Gra w kapsle, czyli autolustracja dziecka PRL-u - Katarzyna Anna Weiss - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 318 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gra w kapsle, czyli autolustracja dziecka PRL-u - Katarzyna Anna Weiss

Piszę więc i dla urodzonych, i dla stworzonych (zgodnie z wierzeniami kreacjonistów) pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, a także dla tego przeciętnego, chudego i trochę zakompleksionego dzieciaka, który nadal we mnie tkwi. Piszę także dla Was, drodzy młodzi przyjaciele, licząc, że gdy poczytacie sobie o tych zamierzchłych czasach, będziecie w stanie pełniej docenić wszystkie atuty życia w demokracji. Nawet takiej, jak „wesoła” i populistyczna IV Rzeczypospolita, budząca liczne skojarzenia z lasem Sherwood z opowieści o Robin Hoodzie. To także nasze wspólne europejskie dziedzictwo, z którego jak widać czerpiemy bez umiaru. Z tym że u nas Robin Hooda dość trudno zidentyfikować, a chciwych szeryfów mamy jakby w nadmiarze, ale jak to się mówi – od przybytku głowa nie boli. Na szczęście paszporty leżą w szufladach, więc kiedy się chce można polecieć odreagować zagranicą. Tam też, co prawda, nie wszędzie jest kolorowo, za to jakby więcej luzu. Psychicznego.

Katarzyna Anna Weiss - nadal żywa matka dwójki dzieci, coach, trenerka rozwoju potencjału osobistego, mindfulness oraz komunikacji i świadomości międzykulturowej, pracująca z klientami z różnych kultur i ze szczególnym entuzjazmem wspierająca kobiety ropoczynające działalność godpodarczą. Japonistka z wykształcenia, tłumaczka języka angielskiego, wykładowca akademicki, ostatnio na Uniwersytecie Central Lancashire w Anglii. Ma kota, który się przybłąkał, urodził kocięta i został. Na co dzień entuzjastka zauważania powodów do radości i zmieniania świata zaczynając od siebie.

Opinie o ebooku Gra w kapsle, czyli autolustracja dziecka PRL-u - Katarzyna Anna Weiss

Fragment ebooka Gra w kapsle, czyli autolustracja dziecka PRL-u - Katarzyna Anna Weiss

Gra w kapsle

czyli autolustracja dziecka PRL-u


Katarzyna Anna Weiss

© Copyright by

Katarzyna Anna Weiss & e-bookowo

Projekt okładki:

AKA Design Anna Kamonciak

ISBN e-book 978-83-7859-228-0



Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013


Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Spis treści
PODZIĘKOWANIA
Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku!
Wstęp do wydania pierwszego
DZIECIŃSTWO
SZKOŁA PODSTAWOWA
LICEUM
Specjalny Dodatek kulturalny
Przypisy

Markowi i Lenie, z nadzieją, że świat, w którym żyjemy stanie się kiedyś naprawdę przyjaznym miejscem zwłaszcza dla dzieci

„Zaufaj.

Czyż płatki kwiatów nie sypią się w dół

tak jak trzeba?”

Matsuo Bashō

PODZIĘKOWANIA

Rodzicom za to, że chwilowym wspólnym wysiłkiem powołali mnie na ten świat ;) oraz za trud włożony w moje wychowanie (jak wiadomo, bycie rodzicem w PRL-u wymagało wszechstronnych umiejętności oraz solidnej kondycji fizycznej i psychicznej…)

Robertowi za wyrozumiałość i pomoc w nieuniknionych sprawach życia codziennego, a w szczególności za niekonfliktowe podejście do „syndromu pustej lodówki”.

Agnieszce F. za wsparcie moralne, duchowe, psychiczne i praktyczne we wszystkich ofiarowanych mi formach oraz za zrozumienie w kwestii „niecierpiących zwłoki” wyjazdów do Wiednia.

Christiane B. za każdorazową możliwość oderwania się od polskiej rzeczywistości i za sprowadzanie rzeczy do właściwej skali.

mojej nieocenionej teściowej Uli, bez której nie udałoby mi się napisać w spokoju ani linijki, bo z każdej strony ciała wisiałoby na mnie domagające się uwagi, karmienia lub przewinięcia dziecko, a także za „awaryjne” domowe obiadki.

Kasi T., Gosi J. i Justysi K. za duży wkład w mój rozwój i lekko ironiczny dystans do rzeczywistości oraz za odlotowe imprezki.

dr Krzysztofowi K., już niemal habilitowanemu za wspólnie robione „jaja”, entuzjazm i inspirację, która przetrwała lata.

Anicie i Darkowi B. za wspomnienia, fakty i rozmowy.

wszystkim, którzy kiedykolwiek i gdziekolwiek byli moimi Uczniami dzięki za cierpliwość i wyrozumiałość, zawsze starałam się nie „przynudzać”, z różnym skutkiem zapewne; wiele się od Was nauczyłam, i być może dziś w niektórych sytuacjach postąpiłabym zupełnie inaczej…

wszystkim, którzy stanęli na mojej drodze życia bez Was nie byłabym tym, kim jestem i nawet jeśli nie mamy ze sobą kontaktu, zapewniam, że każde z Was ma ciepły kącik w moich myślach.

jeszcze raz Kasi T. za wsparcie, trzymanie kciuków i cenne wskazówki.

i last, but not least niektórym naszym Drogim (również w dosłownym znaczeniu) Politykom dziękuję za nieustanną inspirację i liczne punkty odniesienia; kochani bez waszego codziennego trudu, mozolnego wydeptywania kuluarów sejmowych, czasochłonnego zasiadania w komisjach i ławach poselskich, bez walki z układem, ogólnopolskiej lustracji, dekomunizacji, a nawet de-postkomunizacji ta książka z pewnością by nie powstała. Życzę Wam z całego serca byście odtąd świecili nam w mediach gruntownie zlustrowanym przykładem i na prawo, i na lewo, i we wszystkich innych opcjach. Lustrując innych powtarzajcie sobie jak mantrę „Nie ma człowieka, który nie popełniłby czegoś nieuczciwego” (Oscar Wilde). Was zlustruje historia.

Wasze poczynania śledzą także dzieci drugiej, trzeciej, a nawet czwartej RP. To zobowiązuje. A na dzieci najlepiej działa dobry przykład.



Foto. Autorka na tle osiągnięć Polski Ludowej (osiedle z wielkiej płyty i szkoła ‘tysiąclatka’), Katowice 1971

„Nie ma takiej krzywdy, której by nie można przebaczyć”.

Kard. Stefan Wyszyński

„Sympatia lub nienawiść odmieniają twarz sprawiedliwości”.

Blaise Pascal

„Puste beczki i głupcy robią dużo hałasu”.

Plutarch

Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku!

Dziękuję za zainteresowanie niniejszą „pozycją książkową”. Jest to poprawiona i gruntownie ocenzurowana wersja pierwszego wydania, które ukazało się pod tytułem „Gra w kapsle czyli autolustracja dziecka PRL-u” w roku 2008 nakładem wydawnictwa Vesper.

Książka ta była odpowiedzią sfrustrowanej matki karmiącej na ówczesną sytuację polityczną w naszym kraju. Dziś (nie)wiele się zmieniło (niepotrzebne skreślić), ale najważniejszą zmianą jaka miała miejsce w moim życiu była decyzja o zdobyciu kwalifikacji coacha, trenera potencjału osobistego oraz trenera świadomości i komunikacji międzykulturowej.

Duży wpływ na moją teraźniejszość wywarł również fakt, że przez ostatnich kilka lat miałam przyjemność pracować jako wykładowca na jednym z angielskich uniwersytetów, co było bardzo pouczającym i ciekawym doświadczeniem, przede wszystkim na poziomie komunikacji międzykulturowej.

Lustracja nie jest już tematem wywołującym dyskusje w mediach, toteż naturalnym biegiem rzeczy wydanie tej książki w formie ebooka daje mi możliwość pewnej ingerencji w treść, idąc zresztą za sugestiami moich dotychczasowych czytelników. Otóż niektórzy czytelnicy proszą grzecznie o to, by skupić się li i jedynie na PRL-u pomijając inne wątki polityczne, nawet jeśli miały one swoje uzasadnienie w burzliwych czasach IV Rzeczypospolitej. Z wielką radością i entuzjazmem neofity zabrałam się zatem do dzieła zwanego cenzurą. Z „Gry w kapsle” z hukiem wyleciały wszystkie ‘niestosowne’ fragmenty. Została kwintesencja PRL-u w oczach dziecka i ‘młodzieży szkolnej’. Oryginalny tytuł również zostaje, bo jak ktoś mądrze napisał w ulotce reklamującej wystawę artystyczną pod tytułem „Lustracja” otwartą w listopadzie 2007 w poznańskiej Galerii Piekary „Zakwestionowanie niektórych zapisów ustawy lustracyjnej w istocie zawiesiło jej działanie. Lustracja miała obnażyć całą prawdę o przeszłości Polaków oraz wyzwolić teraźniejszość od widm i upiorów nawiedzających wskutek braku rozliczenia minionych grzechów, a wszystko po to, by żadne mroczne tajemnice nie stwarzały przeszkód w naszym marszu ku świetlanej przyszłości. Wobec zachwiania politycznej woli i determinacji w doprowadzeniu lustracji do końca, konieczna jest lustracja artystyczna. Wobec przekształcenia polityki realnej w tragikomiczną burleskę, tylko sztuka, zwłaszcza ta ironiczna, może nadać konieczną powagę publicznemu dyskursowi (...)”. I choć niniejsze dzieło w żadnym wypadku nie aspiruje do miana szeroko pojętej sztuki, nieco ironii z pewnością udało mi się tu przemycić.

Wszystkim rozsądnym i sympatycznym Czytelnikom bardzo dziekuję za opinie, komentarze i uwagi. Niektórzy donosili mi, że czytając „Grę w kapsle” w miejscach publicznych i środkach transportu, w tym nawet w pociągach PKP (którym sama poświęciłam nieco uwagi), zdarzało im się wybuchać gromkim śmiechem, nie bacząc na zdumionych współpasażerów. Inni pisali do mnie w mediach społecznościowych dzieląc się wrażeniami i własnymi wspomnieniami. Wszystkim, których z różnych przyczyn nie byłam w stanie odpowiedzieć osobiście również chciałabym tutaj bardzo podziękować i serdecznie przeprosić. Czasem w życiu (w moim w zasadzie niemal non stop) zbyt wiele dzieje się na raz.

Poniżej zamieszczam jednak wstęp do wydania pierwszego, które ukazało się pod tytułem „Gra w kapsle czyli autolustacja dziecka PRL-u” w roku 2008 nakładem wydawnictwa Vesper, aby Czytelnicy lepiej mogli zrozumieć kierujące mną intencje twórcze.

Dziękuję za inwestycję w format elektroniczny tej książki i życzę miłej lektury.

Z pozdrowieniami,

Kasia Weiss

Preston Tarnowo Podgórne Międzywodzie 2013

Wstęp do wydania pierwszego

Moje wczesne „świadome” dzieciństwo to pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. Zgodnie z obowiązującą ustawą kwalifikuję się zatem do lustracji. Nie dość bowiem, że urodziłam się przed rokiem 1972, to jeszcze w czasach studenckich opublikowałam kilka tekstów w prasie lokalnej, a nawet jeden w czasopiśmie o zasięgu ogólnopolskim.

Nadmiar wakacyjnej wolności najwyraźniej uderzył mi do głowy. Czując pociąg do pisania udałam się do najbliższej redakcji w celu zaproponowania mojej skromnej osoby na staż, nawet i bezpłatny.

Ówczesny redaktor naczelny „Nowin Gliwickich” trochę się najpierw dziwował, bo sprzedając szaszłyki w dowolnej nadmorskiej miejscowości zarobiłabym krocie. Uprzejmy ten człowiek uczciwie zeznał, że owszem, na staż mnie przyjmie, ale w ramach gratyfikacji ma do zaoferowania jedynie parę złotych wierszówki. Pal licho wierszówkę! powiedziałam z gestem. Liczy się doświadczenie, które tu nabędę. Matka z ojcem z domu mnie chyba nie wyrzucą, a i do jedzenia coś się w lodówce znajdzie.

Widząc, że ma przed sobą prawdziwą desperatkę, redaktor zaprowadził mnie do dwojga doświadczonych współpracowników, niewiasty o blond fryzurze w modnym wtedy stylu Farah Fawcet-Majors z „Aniołków Charlie’go” i mężczyzny słusznej postury, których nazwisk niestety, nie pomnę. Podziwowali się jeszcze trochę wspólnie nad moją fanaberią, po czym jęli mozolnie, dzień po dniu, wprowadzać mnie w tajniki sztuki dziennikarskiej. W wyniku tych działań spłodziłam parę tekstów o znaczeniu lokalnym oraz jeden o zjawisku krajowym. Zjawiskiem było masowe przekwalifikowywanie się rusycystów na nauczycieli innych języków, ponieważ, że tak powiem, podaż przewyższyła popyt.

Nieco później magazyn dla kobiet „Pani” opublikował krótką korespondencję z Japonii. Pisałam w niej między innymi, że każdy niemal potomek samurajów znał nazwisko Lecha Wałęsy (wymawianego u nich „Łaresa”) i nawet wiedział, z którego europejskiego kraju pochodzi.

Po powrocie z Japonii na dłuższy czas przestałam pisać zająwszy się między innymi rozwijaniem biznesu w dość prozaicznym celu uzyskania niezbędnych środków do życia. Jednak z powyższych przykładów jasno widać, że moim przypadku bez lustracji naprawdę się nie obędzie. Wszak pod definicję dziennikarza można dziś podciągnąć każdego, nawet jeśli wszystko, co opublikował, to list do redakcji donoszący o ziejącej głębią dziurze w jezdni. Napisał znaczy dziennikarz. Po co głupoty wypisuje. Jakby tak każdy o dziurach na swojej ulicy pisał, to nie byłoby w gazetach miejsca na inne wiadomości…

Mając z czego żyć jakiś czas temu powróciłam do pisania. I niestety, już w IV RP wydrukowano kilka moich tekstów, co w zasadzie stawia mnie pod ścianą, by nie powiedzieć „na celowniku”. Nie były to listy do redakcji w sprawie dziur, ani też hymny pochwalne na cześć miłościwie nam panujących ministrów, wicepremierów, posłów i tym podobnych. Ponadto zeznam, że nawet pod groźbą utraty praw do wykonywania zawodu pisać zamierzam nadal. Choć oczywiście nie ma obowiązku czytania. Ostatecznie nie jest to mój zawód wyuczony, zatem tracić nie bardzo jest co. Najwyżej przejdzie się do drugiego obiegu my, Polacy, mamy w tym zakresie pewne tradycje…

Jako osoba przedsiębiorcza, a więc lubiąca brać sprawy we własne ręce, wykonam sobie lustrację osobiście i w szerokim zakresie, żeby nie było niedomówień. W IV RP autolustracja powinna zresztą stać się przewodnim nakazem moralnym każdego porządnego obywatela. Po co angażować sądy, które i tak ledwo zipią, a ponadto lubią przedstawić prywatną opinię sędziego, o czym na własnej skórze przekonała się nasza była i znów obecna minister finansów, teraz już spektakularnie zlustrowana i gruntownie oczyszczona.

Teczki najlepiej zakładać świeżo urodzonym obywatelom już przy wyjściu ze szpitala. Najlepiej w kilku egzemplarzach, żeby potem nie było, że komuś teczka się gdzieś zawieruszyła, a on tu, biedaczek, właśnie ma zajmować kolejne lukratywne stanowisko. Proponuję rutynową aktualizację teczek w żłobku, przedszkolu, podstawówce i na wszystkich dalszych etapach edukacji i pracy zawodowej. Jedna kopia obowiązkowo dla IPN–u. Jako praworządne państwo unikniemy wtedy wielu nieporozumień w kraju oraz niekorzystnej publicity na arenie międzynarodowej.

Idąc z duchem czasu możemy stopniowo wprowadzać teczki w formie podskórnie wszczepianych czipów z możliwością identyfikacji, namierzania oraz nagrywania lustrowanej jednostki w systemie GPS (szczególnie w ostatnim przypadku jest to nie do pogardzenia, bo nagrywający nie będą musieli chować się po szafach, co z pewnością znacząco wpłynie na ich morale). Klasycy literatury światowej, tacy jak Huxley czy Orwell, także mieli w tych kwestiach sporo interesujących sugestii. Jednak w przypadku Orwella dotyczyły one niewłaściwego ideologicznie, przynajmniej w Polsce, roku 1984. Temat wymagałby zatem powołania stosownej komisji, by zbadała, czy i które pomysły obywatela Orwella miałyby rację bytu w IV Rzeczypospolitej (może choć wszechobecna telewizja, której nie można wyłączyć?). Jedna komisja mniej czy więcej nie zrobi podatnikom różnicy jak zwykle miało być taniej, a jest drożej, więc z pewnością nikt się nie połapie. W razie czego przykryje się to jakąś (seks)aferą, tego ci u nas dostatek…

Bez porządnej teczki obywatela rzuca się bowiem na żer mediom. Niektóre z nich kipią od sensacji, gdyż każde spekuluje jak może (a jak nie może, to nie spekuluje, co jest zresztą dość oczywiste). Naród chodzi ogłupiony i nie wie, co ma o tym wszystkim myśleć. Ci, którzy jeszcze myślą, wyjeżdżają. Wrócą, gdy będą na emeryturze, co stanowi prawdziwe błogosławieństwo dla naszego kraju. Wszak wtedy to nie ZUS będzie im wypłacał zasiłki starczające na przeżycie miesiąca o chlebie i wodzie, no, może od czasu do czasu z jakimś szaleństwem butelką mleka pełnotłustego, dwoma jajkami na tydzień, a nawet kawałkiem szynki czy owocem egzotycznym bananem lub mandarynką. Z „emeryturkami” wpływającymi im na konta z innych krajów Unii Europejskiej będą stanowić rażący kontrast dla niefortunnych utrzymanków rodzimej instytucji ubezpieczeń społecznych…

Nie miałam, niestety, tego szczęścia, że wyszłam ze szpitala z odpowiednią teczką. Dali mi jedynie książeczkę zdrowia dziecka w mało atrakcyjnej szacie graficznej, już zresztą nieaktualną. Ponadto na ową szatę wylał się kiedyś syrop Pini, sprawiając, że stała się jeszcze mniej atrakcyjna, a bardziej natomiast klejąca.

Książeczka zdrowia dziecka nie stanowi jednakowoż podstawy do uznania obywatela urodzonego w niesłusznych ideologicznie czasach za nadającego się do życia w praworządnym państwie. Nie mam gwarancji, że za jakiś czas nie zechcę sięgnąć po dowolny urząd w końcu posiada się kwalifikacje nie gorsze od co poniektórych posłów, a nawet lepsze studia (za przeproszeniem) oraz matura (!) na piątki i czwórki. No, dobrze, jak lustracja to lustracja były też jakieś trzy tróje. Za to WSZYSTKIE EGZAMINY ZDANE bez wątpliwej i całkowicie, jak mniemam, zbędnej łaski amnestii maturalnej!!!

By uniknąć zatem problemów w potencjalnej karierze politycznej, w celach lustracyjnych cofam się pamięcią do chwili, w której pojawiłam się w naszej pięknej Ojczyźnie. Pod postacią niedużego i oczywiście ślicznego, lecz nieco zmaltretowanego porodem niemowlęcia.

Pragnę zaznaczyć, że nie pamiętam żadnych dat z najwcześniejszego okresu życia w PRL-u, który wbrew modnym obecnie opiniom naprawdę istniał, czego pisząca te słowa jest (jeszcze) żywym dowodem. Pamiętam natomiast pory roku, śnieg, słońce, wyjazdy do babci i zalewajkę z serdelkami wegetarianizm w Polsce dopiero raczkował. Szczegóły dawno minionych sytuacji i wydarzeń. Kolory i zapachy dzieciństwa.

Pamiętam też jedno z najbardziej irytujących powiedzeń: „dzieci i ryby głosu nie mają”, kończące wszelkie dyskusje z dorosłymi, nawet tymi, których autorytet brał się wyłącznie z faktu starszeństwa.

Otóż dzieci mają głos, i często mówią nader mądre rzeczy. Gdyby tylko ktokolwiek zechciał ich posłuchać, zanim, przepraszam za dosadność, wlał w dupę pasem. Wszak wtedy bicie należało do podstawowych i powszechnie akceptowanych zabiegów wychowawczych. Kto by tam nie bił małe to, głupie i się pęta, zamiast spać sobie cichutko w kąciku i nie męczyć mamusi z tatusiem lub konkubentem. I w blokach, i na wsiach przekrój bijących był ogromny nie zawsze były to jednostki pozostające „w stanie wskazującym”.

Dzieciak w PRL-u nie mógł dużo zrobić. Siedział sobie zatem na schodach, sam albo z rodzeństwem. Czasem przygarnęli go sąsiedzi, tradycyjnie udający, że nic się nie stało. Chłop musi wypić, a że potem bije? Normalka.

Dziś jesteśmy już na szczęście na nieco wyższym poziomie rozwoju. Mamy nawet Komitet Ochrony Praw Dziecka i odpowiedzialnego rzecznika oraz ogólnopolską akcję „Kocham, nie biję”. Spora część ludzkości ewoluuje duchowo wbrew temu, co sądzą niektórzy. Naprawdę jest z czego cieszyć (ewolucja zaczęła się już w Trzeciej Rzeczypospolitej, czy to się komuś podoba czy nie na miarę naszych sił i możliwości).

Choć obiło mi się o uszy, że panie, które zamierzają oddać świeżo urodzone dziecko do adopcji najpierw idą odebrać becikowe, co znacznie opóźnia drogę niemowlęcia do czekających na nie rodziców adopcyjnych. Tak więc przepisy sobie, a rzeczywistość i tak skrzeczy. Becikowe pozostaje chybioną jednorazową zapomogą, na którą ewentualne przyszłe matki nie rzucają się z krzykiem entuzjazmu.

Pozorna hojność państwowego datku może jednak przemawiać do osób, które zamiast myśleć o kolejnym dziecku, powinny najpierw wytrzeźwieć. Na trzeźwo bowiem lepiej widać, w jakim stanie znajduje się dotychczas spłodzone potomstwo. I co dalej? Bo że kolejne becikowe na długo nie wystarczy, to chyba jasne.

Za to już wkrótce rodzice będą mogli zaszaleć. Na każde dziecko dostaną łącznie sto dwadzieścia złotych odliczenia od podatku, czyli lekką ręką całe dziesięć złotych miesięcznie. Dla ułatwienia dodam, że duża paczka dobrej jakości pieluch oscyluje cenowo wokół czterdziestu dziewięciu złotych, że o pozostałych akcesoriach, wyżywieniu, ubrankach, rozrywkach i opiekunkach dla przyzwoitości nie wspomnę. Jako naiwniak prowadzący działalność gospodarczą nie rozliczam się według skali podatkowej, toteż akurat mnie ulga na dzieci nie przysługuje. Nie od dziś w Polsce karze się przedsiębiorczych siedziałby jeden z drugim na zasiłku dla bezrobotnych, to by miał. Ci, którzy prowadzą własną firmę (w domyśle: kombinują), już i tak na plusie. Fiskus szybko się uczy się, promocje w handlu też się nie sumują albo rybki, albo akwarium.

No i dobrze. Nie będę musiała być wdzięczna drogiemu ministerstwu finansów za jałmużnę w postaci jednej piątej paczki pieluch gratis miesięcznie. Choć z drugiej strony to niemal dwie i pół paczki pieluch rocznie prawdziwy gest, za który łaskawemu rządowi pokornie dziękujemy i padamy do nóżek. Z zaznaczeniem, że wychowanie dziecka jest procesem długofalowym koszty rosną proporcjonalnie do wieku, co polecamy uwadze naszych decydentów. Rodzicem zaś nigdy nie przestaje się być.

Z drugiej strony nikt człowiekowi nie każe fundować sobie potomka, a na dodatek bezczelnie oczekiwać z tego tytułu korzyści materialnych od Bogu ducha winnego państwa. Nie żyjemy w Polsce Ludowej. A że inne kraje europejskie wspierają rodziców? Jak nam się nie podoba droga wolna! Nikt nas tu przecież siłą nie trzyma. Rząd, który ciężko pracuje nie będzie się jeszcze użerał z takim roszczeniowo nastawionym społeczeństwem…

To taka mała dygresja była. Z czasów nowożytnych.

Dalsza treść nie jest peanem na cześć minionego ustroju, a jedynie subiektywnym opisem zgrzebnej rzeczywistości, w której przyszło mi spędzić dzieciństwo i wczesną młodość. Rzeczywistość dzieliłam ze sporą grupą małoletnich obywateli, w tym, o dziwo, nawet z naszym byłym (yes!) ministrem edukacji, który też ponoć kiedyś był dzieckiem. Nie wiem tylko, czy bycie małym chłopcem nie podpada czasem pod teorię ewolucji, raczej mało popularną w zbliżonych do niego kręgach.

Piszę więc i dla urodzonych, i dla stworzonych (zgodnie z wierzeniami kreacjonistów) pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, a także dla tego przeciętnego, chudego i trochę zakompleksionego dzieciaka, który nadal we mnie tkwi. Piszę także dla Was, drodzy młodzi przyjaciele, licząc, że gdy poczytacie sobie o tych zamierzchłych czasach, będziecie w stanie pełniej docenić wszystkie atuty życia w demokracji. Nawet takiej, jak „wesoła” i populistyczna IV Rzeczypospolita, budząca liczne skojarzenia z lasem Sherwood z opowieści o Robin Hoodzie. To także nasze wspólne europejskie dziedzictwo, z którego jak widać czerpiemy bez umiaru. Z tym że u nas Robin Hooda dość trudno zidentyfikować, a chciwych szeryfów mamy jakby w nadmiarze, ale jak to się mówi od przybytku głowa nie boli. Na szczęście paszporty leżą w szufladach, więc kiedy się chce można polecieć odreagować zagranicą. Tam też, co prawda, nie wszędzie jest kolorowo, za to jakby więcej luzu. Psychicznego.

Luz z dzieciństwa wspomina się dzisiaj z łezką w oku. Był to czas, w którym najbardziej szara rzeczywistość wyglądała interesująco, toteż te same wydarzenia w oczach dziecka i dorosłego mogły się diametralnie różnić. Przyznaję wszem i wobec, że było mi wtedy wszystko jedno, kto stał u sterów władzy. Potwierdzam jednak, że „lud pracujący miast i wsi” upamiętnił jednego z naszych ówczesnych „sterników” w prostych, lecz działających na wyobraźnię każdego dziecka słowach: „Chcesz cukierka idź do Gierka! Gierek ma, to ci da.” Działających na wyobraźnię w zakresie ewentualnych posiadanych przez towarzysza G. słodyczy oczywiście, nie zaś samego towarzysza. O tym jednak będzie dalej, uprasza się zatem szanownego P.T. Czytelnika o cierpliwość i zrozumienie.

Notabene, skrót „P.T.”, szczególnie w zwrotach „P.T. Klienci”, widniejący we wszystkich odmianach języka polskiego na tabliczkach w peerelowskich sklepach zawsze mnie fascynował. Dopiero w epoce Internetu udało mi się dowiedzieć, o co chodziło. Otóż, bynajmniej, nie byli to „przemili i troskliwi Klienci”, ani też „państwo towarzysze Klienci”, jak chcą niektórzy. P.T. to skrót z łaciny oznaczający „pleno titulo”, a więc pełnym tytułem. Gdy upokorzony staniem w kilometrowej kolejce klient miał dosyć, to spojrzał sobie na tabliczkę, i od razu mu było lepiej. Pełnym Tytułem Klient, a zatem „Klient pełną gębą”, w której to zresztą nadziei pojawił się w sklepie.

Pozdrawiam serdecznie, prosząc o wyrozumiałość, jeżeli zawodna pamięć przeoczyła fragmenty tamtego świata, które były dla Was istotne.

PS Mam nieodparte wrażenie, że wielu z naszych obecnych polityków świetnie zna wspomnianą już powieść Orwella „Rok 1984”. Co więcej, zaczerpniętą stamtąd wiedzę stosują oni sprawnie i bez zahamowań na co dzień, i to nie tylko w kwestii przemówień, lecz chociażby w praktycznym montowaniu i demontowaniu tak zwanej koalicji.

Powinniśmy się cieszyć, bazujemy na dobrych wzorcach literatury światowej. Bo w naszej nie ma zbyt wielu wątków dających się zaadaptować dla celów lustracyjnych z wyjątkiem niewątpliwie wizjonerskiego pomysłu Stefana Żeromskiego z dzieła pt. „Przedwiośnie”.

Tu jednak wchodzi nam w paradę Unia Europejska eurosceptycy zacierają rączki zaostrzone normy (współczynniki ciepła itp.) nie pozwalają na stawianie szklanych domów dla ludności. To doprawdy niepowetowana strata. Wszystko byłoby widać jak na dłoni, i w kuchni, i w szafie (ściennej), a nawet w toalecie. Stosowna ustawa lustracyjna regulowałoby kwestię zasłon, firanek, rolet i żaluzji wyłącznie dla oczyszczonych, i to jedna sztuka na rodzinę, po przedstawieniu teczek wszystkich członków do trzeciego pokolenia wstecz (eliminując czynnik niepożądany w postaci dziadków w Wehrmachcie itp.), eks-małżonków, kochanków, przyjaciół, znajomych, sąsiadów, księży chodzących „po kolędzie” i zwierząt domowych, no, może z wyjątkiem rybek akwariowych. Rybkom wszak nieczęsto zdarza się nadziać na agenta.

PS2 W czasie lektury tu i ówdzie natkniecie się na moje „trzy grosze” ze współczesności. Jak na „klasyczną” lustrację przystało, powinnam się skupić na czasach Polski Ludowej i III Rzeczypospolitej, ale naprawdę nie mogłam się powstrzymać. Sorry, Winnetou jak mawiał Old Shatterhand. Weteranom życia w PRL-u, którzy nie mają już siły czytać o urokach IV RP szczerze doradzam zaopatrzenie się w drewniany stempelek z napisem „Ocenzurowano” oraz gruby czarny pisak. Za ich pomocą łatwo i przyjemnie pozbędziecie się wszelkich niepożądanych akapitów. Do pozostałych zaś będziecie mogli wracać jeszcze wielokrotnie mam nadzieję, że z dużą przyjemnością.

PS3

Lojalnie uprzedzam, że wszystkie imiona i nazwiska wymienionych w tekście jednostek, z wyjątkiem osób publicznych, zostały zmienione (a jakiekolwiek podobieństwo do istniejących osób i zdarzeń jest oczywiście najzupełniej przypadkowe). Dzięki temu prostemu zabiegowi utwór jest tylko moją „lustracją”, a osoby, które miały ze mną taki czy inny kontakt, nie będą pociągane do odpowiedzialności karnej.

Jak już wspominałam, tekst w niektórych miejscach jest także komentarzem i protestem szarej obywatelki, urodzonej przed rokiem 1972, przeciw aktualnej polskiej rzeczywistości. Z większym lub mniejszym przymrużeniem oka, ale jednak protestem.

Gra w kapsle

 

 

„Dzieci to goście, którzy pytają o drogę”.

Przysłowie hinduskie

 

 

 

DZIECIŃSTWO

 

 

Siedzę sobie jeszcze w ciepełku w brzuchu u mamusi, która ma coraz mniejszą ochotę na spacery z uciążliwym bagażem. Spędza zatem czas na lekturze książek i dostępnych na rynku czasopism.

Parę tygodni przed porodem mogła mieć w rękach jeden z listopadowych numerów „Kobiety i życia”, który na drugiej stronie przedstawiał list Krajowej Rady Kobiet Polskich do Władysława Gomułki, sąsiadujący z obszerną relacją z odbywającego się właśnie V zjazdu PZPR. Lektura niewątpliwie patetyczna, lecz mało relaksująca, zwłaszcza dla kobiet w ciąży: „(…) W okresie poprzedzającym zjazd całe społeczeństwo wykazywało i dowodziło swego poparcia dla polityki PZPR. Zobowiązania dodatkowej pracy, czynów społecznych podejmowane były przez ludzi należących do partii i przez bezpartyjnych. Licznie uczestniczyły w nich kobiety. Wykazywały własnym ofiarnym wysiłkiem, iż rozumieją swoje zadania, w pełni znajdują swoje miejsce w ogólnonarodowym działaniu, gotowe są do wypełniania stojących przed nimi zadań.”

Na dalszych stronach uważne czytelniczki mogły znaleźć dokładne instrukcje samodzielnego uszycia ciepłej sukni oraz wskazówki, jak nosić spódnicę („nosimy z klasyczną bluzką koszulową, pulowerkiem lub golfem – do środka”).

W numerze oprócz budującego opowiadania o życiu towarzysza Lenina znajdują się aż dwie (!) reklamy, proste w formie i dość mikrych rozmiarów. Pierwsza z nich głosiła: „Globulki Zet zapobiegają niepożądanej ciąży”. No proszę, krytykowana na prawo i lewo Polska Ludowa, a tu takie postępowe treści – ogłoszenie reklamujące środek antykoncepcyjny w czasopiśmie dla przyszłych Matek-Polek.

Druga reklama zachęcała: „Subtelny zapach Odświeżające działanie to zalety WODY KOLOŃSKIEJ MIRAMAR”.

W dziale rad i porad anonimowy uczeń z Bydgoszczy poważnie zapytywał, czy istnieje korespondencyjny kurs esperanto, a niejaka Renia P. żaliła się: „Mam tłustą łojotokową cerę z rozszerzonymi porami. Proszę o przepis na ziołową maseczkę ściągającą. Podobno są gotowe, ale ja mam daleko do miasta.”

Redakcja zachęcała ponadto do wzięcia udziału w ankiecie „33 pytania o wychowaniu nastolatków”, pod warunkiem, że miało się w domu dzieci w wieku od 13 do 18 lat. Na uczestniczki ankiety czekały cenne nagrody: radio radzieckie tranzystorowe, komplet sztućców platerowanych na 6 osób oraz kupon milanowskiego jedwabiu.

Na ostatniej stronie: „Marchew – dziś kilka słów o tej smacznej, taniej i dostępnej cały rok jarzynie”1. Poza tym praktyczne uwagi o tym, jak wykorzystać pozostałe po obiedzie resztki – „nie należy tego zmarnować, z tych resztek można zrobić jakieś danie następnego dnia” plus kolejna garść przepisów, na przykład na makaronowy omlet, gulasz z resztek pieczeni czy rybę po grecku.

A w nagrodę za zapoznanie się z słusznymi treściami wewnątrz numeru na tylnej stronie okładki kobieta Polski Ludowej dostawała prezent w postaci ciekawostek ze świata, w tym także kapitalistycznego. Ciekawostki utrzymane były w tonie radosnego potępienia (celowa sprzeczność), bo wiadomo – porządne (czytaj: normalne) były tylko demoludy, mieszkańcy innych krajów mieli snobistyczne fanaberie.

 

Zaczyna się końcowe odliczanie… Moja kolejna inkarnacja przychodzi na świat w rodzinie tzw. inteligencji pracującej. Świadczy to, jak podaje „Tybetańska księga życia i umierania” o dużym samozaparciu jednostki i zmierzaniu do samodoskonalenia mimo licznych trudności. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że przedstawiam tu punkt widzenia odmienny od zalecanych trendów krajowych. Śpieszę wyjaśnić, że owa być może niestosowna lektura to efekt niefortunnie wybranych studiów orientalistycznych i późniejszych podróży zagranicznych.

Ci z mniejszym samozaparciem, wiadomo – szli na łatwiznę i rodzili się na Zachodzie, np. w RFN (wtedy NRF), Francji czy USA, gdzie ich rodzice zarabiali na pampersy w cennych walutach wymienialnych i gdzie „mroczny przedmiot pożądania” w postaci banalnego papieru toaletowego nie był towarem deficytowym… Notabene, PRL-owska propaganda często obdarzała Zachód przydomkiem „zgniły”. Czyżby jej korzenie już w tym czasie sięgały ideałów buddyjskich, uzmysławiając obywatelom nikczemność wszelkich dóbr doczesnych, zanim jeszcze zdołali do nich dotrzeć?

Inteligencja pracująca w osobach moich rodziców prezentowała się raczej standardowo: ojciec – inżynier, matka – urzędniczka. Według wspomnianego już buddyzmu tybetańskiego2 tych właśnie rodziców podobno wybrałam sobie sama jeszcze przed poczęciem – w celu dalszego rozwoju jako istota ludzka. Mam wrażenie, że wiedzy tej nie posiadałam świadomie w chwili narodzin, nawet jeśli doświadczenia dotychczasowych pokoleń ludzkości przechowywała gdzieś w zakamarkach pamięć historyczna mego mózgu.

 

Rys. Włodzimierz Lewiński, „Świat Młodych”

 

Rodzice też nie wypadli sroce spod ogona, lecz ponieważ o ich rodzicach, a moich dziadkach piszę dalej, tu poruszę jedynie kwestię wcześniejszych pokoleń, wyłącznie dla szeroko pojętych celów lustracyjnych.

Jeden z pradziadków, Wiktor Łuczak, został burmistrzem (pierwszym w wolnej Polsce) sympatycznego wielkopolskiego miasteczka Janowiec Wielkopolski, gdy nasz kraj odzyskał niepodległość w roku 1918. Niestety, zginął w Dachau w czasie II wojny światowej, co było ogromną stratą dla rodziny.

Inny prapradziadek, Piotr Ławacz, już pod koniec XIX wieku był przedsiębiorcą, który w 1875 r. założył w Końskich pierwszą odlewnię. Wtedy na szczęście prywatni przedsiębiorcy nie byli jeszcze elementem niepożądanym. Ma się te geny! – co konstatuję, jak widać, z pewnym zadowoleniem. Wiadomo, tradycja. Branże nam się co prawda diametralnie różnią, bo pradziadunio „siedział” w odlewnictwie żeliwa. Miał nawet eleganckie katalogi dla klientów, których parę sztuk się uchowało. Katalogów oczywiście, nie klientów. Drzwiczki do pieców firmy Ławacz funkcjonowały nawet w pociągach kolei syberyjskiej. Szkoda, że powojenna polityka PRL-u uniemożliwiła kontynuację biznesowych tradycji wielu przedsiębiorczych polskich rodzin. O mojej części rodziny Ławaczów z wielką przyjemnością czytałam w książce napisanej przez brata mojej babci Zofii, Mariana Ławacza („Mój rodowód”, 2009).

 

Jedna prababcia natomiast była poliglotką, francuskim władała jak ojczystym, i paroma innymi też, jak wynika z zeznań jedynej żyjącej przedwojennej ciotki. Zważywszy, że współczesnym francuskim jest angielski – moje obecne źródło zarobkowania, resztę genów musiałam otrzymać po szanownej prababci. Ani chybi.

O pozostałych pradziadkach niewiele się mówiło. Możliwe, że wcielano biedaków tu i ówdzie, na co niestety, żyjąc w przyszłości miałam niewielki wpływ. Trudno mi zatem poczuwać się do winy za ich minione domniemane ekscesy i wykroczenia. Rodzina donosi uczynnie, że jeden podobno był szewcem. Żadna praca nie hańbi. A dobry szewc na wagę złota. Szlachetny ten zawód wykonywał między innymi ojciec Benjamina Franklina. Syna też przyuczał, i proszę, jak ładnie wyszedł na ludzi. Prezydentem USA został. Z tym że oczywiście kłuł niektórych „prawdziwych” arystokratów w oczy, co akurat w jego przypadku nie skończyło się happy endem.

 

Lokalizacja mojej nowej inkarnacji to dla przypomnienia wszystkim młodym Czytelnikom i Czytelniczkom kraj w Europie Środkowej (tak, moi drodzy, w Europie byliśmy już wtedy i nie dajcie sobie wmówić, że kiedykolwiek było inaczej) pod nieco przydługawą nazwą Polska Rzeczpospolita Ludowa. Miejscowość: przyjemne miasteczko Końskie w dawnym województwie kieleckim, obecnie świętokrzyskim.

 

Na razie wygląda na to, że nie jest to najlepszy moment na urodziny: kraj powoli dochodzi do siebie po hucznych obchodach Tysiąclecia Państwa Polskiego w 1966 roku (1000 szkół na tysiąclecie) i po marcowych protestach studenckich na polskich uczelniach w 1968. Kwitnie propaganda, trwa antysemicka nagonka i coraz bardziej jawny konflikt władzy z kościołem.

Rozpoczęto właśnie produkcję polskiego samochodu dla ludu – kanciastego fiata 125, który stanie się dobrem reglamentowanym niedostępnym każdemu. Po kolejnych podwyżkach cen żywności do protestujących elit intelektualnych i studentów dołączą robotnicy, co doprowadzi w grudniu 1970 do ich pogromu na Wybrzeżu. Po władzę sięga Edward Gierek rozpoczynając okres pozornego kilkuletniego cudu gospodarczego opartego w dużej mierze na zachodnich kredytach. Słowem, niewesoło.

Na świecie sytuacja jest nieco lepsza, nie wszyscy na szczęście wdrażali ideały socjalistyczne. Na początku lat sześćdziesiątych w kosmos poleciał pierwszy człowiek, obywatel Kraju Rad, niejaki Gagarin, o którym zapewne uczyliście się w szkołach Polski Ludowej. Dla USA był to wielki cios, toteż zmobilizowali wszystkie siły i wysłali swoich na księżyc. Kilka miesięcy po moim urodzeniu stanął na nim pierwszy człowiek, Neil Armstrong (nie uczyliśmy się o nim w szkołach PRL-u, ale nic to – kto chce, znajdzie sobie w Internecie) wbijając w księżycowy grunt amerykańską flagę. Ruskim opadła wtedy zapewne przysłowiowa szczęka, co spowodowało, że ze zdwojoną energią rzucili się realizować program „Interkosmos”.

 

* * *

 

Właśnie się urodziłam. Jest ciemnawo, żółtawo i nieprzyjemnie, panuje okropny hałas. Gdzie jest mama??? Ratunku!!! Potem wrażenie ciepła. Karmienie?

Mama nie jest zadowolona z opieki lekarzy. Poród był zbyt przedłużony i męczący. Zostawiono ją samą sobie i nie mogła się doprosić o pomoc. Lokalni następcy Hipokratesa wraz z pozostałym personelem świętowali zakrapianą „Barbórkę” – „Cały naród pozdrawia górników i dziękuje im za ich trud – niech żyje nam górniczy stan!”.

Nikomu się jeszcze nie śniło o rodzeniu „po ludzku”. Rodziło się zwyczajnie i bez fanaberii – „Kochana, a co ty taka delikatna jesteś? Boli, bo musi boleć”. Bolało.

 

Rok później

 

Ze zdjęcia spogląda mały, szeroko uśmiechnięty i starannie okutany szalikiem stwór. To ja. Wszędzie pełno śniegu. Grubymi puchatymi warstwami zalega na gałęziach świerków i sosen, i jest śliczny. Dotykam go, ale dotyk już nie jest taki przyjemny. Moczą mi się rękawiczki z jednym palcem. Wkładają mnie na sanki z drewnianym oparciem, otulają jeszcze bardziej kraciastym kocem i wiozą dalej na spacer. Śnieg pada i pada, jest biało i przytulnie. Zasypiam.

Kolejne zdjęcie to niemal łysa obywatelka w eleganckiej świątecznej kreacji, zapewne po powrocie z jednego z hartujących organizm spacerków. Dziecię stoi na tle ogromniastej żywej choinki i patrzy badawczo w obiektyw kiwając się na piętach.

 

Jeszcze później, Gliwice

 

Przeprowadzka do Gliwic. Tata zaczyna pracę „na kopalni”, mamy też dostać własne mieszkanie w bloku, prawdziwy luksus. Babcie zostają tutaj, będę do nich jeździć na wszystkie wakacje.

Pierwsze mieszkanie rodziców znajduje się w dwupiętrowym bloku, budowanym na początku lat sześćdziesiątych. Pomieszczenia mają jeszcze rozsądne wymiary. Składa się z przedpokoju, dużej kuchni, łazienki i sporego pokoju z wnęką. We wnęce, tuż obok ogromnego kaflowego pieca, stoi moje białe metalowe łóżeczko z plecioną siatką po bokach. Wspinam się do niego przełażąc górą, mam to opanowane do perfekcji. Na oparciu łóżka mama, rozbierając się przed snem, wiesza ubrania i bieliznę, które przy moich akrobacjach spadają na podłogę. Rodzinny przekaz podaje treść wydawanych przez dziecię komunikatów: – „Mamusiu, choć sypko, bo zleciał twój od cycusiów majtecek”.

Przełażenie przez chwiejny pręt z siatką było moim pierwszym gimnastycznym osiągnięciem.

 

Łazienka. Wanna, sedes i duża biała emaliowana miska z czarną obwódką. Pralka „Frania” warczy. Lubię patrzeć na tworzące się fale i zawirowania. Mama jest w pracy. Tata płucze pranie. W zaaferowaniu wchodzę mu „z butami” do świeżo wypłukanej pościeli w misce. Jest wściekły i jak zwykle wrzeszczy. E tam. Idę sobie poszukać innej zabawy.

Mam nożyczki! Rozcinam długie drewniane korale mamy. Koraliki rozsypują się po podłodze, fajnie się kulają. Kilkanaście wlatuje pod szafę. Biorę jeden do ręki i wkładam sobie do nosa. Ładnie wszedł, ale nie chce się wyjąć. Przezornie zaczynam ryczeć. Tata wiezie mnie autobusem na pogotowie do Zabrza. Kładą mnie na szerokim blacie. Wrzeszczę, ile sił w płucach. Wyciągają ten koralik „na żywca” długimi, zakrzywionymi nożyczkami.

Wracamy do domu. Na drugi raz będę mądrzejsza. Takie duże dziewczynki powinny już pomagać w domu, a nie eksperymentować z koralikami. Nie wolno nic wkładać do nosa!

 

Przyjeżdża w odwiedziny młodsza siostra ojca. A może też przyjechała szukać pracy? Śpi na łóżku składanym w kuchni albo w przedpokoju. Ciotka ma szeleszczący płaszcz i śliczną błyszczącą torebkę. Jest ładna, ma długie włosy. Po kilku dniach wyjeżdża i na razie o niej zapominam. Mówią mi, że jest moją chrzestną i trzymała mnie w kościele, kiedy ksiądz polewał mi łebek wodą święconą. Nic takiego nie pamiętam, poza tym nie chodzimy z rodzicami do kościoła. Z babcią to co innego.

 

Nie przepadam za jedzeniem. Mama bierze się na sposób i daje bułkę sąsiadce, pani Stasi3, u której czasem zostaję. Czekam tam, aż tata wróci z pracy, albo odwrotnie. Bułka, tak jak wszystko u sąsiadki, smakuje znakomicie. Pani Stasia ma same duże dzieci, które już pracują, ale i tak jest milutka. Ma dwie córki i syna, który ma brodę i duże muskuły. Tata mówi, że on jest kulturystą. Jedna córka ma na imię Kasia, a druga nosi prawdziwie czarodziejskie imię Irmina i ma śliczne długie włosy. Mieszkanie pani Stasi jest ciemnawe i bardzo tajemnicze. Wyobrażając sobie różne ciekawe historie chwilowo nie mam nic przeciwko jedzeniu.

Chyba lubię twarożek w okrągłych opakowaniach z żabką. Żabka ma palce zakończone fajnymi kulkami. Ale i tak jestem niejadkiem i wszyscy się martwią, że jestem za chuda. Mama mówi, że wyglądam jak dziecko z Oświęcimia. Co to jest dziecko z Oświęcimia?

Mam chude nogi i chude kolana z wystającymi rzepkami. Mama nadrabia moje braki pedantycznym ubiorem dla nas obu. Przed wyjściem na spacer robi sobie fryzurę – duże, natapirowane włosy. Zakłada też błyszczącą skajową czapkę z daszkiem, do której wkłada puste foliowe torebki, żeby ją wypchać. Jest dumna z tej czapki i mówi, że takie są teraz w modzie. A ja jestem najbardziej wylizanym, wyprasowanym i wymytym dzieckiem na kuli ziemskiej.

 

Lato

 

Całe wakacje spędzam u babci na kielecczyźnie. Babcia i dziadek mają śliczne duże mieszkanie na trzecim piętrze długiego bloku. Na balkonie obok pokoju, w którym śpię, babcia trzyma różne smakołyki w brązowych kamionkowych garnkach. Codziennie na śniadanie dostaję zalewajkę, mniam, mniam. Babcia chodzi po barszcz do jednej pani sąsiadki, która kisi go w ilościach komercyjnych. Możliwe, że zaopatruje się u niej całe osiedle. Pani wprawnie nalewa barszcz do słoiczka, babcia z namaszczeniem wydobywa zużyty skórzany portfel na zatrzask i odlicza dwa złote. Wychodzimy z pełnym słoikiem. Barszcz jest biały i pachnie czosnkiem. Mogę spróbować łyczek prosto ze słoika. Babcia mówi, że jak będę duża, to sama będę mogła chodzić po barszcz.

Dzisiaj dostaję zalewajkę z serdelkiem. To prawdziwy rarytas, tak uważa babcia.

W „plastikowym” kredensie na dolnej półce stoi duży kamionkowy gar pełen smalcu ze skwarkami. Babcia nakłada mi do zalewajki pełną łyżkę. Skwarki są takie chrupiutkie. Chcę, żeby babcia codziennie gotowała mi zalewajkę, jest przepyszna. Wsuwam, aż mi się uszy trzęsą. Babcia ma nadzieję, że jak „sobie podjem”, to może przybiorę trochę ciała i przestanę być taką chudziną, bo aż wstyd wyjść ze mną na ulicę.

Uwielbiam jak babcia bierze mnie ze sobą na targ albo na inne zakupy, na przykład do mleczarni. Tam ładnie pachnie serkiem i można dawać syfony4 do wymiany, i miła pani z czarnymi włosami rozmawia z babcią o różnych sprawach. Babcia mówi na nią „Pani Kaloszowa”. Pani Kaloszowa wysoko podnosi grube czarne brwi i kurtuazyjnie dziwi się, że wnuczka już taka duża. No przecież, tyle jedzenia, ile tu dostaję, nie może iść na marne, a każde dziecko wie, że od jedzenia się rośnie, dlatego trzeba jeść dużo, bo jak jesz mało to wiadomo, że nie urośniesz.

Są tu też lody na patyku, ale szkodzą na gardło, więc nie dostaję ich zbyt często. Za to mleko każą mi pić codziennie, bo od mleka rosną włosy, a ja mam zdaniem wszystkich bardzo mało włosów i to jeszcze słabe. Mówią mi, że od każdej kropelki mleka, którą grzecznie wypiję, wyrośnie mi jeden włos. Nie rusza mnie to, po co mi włosy? Mleko jest ohydne, nigdy mnie do tego nie zmuszą. Na widok gęstego obrzydliwego kożucha na moim mleku dostaję prawdziwych mdłości.

Czasem idziemy na targ. Od bloku babci to spory kawałek drogi, ale jest tu cały plac pełen furmanek z prawdziwymi końmi. Niektóre konie robią kupę (dziadek mówi „srają”, ale babcia się wtedy złości) prosto na ziemię i trzeba uważać, żeby w nią nie wdepnąć. Na targu można kupić warzywa – ziemniaki i kapustę, i jeszcze inne rzeczy. Lubię tu być, jest pełno ludzi i trzeba trzymać się babci, bo mogą mnie porwać Cyganie (tak się wtedy mówiło, z całym szacunkiem dla Romów; teraz dzieci porywa międzynarodowa mafia „na części zamienne” – idziemy z duchem czasu…), albo mogę sama się zgubić. Babcia czasem kupuje nawet gołą kurę bez piór. Mówi na nią „prawdziwa wiejska kura”. Ta kura już nie żyje, jest zabita. Babcia mówi, że to nie szkodzi, bo kurę się je. Myślę, że nie będę jadła tej kury, ale szybko o tym zapominam.

Babcia pewnym głosem targuje się o wszystko. – A po czemu ta marchew? Pada odpowiedź i niemal natychmiastowa reakcja babci. – „Cie choroba!” – albo – „Pani kochana!” – Babcia dodaje do tego takie specjalne cmokanie, które jasno daje do zrozumienia, że podana cena nie przypada jej do gustu. Nie bardzo rozumiem, co znaczy „Cie choroba”, ale babcia tak mówi od zawsze, więc chyba wszystko jest w porządku. Idziemy dalej, rytuał się powtarza, w końcu znajdujemy chłopa oferującego produkty za cenę, którą babcia akceptuje. Portfel idzie w ruch i zaczyna się ceremonialne płacenie. Każdy jest zadowolony. Chłop chucha na pieniądze, zanim schowa je do stojącej przed nim czarnej owalnej puszki.

Potem idziemy do małej piekarni z drewnianymi drzwiami i okiennicami. Kupujemy okrągły błyszczący chleb, który cudownie pachnie i smakowite jagodzianki. Dostaję jedną od razu i mogę jeść idąc ulicą. Jest pyszna. Zanim dotrzemy do domu mam całą buzię w jagodach i babcia zaraz musi mnie umyć. Niedługo dziadek wraca z pracy i obiad musi być na stole.

Nie jemy razem. Ja jem z babcią, a dziadek później. Siada wtedy przy nakrytym stole (babcia nakrywa zawsze tylko jedną połowę stołu specjalnym obrusem „jedzeniowym”) i wciąga każdą łyżkę zupy z głośnym, wyraźnym chlipnięciem. Ja tak nie mogę. Szkoda, że nie jestem dziadkiem. Muszę siedzieć prosto i jeść po cichu. Dziadkowi nie wolno przeszkadzać.

Na stole zawsze leży starannie wyprasowany obrus, na którym stoją kwiaty w glinianym malowanym wazonie.

 

Po obiedzie dziadek zabiera mnie na spacer do parku. Tam jest ogródek jordanowski, huśtawki, piaskownice, zjeżdżalnie. Rosną drzewa morwowe, których owoce można jeść. Nie smakują mi, i nie zawracam sobie nimi głowy. Biegam i szaleję, a dziadek siedzi na ławce, rozmawia z innymi dziadkami i babciami. Jest długie leniwe popołudnie, lekki wiaterek szeleści w starych drzewach. Cienistą parkową aleją wracamy do domu.

W niedzielę, a czasem też w zwykły dzień chodzimy z babcią do kościoła „na modły”.