Jeśli czegoś się dzisiaj spodziewał, to na pewno nie lewitującego kubka.

– Jak ty to zrobiłeś? – zapytała równie oszołomiona Anne.

– Nie mam pojęcia – wydyszał Michael, będąc wciąż w szoku.

– Czy to jest może to, co myślę...? – powiedziała cicho Ines. Przyjaciele spojrzeli w jej kierunku i pokiwali głowami.

– Jeśli tak to... Ale to chyba niemożliwe... że... ja... mógłbym... – powiedział nieskładnie Michael.

– Ale jeśli to rzeczywiście możliwe, to... może spróbuj raz jeszcze? – zaproponowała mu Nea.

Michael odetchnął kilka razy, po czym skupiony wyciągnął przed siebie rękę. Przyjaciele obserwowali całe zajście z mocno bijącymi sercami. Po chwili kubek niespodziewanie uniósł się lekko do góry, potem jeszcze wyżej i... z trzaskiem spadł na stół, rozpryskując się na kilkanaście kawałków.

– Przepraszam! – powiedział Michael. – Ale... chyba mi się udało... O matko...

– Daj spokój... wyluzuj... – powiedziała Ines „nawiedzonym” głosem, wstała i zaczęła sprzątać porozrzucane kawałki. – Nie musisz przepraszać. To w końcu tylko zwykły kubek. Ale dzięki tobie odkryliśmy coś bardzo ważnego. Cokolwiek... cokolwiek właśnie się stało...

Przyjaciele zamilkli na moment, myśląc o tym, co ich przed chwilą spotkało. Żadne z nich nie mogło w to uwierzyć ani z niczym powiązać, więc jednogłośnie stwierdzili, że to musiała być... MAGIA.

– A więc magia naprawdę istnieje. – Ines, która dopiero usiadła przy stole, wstała i w milczeniu zasunęła krzesło, po czym podeszła do okna. Stała plecami do przyjaciół, co wskazywało na głębokie zamyślenie.

– Powinniśmy coś z tym zrobić... – powiedziała niepewnie Anne. Cała trójka zwróciła głowę w jej stronę. – Właściwie muszę wam coś powiedzieć... teraz mi się przypomniało, że...

– Co? – spytała zaciekawiona Nea.

– No bo kiedyś...

Nagle przyjaciele usłyszeli dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach. Ines pobladła.

– Uprzedziłaś kogoś, że tu będziemy? – zapytał ostrożnie Michael.

– Mieli być cały czas na konferencji! – powiedziała zdenerwowana. Chciała coś jeszcze dodać, kiedy próg kuchni przekroczyli, nieco zdziwieni, rodzice Ines.

– Ines! Co to ma znaczyć? – zapytała ją mama, uśmiechając się przepraszająco do reszty.

– Ines... Ines zaprosiła nas na obiad, proszę pani – zwróciła się do niej uprzejmie Anne. – Stwierdziliśmy, że zamówimy pizzę i...

– Przepraszam was – powiedziała zawstydzona córka. – Rzeczywiście mogłam was uprzedzić...

– Mogłaś – potwierdził jej tata. – Szczęście, że chociaż posprzątałaś w domu.

– No... owszem – potwierdziła szybko, chociaż tak naprawdę nie wzięła nawet do ręki miotły.

– No trudno... a was przepraszam za to zamieszanie – odpowiedziała mama Ines. – Zostańcie, ile chcecie. My przyszliśmy tylko po parę papierów – dodała, po czym mąż podał jej grubą teczkę dokumentów. Następnie pożegnali się i pospiesznie wyszli z domu, wsiedli do samochodu i odjechali.

– Uff – odetchnęła Ines z ulgą, po czym ponownie opadła na krzesło. – Było blisko.

– Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! – Michael zaśmiał się.

– Dzięki – zwróciła się dziewczyna do Anne. – Jej, ciągle ratujesz mi skórę!

– Nie ma za co! – Roześmiała się Anne.

– A o czym chciałaś nam powiedzieć? – zapytała Nea.

– Właściwie, to może powiem wam jutro. Muszę iść.

– Czemu? – zapytała Ines.

– Bo jutro sprawdzian, zapomniałaś? Dobrze byłoby się do niego przygotować...

– To może my też już pójdziemy? – zaproponował Michael.

– Dobra, macie rację. Ja też trochę muszę wkuć, żeby przypadkiem nie oddać jutro pustej kartki... – zgodziła się Ines, po czym wstała i otworzyła przyjaciołom drzwi. – Do zobaczenia! – Uśmiechnęła się i pomachała im na do widzenia.

– Pa! – odpowiedzieli. – Do jutra!

Rozeszli się jak zwykle w przeciwne strony ulicy, każde do swojego domu. Ines zamknęła drzwi, uśmiechnęła się od ucha do ucha i dziękowała z całego serca, że poznała tak wspaniałych ludzi. W powietrzu unosił się jeszcze magiczny zapach zupełnie nowej i szalonej przygody.


Rozdział 3

Ines pędziła szkolnym korytarzem. Mało brakowało, a znów by się spóźniła. Zaspała, więc nie zdążyła nawet zjeść śniadania. Skręciła w prawo, żeby wbiec po schodach. Zdyszana dopadła do szafki i wcisnęła do jej środka przemoczoną kurtkę – kiedy wychodziła z domu w i tak już fatalnym nastroju, zaczęło padać. Złapała za plecak i szybkim krokiem poszła w stronę swojej klasy. Na szczęście jeszcze nie weszli do sali.

– Jesteś wreszcie! – ucieszyła się Nea, kiedy tylko ją zobaczyła.

– Deszcz... deszcz mnie złapał... Matko, masakra z tego poranka – wysapała Ines.

Po chwili z tłumu rozmawiających uczniów wyłonili się Anne i Michael. Przywitali się, po czym weszli do klasy. Lekcja matematyki mijała swoim zwykłym, monotonnym rytmem. Ines nie cierpiała algebry. Mało brakowało, a przygnębiająco bezbarwny głos nauczycielki uśpiłby ją zupełnie. Na szczęście Michael w porę szturchnął ją łokciem.

– Chyba nie wytrzymam – powiedziała szeptem.

– Ja też mam ochotę zasnąć – przyznał Michael, notując zadanie w zeszycie.

– Co to w ogóle jest? – mruknęła ze zgorszeniem Ines. – No, herezja.

– Żeby tylko... Hej, no właśnie – przypomniał sobie chłopak. – Wczoraj Anne miała nam coś powiedzieć.

– Mhm... Pewnie powie nam dzisiaj...

– To chyba było coś ważnego.

– Wiesz, bardzo możliwe...

– Michael! – usłyszeli nagle krzyk nauczycielki. Chłopak wystraszył się, kiedy nauczycielka, z linijką w dłoni, nagle znalazła się niebezpiecznie blisko niego. Wyglądało to tak, jakby zaraz zamierzała go nią uderzyć. – Przeszkadzam ci w czymś może? Pogaduszki odłóż na później! Do tablicy! – Zmierzyła ucznia lodowatym wzrokiem.

Michael posłusznie wstał z krzesła. Podszedł do tablicy i szybko rozwiązał zadanie. Nauczycielka uniosła brew do góry.

– Dobrze... – mruknęła. – Nienajgorzej, nienajgorzej. Siadaj, młodzieńcze, i ani słowa.

Michael grzecznie przeprosił i usiadł z powrotem obok Ines. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Anne i Nea, siedzące w ławce przed nimi, lekko obróciły się do tyłu.

– Było blisko. – Anne uśmiechnęła się.

Dalsza część lekcji mijała spokojnie. Nareszcie usłyszeli zbawczy dźwięk dzwonka. Wyszli na przerwę.

– O matko, nareszcie! – sapnęła Ines i uniosła ręce do góry w żartobliwym geście uwielbienia.

– Nieźle – powiedziała Nea do Michaela. – Nie cierpi matmy, ale bez problemu rozwiązuje najtrudniejsze zadania.

– Daj spokój, tamto było proste.

– Proste? Z której strony? – Ines zaśmiała się.

– To chyba tylko Michael tak potrafi – stwierdziła Anne. – No właśnie... miałam wam wczoraj coś powiedzieć?

Przyjaciele skinęli głowami.

– Wiecie... po wczorajszym wydarzeniu – spojrzała znacząco na Michaela – zaczęłam zastanawiać się nad tym, co mi się kiedyś przydarzyło.

– A co to było? – zapytała zaciekawiona Ines.

– Kiedyś szłam ulicą. W pewnym momencie zobaczyłam jakąś małą i wystraszoną dziewczynkę. Płakała. Chyba szukała swojej mamy. Stała po przeciwnej stronie ulicy... i nagle usłyszałam, jak jakaś kobieta krzyczała: „Jane! Jane! Tutaj jestem” czy coś w tym stylu. Ta kobieta szła mniej więcej kilka metrów za mną, ale tamta dziewczynka nie mogła jej zobaczyć, bo zaparkowany samochód dodatkowo zasłaniał jej widok. Z kolei ta kobieta, która jej szukała, w każdej chwili mogła skręcić w inną odnogę ulicy, na której ja stałam, i nie znaleźć tej dziewczynki. I wiecie, co się stało? Strasznie chciałam jej jakoś pomóc. Chciałam po prostu podejść do tamtej pani i powiedzieć, że jej córka stoi dokładnie naprzeciwko niej. Ale coś mnie tknęło i po prostu w mojej głowie zobaczyłam... to znaczy poczułam coś strasznie... delikatnego... Nie wiem, dlaczego, ale moje pierwsze skojarzenie dotyczyło tej dziewczynki. Powiedziałam po prostu w myślach, żeby przeszła przez ulicę i wróciła do mamy. I zgadnijcie, co się stało potem. Ta mała zrobiła dokładnie to, o czym pomyślałam. Uznałam to za zbieg okoliczności, no ale to było zwyczajnie niemożliwe, żeby zobaczyła tę kobietę... Jak myślicie, to była... magia?

Przyjaciele stali w skupieniu, poruszeni historią.

– To... to rzeczywiście było niemożliwe – podjęła Ines po chwili milczenia. – Może to jest twoja... moc?

– Próbowałaś tego jeszcze kiedyś? – zapytał Michael. – Mnie z kubkiem nie wyszło za drugim razem, ale wczoraj wieczorem... wieczorem próbowałem ćwiczeń z ołówkiem. Czekałem bardzo długo, ale w pewnym momencie poczułem się tak, jakby on stał się częścią mnie. Po prostu czułem go całym sobą. I właśnie wtedy zaczął się unosić. Na początku tylko kawałeczek, ale potem byłem w stanie nim... kierować, przez przynajmniej pięć minut.

– Naprawdę? – Nea aż się zachłysnęła.

– Naprawdę. Może Anne też powinna spróbować...?

Ines kiwnęła zachęcająco głową.

– Ale... na kim? – zapytała Anne.

– Raczej nie na jednym z nas. To musi być ktoś, kto nie jest tego świadomy... Myślę, że tak to właśnie działa – odpowiedział Michael.

– Ma rację – zgodziła się z nim Ines. – Może... może na tamtym gościu?

Wskazała palcem przechodzącego osiłka, który właśnie zaczynał jeść swoje śniadanie. Sądząc po ilości jedzenia w śniadaniówce i otyłej sylwetce, jego umysł był chyba niezbyt... wysokich lotów. Anne skupiła się i całą swoją wolą starała się przeniknąć do umysłu tłuściocha. Kazała mu wyrzucić jedzone jabłko do kosza. Zamknęła oczy. Wczuwała się w niego. Nic z tego nie wyszło. Otyły chłopak nawet się nie poruszył. Spróbowała raz jeszcze. Anne poczuła się tak, jakby trzymała coś niezwykłego... a raczej jakby to coś usilnie się jej wymykało. Już prawie... jeszcze troszkę... Starała się odprężyć i zachować spokój. I właśnie wtedy go... złapała. Chłopak nagle przestał przeżuwać wielki kęs jabłka, odwrócił się i wyrzucił je do kosza. Anne nie wiedziała dlaczego, ale była bardzo wyczerpana. Odetchnęła z ulgą, puszczając wolno umysł chłopaka.

– Niesamowite...! – krzyknęła cicho Ines. – Wszystko gra?

– Tak... tak myślę – powiedziała Anne. Przyjaciele pomogli jej ustać na nogach, kiedy przez moment się zachwiała.

– Udało ci się! – powiedział radośnie Michael. – Udało!

– Na to wygląda... – Nea uśmiechnęła się.

– W takim razie potrafisz... wpływać na umysły ludzi! – podsumowała Ines, ściskając rękę Anne. – Ale czad!

– To było... niesamowite – powiedziała zadowolona z siebie Anne. – Jakbym była sobą i jednocześnie... tamtym gościem.

Nieoczekiwanie zadzwonił dzwonek. Przyjaciele, nadal podekscytowani, udali się do sali na kolejną lekcję.

***

Wreszcie nadszedł czas długiej przerwy. Wszyscy uczniowie tłumnie opuścili sale lekcyjne i wybiegli na boisko szkolne. Czwórka przyjaciół wyszła razem, zajadając śniadanie.

– Z czym masz? – zagadnął Michael, wskazując na kanapkę Ines.

– Z szynką i majonezem, moja ulubiona... mmm... – odpowiedziała dziewczyna.

– Mamy piękną pogodę – powiedziała Nea rozmarzonym głosem. – Uwielbiam, kiedy świeci słońce!

– Tak, ja też czuję się fantastycznie. Gdyby tylko nie ten test... Chyba mi nie poszło – przyznała Ines.

– No co ty, Ines! Na pewno nie jest aż tak źle – pocieszyła ją Anne.

– To było... niewykonalne! Czy może istnieć coś głupszego od matematyki? – żachnęła się Ines i usiadła na pobliskiej ławce, która stała obok szkolnego boiska. Przyjaciele dosiedli się do niej.

– Nie było na pewno aż tak łatwe – zgodził się Michael.

– Akurat dla ciebie Michael cała matma jest prosta – odpowiedziała smutno.

– Co wcale nie znaczy, że ją lubię... Oj, nie łam się. Będzie dobrze.

– To tylko sprawdzian! Nie warto się martwić... Pamiętasz jeszcze, co się nam przydarzyło? – zapytała Anne z podnoszącym na duchu uśmiechem. Ines kiwnęła głową, ale nadal była smutna. W tej samej chwili poczuła mocne uderzenie w głowę. Przez chwilę miała czarną plamę przed oczami. Kiedy otworzyła oczy, zorientowała się, że została uderzona piłką.

– Oj, przepraszam! – usłyszała kpiący głos.

– Lepiej uważaj sobie! – warknął Michael. – Mogłaś zrobić jej krzywdę!

– Ach, tak? – Ines dopiero teraz spostrzegła znajomą wredną dziewczynę, jak zwykle wymalowaną i ubraną tak wyzywająco, że prawie nie można było na nią patrzeć. Była zbyt słodka do przełknięcia. – Och, tak mi przykro! – kpiła dalej. Wasza przyjaciółeczka jest taka delikatna! Zapomniałam, że to przecież dzieciaczek! Taki malutki, ojej, zaraz chyba się rozpłacze!

Ines nie wytrzymała. Zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, wstała i krzyknęła:

– Zamknij się, różowa landryno!!!

Nagle zrobiło się bardzo cicho. Wszyscy wiedzieli, że „landrynka” miała znajomych prawie w całej szkole, także najstarszych gimnazjalistów, którzy cieszyli się bardzo złą sławą...

– Jak... jak mnie nazwałaś? Pytam się, smarkulo! – warknęła przez zaciśnięte zęby, patrząc na Ines tak, jakby tamta nagle postradała zmysły.

– Nie mów do mnie w ten sposób! – krzyknęła dziewczyna.

– Ines, siadaj, to się źle skończy! – szepnęła Anne, ciągnąc przyjaciółkę za rękaw. Ona jednak zrobiła bardzo odważny, duży krok do przodu.

– Myślisz, myślisz, że możesz się wywyższać, bo ubierasz się jak jakaś ulicznica?! Myślisz, że skoro jestem od ciebie młodsza, to będę do końca życia odpowiadać na twoje żałosne zaczepki?! Może myślisz, że się popłaczę i polecę do domu?! Nie, bo nie boję się ciebie! Dalej, chodź tutaj! Załatw coś po raz pierwszy sama, bez pomocy swoich wytresowanych i wyrośniętych osiłków! No dalej!!!

Landrynka patrzyła na nią, jakby była opętana. Ines miała ochotę ją rozszarpać, ale kiedy chciała zrobić kolejny krok, Michael wstał i stanowczym ruchem pociągnął dziewczynę do tyłu.

– Nie potrzebuję pomocy! – powiedziała zaskoczona Ines. – Załatwię to sama.

– Upadłaś na głowę?! – zapytał w odpowiedzi. – Ona zna Riddleya i całą jego bandę!

– Nie obchodzi mnie to... – zaczęła, kiedy nagle przyjaciele zorientowali się, że Landrynka odchodzi w inną stronę boiska. Wszyscy uczniowie spojrzeli ze współczuciem i zarazem podziwem na Ines, która tymczasem śledziła wzrokiem ordynarną dziewczynę. Nagle serce zaczęło łomotać jej w piersi. Nie było w szkole osoby, która nie znałaby Riddleya – był to wyrośnięty siedemnastolatek, który dwa lata z rzędu powtarzał trzecią klasę. Słynął z drobnych przestępstw, takich jak kradzież pieniędzy, ale głównie ze znęcania się nad słabszymi. Ines była przekonana, że nawet ktoś taki, jak Landrynka, nie posunie się do bliższej z nim znajomości – był prawdziwą skazą ich gimnazjum. Do tamtej chwili była przekonana, że to tylko groźba... dopóki czerwono-ruda czupryna Riddleya nie wyłoniła się zza bramki boiska.

– Zabierajmy się stąd! – pisnęła Nea. – Dość tego! Wiemy, że jesteś odważna, ale chyba życie jest ci miłe?!

Ines tylko zacisnęła mocniej zęby. Jej przyjaciele patrzyli bezradnie, jak – pomimo ich namawiań – dziewczyna wychodzi naprzeciw szkolnego łobuza. Riddley miał mniej więcej dwa metry wzrostu, twarz upstrzoną czerwonymi pryszczami i początkami rudawego zarostu. Pod prawym okiem miał podłużną i lekko poczerniałą bliznę, a nos był w kilku miejscach pokrzywiony, co stanowiło o licznych stoczonych bójkach, które z pewnością musiały być krwawe. Do szkoły przychodził w przepoconych koszykarskich koszulkach, podartych szortach i znoszonych adidasach. Był co najmniej ordynarny zarówno w stosunku do uczniów, jak i do szkolnego personelu. Nauczyciele wprost go nie cierpieli, ale ojciec Riddleya był dyrektorem szkoły – niezwykle bogatym człowiekiem, zainteresowanym głównie powiększaniem swoich zarobków; jego żona umarła wiele lat wcześniej, więc jedynego syna bardzo rozpieszczał, pozwalając mu na dosłownie każdy wybryk. Ines wiedziała o nim tylko tyle, ale to wystarczyło jej, żeby omijać Riddleya z daleka. Aż do tej chwili.

– O nią ci chodziło? O tę małą? – Riddley roześmiał się, kiedy zobaczył Ines. – Nie wiem, czy jestem w stanie chociaż połamać jej żebra.

Ines przełknęła ślinę. Landrynka, która trzymała go pod rękę, sprawiała wrażenie bardzo zadowolonej z siebie.

– Daj spokój, Reed. Przyłóż jej, to przestanie się rzucać.

– Taka mała, a już podskakuje?

– Widocznie – przerwała im niecierpliwie Ines. – Jeśli masz na to ochotę, możesz mnie nawet zabić. Co mnie to obchodzi? Mam dość twojej głupiej dyktatury!

– Ach tak? Głupiej dyktatury? – Riddley wyszczerzył zęby w upiornym i szyderczym uśmiechu.

Gwałtownie zbliżył się do niej, chwycił za ubranie pod szyją i dźwignął do góry. Ines zaczęła się szarpać. Wyrostek zamachnął się, żeby z całej siły uderzyć ją w nos, kiedy nagle poczuł, jak na głowę spada mu coś zimnego. Michael, Nea i Anne, którzy zerwali się z miejsc, nagle przystanęli. Wszyscy uczniowie, którzy obserwowali zdarzenie, także Riddley, Ines i Landrynka, podnieśli głowy w górę. Niebo zasnuło się ciemnymi, burzowymi chmurami. Usłyszeli potężny grzmot, po którym rozpoczął się niezwykle intensywny deszcz gradu. Ogromne kulki lodu spadały na ziemię, boleśnie uderzając zgromadzonych na dworze uczniów. Wszyscy rzucili się do drzwi szkoły. Riddley puścił Ines, która upadła gwałtownie na ziemię i wielkimi susami, ciągnąc za sobą Landrynkę, wpadł w tłum przerażonych uczniów. Przyjaciele podbiegli do niej, pomogli dziewczynie wstać i wspólnie z resztą zaczęli przedzierać się w stronę wejścia do budynku.

***

Przyjaciele wpadli do szkolnego korytarza jako ostatni. Cały przedsionek był wypełniony uczniami. Niektórzy spoglądali zaciekawieni przez okno, inni po prostu dziwili się, jakim cudem pogoda mogła zmienić się tak radykalnie w kilka chwil.

– Co to było? – zapytał Michael. – Dlaczego...? Jak...?

Ines spojrzała na niego bezbarwnym wzrokiem.

– Czy myślicie, że to była... – zaczęła niepewnie Nea.

– Dzisiaj już nic mnie nie zdziwi – powiedziała Anne.

– Czy sądzicie, że... ja mogę być za to odpowiedzialna? – zapytała powoli Ines, dobitnie akcentując słowa.

Przyjaciele spojrzeli na nią w milczeniu. Po chwili ciszę przerwał Michael:

– Ines, a co, jeśli to rzeczywiście BYŁA magia? Jak... jak się wtedy czułaś?

– Jak? Byłam wściekła i przerażona! Miałam ochotę stłuc ich obojga...

– No właśnie. Gwałtowna zmiana nastroju!

Ines na chwilkę zastanowiła się nad jego słowami.

– Masz... masz rację. Ale chyba każdy musiał czuć się podobnie. Przecież wszyscy boją się Riddleya.

– No tak, ale zauważ, że próbował cię skrzywdzić...

– Tak! A ja próbowałam go powstrzymać... – wtrąciła Anne. – Ale... nie udało mi się. Nie wiem, dlaczego! Ines, przepraszam...

– Nie przepraszaj – opowiedziała i objęła przyjaciółkę ramieniem. – I tak cieszę się, że byliście tam ze mną do końca. A wracając... Jeśli macie rację, to chyba jestem w stanie przywrócić poprzedni porządek rzeczy?

– Spróbuj – zachęciła ją Nea. – Jeżeli nie wyjdzie, to będziemy szukać dalej.

– Mhm... – dziewczyna zamknęła oczy. Starała się z całych sił skupić, przywołać do siebie jak najmilsze wspomnienia i ogólnie czerpać radość z chwili obecnej, w końcu obok niej stoją przyjaciele, którzy byli gotowi poświęcić się dla niej. W końcu razem odkrywają wielką tajemnicę! Ma naprawdę wielki skarb!...

– Ines? – Anne lekko ją szturchnęła. W jej głosie słychać było autentyczną radość. – Spójrz za okno!

Ines gwałtownie otworzyła oczy i patrzyła, jak całe boisko zalewa fala ciepłego i złotego słońca. Na korytarzu rozległy się ciche szepty pełne niedowierzania.

– Udało się! – szepnęła Anne. – Udało!

Oniemiała ze szczęścia Ines kiwnęła głową.

– Czyli władasz... pogodą! – powiedział równie uradowany Michael.

– Tak! Z tego jasno wynika, że każdy ma jakąś moc – powiedziała Nea. – Zastanawiam się, co ja potrafię...

– Dowiesz się tego na pewno niedługo – powiedziała Ines.

Wkrótce potem skończyła się ich ostatnia lekcja i mogli pójść do domu. Szli główną ulicą, obok jezdni. Słońce nadal miło ogrzewało okolicę.

– Dzisiaj było... nieźle – przyznała Ines. – O mały włos, a miałabym połamane żebra.

– Nieźle? Umierałam z nerwów! – powiedziała Anne.

– Jak tak teraz o tym pomyślę, to z naszymi nowymi mocami Riddley nie miałby żadnych szans! – Michael parsknął śmiechem, wyobrażając sobie szkolnego kryminalistę, zwisającego głową w dół z boiska i rozpaczliwie próbującego odgonić od siebie deszcz gradu. Jego przyjaciele pomyśleli widocznie o tym samym, bo po chwili na ich twarzach zagościły uśmiechy.

– A jednak, nadal nie mogę w to uwierzyć. – Nea spoważniała i pogrążyła się w rozmyślaniach.

– Tak, to rzeczywiście... niesamowite! – dodała Anne.

W tej samej chwili Nea gwałtownie przystanęła, wpatrując się w ziemię przed sobą.

– UWAŻAJCIE! – krzyknęła nagle, odskakując nieco w stronę jezdni.

Przyjaciele nie mieli pojęcia, o co chodzi rudowłosej dziewczynie, ale odsunęli się na bok. W tej samej chwili powietrze z cichym świstem przeciął kamień wielkości zaciśniętej pięści.

– Co to... – zaczął Michael, ale Nea pociągnęła go w bok, dając znać reszcie, żeby poszli za nią. Ukryli się za rozłożystym krzewem dzikiej róży. – O co chodzi? – zapytał Michael.

Dziewczyna pokazała mu gestem, żeby nic nie mówił. Wskazała palcem na ulicę za krzewem, patrząc na nich znacząco. Ines ostrożnie wychyliła głowę zza czubka rośliny. Serce zaczęło bić jej mocniej...

– Co? Kto? – dopytywał się Michael szeptem.

– Co tam zobaczyłaś...? – zapytała niepewnie Anne.

– To był... Riddley i Landrynka! Chyba szli za nami cały czas!... – pisnęła przerażona w odpowiedzi.

– No właśnie! – powiedziała Nea. – Wiedziałam, że nas śledzą!

– Ale jakim cudem?! – Michael czuł, że zaraz nie wytrzyma z ciekawości.

– No... więc mam przeczucie, że to chyba nie koniec naszych przygód na dzisiaj. – Nea wolno nabrała powietrza w płuca, po czym prawie jednym tchem wyrzuciła z siebie: – Wiedziałam, co się stanie chwilę wcześniej.

Przyjaciele wlepili w nią wzrok.

– Kolejny przykład... magii? – zasugerowała Ines.

– Chyba tak! Zobaczyłam to w swojej wyobraźni, mniej więcej... kilka sekund wcześniej.

– Wiedziałem... – powiedział Michael. – Mało brako...

Urwał gwałtownie, kiedy Ines go szturchnęła. Zapadła cisza. Usłyszeli dwa znajome głosy.

– Gdzie oni są?! – warknął Riddley, niemal opierając się o krzew, za którym siedzieli skuleni przyjaciele.

– Nie wiem – odpowiedziała mu Landrynka. – Reed, daj spokój, jutro ją złoisz.

– Nieee... Cicho bądź! Dorwę ją jeszcze dzisiaj.

– Miałeś okazję... tylko jakoś nie trafiłeś! – odparła dziewczyna.

– Lepiej się zamknij albo podzielisz jej los! – krzyknął. – Widziałem ich jeszcze przed chwileczką... To tylko kwestia kilku minut... Zaraz...

Riddley nagle zauważył krzew dzikiej róży. Spojrzał na niego z uwagą. Już miał zamiar go obejść, kiedy nagle gwałtownie się wyprostował. Zamrugał parę razy i popatrzył na Landrynkę.

– Masz rację. Idziemy stąd.

Przyjaciele głęboko odetchnęli z ulgą. Anne otworzyła oczy.

– Udało się – powiedziała radośnie. – Udało mi się sprawić, że sobie poszedł!

– Tak! Uratowałaś nas! Wy obie! – powiedział z uznaniem Michael.

Po kliku minutach wstali i wyszli zza krzewu. Oglądając się za i przed siebie, dotarli bezpiecznie do swojego osiedla. Tym razem odprowadzili się wzajemnie do domów. Teraz czuli się pewnie tylko całą czwórką.

Ines weszła do domu. Poszła od razu do swojego pokoju, wchodząc po schodach na poddasze. Rzuciła na podłogę plecak i położyła się na łóżku. Odetchnęła głęboko. Miała wielką nadzieję, że ten dzień nie był początkiem koszmaru, w którym ona miała zagrać ofiarę.