Gnój - Wojciech Kuczok - ebook
Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2003

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Przeczytaj fragment w darmowej aplikacji Legimi na:

Liczba stron: 174 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 4 godz. 33 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gnój - Wojciech Kuczok

Gnój to wstrząsająca, a chwilami tragikomiczna historia rodzinnego piekła, opowiadana przez dziecko, które jest jednocześnie obiektem przemocy i jej obserwatorem. Narrator opisuje rodzinny rytuał: metodyczne, przypominające tresurę bicie, które jest wyłącznie przyspieszonym kursem buntu i nienawiści. Gnój to studium rodzinnych patologii, przede wszystkim kalekiego ojcostwa – niedojrzałego emocjonalnie, niezdolnego do komunikacji i do wyjścia poza układ słabszy–silniejszy, a także widziana oczami dziecka panorama współczesnego, jak i historycznego Śląska, próba zatrzymania jego niepowtarzalnego kolorytu, ale i ukazania tego, co zwykle wstydliwie skrywane.

Gnój” od początku pomyślany był jako powieść antybiograficzna... Zapisałem w niej wszystko, czego nie pamiętam. To powrót do mojej ulubionej psychopatologii życia rodzinnego. Na przykładzie historii tradycyjnej śląskiej rodziny pokazuję konfrontację dwóch Śląsków: robotniczego, chacharskiego z tym inteligenckim, arystokratycznym. To walka dwóch żywiołów, której przygląda się dziecko...

Wojciech Kuczok

Opinie o ebooku Gnój - Wojciech Kuczok

Cytaty z ebooka Gnój - Wojciech Kuczok

Nie żal mi było się z  krwią rozstawać; myślałem, że lepiej, bym jej miał jak najmniej, to musiała być zła krew, kiedy miałem jej zbyt dużo w  żyłach, pewnie buzowała i  sprowadzała mnie na złą drogę, na której końcu zawsze stał stary  K. z  pejczem. Kiedy więc czułem, że się tej krwi zbiera zbyt dużo, dłubałem w  nosie niedelikatnie i  pozwalałem jej lecieć, spływać po wargach, po brodzie; uważałem, żeby nie nakapać na dywan ani nie poplamić sobie koszulki, a  kiedy krwawy wąs mi już zaczynał krzepnąć, kiedy czułem, że i  po szyi mi cieknie, kładłem się i  wołałem mamę.
wyjców. W  tym domu się leczono muzyką. Bach, Mozart, Haydn, Beethoven, Strauss, oczywiście Johann, ten od walców. Czy ty tego nie słyszysz? Przecież już samo brzmienie tych nazwisk uzdrawia… Mówił, kładąc na mojej
Siostra starego  K. powtarzała zawsze, że tylko sen przed północą tak naprawdę regeneruje organizm, a  matka przekonywała, że tylko to, co wyśnione przed północą, ma moc proroczą. Przez długi czas kładłem się spać wcześnie, bo potrzebowałem jakiejś wróżby, na której mógłbym się wesprzeć; przyszedł taki czas, kiedy tylko przykrywając głowę kołdrą i  wyobrażając sobie, że nie żyję, czułem się bezpiecznie, tylko uspokajając się myślą, że już jestem martwy, zapadałem w  sen. Ale przez sen też uciekałem. Uciekałem od tego domu.
Uciekałem z  pięściami w  kieszeni, uciekałem z  obrączkami na palcach, uciekałem z  dziećmi na rękach, uciekałem w  butach ślubnych i  w  kaloszach, w  śniegach i  w  kałużach, w  łopianach i  w  potokach,
Siostra starego  K. powtarzała zawsze, że tylko sen przed północą tak naprawdę regeneruje organizm, a  matka przekonywała, że tylko to, co wyśnione przed północą, ma moc proroczą. Przez długi czas kładłem się spać wcześnie, bo potrzebowałem jakiejś wróżby, na której mógłbym się wesprzeć; przyszedł taki czas, kiedy tylko przykrywając głowę kołdrą i  wyobrażając sobie, że nie żyję, czułem się bezpiecznie, tylko uspokajając się myślą, że już jestem martwy, zapadałem w  sen. Ale przez sen też uciekałem. Uciekałem od tego domu. Uciekałem z  pięściami w  kieszeni, uciekałem z  obrączkami na palcach, uciekałem z  dziećmi na rękach, uciekałem w  butach ślubnych i  w  kaloszach, w  śniegach i  w  kałużach, w  łopianach i  w  potokach, z  duszą na ramieniu, z  sercem w 
Umierał w  szpitalu na raka snów. Kiedy dostał przerzutów na wątrobę, nagle stał się ostatecznie, boleśnie zauważalny dla całej rodziny, skupionej wokół jego łoża śmierci, umierał z  ulgą, bo im mniej w  nim było życia, tym bardziej czuł się wypełniony, tym bardziej czuł, że coś w  niego wstępuje, umierał z  uśmiechem, patrząc na swoje dzieci, na swoją żonę, czując, że przetrwał, przetrzymał lata wydrążenia, im bardziej umierał, tym bardziej odżywał, bo czuł, że nagle i  niespodziewanie ogarnia go radość, cały ładunek radości, jaki miał przypisany swemu życiu, skumulował się w  tych ostatnich chwilach, ojciec starego  K. nie wierzył, że to tylko morfina, patrzył na swoją rodzinę zapłakaną przy łóżku i  czuł się pełny, im bardziej tracił czucie, tym bardziej się rozczulał, tym bardziej się uśmiechał, a  kiedy mu się zebrało na ostatnie słowo, poprosił starego  K., który stał najbliżej, i  szepnął mu do ucha, zanim umarł, choć może umarł właśnie w  tym ułamku chwili, którego potrzebuje głos ludzki, by dotrzeć do cudzego ucha:
–  Ja na trochę siądę przy tych rybkach, żeby się pouspokajać. Już wtedy wiedziałem, że kiedyś w  przyszłości czarnej i  nieuniknionej, kiedy matka umrze, mordercze będą dla mnie wspomnienia takich jej nieudaczności, takich gaf niewinnych. Dopiero nad grobami okazuje się, żeśmy kochali rodziców za niespełnienia, za to, co się nam wspólnie nie udało, ich gafy wystają z  grobu najrzewniej i  nie dają się wepchnąć do środka. Ech, dopiero nad grobami okazuje się.
Bo znalazł się stary  K., szczelnie otulony kołdrą z  sufitu i  podłogi, które w  obliczu katastrofy nagle postanowiły się zbliżyć i  choć miał pecha stanąć im na drodze, zdążył wystawić głowę przez okno (na chwilę przed tym, kiedy i  ono pofolgowało formie), zapewne po to, by pooglądać, jak się „debile smażą”; toteż Bogiem a  prawdą, sufitem a  podłogą, ze starego  K. pozostała tylko głowa, tylko wyraz twarzy, którym się żegnał ze światem. Wyraz zdumienia, że zbawienie tak boli; zapis tych ułamków sekund, w  których pojął, że piekło to nie inni, że owszem: i  sąd, i  ostateczność tu i  teraz – ale dla niego osobiście; ułamków sekund, w  których przestał myśleć o  kolejnych zniszczeniach, obliczać listę strat, w  których pojął, że już niczego nie da się naprawić, że to już ; w  których zdążył się zawahać, czy aby na pewno Bóg istnieje, czy aby na pewno istnieje dla niego. Miał delikatnie zdumione rozwarte usta, teraz wypełnione gliną nie do wyplucia –
zapomnieć. Gdybym nawet zdołał mu o  tym powiedzieć, nie uwierzyłby, przecież nikt go nigdy nie uderzył tym pejczem; gdybym nawet zdołał… Ale nie potrafiłem niczego, poza wykrzykiwaniem „Tato, nie bij!”; choć później, za drugim czy trzecim razem, za drugim czy trzecim seansem wychowawczym już tylko „Nie bij!”; a  później, za dwudziestym czy trzydziestym razem, już tylko „Nie!”.
Taki szkielet i  jeszcze nie je, i  to ma być mój syn?! Boże, ty widzisz i  nie grzmisz… Jeszcze się zamyka w  kiblu, zdechlak tchórzliwy… Nie bój się, nie będę cię bił, nie warto, ciebie wystarczy dotknąć i  zaraz ci krew leci, anemiku, mocniej cię szarpnę i  ci te kostki połamię, i  jeszcze do więzienia pójdę.
Mówiłem, że dostaniesz? – (cios) – Obiecywałem, że dostaniesz? – (cios) – Mówiłem – (cios) – mówiłem – (cios) – mówiłem, że dostaniesz? – (cios po trzykroć). – To pamiętaj, że nie rzucam słów na wiatr.
Czemu on ma znowu szyję czerwoną, dusiłeś go, do cholery jasnej, czy co?! Chłopie, z  tobą nie można dziecka zostawić na chwilę, przecież ty się nie nadajesz w  ogóle na ojca, idź sobie na dół potresować swoje rodzeństwo, ty stary capie sadystyczny!! I  już się rozkręcali oboje nad moim kłębkiem, niezmiennie, zawsze, a  z latami ich rozkręcanie się rozkręcało. –  No jasne, ona teraz bedzie zaś dziecko nastawiać przeciw mnie, on sie od ciebie tej histerii nauczył, przecież mówie, że go nie tknąłem wcale nawet! Tylko lekko! A  ty sie nie pytasz, co on ojcu powiedział, ty sie nie pytasz?! –  Ojcu?! Ty się, chłopie, nazywasz ojcem? Coś ty zrobił dla niego w  życiu? Czyś ty mu chociaż portret namalował?! Maltretować tylko umiesz, tak cie wychowała na gruchlika ta twojo matka, ta jyndza!!!