Grobowiec z ciszy - Tove Alsterdal - ebook
Wydawca: Akurat Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 495 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Grobowiec z ciszy - Tove Alsterdal

Katrine, mieszkająca w Londynie dziennikarka szwedzkiego radia, wraca po latach do Sztokholmu, żeby zająć się starą matką chorą na alzheimera. Okazuje się, że matka jest właścicielką domu we wsi za kołem polarnym, za który firma maklerska oferuje niezrozumiale wysoką kwotę. Katrine jedzie na północ, by szukać własnych korzeni. Poszukiwania prowadzą ją do rosyjskiej Karelii i archiwów w Pietrozawodsku, gdzie dociera do ukrywanych przez wiele lat dokumentów, w końcu do Petersburga. Wszystko wskazuje na to, że jej rodzina od dziesięcioleci ukrywa mroczną tajemnicę. Pojawienie się Katrine budzi uśpione demony; we wsi dochodzi do brutalnego zabójstwa a niemal równocześnie w Petersburgu ginie jeden z mafijnych bossów. Szybko okazuje się, że te wydarzenia są ze sobą ściśle powiązane, a Katrine zostaje wplątana w rozgrywkę, w której stawką jest także jej życie.

Opinie o ebooku Grobowiec z ciszy - Tove Alsterdal

Fragment ebooka Grobowiec z ciszy - Tove Alsterdal

cover
cover

Tytuł oryginału: I tystnaden begravd

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Renata Kuk, Elżbieta Steglińska

Copyright © Tove Alsterdal 2012 by Agreement Grand Agency Sweden, and ANAW, Poland 2014

Zdjęcia na okładce
© Sunny Forest/Shutterstock
© Pictureguy/Shutterstock

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Mariusz Kalinowski

ISBN 978-83-7758-832-1

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

Spis treści

1

Wcale nie trzeba mu papieru do rozpalenia w saunie, ale te listy muszą spłonąć. Do jednej z kopert, którą skręcił w rulon, przytyka zapałkę. Drugą składa i wsuwa prosto do ognia. Dopiero po chwili przymyka drzwiczki. Całkiem ubrany, siedzi na ławie, wpatrując się w taniec płomieni. Niczym ogień piekielny, myśli sobie, gdy te przeklęte maklerskie listy płoną i obracają się w popiół. Nadchodzi dzień sądu.

Kiedy kamienie w piecu już dość gorące, wciąga rękawice i wyjmuje ich siedem. Owija je w podwójnie złożone ręczniki i niesie do sanek. Śnieg prawie zawiał jego ślady. Wiatr ciągnie nad obejściem, gnie brzozy, trzeszczą. To ryssätuuli, mroźny podmuch znad Morza Barentsa. Od fińskiej strony dobiega go jak zwykle huk pociągu. Ale jest tam coś jeszcze, jakby niepokój nad Rauhalą.

Przypina sobie narty i odnajduje ślad między brzozami. Nikt nie wyściubia nosa z innych domostw. On zazwyczaj nie chodzi palić w saunie, zanim baby nie pójdą spać, więc nikt się nie przypęta, żeby mu zawracać głowę.

…Wszystkich przyjaciół świata tego pochłonie czeluść piekielna, bo przyjaźń tego świata znaczy nienawiść do Boga. Lecz biada wam, którzy się teraz śmiejecie, bo jeszcze przyjdzie wam zapłakać!

Wyrastają przed nim ze śniegu ciemne ściany Rauhali. Dom stoi jak wmarznięty w ziemię, pusty i wychłodzony, ale te głosy wciąż w nim są. On już tam więcej nie zachodzi. Okna wszystkie pokryte szronem, nie da się przez nie zajrzeć ani wyjrzeć, ale on wie, że tamte wołające głosy czekają na grzesznika, czekają tam, w środku.

Przejeżdża szybko wzdłuż obory, w której zapadł się dach. Prędzej się całe to cholerstwo rozpadnie w proch, niźli on wpuści do Rauhali diabła chciwości i diabła kurewstwa, i diabła pychy. Za nic im nie pozwoli odebrać domostwa umarłym.

Aitta[1] stoi trochę z boku, poza gumnem. Nie ma okien. Nikt tam nie może zajrzeć i ślepić na niego; wydaje mu się, że Bóg też go tam nie widzi. Odpina narty i wsuwa je między bale, na których wznosi się drewniany spichlerz. Zdejmuje z sanek ciepły tobołek z kamieniami i uchyla drzwi. Kamienie wtaszczy potem na strych i położy je w nogach łóżka, dzięki temu będzie miał ciepło do rana. Nocą pozwala piecykowi zgasnąć, żeby oszczędzać gazol. Pewnie, że stać go, może sobie kupić, ale nie jeździ autobusem na zakupy bez potrzeby. Ludzie się gapią. Czasem podchodzą nawet i pytają. Czy to przypadkiem nie on, Lars-Erkki Svanberg? Albo i gorzej: Lapp-Erik[2] Przecież ty jesteś Lapp-Erik, nie?

Szatańskie nasienie! Że też nie mogą zostawić człowieka w spokoju.

Właśnie wniósł swój tobołek do środka, kiedy dobiega go ten dźwięk. Z oddali słychać wycie jakiejś ciężarówki jadącej na południe, w stronę Haparandy, ale to nie ten odgłos sprawił, że nadstawia ucha.

Z całą pewnością słyszy chrzęst deptanego śniegu. Zapadający się głęboko krok, potem następny. Żadne zwierzę nie stąpa tak ciężko. Kroki zbliżają się od strony sauny, od szlaków lodowych na rzece. Wchodzi szybko do aitty i ostrożnie przymyka za sobą ciężkie drewniane drzwi. Robi się ciemno jak w grobie. Szuka w kieszeni zapałek, lecz uprzytamnia sobie, że nie może zapalić lampy naftowej. Mogą zobaczyć światło przez jakąś szparę w ścianie, wtedy dowiedzą się, że nie śpi. Pewnie go chcą zaskoczyć w łóżku, sukinsyny, ale Lars-Erkki Svanberg nie da się zaskoczyć. Już się zdarzało, że przepędzał ludzi spod swojego domu, smarkaczy i baby, co to przyłażą i wściubiają nos w nie swoje sprawy. Już zapomnieli, że on kiedyś pokonał wszystkich innych? Żywioł z północy, pisali o nim w gazetach. Od groma było tych artykułów. Uszczelnił sobie nimi ściany na strychu.

Strzelba wisi na haku w belce pod sufitem. Maca wzdłuż belki i zdejmuje broń. Naboje leżą w skrzyni pod tylną ścianą, gdzie przechowuje to, co najważniejsze. Narzędzia, chleb i klucze do Rauhali. Wszystko tam, gdzie być powinno, każda rzecz na swoim miejscu. Pudełko znajduje od razu, ale naboje wypadają mu z drżącej dłoni. Nie słyszy, gdzie się potoczyły. Na podłodze leży poczwórna warstwa derek i chodników, dla ocieplenia poznosił tu z Rauhali każdy szmaciak. Pełznie więc w mroku, maca wkoło, ale nic nie znajduje. Kroki słychać teraz tuż za aittą. Ktoś idzie powoli, jak myśliwy tropiący zwierzynę.

Dał sobie spokój z nabojami i skrada się na czworakach w stronę piecyka, gdzie powinna stać siekiera. Maca wzdłuż ściany z grubych bali, ale tam jej nie ma. Uj, psiakrew chyba zostawił siekierę przy saunie. Pamięta, że gdy już narąbał drew, oparł o schodki. A odgłos kroków słychać tuż za węgłem jak wejdą teraz, to koniec. Nie zamknął się na klucz, nie zaryglował, a ma tu wszystko, czego człowiekowi trzeba. I nikt mu tego nie odbierze. A może przyszli po niego? Nigdzie nie pójdzie. Dzień sądu, myśli, kiedy pełznie po derkach z powrotem. Lars-Erkki Svanberg nie boi się żywych. Tylko umarłych z Rauhali. I piekielnego ognia. Bierze więc strzelbę, niezaładowaną, i wstaje mozolnie. Grzbiet ma zgięty i nogi zdrętwiałe, ale w kompletnym mroku rusza ku drzwiom i jednym pchnięciem je otwiera. Do środka wpada słaba śnieżna poświata. Wytęża wzrok, wsłuchuje się w świst wiatru. Śnieg leży cichy, nikt się teraz nie rusza. Powoli schodzi po czterech stopniach na ziemię.

Właśnie chce unieść strzelbę i się rozejrzeć, gdy na śnieg pada cień ludzkiej postaci, słychać czyjś oddech. Kogoś, kto stał tam i czekał za drzwiami skulony, gdy on je otworzył. Odwraca się szybko i widzi człowieka bez twarzy, spod kominiarki świecą tylko szatańskie oczy. Strach wykwita jak opar nad czarną czeluścią, a on potrząsa swoją strzelbą. „Idźcie precz, przeklęci. Uchodźcie przed gniewem… sprawiedliwy sędzia… smażyć się będą wasze grzeszne dusze… szatańskie łajno… nic, tylko szatańskie łajno”.

Wtem widzi ramię unoszące się nad jego głową. Cień narzędzia.

Jezu, przemyka mu jedyna myśl, znaleźli siekierę.

A potem w Rauhali znów zapada cisza.

Przekręciła klucz do mieszkania. Dwa obroty, jak pamiętała ręka, dwa obroty, żeby mieć pewność, że zamek jest porządnie zamknięty.

Smród uderzył w nozdrza. Cofnęła się, wstrzymując oddech. Poczuła woń ekskrementów i zgniłych odpadków.

Stęchlizny i samotności. I zaschniętej uryny.

Katrine przycisnęła szal do twarzy i wstawiła walizkę do sieni. Szybko przymknęła za sobą drzwi. Nie chciała, by ten zapach rozszedł się po klatce schodowej. Sąsiedzi zaczęliby się zastanawiać, co ona tu robi. Czemu nie mogła zjawić się wcześniej?

Na podłodze leżały listy i reklamy zgarnięte w bezładne sterty. Zobaczyła dobrze znaną komodę imitującą rokoko, tkane tapety w brązach i różach, nigdy niezmieniane, i półkę na kapelusze ze starą futrzaną czapką mamy. Na ścianie wisiał kalendarz, który Katrine przysłała mamie na Gwiazdkę z Londynu, z motywami z Tate Modern.

Nikt z niego nie zerwał ani jednej kartki. Czas stanął.

Przyjechałam od razu, jak tylko zadzwonili, mówiła sobie ta mowa obrończa kołatała się jej w głowie, gdy przechodziła z pokoju do pokoju, otwierając okna na oścież. Mieszkam w Londynie. Nie mogę latać do domu co tydzień, żeby odwiedzić mamę. Dlaczego Ante nie mógł się nią zająć? Mam przecież brata, mam, do cholery, brata, który mieszka trzy kilometry stąd. Nie mogę wziąć na siebie całej winy.

Przysiadła na krześle w kuchni i zagapiła się na kilka przypalonych resztek leżących dokoła tostera. Co to jest? Mortadela?

W szpitalu powiedzieli jej, że Ingrid Hedstrand jest niedożywiona, co przypuszczalnie jeszcze pogorszyło demencję. To któryś sąsiad ich zaalarmował. Drzwi do mieszkania stały otworem, Ingrid leżała na podłodze, nie była w stanie się podnieść. Noga to jeszcze nie był wielki problem. Ale w szpitalu stwierdzili u niej starczą demencję typu alzheimerowskiego. Niewykluczone, że Ingrid Hedstrand miała też mały udar mózgu. Teraz ustala się zakres niezbędnej pomocy medycznej.

Przepraszam, mamo, że mnie tu nie było. Przepraszam, że nie wiedziałam.

Przez długą chwilę siedziała na narożnej sofie w pokoju dziennym i płakała. Zdawało jej się, że widzi tu mamę, śmieszne drobne scenki. Jak siedzi na sofie, zawsze na samym skraju, i robi na drutach rękawiczki, zerkając na włączony telewizor, albo dzierga szydełkiem jakiś szalik czy wdzianko, nieważne, jaki leci program, zawsze z jakąś robótką. Wieczorem filiżanka „srebrnej herbaty” i kanapka z chrupkiego chlebka. „Srebrna herbata”! Czy to nie sama woda z cukrem? Wieczorami przebierała się w swoją jasnozieloną podomkę, żeby nie niszczyć ubrania bez potrzeby. I te włosy, zawsze starannie nawinięte na wałki, kiedy szła do łóżka, makijaż nakładany z rana, gdy wychodziła do apteki. Katrine pamięta, że zawsze chciała mieć młodszą mamę, choć nie pamięta już, dlaczego to było takie ważne.

Za oknem zapadł szary zmierzch.

Wyszła na balkon i długo stała w wilgotnym chłodzie. Patrzyła na to przedmieście. Månadsvägen, Västerby, Jakobsberg[3]. Kraj lat dziecinnych, który był polem rozciągniętym między drogami a blokowiskami, tonącym w śnieżnej brei i błocie. Czy tam nie było zawsze grząsko błoto chlapało na dżinsy? To tamtędy chodziła z domu na skróty do szkoły, tam chłopcy z klasy nacierali jej twarz śniegiem. Wąchała klej za salą robót ręcznych i pierwszy raz macała się z Jojjem. Cały jej okres szkolny leżał po drugiej stronie pola, jakby w szeregu płaskie budynki podstawówki do liceum, gdzie spędziła więcej dni, niż komukolwiek chciałoby się zliczyć. Na uroczystym zakończeniu upiła się wstrętną mieszanką domowej roboty ze zlewek podkradanych z szafki Ingrid; obudziła się potem w cudzym łóżku, miała mdłości, a w głowie tylko jedną myśl. Wolna.

Ścieżki na polu krzyżowały się ze sobą, jednak wszystkie prowadziły w końcu do centrum, do kolejki podmiejskiej, szansy na ucieczkę. Do dworca Sztokholm Centralny siedemnaście minut. Nigdy nie zamierzała tu powrócić.

Wciąż stała na balkonie, pomimo że marzła, i próbowała przywołać jeszcze raz tamto uczucie. Że wszystko jest przed nią, że wszystko jest możliwe. Ale tym razem jej się nie udało.

Od ośmiu lat mieszkała w Londynie. Pracowała jako dziennikarka, freelancerka. Przez pierwsze lata płaciła frycowe, robiąc tanie chałtury o Szwedach na emigracji, ale cały czas snuła ambitne marzenia, że jakoś uda jej się tam ustawić. Przeprowadzała się z mieszkania do mieszkania, robiła wszystko, byle zaczepić się na stałe, w końcu los się do niej uśmiechnął i złapała kontrakt korespondentki Echa dnia[4]. A potem poznała Alastaira. Psychoterapeutę z własną praktyką na Harley Street co za przypadek, że się spotkali, na imprezie, znajomy jej znajomego. Mijało właśnie pięć lat, odkąd po raz pierwszy zaprosił do swojego mieszkania w Harley House, budynku z wieżą i z własnymi portierami przy Marylebone Road już sam adres sprawiał, że ludzie unosili brwi: „No, no”.

Muszę się wziąć w garść, pomyślała i zacisnęła ręce na prętach balkonu. Zimna stal wcięła się w dłonie, zmroziła jej palce.

Powiadomiono tuż po Bożym Narodzeniu. Muszą obciąć dwadzieścia etatów. Jej kontrakt z radiem nie zostanie przedłużony. Pensja za ten miesiąc była już ostatnia. Nie zdążyła nawet rozejrzeć się za czymś innym, kiedy dotarła do niej wieść o kolejnej katastrofie.

Katrine weszła z powrotem do mieszkania. Musi od czegoś zacząć. Od najgorszego, zaczynaj zawsze od najgorszego, czy nie tego uczyła mama? W sypialni pod łóżkiem znalazła zwiniętą w kłąb bieliznę pościelową. Sztywną od zaschłych ekskrementów. Zatkała sobie nos, kiedy wciskała do plastikowej torby. Była za mała. Przeszukała szafy i szuflady i znalazła czarny rulon worków na śmieci. Wepchnęła wszystko, zawiązała worek i wyrzuciła go do zsypu na klatce schodowej. Śmierdziało także w łazience. Na wierzchu w koszu na pranie leżało parę czystych, starannie złożonych ręczników. Pod nimi kilka poplamionych koszul nocnych. Oderwała jeszcze jeden worek i zobaczyła dwa kroki przed sobą mamę, jak zrozpaczona kładzie czyste ręczniki na wierzchu, aby ukryć swój wstyd. Wyobraziła sobie ten lęk, gdy rozsypuje się własne „ja”. Przechodzi się z pokoju do pokoju i już się zapomniało po co.

Katrine umyła ręce, wyszorowała je po łokcie. Następnie wzięła się do poczty.

Usiadła przy kuchennym stole, otwierała i sortowała koperty, w końcu poczuła, że się uspokaja. To były proste, konkretne katastrofy sprawy do załatwienia. W tym była dobra papiery, cyfry, analiza.

Znalazła przypomnienia o rachunkach niepłaconych od paru miesięcy, pisma grożące sądową windykacją oraz siedem monitów z biura komornika. Jej mama zawsze płaciła rachunki na dwa tygodnie przed terminem, aby pokazać wierzycielom, że kto jak kto, ale ona nikomu nie będzie nic dłużna. Teraz jej skrupulatny domowy budżet zamienił się w pierwszy krąg dantejskiego inferna.

List z Centrum Maklerskiego miała już wrzucić do torby z reklamami, kiedy przypadkiem spojrzała na adres. Odbiorcą była „właścicielka posesji” Ingrid Hedstrand. Katrine rozerwała kopertę i czytała tych kilka zdań raz po raz, wciąż od nowa.

„Ponieważ oferentowi bardzo zależy na kupnie posesji…”

Posesji? Jakiej znów posesji? Ingrid Hedstrand mieszkała w lokalu przy Månadsvägen w Jakobsbergu, odkąd te bloki zbudowano w 1961 roku. Ile mogła zarabiać w aptece, tego Katrine nie wiedziała, ale na pewno nie stać jej było na żadną daczę. Katrine nosiła tanie spodnie z domu sprzedaży wysyłkowej, podczas gdy wszyscy inni dostawali dżinsy Gul & Blå, każda najmniejsza piętka sera, opakowana w folię, lądowała z powrotem w lodówce, przypalone bułki to też były bułki.

Przeczytała list jeszcze raz.

Posesja, którą oferent tak bardzo chciał nabyć, leżała w Kivikangas, w gminie Haparanda.

Kivikangas to była wieś, w której mama się urodziła.

Katrine odchyliła się do tyłu na niewygodnym krześle, przymknęła oczy. Mogłaby wskazać to miejsce na mapie, wysoko, na samej północy Norlandii i na prawo, na wschód, tuż przy niebieskiej wstążce granicznej rzeki między Szwecją a Finlandią. W połowie podstawówki przestała już pytać, czyby nie mogły tam kiedyś pojechać. Na ścianie w klasie wisiała mapa, na której dzieci mogły zaznaczać szpilkami miejsca, gdzie kiedyś były, a potem pani im opowiadała, jaki kwiatek jest godłem danego regionu, co jest stolicą województwa i jakie tam góry i rzeki. Katrine bardzo chciała wbić szpilkę tak wysoko, ale Ingrid powtarzała, że ich na to nie stać. Nie za bardzo rozumiem, co ty byś chciała tam robić. Mówiła zawsze powoli i do przesady starannie, nie zaniedbując w zdaniach najmniejszego słówka. Możemy chyba odwiedzić rodzinę, próbowała Katrine, bo słyszała, że inne dzieci to robią w wakacje albo w Boże Narodzenie. Nie mamy krewnych, którzy by czekali na nasze odwiedziny, mówiła jej mama, nic tam nie zostało.

Katrine wpatrywała się w kwotę, jaką oferent gotów był zapłacić za ów dom, którego nie było.

1,1 mln kr. Poniżej doprecyzowano za pomocą zer: 1100000.

Sięgnęła głębiej w stertę nieczytanej poczty. Nie był to najwyraźniej pierwszy list. „Ponieważ nie dostaliśmy od Pani odpowiedzi na nasze wcześniejsze oferty…”

Znalazła jeszcze trzy białe koperty wysłane z Centrum Maklerskiego Luleå AB.

To jakaś pomyłka, pomyślała. Przecież to niemożliwe.

Ingrid Hedstrand leżała na oddziale geriatrycznym, w czteroosobowej sali. Spuszczone żaluzje, pogaszone lampy. Było dopiero po ósmej, ale tutaj zapadła już noc.

Katrine weszła po cichu i ostrożnie podniosła krzesło u nóg łóżka.

Postawiła je u wezgłowia i usiadła.

Mamo szepnęła.

Coś jak trzepot motyla pod powieką. Dłoń ruszyła po kołdrze. Katrine ujęła w swoją i poczuła uścisk mamy.

A to teraz przyszłaś?

Przecież już byłam przed południem, mamo, przyniosłam ci miętową czekoladę, przyjechałam najszybciej jak mogłam, nie pamiętasz?

Ingrid usiłowała usiąść na łóżku, lecz osunęła się z powrotem. Była tak wychudzona. Mizerna dłoń jak z pergaminu.

To moja mama, mówiła sobie Katrine, próbując dojrzeć poza zmarszczkami. Człowiek, który powinien być mi najbliższy na świecie.

Wybacz mi, że cię obudziłam, ale muszę cię o coś zapytać.

Jej siwe włosy leżały rozsypane na poduszce, już nie loki. Tylko proste kosmyki. Powinni mieć tu fryzjera, pomyślała Katrine, ona nie musi tak wyglądać. Ta Ingrid, która zawsze farbowała sobie włosy na mahoniowy brąz, zawsze tak dbała, by wyglądać ładnie.

Musimy porozmawiać o domu w Kivikangas, mamo.

Wzrok Ingrid zatoczył krąg po sali. Jakby ogarnął lęk.

Mamy już iść?

Czemu nam nigdy nie mówiłaś, że masz dom?

Katrine przyłożyła ostrożnie dłoń do policzka mamy. Był zimny. Zajrzała jej w oczy, ale nie do końca, bo zasnuwał je jakiś całun, jakby ona sama zapadła się trochę głębiej w sobie.

Anders, brat Katrine, także nie słyszał nic o żadnym domu. Zadzwoniła do niego i opowiedziała o listach z agencji maklerskiej. Ostatnia oferta wynosiła 1,3 miliona koron. Makler zinterpretował milczenie Ingrid Hedstrand jako próbę targu i z każdym listem podwyższał sumę. Według ostatniej deklaracji podatkowej mamy wartość domu podlegająca opodatkowaniu to trzydzieści sześć tysięcy. Katrine przekopała wszystkie szuflady w mieszkaniu i w końcu znalazła akt własności, spis inwentarza, deklaracje, wszystko. Było tam napisane czarno na białym, że Ingrid Hedstrand odziedziczyła nieruchomość w 1974 po zmarłej pannie Siri Kankanrancie. Dom miał siedemdziesiąt osiem metrów kwadratowych, działka dwa tysiące czterysta trzydzieści dwa. Ingrid była wymieniona jako jedyna krewna w linii zstępnej.

Katrine próbowała zajrzeć w oczy mamy i czuła się oszukana.

Ktoś chce kupić twój dom, mamo. Rozumiesz, co mówię? Chcą za niego zapłacić nie wiadomo ile, i co mam im odpowiedzieć?

Jęcząca skarga z jednego z pozostałych łóżek w sali, cholera, zaraz wszystkie kobiety się obudzą. Katrine została wpuszczona, pod warunkiem że nie będzie przeszkadzać.

No, czas nam już iść powiedziała mama głośno i wyraźnie. Jej wątłe ciało dźwignęło się i usiadła. Katrine siegnęła po kubeczek z sokiem stojący na nocnym stoliku.

Chcesz może się napić?

Mama odtrąciła jej dłoń, czerwony sok chlapnął na pościel.

Ależ proszę cię, mamo, nie możesz teraz nigdzie iść. Jesteś w szpitalu.

Zaczęła ciągnąć Katrine za rękę.

Onko se täällä? Katrine oswobodziła się i wbiła wzrok w to delikatne ciało, półsiedzące na łóżku, obce słowa płynęły z jej ust. Przetoczyła się przez nią lodowata fala.

Staruszka wyciągnęła ręce, znów wczepiła się w ramię Katrine jak małymi ostrymi szczypcami.

Proszę cię, mamo, uspokój się.

Onko se täällä nyt? Onko se tullu?

To brzmiało jak fiński, to musiał być fiński. Ingrid Hedstrand nie mówiła nigdy po fińsku. Oszalała, pomyślała Katrine, moja mama oszalała, a to jest już ponad moje siły.

Co ty mówisz? Mów do mnie po szwedzku, żebym cię rozumiała. Próbowała pochwycić jej spojrzenie, lecz oczy mamy błądziły, nie widząc.

Se lupasi tulla mutta se ei tullu.

Wołała teraz głośno i wykręcała ciało tak, że Katrine musiała przytrzymać.

Jestem Katrine, mamo powiedziała, powstrzymując się od płaczu. Nie widzisz, że to ja, Katrine?

Sąsiadki w łóżkach zaczęły się ruszać.

Katrine przycisnęła czerwony guzik.

Gdy się zjawiły kobiety z personelu i dały mamie coś na sen, gdy znów spokojnie spoczęła w łóżku, z włosami rozpostartymi na poduszce i dłońmi splecionymi pod kołdrą, gdy oddychała już miarowo i spokojnie, cichutko, ledwo dosłyszalnie, wtedy Katrine zapytała, spocona, z łomocącym sercem, czy ktoś przypadkiem nie zrozumiał, co jej mama próbowała powiedzieć.

Salowa była z Erytrei, jej pomocnica pochodziła z Filipin, ale pielęgniarka urodziła się w Helsinkach.

Czy przyjechał, pytała, czy jest tutaj? Miał przyjechać, ale nie przyjechał.

A teraz było minus dwadzieścia siedem.

Stara kobieta wydawała się pewna tego, co mówi. Svanberg zimą zawsze palił co wieczór, twierdziła, od listopada do wiosny, dopóki lody nie puszczą. Z kuchennego okna w domu Anny Haary wyraźnie widać saunę w dole nad rzeką, zwłaszcza teraz, kiedy nie zasłaniały jej zarośla. Więc dobrze wiedziała, że w saunie Rauhali przez dwa wieczory nikt nie palił.

Właśnie dlatego Anna Haara zadzwoniła do Thorego Palo, choć było już późno.

Przecie lepiej nie ściągać policji hen z Haparandy powiedziała mu przez telefon. Jak się okaże, że to nic takiego.

Prawda przyznał, bo miała wszak rację. Ci w Haparandzie i tak mają dość roboty z reorganizacją i diabli jeszcze wiedzą z czym.

Thore Palo założył okulary do czytania. Pomyślał, że stara pewnie martwi się na zapas, ma już swoje lata, stuknął jej przecież ósmy krzyżyk i może jej się mylić dzień w czy dzień we w tę. Spojrzał na swój cyfrowy termometr, który dostał na gwiazdkę od wnuka i który pokazywał temperaturę i wewnątrz, i na zewnątrz. Stara miała rację. Było minus dwadzieścia siedem.

A jak już mamy tu na miejscu policjanta dodała Anna Haara.

Dzisiaj już nie tak bardzo policjanta rzucił Thore, zadowolony jednak, że tak pomyślała. Jedenaście lat na emeryturze, a wciąż o nim mówili „policjant” i wciąż zdarzało się, że ludzie ze wsi dzwonili z pytaniem o radę, a czasem nawet, by coś zgłosić. Ostatnio latem musiał jechać z interwencją do dwóch starych braci, którzy się pobili.

Pewnie, że mogłabym pójść sama powiedziała Anna Haara ale ja tam już wolę nie chodzić.

Mogę pojechać, nie ma sprawy.

Thore ubrał się ciepło i podjechał pod Rauhalę quadem. Przy okazji odśnieżę drogę staremu, pomyślał. Jak się okaże, że to nic takiego.

Zostawił pojazd na skraju drogi, poczuł, jak mróz szczypie w policzki. Nieźle jest tak wyjechać. I mieć jeszcze powód.

Stare domostwo stało opuszczone. Spostrzegł, że dom mieszkalny też już zaczął chylić się ku ziemi, mniejszy budynek, kuchnia letnia, pochylał się od dawna, a dach obory dawno się zawalił. Szkoda takiego pięknego gospodarstwa. Pamiętał, jak to kiedyś było, chmara dzieciaków, a teraz tyle gospodarstw zostawiono na łasce losu. Niszczały powoli lub kupowali je na dacze ludzie ze Sztokholmu, pozwalający brzegom rzeki z powrotem zarastać chaszczami. Ale Rauhali nie mógł kupić nikt, przynajmniej dopóki mieszkał tu Lars-Erkki Svanberg.

Brnąc w śniegu, dotarł do aitty. Nie zauważył żadnych śladów. Widać Svanberg od paru dni nie wychodził, ale nie było w tym właściwie nic nadzwyczajnego. Stary trzymał się na uboczu, odludek, trochę dziwak, w każdej wsi jest ktoś taki. Ubiegłej wiosny groził Annie Haarze strzelbą, gdy przyszła, by go poczęstować tortem kanapkowym, który jej został po osiemdziesiątych urodzinach. Nie dziwota, że Haara nie miała ochoty znowu się tam wybierać.

Thore zastukał w drewniane drzwi. Odczekał i znów załomotał. Potem przycisnął klamkę i szarpnął. Wszedł do środka, jak to jest w zwyczaju w Tornedalen[5], gdy drzwi nie zamknięte. Zawołał w nieprzenikniony mrok.

Svanberg? Tu Thore Palo. Svanberg, jesteś tam?

W środku było poniżej zera. Mróz wdarł się tu przez ściany z bali. Chwilę potrwało, nim te jego cholerne niewydolne oczy przyzwyczaiły się do mroku, ale śnieg rzucał trochę bladej poświaty, więc gdy zobaczył tłumok na podłodze, wiedział od razu, kto tam leży.

To samo palto i te same ciężkie buty, które Lars-Erkki Svanberg nosił zawsze, gdy od wielkiego dzwonu pojawiał się we wsi.

Po twarzy nie mógłby rozpoznać. Już jej nie było.

Głowa została rozłupana na dwoje, ciosem między oczy. To, co kiedyś było twarzą Larsa-Erika Svanberga, teraz zwisało w strzępach. Thore nie mógł odróżnić, gdzie usta, gdzie broda, bo wszystko powyżej szalika tonęło we krwi, zakrzepłej i poczerniałej, do tego szron pokrywał krew i włosy, których grube strąki przymarzły do podłogi.

Thore uchwycił się framugi drzwi i wyszedł tyłem, potknął się na schodkach i zdążył tylko podeprzeć się rękami w lodowatym śniegu. Trząsł się na całym ciele, gdy próbował wstukiwać te cholerne klawisze komórki, którą dostał od wnuka.

Czterdzieści osiem minut później przyjechał samochód z Haparandy. Thore siedział zmarznięty na schodkach do aitty. Nie potrafił się zmusić, żeby wejść do środka, nie ruszył się z miejsca. Łzy zostawiły mu na policzkach paski lodu.

Herra jumala jęknął, gdy młody policjant prowadził go do samochodu widziałem go, jak finiszował po piętnastu kilometrach w Boden. Widziałem, jak dobiegł do mety.

Ty masz pojęcie, ile tam teraz domy kosztują?

Anders Hedstrand miał spoconą szyję. Przybrał na wadze i wyraźnie podtatusiał, więc Katrine wzdrygnęła się na myśl o sobie, choć była młodsza od niego o pięć lat.

Tylko idiota by nie sprzedał powiedział i ciężko klapnął na narożnej sofie. Zlustrował pokój, nieświadom, ile się naharowała przy sprzątaniu; zatrzymał wzrok na starym zegarze z ciemnego drewna, z wahadłem, które już się nie ruszało. Wskazówki znieruchomiały za dwadzieścia dwunasta. Kiedy Katrine próbowała go nakręcić, przemknęło jej pewne wspomnienie. Mama trzymała swoją rękę na jej dłoni, kiedy Katrine obracała kluczyk. Był to jeden z niewielu przedmiotów, jakie zostały Ingrid z rodzinnego domu, to tykanie, głuchy dźwięk wybijanych godzin. Godzina za godziną, rok za rokiem. Dźwięk, przy którym i ona, i Ante[6] nauczyli się raczkować i chodzić.

Nie możemy go sprzedać powiedziała. To nie nasz dom.

Jej brat westchnął ciężko.

Nie, to nie nasz dom, ale to jednak my musimy zdecydować. Teraz to my za to odpowiadamy. Przechylił się do tyłu i splótł dłonie na karku.

I kto to mówi, pomyślała, nagle zrobiłeś się taki odpowiedzialny. Nie powiedziała jednak ani słowa. Nie miała siły na więcej szarpiących nerwy oskarżeń i kłótni. Czemu nie odwiedzałeś mamy częściej? A czemu ty nie odwiedzałaś?

To jego żona Gunilla najczęściej tutaj bywała, parę razy w tygodniu, i pomagała teściowej robić zakupy i sprzątać, pomagała we wszystkim. Anders nie chciał zrozumieć, jak źle zaczyna być z mamą, a ona nie chciała się zgodzić na dochodzące opiekunki z gminy. Poradzi sobie sama, tak jak zawsze. Co miałem zrobić, zmusić ją? A Katrine też coraz krócej rozmawiała z nią przez telefon: jak dziennikarka z Echa dnia zdawała sprawę ze swojego życia w minutę trzydzieści.

Spojrzała z ukosa na brata.

Ante umknął jej wzrokiem i podrapał się po karku; wydawał się za duży na sofę, na cały ten pokój, nie mógłby sobie najzwyczajniej pójść? Wynieść się z jej życia? Ucieleśniał sobą to wszystko, od czego uciekła, to uczucie, że życie jest z góry zaprogramowane. Mając dwadzieścia lat, zatrudnił się na stałe jako monter obwodów drukowanych w firmie Philips Elektronikindustri AB. Od tamtej pory fabryka wielokrotnie zmieniała właściciela, obecnie nosiła nazwę Saab Teletronics, ale Ante wciąż tam pracował. Ostatnio awansował na kierownika projektu przy wdrażaniu elektronicznej rejestracji rozrachunków z dostawcami. Alleluja! Musiał powtórzyć to trzy razy, zanim się zorientowała, że powinna mu pogratulować. Ich mama zawsze była dumna z osiągnięć syna. Z dwójki jego dzieci i Willi Gunilli. (Serio. Naprawdę nazwał swoją willę imieniem własnej żony). Co o tym sądził ich tata, nigdy się nie dowiedzieli. Wyjechał do Sandviken na jakieś prace montażowe, kiedy Katrine miała cztery lata, i nigdy nie wrócił. Trzy lata później dostali zawiadomienie, że zginął w wypadku przy pracy. Jego nowa żona nie życzyła sobie żadnej wiązanki kwiatów na pogrzebie. Katrine w ogóle ojca nie pamiętała.

Milion trzysta tysięcy za jakąś ruderę powiedział Ante taka szansa więcej się w życiu nie powtórzy. Może ty jesteś przy forsie, ale my mamy pożyczki i raty.

Katrine wyjrzała przez okno. Czy Saab Teletronics też zmierza ku upadkowi, podobnie jak Saab, czy to całkiem inna liga? Jakieś dziecko w czerwonym kombinezonie wspinało się na szczyt brudnej kupy śniegu, siadało i zjeżdżało z niej na pupie. Czuła niemal twardość ubitego śniegu, żwir, kiedy lądowało się na dole.

Ten dom musiał znaczyć dla mamy bardzo wiele powiedziała skoro go nie sprzedała przez tyle lat.

Gdyby tak bardzo go lubiła, toby tam chyba kiedyś pojechała.

Zauważyła drgania koło jego ust, napięte szczęki, gdy zaciskał zęby. Strumień czułości przebiegł przez jej ciało. Brachol. Niedługo pozostaną tylko oni dwoje.

Tak czy owak, ta sprawa spadnie przecież na mnie ciągnął dalej. Bo ty chyba wracasz do Londynu?

No pewnie, że wracam.

I tak czy owak, to my go dostaniemy w spadku.

Ona jeszcze żyje.

Wiem, kurwa, że żyje. Ante uderzył dłonią w stół i wstał. Przestań przekręcać każde moje słowo i tylko ciągle się wymądrzać.

Zniknął w toalecie, trzaskając za sobą drzwiami.

Katrine przysiadła na narożnej sofie. Chociaż mebel zajmował pół pokoju, wydawał się za ciasny, by pomieścić ich oboje.

Sięgnęła po papiery na stole, te coraz wyższe oferty z Centrum Maklerskiego w Luleå. Ante zakaszlał i spuścił wodę w toalecie, podczas gdy w słuchawce rozlegały się sygnały połączenia. Makler nazywał się Jerker Nyberg. Głos miał wysoki jak chłopięcy sopran.

O, świetnie, właśnie się zastanawiałem, czy uda nam się nawiązać z państwem jakiś kontakt.

Ingrid Hedstrand jest niestety chora, więc teraz ja reprezentuję jej interesy. Katrine przybrała ton, jakiego używała, umawiając się na wywiady z politykami. Zawsze się bała, że przejrzą na wylot, nawet przez telefon. To znaczy ja i mój brat dodała, kiedy Ante z powrotem wszedł do pokoju. Pokazała mu list od maklera, a on natychmiast się rozchmurzył. Chcieliśmy się tylko dowiedzieć, czy oferta jest wciąż aktualna.

Jak najbardziej zapewnił makler skwapliwie. Jak najbardziej.

Ale my jeszcze nie wiemy, czy chcemy go sprzedać. Mamy tylko parę pytań…

Jestem upoważniony do negocjowania ceny wtrącił makler jeżeli ostatnia oferta państwa nie satysfakcjonuje.

Kim jest ten chętny nabywca? spytała Katrine. Dlaczego go interesuje akurat ten dom?

W słuchawce zapadła cisza. Makler po drugiej stronie odchrząknął. Anders zmarszczył czoło i szepnął:

No, powiedz, że jesteśmy zainteresowani.

Nabywca pragnie pozostać anonimowy powiedział Jerker Nyberg. Wszelkie kontakty tylko za moim pośrednictwem. Mam pełny mandat do przeprowadzenia tej transakcji.

Muszę przedyskutować sprawę z bratem.

Milion pięćset tysięcy rzucił makler.

Zadzwonimy.

Rozłączyła się i odłożyła słuchawkę.

Co powiedzieli?

Katrine wpatrywała się w niego bez słowa przez pół minuty, nim wreszcie wydobyła z siebie kwotę.

Jasny gwint. Ante chwycił się za głowę i opadł z powrotem na sofę. Moglibyśmy wyremontować za to dom… Powstrzymał się i zmienił ton na jakby proszący, wywołujący nieprzyjemne ciarki. A mama już i tak nie ma z niego żadnego pożytku.

Nie możemy przecież sprzedać domu, którego nawet nie widzieliśmy. Nic o nim nie wiesz, nawet jakiego jest koloru, jaki jest z niego widok.

A co, według ciebie mamy się tam wybrać, żeby zobaczyć ten widok? Ja nie mogę zostawić tutaj wszystkiego, ot tak sobie.

Ja mogę pojechać powiedziała.

Do Kivikangas? Spojrzał na nią, zdziwiony. Ale ty chyba nic nie wiesz o domach?

A skąd ty wiesz, co ja wiem o domach?

A tam w Londynie nie czeka na ciebie robota?

Wzruszyła ramionami.

Akurat mam spokojny okres oznajmiła. Obskoczę to w parę dni. Jak ty zajmiesz się mamą.

Samotność była nieznaną istotą. Samemu słyszeć własny oddech.

Aleksiej Szaporin przechytrzył swoich ochroniarzy i wymknął się przez labirynt podwórek. Myśleli teraz, że leży chory w swoim mieszkaniu nad brzegiem Newy, podczas gdy on w istocie stał ukryty w wykuszu pewnej kamienicy przy Rubinsteina, skąd mógł wyglądać na ulicę. Dzieliły ich od niego dwie petersburskie rzeki. Już nigdy więcej nie powierzy swego życia takim kazłom, głuptakom.

Rozpoznał czarne auto, które odbiło od strumienia samochodów i zajechało pod bramę, poznał wysiadających z niego ochroniarzy. Ci faceci nie ukrywali swoich tatuaży, na ich widok przechodnie zaraz przyśpieszali kroku, by jak najprędzej się oddalić, podczas gdy chmury spalin z aut w godzinach szczytu wzbijały się do góry, aby zmieszać się z chmurami nad Sankt Petersburgiem.

Potem błysnęła jasna czaszka, gdy z tylnej części auta wysiadł Dima, jego przyjaciel, jego wspólnik, wielki biznesmen Dmitrij Olegowicz Rykow, który w ostatnich latach tak pofolgował swojej tuszy, że poruszał się już niezdarnie. Ochroniarze patrzyli w ślad za nim, gdy wchodził do bramy, ostatni raz rozejrzeli się po ulicy, po czym wsiedli z powrotem do wozu. Kobieca figurka na grillu royce’a zjechała pod maskę, Spirit of Extasy z dwudziestoczterokaratowego złota, co oznaczało, że kluczyk został wyjęty ze stacyjki. Faceci mieli czekać w samochodzie, podczas gdy Dima sam wszedł do budynku, tak samo jak w ostatni czwartek, gdy odwiedzał swoją kochankę przy ulicy Rubinsteina, nieświadom, że jest obserwowany.

Aleksiej szybkim, cichym krokiem przemierzył puste mieszkanie i wyszedł na klatkę schodową. Wtopił się w cienie, trzy stopnie wyżej na następnych schodach, gdzie był niewidzialny dla tego, kto nadchodził z dołu.

Przyjaciel szybko staje się wrogiem, który wie o tobie za wiele.

Ten stary bałwan koniecznie musiał się pochwalić. Kochanka była baleriną w Teatrze Maryjskim, ale teraz tańczyła tylko dla Dmitrija Olegowicza! I to jak tańczyła! Aleksiej mógł wyczuć podniecenie nadchodzącego przyjaciela jak drugi puls we własnych żyłach.

Więc to naprawdę pech, że winda jest nieczynna z powodu przeciętego kabla.

Słyszał, jak Dima klnie dwa piętra niżej, głośne walnięcia w przycisk windy. Coś takiego wywołuje złość i irytację, lecz bynajmniej nie budzi podejrzeń. To stary Petersburg, z ciemnymi zaułkami, podwórzami i bramami jeszcze z czasów sprzed rewolucji. Drzwi prowadzące w różne strony, labirynty, gdzie człowiek mógł zniknąć. Winda, zamontowana w czasach stalinowskich, której nikt nigdy nie naprawiał, bo elektrykowi zawsze coś wypadało.

Aleksiej wsunął dłoń pod połę marynarki, tej taniej, którą kupił w domu towarowym, żeby nie można było pójść jej tropem. Na krótki moment dopuścił do siebie obraz kochanki Dimy. Jak tam leży, miękka i naga, trzy piętra wyżej, i wije się, żeby jebać z każdej strony, i krzyczy z bólu, i woła o jeszcze. Pożar mu eksplodował z krocza i wyostrzył wszystkie zmysły. Zacisnął palce na rękojeści pistoletu. Słyszał kroki Dimy na schodach między pierwszym a drugim piętrem, sapanie i mamrotanie, gdy klął pod nosem na fachowców, którzy wciąż żyją w sowieckiej rzeczywistości i robią wszystko na odwal.

Strzał trafił go w środku zdumienia. Gdy się wytrzeszcza oczy i rozumie, że to koniec. Otwarte usta, słowa jego ostatnie.

Co ty tu robisz, Alosza… bracie…?

Rzężenie. I już po wszystkim.

Aleksiej chwycił go w ramiona, gdy ten padał.

Na głowę trupa założył plastikową torbę, żeby zostawić jak najmniej śladów krwi, i wciągnął ciężkie ciało do mieszkania kupionego wyłącznie w tym celu. Jakieś drzwi otworzyły się piętro wyżej i równie szybko się zamknęły. Jeżeli któryś z sąsiadów rozpoznał dźwięk strzału z tłumikiem, to zdecydował się natychmiast o tym zapomnieć. Mieszkańcy Petersburga nauczyli się tej lekcji: zamknij oczy i milcz, a przeżyjesz.

Zmył z siebie krew i szybko się przebrał. Poplamione ubranie zawinął w plastikową torbę. Potem przeżegnał ciało Dimy prawosławnym znakiem krzyża i opuścił mieszkanie na zawsze. Żaden ślad nie wskazywał na Aleksieja Szaporina. W akcie kupna mieszkania figurował pewien bezrobotny aktor, który przed trzema tygodniami nieszczęsnym trafem wpadł do Newy. Może kiedyś wypłynie, może nie. Tak czy inaczej, sprawa wkrótce ulegnie zapomnieniu. To tylko krótki moment dyskomfortu dla tego, kto owego dnia znajdował się przypadkiem na nabrzeżu Newy.

Wyszedł z budynku przy ulicy Rubinsteina przez piwnicę, a potem znalazł się znowu na górze, na jednym z tych ciemnych podwórzy, które śmierdziały odpadkami, i wąskim krętym przejściem wiodły dalej, na następne podwórze i następne, wyszedł po drugiej stronie kwartału, gdzie Władimirski Prospekt huczał od ciężkiego ruchu. Cały ten zgiełk. Migrena pogłębiała się od bezsenności, zbyt mocnych dźwięków, świateł i nieznośnych woni. W ostatnich latach zaczął tęsknić za ciszą, z którą kiedyś dorastał. Za milczącymi ludźmi, nocą, kiedy miasto spało.

Dał się wepchnąć w tłum ludzi pędzących przed siebie, ku pryncypalnej ulicy, Newskiemu Prospektowi. Nie czekało na niego żadne auto, nikt nie miał pojęcia, kim jest. Nikt nie przypuszczałby, że ktoś taki jak on ucieka w taki sposób. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę, jakie często widzi się na przedmieściach, w wełnianą czapkę naciągniętą na uszy, z rękami w kieszeniach, lekko pochylony, szedł jak robotnik wracający z pracy.

Ci ochroniarze pewnie ciągle jeszcze siedzą w samochodzie. Wiedział, że ich herszt, Rodia Nasajew, ma wydziargany na ramieniu portret Dzieciątka Jezus. To był tatuaż kogoś, kto urodził się w więzieniu, ale Rodia pozostał mimo to szestiorką, złodziejskim chłopcem na posyłki, służącym worow w zakonie. Jeszcze przez wiele godzin nie odważy się przeszkadzać swojemu bossowi. A kochanka? Ile czasu upłynie, nim taka kobieta podniesie raban, że kochanek się nie zjawił? Czy w ogóle to zrobi? Czy będzie czekać i czekać, karty kredytowe przestaną działać?

Skręcił szybko w kolejne ciemne podwórze. Do kontenera na śmieci, w którego smrodzie nie chciałoby się grzebać nawet najgłodniejszemu menelowi, wrzucił torbę z ciuchami splamionymi krwią Dimy Rykowa.

Newski Prospekt kąpał się w swoim nierealnym świetle. Aleksiej minął jakąś żebraczkę, wtopił się w tłum turystów i uświadomił sobie, że już ostatni raz idzie ulicą, która jest snem Petersburga o wielkości, jego wiecznie kłamliwą nadzieją. „Newski Prospekt kłamie o każdej porze, najbardziej jednak wówczas, kiedy noc spowije go w swe gęste zwoje i zaciemni białe i kremowe mury domów, kiedy całe miasto zamienia się w grzmot i blask…[7] Blask okien wystawowych rzygających zapachami perfum, buty na szpilkach, wszędzie te buty na szpilkach, których rosyjska kobieta nigdy nie ma dość, butiki czynne całą dobę, nigdy nieśpiący ludzie. Przez szklane drzwi wszedł na stację Majakowskaja, zapłacił dwadzieścia pięć rubli i otrzymał żeton, połknięty zaraz przez maszynę.

Bez śladu.

Ruchomymi schodami zjechał w meandryczny system tuneli Petersburga, gdzie człowiek mógł zniknąć bezpowrotnie. Huk, łoskot, kiedy pociąg metra rytmicznie wtacza się w tunele. Podmuch powietrza z wentylacji, matowe światło, w którym twarze w wagonie stają się żółtawoblade, a ludzie wiecznie zmęczeni. Zmienił linię trzykrotnie, zanim w końcu wyszedł z powrotem na powierzchnię. Gdyby ktoś z pasażerów mimo wszystko zapamiętał tego mężczyznę bez wyrazu, nikt nie potrafiłby ustalić, skąd ani w którą stronę jechał.

Na ulicy przed stacją Witebskaja stały babuszki sprzedające skarpetki i parasolki, wiecznie te parasolki i skarpetki, to marzenie o suchym, ciepłym miejscu w mieście, w którym surowa wilgoć ciągnie z ziemi i spada z nieba.

Bilet kosztował siedemdziesiąt jeden rubli. Podmiejski pociąg telepał się przez szarość południowych przedmieść, krainę zapuszczonych fabryk i składowisk kontenerów. Były tam przedsiębiorstwa, w których przejmowaniu sam kiedyś brał udział przy użyciu broni i gróźb czy przez zorganizowane skupy akcji wyciskali z nich, co się dało, i pozostawiali. Wszystkie te dawne interesy to poszło tak zawrotnie szybko. Czuł głuchy zew spod ziemi, z ponurych trzęsawisk, na których spoczywa Petersburg, jak wsysa go z powrotem w bagno. Krach rynków finansowych. Bankom zagrażał monitoring, nic już nie było pewne.

Po trzydziestu pięciu minutach wysiadł w Puszkinie. Odetchnął jego klarownym powietrzem, wydłużył krok. Snuł mu się po głowie pewien wers starego złodziejskiego prawa, jedna z surowych reguł worow w zakonie. Nie żeby kiedykolwiek musiał przestrzegać praw zrodzonych w sowieckich więzieniach, wykupił się od wszystkich takich rzeczy, poza tym nawet nowi złodzieje w zakonie nie przestrzegają już własnego prawa, ale te wersy jednak wciąż tam są, jak melodia w tle.

Własnego więzienia nie będziesz budował.

Doszedł do chruszczowowskich slumsów, daleko od pałacu i parków, które były duszą Puszkina. Oto miejsce, gdzie nikt by nie szukał kogoś takiego jak Losza Szaporin, miejsce powszednie i beznadziejne. Czteropiętrowe bloki z szarej zakurzonej cegły, dokładnie takie same w całej Rosji, tu także pogrążały się w ruinie. Aleksiej przekręcił klucz w zamku i wszedł do małej kawalerki z kuchnią, gdzie na stole wciąż leżał ceratowy obrus w kwiaty, pamiątka po pewnej staruszce. Nie było wieszaka, więc rzucił kurtkę na krzesło.

Mieszkanko było pozostałością jednego z mniej udanych projektów biznesowych Aloszy i Dimy, Agencji Pomocy Domowej dla Starszych. Starzy ludzie w ramach zapłaty za świadczone im usługi zapisywali agencji w testamencie swoje mieszkania, co wydawało się genialnym pomysłem, wartość nieruchomości bowiem z roku na rok rosła w miliony. Obaj nie wzięli jednak pod uwagę siły ludzi, którzy na własnej skórze przeżyli stalinowski terror i oblężenie Leningradu ci po prostu nie chcieli umierać. Mieszkanko w chruszczowowskim slumsie było wszystkim, co pozostało po agencji, która podobnie jak tysiące spółek w nowej Rosji pewnego dnia zniknęła, nie spłacając zobowiązań.

Na ścianie wisiało radio, przyśrubowane do niej jeszcze za czasów Chruszczowa. Przystosowane do odbioru tylko jednego kanału. Przekręcił gałkę i wszedł do łazienki. Wycisnął z tubki siwą farbkę, a mieszkanie wypełniło się muzyką.

Nawet ten nędzny odbiornik nie mógł ukryć urody trzeciego koncertu fortepianowego Prokofiewa.

Włosy mu schły w nowym kolorze, podczas gdy on podgrzewał sobie pizzę z zamrażalnika. Potem wrócił do lustra w łazience, nożyczek i golarki.

Po półgodzinie był już nieco starszy i źle ostrzyżony.

Nie żeby piękny, ale i nie brzydki… co do wieku, nie dało się o nim powiedzieć, że to starszy mężczyzna, lecz z drugiej strony, nie był także młody.

Płaszcz: ani drogi, ani tani.

Czarna walizka, tak zwyczajna, że wielu ludzi sięgnęłoby po nią, aby ściągnąć z półki bagażowej w przekonaniu, że biorą swoją własną.

Na koniec spakował paszporty, wszystkie trzy, każdy schował w osobnej kieszeni. Jedyny, jaki pociął na kawałki i spuścił z wodą do rosyjskiej kanalizacji, należał do Aleksieja Szaporina.

Mknęła na wschód szosą E4 przez nagi, zimowy krajobraz, kompletnie wyprany z kolorów. Pofałdowane białe pola i czarne pnie drzew na tle wypłowiałego nieba.

Zaraz na wschód od Kalixu GPS jej pokazał, że ma zjechać z E4 na Björkfors. Droga zrobiła się węższa, domostw jakby przybyło. Mijane drogowskazy odsyłały do zagadkowych miejsc, takich jak Vitvattnet [Biała Woda] i Lappträsk [Lapońskie Bagna], Kattilasaari i Kukkola.

Ciężarówka jadąca z naprzeciwka wzbiła tuman śnieżnego pyłu, który zabielił jej pole widzenia. Katrine zwolniła, chmura osiadła i znów pojawił się krajobraz, pusty i zmarznięty.

ludzie, którzy żyją tu z wyboru, pomyślała.

Jechała zgodnie ze wskazówkami satelity na Kärrbäck i Tossę, przez pięć ostatnich kilometrów nienaturalnie prostą szosą, dotarła do drogi krajowej 99 biegnącej wzdłuż granicznej rzeki między Szwecją a Finlandią.

Była już w Tornedalen.

Krajobraz spłaszczył się i zamienił w równinę, wyglądał, jakby wznosił się ku niebu. Łąki i brzozy jak pięknie musi tu być latem, pomyślała i skręciła w lewo, to był ostatni już odcinek drogi do Kivikangas.

Według Wikipedii po fińskiej stronie rzeki też jest jakieś Kivikangas, wsie leżały jak swoje lustrzane odbicia, każda we własnym kraju, rozpłatane na dwoje państwową granicą wytyczoną przy zawarciu rosyjsko-szwedzkiego pokoju w 1809 roku. Do momentu narodzin niepodległej Finlandii tam, na drugim brzegu, wraz z ciemną linią lasu na horyzoncie zaczynała się carska Rosja.

Katrine podjechała pod zamknięty sklep z samotną pompą benzynową, stanęła i zaczęła rozglądać się za kimś, kogo by mogła spytać. Bezskutecznie. GPS nie chciał nic powiedzieć o zapomnianym, starym, rodzinnym domu jej mamy. Adres, który znalazła, być może nie był nawet adresem. Wysiadła z auta. Mróz szczypał w skórę, nos prawie zlodowaciał.

Zastukała do najbliższego domu, w którym paliło się światło nie było dzwonka. Zaszczekał pies. Ktoś w środku zawołał.

Czego?

Katrine odczekała jeszcze chwilę, lecz nie słysząc żadnych kroków, po prostu nacisnęła klamkę i drzwi się otworzyły.

Przepraszam, ja chcę tylko zapytać o drogę zawołała.

Szary pies przydreptał pod próg, ostrożnie obwąchał jej nogi. Był półślepy, z jednym brązowym i drugim jasnoniebieskim niewidzącym okiem.

A kto to?

Mężczyzna siedział przy stole kuchennym nad rozłożoną gazetą, miał siedemdziesiąt parę lat, koszulę wypuszczoną na spodnie i brwi sterczące na wszystkie strony.

Chodzi o Svanberga? spytał, spozierając znad okularów.

Nie, przepraszam rzuciła Katrine ja tylko nie wiem, jak mam jechać. Chcę tu obejrzeć jeden dom.

No, a kto to teraz sprzedaje?

Nie, ja nie będę nic kupować powiedziała i zdjęła czapkę, żeby mógł się jej lepiej przyjrzeć. Starą futrzaną czapkę, którą w ostatniej chwili porwała ze sobą, gdy zrozumiała, że w walizce ma tylko ciuchy odpowiednie na rozmazaną, błotną zimę w Sztokholmie. To dom mojej mamy. Z tego, co wiem, stoi koło czegoś, co się nazywa Matalaniemi, tu, w Kivikangas. Mam ze sobą numer katastralny…

W oku mężczyzny zajarzyła się iskierka.

A czyjaś ty? zapytał.

Co to w ogóle za pytanie? Jak to: czyja?

Nazywam się Katrine Hedstrand powiedziała. Jestem ze Sztokholmu, chociaż teraz mieszkam w Londynie, pracuję jako dziennikarka.

Czyją córką jesteś?

A, mama nazywa się Ingrid Hedstrand, ale ona tu nie mieszkała od dzieciństwa…

Zmarszczył czoło, zlustrował od stóp do głów.

Ingrid… powiedział. A toś ty może córa Kankanranty?

Niee zaprzeczyła Katrine, zdezorientowana. Ale moja babka tak się nazywała, ta, która miała ten dom wcześniej…

Znaczy, ty jesteś córka Ingrid, niech no ci się przyjrzę. Stanął na nogi, sztywny, a mimo to krzepki w jakiś sposób, jakby miał mięśnie utrzymane w niezłej formie. Roześmiał się i podał jej rękę, szeroką i spracowaną.

Trzymał jej dłoń w mocnym uścisku.

Tak, teraz widzę. Coś w oczach takiego. Twoja matka miała coś w sobie, trzeba przyznać, ale gdzie mnie tam było iść w zaloty do córy Kankanrantów. Możesz spytać, czy pamięta Thorego Palo. Ja wtedy jeszcze smarkacz byłem. No, ale teraz musisz opowiedzieć, co tam słychać u mamy w Sztokholmie. Bo chyba dalej tam mieszka?

Katrine gapiła się na niego. Zalał nieoczekiwanie potokiem słów i gościnności, jakby była starą znajomą, jakby wiedział, kim ona jest. Iść w zaloty? Jej mama przeniosła się do Sztokholmu, gdy jeszcze była dzieckiem, coś się staremu pewnie poplątało. Wyrwała rękę z uścisku.

Czy to daleko stąd? Chciałabym zdążyć, zanim się ściemni.

Wyszedł z nią na ganek i pokazał. Prosto, a potem pierwszą drogą w dół, ku rzece, przy końcu drogi w lewo, a później wypatrywać domu po prawej stronie.

Tylko że ty teraz tam nie wejdziesz powiedział, gdy podziękowała i z powrotem naciągnęła czapkę. Za dużo śniegu. Najwyżej jutro chłopak Haary podjechałby traktorem.

Poradzę sobie, dzięki rzuciła Katrine.

Dom stał tam, jakby zamarzł w czasie.

Jakieś dwadzieścia metrów od wąskiej drogi spoczywał między pniami brzóz i w zaspie śniegu, którego nawiało pod same okna.

Naprawdę istniał. Zwykła chata. Dawno temu była zapewne brunatnoczerwona, ale teraz farba się złuszczyła i szron wżerał się w deski. Okienne szyby pokrywał lód.

Katrine zrobiła krok przed siebie w nietkniętym śniegu i zapadła się po uda. Od razu miała pełno śniegu w butach. Kiedy dotarła na tył domu, czy raczej to był jego front, lał się z niej pot i już nie czuła mrozu, myśląc z wdzięcznością o wszystkich męczących rundach przebiegniętych w Regents Park, które wzmocniły jej mięśnie nóg.

Schodki prowadziły na zabudowany ganek, do zielonych drzwi. Serce zabiło jej mocniej, gdy ścisnęła w kieszeni pęk kluczy, wszystkie, jakie znalazła w maminych szufladach.

Zaczęła stopą odgarniać śnieg spod drzwi, potem musiała użyć także rąk. W końcu skruszyła lód obcasem i droga była wolna. Trzeci klucz pasował, dopchnęła drzwi ramieniem, przekręciła i zamek ustąpił. Drzwi były przymarznięte, więc je ciągnęła i szarpała, w końcu zaklęła na głos: „Otwórz się, cholero”, wtedy wreszcie puściły i otworzyły się opornie, ze skrzypieniem. Katrine zajrzała do sieni. Ława przymocowana do ściany była pomalowana na niebiesko. Ziąb jak w zamrażarce. Odruchowo pstryknęła bakelitowym kontaktem na ścianie. Nic oczywiście się nie zapaliło.

Zrobiła parę kroków, weszła do izby zajmującej większość powierzchni domu, z oknami na trzy strony. Zapach drewna i starych chodników. Była tam kuchnia na drewno i mały stolik z ceratowym obrusem w kwiaty. Cienkie białe firanki z pasami z koronki. Komoda z czarno-białymi fotografiami w ramkach. Nad nią wisiało pęknięte lustro.

Katrine podeszła bliżej, żeby móc cokolwiek dojrzeć na zdjęciach w mroku, i za delikatną warstwą kurzu napotkała poważne spojrzenie dziewczynki, wyprostowanej uczennicy w odświętnym mundurku, z kobiecą dłonią na ramieniu. Chuchnęła na szkło i spróbowała zetrzeć kurz rękawem, ale był przymarznięty. Jedyne zdjęcie młodej mamy, jakie znała, to było to maturalne, stojące w domu na komodzie. To tutaj przedstawiało niewątpliwie samą osobę. Chmurne spojrzenie, piękne rysy. Kobieta obok niej miała na sobie prostą suknię, włosy krótko obcięte, stała ze wzrokiem skierowanym gdzieś za fotografa, nieobecnym.

Siri Kankanranta, jej babka.

Katrine ostrożnie odstawiła zdjęcie. Było tam też parę innych portretów, które mogły mieć ponad sto lat. Szukała w tych niemych twarzach jakichś wspólnych, rodzinnych cech. Zdjęcie ślubne, z datą 1904, to pewnie matka i ojciec babki. A obok już ze swymi dziećmi, pięciorgiem, wszyscy stoją wyprostowani przed domem, z wyjątkiem tego najmniejszego, które ojciec trzyma na ręku. Gdzie wyście wszyscy się podziali, pomyślała, gdzieś przecież musi roić się od dzieci i wnuków, czemu żadnemu z nich nie przyszło do głowy, żeby przyjechać tu i choćby odmalować dom?

Wyciągnęła kilka szuflad, ale znalazła tylko jakieś ołówki i stary paragon kasowy, otrząsnęła się z nastroju niesamowitości, który chyłkiem ogarnął. Zmierzch pozacierał kąty i izba zrobiła się mniejsza.

Zajrzała szybko do dwóch alków leżących za kuchnią. Dwa wąskie łóżka w jednej, jedno szersze w drugiej, tapety w kwieciste wzory i żelazny piecyk. Nietrudno było zgadnąć, że jej mama miała pokoik od drogi, gdzie stało małe białe biurko, które mogło należeć do dziewczynki. Z sieni schody wiodły na strych. Przez pękniętą szybę nawiało do środka śniegu, kilka schodków zmurszało. Podłoga była usiana trupami much.

Wzdrygnęła się, gdy ciszę rozdarł warkot silnika.

Przed domem, na śnieżnej łące schodzącej do zamarzniętej rzeki, stał gigantycznych rozmiarów traktor. Mężczyzna siedzący w szoferce był w jej wieku, ubrany w granatowy kombinezon i wysokie buty.

Co pan wyprawia? zawołała i rozejrzała się dokoła. Teraz do drogi wiódł szeroki śnieżny trakt, wysokie zaspy przesłaniały widok na sąsiednie domostwo kawałek dalej.

I tak wieczorem miałem z nią wyjechać. Poklepał kierownicę, jakby ciągnik był jakimś zwierzęciem pociągowym. Ściągnął czapkę osłaniającą wszystko poza twarzą i potrząsnął czupryną, niezbyt bujną, z pełznącymi ku górze zakolami. Znaczy, pani jest córką Kankanranty powiedział i skinął głową w stronę domu. Katrine się roześmiała. Muszą tu mieć serwis informacyjny efektywniejszy niż Echo dnia. Thore Palo zadzwonił i powiedział, że potrzebna pani pomoc. Zeskoczył z szoferki. Tomas Haara przedstawił się i uniósł rękę, ale nie po to, by podać, tylko by wskazać w stronę, gdzie wąska droga wiodła dalej. My mieszkamy tam dalej, to ten dom przed Rauhalą. Pani wstąpi na kawę do mojej matki. Ona sama już boi się wychodzić.

Rauhala? Katrine nic to nie mówiło.

To tam, gdzie zarąbali Svanberga powiedział.

Kogo?

Nie słyszała pani o nim w Sztokholmie? Król nart, Lars-Erkki Svanberg.

Ktoś go zamordował?

Znaleźli go teraz w poniedziałek. Ktoś walnął go w czerep siekierą. Ale siekiery nie znaleźli. Policja była dzisiaj rano pozdejmować te swoje taśmy. Pisano we wszystkich gazetach. W „Kurierze”, w „Norlandzkiej”, i w naszej telewizji też mówili. Przyjeżdżali tu nawet z różnych gazet, żeby z matką zrobić wywiad.

Katrine uświadomiła sobie, że przez ostatnie kilka dni czytała tylko nagłówki z pierwszych stron, a radia całkiem unikała.

To moja matka zaalarmowała. Wyjął z kieszeni pudełko snusu, włożył prymkę pod wargę. Ona znała pani matkę. Chodziły do jednej klasy.

Katrine patrzyła na niego bez słowa, próbowała uporządkować sobie te fragmenty informacji. Jej mama chodziła tutaj do szkoły. Była dziewczynką, miała szkolne koleżanki, grała w klasy na szkolnym podwórku. pierś się jej ścisnęła, kiedy pomyślała o tym wątłym ciałku na szpitalnym łóżku. Ktoś został zamordowany, tutaj, gdzieś dalej przy tej drodze?

I co, złapali tego, kto to zrobił? zapytała.

Tomas Haara pokręcił głową.

Normalne, że ona teraz się boi powiedział. Chce, żebym wieczorami siedział przy niej, w domu.

Zaczął z powrotem wspinać się na traktor.

Ale ile jestem panu winna? spytała Katrine niezręcznie.

Uśmiechnął się do niej z góry.

Pierwszy raz za darmo powiedział i zapuścił silnik. Przez parę sekund siedział w traktorze na wolnym biegu i patrzył na pokryty szronem dom. Chyba pani nie będzie tam spała?

Nie powiedziała Katrine, mając przed oczami trupy much. Siekiera w głowie. Do Haparandy było prawie trzydzieści kilometrów. Poleci mi pan jakiś dobry hotel?

Zmarszczył czoło i rozejrzał się dokoła, jakby chciał jakiś wypatrzyć. Katrine widziała niewyraźnie dwa ciemne domostwa z jednej strony i rzadki las z drugiej. Przed nimi tylko pustacie, łagodnie schodzące w dół paręset metrów do miejsca, gdzie pod pokrywą śniegu leżała rzeka. Na horyzoncie widziała w dali słaby blask, światła fińskiego Kivikangas.

Palo ma niby taki dom z noclegiem, ale to bardziej dla letników rzekł w końcu.

Thore Palo?

Nie, gdzie! Syn jego, Åke. Żonaty z moją kuzynką.

Tomas Haara pokazał w stronę drogi 99.

Oni tam mają szyld przy szosie.

Tutaj wszyscy ze sobą spokrewnieni?

Wam na południu pewnie tak się zdaje powiedział i zrobił traktorem rundę wokół podwórza, żeby zawrócić. Pani wpadnie do matki zawołał jeszcze. Katrine ujrzała, jak pług spycha i kruszy resztki dziewiczej pokrywy śnieżnej, po czym zniknął za węgłem i odgłos silnika zaczął powoli słabnąć.

Czarno-biała publiczność, w czapkach z daszkiem i kapeluszach, niecierpliwie czekała u mety. Był tam sam pan wojewoda z Gävle i była żona Nissego Karlssona[8], która specjalnie przyjechała z Mory! Wreszcie pojawił się on: „Nisse Karlsson! Mora-Nisse, z numerem startowym siedemdziesiąt cztery, ze swoją niezwykłą ambicją i niesłychaną wolą walki!”. Głos spikera przywołał historię i szwedzkość, obrazy z kronik filmowych i nostalgię za „domem ludu”[9]. „Czysto propagandowy wyczyn! Na mecie po pięćdziesięciu jednej minucie oraz czterdziestu trzech sekundach, więc zwycięstwo ma już w kieszeni!”

Ale to jeszcze nie koniec powiedział Åke Palo z entuzjazmem i pilotem wskazał na ekran telewizora.

Katrine uśmiechała się grzecznie i popijała drobnymi łyczkami gorącą słabą kawę. W kuchennej części otwartej, przestronnej dziennej izby „my w Tornedalen mówimy na to pörtehałasowała Eva-Lena Palo, zmywając naczynia; było tu ciepło i przytulnie, tapety w liliowym kolorze, na ścianach familijne fotografie. Katrine mogła wynająć sobie pokój gościnny na piętrze. Właściwie to do wynajęcia jest kuchnia letnia, po drugiej stronie gumna, wytłumaczyła Eva-Lena, ale teraz nie jest ogrzewana. „Nie przy tych cenach za prąd”, wyrzekał jej mąż. „Ale zyski z energii wodnej z Luleälven to zabierają stąd i wysyłają na południe. Taki to nasz zasrany los”.

Siedziała teraz, oglądając kronikę filmową z narciarskich mistrzostw Szwecji 1951 w Söderhamn, z nadzieją, że nie potrwa to zbyt długo. Åke Palo oświadczył dumnie, że ściągnął sobie z internetu wszystkie filmy z zawodów, w których uczestniczył Lapp-Erik Svanberg, jakie tylko były w otwartym archiwum Telewizji Szwedzkiej.

To przecież była jakby nasza gwiazda zauważyła Eva-Lena. Za wiele ich nie było z Kivikangas.

Uwaga, teraz. Åke szturchnął Katrine łokciem i pochylił się na sofie. Pani patrzy teraz.

Na torze pojawił się jeszcze jeden narciarz i publiczność nie mogła uwierzyć własnym oczom! Spiker podniósł głos do falsetu. Bo oto właśnie wyskoczył jak diabeł z pudełka ledwie dwudziestoletni Lars-Erik Svanberg i przejechał pod transparentem z napisem „Meta” z czasem o trzynaście sekund lepszym od wyniku samego Nissego Karlssona!

Nikt tam pojęcia nie miał, kto to jest powiedział Åke, podczas gdy spiker Nils Jerring komentował panikę, jaka ogarnęła fotografów. Nagle mieli nowego bohatera do pokazania: Larsa-Erika Svanberga, mistrza Szwecji w biegach narciarskich na piętnaście kilometrów.

Katrine widziała młodego mężczyznę o miękkich rysach, w czapce z pomponem, jak się rozgląda, tu i tam, podczas gdy błyskawice lamp raz po raz rozświetlają jego twarz.

Niesamowite powiedziała i sięgnęła po jeszcze jeden kawałek babki drożdżowej. Co za finisz.

Ugryzła kęs i zaraz pożałowała, bo zrobiło jej się niedobrze; zawsze jadła za dużo w sytuacjach, gdy nie wiedziała, co powiedzieć. Siedząc z ustami pełnymi zupy mięsnej i chleba, mogła wyłącznie potakiwać albo wskazywać przepraszająco na usta, kiedy rodzina Palo wypytywała życzliwie o mamę i krewnych. Åke twierdził, że dobrze pamięta Siri Kankanrantę, mimo że miał niewiele ponad czterdzieści lat, czyli musiał mieć około pięciu, kiedy jej babka zmarła.

Dzielna kobieta, choć byli i tacy, co za plecami pletli Bóg wie co, że sama i bez chłopa w domu…

Albo pamięta się, co inni nam naopowiadali wtrąciła prędko Eva-Lena. Pamięć często tak właśnie działa. Słyszysz jakieś historie od starszych, a potem ci się zdaje, że ty sam tam byłeś. Katrine chciała pytać jeszcze, ale kawałek mięsa w ustach robił się coraz większy. Mama nigdy nie opowiadała żadnych wspomnień. Właściwie dlaczego?

Potem ich rozmowa zeszła z powrotem na morderstwo Larsa-Erika Svanberga. Wieś nadal była w szoku.

To mój stary go znalazł oznajmił Åke Palo, a Katrine drgnęła. Ten stary, który wskazał jej drogę, Thore Palo?

A mimo to jego drzwi były otwarte i wpuścił do środka.

Policja tutaj chodziła po ludziach i wszystkich wypytywali, ale z tego, co wiem, nikt nic nie widział powiedziała Eva-Lena, kręcąc głową. A my akurat byliśmy tego wieczoru w Haparandzie, na operze. Bezpośrednia transmisja z Metropolitan do domu kultury. Don Giovanni.

I co, nie mają żadnych śladów? spytała Katrine.

Trzy dni minęły, zanim go znaleźli. Więc wszystkie ślady już były zawiane.

To ruscy powiedział Åke.

Przecież na pewno nie wiadomo.

Już się zdarzały tutaj takie złodziejskie tournée. Więc zaczęliśmy zamykać drzwi.

Przynajmniej na noc. A chłopcy w tamten wieczór nawet jeździli na skuterze. Kto wie, co by się stało, gdyby spotkali gdzieś tych strasznych ludzi.

Na samą myśl o tym Eva-Lena rozwarła szeroko oczy i obiema dłońmi przeczesała swoją burzę włosów, niesforne loki opadające jej na ramiona. Mówiła o synu Mattim, dwudziestotrzylatku, który wciąż jeszcze mieszkał w domu i pokazał się tylko na moment, żeby zabrać swoją miskę z zupą mięsną i parę przygotowanych już kanapek. Była też osiemnastoletnia córka Sofia, tleniona blondynka z tuszem na rzęsach, w dresie, którą odesłano do pokoju i odrabiania lekcji.

Mnie się to wciąż nie mieści w głowie westchnęła Eva-Lena i usiadła z kubkiem kawy i tacą w ręku, podczas gdy czarno-białe kroniki wciąż leciały jedna po drugiej. On przecież nikomu nie wadził. Żył sobie, całkiem na uboczu, w tej swojej Rauhali.

Choć wtedy to niejeden był na niego wściekły rzucił Åke.

Jego żona przewróciła tylko oczami.

No tak, typowo męski punkt widzenia, że można zabić kogoś z powodu olimpiady w pięćdziesiątym drugim.

A co się stało na tej olimpiadzie? spytała Katrine.

On nigdy nie dotarł do Oslo powiedział Åke. Został sukinsyn w domu.

Åke!

Wybrali go do reprezentacji Szwecji, ale on w ostatniej chwili został w domu. Zwyczajnie się nie stawił. Znaleźli go dwa dni później w jakimś domku myśliwskim, za Tossą.

Patrzył na przemian na gościa i żonę, potem znów na Katrine, szukając kogoś, kto zrozumiałby wagę tego zdarzenia.

To przecież była dla Szwecji katastrofa! Nasi biegacze zgarnęli wszystkie medale w Sankt Moritz, w czterdziestym ósmym, wszystkie! Ale w Oslo, w pięćdziesiątym drugim, Mora-Nisse złapał anginę, a ci inni narciarze byli starsi, najlepsze lata już mieli za sobą. To Lapp-Erik Svanberg był naszą nową nadzieją! Åke zgarbił się trochę na sofie, jakby to była jego osobista klęska. Wróciliśmy bez medali, w żadnej nordyckiej dyscyplinie nie zdobyliśmy ani jednego. Dopiero w pięćdziesiątym szóstym, w Cortinie, Sixten Jernberg znowu ocalił honor Szwecji.

On się potem wycofał powiedziała Eva-Lena. Wrócił do lasu. Oczywiście, gazety czasami nie dawały mu spokoju… Zaraz.

Wstała i przeszła do gablotki, z której wyjęła teczkę z gazetami.

Większość zachowałam. Myśleliśmy, że może kiedyś zrobi się z tego wystawę, na przykład w kole przyjaciół regionu… Rzuciła okiem na męża i zamilkła.

Na ekranie telewizora nadeszła kolej na sztafetę. Siedem stopni mrozu i suchy, świeży śnieg, idealne warunki dla narciarzy, żadnych problemów ze smarem.

On jakby był ostatni z tego pokolenia biegaczy powiedział Åke. Tych, co się wychowali na pracy w lesie. A latem sianokosy na bagnach. Im niepotrzebne były żadne obozy kondycyjne.

Ale dlaczego nie pojechał? spytała Katrine. Znaczy, na olimpiadę?

Åke wzruszył ramionami.

Mówiło się coś o dystansach, bo w tamtych czasach jeździło się na olimpiadach osiemnaście kilometrów, a Svanberg przecież był najlepszy na piętnaście, ale nie wiem. Zmienili to dopiero w pięćdziesiątym szóstym, tyle że wtedy już chyba było dla niego za późno.

Katrine spojrzała na szpaltę „Kuriera” i napotkała poważne spojrzenie Lapp-Erika. Zdjęcie musiało być sprzed sześćdziesięciu lat. „Mistrz narciarstwa zamordowany w Kivikangas”, głosił tytuł. Policja nabrała wody w usta. Najwcześniej w poniedziałek spodziewano się wyników obdukcji. Nie mieli jeszcze żadnego podejrzanego. Mieszkańcy wsi opisywali ofiarę jako porządnego człowieka, który jednak stronił od ludzi. Chodziły słuchy, że w swojej aitcie chowa pieniądze, a nawet dużo pieniędzy. Zdjęcia nieznanych ludzi, nic niemówiące informacje, linijki tekstu zaczęły się zlewać.

Jedno jest pewne powiedziała Eva-Lena to musieli zrobić jacyś obcy.

Katrine wzdrygnęła się i zdała sobie sprawę, że znów opadły jej powieki oczy zaczynały się jej kleić.

Skąd wiecie, skoro nie znaleziono żadnych pewnych śladów?

Kobieta wymieniła spojrzenia z mężem, który wyprostował zgięte plecy.

Matti ich widział stwierdził i jego kolega, jak wracali do domu około dziewiątej. To byli ruscy, jechali przez wieś. Strasznie powoli, to dlatego przyuważyli ten samochód. Normalnie nikt przecież nie wlecze się trzydzieści na godzinę wieczorem, jak dzieciaki już w domu.

Choć może lepiej tego nie rozpowiadać powiedziała Eva-Lena póki nie wiemy czegoś więcej.

To jeżdżenie bez przerwy w i we w dorzucił Åke pewnie, że ta Ikea i to wszystko to dobre dla rozwoju Tornedalen[10], ale pociąga za sobą problemy, nie ma się co oszukiwać.

Przepraszam powiedziała Katrine, usiłując powstrzymać ziewnięcie. Chyba już muszę się położyć.

Czarno-biała publiczność, w czapkach z daszkiem i kapeluszach, niecierpliwie czekała u mety. Był tam sam pan wojewoda z Gävle i była żona Nissego Karlssona[8], która specjalnie przyjechała aż z Mory! Wreszcie pojawił się on: „Nisse Karlsson! Mora-Nisse, z numerem startowym siedemdziesiąt cztery, ze swoją niezwykłą ambicją i niesłychaną wolą walki!”. Głos spikera przywołał historię i szwedzkość, obrazy z kronik filmowych i nostalgię za „domem ludu”[9]. „Czysto propagandowy wyczyn! Na mecie po pięćdziesięciu jednej minucie oraz czterdziestu trzech sekundach, więc zwycięstwo ma już w kieszeni!”

– Ale to jeszcze nie koniec – powiedział Ake Palo z entuzjazmem i pilotem wskazał na ekran telewizora.

Katrine uśmiechała się grzecznie i popijała drobnymi łyczkami gorącą słabą kawę. W kuchennej części otwartej, przestronnej dziennej izby – „my w Tornedalen mówimy na to pörte

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

W świetle dnia ta nieruchoma cisza była mniej niepokojąca.

Pożyczyła od swoich gospodarzy wysokie buty na skuter śnieżny oraz puchową kurtkę, i zimno jej było tylko w twarz, gdy tupiąc, strząsała z siebie śnieg na schodach. Wynajęty samochód zostawiła pod domem Palów, zakotwiczony bezpiecznie w gniazdku grzałki w bloku silnika.

Oślepiająco białe słońce odbijało się od śniegu tak, że zwielokrotnione światło kłuło w oczy. To jest przedwiośnie, tłumaczyła jej Eva-Lena z entuzjazmem, kevättalvi, piąta pora roku, kiedy powraca światło. Tu mieli osiem pór roku, bogactwo, którego nikt nie mógł im zabrać, tak jak Szwedzi z południa zabrali im rudę, surowiec drzewny i energię rzek. lekcję wygłosił Åke. Podczas śniadania.

Kiedy Katrine przekręciła klucz, miała wrażenie, że drzwi stawiają mniejszy opór, jakby dom zrezygnował z obrony i trwał tam tylko, czekając w milczeniu na swój los.

Rozsunęła zamek puchowej kurtki. Nie wygłupiaj się, powiedziała sama do siebie i wkroczyła do pörte[11]. Cztery ściany i dach. Nie przedstawia sobą żadnej rynkowej wartości, twierdził Åke. Możliwe, że ktoś da im paręset tysięcy za działkę, bo jest z niej widok na rzekę, ale żeby zrobić coś z domem na to już chyba za późno. Katrine nic im nie wspomniała o zawrotnej sumie oferty, ale wieczorem, przed zaśnięciem, kiedy leżała w pościeli z wyszywanym monogramem, zdecydowała się pozabierać z domu wszystkie osobiste rzeczy. Zdjęcia i tym podobne pamiątki, które się zmieszczą w podręcznym bagażu. A potem skontaktuje się z maklerem w Luleå. Przypuszczalnie chodzi o jakieś nieporozumienie, co niebawem okaże się przy oględzinach. Już sama myśl o jakimś szmalownym oferencie, pod którym łamią się zmurszałe schodki na strych, była tak surrealistyczna, że Katrine musiała się uśmiechnąć.

A może jednak. Może jest ktoś, kto chce zbudować jakiś park wodny ze zjeżdżalniami, i tutaj znalazł idealne miejsce. Zdarzały się dziwniejsze rzeczy, na przykład kiedy radny gminy Haparanda, Bucht, pokazał mapę Ingvarowi Kampradowi[12] i w ten sposób ściągnął do miasta filię Ikei. I teraz ludzie z całej północy, Finowie, Norwegowie, Rosjanie z Półwyspu Kolskiego, zjeżdżali się tłumnie, żeby kupić sobie półki Billy, a graniczne miasto przeżywało renesans. Świat się zmienia, pomyślała. Tylko tu, w środku, stoi w miejscu.

Okna jarzyły się od kryształków lodu, rozsiewając słoneczne kropki na podłodze. Była w niej klapa, do połowy przykryta szmacianym chodnikiem, której dzień wcześniej Katrine nie zauważyła. Odsunęła szmaciak nogą i pociągnęła za niewielki uchwyt. W mrok prowadziła drabina, powiało piwnicą, chłodem i stęchlizną. Wyobraziła sobie, że schodzi na dół i że klapa nad nią się zatrzaskuje, zapada kompletna ciemność. Jak długo by trwało, zanim ktoś przyszedłby jej szukać? Ostrożnie zamknęła z powrotem.

W kuchennych szafkach stało trochę zwykłych naczyń, kilka kubków z różnych parafii, szklanek z duraleksu. Mosiężny świecznik i tackę w róże wystawiła na stół, może Ante i Gunilla zechcą wziąć sobie parę takich rzeczy.

W szufladzie biurka w dawnym dziecięcym pokoiku mamy znalazła trzy zeszyty z pierwszych klas zapełnione niezdarnym charakterem pisma. Przysiadła na łóżku i przeczytała dość mierne wypracowanie, relację ze szkolnej wycieczki do Haparandy. Bez żadnych barw, bez nerwu przygody. Pojechali pociągiem ze stacji Karungi. Następnie poszli do kościoła. Następnie poszli do ratusza. Zamknęła zeszyt. Kim byłaś, pomyślała, gładząc dłonią materac odarty z wszelkiej pościeli, jak wyglądało twoje życie? Zapamiętany obraz Ingrid w aptekarskim kitlu, białym, surowym, z pękiem kluczy w ręku, gdy zamykała aptekę po dniu pracy. Katrine kiedyś pytała o babcię, czy była sroga, czy była dobra, i jaka była sama Ingrid jako dziecko, kim chciała zostać, jak dorośnie? Niewinne dziecięce pytania. I żadnych prawdziwych odpowiedzi, tylko jakieś rozdygotanie pod słowami. Co mam ci powiedzieć o matce? Była moją matką. Tak czy siak, już jej nie ma. Katrine domyśliła się już wtedy, że dzieciństwo Ingrid było terenem zakazanym. Liczy się to, co jest teraz. Twój nos pokazuje do przodu, nie widzisz?

Spotkała własne spojrzenie w lustrze na ścianie. Pęknięcie w szklanej tafli przecinało ukośnie jej policzek, jakby się rozpadał. Kurz nieco zacierał pociągłą kanciastość jej twarzy.

Jestem do niej podobna, pomyślała, ja coraz bardziej upodabniam się do mamy. Przełknęła ślinę, po raz pierwszy nie odrzuciła natychmiast tej myśli. Nie chodzi jedynie o twarz, lecz o coś więcej. Coś z nosem? Ten chłód i to opanowanie?

Twarze na komodzie zdawały się wyraźniejsze niż wczoraj. Brała do ręki fotografie, jedną po drugiej. Zdumiewająco dobrze zachowane. Katrine patrzyła na nie nowym okiem. Kogoś tu niewątpliwie brakowało. Ani jednego zdjęcia Ingrid wraz z jej ojcem, żadnego zdjęcia ze ślubu Siri i jej kawalera. O nim w ogóle się nie wspominało, rzuciła mama przy jakiejś okazji i także to pozostało potem niewyjaśnione.

Opuszką palca pogładziła policzek babci. Jej fotografia z młodych lat, może na zakończenie szkoły. Była kiedyś piękna. Przed fotografem rozpuściła włosy, loki opadające na ramiona, szelmowskie, przekorne spojrzenie, jakby za chwilę miała wybuchnąć śmiechem. Na zdjęciu obok była dorosłą kobietą z krótko obciętymi włosami, o matowym, umykającym spojrzeniu.

Tylko dwa mgnienia oka, pomyślała Katrine. Sekunda tu i sekunda tam w jej życiu.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

Duża biała drewniana willa Haary leżała niecały kilometr stamtąd, na końcu brzozowego zagajnika, gdzie płaski teren ciągnął się do rzeki. Dalej, na cyplu, majaczyła Rauhala. Posiwiałe budynki, które połykał śnieg, chylące się ku ziemi, zgarbione, przemarznięte. Minęło ledwie kilka dni, odkąd ostatni mieszkaniec opuścił to miejsce, ale domostwo wyglądało tak, jakby umarło już na długo przed nim.

No niin! Nyt ko sie tuleet!

Anna Haara przyjęła ją, stojąc w drzwiach z otwartymi ramionami. Była to mała poorana zmarszczkami kobietka, która ledwie sięgała Katrine do ramion. Za to w biodrach była trzy razy od niej szersza.

No voi voi! Tulee nyt sisäle ette mie saan kattoa sinua. Z zapraszającym gestem wpuściła Katrine do sieni. Vai niin, siekös solet Kankaanrannan Ingridin tyäär…

Przepraszam, ale nie mówię w meänkieli[13].

No? Z Anny Haary jak gdyby uszło trochę pary. Rozglądnęła się trochę niepewnie dokoła, jakby sprawdzając, czy jej dom nie przyniesie jej wstydu. Głos zabrzmiał teraz ostrożniej: Ale kawy się chyba napijesz?

Dziękuję, chętnie powiedziała Katrine, próbując bronić się przed entuzjazmem border collie, który plątał się jej pod nogami przez całą drogę do kuchni.

Do nogi, durniu! ryknął na psa Tomas Haara. Siedział przy stole w kuchni, w roboczych portkach i bluzie z polaru, nad rozłożoną gazetą. Pies zanurkował pod stół. Pani nie zwraca na niego uwagi powiedział i pochylił się nad zwierzakiem, podrapał go po szyi, nie spuszczając wzroku z Katrine. Matka czekała, że pani przyjdzie.

A siadajże zaprosiła Anna Haara i wystawiła na stół filiżanki, placek z jagodami, ciastka owsiane; pokroiła placek na duże kawałki. No chyba placka z jagodami nie odmówisz?

Sama stanęła obok z kawą w ręku i obrzuciła Katrine bacznym spojrzeniem.

To znaczy tyś jest dziewuszka Ingrid Kankanranty.

Katrine zaśmiała się: że też wszyscy uparli się traktować jak małolatę.

No powiedziała niby jestem. Chociaż mama nazywa się Ingrid Hedstrand.

Na czole Anny Haary pogłębiła się zmarszczka między brwiami.

No jak rzuciła i popatrzyła na syna. Oleks kuullu ette soon zeszwedzić nimen.

Toż nic dziwnego, skoro się przeniosła do Sztokholmu. Odwrócił się w stronę Katrine. I masa ludzi tak robiła.

Robiła co?

Zmieniała nazwiska na szwedzkie. Nie chcieli, żeby ludzie brali ich za Finów.

Nie wiem, dlaczego wzięła sobie Hedstrand powiedziała Katrine. Tata nazywał się Eriksson, więc może chciała nazywać się oryginalniej.

To pani nie wie? zaśmiał się Tomas Haara.

Nie, a powinnam?

Wrzucił sobie do ust kostkę cukru, popił trochę. Katrine zdawało się, że „popijanie kostki” to zwyczaj niepraktykowany od stu lat.

Kankanranta powiedział i siorbnął rozpuszczonym cukrem. Hedstrand. Kankanranta. Tłumaczą tylko nazwisko i już Szwedami[14]. Przynajmniej dla innych.

Katrine gapiła się na niego. Zdawało jej się, że słyszy gdzieś w sobie Alastaira, głos terapeuty, który w tej sytuacji dałby jej do zrozumienia, że oto pora, aby skonfrontować the hidden traumas of your childhood.

No, to jak tam z mamą? zapytała Anna Haara.

Dobrze. Katrine sięgnęła po owsiane ciastko i uśmiechnęła się do starej. Nie było przecież żadnego powodu, by opowiadać o demencji i tym wszystkim, ot tak, nad filiżanką kawy. dziw, że pani pamięta powiedziała. Przecież to musi być ponad siedemdziesiąt lat, odkąd się stąd wyprowadzili.

No niin odrzekła Anna Haara i podniosła głowę. Już taka stara to nie jestem. Wzięła zaparzacz, dolała im kawy i wreszcie sama usiadła u szczytu stołu. To było w czterdziestym ósmym. Przygładziła swoje srebrnobiałe przerzedzone włosy. Czy może w czterdziestym dziewiątym… Siedemnaście lat chyba miała? Człowiek się zastanawiał, co by było, gdybym i ja tak zrobiła. Ale, co by nie mówić, dobre życie miałam. Piątka zdrowych dzieciaków. Choć teraz tylko Tomme został w domu. Pogładziła syna po ramieniu.

Ktoś przecież musi się nią zająć. Zażenowany, cofnął ramię i wskazał kciukiem na Rauhalę. Szczególnie po tym, co się stało.

Voj voj, straszne powiedziała Anna Haara. Tylko o tym już więcej nie chcę gadać. Byli tu i z policji, i z gazet, pytali, już się nagadałam.

Katrine spojrzała przez okno na rzekę w dole pokrytą śnieżnym trenem, spróbowała pozbierać myśli. Siedemnaście lat, gdy wyjeżdżała. To się zgadzało z tym, o czym wspomniał Thore Palo, o zalotach do córy Kankanrantów. Lecz całkiem nie zgadzało się z obrazem, z jakim dorastała. Dlaczego mama kłamała o czymś takim, udawała, że wyjechała ze wsi jako dziecko i „właściwie zawsze mieszkała w Sztokholmie”. Dlatego, że nie chciała opowiadać, myślała Katrine, może chciała zapomnieć. Porzucić tę, którą była, i stać się kimś innym.

I Siri Kankanranta została tu sama ciągnęła Anna Haara. A w nekrologu nie było zaproszenia na pogrzeb, ani w „Norlandzkiej”, ani w „Kurierze”, ani nawet w „Nowinach Haparandy”. Ale Ingrid się chyba zjawiła?

Katrine pokręciła głową niewyraźnie.

Świetne ciasteczka powiedziała, biorąc jeszcze jedno.

Nie dziwię się, że wyjechała powiedziała Anna Haara. W jej głosie zabrzmiał smutek, słowa stały się cięższe. Trochę jej tutaj dokuczali. Aleć to nie dzieciaki wymyślają. Dzieciaki powtarzają, co usłyszą w domu. Ściągnęła usta i zniżyła głos. Że to był własny ojciec Siri, co… stary Kankanranta. Gadali ludziska, strach, voj voj voj. Anna Haara machała ręką, jakby chciała przepędzić te plotki z powietrza. Ano. Odgryzła maleńki kawałek ciasteczka i odłożyła je z powrotem. I wymyślała własne historie, znaczy Ingrid, jakieś banialuki. Że tata jest ważną figurą… Że ma przyjechać kiedyś i zabrać, i mieli wyjechać na zawsze, jakby był jakimś księciem z bajki. Anna Haara zaśmiała się łagodnie, ale Katrine wydało się, że słyszy echo czegoś ostrzejszego, rechotu dziecka pod śmiechem starej: urągowiska.

Tomas Haara przeprosił i wyszedł wypuścić psa. Katrine odsunęła tacę z ciastkami, żeby nie móc jej dosięgnąć.

No i to jeszcze było między nami ciągnęła kobieta że drugie śniadanie na przerwie w szkole ona musiała jeść w przytułku, a ja chodziłam jeść do domu. Jak wszyscy, co ich było stać. A mój dziadek zasiadał w pomocy społecznej i jakby o tych sprawach decydował. Nie, żeby te ubrania były dużo gorsze od innych, ale i tak zawsze wiedziało się, skąd są.

Znowu umilkła. Katrine słyszała tylko tykanie zegara, szczekanie psa na dworze. Pojęła nagle, że to mogły być te same dźwięki co wtedy, ten sam zegar, choć inne psy. Spróbowała wyobrazić sobie swoją mamę jako dziewczynkę, w tej kuchni, ubraną w rzeczy darowane jej przez kogoś z łaski, lecz Anna Haara lekko stuknęła odstawianą filiżanką i moment zawieszenia w czasie prysnął.

No, Siri Kankanranta też bywała ostra. Jak kiedy się bawiłyśmy raz tam u nich, w pokoju na strychu, weszła po schodach i prasła ręcznikiem, o tak… Anna Haara machnęła ręką w powietrzu. Wynocha stąd, bachory, to nie miejsce dla was. Ulos!

Więc tam na strychu jest pokój? spytała Katrine. Nie zaryzykowała wspinaczki po zmurszałych schodach. Åke Palo przecież i tak powiedział, że strych pewnie nie jest urządzony, zimne strychy służyły kiedyś głównie za graciarnie, miejsce, gdzie zimą suszyło się pranie.

No tak, ona tam przecie latem mieszkała, matka, znaczy Siri. Nieocieplony, oczywiście. Normalnie to młodziaki wynoszą się na strych, zanim wylecą już na dobre. Ale jej trzeba było jakby czegoś dla siebie, prywatnego.

Wzrok kobiety wymknął się przez okno, przebiegł przez łąki za oknem.

Ale mnie zawsze się zdawało, że między nimi coś tam było.

Między kim? zapytała Katrine. Siri i…?

Nie, nie, mówię o Ingrid i chłopaku od Svanbergów, ale to później, jak już byłyśmy podlotki. jakby do niego ciągnęło, znaczy Ingrid.

Svanbergów? Znaczy do Lapp-Erika, króla nart? Uderzyło ją, że on miał lat siedemdziesiąt dziewięć, kiedy zginął, czyli musiał chodzić do klasy niżej albo do tej samej. Może była tylko jedna klasa.

Anna Haara kiwała wolno głową, uśmiech wibrował w każdej zmarszczce.

No, wtedy mówiło się Lars-Erik, oczywiście. Przesiadywali razem, tylko we dwójkę, tam za szkołą. Raz się spytałam, co tam robią. A Ingrid na to, że on uczy o Bogu, ale tak pokraśniała na twarzy, że kto ich wie, czy za szkołą wymieniali tylko Słowo Boże. Ja tam widziałam, co widziałam.

Co pani widziała?

No, wiesz.

Kobieta zachichotała i przyłożyła dłoń do szyi, oczy się jej świeciły.

Potem mu zakazali z nią rozmawiać. Ingrid nam nie mówiła czemu, ale nie musiała. Boć to przecie była obraza Boga i religii. Jego siostry oczywiście szpiegowały. Anna Haara zmiotła dokładnie trochę okruchów ze stołu na podłogę. Lękliwość w głosie. Ale mama pewnie ci sama dużo opowiadała?

Katrine rozważała, czy nie powiedzieć, jak jest, że Ingrid Hedstrand chyba wyparła z pamięci wszystko, co dotyczyło Kivikangas, ze swoją dawną koleżanką i ewentualną miłością włącznie, lecz właśnie wtedy znowu trzasnęły drzwi i wrócił Tomas.

Anna Haara żwawo się poderwała.

Ale co ja tu siedzę i ględzę.

Zaczęła energicznie sprzątać ze stołu. Dokładnie wypłukała filiżankę, nim wstawiła do zmywarki. Katrin podniosła się, żeby jej pomóc.

Nie, nie, ty siadaj!

Tomas Haara klapnął na kuchennej sofie.

Trzeba by sprawdzić komin powiedział i wyciągnął przed siebie nogi. Ale drewno na opał weźmie pani od nas. Jak pani zechce rozpalić w piecu.

Przemknęła jej przez głowę myśl: dlaczego ja nigdy nie lecę na takich facetów? Dobrych, ofiarnych, takich, którzy otaczają opieką swoje matki staruszki.

Jutro już pewnie pojadę powiedziała i wstała. Ale dziekuję za kawę.

No, domy to nie lubią tak stać wyziębione. Anna Haara przełożyła resztkę placka z jagodami do plastikowej miski. Popatrz no choćby na bidę z nędzą. Skinęła głową w stronę Rauhali. Nikt teraz tego nie chce kupić.

No nie zgodził się Tomas Haara Eva-Lena i Åke też chyba już nie chcą, po tym wszystkim, co się zdarzyło.

A chcieli kupić? spytała Katrine, zdziwiona. Rodzina Palo?

Anna Haara prychnęła pogardliwie.

A bo to i nikomu na nic. Rauhala! Siinä saatanan talossa ei ole koskhaan ollu rauhaa niin kauon ko mie olen eläny.

Katrine spojrzała pytająco na Tomasa Haarę.

Mówi, że w tym cholernym domu nigdy nie było spokoju, jak długo żyje na świecie.

Niskie chmury ciągnęły ze wschodu i trochę się ociepliło, choć nadal było sporo poniżej zera. Katrine nie mogła się nadziwić, że niebo jest takie bliskie. Wyglądało tak, jakby chciało położyć się na domach, pogrzebać je.

Śnieg skrzypiał pod podeszwami, kiedy specjalnie szła okrężną drogą.

Rauhala była zamkniętym obejściem, z chatami zwróconymi ku sobie. Katrine miała wrażenie, jakby szron na ścianach brał się także z wewnątrz, jakby cała zagroda otoczyła się skorupą własnego chłodu.

Krzywa skrzynka pocztowa na kołku pokazywała, którędy się wchodzi. Śnieg zawiał już ślady po ostatniej wizycie policji i całe podwórze leżało białe, na pozór nienaruszone, między czterema budynkami. Dom mieszkalny, z zabudowanym przedsionkiem, który już zaczął się pochylać, stodoła, obora z zapadniętym dachem i jakaś mniejsza chata. Kuchnia letnia, pomyślała Katrine. Eva-Lena Palo opowiadała jej, że latem rodziny się tam przenosiły, gdy budynek mieszkalny sprzątano po zimie. Jedna izba z kuchnią, gdzie wszyscy spali, czasami rodziny z jedenaściorgiem dziatwy, poprzedzielana płachtami rozwieszonymi na sznurze, żeby rozdzielić chłopców i dziewczęta.

Piąty budynek leżał nieco odsunięty, jakieś dwadzieścia metrów dalej; zdawało się, jakby unosił się nad śniegiem. Przebiegł dreszcz, gdy się zbliżyła. Wąski, wysoki spichlerz z grubych bali, oparty na belkach metr nad ziemią. Ślepa fasada, bez okien.

Aitta. To tam leżał.

Kawałek zerwanej plastikowej taśmy powiewał z brzózki, resztka policyjnego ogrodzenia. Drzwi były z masywnego drewna, na grubych zawiasach. Tuż pod dachem drewniane drzwiczki, zasypane śniegiem i chyba dawno już nieotwierane. Wyobraziła sobie ten mrok w środku, odcięcie od świata. Oddech samotnego mężczyzny. Lęk, na sekundę przed śmiercią.

Mówili jej, że Lars-Erik Svanberg przeprowadził się do aitty zaraz po śmierci matki, kiedy został na gospodarce sam. Dlaczego? pomyślała. Dlaczego rezygnować ze wszystkiego z domu, ze zwycięstw, z miłości dla tego tutaj?

Weszła w zaspę, żeby przepuścić nadjeżdżający samochód. Niebieską mazdę, która przystanęła, szyba zsunęła się w dół i pokazał się Tomas Haara.

Śledzi mnie pan? spytała Katrine.

Zobaczyłem, że pani tu idzie.

Spojrzała w stronę jego domu, najwyżej sto pięćdziesiąt metrów. Pies najwyraźniej spostrzegł swego pana i już pędził wzdłuż drogi.

Zawsze pan bierze samochód na przejazd takiego kawałka?

Pomyślałem, że może pani chce zobaczyć. Machnął głową w stronę aitty. Tam, w środku.

Katrine zadrżała.

A nie jest zamknięte?

No jest.

Wysiadł z auta i ruszył do aitty. Można było się domyślić, że ta droga została niedawno wydeptana, śniegu nie więcej niż na dziesięć centymetrów. Border collie sadził susami tuż obok, gdzie zaspy były wysokie, jak czarny kudłaty delfin wynurzał się i z powrotem nurkował, i ginął. Tomas Haara schylił się, pomacał ręką pod schodami. Triumfalnym gestem uniósł wielki żelazny klucz z pętlą z kawałka sznurka.

Wisi w tym samym miejscu od czasów, jak byłem dzieciakiem. Raz Hilding Svanberg się wściekł, kiedy nas nakrył. Diabeł kurewstwa was obesrał i będziecie smażyć się w piekle. Zwiewaliśmy, się kurzyło.

Niech pan da spokój, nie możemy przecież ot tak sobie wejść rzuciła Katrine i rozejrzała się dokoła. Czuła, że korci ciekawość, z każdą chwilą coraz większa, upojenie czymś zakazanym. Tak jak za dawnych lat, gdy była nastolatką, a w lasach wokół Jakobsbergu wciąż jeszcze stały stare puste domy, do których można było wdrapać się przez okno i obmacywać się z chłopakiem na jakimś brudnym materacu. To jest własność prywatna powiedziała. Miejsce zbrodni.

Tomas Haara wzruszył ramionami.

Tak tylko sobie pomyślałem bąknął i odwiesił klucz na swoje miejsce. Wyraźnie rozczarowany. Katrine już pożałowała. Policja już i tak tu wszystko przepatrzyła dodał.

Czy coś zostało ukradzione?

Słyszałem, że strzelba. No i chodziły gadki, że ma forsę, oczywiście.

Chybaby wtedy tak nie mieszkał?

Krewniacy się wściekali oczywiście, mówili, że wyprzedał z domu różne rzeczy…

To on miał krewnych?

Mieszkają wszyscy na południu. Była tu jedna po Bożym Narodzeniu, ale Svanberg wziął i przepędził.

Oboje Palo święcie przekonani, że to zrobił ktoś obcy.

No niby tak powiedział ale ja się tak zastanawiam…

Katrine czekała na ciąg dalszy. Już wiem, pomyślała, czemu nie lecę na takich facetów. Nigdy nie mogą wydusić z siebie tego, co mają do powiedzenia.

Nikt nie wszedł do domu powiedział w końcu. Wszystko było zamknięte. Skąd mogli wiedzieć, że on mieszka tutaj? I czemu by mieli myśleć, że u takiego, co tu mieszka, znajdą forsę?

Rozważała to przez parę sekund.

Takie plotki się łatwo rozchodzą stwierdziła. Może ktoś to napisał na Facebooku.

Mm. Gwizdnął na psa, który węszył wkoło wśród desek i innych rupieci pod aittą. Klepnął dłonią w udo. Do nogi, Poker! Pies niechętnie porzucił próby obruszenia jakiejś narty. Katrine zatrzymała wzrok na schodkach i schowku pod nimi.

Jak on tam trafił z powrotem? zapytała.

Kto?

Co. Ten klucz powiedziała. Było zamknięte, kiedy znaleźli Svanberga, czy… W takim razie jak weszli do środka?

Tomas Haara wyglądał na zaskoczonego.

Nie wiem… Thore Palo pewnie go tam powiesił.

Więc on też wie, gdzie ten klucz wisi? Cała wieś wie, gdzie ludzie chowają klucze?

No tak potwierdził, jakby to było oczywiste żeby móc wejść, jakby się coś stało.

Otworzył drzwi samochodu i border collie wskoczył do środka.

Podwieźć panią? zapytał, wyraźnie z nadzieją.

Dziękuję, przejdę się odpowiedziała Katrine.

Dom nie wydawał się już tak wymarły, sprawiał wrażenie prawie gościnnego w porównaniu z chłodem przy Rauhali.

Katrine otrząsnęła śnieg ze swoich niezgrabnych pożyczonych butów, rozsunęła zamek kurtki.

ona tam przecie latem mieszkała

Schody na strych prowadzące z sieni. Wyobraziła sobie wbiegające po nich dziewczęce nogi, ciekawskie, kipiące zabawą, samowolne.

potrzebowała jakby czegoś dla siebie, prywatnego

Wzięła głęboki oddech i postawiła stopę na pierwszym stopniu.

Zatrzeszczał, ale wytrzymał. Gorzej było z szóstym, siódmym i ósmym. Śnieg i wilgoć nadżarły drewno, pozostawiając duże dziury, przez które mogła dostrzec kwiecisty papier, którym obite były półki w małej kanciapie pod schodami. Siedemnasty schodek też ledwie już trzymał. Przywarła mocniej do poręczy, która zachybotała się niepokojąco; pokonała trzy schodki naraz i podciągnęła się do góry. Usiadła w samym wyłazie na poddasze, poczuła chłód na twarzy. Samotne okno w szczytowej ścianie wpuszczało odrobinę światła, dość, aby móc zobaczyć, że strych jest przedzielony ścianką. Drzwi były małe i wąskie. Katrine doszła do nich, balansując na belce, schyliła się i przestąpiła próg.

Kilka bladych smug słońca na podłodze. Szmaciany chodnik. Dokoła rozrzucone strzępy cienkiej firanki, musiało tu buszować jakieś zwierzę.

Niebieska wysuwana sofa z nocnym stoliczkiem. Jedno krzesło i trochę rupieci po kątach, złamana miotła i drewniane wiadro.

Przycupnęła na skraju sofy. W odróżnieniu od łóżek na dole była zasłana. Biała szydełkowa kapa. Podniosła z bijącym sercem, odsłaniając bieliznę pościelową z wyszytym monogramem SK, eleganckie litery, letnie kwiaty w spranej obszywce.

Powinna zabrać to ze sobą? Pościelić mamie w domu opieki, kiedy przyznają jej to obiecane miejsce?

Daj spokój, powiedziała sama do siebie. Ingrid Kankanranta zdecydowała się stąd uciec i zmienić nazwisko, nie chciała tego tu, może nienawidziła swojej matki, nie wiadomo.

Katrine wstała i zbliżyła się do okna, odkryła tam cmentarzyk zmarłych os.

Przedwiosennemu słońcu udało się wywiercić parę dziurek w warstwie lodu po drugiej stronie szyby. Mogła zobaczyć fragment rozczapierzonej brzozy, gdy przymrużyła oko tuż przy szybie.

Własny pokój, pomyślała. Nie trzeba było czytać Virginii Woolf, żeby wiedzieć, co to znaczy. „Kobieta musi mieć pieniądze i własny pokój”.

Samotna z dzieckiem, ojciec nieznany. Podwójne łóżko tam, na dole, musiało być jej rodziców, mieszkali ściana w ścianę z Siri i jej córką, każda w swoim łóżku, w tej drugiej izbie. Nic dziwnego, że nie życzyła sobie żadnych dzieciaków na strychu.

Siri Kankanranta nie miała żadnych pieniędzy, ale udało jej się zdobyć kawałek wolności, jedyny, jaki mogła mieć, chociażby tylko latem.

Na nocnym stoliku leżała kupka czasopism. Katrine wzięła z niej „Grosik na Szczęście”[15], numer z roku 1941. Tematem były skandynawskie pieśni ojczyźniane. „W tych czasach ciężkich prób, gdy więzi między narodami Północy trzeba zacieśnić jeszcze bardziej…” Przerzuciła parę stron i zdumiało ją, jak łatwo i bez skrępowania peany patriotyczne łączą się z przesłaniem numer dwa: „Kluczem do serc jest pieśń, a kluczem do sukcesu jest oszczędność”.

Musi tu być coś więcej, pomyślała i odłożyła pismo; gdzie to schowałaś, Siri Kankanranta? Jakiś pamiętnik, jakieś niewysłane listy, wiersze nikomu niepokazywane? Ona sama się czerwieniła na myśl o swoich własnych starych tekstach, które teraz leżały przywalone trzema warstwami książek w pudle, w najgłębszym kącie garderoby w domu, w Londynie.

Przeszukała wszystkie zakamarki pokoju. Zajrzała za belki i znalazła starą stłuczoną lampę. Podniosła jakąś obluzowaną deskę: gówienka jakiegoś zwierzęcia. Pod materacem: nic. Zerknęła pod sofę: bingo! Wsunęła tam nogę i powoli wydobyła zniszczoną walizkę, kufer amerykański. Otarła z kurzu, a podnosząc wieko, kichnęła.

Na wierzchu leżała para ładnych pantofli na szpilkach, z czerwonego aksamitu, pogładziła je, aura amerykańskich lat dwudziestych, rozmiar trzydzieści siedem; u sprzedawców vintage na Camden Lock wywołałyby pewnie ślinotok. Ona nosiła rozmiar czterdzieści. Pod nimi lśniąca sukienka z ciemnozielonego jedwabiu, zaokrąglony kołnierzyk, bynajmniej nie z opieki społecznej, pomyślała i wyciągnęła jeszcze jeden starannie złożony jedwabisty ciuch. Wypadła książka, nieduża i cienka. Zdumiona, przyglądała się okładce.

Trudno powiedzieć, czego spodziewała się wśród tych jedwabnych sukienek. Jednak nie Manifestu komunistycznego.

Na wyklejce było nazwisko napisane słabo ołówkiem: G. Pelttari. Przeczytała słynne pierwsze zdanie: „Widmo krąży po Europie widmo komunizmu…”.

Zamknęła książkę.

A więc to wszystkie twoje tajemnice, Siri Kankanranta? W letnie wieczory czytałaś o komunizmie, przymierzałaś nie wiedzieć skąd wzięte jedwabne sukienki?

Katrine siedziała zupełnie bez ruchu, czekała na jakąś odpowiedź, której tam nie było. W końcu zamknęła kufer i ostrożnie zeszła ze strychu na dół. Obrzuciła spojrzeniem pörte. Nieme przedmioty, cisza po tych, którzy odeszli. Spróbowała wyobrazić sobie mamę jako siedemnastolatkę, kiedy stąd wyjeżdżała, babkę, która jak wszystko na to wskazuje, mieszkała tu dalej sama. Wszystko sprowadzało się do wyboru, pomyślała. Zostać albo wyjechać.

Wyszła z domu, zamknęła go na klucz. W dole, na rzece, zawyły dwa skutery śnieżne, przemknęły i zaraz ucichły. Zalała pustka.

No tak, pomyślała. Czyli sprzedajemy.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

Eva-Lena Palo stała z głową głęboko pod maską samochodu, przyświecając sobie latarką. Zaczęło już zmierzchać.

Katrine zniżyła głos, gdy weszła na podwórze. Rozmowa z Alastairem przez komórkę trwała dokładnie tyle, ile zajęło jej obejście połowy wsi. Dwadzieścia minut. Przebywała w dwóch światach, w żadnym z nich tak naprawdę nieobecna. Mróz na twarzy, głos w uchu.

Dobrze ci zrobi powrót do korzeni, Katie, darling.

Ja tu nie szukam żadnej pieprzonej terapii. Mam tu chałupę do sprzedania.

Kiedy wracasz do domu?

Do domu, pomyślała, właściwie co to jest dom? Widziała przed sobą to mieszkanie, białe ściany, sztuczny żar na kominku.

Dam znać powiedziała.

Love you.

Love you too.

Uderzyło ją, kiedy się rozłączyła, że nigdy nie powiedziała tego nikomu po szwedzku. Love you tak łatwo odrywało się od ust. „Kochać” to bardziej skomplikowane słowo.

Eva-Lena podniosła głowę znad silnika.

Diabli wiedzą, co mu jest tym razem. Potarła się po twarzy przedramieniem i na policzku została czarna smuga. Lepiej niech Matti do niego zajrzy.

Zatrzasnęła maskę i ściągnęła rękawiczki.

No co, jadłaś już coś?

Czekając, obiad będzie gotowy, Katrine wzięła na piętrze długi prysznic. Lała na siebie ciepło i przymknąwszy oczy, próbowała myśleć o Alastairze, wywołać jego obraz, co mógł teraz robić? Siedzi przy biurku, podgrzewa sobie jedzenie, a może chłopcy też z nim? Miał dwóch synów, starszych nastolatków, Erica i Elliota, którzy czasami przyjeżdżali na weekend do Londynu i zatrzymywali się u nich. Alastair nie chciał mieć już więcej dzieci, za bardzo go męczyło, że zaniedbał dwójkę, którą ma.

Trochę za dużo miałam ostatnio tego wszystkiego, myślała, idąc po schodach ku zapachom z kuchni. To tylko to. Jak to już minie, znów za nim zatęsknię.

Jedzenie stało na stole, gotowane ziemniaki i wędzona na ciepło sieja z Torne, „tego w Londynie nie dostaniesz”.

Zdaje się, że moja babka była komunistką rzuciła Katrine.

Tak, tak powiedział Åke w tych czasach wielu było.

Siri Kankanranta? spytała Eva-Lena z namysłem. Jakoś nic o tym nie słyszałam.

Może to było po kryjomu. Katrine sięgnęła po grudkę masła i ugniotła z ziemniakami, opowiadając jednocześnie o znalezisku w kufrze. Na wyklejce było napisane Pelttari, G. Pelttari.

Dokoła stołu żucie ustało.

Pelttari… powtórzyła Eva-Lena to nie jest jakieś rzadkie nazwisko, ale nie wiem, czy mamy tu we wsi jakiegoś. Spojrzała po członkach rodziny, szukając pomocy. Jej mąż potrząsnął głową:

Nie, nie w Kivikangas stwierdził i jadł dalej. Sofia, ich córka, odsunęła widelcem ziemniaki. Matti obżerał się tym więcej, syn, który właściwie miał na imię Mattias. Katrine zastanawiała ta niekonsekwencja, że dali swoim dzieciom imiona szwedzkie, lecz nazywali je po fińsku.

No, a Aili! Eva-Lena rozpromieniła się i machnęła widelcem do męża. Ona nie była z domu Pelttari?

Jaka Aili? zapytał Åke.

No Aili Svanberg!

Katrine przestała nagle żuć.

Svanberg? powiedziała. Jak Lars-Erik Svanberg?

No tak, to była jego matka. Aili była żoną Hildinga Svanberga, ale zdaje mi się, że jej panieńskie nazwisko to Pelttari. Chociaż nie sądzę, żeby oni byli komunistami.

A gdzieżby oni, w życiu! wtrącił Åke. Tacy cholernie bogobojni.

To byli laestadianie[16] wyjaśniła Eva-Lena. Ci ostrzejsi, zachodni laestadianie, tu w okolicy nie ma ich tak wielu, więcej na północy, w kierunku Kiruny.

Ale pogadaj z moim ojcem, jak chcesz wiedzieć zaproponował Åke. On wie tu wszystko o ludziach. Tylko uważaj, bo jak się rozgada, to cię zamęczy.

Sofia przewróciła oczami.

Ja też bym chciała mieszkać w Londynie powiedziała. Tam wszyscy nie wiedzą o sobie wszystkiego.

I co byś tam robiła? spytał jej brat i prychnął pogardliwie. Tam tylko stres i bieganina. Zadeptaliby cię.

Przy jakiej stacji pani mieszka? zapytała Sofia.

Katrine popatrzyła na nią ze zdziwieniem, ze wszystkich pytań o Londyn, jakich można spodziewać się po osiemnastolatce, akurat to wcale nie było oczywiste.

Baker Street.

Wow zareagowała z podziwem Sofia. To jest Bakerloo line, nie?

Byłaś tam?

Mhm, na zawodach pływackich, jak miałam dwanaście lat. Ja lubię metro, jak te wszystkie trasy się przecinają. Rysowała w powietrzu linie i zakręty. I można zjechać na dół w jednym miejscu i wyjechać całkiem gdzie indziej. Gdzie nikt człowieka nie rozpozna.

Najpierw skończysz liceum, potem zobaczymy. Eva-Lena przewróciła rybę na drugi bok, oderwała z niej tłusty kawałek i położyła na talerzu syna. A tam też chyba nie tak łatwo o robotę.

Jak byśmy mogli tu zatrzymać nasze zasoby gospodarcze wtrącił Åke to mielibyśmy też i pracę. A tak musimy stąd wysyłać młodych za robotą.

Niby się trochę poprawiło, jak tu zrobili Ikeę powiedziała Eva-Lena. Ale trudno tu ludzi zatrzymać. Robią zakupy i wracają znów do siebie. Ceny domów, tych bliżej miasta, podskoczyły, ale tutaj to nie sięga.

Oj, pomyślała Katrine, chyba już sięga.

A ja to, kurde, nie zamierzam się stąd ruszać. Matti wrzucił w siebie resztkę jedzenia, wstał i wyszedł. Jego mama zaczęła sprzątać ze stołu.

Człowiek chyba najchętniej mieszka tam, gdzie się urodził i dorastał powiedziała.

Albo i nie, pomyślała Katrine. Eva-Lena podała jej kawę.

No to jak, będzie teraz z ciebie tutejsza, tornedalka? spytała. Bo chyba chcecie zatrzymać ten dom?

Spojrzenia wszystkich spoczęły na niej. Katrine zamurowało. Nie lubiła być w centrum uwagi ani dostawać pytań, na które nie umiała odpowiedzieć. Dziennikarska profesja pasowała jej idealnie. Zadawać z góry przygotowane pytania, samemu nigdy się nie obnażać.

À propos domu powiedziała. Słyszałam, że chcieliście kupić Rauhalę.

Eva-Lena zamarła przy zlewozmywaku.

Nie, to już nieaktualne rzucił Åke z sofy.

I dobrze skwitowała Sofia. Bo ja nie mam zamiaru mieszkać w jakiejś cholernej ruderze, gdzie straszy.

Odstawiła z brzękiem swój talerz i poszła do siebie na górę. Matka odprowadziła córkę wzrokiem, wytarła ręce i usiadła u szczytu stołu.

Nie mieliśmy zamiaru tam zamieszkać wyjaśniła. Ale żal było patrzeć, jak tam wszystko marnieje. To takie spokojne miejsce. Tam jakby jest ciszej. Poza tym mówili przecież, że on ma się przenieść do jakiegoś domu opieki w mieście, inaczej byśmy się w to nie mieszali.

No, ale już nie ma o czym mówić mruknął Åke.

Wiesz, że Rauhala znaczy spokój lub zacisze? ciągnęła Eva-Lena. Chcieliśmy nazwać go po szwedzku, właśnie Cisza, urządzić dla turystów, żeby mogli przyjeżdżać, przeżyć to wszystko… Gest w kierunku okna. Na zewnątrz zapadł już kompletny zmrok i w szybie okna widać było tylko ich odbicia. No, ale teraz już się nie da.

Czy aby na pewno, pomyślała Katrine, na miejsca zbrodni turyści zawsze ciągną hordami.

Powiedz, jak jest przerwał jej mąż. Jego rodzina chciała więcej forsy i się pokłócili, ot, i cała historia. Włączył lokalne wiadomości i położył nogi na sofie. Poprawił sobie poduszkę pod głową. Niedługo cała Norlandia zmarnieje, bo ludzie będą kłócić się o chałupy, które i tak nic niewarte.

Katrine wstała i podziękowała za jedzenie.

Ciekawie byłoby dowiedzieć się, jak było z tymi Pelttari zwróciła się do Åkego. Myślisz, że mogłabym zadzwonić do twojego taty i zapytać?

A co masz dzwonić? Toć on mieszka jakieś pięćset metrów stąd.

Księżyc posrebrzył śnieżne pola. Minęła kilka zadbanych willi, po dwa auta na każdym podjeździe do garażu, ciepłe światła w oknach, skrzypiało jej pod butami, kiedy szła. Było dopiero tuż po ósmej, ale na dworze ani żywego ducha. Katrine naciągnęła maminą futrzankę na uszy. Czapka była o numer za mała i uparcie zjeżdżała jej na czubek głowy.

Kiedy Ante zadzwonił, wymówiła się, że jeszcze nie złapała maklera, choć tak naprawdę nawet nie próbowała. Coś w niej stawiało opór. Ten stary dom krył swoje tajemnice. Wkrótce powymierają ci, co pamiętają.

Czarny cień przemknął drogą, podskoczyła. Kot śmignął przez zaspę i przepadł.

Także tym razem drzwi były otwarte.

Znaczy, chcesz usłyszeć o rodzie Pelttari.

Stary policjant stał oparty o piec, podczas gdy ona rozsznurowywała sobie buty. Zerkał ciekawie spod swoich nastroszonych brwi.

Wolno spytać czemu?

Wśród rzeczy mojej babki znalazłam to odpowiedziała Katrine i wyciągnęła z torby Manifest komunistyczny. Wskazała mu nazwisko na wyklejce. Choć może już trochę za późno, żeby go teraz zwracać.

No, jakby trochę. Thore Palo wybuchnął hałaśliwym śmiechem. Poza tym nikt by nie chciał się do niego przyznać.

Zabrał ze sobą kubki do pokoju i wyłożył na stół pół opakowania ciastek singoalla, do kawy.

Nic mocniejszego nie będzie, bo już nie używam.

Nic więcej nie trzeba powiedziała Katrine i siadła na sofie wyglądającej na zupełnie nową. Na ścianie wisiał portret Hjalmara Brantinga[17] obok portretów rodzinnych, na jakimś zdjęciu ślubnym rozpoznała Åkego i Evę-Lenę Palo, szkolne zdjęcia wnucząt w różnym wieku. Półślepy pies wsunął się między jej nogi i łasił się, kiedy słuchała.

Aili Svanberg istotnie była z domu Pelttari. Tam u Pelttarich urodziła się i wychowała. Nikt w tamtych czasach nie mówił „Rauhala”. Nikt w Tornedalen nie bawił się w nadawanie nazw domostwom, nazywano je od nazwiska rodu mieszkającego tam od zawsze. Jak ktoś sprzedawał, nic to nie zmieniało. On sam na przykład mieszka w domu Linnów, chociaż ostatni Linna sprzedał dom i wyniósł się ze wsi pod koniec lat sześćdziesiątych.

To Hilding Svanberg wpadł na pomysł, żeby ten dom nazwać „Rauhala”. On przyjechał z Kiruny. Trochę zadzierał nosa i nie chciał gospodarzyć w majątku nazywanym nazwiskiem jego żony czy krewnych, którzy tam mieszkali długo przed nim.

Aili nie miała oczywiście nic do gadania. Chodziła tam jak popychadło, wciąż zakutana w chustę, chociaż to był jej dom rodzinny. Odziedziczyła wszystko po tym, jak zniknął jej brat.

Zniknął?

Thore pociągnął łyk kawy, jej ciekawość sprawiała mu frajdę.

Gunnar Pelttari powiedział i wskazał grubym palcem książkę leżącą obok niej na sofie. To pewnie było jego.

Tu także tykał zegar, ciężki i stary klejnot rodzinny na ścianie.

Co się z nim stało?

Nie wiem, czy o tym mam za wiele do opowiedzenia… Słowa już nie płynęły z taką swadą. To było przed moim urodzeniem. O tym się raczej nie mówiło…

Co? O czym się nie mówiło?

O tych, co wyjechali odpowiedział. Co pojechali do Sowietów.

Do Sowietów?

Thore pokiwał głową. Czekała na dalszy ciąg. Stary policjant pił kawę jak damulka, drobnymi łyczkami. Wytarł sobie usta wierzchem dłoni. Katrine zatęskniła za swoim magnetofonem. Czymś, czego mogłaby się trzymać, pretekstem do zadawania jakichkolwiek pytań.

No tak wydusił w końcu. Było ich trzech, co pojechali wtedy na wschód, na początku lat trzydziestych, ale co w tym jest prawdą, a co nie, to ja już głowy nie dam.

Przez lata słyszał tylko drobne fragmenty tej historii, szeptane legendy i plotki. Nigdy się o tym nie rozmawiało otwarcie. A przecież wyjeżdżali ludzie z całego Norrbotten[18], najwięcej z Malmfälten[19], gdzie uprawiali agitację zbiegli fińscy komuniści. W Kirunie sama gmina wypłacała zasiłek tym, którzy chcieli wyemigrować do Sowietów. Do Ameryki nikt już się nie palił. Załamała się giełda na Wall Street i ludzie stamtąd uciekali, nawet ekonomiści byli przekonani, że świadkami agonii kapitalizmu.

W małych wsiach jak Kivikangas komunizm jeszcze nie zdążył się zakorzenić, ale rzecz jasna byli młodzi, którzy woleli wiarę w Stalina od bezrobocia w domu.

Z tego, co Thore słyszał, to byli bracia Björnfot. Oskar starszy, a Empo młodszy, miał zaledwie szesnaście lat, gdy wyjechali. No i był Gunnar Pelttari.

Początek lat trzydziestych, pomyślała Katrine i położyła dłoń na Manifeście, książce Gunnara Pelttariego znalezionej wśród najcenniejszych sukienek Siri. A później, w lutym 1932, przyszła na świat Ingrid.

Kawa wystygła, ale mimo to się jej napiła.

Matka mówiła mi, że stary Pelttari potem już nigdy nie wspomniał o synu ciągnął Thore. Bolszewik! Większość chłopów była w tych czasach prawicowa, ale konflikty zaostrzyły się w latach trzydziestych, te wszystkie strajki i strzały w Ådalen[20], ludziom zdawało się, że idzie koniec świata albo że zaraz wybuchnie rewolucja. Na północy bywały wioski, gdzie jedna trzecia to byli komuniści, a jedna trzecia naziści.

A pozostała jedna trzecia?

Laestadianie. Albo nawet korpelanie[21]. Skakali tam i przeklinali, i czekali, srebrna arka wyląduje na jeziorze Luossajärvi, żeby ich zabrać do niebiańskiego Jeruzalem.

Zaśmiała się.

To nawet brzmi sympatyczniej niż tamte alternatywy.

Każdy chciał wierzyć w jakiś raj. Widać ludzie tego potrzebowali. Sięgnął po ostatnie ciasteczko, przełamał je i wylizał dżem ze środka. Choć oczywiście z tej podróży do Jeruzalem nic nie wyszło. Tylko zabrali ich do Furunäset, domu wariatów w Piteå.

A ci, którzy pojechali do Sowietów, co się z nimi stało?

Empo Björnfot po paru latach wrócił, to wiem, ale ja wtedy byłem małym dzieckiem, a on się zaraz znów stąd wyniósł. Mówili o nim, że niby był szpiclem i Bóg wie co jeszcze, ale nikt przecież nie wiedział. Ci, co wrócili z Sowietów, sami nic nie mówili. Zabrali to ze sobą do grobu.

Dlaczego?

Pewnie nikt nie chciał słyszeć prawdy. Wyjechali do raju i wrócili, a ich towarzysze nie chcieli przecież słyszeć, że go nie ma. I samo to, że wrócili, też przecież było podejrzane. Ludzie ich mieli za szpiegów, dla jednej czy dla drugiej strony.

Thore podniósł ze stołu metalowy przedmiot, który wyglądał jak pająk ze stali, i zaczął nim masować głowę.

To dobrze robi na krążenie rzucił trzeba utrzymać mózgownicę w formie.

Z tego, co wiedział, Empo Björnfot nigdy nie był formalnie oskarżony o szpiegostwo. Przypuszczalnie został internowany w czasie wojny, tak jak i inni komuniści, ale w żadną przestępczość nie był zamieszany, przynajmniej nie w Kivikangas. Tego Thore Palo był pewny, bo sporo się naczytał dokumentów o dawnych przestępstwach, zwłaszcza tych, które pozostały niewyjaśnione, jak napad na kasę banku rolnego w 1931. Bawiło go przeglądanie starych protokołów, przyglądanie się pracy ówczesnej policji, sprawdzanie, czy nie został przeoczony jakiś ślad.

A wie pan coś o losach Gunnara Pelttariego?

Pokręcił głową.

Myślę, że nawet dzieciaki z Rauhali nie dowiedziały się, co się z nim stało. On był jak jakiś manalainen, jak duch. Thore przetarł sobie pięściami oczy. To zdaje się Lars-Erkki kiedyś tak powiedział. Raz spytałem go chyba, czemu się wyniósł z chałupy. A on na to, że głosy i stuki na strychu nie dawały mu spać. Były też pod schodami. To go spytałem, co to za głosy, a wtedy on między innymi wymienił imię Gunnara, ale miałem to zachować dla siebie. Ojciec zabronił mu, lał dzieciaka dotąd, przestał gadać o duchach i innych stworzeniach. Byli tylko Bóg i Diabeł.

Thore Palo chwycił oburącz łeb psa, potrząsnął nim trochę.

Chcesz wyjść, ty psotnico, tak? Wyjdziemy sobie?

Podniósł się ciężko z wysiedzianego fotela, a pies skoczył przodem, uszczęśliwiony.

Nie lepiej byłoby zamykać drzwi na klucz? spytała Katrine, gdy wkładali kurtki. Z uwagi na to, co się tutaj stało.

Niby po co? Nigdy tu nie zamykałem. Co by mi mieli ukraść?

Myśli pan, że to był napad rabunkowy? Że chcieli okraść Lapp-Erika?

Czemu ktoś miałby go okradać?

Słyszałam, że to pan go znalazł.

Ano ja.

Przystanął w sieni, wyglądając w mrok. Ku rzece, gdzie w oddali leżała Rauhala, gdzieś za domami i drzewami.

Podobno krążyły słuchy, że ma pieniądze rzuciła Katrine.

E tam, to raczej brednie. Strzelbę zabrali, to fakt. Wygląda na to, że jedyna szansa to teraz szukać tej broni. Bo jak nie znajdą, to marnie to widzę.

Pies stał cierpliwie pod schodami, czekając, pan zejdzie na dół, trochę mozolnie, jakby każdy krok sprawiał mu ból.

Ale napadu to ja się nie boję dodał z uśmiechem. Wszyscy wiedzą, że byłem policjantem.

Pana syn z żoną mówią, że to musiał być ktoś obcy.

Bo ludzie zawsze wolą wierzyć, że co złego, to nie my.

A pan nie wierzy?

Ja byłem policjantem prawie czterdzieści lat. Wiara to dobra rzecz w kościele.

Na kurtce mężczyzny rozbłysły paski odblaskowe, gdy przejechało jakieś auto. Uświadomiła sobie nagle, że idąc skrajem drogi, jest kompletnie niewidoczna. Ostatni raz zawieszek odblaskowych używała jako dziecko. Pies wlókł się posłusznie za nimi.

Raz mówił o twojej babce powiedział Thore.

Kto?

Lars-Erkki.

Lapp-Erik?

Nie lubił tego przezwiska. On przecież nawet nie był Lapończykiem, tylko pismakom nie robiło to różnicy. Wystarczyło, że jest z północy.

Co mówił o mojej babce?

Nikomu o tym nie wspomniałem, nie ma co tego rozgłaszać. Siri Kankanranta to była porządna kobieta, bez dwóch zdań. Szedł potwornie powoli. Może ten spacer z psem był tylko pretekstem, żeby to z siebie wyrzucić, w półmroku, w którym ledwie widziała jego twarz, jedynie wielki nos sterczący między nausznikami.

Lars-Erkki Svanberg nie zawsze był taki, jak w ostatnich latach. Kiedy skończył biegać na nartach, wrócił do pracy w lesie i w latach siedemdziesiątych był jeszcze w kole łowieckim.

Dobry strzelec i świetny w tropieniu jak żaden, ale nie brał nigdy udziału w tym trajlowaniu w saunie, jak se chłopy trochę podchmielą, o babach i o czym tam tylko. No i któregoś razu jeden palnął, że trzeba wybrać się do Siri Kankanranty, żeby se… Thore zerknął z ukosa na Katrine. Czasami jak faceci rozmawiają, to prostym językiem…

Spokojnie, nie ma sprawy powiedziała.

A on ciągnął dalej.

No ale, kurde, przecież ona stara, mówi któryś. Ale bo wiek, jak przyjdzie co do czego, nie gra roli, mówi inny, przeciwnie, baby wtedy wiedzą, jak się do tego zabrać. Wtedy kazałem im się zamknąć, bo Siri Kankanranta nie była taka, żeby obgadywać.

Tego wieczoru w saunie sprzeczka robiła się coraz gorętsza. Utkwiło mu to tak dobrze w pamięci, bo Lars-Erkki zazwyczaj nigdy nie mieszał się w takie rzeczy. Siedział cicho, jakby we własnym świecie.

No to skąd ma dzieciaka upierał się któryś. Co to było? Niepokalane poczęcie?

Wtedy odezwał się Svanberg.

Nie powiedział ostro. To nie było niepokalane poczęcie.

Wszyscy gapili się na niego, bo pierwszy raz otworzył usta. Mieli go nawet za trochę tępawego, vanhapoika, co stale mieszka z rodzicami, na ich gospodarce.

No to jej ojciec pewnie machnął jej dzieciaka rzucił któryś, a reszta się roześmiała. Wtedy Lars-Erkki wstał.

Nieprawda. To nie był jej ojciec.

A skąd ty możesz wiedzieć? Jeszcze cię wtedy na świecie nie było. I skąd ty znasz się na kobietach? Te, powiedz, Lapp-Erik, ty miałeś w ogóle jakąś babę?

Wtedy on wziął palto i buty i wyszedł prosto do lasu.

Do domu było jakieś dwadzieścia kilometrów powiedział Thore. Ale on, kurde, chyba zasuwał całą drogę na piechotę.

Doszli do skrzynki na listy przed domem Åkego i Evy-Leny. Katrine widziała, że mała lampka okienna w pokoju gościnnym jest zapalona. Pies poszedł od razu do drzwi, jakby z nawyku, ale obejrzał się i gdy zobaczył, że jego pan za nim nie idzie, poczłapał z powrotem.

Później go o to zapytałem. Byłem chyba jednym z niewielu, z którymi on czasem zamienił parę słów, w cztery oczy. Podpytywałem go czasami o biegi narciarskie, żeby coś opowiedział. Jak byłem młody, to on był przecież dla mnie idol. Zaciekawiło mnie, co miał na myśli wtedy w saunie. Czy może wiedział coś, o czym nie wiedział nikt poza nim.

To znaczy, kto był ojcem dziecka Siri?

Spojrzał na nią, badawczy wzrok spod czapki naciągniętej po brwi.

Ale Ingrid chyba wiedziała? zapytał.

Katrine potupała trochę w miejscu. Żałowała, że nie pożyczyła ponownie tych butów na skuter śnieżny. Jej oddech kłębił się białą parą między nimi.

Nie sądzę rzekła. A w każdym razie mnie nigdy nie powiedziała. A teraz już jest za późno.

Aj, nie wiedziałem… Zmarła?

Nie, a właściwie tak można powiedzieć.

Miała wrażenie, że wyczuwa ciepło bijące od tego starego człowieka, intymność, która kazała jej się cofnąć. Wkroczył niespodziewanie, idealnie, w rolę ojca. Jako odpowiedź na jej tęsknotę, powiedziałby Alastair.

Lars-Erkki nie chciał mi niestety nic więcej wyjawić ciągnął powoli dalej. Bąknął tylko, że dowody pod kluczem i że sam smażyłby się w piekle, gdyby to komukolwiek zdradził. Zrozumiałem, że to pewnie jego ojciec kiedyś mu musiał grozić, bo sam król nart raczej nie był taki religijny, tylko od dziecka zastraszany grzechem i Bogiem, i piekłem. Ja myślę, że to dlatego on wtedy, w pięćdziesiątym drugim, nie pojechał do Oslo. Czuł, że diabeł pychy siedzi mu na karku, tak mi się wydaje. Że jak już zaczął marzyć o zwycięstwach, to na tych nartach zjedzie prosto do piekła.

Przerwało mu narastające, bliskie wycie silników. Dwa skutery sunęły wzdłuż drogi jak wielkie czarne insekty, najeżdżając slalomem na wał śniegu. Thore podniósł rękę, odpowiedziało mu błyśnięcie światłami.

A to mój wnuczek wyjaśnił i Katrine spostrzegła dumę w jego uśmiechu. Dobrze, że mają swobodę, mogą sobie pojeździć. Niełatwo im tu znaleźć robotę.

Odprowadził spojrzeniem skutery, póki nie połknęły ich las i mrok.

Ale co zrobić westchnął ciężko. Jest jak jest.

Dziękuję, że pan mi opowiedział.

No, to my wracamy do siebie. Zrobił w tył zwrot i poszedł, bez żadnych ceregieli. Pies zrozumiał i poczłapał tuż przed nim w tym samym powolnym tempie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.

Mężczyzna w kącie Front Room Café nie przyciągał niczyjej uwagi.

Zwykły pracownik jakiegoś państwowego urzędu, trudno powiedzieć jakiego. Taki, co rano idzie do pracy i wieczorem wraca do domu, ubrany jak ktoś, kto zarabia na chleb w służbie administracji, ale sam nie ma żadnych specjalnych wymagań… ani przesadnie korpulentny, ani nienaturalnie chudyPo prostu jeszcze jeden z tych przeczekujących noc we Front Room Café, o których nikt nie będzie tu pamiętał, jak tylko przekroczą granicę do Polski.

Przeczekiwał te puste godziny, siedząc nad miską soljanki. Samotny kawalątek mięsa pływał z cebulą i kapustą, za dużo wody po ogórkach i za słaby bulion, ale on nie był z tych, którzy się skarżą na jedzenie. Upił malutki łyczek wódki i odlał trochę do stojącej za nim doniczki. Dopełnił szklankę wodą i rozejrzał się po restauracji, której nigdy nie zamykano. Ściany i sufit z sosny, na ścianach skóry dużych drapieżników. Nad wszystkim ostre światło, wieczny dzień, chociaż na zewnątrz panowała czarna noc, zapachy kiszonej kapusty i potu tych wszystkich, którzy mieli powody do nerwów.

Przejście graniczne Szehyni Medyka nie było już tym, czym było dawniej. To tu, nie wiedzieć jak, sprawiano, że tir za tirem znikały z Ukrainy i pojawiały się w Polsce, niezliczone ładunki papierosów i heroiny, i broni przepływały ze wschodu na zachód od chwili, gdy przejście otwarto w latach dziewięćdziesiątych. Ale żadna idylla nie trwa wiecznie. Znowu spuszczono żelazną kurtynę, zatem za każdym otwarciem drzwi do środka wlewał się karpacki mrok, niosąc ze sobą przegranych, Ukraińców i ludzi z Kaukazu, i wszelkich innych nieszczęśników, którym nie dane było przekroczyć granicy. Wrzeszczeli teraz i pili, podczas gdy resztki nadziei dogasały, a oszczędności całych rodzin rozpływały się we łzach.

Jeśli nad ranem, kiedy wzejdzie słońce, ktoś jeszcze będzie tu trzeźwy to właśnie on, mężczyzna, który teraz nazywa się Iwan Pogrebnjak.

Powtórzył procedurę z wódką. Mały łyczek i więcej wody. To już nie miało prawie smaku, lecz pomagało mu nie zasnąć, łagodziło ból za oczami i lekko tuszowało nazbyt ostre kontury tych nieszczęsnych figur wokół niego.

O siódmej miano go zabrać, ale nie było jeszcze piątej. Pijany Kazach przy sąsiednim stoliku zwalił się z krzesła i pozostał tak, leżąc na podłodze. Kelnerka przechodziła nad nim, zbyt wytapetowana jak na zapadłą ukraińską dziurę, z piersiami tak wypchanymi, że mogłaby utrzymać na nich tacę bez pomocy rąk. Ocierała się czasem biodrami o jedyny stolik, przy którym miała gości z Zachodu, trzech mężczyzn w strojach myśliwskich, w drodze do Karpat Wschodnich i hord dzikich wilków.

Znajdował się daleko od Sankt Petersburga. Wciąż jednak widział czasem tego ducha w mrocznych kątach, w rysach nieznanych sobie osób. Nikt z ludzi, których dotąd zabił, nigdy go nie prześladował, pozapominał ich twarze i nazwiska, skoro tylko przestali się liczyć, ale Dima Rykow powstawał z mgiełki między stolikami i dyszał mu w kark.

Te pierwsze lata na Newskim! Pamiętasz je chyba, Alosza?

Milcz, Dima, i wracaj do umarłych.

Zapomniał, co sobie zamierzył, i jednym haustem wychylił rozcieńczoną wódkę.

Ech, Dima, głupi Dima.

To nie ten strzał go prześladował, nie krew czy obrzydliwy smród wszystkich wydzielin ciała, kiedy Aleksiej wtaszczał go do mieszkania. To był ten wyraz zdumienia na sekundę przedtem, ta ostatnia obraza jego inteligencji.

Dima sądził w swoim tłustym zadufaniu, że będzie szybszy, zdąży przed nim.

Jakby Aleksiej nie zwietrzył już zapachu jego psów, nie widział cieni, które cofały się, gdy się oglądał. Miałby nie spostrzec, że ktoś grzebał w jego księgowości, kiedy spał, że Dima kłamie o swoich lunchach biznesowych? Że się spotyka po kryjomu z ludźmi z Uralu? Aleksiej wiedział, o co chodzi, żył dostatecznie długo, żeby przejrzeć kłamstwa, jakkolwiek by się maskowały i przebierały jak na bal. Banki padały, waliła się gospodarka całych krajów i oni też nie byli nietykalni, byli teraz częścią tego systemu, ale Dima w głębi serca i duszy pozostał cwaniakiem z Gostinicy Pribaltijskaja. Zaczął po cichu kombinować, żeby znów wejść w handel heroiną na krajowym rynku rosyjskim, który rozrastał się żywiołowo, to były pewne pieniądze, to były potęga i władza, i znaleźli się tacy, którzy chcieli stworzyć trust.

Pribaltijskaja! Ciekawe, że wspomniałeś starą kochaną Pribaltijską! Co za wspomnienia, Alosza, ach, byliśmy wtedy piękni i młodzi.

Rąbnął szklanką o stół i spróbował przywołać gestem kelnerkę. Nie dostrzegała go. Do wschodu słońca zostało jeszcze pół godziny. Krzesło wrzynało mu się w tyłek i ta noc zdawała się trwać bez końca.

Ty stałeś w barze, a ja załatwiałem kontakty, ach, jakie rzeki wódki płynęły z tego baru… a pamiętasz ty kurwy z Pribaltijskiej?! Niezapomniane, bracie, dzisiaj już takich nie uświadczysz…

To ja załatwiałem kontakty, Dima! To nie ty, bracie, byłeś sekretarzem komsomołu na uniwersytecie. Bez moich kontaktów zostałbyś w tym bagnie, z którego przyszedłeś.

A jakie złote interesy robiło się z kurwami w Pribaltijskiej…

Gówniane interesy, Dima.

Dostał w końcu szklankę herbaty i jeszcze raz wódkę. Kelnerka wzięła jego talerz, swój uśmiech oszczędziła dla bardziej rentownych.

Gostinica Pribaltijskaja! Ten kolos z przeszłości na brzegu Wyspy Wasiljewskiej, na skraju Petersburga, dokąd zsyłano za sowieckich